33 lata później – znowu Polska

Na kanwie, radosnej nie da się ukryć, informacji o tym, iż Światowe Dni Młodzieży w 2016 r. odbędą się w naszym Krakowie, chciałem coś sam napisać. Znalazłem jednak w bodajże poprzednim GN tekst, który oddaje w mojej ocenie wszystko (pogrubienia własne). I świetne punkty do refleksji – ile w tym zachwycie nad Dżej Pi Tu było plastikowych kremówek, nie do końca rozumianych zwrotek Barki czy wspólnego bujania się wieczorem przy oknie na Franciszkańskiej, a ile w tym było (i pozostaje nadal) refleksji nad tym, jak ciągle być (nie tyle, co to znaczy) człowiekiem sumienia, jednoznacznym, zdecydowanym i działającym, umiejącym docenić to, co Polska kiedyś światu dała, cały czas daje i może dawać, co jest jej prawdziwą wartością przed światem. Podpisuję się obiema rękami i nogami. 
Jasna Góra 1983 – Kraków 2016
Andrzej Nowak
W Krakowie w 2016 r. możemy znów zwrócić uwagę świata na wspaniałą polską wolność, na wielką polską chrześcijańską tradycję i kulturę.

Mnóstwo się ciśnie myśli i nadziei po tym, jak papież Franciszek ogłosił, że Kraków będzie gościł Światowe Dni Młodzieży w roku 2016. Najpierw przypomnienie tych dni młodzieży, w których dane mi było z tysiącami, potem z setkami tysięcy uczestniczyć – w 1979, w 1983 roku. Przecież Jan Paweł II w tych spotkaniach z polską młodzieżą dochodził pewnie do myśli o większym, światowym skupieniu młodych wokół Chrystusowego przesłania. Kto był wtedy, na krakowskiej Skałce, w czerwcu 1979 roku z Janem Pawłem, ten nie zapomni tamtego tchnienia radości do końca życia. Wtedy było nas kilkanaście tysięcy, bo tyle mieściło się między murami ogrodu ojców paulinów na Skałce.  Cztery lata później były nas setki tysięcy u stóp jasnogórskiego klasztoru. 18 czerwca 1983 czekamy, śpiewamy, nie dłuży się. I widzimy w końcu, jak przyjeżdża ten, który ogniskuje nasze nadzieje, na dnie upokorzenia stanu wojennego. I słuchamy, jak mówi do nas, byśmy czuwali. Co to znaczy – czuwam? Do nas, do młodych (wtedy) mówił tak: „To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać, przezwyciężając je w sobie„.

Ogłoszenie Krakowa miastem spotkania młodych z Chrystusem zbiegło się z czytaniem o pokornym targowaniu się Abrahama z Bogiem o los Sodomy. Pan Bóg chce dać szansę na nawrócenie, nawet jeśli zastanie w mieście dziesięciu sprawiedliwych. 30 lat po tamtej pielgrzymce, po kolejnych pielgrzymkach, po wszystkich staraniach Jana Pawła do nas skierowanych – niepokoi ta myśl: ile w nas, ile w naszej ojczyźnie zostało sprawiedliwości? Czy nie zagłuszyliśmy i nie zniekształciliśmy naszych sumień? Ile zła przezwyciężyliśmy w sobie? Jak czuwamy? Każdy odpowiada na te pytania za siebie. Ale do młodzieży skupionej pod Jasną Górą 18 czerwca 1983 roku Jan Paweł II mówił o jeszcze jednym sensie słowa „czuwam”. Mówił tak: „Czuwam – to znaczy także: czuję się odpowiedzialny za to wielkie wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska. To imię nas wszystkich określa. To imię nas wszystkich zobowiązuje. Może czasem zazdrościmy Francuzom, Niemcom czy Amerykanom, że ich imię nie jest związane z takim kosztem historii. Że tak łatwo są wolni. Podczas gdy nasza polska wolność tak dużo kosztuje. […] Powiem tylko, że to, co kosztuje, właśnie stanowi wartość. […] Nie pragnijmy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała. Natomiast czuwajmy przy wszystkim, co stanowi autentyczne dziedzictwo pokoleń, starając się wzbogacić to dziedzictwo”. Freedom is not free – ten prosty napis znalazłem na pomniku tych, którzy położyli swe życie w walce o wolność. Pomnik jest w Waszyngtonie – bo nie tylko polska wolność, ale także amerykańska, niemiecka, francuska: każda wolność jest drogo kupiona. Tylko wszędzie tak łatwo jest o tym zapomnieć. Zwłaszcza ludziom młodym przychodzi to łatwo. W Polsce także. Prawdziwa wartość wolności wyrasta z polskiego dziedzictwa historycznego i z polskiej kultury – to Jan Paweł II stale przypominał polskiej młodzieży – po Częstochowie 1983 było Westerplatte 1987, znowu Jasna Góra 1991 – aż do tego poruszającego tak wiele młodych serc pożegnania 2 kwietnia 2005 roku, kiedy tysiące młodych Polaków spotykało się – na krakowskich Błoniach, na warszawskim placu Zwycięstwa, na tylu innych błoniach i placach w poczuciu osierocenia. I teraz, 30 lat i 40 dni po tamtym wielkim spotkaniu z młodymi pod Jasną Górą słyszymy, że znowu mamy szansę, by odrodzić się duchowo, otrząsnąć z zapomnienia, ale i odnowić swoją dumną więź z polskością. W Krakowie w roku 2016 możemy znów zwrócić uwagę świata na wspaniałą polską wolność, na wielką polską chrześcijańską tradycję i kulturę .

Nie wiem, ilu jest wśród nas sprawiedliwych, którzy tę szansę nam wymodlili. Ale domyślać się mogę, ilu wspaniałych świętych o tę szansę prosi Pana Boga „z drugiej strony”. Błogosławiony Jan Paweł II nie jest osamotniony w swoim targu o naszą Sodomę. Obok niego – choćby tylko związani z Krakowem – proszą święci: Stanisław, Jan Kanty, patron mojego uniwersytetu, królowa Jadwiga, królewicz Kazimierz (prosi nas też o to, żebyśmy nie zapomnieli o braciach Litwinach, którzy współubiegali się o zaszczyt organizacji ŚDM w roku 2016), brat Albert, Maksymilian Maria Kolbe (związany z krakowskim klasztorem franciszkanów), siostra Faustyna z Łagiewnik.

To są wielcy nasi patroni, wielcy patroni tych Dni w roku 2016. To są także najwięksi patroni polskiej promocji w świecie. Przekonuję się wciąż o tym, kiedy idę na Mszę do jakiegoś kościółka w Brukseli i słyszę kazanie francuskojęzycznego księdza o ojcu Kolbem, kiedy indziej – gdy słyszę o nim na Mszy w Dublinie, innym razem – gdy spotykam na honorowym miejscu podobiznę ojca Kolbego w wielkiej kaplicy najsłynniejszego chyba panteonu północnych Włoch (gdzie pochowani są: Galileusz, Michał Anioł, Machiavelli, Rossini) – florenckiego kościoła Santa Croce. Wiem o tym, kiedy widzę obrazki z Jezusem Miłosiernym i modlitwą świętej Faustyny w każdym kościele, obok Wall Street czy w Londynie lub Moskwie. Wiem o tym, kiedy widzę, ile twarzy rozjaśnia na całym świecie wspomnienie Jana Pawła II. Ojciec Kolbe, Faustyna, Jan Paweł – którzy „wytargowali” nam tę jeszcze jedną szansę – teraz cieszą się – i proszą polską młodzież, która będzie w Krakowie za trzy lata gościć młodych całego świata: dajcie świadectwo, że czuwacie, że potraficie odnowić wielkie dziedzictwo polskiej historii, odnowić przyrzeczenie chrztu, przyjętego 1050 lat temu.
I jeszcze króciutka, świetna myśl o. Jana Góry OP, tym razem z ostatniego GN: 

W jakim języku mówisz do ludzi – w takim otrzymasz odpowiedź. W jakim języku mówisz do Boga – w takim otrzymasz odpowiedź.

