Kim ja tak naprawdę dla ciebie jestem

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (Mk 8,27-35)

Może się wydawać, że te pytania Jezusowe słyszeliśmy już milion razy. No, milion to nie, ale kilka razy w roku – jak ktoś chodzi regularnie do kościoła – to na pewno. Natomiast to pytanie bardzo ważne, choćby dlatego, że problem i dzisiaj jest aktualny. Wtedy, kiedy On je zadawał, jako Bóg-Człowiek chodził pomiędzy ludźmi, mogli się wręcz namacalnie przekonać, kim był. I co? I tak „pudłowali” – że to Jan Chrzciciel (przecież zabity…), że to Eliasz (przecież kilkaset lat wcześniej porwany przez niebiański rydwan), albo którykolwiek z proroków.

Nie jest przypadkiem to, że Jezus w swoim pytaniu skupił się na tym, kim jest dla tych Jemu najbliższych. Ludzie różne rzeczy gadali, gadają i będą gadać – tak samo wtedy, jak i dzisiaj. Stąd to podkreślenie: a WY za kogo mnie uważacie? Tu ewangelista Marek przytacza słowa o Mesjaszu, w innej wersji można usłyszeć także dopowiedzienie: Syn Boga żywego. A jednocześnie ten, który tak dobrze odpowiedział, chwilę później został mocno sponiewierany przez Jezusa. za swoje zbyt ludzkie Jego postrzeganie – oby tylko był blisko, był z nimi, wtedy będzie ok. A misją Jezusa nie było dożycie sędziwej starości, a zapoczątkowanie czegoś wspaniałego, co oni sami – apostołowie – mieli na własną rękę kontynuować, samodzielnie, we własnym imieniu. I Piotr, i pozostali pewnie też, bali się tego, byli bezradni, zbyt mało rozumieli – wystarczy wspomnieć, że dopiero jak Zmartwychwstały sam im wszystko wyjaśniał – choćby na drodze do Kafarnaum – wtedy zrozumieli, że właśnie w tych słowach zapowiadał to, co się miało stać, swoje cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie.

Trzeba się zadeklarować. Za, albo przeciw. Tak – czasami zaprzeć. Zaprzeć, żeby zwyciężyć, żeby zachować to, co najcenniejsze. A nam się tak często wydaje, że wystarczy być „porządnym katolikiem”. Pójść co niedzielę do kościoła (w wykonaniu niektórych – stanie przed kościołem z telefonem w garści), mniejsza o to czy w ogóle słuchać co tam mówią, do spowiedzi też (no, conajmniej jak „uszczęśliwią” rolą świadka do bierzmowania, chrzestnego), kolędę – „siła wyższa”, żeby problemów przy chrzcinach, komunii czy pogrzebie nie robili – wpuścić. Dobra, tyle zniosę, masz – Panie Boże – zobacz, jaki jestem dla Ciebie hojny i porządny. Guzik prawda. A potem? Ile nienawiści, zazdrości, zawiści w pracy, w szkole, na uczelni, ciągła gonitwa w której wszystkie chwyty dozwolone – a której od najmłodszych lat uczymy dzieci, priorytet tego, aby mieć (jak najwięcej, jak najlepsze, jak najnowsze, martkowe, bajeranckie, wypasione). Życie w jednym domu, ale osobno – każdy z nosem w swoim telefonie, komputerze czy przez telewizorem. Brak szczerości, oszukiwanie, kombinowanie, zdradzanie, potem bezsensowne zapętlanie się w spirali własnych wyrzutów sumienienia.

Tak się nie da. Wóz albo przewóz. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Jeśli Jezus cokolwiek dla ciebie znaczy – bądź na tyle szczery, żeby miało to jakieś odzwierciedlenie w tym, co i jak robisz. Lepsza autentyczna bezradność wobec zwalczanych słabości, których jesteś świadomy, niż udawana i odgrywana na zewnątrz katolicka porządność. Bóg nie uzdrowi tego, kto tego nie chce – stanięcie w prawdzie o sobie, nawet najtrudniejszej, to jedyny możliwy początek.

>>>

Dwie prośby, intencje: wczoraj widziałem się z mamą, bardzo źle wygląda, ma problemy z oddychaniem i mówieniem (a lekarze co? leki przeciwzakrzepowe – kiedy tu potrzebna diagnoza, co zalega w płucach!), w jej intencji, żeby podleczyli ją, bo w tym stanie to ja żadnej radiologii nie widzę… No i ten mój czwartkowy poranny egzamin, tak na marginesie.

Już… a jednak

Już chciałem napisać, że właśnie wszystko się układa – bo się w sumie układa… A jednak. 
Rano rozmowa z mamą, przez telefon (tak, mam wyrzuty, że nie mam czasu do niej pojechać…) – po pierwszej serii chemii poprawa, progresja, udało się to świństwo utłuc kawałek, i teraz ma być radioterapia. Szybsza, ale i bardziej inwazyjna – 5 tygodni po 5 dni naświetleń, dzień w w dzień. To jeszcze dobra wiadomość – zła jest taka, że słabo się czuje ostatnio. A w domu – tak naprawdę, skoro jest z ojcem tylko – zostaje sama. 
Żonka zaziębiona chodzi, ale nie – jak to teściowie: dopóki gorączka z nóg nie zwali nie pójdzie do lekarza. Głupi upór – niestety, inaczej się tego nie da nazwać. Ten typ tak ma. A później jest problem – zamiast prewencji robi się tygodniowe albo lepsze zwolnienie, i marudzenie że później w pracy nadrabianie zaległości, itp. Nie wytłumaczysz, niestety, że lepiej pojeść jakieś piguły/syropki, ale nie paść, niż paść i się użalać. „Bo z byle czym do lekarza…” – taa, lepiej z anginą albo ostrym zapaleniem z gardła, a co, z grubej rury! Przepraszam za sarkazm, ale nie mogę tego słuchać. 
W pracy – jedno dobre – sam siedzę, więc spokój, co w kontekście ciężaru gatunkowego spraw, jakie mnie czekając, jest bardzo mile widziane. Np. dzisiaj – cały Boży dzień nad jedną sprawą, i to napisaną na razie na 2/3. Oczywiście „to proszę dość pilnie, bo…”. Aha.
A po powrocie do domu – okazuje się, że malutki z gilem dosłownie do pasa. Nic nie było widać rano – u takich maluszków te sprawy strasznie dynamiczne są. Oddychać nie może, popłakuje, smoczka nie da rady włożyć bo nie ma jak noskiem oddychać… Zrobiliśmy quasi-mycie, natarliśmy, psiknęliśmy do noska, maść majerankowa pod nosek, ciepła piżamka – zobaczymy. Zwykle po 2-3 dniach przechodziło. Swoją drogą – nawiązując do mojego sarkazmu w zakresie chorób powyżej – jak tu się dziwić, skoro i mama, i babcia (z którymi większość dnia spędza) są permanentnie zakatarzone lub zaziębione, i nie widzą w tym problemu, bo po co lekarzowi głowę pierdołami zawracać? Np. właśnie po to, żeby dziecko nie chorowało – nie mówię, że tylko przez to, bo pogoda też dziwna, wieje mocno, raz ciepło, raz zimno – ale to ich smarkanie i pokasływanie pomagać na pewno nie pomaga.