Róbta, co chceta; tylko się potem nie dziwta

Kolejny tekst, którego by pewnie nie było nigdy – gdyby nie to, że główne głosy „świętego oburzenia” padają ze strony tych, którzy taką postawę po prostu powinni doceniać, a na pewno już nie odwodzić bohatera sytuacji od czci i wiary. 
Ks. Adam Boniecki MIC w ramach tegorocznego Przystanku Woodstock w ramach. tzw. Akademii Sztuk Przepięknych rozmawiał z młodymi ludźmi, zgromadzonymi w Kostrzyniu nad Odrą, tłumaczył i odpowiadał na ich (tak, oczywiście, na pewno często nastawione na „zagięcie klechy”) pytania o sprawy trudne lub niezrozumiałe – o problem in vitro, stosunek Kościoła do osób wierzących, lecz niepraktykujących, kwestię obrazy uczuć religijnych i stosunek Kościoła do spraw majątkowych. Padło też ciekawe pytanie o to, w jakiego Boga Boniecki wierzy – ten zaś odpowiedział: 

W tego Boga, którego pokazuje Jezus Chrystus. Ważne, by zadawać sobie to pytanie, by zastanawiać się, czy Bóg, w którego wierzymy, porządkuje nasze życie

Mówił również bardzo ciekawie i trafnie o dzisiejszej roli kapłana – także w kontekście tego, do kogo jest posłany, i że jego misja nie ogranicza się do ładnego, równego i ulizanego poletka wiernych przychodzących do Kościoła, a także do ludzi kontestujących Go czy poszukujących, którzy także znajdują się na drodze, której winno się towarzyszyć:

Źródło wątpliwości jest tak różnorodne, że trudno je wrzucić do jednego worka. To są ludzie, którzy stawiają pytania, na które nie potrafią znaleźć odpowiedzi. Jeśli nie zatrzymają się na etapie negacji, mogą tą drogą zbliżyć się do Boga. Mówiąc za papieżem Franciszkiem: obowiązkiem księży jest towarzyszyć takim ludziom i być ich przyjacielem.

Co ciekawe – na spotkaniu, które poprzedzała aktualna „gwiazdka” i „celebryta” Kuba Wojewódzki można się było spodziewać, że na hasło „ksiądz…” ludzie po prostu wyjdą – a tu nic podobnego, pełen namiot, ludzie przed telebimami. I owacja na stojąco na końcu dla ks. Adama. 
I nie było by problemu, gdyby nie takie durne ataki, jak przepuszczony przez Frondę, która ostatnio mam wrażenie coraz mniej realnie patrzy na rzeczywistość, gubiąc się absolutnie w tym, kogo popierać, a co (i jak) piętnować. Wprost odniósł się do tych słów sam ks. Boniecki w najnowszym wstępniaku do TP, pod wymownym tytułem „Kochaj i rób, co chcesz” (nie, to nie jego „wymysł”, a takiego jednego – św. Augustyna, doktora Kościoła). 
Najpierw walono w to, że nie odżegnywał od czci i wiary Adama Nergala Darskiego – a wręcz stwierdził, że to „miły, mądry, spokojny człowiek”. Powiedział też, że w Nergalu jest „diabelskość z jasełek (…) nie ma w nim nic diabolicznego” oraz wskazując na sprzedajność takiej postawy – i ma pełną rację, bo należy odróżnić image Nergala jako artysty, co ewidentnie stanowi starannie przygotowaną i odgrywaną rolę, od niego jako człowieka poza tym. Oczywiście, sam fakt bycia artystą – wbrew temu, co orzekł swego czasu gdyński sąd – nie oznacza, że ma prawo obrażać uczucia ludzi religijnych, drąc Pismo Święte – i to trzeba nazwać jednoznacznie. W mojej ocenie facet gra, zarabia i żyje ze swojej plastikowej „diaboliczności” – a tym samym czy to ks. Boniecki czy ktokolwiek inny ma pełne prawo wyprowadzić z tego słuszny wniosek, że żadna to diaboliczność, a medialne działanie pogubionego pewnie nieco człowieka, któremu należy współczuć, a nie przeciwko komu wzywać do krucjaty. Kto ma rozum, ten i tak takie działanie prawidłowo oceni. 
Oczywiście, temat podchwycili pewni biskupi w naszym kraju – i tak, niejaki bp Kazimierz Ryczan (cytowany i przez Wyborczą, i przez Frondę) pozwolił sobie na stwierdzenie, iż ks. Boniecki „zagubił się na starość”. Bardzo merytoryczne, prawda? Ja z przykrością muszę stwierdzić, iż akurat dobrze, że autorowi tych słów tylko rok pozostał do emerytury – bo, bez względu na ocenę postawy ks. Bonieckiego, taki poziom wypowiedzi pozostawia wiele do życzenia po prostu w sferze kultury, i negatywnie wpływając na wizerunek Kościoła. Tym bardziej, że mam wrażenie, iż to ks. Boniecki w przeciwieństwie do bp. Ryczana wie, co mówi. 
Sednem tekstu było stwierdzenie: „Najbardziej porażająca była jednak odpowiedź ks. Bonieckiego na pytanie o ofertę, z jaką przyjechał do Kostrzyna. „Nic nie przyjechałem oferować. Róbta co cheta!”  – zakrzyknął duchowny” [pisownia oryginalna, skopiowana w z Frondy – z błędem…]. Tak, takie słowa padły – i nikt się ich nie wypiera. Czy jednak ktokolwiek z bijących pianę zastanowił się, co autor miał na myśli? Pewnie, najłatwiej podpiąć je do całości tego, co prezentuje sobą Jurek Owsiak i jego inicjatywy – i sprowadzić do wspólnego mianownika jako absolutną dowolność, nieskrępowanie żadnymi wartościami i punktami odniesień.
Czy jednak to właśnie powiedział ks. Adam? Nie. Nie przypadkowo przytacza słowa Augustyna – kochaj i rób, co chcesz – wielokrotnie powtarzane i przywoływane przez Kościół. Tu oddam głos ks. Bonieckiemu:

Na końcu zapytano mnie (to było dobre pytanie), z jaką przychodzę ofertą. Wiem, że prawidłowa odpowiedź brzmi: „Bóg cię kocha”. Ale mnie zastanowiło słowo „oferta”. Słowa sąsiadujące to „promocja”, „reklama” itp. Nie chcę – pomyślałem – być postrzegany jako komiwojażer, który przyszedł z ofertą: „przyjdź do nas, a nie będziesz sam”, „sens życia dostarczamy do domu”, „odpuszczenie grzechów gwarantowane”, „zbawienie wieczne zapewniamy”. Przyszedł taki – tak mnie postrzegają, myślałem – żeby nas złowić, nawrócić, przywabić. O, nie – pomyślałem. Owszem, przyszedłem podzielić się z wami tym, czym sam żyję, odpowiedzieć na wasze pytania. Ale nie z „ofertą”. Czy Bóg, czy Jezus Chrystus jest ofertą? Jest miłością. Czy miłość jest „ofertą”? Powiedziałem wam, co myślę – pomyślałem – powiedziałem wam, w co wierzę. A teraz kolej na was. Na każdego z osobna. Kto chce… „Jeśli ktoś chce iść za Mną” – mówił Jezus. „A może i wy chcecie odejść?” – pytał spłoszonych nową nauką uczniów. Powiedziałem wam o mojej wierze, o Bogu. Teraz wy, młodzi przyjaciele. Wasz wybór, wasza decyzja, wasza wolność. „Róbta, co chceta” – powiedziałem, wiedząc, że za to jeszcze oberwę.

Czy w takim toku myślenia jest cokolwiek nagannego? Czy Jezus kiedykolwiek był dla kogokolwiek jedną z wielu ofert, równorzędną z innymi, promocją czy okazją? Tak, okazją zdecydowanie. Ale nie jako jedna z wielu alternatyw, a ta jedyna naprawdę sensowna, prawdziwa, prowadząca dokądś indziej niż tylko do zaspokajania własnych potrzeb. Tu nie ma oferty promocyjnej, tu nic się nie zmienia – wręcz przeciwnie, Jezus to jedyny constans w tym wszystkim, tylko że nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, nie każdy Go zna, poznał Go i Mu zawierzył. Niektórzy do tego dojrzewają, inni szczerze szukają, a jeszcze inni są ciągle daleko, ale gdzieś w sercu wiedzą, że ich aktualna droga prowadzi donikąd. Bóg jest miłością, a nie ofertą – i to wszyscy wiemy od ewangelisty Jana, co Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, choćby w ramach pielgrzymki do Polski w 1999 r. 
Bóg nikogo do niczego nie zmusza – nawet jeśli niektórzy chcieli by, aby tak było. Wiara to wybór, świadomie i dobrowolnie podjęta decyzja o powierzeniu Panu całego swojego życia. Kościół dość razy na przestrzeni wieków błądził, używając przemocy i metod, które nie licują z tym, co ma prezentować i reprezentować na świecie. Każdy z nas daje (mam nadzieję) świadectwo, które trzeciej osobie może pomóc podjąć decyzję o zwróceniu się ku Bogu, lub nie. On czekał, jest i będzie czekał – nawet w ostatniej sekundzie życia danej osoby. Decyzję i ten jeden krok ku Niemu każdy musi wykonać sam. I będzie miał sens tylko wtedy, kiedy to będzie w pełni autonomiczna i wynikająca z potrzeby serca decyzja. 
Tak, w tym sensie – róbta, co chceta. Bo gesty, formy, słowa bez przekonania, dla zasady, z przyzwyczajenia – „chodzenie” na mszę, „klepanie” zdrowasiek”, bezmyślne spowiedzi dorosłych ludzi – to działania nie mające w ogóle sensu, chyba że dla „świętego spokoju” tego, kto je podejmuje; a przy tym przecież wie, że to tylko działanie pozorne, bez sensu; forma bez treści. Bóg daje nam wybór i tylko do każdego z nas należy ocena, co w skrytości serca, zgodnie ze swoim sumieniem, powinienem zrobić, jaką drogę wybrać, czym się kierować. To jest tylko moja decyzja – przy czym, o ile świadomie i dobrowolnie odrzucam Ewangelię, bo mi się nie chce, bo mi tak wygodniej, to powinienem mieć świadomość konsekwencji tego działania. 
Dlatego ja bym tu dopowiedział, jak kiedyś jeden ksiądz zakończył kazanie: róbta, co chceta; tylko się potem nie dziwta. 