Na marginesie – kończy dzisiaj półtora roku, szczęście nasze 🙂

A ja? Za 10 dni – 20 września – pierwsze dwuczęściowe kolokwium. Kiedy się uczyć? No, niby wieczorami, i staram się po drodze czytać. Niewiele wychodzi, mały źle śpi ostatnio i zapchany nos nie wróży, żeby miało być lepiej, więc się nie pouczę za dużo… Opatrzność Boża ma pole do popisu 🙂

No i poszukuję dentysty, raczej chirurga. Wczoraj, podjadając wieczorem,
złamałem sobie ząb, siódemkę górną. Właściwie pół mi wypadło. Wypada
pójść i wyrwać resztę – nie zamierzam tego zęba dać robić, bo tak
wielkie wypełnienie i tak max za pół roku wypadnie przy gryzieniu –
ćwiczyłem to kiedyś już, więc szkoda pieniędzy (zapłacisz za
wypełnienie, a za pół roku i tak za wyrwanie tego, co zostanie, jak
wypełnienie wyleci). Słabo, bo otwarte to takie – a wyglądało tak, jakby
próchnica poszła w środku, z wierzchu czysto, nic nie widać… Teraz
się martwię, żeby w – bądź co bądź, otwartym – zębie się jakiś syf nie
zrobił. Udało mi się nieopodal wizytę za niewielkie pieniądze zaklepać.
Swoją drogą – też masakra, dzwonisz do x renomowanych klinik w okolicy –
terminy: proszę bardzo… na październik. Tłumaczę, że z otwartą dziurą
po złamanym zębie to nie bardzo tyle się da czekać – niestety. I tak
dobrze, że nie boli, oby tak dalej.  

Jakby ktoś chciał Panu Bogu pozawracać głowę w tych intencjach – miło by było.

Słynne wspólne przesłanie

Dzisiaj, decyzją – bliżej nieokreśloną – Konferencji Episkopatu Polski, w kościołach pewnie większość was/nas usłyszy odmieniane przez wszystkie przypadki, powtarzane jak mantra ostatnimi czasy Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji, autorstwa abp. Józefa Michalika (Przewodniczący KEP) i Cyryla I (patriarchy Moskwy i Wszechrusi). Większość – bo ja, na szczęście, nie – z uwagi na młodego uczęszczamy na Mszę dziecięcą ostatnimi czasy, i tam homilia zdecydowanie bardziej oddaje i ma do czynienia z Ewangelią dnia, niż tenże tekst. Żeby nie było – przeczytany przeze mnie. 
Jak w samym wstępie wskazano, ma on „wnieść swój wkład w dzieło zbliżenia naszych Kościołów i pojednania naszych narodów”. I pewnie w tym sensie – jako tekst – zmierza w tym kierunku. Ja bym się jednak zastanowił nad czymś innym – mianowicie nad tym, czy stanowi on, daje i wykonuje, stanowi jakikolwiek realny krok w kierunku pojednania polsko-rosyjskiego (nad czym wszyscy się wszem i wobec tak zachwycają), bo w zakresie współpracy Kościoła katolickiego w Polsce i Cerkwi prawosławnej w Rosji na pewno, przy czym w tej chwili i tak stosunki te wydają się być całkiem dobre. W mojej ocenie – nie. 
Pierwsza część pt. Dialog i pojednanie jest dość wybiórcza już w pierwszym zdaniu: „Nasze bratnie narody łączy nie tylko wielowiekowe sąsiedztwo, ale także bogate chrześcijańskie dziedzictwo Wschodu i Zachodu”. Zgadza się, tylko autorzy zapomnieli o równie bogatej historii niesnasek i otwartych wojen, których efektem jest do dzisiaj nie wyjaśniona – najnowsza – historia tragedii smoleńskiej, ciągle pozostającej tajemnicą, przy jawnym i kpiarskim wręcz podejściu Rosjan w postaci niszczenia śladów i utrudniania wyjaśniania  okoliczności tragedii, albo – bardziej zamierzchła – ale ciągle kultywowana tradycja hucznego świętowania wypędzenia Polaków z Moskwy. Część nt. grzechu i dążenia do pojednania podzielonych Kościół – zgadza się, popieram. Jednak już kawałek dalej – gdy mowa o II wojnie światowej – jedynie tekst o tragedii ateizmu, bez zająknięcia o tym, kto tu komu i co narzucał – w sytuacji, kiedy jest to jednoznaczne. Słusznym jest także apelowanie o pojednanie – jednakże proszenie „o wybaczenie krzywd, niesprawiedliwości i wszelkiego zła wyrządzonego sobie nawzajem” wydaje się zbyt pospieszne, biorąc pod uwagę, że jedna ze stron (Rosja) póki co wypiera się wyjaśnienia najnowszych animozji w relacjach między państwami – z XX i początku XXI w., powiązanych ze sobą Katynia i Smoleńska. Daleko mi jest do teorii spiskowych, pomijając fakt że po takim czasie wątpię, aby kiedykolwiek wszyscy dowiedzieli się, co tak naprawdę się w Smoleńsku stało – jednakże zła wola strony rosyjskiej, śmieszny raport MAKu, zacieranie i niszczenie dowodów wyraźnie pokazują, jaki stosunek mają władze tego kraju do Polaków, i bynajmniej nie jest to stosunek wskazujący na wolę pojednania, a jeśli już – pokazanie, gdzie wasze, Polaczki, miejsce. Jedyne zdanie, które nawiązuje do niewyjaśnionych spraw między krajami, to „Przebaczenie nie oznacza oczywiście zapomnienia”. Dokładnie tak, nie oznacza. I tu powinno się, choćby skrótowo wskazać, jakie kwestie są do wyjaśnienia. Bo to nie jest tylko nawiązanie na marginesie – a odniesienie do problemu kluczowego w punktu widzenia możliwości dokonania się faktycznego pojednania polsko-rosyjskiego, w mojej ocenie na dzisiaj mało realnego. 
W drugiej części pt. Przeszłość w perspektywie przyszłości możemy przeczytać m.in. „Wydarzenia naszej wspólnej, często trudnej i tragicznej historii, rodzą niekiedy wzajemne pretensje i oskarżenia, które nie pozwalają zagoić się dawnym ranom”. Kółeczko się zamyka – wszystko można przebaczyć, jeśli druga strona o przebaczenie prosi. Czy władze rosyjskie stwarzają jakiekolwiek choćby pozory, żeby im na tym przebaczeniu zależało? Bynajmniej. Kolejne dwa zdania są jakby ze sobą sprzeczne. Najpierw czytamy „Obiektywne poznanie faktów oraz ukazanie rozmiarów tragedii i dramatów przeszłości staje się dzisiaj pilną sprawą historyków i specjalistów” – i tutaj pełna zgoda, przy czym przede wszystkim w zakresie specjalistów, których opinie poskutkują konkretnymi działaniami władz krajów. Jednak już dalej: „Z uznaniem przyjmujemy działania kompetentnych komisji i zespołów w naszych krajach”- to po prostu, przepraszam, pusty śmiech, choćby w kontekście raportu MAKu jako przecież kompetentnego organu federacji rosyjskiej. Ostatni akapit – z apelem do władz – brzmi sensownie, jednakże w realiach daleko jeszcze do tego, i wątpię, aby za prezydentury Putina cokolwiek się, z jego podejściem, zmieniło na lepsze. 
Ostatnią część pt. Wspólnie wobec nowych wyzwań pominę – zaakcentowanie znaczenia dziedzictwa chrześcijańskiego, potrzeby ewangelizowania, zadań strojących przed Kościołami w zakresie wspierania rodzin, kwestii społecznych, walki z dyskryminacją chrześcijaństwa, dbałości o godność ludzką, wezwania do zawierzenia Chrystusowi – bo to faktycznie istotne problemy i kwestie słusznie poruszone. 
Żeby nie było wątpliwości – daleki jestem od potępiania inicjatywy jako takiej, cieszę się że KEP rozmawia z Cerkwią, że był w Polsce z wizytą zwierzchnik Cerkwi rosyjskiej, że wspólnie zachęcają ludzi obydwu narodów do zawierzenia Chrystusowi, odkrywania Go i zapraszania w swoje, jakże bardzo zagrożone laicyzacją, konsumpcjonizmem i relatywizmem życie. To jest dobre i potrzebne. Tylko tak naprawdę, w zakresie relacji państwowych na linii Polska-Rosja nie zmienia to nic, a to właśnie na tej linii – władz – jest najwięcej do zrobienia i uporządkowania, nie ukrywajmy, głównie z rosyjskiej strony. Owszem, konflikty były obustronne, jednak bez wątpienia Polska o wiele częściej cierpiała z ręki Rosjan niż na odwrót, i brakuje ze strony Rosji po prostu uderzenia się w piersi, wykazania naprawdę dobrej woli (a nie kilka słów b. już prezydenta Miedwiediewa) np. w zakresie wyjaśniania Katynia i Smoleńska, i to nie jako jednorazowy gest, dla dobrego PRu, a po prostu trwała postawa wobec Polski jako poważnie traktowanego sąsiada, a nie przeszkody w zacieśnianiu stosunków gospodarczych z Niemcami, od których Rosjan rozdzielamy. 
Zgadza się, tekst ten pochodzi od duchownych, stąd taki a nie inny język, jednakże każdy z nich ma świadomość rzeczywistości stosunków między naszymi krajami, przeszkód na drodze do faktycznej jedności i współpracy (krajów, nie wspólnot-kościołów), i z uwagi na wskazane przeze mnie przemilczenia albo ogólniki, albo po prostu pobożne życzenia, w mojej ocenie ten tekst ma wartość po prostu niewielką. Ponieważ brak w nim odniesień do faktycznych wydarzeń, które zadecydowały, że relacje na linii Polska-Rosja są, jakie są; brakuje nazwania po imieniu tego, co i jakie było. Dopiero wtedy, stając w prawdzie, która ma nas wyzwalać, można budować pojednanie. Tutaj – wiele zabrakło. Wyszło po prostu bardzo ogólnikowo i nijak. Taki miły i optymistyczny tekst, jednak bardzo mocno oderwany od rzeczywistości i realnych podstawowych problemów w relacjach Polski i Rosji. Pomijając już fakt, zaakcentowany na wstępie, że nie rozumiem, co ten tekst miałby robić w miejscu homilii w czasie Mszy Świętej, co jest wręcz absurdalne. 