Obsmarkani, zaniedbani, dziadowscy?

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść: Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem. (Łk 12,13-21)

 Takie skrzywienie zawodowe – Bóg jako sędzia spadkowy 🙂 W sumie jakoś tego nie widzę… 
Ktoś mógłby to pierwsze Jezusowe zdanie wyrywać z kontekstu – „Noo, przecież sam powiedział, że nie On ma nas sądzić, więc co Mu do tego, co i jak robię?”. Ano powiedział – ale w jakim kontekście? W kontekście pytania o sprawy stricte materialne, doczesne – w kontekście rodzinnej wojenki majątkowej, niestety. I tylko co do tego należy te słowa odnosić – sami się dogadajcie.
Obrazek zaś całej historii bardzo jest prosty i wymowny – mam tyle, że aż nie wiem, co z tym zrobić, i samo to że nie wiem staje się kłopotem, który mnie prześladuje, kombinuję, zabezpieczam, ubezpieczam… i w tym wszystkim zapominam, że nic mi to nie da, kiedy przyjdzie na mnie kres wędrówki po tej stronie życia. Wydaje mi się, że nie można tego człowieka podejrzewać z góry o złą wolę – może nie był tego świadomy, że sprawy materialne pochłonęły go tak, że nie widział nic dalej. Dzisiaj ksiądz na kazaniu zapytał, czy ktoś nie lubi mieć, nie lubi dóbr materialnych, dodając, że chętnie by taką osobę poznał – niestety, pomimo rozglądania się po kościele, nikt chętny się nie znalazł. Lubimy mieć. 
Uważam, że ten stereotyp jest mocno niesprawiedliwy – ale jest. Mianowicie, przyjmuje się – i my włącznie – że katolik to taki dosłownie obsmarkany, byle jak ubrany, zaniedbany i biedny ma być. „Bo taki jest ideał ewangeliczny”. Słucham? To chyba o jakiejś innej Ewangelii jest mowa. A równocześnie – nikt, włącznie z nami, katolikami, nie widzi nic złego w tym, kiedy pastorzy ewangeliccy czy duchowny muzułmańscy mają wręcz na swoje usługi całe prywatne media (stacje tv, radia, tytuły prasowe), albo co bardziej znane osoby prywatne, którym powiodło się w życiu i osiągnęły przeliczalny na pieniądze sukces, są w sposób oczywisty osobami bardziej niż bogatymi, niekiedy multimilionerami – wtedy jest ok, bo oni . O co tu chodzi? Nie wiem, chyba o taki durny dość skrót myślowy: katolik = dziad. 
A tymczasem Jezus w żadnym miejscu nie wskazuje, że mamy być byle jacy, zaniedbani, obsmarkani, niechlujni. Zgadza się, wskazuje na cnotę ubóstwa w duchu, w sposób jednoznaczny sygnalizuje, że nie można na biednych i ubogich się odwracać i ignorować ich – ale czy oznacza to konieczność obowiązkowego minimalizmu? Wydaje mi się, że nie. Mamy po to głowę, 2 ręce i pomysłowość, że możemy i mamy prawo czerpać korzyści z owoców swojej pracy, tego, co zarobimy, co jest wynikiem naszego wysiłku. Jeśli komuś się udało, gdy osiąga sukces w danej branży, gdy jest innowacyjny, konkurencyjny i robi to uczciwie, bez wyzysku, posuwania się do oszustw czy nieuczciwości – co w tym złego? Nic. Co więcej, może równocześnie bardziej, na różne sposoby, wspierać tych, którzy mają mniej – jałmużną, ale też poszerzając rynek pracy i tworząc miejsca pracy rozumianej jako możliwości godnego zarobienia na życie swoje i rodziny (a nie wyzysku); można zaangażować się w działalność charytatywną, można próbować we własnym zakresie i choćby w bezpośrednim sąsiedztwie znaleźć i wspierać w konkretny sposób konkretne osoby czy rodziny. A to, że człowiek może pozwolić sobie na postawienie domu zamiast ciasnego mieszkania, sensowny samochód zamiast starego złomu (skarbonka bez dna przysłowiowa), i wyjechać z rodziną na zasłużony urlop? To nie jest złe – o ile jest to wszystko z umiarem, nie dla pychy, nie na pokaz (dzisiaj częsty problem – u panów: gadżeciarstwo, to co najnowsze, najlepsze, choćbym miał dosłownie takie samo; panie – chyba głównie ciuszki, kosmetyki, błyskotki, dodatki?). Bóg nigdy nie zakazuje nam korzystania z tego, co z Jego błogosławieństwem zdobywamy pracą swoich rąk – co więcej, jestem przekonany, że cieszy się, kiedy dobrze to wykorzystujemy. 
W tym wszystkim trzeba po prostu zachować umiar i nie pogubić się, aby zamiast „być” nie interesować się tylko „mieć”. Jezus nazywa to po imieniu – chodzi o uniknięcie chciwości. Chodzi o umiejętne korzystanie z tego, co Bóg nam w danym momencie życia (i wcale nie koniecznie do jego końca) daje – czego genialnym przykładem jest Hiob (tak, ten, co go Bóg doświadczał i zgadzał się na próby ze strony Złego, któremu zabierał wszystko i rodzinę, a ten i tak nie złorzeczył – Pan dał, Pan zabrał, niech imię Pańskie będzie błogosławione – to jest postawa!). 
I tę chciwość trzeba rozumieć szeroko – mianowicie nie tylko jako dobra materialne, bo na nich chęć posiadania przecież nie musi się kończyć – szczególnie, gdy ktoś ma już naprawdę wiele. Władza, siła, możliwość wpływania na konkretne sprawy czy osoby, ingerowanie w politykę, prawo. Chcę tego i stanę na głowie, aby to dostać. Tu jest zło i tu jest zguba – bo nie ma możliwości, aby mieć wszystko także w takim (niematerialnym) tego słowa rozumieniu. Można mieć bardzo wiele, można mieć dużo więcej niż mi potrzeba – ale liczy się to, co z tym robię, do czego to wykorzystuję. Kiedy tu brakuje równowagi, środek staje się sam w sobie celem, a Zły tryumfuje. O. Grzegorz Kramer SI na swoim blogu podał świetny przykład – dodatkowo wykręcania się przed Bogiem jeśli chodzi o sakrament – „a, nie weźmiemy teraz ślubu, bo trzeba się dorobić, uzbierać na wesele, na ślub, to przecież fortuna potrzebna!”. Akurat – jak ktoś chce, to nie trzeba wesela na cztery fajery robić, a na kościół i skromny nawet obiad uda się zebrać. Pytanie, o co naprawdę chodzi… 
A więc – jak żyć? Normalnie – mam nadzieję -jak dotąd. Nikt nie każe nam chodzić w łachmanach, jeść byle czego (to nawet niezdrowe). Mamy być uczciwi i możemy korzystać normalnie z owoców tego, co powstało z naszej pracy – jednocześnie starając się, na miarę swoich możliwości, widzieć potrzeby tych wszystkich naokoło, którzy mają mniej i są w trudniejszej sytuacji. Nikt nam nie zakazuje odpoczywać (szczególnie w niedziele, kiedy powinno się mieć czas właśnie tylko dla Boga i najbliższych), zjeść dobrze – chodzi o to, aby z tego „odpoczywaj, jedz, pij i używaj” nie uczynić sensu i celu samego w sobie. Wtedy wszystko jest na głowie. Nie wstydź się, korzystaj mądrze z tego, co masz – i staraj się widzieć dalej niż czubek własnego nosa. Wtedy będzie dobrze. 