Karol – człowiek, który nie został papieżem

Tytuł banalny, przypisywany rzekomo x Adamowi Bonieckiemu z jego tekst sprzed lat, na dniach wykorzystany również przez Gazetę Wyborczą. Ale jakże bardzo trafnie opisujący wielkiego człowieka, który odszedł do Pana dokładnie tydzień temu.
+ kard. Carlo Maria Martini SI (1927-2012)
Mam na myśli Karola Marię Martiniego SI, kardynała tytularnego kościoła s. Cecilia, przeszło 20 lat metropolity Mediolanu. Rocznik 1927, w Towarzystwie Jezusowym od 17 roku życia. Doktor teologii i biblistyki – jednoznacznie kojarzony jako egzegeta. Wyświęcony w 1952 r., profesję wieczystą złożył 10 lat później. Wykładowca i rektor Papieskiego Instytutu Biblijnego, później rektor Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego. Rekolekcjonista papieski z 1978 r. W grudniu 1979 r. mianowany metropolitą Mediolanu, konsekrowany w święto Przemienienia Pańskiego następnego roku osobiście przez bł. Jana Pawła II. Wieloletni sekretarz generalny Światowego Synodu Biskupów, przewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy, kilkukrotny specjalny wysłannik Papieża z Polski do różnych miejsc świata. Z uwagi na postępującą chorobę Parkinsona w 2002 r. odszedł na emeryturę, osiadając w ukochanej Jerozolimie w prostym jezuickim domu zakonnym. Ostatnie lata życia spędził we Włoszech, zmarł w domu swego zakonu jezuitów w Gallarate w północnych Włoszech.
Piękne i trudne słowa wybrał na swoje zawołanie biskupie: Pro veritate adversa diligere, Dla prawdy kochać przeciwności. Wiele tych ostatnich go spotkało w życiu, wiele doznał niezrozumienia. Jak podaje portal deon.pl, papież Benedykt XVI opisał zmarłego w sposób następujący: „całe życie zmarłego purpurata najtrafniej podsumowują słowa Psalmu: „Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce”. Tą ścieżkę wskazywał innym, nie ograniczając się tylko do diecezji mediolańskiej i tych, którzy przychodzili do kościołów, ale szukał dróg do dotarcia właśnie do całej reszty – obojętnych, porzuconych, czy nawet w ogóle nie mających z Kościołem nic wspólnego.
Słusznie jest uznawany za wielkiego orędownika dialogu między ludźmi wszelkich nacji, przekonań, bez względu na dzielące ich bariery. Rabin Rzymu 97-letni Elio Toaff w wydanym po jego śmierci oświadczeniu napisał, że włoski hierarcha był „jednym z najbardziej światłych głosicieli i zwolenników filozofii dialogu między chrześcijaństwem a judaizmem”.
Carlo Maria Martini szukał porozumienia ze światem na poziomie języka i komunikacji. Jego teologia wchodziła w interakcję z nowoczesnością. Pogadanki w Corriere della Serra, czyli odpowiedzi kardynała na pytania stawiane przez czytelników były popisem erudycji i kultury teologicznej. Duchowny w prosty sposób objaśniał najbardziej zawiłe kwestie dotyczące śmierci, dogmatów, liturgii czy seksualności. – Wielu z nas, obserwując wydarzenia ostatnich czasów, wielkie katastrofy naturalne, a także wojny i przejawy nienawiści – pisał – odnosi wrażenie, że zbliża się koniec świata. Ten świat – komentował – któregoś dnia musi się skończyć, zresztą potwierdza to nauka, ponieważ słońce zbliża się do swego nieuchronnego zachodu. Chrześcijanin ma pewność, że Bóg przyjdzie mu z pomocą – twierdził teolog wierząc, że otoczenie laickie nie jest wrogiem Kościoła, ale jego partnerem w postępie ludzkości. Kardynał tłumaczył braciom w biskupstwie, że rozumne przekonywanie i szanowanie reguł świeckości są gwarantem spokojnej i silnej obecności Kościoła. Odważnie poruszał najgorętsze tematy dialogu chrześcijaństwa ze światem laickim. Dzisiaj nie trudno podzielić pogląd Benedykta XVI, że Kościół zmierza w kierunku wspólnoty coraz mniejszej, ale bardziej zaangażowanej, czynnej, ludzi naprawdę żyjących wiarą; a kard. Martini chciał ten Kościół otworzyć, przybliżyć coraz dziwniejszemu i bardziej zlaicyzowanemu światu. 
Paradoksalnie, gdyby konklawe po śmierci Jana Pawła II odbyło się 10 lat wcześniej, w gdzieś w połowie lat 90., kard. Martini miał duże szanse na zostanie jego następcą. Wtedy jeszcze w sile wieku, w 2005 r. również typowany na jednego z papabili, zaprzeczał jednak wszelkim spekulacjom. Po prawdzie, wówczas nie miał już szans – po odejściu jednego papieża, który w dużej mierze zmarł z powodu choroby Parkinsona, kardynałowie nie zdecydowali by się raczej na wybór kolejnej osoby, cierpiącej na to schorzenie w stopniu bardziej już niż widocznym. 
Szerokim echem odbił się jego wywiad-rzeka z Umberto Eco, agnostykiem, zatytułowany „W co wierzy ten, kto nie wierzy?”. Mówił w niej: „Słusznie przywołuje Pan cel tej naszej epistolarnej rozmowy. Chodzi nam mianowicie o zakreślenie wspólnego dla laików i katolików pola dyskusji obejmującego również punkty, w których nie ma zgody. Zwłaszcza te, z których powstają głębokie nieporozumienia, znajdujące wyraz w konfliktach na płaszczyźnie politycznej i społecznej.”
Zaskakiwał otwartością, jednak – niestety, błędnie – zarzucano mu przekraczanie granic (tak jak tutaj – pomijając fakt, że – wbrew tytułowi – zmarłemu poświęcono niewielką część tekstu z kwietnia 2012 r.). Postulował dopuszczanie stosowania prezerwatyw w sytuacjach ekstremalnych, gdy jedno z małżonków jest zakażone („Z pewnością użycie prezerwatywy może w pewnych sytuacjach być mniejszym złem. Chodzi tutaj o szczególną sytuację małżonków, spośród których jeden małżonek jest zarażony AIDS. Każdy jest zobowiązany do ochrony drugiego współmałżonka, który z kolei powinien być zdolny do ochrony siebie”). Nazywał wprost dyskryminacją stosunek w Kościele do osób rozwiedzionych – trudno się z tym nie zgodzić, obecnie w Polsce rozkwitają duszpasterstwa takich osób, szczególnie pod egidą dominikanów i jezuitów, jednakże wydaje się to być kroplą w morzu potrzeb; nie chodzi tu o żadne uproszczenia i udawanie, że problemu w związku z rozwodami nie ma – brakuje jednak akcentowania tego, że rozwód nie przekreśla człowieka, że Bóg nadal jest dla niego, kocha go. Zarzucono mu pochwałę parad gejowskich – czego nigdy nie uczynił, sugerując jedynie, iż samo zjawisko homoseksualizmu i próby zaistnienia medialnego należy umieć zrozumieć (bynajmniej nie akceptować) jak fakt, i tylko w takim zakresie – jako faktu – mówił o związkach homoseksualnych. Bo istnieją, są faktem. Gdzie tu herezja, o którą zmarłego oskarżano? To fakt, a kwestia jego oceny to zupełnie inna sprawa. Wzywał do tolerancji, nie do akceptacji – czego wielu nie rozumiało. Otwarcie sprzeciwiał się postawieniu znaku równości pomiędzy homo związkami a rodziną. 
Jak to ujął o. Dariusz Piórkowski SI, „niektórzy, wyciągając wypowiedzi Kardynała z szerszego kontekstu, próbują go zdyskredytować, ośmieszyć i zaliczyć do ukrytych wrogów Kościoła, rozmontowujących go od środka. Najbardziej smutne jest to, pomijając brak szacunku dla zmarłego, iż nie próbują zrozumieć, co rzeczywiście Kardynał miał na myśli, lecz powtarzają obiegowe opinie i półprawdy, by mieć pożywkę dla swoich lęków. To jest wykwit mentalności, która działa zgodnie z zasadą „dajcie mi winnego, a ja znajdę paragraf”. Prawdą jest, zdarzały się uproszczenia – które osobom klasyfikującym na zasadzie: czarne albo białe, dobre albo złe, mogły wydać się znaczącymi coś innego niż to, co miał na myśli autor. 
Narażał się także hierarchom Kościoła o zamkniętych horyzontach. W opublikowanej niedawno niewielkiej książce «Biskup» kard. Martini pisze: «Niech żaden biskup nie sądzi, że będzie skutecznie kierował powierzonymi mu ludźmi wielością poleceń i dekretów, zakazów i negatywnych sądów. Niech skupi się raczej na duchowej formacji, rozbudzając zamiłowanie do Pisma Świętego, niech przedstawia pozytywne racje naszego działania według Ewangelii. Uzyska w ten sposób dużo więcej niż surowym nawoływaniem do przestrzegania norm». Sama prawda – ale czy każdy biskup chciał ją słuchać? 
W (niewydanej w Polsce) książce „Nocne rozmowy w Jerozolimie. O ryzyku wiary” wskazywał na negatywne efekty encykliki „Humanae vitae” Pawła VI – nie krytykując, ale wskazując, iż rozumiał zamysł papieża Montiniego, jednakże przyznać należy, iż przyniosła ona również zło w postaci choćby tego, że po jej wydaniu, na skutek tak a nie inaczej przedstawionego konkretnego stanowiska, Kościół przestał być postrzegany na serio. Stanowisko papieża było właściwe, jednak zabrakło wyjaśnienia, tłumaczenia. Nie każdy ją zrozumiał, wielu z tych, którzy jej nie zrozumieli, zdystansowała jeszcze bardziej od Kościoła. Stąd sugerował kontynuację i nową encyklikę, wyjaśniającą sprawę. 
Jego propozycja życia była bardziej niż prosta: cisza i modlitwa Pismem Świętym, bo – jak mówił – nie ma lepszego sposobu rozmowy z Bogiem aniżeli dialog z Jego słowem w Ewangelii. 
Przede wszystkim jednak był realistą. Te słowa mogą boleć i smucić, ale są po prostu prawdziwe. „Kiedyś miałem marzenia o Kościele. Marzył mi się Kościół, który postępuje swoją drogą w ubóstwie i pokorze, Kościół, który nie zależy od potęg tego świata. Marzyłem, że zniknie nieufność. Marzyłem o Kościele, który daje przestrzeń osobom zdolnym do myślenia w sposób otwarty. O Kościele, który daje odwagę tym przede wszystkim, którzy czują się mali albo grzeszni. Marzyłem o Kościele młodym. Dziś już nie mam tych marzeń. Kiedy osiągnąłem 75 lat, postanowiłem się za Kościół modlić”. Kościół jest, jaki jest, ale trzeba się za niego modlić… choćby właśnie po to, aby dla nas albo dla tych, co przyjdą po nas, był lepszy, bardziej otwarty na ludzi z ich problemami. 
On sam stoi już przed obliczem Pana, i nie mam wątpliwości, że jest tam szczęśliwy. To był wielki człowiek, na miarę Kościoła, i na miarę problemów tego Kościoła z jego (zmarłego) i naszych czasów; problemów, których nie bał się dotykać i z którymi mierzył się, zamiast udawać, że ich nie ma. Oby znaleźli się dzisiaj i w przyszłości ludzie o tak szerokich horyzontach, o podobnym spojrzeniu, wrażliwości i uporze – dla dobra zarówno Kościoła, jak i świata. Tacy ludzie są po prostu potrzebni. Kościół musi iść do przodu – nie tyle ścigać się z nowoczesnym światem, co próbować być przez niego zrozumianym, przede wszystkim wykazać wolę, chcieć temu światu coś zaproponować. Samo bycie to dzisiaj trochę mało. 

Maryjna dyskrecja i spostrzegawczość

Spóźnione praktycznie o tydzień myśli kilka o Wniebowziętej.

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja2?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń4, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!» I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!» Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków5 uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. (J 2, 1-11)
Maryja jest w tym obrazie wzorem matki troskliwej, która zauważa sprawy umykające uwadze mniej zatroskanych i zainteresowanych, zaangażowanych. Tamtym w Kanie o włos zabrakło wina, i była by niezręczna sytuacja na weselu. Patrząc na popularny swego czasu program Co mnie gryzie można by stwierdzić, że brakuje nam wszystkiego – a to zdrowia, pieniędzy, przyjaźni, spełnienia, sensu, spokoju, udanych wakacji. Każdy coś doda od siebie. Czasami warto spojrzeć na samego siebie z perspektywy drugiego człowieka – jak uczyniła to Boża Matka – i w ten sposób dostrzec, czego naprawdę potrzebuję. A może się okazać, że sam fakt tego, że czasem ktoś moją potrzebę zauważy i zatroska się tym, sprawi iż poczuję się choć trochę lepiej. 
Maryja jest uparta, to nie ulega wątpliwości. Jak ta niewiasta, która szła za Jezusem i łapała za jego szatę, a potem dyskutował z Nim. Jak niewidomy, którego uciszali, kiedy wołał za Jezusem, aby go uleczył. I jak tylu innych. To błogosławiony upór. Można pomyśleć, że Jezus ją zbył – może po prostu nie uważał, aby nadszedł czas na manifestację Jego siły i mocy, nie chciał się wychylać? Maryja miała świadomość, że On wie, co poleca sługom – to były słowa z jednej strony do nich, ale także zrozumiały znak dla Jezusa. Pomóż, bo bez Ciebie będzie bieda. Przy okazji, to bardzo dobry dowód dla wszystkich, którzy uważają, że dla Boga szkoda czasu, bo on go dla nas i tak nie ma – jak widać, ma, tylko najpierw trzeba się do Niego zwrócić. 
Bóg może wszystko, ale pragnie ludzkiej współpracy. To, że Jezus zamienił wodę w wino, a nie wyczarował od razu wino i stągwie, jest znamienne. Bóg szuka u człowieka współpracy, pragnie aby człowiek choć trochę Mu zaufał. Stąd te słowa, aby słudzy napełnili stągwie wodą. Pytanie brzmi – czy ja pozwolę, aby woda moich wątpliwości, win, słabości i bojaźni zamieniła się w mocne Bogiem wino? Nie bez powodu to pierwszy Jezusowy cud, w pewnym sensie początek. I nie przypadkowo dokonany właśnie na weselu, a więc kontynuacji uroczystości ślubnej. To Boże zaproszenie, aby człowiek razem z Nim na nowo rozpoczynał. 