Problematyczna prostota

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów. A On rzekł do nich: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie. Dalej mówił do nich: Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą. (Łk 11,1-13)

Już sam początek tych słów to wskazówka niejako – co Jezus robił? Tak, sam będąc Bogiem – modlił się, jednoczył z Ojcem. W tym sensie pytający uczeń miał „nosa” – słusznie zadał pytanie o kwestię, można by powiedzieć, pierwszorzędną. Jak to z tą modlitwą ma być?
„Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie” – to nic innego, jak Łukaszowy zapis pierwszej z modlitw, Modlitwy Pańskiej. Prostota nade wszystko – nie, jak większość kolekt w liturgii Kościoła (o ile nie wszystkie?) zaczynają się słowami „X Boże…”; tutaj mówimy prościej, w relacji o wiele bliższej – Ojcze. A to z kolei samo w sobie mówi o pewnej naturalności takiej relacji – takiej, jaka powinna być pomiędzy dzieckiem a ojcem właśnie. Ta modlitwa to spotkanie z osobowym, bliskim mi jak Ojciec Bogiem, który przychodzi specjalnie do mnie i pochyla się nade mną – nie z żadnym bliżej niesprecyzowanym świecącym okiem w chmurach, absolutem czy bezosobowym wielkim początkiem wszystkiego. Jeszcze raz ta modlitwa – prośba o nadejście Królestwa, o pokarm codzienny, o przebaczenie przy jednoczesnym przebaczeniu innym, o uwolnienie od pokusy. 
Strasznie mi się podoba ta druga część, przykłady obrazków życiowych. Trochę podobne do tej przypowieści o wdowie i tym, jak nachodziła sędziego, aby ją obronił – aż „wychodziła” swoje, bo sędzia chciał mieć spokój, czyli z mało właściwej pobudki. Tu – podobnie. Człowiek jest skłonny do dobrego uczynku czasem dosłownie mimowolnie i nieświadomie, bo z zupełnie innego powodu, dla własnego komfortu, żeby ten proszący przysłowiowej gitary już nie zawracał i poszedł sobie. A Bóg, jak to Bóg, wskazuje, że to samo w sobie jest dobrem nie jest – ale oznacza dobro dla proszącego. Z bezmyślnego działania Bóg potrafi wyprowadzić dobro, bo każde dobro ostatecznie właśnie z Niego ma początek. Dlatego tak ciekawie wybrzmiewa do pytanie na końcu, jakby retoryczne – skoro jesteś, mały brzydki pełen grzechów i słaby człowieku, zdolny do niezależnego od własnej woli de facto czynienia dobra, to o ile bardziej dobry jest Ten, który stanowi źródło wszelkiego dobra? Bardzo optymistyczne. 
Ten tekst jest bardzo piękny z jeszcze jednego powodu – ponieważ bardzo dobitnie pokazuje, że to w ogóle nie jest tak, że Bóg czegoś ode mnie chce, taki skrupulatny księgowy, który patrzy znad wielkich okularów i w swoim kapowniczku odznacza, kiedy nie było mnie na Mszy, zjadłem schabowego w piątek czy zgrzeszyłem w inny sposób. On nigdy nie był i nie jest przykrym obowiązkiem i przymusem – a jedynie wielką szansą i okazją. Ta obietnica jest właśnie do mnie i do ciebie:  Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Nie – jak poprosicie, i złożycie wniosek, albo udokumentujecie x dobrych uczynków – nie! Po prostu – poproś, a ja się tym zajmę. Szukaj, pukaj, stukaj, kołacz – nie ustawaj, pokaż, że ci zależy, że szukasz pomocy Kogoś większego. 
U Boga nie zdarza się, że nie ma czasu, że zapomniał, że przeoczył – tutaj problem jest już głównie z nami, że zamiast czasami trudnej i mało pasującej do naszej wizji wszystkiego Bożej odpowiedzi, liczymy na to, że będzie zgodnie z ułożonym planem, im łatwiej tym lepiej. Skoro przychodzisz i prosisz o umiejętność modlitwy – to po pierwsze naucz się dziękować, zawsze (z tym jest wielki problem – wystarczy popatrzeć po intencjach mszalnych: ile jest dziękczynnych?), a po drugie przyjmij do wiadomości, że dobry Bóg widzi więcej i wie lepiej, a nasza wiara jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy potrafimy przyjąć, że lepsze jest dla nas to, co niekoniecznie mieści się w sferze naszych planów. 

Tylko jedno

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10,38-42)

Niby taki tekst znany wszystkim, a jednak. Tym razem wiele z niego nowego zrozumiałem.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Jezus był wśród przyjaciół – to nie byli przypadkowi ludzie, jak taki Zacheusz, do którego Jezus się wpraszał do domu. Znali się z Łazarzem, ich bratem, dobrze i Jezus wielokrotnie tam gościł. Czuł się swobodnie, a także bohaterki tego obrazka czuły się swobodnie przy Nim – wiedząc jednakże, iż nie mają do czynienia ze zwykłym człowiekiem. 
Dwie postawy, dwa ujęcia, dwa sposoby podejścia do priorytetów. 
Marta jako gospodyni, starając się za wszelką cenę zachować wszystkie reguły gościnności, zapewnić gościowi wszystko, czego potrzebuje. Można powiedzieć – trochę goniła, żeby wszystko było na swoim miejscu. No właśnie – czy my z tym nie przesadzamy? Są sprawy ważne, ale czy aby zawsze trzeba poświęcić konkretnej rzeczy tyle czasu, sił i uwagi. A co najważniejsze – czy przesadne przykładanie wagi do pewnych spraw nie jest patentem na odwrócenie przede wszystkim uwagi własnej i swojego sumienia od tego, w czym jestem nie w porządku? 
Maria jako ta, która kładzie akcent bardziej na docenienie gościa w ten sposób ważniejszy – przez zasłuchanie w Niego, poświęcenie Mu całej uwagi, aby dosłownie nie uronić ani słowa. Najwięcej w tym było pokory, bo miała świadomość, że najlepiej oddana Bogu-Człowiekowi posługa nie ma tutaj znaczenia, bo On jej nie potrzebuje. Chciała słuchać, zapamiętywać, rozważać. Nam tego bardzo często brakuje, bo wolimy mówić niż słuchać, wyrzucać z siebie setki słów zamiast posłuchać kilku mądrych i wziąć je sobie do serca. Postawa zasłuchania to wyraz także szacunku wobec mówiącego. Czy my w ogóle umiemy słuchać, czy skupiamy się na płynnym i bezmyślnym wpuszczeniu treści jednym, a wypuszczeniu ich drugim uchem?
Marta nie bardzo słuchała – może właśnie dlatego aż dwa razy po imieniu wezwał ją Jezus. By wzięła do serca to, co On następnie powiedział – zrozumiała wtedy, że jest tak samo ważna jak Maria, i specjalnie do niej są te słowa, które mają jej pomóc lepiej wykorzystać ten czas, dany jej z Nim. Zauważył jej wysiłek i troskę – jak u każdego z nas – ale równocześnie uspokaja, wycisza, wskazuje na to, co najważniejsze, na co należy poświęcać czas. 
Możemy spędzać dużo czasu przed świętymi obrazami, krzyżami, pobożnymi lekturami, litaniami – a w swoim zabieganiu być daleko od Niego. Stąd takie niecodzienne zaproszenie – po prostu przyjdź, usiądź, posłuchaj, otwórz serce, przynieś i wylej przed Nim swoje troski i potrzeby. Są wakacje, więcej czasu. Może dobry pomysł to adoracja Najświętszego Sakramentu? Bez słów, po prostu Jego obecność. 
I taka ciekawostka – kto w tym wszystkim zachował się najbardziej po środku, najsensowniej? Abraham z I czytania (Rdz 18,1-10a), który i słuchał, i usługiwał Panu 🙂 