Maluszki

Uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. Jak wam się zdaje? Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich: czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych. (Mt 18,1-5.10.12-14)
Czasami pytania uczniów mogą się wydać jakieś dziwne, niezrozumiałe. A to prosili o wyjaśnienie jakiejś przypowieści (to akurat dobrze i słusznie – nie rozumiem, więc pytam), a to kłócili się ze sobą o pierwszeństwo – zajęcie prawego i lewego miejsca po stronie Pana (Jakub i Jan), a teraz przychodzą i właściwie zadają pytanie – jak być tym pierwszym?
Na czym ma polegać to uniżenie na wzór dziecka? Moim zdaniem – na prostolinijności, prostocie serca, autentyczności, prawdziwości. Tak się składa, że jako młody ojciec maluszka, mam okazję na co dzień obserwować maleńkie dziecko, na tyle jednak duże, aby wyrażać już emocje, aby móc nawiązać z nim kontakt. Jest przepiękny właśnie dlatego, że zawsze taki zwyczajny i prawdziwy. Kiedy jest mu smutno – po prostu płacze. Kiedy jest szczęśliwy – śmieje się do rozpuku, szczerząc małe (i nie wszystkie jeszcze) ząbki. Kiedy chce okazać uczucie – przydrepcze i obejmuje cię, czasami da buziaka.
Pewnie, małe dziecko można oszukać, przekabacić, źle wychować, pozwolić na zakorzenienie się w nim niewłaściwych nawyków, nawstawiać przeciwko komuś. Wtedy staje się, niestety, takie bardziej dorosłe – podobne dorosłym, którzy najczęściej działają i okazuję na zewnątrz to, co w danej chwili się najbardziej opłaca, jest mile widziane czy pożądane, co przyniesię teraz/kiedyś mniej lub bardziej wymierną korzyść.
Brakuje nam tej dziecięcej prostoty. W imię naprawdę ważnych spraw (choć nie zawsze) ganiamy za sprawami naprawdę mało ważnymi, zatracami się dla spraw nieistotnych, tracimy czas i siłę, a życie ucieka między palcami i brakuje czasu na to, co najprostsze, ale i najważniejsze. Prawdę. Miłość. Nadzieję. Oddanie. Przyjaźń. Serce. Troskę. Odwagę. Roztropność. Wiarę.
Jak tak czytam te słowa – przykład dziecka zestawiony z zagubioną owcą – mam wrażenie, że nic w nim przypadkowego. Dzieci to takie owce, te które idą tam, gdzie trzeba. Ta zagubiona – to każdy, kto z dziecka przekształca się w dorosłego, dorasta, zaczyna być narażony na ten cały brud właściwy relacjom dorosłych. To dobry moment, aby się zastanowić – co jest tak naprawdę ważne? Owszem, każdy ma swoje obowiązki – szkoła, uczelnia, praca, rodzina. Ale czy w tym wszystkim nie brakuje dystansu do spraw wokół, upraszczania tego co nie wymaga komplikowania, bycia otwartym, szczerym i jednoznacznym?
Dokładnie tak jak to maleństwo, które ak wielu z nas wita w domach, kiedy wracamy po pracy. Zachwycamy się dziećmi, poświęcamy im czas, darzymy miłością. A dzisiaj Bóg wzywa do czegoś jeszcze – do wzięcia z nich przykładu, tak na serio. Do bycia jak dzieci.

Chleb, który nie pozwoli umrzeć

Żydzi szemrali przeciwko Niemu, dlatego że powiedział: Jam jest chleb, który z nieba zstąpił. I mówili: Czyż to nie jest Jezus, syn Józefa, którego ojca i matkę my znamy? Jakżeż może On teraz mówić: Z nieba zstąpiłem. Jezus rzekł im w odpowiedzi: Nie szemrajcie między sobą! Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Napisane jest u Proroków: Oni wszyscy będą uczniami Boga. Każdy, kto od Ojca usłyszał i nauczył się, przyjdzie do Mnie. Nie znaczy to, aby ktokolwiek widział Ojca; jedynie Ten, który jest od Boga, widział Ojca. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne. Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata. (J 6,41-51)

Żydzi szemrali. Nie pierwsi ani ostatni raz. W Jezusie jednak nie było jakiejś woli walki, chciał po prostu wykazać, że błądzą, starając się z Nim walczyć dla zasady, zamykając się z założenia na to, co On głosił. Znowu pojawił się w ich ustach argument – przecież to Syn tej i tamtego, znamy ich, jaki Mesjasz? A historia dobitnie pokazała, że świętość jest darem Bożym osiągalnym dla każdego – i pewnie statystycznie rzecz biorąc tych prostych, zwykłych, często niewykształconych świętych i błogosławionych Kościół ma więcej niż uczonych, szlachetnie urodzonych i po ludzku wybitnych.
Piękne jest to, że w Jezusowych słowach nie ma nic, co sugerowało by, że On się wywyższa. Uwagę słuchaczy – jakby oni nie byli nastawieni – kieruje od razu na Boga Ojca. Ojciec posłał Syna, i Syn wskazuje drogę ku Ojcu. To jedyna droga do życia bez końca, do zmartwychwstania – bo o takim właśnie wskrzeszeniu jest tu mowa. Bycie Bożym uczniem to nic innego, jak zasłuchanie się w Boga, odkrycie Go, zrozumienie, że Syn idzie właśnie w Jego, Ojca imię i w Jego imię działa, że nie ma tu miejsca na samozwańczego mesjasza o wątpliwym rodowodzie. 
Życie wieczne to dar, jakim obdarzyć może tylko sam Bóg w Trójcy Świętej jedyny, nikt inny – cała reszta to zwodzenie i ułuda. I tylko ten Bóg, który w swoim Synu oddał się na krzyżu, powraca codziennie na ołtarzach całego świata – właśnie jako chleb życia. Dzisiaj Jezus mówi dobitniej, doprecyzowuje to, czego nie wskazał wprost tydzień temu (J 6,24-35). Tylko spożywając ten chleb człowiek nie umrze na wieki – w przeciwieństwie do tych, którzy w Starym Testamencie spożywali mannę z nieba, także zesłaną przez Pana, a jednak po ludzku umarli i oczekiwali odkupienia, Jezusa. 
To żaden wymysł, żadne show ustanowione z ludzkiego widzimisię. Eucharystia to chleb niebieski, chleb który właśnie z nieba zstąpił. Dana nam, ludziom, właśnie po to, abyśmy czerpali, karmili się tym chlebem. Im częściej, tym lepiej – o ile tylko serce czyste na to pozwala. 
>>>
Dawno nie pisałem, bo i się wiele działo. 
Sprawa pracy się rozwiązała. Poszedłem na rozmowę z szefem i powiedziałem, że rezygnuję. Próbował przekonywać, bo było tym bardziej niestosowne i dziwne, że sam i jego zachowanie było powodem mojego odejścia, ale powiedziałem że zdania nie zmienię. Formalnie pracuję do końca sierpnia – w praktyce w tym miesiącu byłem w pracy 1 dzień, zamykałem wszystkie swoje sprawy, a reszta to urlop do wykorzystania. 
Niestety, na dniach „odbiło mi się” to, że wszystko się udało pozamykać dobrze – szef poszedł na rękę w zakresie patronatu, napisał to co potrzebowałem i podpisał wszystko – więc dla odmiany, jak zacząłem segregować pliki z komputera z pracy, okazało się… że szlag trafił wszystkie moje notatki z pół roku aplikacji. Nie wiem, jak to się stało. Po prostu nie ma tego folderu, kilka niewielkich plików w wordzie, ale np. w jednym 120 stron notatek które sam pisałem, nie opuszczając ani jednego wykładu… Kolega poratował, przysłał swoje notatki, trzeba będzie je przerobić na własne i tak się uczyć. Ale będzie sporo roboty. 