Wszyscy wstydzą się za wszystkich

Po prostu w głowie mi się nie mieści, że z czegoś takiego robi się temat nr 1 w mediach. A jednak.
Od kilku tygodni wrze w sieci na temat „wyjątkowego upadku moralnego” naszej czołowej tenisistki Agnieszki Radwańskiej. Otóż w numerze z dnia 12 lipca 2013 r. magazynu The Body Issue pojawiła się sesja 21 gwiazd sportu, którzy w stroju Adama/Ewy zaprezentowali się, każdy z motywami dotyczącymi jego dyscypliny sportu. Żeby nie być (goło)słownym – sesja w zakresie zdjęć Radwańskiej jest widoczna np. tutaj
I nastał nagle raban wielkiej skali na temat gigantycznego zawiedzenia zaufania, upadku co najmniej oznaczającego podjęcie się wykonywania najstarszego zawodu świata (co nie nastąpiło) w wykonaniu najczęściej dyżurnych stróżów moralności – z dużym wyczuciem równocześnie zapominających najwyraźniej o własnych wadach i słabościach. Czy nie lekka przesada? Mnie to zalatuje co najmniej islamem i źle rozumianą pruderią z dużą dozą pewności siebie – a nie chrześcijaństwem i troską o drugiego człowieka. 
Z ciekawości – wobec hałasu medialnego, zaznaczam – obejrzałem zdjęcia. Czy jest to jakaś wyuzdana erotyka? Nie. Czy ukazane na nich zostały części ciała powszechnie zakrywane i uznawane za intymne? Nie. Tak, jest nagość – ręce, nogi, biodra, pupa. Wielu uznaje – przecież to żaden Playboy czy CKM, a pismo sportowe, i założeniem było promowanie sportu: trenuj, to też będziesz jak on/ona wyglądał, miał piękne ciało. Zgadza się – co nie zmienia faktu, że posłużenie się nagością poza dość nietypowym jako pomysł uznać należy niewątpliwie za chwyt marketingowy, bo wiadomo, że taka właśnie konwencja po prostu przyciągnie i to nie tylko amatorów sportu, co konkretnych wdzięków prezentowanych przez osobę na zdjęciach. Bez znaczenia jest to, czy za tą sesję Radwańska dostała pieniądze, czy (jak twierdzi) nie dostała – choć skoro miała nie dostać, to nie mają sensu zarzuty, że „rozebrała się dla kasy”. 
W ogóle zastanawiam się – czy bez tej całej afery ktoś sam z siebie wpadł by na pomysł, że te konkretne zdjęcia powodują zgorszenie? Pomijając już fakt – skąd pomysł, że sam fakt ukazania się tych zdjęć (ich opublikowania) miał by stanowić grzech dla każdego, kto je zobaczy? Stop! Zdecydowane nieuzasadnione uproszczenie, bowiem tak to działa – o ile wiem – w islamie, a my jesteśmy dzięki Bogu chrześcijanami. Nie pamiętam zakazu patrzenia – przy czym na pewno jest zakaz pożądliwych myśli, które by na tle tego patrzenia  mogły zaistnieć. Tylko czy jedno z automatu oznacza drugie? No ludzie, mam nadzieję, że nie – chyba jeszcze czymś od zwierzątek się różnimy. 
Nie mam wątpliwości – ta sesja ma prawo ludzi krępować, zawstydzić. Co nie daje nikomu prawa, aby jednoznacznie zakwalifikować Agnieszkę Radwańską jako duszę na mur beton potępioną i z biletem w jedną stronę do czeluści piekielnych, bo pokazała pupę i kilka innych rzeczy (ponownie – żaden biust czy inne miejsca intymne). Po pierwsze – bo to zatrzymanie się na li tylko Starym Testamencie, a po drugie – bo nikt nam kompetencji ku temu nie dał, a wprost jest mowa „nie sądźcie…”; już na marginesie tylko wspominając – a co z miłosierdziem, z widzeniem człowieka a nie przepisu? 
Stąd też oświadczenie Krucjaty Młodych – do której skądinąd swego czasu też dołączyłem – uważam za totalne nieporozumienie, nie zrozumienie przez ich autorów tego, w czym jest problem. Skąd założenie, że to działanie jest niemoralne? To zależy, kto z czym kojarzy to, co widzi na zdjęciach – przykro to powiedzieć, ale jednak trzeba. A już ferowanie o „upadku” jest po prostu śmieszne – o ile pamiętam, Jezus, na którego Krucjata się powołuje, specjalizował się w podnoszeniu ludzi z upadku, a nie dzieleniu na tych co upadli i co nie upadli. Jeśli – zaznaczam, to własne założenie – Agnieszka Radwańska podejmując decyzję o pozowaniu do tych zdjęć miała na celu i w zamiarze jedynie promowanie sportu – wydaje mi się, że to robienie dosłownie z igieł wideł. 
Osobna sprawa – jak w tym kontekście Agnieszka jako chrześcijanka rozumie i traktuje skromność, i to jest kwestia, o której mogła by się wypowiedzieć (tylko że nikt w tym wszystkim nie wpadł na pomysł zapytania). I mam tylko nadzieję, że z tej całej afery Radwańska nie wyciągnie wniosku, że lepiej się do Jezusa nie przyznawać, żeby takie – przepraszam, ale to mi się najbardziej ciśnie na usta – oszołomstwo jej później od czci i wiary po prostu bez powodu nie odsądzało. 
Marcin Zając, mistrz ciętej riposty, o całym tym rabanie nt. Radwańskiej: „Akcja pod hasłem, żeby się nie wstydzić, doprowadziła do sytuacji, gdy wszyscy wstydzą się za wszystkich”. Amen. Najlepsze podsumowanie. 

Kuria musiała mieć ostatnie słowo

Przyznaję się bez bicia. Nie chciałem już o tym pisać, bo cała sprawa i happy end mnie ucieszył sam w sobie. Jednak późniejsze wydarzenia zmobilizowały mnie, żeby jednak pewne rzeczy nazwać po imieniu. 
W środę 17 lipca ks. Lemański napisał na swoim blogu, że podporządkuje się decyzji biskupa ordynariusz, i opuści jasienicką parafię – uczynił to w niedzielę 21 lipca, kiedy parafię przejął mianowany administrator. Napisał o rozbudzonych emocjach, które mogą szkodzić wszystkim, i że przeprasza za ewentualne zgorszenie. Mnie to bardzo ucieszyło – pokazał, że jest mądrzejszy, że rozumie słowo posłuszeństwa i pokory, a nie za wszelką cenę postawienia swojego zdania na górze. Chyba z dzień wcześniej wyjaśnił także publicznie, iż błędnie zinterpretował zapis Kodeksu Prawa Kanonicznego w zakresie skutku odwołania administracyjnego (które jego dotknęło) a skutku odwołania karnego – zatem sam fakt wniesienia odwołania nie wstrzymuje wykonania decyzji co do jego osoby. 
Uważam, że bardzo piękne słowa padły w ramach homilii, jaką ks. Wojciech wygłosił w Jasienicy dzień wcześniej, 16 lipca: 

Wczoraj wypchnęliście samochód, jutro może się zdarzyć, że nie wypchniecie, ale przewrócicie i zrobicie komuś krzywdę. Bardzo was proszę, wyciszcie emocje. (…) Jutro spotykamy się na mszy o 7 rano i mam nadzieję, że wy swoją postawą pokażecie, że ja mogę za was ręczyć. Że mogę ręczyć za wasze zachowanie wobec innych. Wy tu nie jesteście dla mnie, tylko dla Kościoła. (…) Tu jest miejsce dla wszystkich. Jak będzie miejsce dla wszystkich, to będzie również miejsce dla mnie. Pamiętajcie o tym. Jeśli zrobicie atmosferę, że tu są jasienickie zakapiory, które tak się przywiązały do Lemańskiego, że żadnego innego ani słuchać nie będą, ani się u niego spowiadać nie będą, ani nie będą go wspierać w utrzymaniu tej świątyni, to zrobicie największą krzywdę i sobie, i mnie, i całemu Kościołowi. Przyjmijcie w ciszy błogosławieństwo, zaśpiewajcie pieśń i idźcie do domu. I nie występujcie. Już nie ma potrzeby występować, już was znają nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jeśli macie w mojej sprawie coś do powiedzenia, to niech to będzie różaniec. 

Tymi słowami zakończył homilię. Te słowa dowodzą, że przemyślał to, co robił, jak postępował. Oczywiście, mógł dalej zwracać uwagę na całą sytuację w mediach, co było przez nie umiejętnie wykorzystywane (szczególnie te niskich lotów) – czy to jednak było by dobre, czy dla niego, czy dla parafii, ludzi, czy Kościoła? Najwyraźniej zrozumiał – nie. A jednocześnie w bardzo ciekawy sposób zwrócił uwagę na to, że Kościół ma być miejscem dla wszystkich – i samo to, że komuś, nawet biskupowi się nie podoba, co mówi kto inny, także „jego” ksiądz, nie oznacza od razu słuszności podejmowanych w tym zakresie decyzji.  
Owszem, ks. Lemański – co już pisałem – do łatwych ludzi nie należał, przez co i wśród swoich duchownych kolegów nie cieszył się estymą. Nie musieli – jak mówią, Jezus nie kazał wszystkich lubić, tylko kochać. Tylko czemu z tej całej historii – poza ks. Wojciechem na pierwszym planie – wyłania się bardzo przykry obrazek realiów polskiego Kościoła hierarchicznego w złym tego słowa znaczeniu?
Wypowiedzi z wielu stron było sporo, i nie sposób nie uznać, że ks. Lemański traktowany był jako wróg. Bo wyczulony na kwestie judaizmu, bo nie znosił jak z tego dowcipkowano – i miał prawo tak podejść do sprawy, bo troszczył się o relacje polsko-judaistyczne, m.in. był jednym z trzech księży na pogrzebie Ireny Sendlerowej, która czy dla Polaka czy dla Żyda była bohaterką i zasługiwała na oddanie jej hołdu; więc czemu choćby żadnego biskupa nie widzieli na tym pogrzebie? Nie na rękę było na pewno to, że jest społecznikiem – na jego tle księża ograniczający się do minimum (konfesjonał + msza) wypadają po prostu słabo, co powinno nie tyle powodować niechęć pod adresem ks. Lemańskiego, co motywować do wzniesienia się ponad to minimum. Po potrafił przyciągać ludzi, bo wiele robił, bo dbał nie o swoje, ale innych potrzeby – jak wyżej, mało popularne niestety wśród księży (widzę na własnym podwórku). 
Tak, abp Hoser miał pełne prawo tak postąpić, jak postąpił – tylko po co? Nijak mi to pasuje do tego, co Pismo Święte mówi o wyrozumiałości, o przymiotach jakimi ma się cechować w stosunku do swoich dzieci ojciec, którym na skalę diecezjalną biskup jest z pewnością. Ot, choćby przypowieść o synu marnotrawnym tak zwana, a tak naprawdę o miłosiernym ojcu. Widać podobieństwa? Nie. I tu jest właśnie problem. Ten dekret, nie mogę się oprzeć wrażeniu, to po prostu zmęczenie materiału i chęć załatwienia problemu przed urlopem. Sprawa zamknięta, a jak Watykan uwali (na co realnie szanse chyba dość male), to się będziemy martwić później. Tylko czy w takiej postawie – biskupa Hosera, bo on sygnował dekret – jest cokolwiek z troski o Kościół, parafię, ks. Wojtka czy kogokolwiek poza własnym świętym spokojem? Jak by nie oceniać samego ks. Lemańskiego – ludzie z parafii mają wprost i to słuszne moim zdaniem pretensje, ponieważ niewątpliwie ksiądz wielokrotnie podejmował działania w celu spotkania z biskupem i wyjaśniania spornych kwestii, w tym zapraszając biskupa do Jasienicy – gdzie odzewu albo nie było, albo był w formie żądania zakończenia korespondencji. Przykro mi – dla mnie, żenada. Do kogo miał pisać? Kto powinien pierwszy próbować zakończyć całą sytuację? Tak, odpuścił on – ksiądz zwykły – tylko dla mnie to najlepszy dowód na to, że przegrał w tym sporze tak naprawdę biskup. Bo nikt nie wie, czemu tak naprawdę postąpił jak postąpił (choćby w świetle tekstu Szymona Hołowni, wskazującego na to, że strony miały się porozumieć, miało nie być gwałtownych ruchów i kar – a wyszło dokładnie na odwrót), bo sam dekret jest tak suchy i lakoniczny, że nikt z niego nic nie rozumie, bo nic z niego nie wynika, zero konkretów. 
Każdemu, kto tematem się interesował, polecam tekst Zbigniewa Nosowskiego, opublikowany w TP 29/2013 pod wymownym tytułem „Kalendarium katastrofy”. Tekst godny uwagi przede wszystkim ze względu na autora – przyjaciela i znającego sytuację nie z drugiej ręki, a z autopsji. Autor – zaświadczając jednocześnie, że faktycznie dowiedział się z pierwszej ręki o rozmowie pomiędzy ks. Lemańskim a abp. Hoserem tuż po niej – pisał m.in. o grobie pańskim w ówczesnej parafii niepokornego kapłana w Ługach (pracował tam do 2006 r.), sugerującym przeproszenie za mord w Jedwabnem – zestawiając to równocześnie z, mniej więcej równoległymi ekscesami dzisiaj już nie żyjącego ks. Henryka Jankowskiego w moim rodzinnym Gdańsku. Coroczny uczestnik rocznicowych obchodów mordu w Jedwabnem – znowu niesmak, bo poza ks. Wojtkiem był tam tylko ks. Adam Boniecki MIC. Nie rozumiem tego, jako człowiek – czemu władze kościelne czy po prostu sami księża nie czuli potrzeby wzięcia udziału w takich obchodach? Bo nie muszą? No nie muszą, w końcu nie chrześcijan ani katolików wytłukli. Ale czy nie były one na tyle ważne, aby choćby jeden biskup się pofatygował, po prostu był i był znakiem – Kościół jest tutaj i pamięta, chociaż chodzi o starszych braci w wierze. Wstąpił do Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. 
Jeśli ma być takim pieniaczem – czemu nie był nim wcześniej? Teoretycznie abp Głódź jako ówczesny ordynariusz, w 2006 r. przenosząc ks. Lemańskiego z Ługów do Jasienicy zdegradował go, bowiem z parafii miejskiej z wikarym do pomocy trafił na wieść. Były odwołania? Nie. Bo wtedy chyba nie było żadnego drugiego dna. Kłuło za to na pewno w oczy w Jasienicy i okolicy (dekanacie), że kawał plebanii odstąpił na przedszkole wiejskie – na co, nie wiedzieć czemu, nie wyraził zgody kanclerz kurii; za to powstała świetlica dla dzieci. Jaki był sens pisania przez księży skarg z zarzutem, że ks. Lemański nie uczestniczy w spędach – nie bójmy się tego słowa – nazwanych tam kapłańskimi obiadami, a dodatkowo na spotkaniach najpierw wita się ze świeckimi? Nie musiał, nie jest to obowiązek, mógł mieć ciekawsze i ważniejsze zajęcia – a robił nie mało. No wybaczcie, ale pisanie donosów z takiego powodu to skrajny przejaw jakiejś chorej megalomanii – nie do skrzętnego odnotowania, ale do ustawiania i przywołania do porządku donosiciela. 
W 2009 r. pierwszy problem – wizytacja i zarzut „niedopuszczalnego upodobnienia kościoła do synagogi” – a dokładnie, tak absurdalnie sformułowany wniosek na podstawie tronu Słowa Bożego w kształcie zwojów Tory, gdzie przechowuje się lekcjonarze i ewangeliarz (te książki, z których czyta się czytania mszalne). Paranoja. Co więcej – nie ma żadnego konkretnego zalecenia, pomimo prośby do biskupa o konkretną i weryfikowalną opinię. Kolejna wtopa – wypowiedź na ten temat ze strony kurii padła dopiero w toku już konfliktu, w tych dniach, kiedy podkreślono że biskup (łaskawie?) „nie nakazał usunięcia”. Kolejny zarzut – zniszczenie neogotyckich stalli, które zdekompletowane trafiły do Jasienicy ze składu w innej parafii. Ks. Wojciech wyremontował je i wkomponował w prezbiterium – miejsce przewodniczenia, stolik na paramenty liturgiczne. Ludzie, czy ktoś widzi tu dewastację? Kolejny absurd i dowód na złośliwe czepialstwo. Szukanie dziury w całym. Red. Nosowski posłużył się pojęciem „kościelnego mobbingu” i ma dużo racji, podobieństwo jest. Bardzo ładnie też tę sytuację określił: „Gorliwy duszpasterz mozolnie odczytujący specyfikę swojego powołania zamiast wsparcia przez lata otrzymywał od kurii kolejne ciosy”. Nic dodać, nic ująć – ciosy, jak widać, po prostu w ciemno, żeby walnąć. 
Clue dekretu usuwającego z parafii stanowił zarzut prezentowania nauki niezgodnej z nauką Kościoła – pisałem już o tym, czego nie tylko ja nie potrafię się nigdzie doszukać. Niewątpliwie, w tym gorącym czasie w wypowiedziach ks. Lemańskiego było wiele emocji, czasami niefortunne słowa, nie do końca dobrana argumentacja, uwagi personalne. Przykre jest, że dołożył się do tego wszystkiego dr Tomasz Terlikowski – jak tłumaczył ks. Lemański później Nosowskiemu, cała rozmowa miała być na inny temat, niż została przeprowadzona. Czy to, że wypowiedź medialna nie była przygotowana to odejście od nauki Kościoła, więcej, przesłanka do usunięcia ze stanowiska proboszcza? Jako pretekst – tak. Faktycznie – w żadnym razie. Bo co powiedział ksiądz Wojciech? Że dokument bioetyczny to niezrozumiały bełkot, w którym brakuje zrozumienia dla ludzi nie mogących mieć dzieci o niezrozumiale ostrym języku. I to całe „podważanie nauki katolickiej” – czyli dokładnie co? Nie wiemy, bo sam biskup jako autor nie raczył tego wskazać. Jak zweryfikować więc obiektywnie słuszność decyzji, której po prostu nie uzasadniono? 
Nie mam powodu nie wierzyć ks. Lemańskiemu, że pytania o obrzezanie z ust abp. Hosera nie padły. Bez sensu – zanim wskazał wprost, o co chodziło – przyrównał tę sytuację do dotyczącej pewnego kardynała, co sugerowało podtekst homoseksualny. Ale według mnie mówi szczerze, co red. Nosowski potwierdził co do miejsca i treści rozmowy sprzed lat. Czy złym jest to, że upowszechnił takie zachowanie i wypowiedź biskupa? Nie. Bo obydwoje są dorośli i bez względu na animozje, fochy i brak porozumienia takie chwyty w postaci tego rodzaju pytań świadczących po prostu o braku kultury i szacunku dla adwersarza nigdy nie powinny były między takimi osobami (i żadnymi w ogóle) paść. A skoro padły, a koniec końców doprowadziły do eskalacji tak publicznego konfliktu, gdzie na dodatek ks. Lemański pod każdym względem jest stroną słabszą i przy tym raczej mającą rację co do bezzasadnego usunięcia z parafii – to na własne życzenie tego, kto je wypowiedział, jak najbardziej powinny być, sprawiedliwie ale i stanowczo ocenione. 
W mediach pojawiają się listy poparć a to jednej, a to drugiej strony sporu. Ja tylko odniosę się do jednego – poparcia biskupa przez dziekanów diecezji. Taki sam list został wypuszczony w świat w mojej diecezji, nie tak dawno, w sytuacji dotyczącej naszego podwórka trójmiejskiego. I jedno wiem na pewno – niejednemu z księży, których (absolutnie bez ich wiedzy) podpisano pod tym listem przysłowiowy nóż się otwierał w kieszeni z tego powodu. Niestety. 
Dla mnie w tej sytuacji jeszcze bardziej przykre jest to, że w abp. Hosera różnej maści antyklerykałowie czy Bóg wie kto walić będą tą sprawą w związku z absolutnie wydumanymi i wyssanymi z palca zarzutami dot. rzekomego udziału w rzezi w Rwandzie w 1994 r., wrzucając bezmyślnie obie sprawy do jednego wora… 
Przeczytałem także list Akcji Katolickiej dotyczący tej sprawy – bardzo mądry, bo wyważony, bez personaliów. Z jednej strony zarzut upubliczniania konfliktu – tylko co mógł innego zrobić? Z drugiej – mowa o konieczności troski o Kościół. „Można dyskutować o Kościele, można spierać się o Kościół, ale nigdy, pod żadnym pozorem nie można szkodzić Kościołowi, o czym powinni wiedzieć ci wszyscy, którzy mniej lub bardziej świadomie dali się wciągnąć w ten konflikt” – co można odnieść do obydwu stron. W takich sprawach wygranych nie ma, ostatecznie wali się i tak w Kościół. 
Tym bardziej więc nie rozumiem, po co diecezja warszawsko-praska zamienia swoją witrynę w przestrzeń publicystyczną, umieszczając tam tekst Aliny Petrowej-Wasilewicz, dotyczący dość jednostronnej oceny sporu – to 17 lipca. A 21 lipca – jakoś nikt nie miał odwagi się pod tekstem podpisać poza „kuria…” – opisujący całość wydarzeń. Uwaga – obydwa teksty już po poddaniu się niejako przez ks. Lemańskiego, drugi w dniu przekazania parafii administratorowi (niedziela). Po co to pisali? Żeby było „moje na wierzchu”? Bo innego celu nie widzę. Sztuka dla sztuki. Szkoda, że kuria warszawsko-praska nie była równie skora do wyjaśniania konfliktu i przedstawiania przebiegu wydarzeń wtedy, kiedy konflikt trwał – a teraz łaskawie po fakcie podaje swoją wersję wydarzeń, operując – co istotne – datami i treściami rozstrzygnięć instancji watykańskich. Natomiast nadal niewiele z tego wszystkiego wynika – mowa o bliżej niesprecyzowanych konfliktach „dotyczących środowiska kapłańskiego”, oczywiście, na pierwszym miejscu; lakonicznie o miejscowym sporze w szkole, aż wreszcie kolejny nieprecyzyjny zarzut „kontestowania nauki Kościoła w treści i w formie” – czyli…?  Po czym, ni stąd ni zowąd, radośnie sformułowany wniosek, że „ks. Lemański jest pogubiony pod wieloma względami i potrzebuje duchowej integracji”, cokolwiek ten bełkot znaczy (wpisując się w całokształt mglisty tekstu).
Tak, jestem prawnikiem, i dla mnie ta cała sytuacja usunięcia ks. Wojciecha Lemańskiego to klasyczny przykład postawienia zarzutów, które w żadnej mierze nie zostały udowodnione, więc nigdy nikogo w innych okolicznościach nie spotkały by z tego tytułu negatywne konsekwencje. Tu jest, niestety, inaczej. 
Dlatego biorę sobie do serca prośbę ks. Wojtka i idę zmówić za niego, a może przede wszystkim za ludzi z takim uporem walących w niego, zdrowaśkę na różańcu, o który prosił.  