Oczywiście, nie rzuciłem pracy w ciemno. Udało się wcześniej zorganizować nową. Trochę się z tym źle czuję – dostałem ją z polecenia, normalnie nie miał bym szans (mimo że to nic nadzwyczajnego, żadne kosmiczne zarobki – wręcz kilkaset złotych do tyłu w stosunku do poprzedniej pracy), w pewnym sensie urząd. Martwię się, że niewiele pieniędzy – nie jestem sam, jest żonka i malutki, ale musimy dać radę. A mało jest dlatego, że na 4/5 etatu – w końcu muszę mieć wolne na zajęcia. Ale jest praca – mam nadzieję, spokojniejsza, normalniejsza, z konkretnymi obowiązkami i wymaganiami. Lokalowo wydaje się naprawdę zapowiadać dobrze. Denerwuję się – jutro pierwszy dzień! Mam nadzieję, że w tym wszystkim – pomimo konieczności jeszcze uczenia się w domu – będzie czas na bardziej regularne pisanie, które musiałem na jakiś czas zarzucić. 

Jak tak czytam dzisiejsze I czytanie o Eliaszu (1 Krl 19,4-8) to tak jakoś znajomo brzmi. Sytuacja była – w moim odczuciu – beznadziejna, mogłem czekać na wypowiedzenie. To zmotywowało, aby prosić o drogę, o rozwiązanie. I to rozwiązanie przyszło – nie kombinowałem, nie wahałem się, pojawiło się tak niespodziewanie i w takim momencie, że nie mógł to być zbieg okoliczności. Może nie było to dosłownie „Wstań i jedz” – ale wystarczająco, jak dla mnie, wyraźnie. 
Tydzień czasu byłem więc na urlopie. Zrobiłem w domu sporo rzeczy, na które normalnie nie było czasu. Pobyłem z żonką i synkiem, bez pośpiechu. Żonka prawo jazdy zaczęła, w międzyczasie kurs skończyła i jutro ma pierwszy raz jazdy 🙂

Jak to będzie z tymi żniwami

Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha! 
(Mt 13,36-43)

Niewiele jest w Ewangelii miejsc, gdzie Jezus tak dokładnie, wprost, że bardziej się nie da, tłumaczy przypowieść. I do tego – uczniom. Nie ma tu jednak ani słowa wyrzutu – po prostu wyjaśnienie. Bo Bóg – Ten prawdziwy – przychodzi do człowieka, aby uprościć, aby wyprostować to co zakręcone i powykrzywiane, aby ułatwić i zatroszczyć się. (W tym kontekście – polecam świetny felieton o. Dariusza Kowalczyka SI z najnowszego GN)
Bóg jako wielki i dobry Siewca, który działa rękami swojego Syna. Nasiona to my – ludki Boże, istniejące od momentu naszego poczęcia, i dążące ku nieskończoności ze swoją nieśmiertelną duszą z jednej strony, i ludzkimi słabościami z drugiej. Każdą swoją decyzją, każdym dokonanym wyborem zbliżamy się do owego Dnia Sądu, tak obrazkowo powyżej opisanego jako żniwa, i stajemy się – a to synami królestwa, gdy postępujemy właściwie, a to synami Złego, kiedy dajemy się owemu Złemu skusić. 
Czy należy powyższe słowa interpretować jako permanentny koniec dla tych, którzy w swoim życiu częściej wybierali Złego, stając się bardziej jego synami? Czy spotka ich los, jaki spotyka chwasty, spalane bez mrugnięcia okiem w ogniu? Nie wątpię – Bóg przyjdzie i będzie sądził. Będą Mu wiadome wszystkie uczynki danego delikwenta, owe zgorszenia i nieprawości. I pewnie tych opornych spotka jakaś, być może bardzo nawet dotkliwa kara w formie czegoś, co znamy jako „czyściec”. Nie wierzę jednak (niestety?) w to, że Bóg – Miłość bez końca – będzie chciał kogokolwiek zatracić na przysłowiowy „amen”, bo – przy całym szacunku dla Jego wielkości i faktu, iż dał nam wolną wolę, to stało by w sprzeczności z Jego umiłowaniem każdego z nas. 
Mamy czas tutaj, na ziemi, dany aby dokonywać wyborów, opowiadać się po Jego lub Złego stronie. W końcowym rozrachunku, przy owych anielskich żniwach, Bóg rozsądzi, i niektórych nagrodzi od razu, a niektórym każe poczekać, i sama świadomość tej konieczności będzie dla nich wydaje mi się dość dotkliwą karą, takim właśnie oczyszczaniem. Zdecydowanie o. Wacław Hryniewicz OMI mnie przekonuje w tym zakresie 🙂
>>>
To był – jeszcze jest – dość napięty i intensywny czas. Podjąłem decyzję i zrealizowałem ją – porozumiałem się z pracodawcą co do rozwiązania umowy. Formalnie pracuję do końca sierpnia, praktycznie zaś 2 sierpnia jestem ostatni dzień, reszta to proporcjonalny wymiar urlopu do wykorzystania. Materialnie na tym stracimy – kilkaset złotych mniej; forma zatrudnienia w nowym miejscu też mniej ciekawa – umowa na zastępstwo zamiast umowy na czas nieoznaczony (ale zakładam, że będzie dobrze, jak się sprawdzę to zatrudnią normalnie). No i niepełny etat – w urzędzie się tak nie da, że niby jesteś, ale jeden dzień w tygodniu Cię nie ma. Ale pod każdym względem praca będzie spokojniejsza, lepsza, bardziej normalna, w sensowniejszych godzinach – będę w domu wcześniej. Urząd – fakt, w pewnym sensie „wielki powrót”. 
Tak więc wszystko jakby się układało. Ostatnie 3 dni w tej pracy. Zupełnie inne podejście do wszystkiego, spokój, dystans. Nie rusza mnie to już. Na nic się nie napinam, nie muszę się wykazywać – bo i po co, przede wszystkim dlatego, że nawet kiedy mi zależało i się wykazywałem, to nikt nawet tego nie zauważał.
Mama szczęśliwie przeszła pierwszą serię chemioterapii, w kontekście tego, jakie mogły być, naprawdę praktycznie obyło się bez komplikacji i skutków ubocznych. Trzymamy mocno kciuki, teraz odpoczywa, niestety przez tropikalną pogodę trudno się oddycha.  