To nie do mnie, to o kolegę chodzi

Jezus wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie! Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi! Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże. Lecz jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie: Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam. Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże. Powiadam wam: Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu. Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: Panie, przez wzgląd na Twoje imię, nawet złe duchy nam się poddają. Wtedy rzekł do nich: Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica. Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie. (Łk 10,1-12.17-20)

Jak zwykle, jestem „do tyłu” – czyli piszę o tekście z poprzedniej niedzieli.

Podstawowy błąd, jaki go dotyczy, wynika z potocznego rozumienia tych słów na początku: „żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo”. Bo nie chodzi tu bynajmniej o powołanych w sensie kapłaństwa czy życia zakonnego! z którymi najczęściej utożsamia się te słowa. Wskazują też na to wcześniejsze słowa – o „innych” 72 uczniach, czyli poza 12 apostołami czyli pierwszymi duchownymi (biskupami?) Kościoła. Nie może być tu mowa o pierwotnie 7 diakonach – którzy zostali powołani później, po wydarzeniach męki, śmierci i zmartwychwstania (Dz 6,1–6). O kogo więc chodzi? O kapłaństwo powszechne – wszystkich członków Kościoła. Nas, świeckich.

Jezus ich wszystkich posyłał dokładnie tak samo, jak dzisiaj posyła każdego z nas – z tą różnicą, że On już przyszedł i przeszedł przez świat, a my dopiero jego drogami, mniej lub bardziej sensownie, wędrujemy. A mamy wędrować także tam – a może przede wszystkim (co pięknie akcentuje papież Franciszek) tam, gdzie najtrudniej, najbiedniej, najgorzej. Jak te przysłowiowe owce między wilki. Bez wyposażenia, karawany, wypasionej fury, walizki na drogę, udogodnień. Po prostu – w tym danym momencie i tam, dokąd akurat głos Pana posyła (bardzo radykalny i dobry przykład to gotowość misyjna nie tyle osób, ale wręcz całych rodzin z Drogi Neokatechumenalnej). A to wszystko z Bożym pokojem najpierw w sercu, ale dalej też na ustach. Nie do nas należy ocena, kto na ten pokój zasługuje, kto go pragnie i otwiera się nań – ci, którzy taki pokój niosą, odczują, gdy ten pokój nie zostanie przyjęty.

Dalsze słowa wskazują na to, jaki chrześcijanin powinien być w pewnym sensie elastyczny. Nie z gotowym programem, przygotowanym planem i założeniami – zwyczajnie otwarty na to, co wola Boża przed nim postawi. Gdy chorych – niech się modli o uzdrowienie (chcę napisać o ks. Bashoborze – mam nadzieję, niebawem), gdy brakuje nadziei – niech ją zaszczepia w sercach sponiewieranych ludzi, gdy jest spór – niech w imię Boga wzywa do jedności. Tak właśnie, tylko po to, aby przybliżać – z jednej strony ludzi ku Bogu, ale też Boga ludziom.

Tamci poszli i to, czego dokonywali, przekroczyło ich najśmielsze oczekiwania – jak to ludzie, cieszący się z „fajerwerków”, tego, co dzisiaj nazwane by zostało medialnym. Bardzo dobrze, że duchy nieczyste były im posłuszne, że nie szkodziła im trucizna skorpionów itp. Czy jednak był to powód do radości sam w sobie? Nie. Prawdziwy powód to zbawienie, które do nich się przybliżało – a wszystko pozostałe, to efekt wiary w Jezusa, która pozwalała czynić po ludzku sprawy niezrozumiałe, a w logice Bożej przybliżała ich do wiecznej nagrody. Jezus jednocześnie przestrzega – Zły nie bez powodu jest nazywany panem tego ziemskiego świata, i do jego samego końca (bezskutecznie – znając swoją porażkę, jakiej zaznał w chwili śmierci Jezusa na krzyżu) będzie kusił, wodząc ludzi ku temu, co najgorsze. My to wszystko, czym Bóg nas uzbroił – talenty, zdolności, umiejętności, wiedzę – mamy nie tyle dla samego posiadania czy chełpienia, ale zbożnego ich wykorzystywania, nie dla własnej chwały, ale ad maiorem Dei gloriam.

To wszystko jest do nas – ojców, matek, dzieci, osób z wyboru samotnych, wdowców czy wdów – świeckich. To nie słowa, które można pomijać, czytając Pismo Święte, „bo to do księży i sióstr”. My bardzo często tego nie pamiętamy, bo wygodniej i prościej, ale ta obietnica jest skierowana do wszystkich wierzących. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w tych czasach charyzmaty – np. uzdrawiania – Pan Bóg w szczególny sposób stara się nam przypomnieć. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – można udawać, że się tego nie widzi, ale On działa, przez tych którzy chcą Mu na to pozwolić. 