Msza poranna a spóźnienie do pracy

Tak się ostatnio zastanawiałem nad tym, jak to jest z godzeniem codziennych obowiązków z chęcią uczestnictwa we Mszy Świętej.
A jest trudno. Widzę to po sobie. Były okresy czasu, gdy – mając taką możliwość, ale przede wszystkim czując taką potrzebę – starałem się uczestniczyć w Eucharystii codziennie. Były to czasy szkolno-uczelniane, z akcentem na szkolne, bo na studiach człowiek już pracował, i nie zawsze się dało rano (jak np. praca na 7:30 i trzeba było dojechać), a i wieczorem różnie bywało. 
Teraz nie jest łatwiej. Rano odprowadzamy malutkiego do dziadków, sami musimy dojechać (żonka – kilkanaście minut, bezpośredni autobus; ja – prawie godzina w sumie – autobus z żoną, kolejka, potem znowu autobus albo spacer). Wychodzi mniej więcej, że człowiek wyjdzie z domu ok. 6:15, a w pracy jest jakoś 7:45. Albo wyjdzie z pracy ok. 16:00, i w domu jest tak 17:15. A jeszcze nie idzie do domu prosto, bo malutkiego trzeba odebrać. W domu też obowiązki – zakupy po drodze, malutkiego trzeba wykąpać, pobawić się z nim choćby chwilę, nakarmić i uśpić. A to przecież i tak niewiele – za kilka lat dojdzie więcej czasu na zabawy, gdy dziecko będzie większe, dojdą w szkole prace domowe, itd. 
Najczęściej – nie ma jak. Rano w parafii miejsca zamieszkania nie da się – pierwsza Msza jest o 7:00, więc za późno, już jestem w drodze. Wieczorem – także się nie da, bo w porze Mszy akurat jest pora kąpieli synka. Pozostaje alternatywa – kościół w okolicy miejsca pracy. Daje się czasami, bo Msza jest powiedzmy rano w porze pasującej. Ale pojawia się problem, kwestia sumienia – idąc na Mszę, spóźniam się o ok. pół godziny do pracy, i powinienem w niej w związku z tym siedzieć o te pół godziny dłużej. Mimo, że mam zadaniowy (sic!) czas pracy… A nie bardzo mogę, bo muszę sprawnie wracać do domu, żeby odebrać synka, zrobić zakupy i pomóc w tym wszystkim żonce. 
Nawet jak się udaje, człowiek pójdzie sobie – jak dzisiaj – to jakiś taki niepokój mam w sercu, że to nie do końca tak być powinno, że przez moje spóźnienie jestem jakby nie w porządku w stosunku do pracodawcy.  Że pracodawca wykorzystuje, wyzyskuje – zgoda. Ale mnie się wydaje, że ja nie w porządku jestem przez to, że przez Mszę jestem w pracy krócej, niż powinienem, niż się zobowiązałem. Może to jakieś dziwne. Ale jednak. 
Stąd też mam mocne postanowienie przełamania się i spróbowania wykorzystania możliwości udziału w adoracji Najświętszego Sakramentu. Bo jest taka w parafii, nawet w 2 dni w tygodniu, obydwa po południu (jedna wieczorem). Trzeba się postarać. 

Zacznij od siebie

Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien. I mówił do nich: Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali. 
(Mk 6,7-13)

15 niedziela zwykła roku liturgicznego, 15 lipca – a dodatkowo, wspomnienie liturgiczne mojego trzeciego patrona, tego od bierzmowania – św. Bonawentury.
Ciekawe jest to, jak Jezus rozsyłał uczniów. Nie pojedynczo, ale parami. Czym się kierował? Może tym, że ludzkie deklaracje bywają wielkie i mocne, natomiast rzeczywistość często okazuje się dużo bardziej brutalna, zaś ludzka wola po prostu słaba i zawodna. Porywamy się często – nawet i w dobrej wierze – na rzeczy wielkie, a wychodzi z tego niewiele, żeby nie mówić, że nic. 
Nie poszli w tę drogę sami. Wyruszyli „uzbrojeni mocą z wysoka”, uzbrojeni Duchem Świętym. Mieli to, co było im konieczne w ich nowej misji – i przykaz, aby nie zabierać ze sobą tony bagażu, wyposażenia wycieczkowego, praktycznie niczego, poza laską, na której mieli się wspierać w drodze, i sandałami w których mieli wędrować. To bardzo wymowne wskazanie, co miało być istotą i sednem misji – ewangelizacja, a nie martwienie się o pokarm, miejsce na dobytek, zapasowe ubrania czy po prostu pieniądze. 
Dla mnie interesujące jest to zdanie –  gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie.  Czyli – do kiedy? Nie powiedział tego wprost. Może nie wiedział? Dwunastu miało iść i głosić, zakładać wspólnoty, które miały wytrwać do końca – mniejsze lub większe, najpierw w ukryciu potem działające jawnie, mniej lub bardziej liczne. Tak jak człowiek – raz urodzony istnieje na zawsze ze swoją nieśmiertelną duszą – tak te poszczególne małe kościoły miały trwać i prowadzić ludzi do Boga. 
I tak idą do dzisiaj. Kościół jakby zatacza nowe koło – rozwijając się dynamicznie do czasów średniowiecznych (a może i późniejszych), dzisiaj z jednej strony niezwykle dynamicznie rozwija się na nowo – Afryka, Ameryka Południowa – czyli w miejscach tradycyjnie kojarzonych historycznie z misjami i terenami dla nowej ewangelizacji, zaś z drugiej – ten sam Kościół jakby pustoszeje, paradoksalnie, w tradycyjnie chrześcijańskich i katolickich krajach Europy, gdzie kościoły zamieniane są w imprezownie czy księgarnie, średnia wieku duszpasterzy oscyluje ok. 60, a na msze niedzielne pojawia się garstka osób. 
Zapatrzyliśmy się w tę naszą wspaniałą wiarę, a tak naprawdę niewiele z niej pozostaje. Może i do kościoła chodzimy – ale czy się szczerze modlimy? Nosimy krzyżyki, przyjmujemy kolędę, oburzamy się na darcie Biblii przez Nergala czy obrazoburcze wypowiedzi niejakiej Dody – w jakim stopniu z przyzwyczajenia, a w jakim stopniu z powodu faktycznego i uzasadnionego oburzenia? To wezwanie do nawrócenia ma sens tylko wtedy, kiedy – za każdym razem w sytuacji czytania takiego tekstu – nie zaczynam od siebie. Nie na zasadzie – aa, ze mną to jakoś tam jest, są gorsi. Pewnie są. Ale mnie nie zwalnia to z obowiązku nawracania siebie. Nikt tego za mnie nie zrobi. W tej sprawie zawsze trzeba być egoistą i zaczynać od siebie. Nie można – jakkolwiek – skutecznie nawracać, samemu nie będąc nawróconym.