Przykazanie wersja XYZ+1

Przede wszystkim problem jest nieco nadmuchany – o tyle, że Watykan jeszcze zmiany nie zaakceptował („Nowe sformułowanie przykazań kościelnych wymaga jeszcze zatwierdzenia przez Stolicę Apostolską”), co jednak zapewne jest zaledwie formalnością.
Rozchodzi się o zmianę obowiązujących w Polsce przykazań kościelnych, a dokładnie czwarte z nich – przytoczę, aby nie było wątpliwości (nie kryję się, sam mam z tym problem, trzydziestki nie mam, a jest to już któraś wersja znana mi, dość inna od uczonej w podstawówce): 
  1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy Świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.
  2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.
  3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą.
  4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty w okresie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.
  5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.
Zmiana dość widoczna, pokreśliłem (skreślone – tak jest dzisiaj; nadpisane – tak miało by być po zmianie). Dla mnie ta cała sytuacja jest o tyle dziwna, że formalnie rzecz biorąc zmienia wiele – bowiem wprost ogranicza zakaz zabaw (już nie „hucznych”) do nie tyle „okresów pokuty”, co interpretuje się jako Adwent i Wielki Post razem – a literalnie do Wielkiego Postu. Za to Episkopat Polski i sporo ludzi o odpowiedniej wiedzy i pozycji (zaczynając od sekretarza generalnego KEP bp. Wojciecha Polaka, którzy przedstawił informację) od razu zaczyna tłumaczyć sytuację w tonie „ale właściwie to się nic nie zmieniło”. No to w końcu – jak?
Zmiany są możliwe i dopuszczalne – to nie przykazania Boże, które jak Bóg podał Abrahamowi, tak jest ich 10 i będą takie same (wbrew różnym teoriom spiskowym). Tutaj brzmienie może być różne, w zależności od miejsca świata, uwarunkowań kulturalnych. Sami widzimy – tak jak prawo cywilne, w tym zakresie w Polsce zmian jest bardzo dużo (ewolucję widać czytelnie na zmianach nanoszonych w wersji KKK na Opoce). Zapis 2041 tegoż Katechizmu mówi, że „Przykazania kościelne odnoszą się do życia moralnego, które jest związane z życiem liturgicznym i czerpie z niego moc. Obowiązujący charakter tych praw pozytywnych ogłoszonych przez władzę pasterską ma na celu zagwarantowanie wiernym niezbędnego minimum ducha modlitwy i wysiłku moralnego we wzrastaniu miłości Boga i bliźniego:” Czyli takie wskazówki, zestaw podstawowych spraw, które porządny katolik powinien ogarniać. Ustanowione (w przeciwieństwie do przykazań Bożych) przez ludzi, pierwszy raz bodajże w XIII w., w liczbie pięciu chyba od czasów soboru trydenckiego (XVI w.). 
Większość mniej więcej równolatków zna pewnie wersję w brzmieniu ustalony przez polski Episkopat w 1948 r. (wtedy obecne IV przykazanie było jeszcze jako V w brzmieniu „W czasach zakazanych zabaw hucznych nie urządzać”), potem była zmiana w 1994 r., corrigenda z 1998 r. Nie da się ukryć – sporo wersji, książeczki do nabożeństwa w domach często dość stare, więc było pewne zamieszanie – które tenże Episkopat w 2001 r.wyprostowywał, publikując wprost obowiązującą wersję. Z kolei w 2003 r. powstał list biskupów wyjaśniający, o co chodzi. 
Wracając do tematu – na czym polega zmiana? Ano na tym, że teoretycznie zakaz zabaw obejmuje tylko Wielki Post. Czyli bez piątków w ciągu roku – od których wyłączone były te przypadające w dni świąteczne. Zmiana przykazania nie wpływa na zmianę tego, że piątek pozostaje dniem pokutnym – czyli obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (przyznaję się, ja mam z tym problem – nie celowo, po prostu bezwolnie, w ogóle o tym zapominam). Ktoś może to nazywać drobiazgowością, skoro ludzie (bo nie Bóg to wymyślił) sami sobie ustanawiają przykazania w zakresie spraw, które powinny być oczywiste – bo oczywiste były dla pierwszych z nas, którzy rozchodzili się na świat z Jerozolimy przeszło 2000 lat temu. Im nikt nie musiał pisać przykazań, żeby brali udział w niedzielę w Eucharystii, a kiedy indziej pilnowali postu czy regularnie spowiadali się. Idziemy coraz bardziej na łatwiznę i te przykazania to wyraz (często nie rozumianej) mądrości Kościoła, który licząc na posłuszeństwo w duchu wiary – bo co może zrobić, jak zagrozić? – wskazuje: tędy, kieruj się tym, postaraj się, daj coś z siebie. Nie sztuka dla sztuki, post dla postu czy schudnięcia i fajnej na lato sylwetki – ale w jakiejś intencji, w jakimś szlachetnym celu, dla czegoś wyższego. Bo i pościć i unikać zabaw można zupełnie bezmyślnie – aczkolwiek literalnie, zgodnie z przykazaniami – i nic to nie da. 
Dobre jest to, że Kościół jednoznacznie wskazuje, że mylne było by za okres pokutny traktowanie Adwentu – z czym w mentalności ludzi do dzisiaj spotykam się nagminnie. W tym sensie sprecyzowanie przykazania co do Wielkiego Postu wprost jest potrzebne. Wyjaśnienie biskupów z 2003 r. w ramach wspomnianego listu mówiło, iż „Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie wielkiego postu. Przypominamy w ten sposób wszystkim uczestnikom zabaw oraz tym, którzy je organizują, by uszanowali dni pokuty, a zwłaszcza czas Wielkiego Postu”. 
Co powodowało biskupami do tegorocznej zmiany? Bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Wychowania Katolickiego, tłumaczył, że chodzi o >”wyjście naprzeciw sytuacji praktycznej”. Rozmaite imprezy rodzinne czy szkolne często i tak są przenoszone na piątek. Biskupi nie chcą więc walczyć z wiatrakami. – Wchodząc naprzeciw sytuacji praktycznej, biskupi polscy zawężają czas zakazany, w którym nie należy organizować i uczestniczyć w zabawach, do Wielkiego Postu, co nie znaczy, aby nie powstrzymać się od nich w pozostałe piątki roku<.
Ja nie mogę się oprzeć poczuciu, że biskupi poszli w pewnym sensie na łatwiznę. Zgadza się, coraz więcej obchodów i uroczystości – szkoła, praca, rodzina – odbywać się zaczyna w piątki, także np. śluby. Ludziom zależało czasami na dyspensie – więc księża ją dawali, i sprawa z założenia jako wyjątek coraz bardziej szła w kierunku reguły. Argumentacja przedstawiona powyżej mnie nie przekonuje – skoro nadal wymagana jest wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (plus inne czyny pokutne: modlitwa, jałmużna, umartwienie, post), czyli wyrzeczenie bardziej może wewnętrzne i niewidoczne, czemu odpuszczono na polu bardziej widocznym?  Przede wszystkim – tak zupełnie praktycznie – o ile ktoś chce zorganizować imprezę, to i tak musi o dyspensę się starać – tyle że nie na imprezę samą w sobie, co na spożywanie w jej ramach mięsa. 
Mnie się wydaje, że to krok w złym kierunku, pójście właśnie na łatwiznę. Co więcej – potwierdzają to głosy wielu internautów. Kościół – nasz, katolicki – tym się odróżnia i za to jest często ceniony, że wiele kwestii jest takich samych i pewnych sfer się nie dotyka. Oczywiście, jak mówiłem, to zagadnienie jest jak najbardziej możliwe do zmiany – ale czy to oznacza, że należało zmiany dokonać, i świadczy o właściwości zmiany dokonanej? Mam wątpliwości. Wielu ludzi tego nie respektowało zakazu zabaw piątkowych – ich wybór, czy to znaczy, że należy z tego powodu zmienić zasadę dla wszystkich. W Ewangelii jest taki fragment o owcach, jak to Pasterz zostawiał 99 i szukał 1, która się pogubiła – a tu mam wrażenie, że tych 99 powinno się dostosować do tej 1 pogubionej, a de facto to właśnie w ramach przykazania zafundował nam Episkopat. 
Przecież tak naprawdę piątek – czy się go nazwie dniem pokutnym, czy nie – od zarania chrześcijaństwa był dniem szczególnej refleksji, i dopiero z tego wypływały dalsze praktyki: wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych czy zabaw. I pozostanie takim, ale opuszczono poprzeczkę w dół – po co? Mało osób robi to samemu? 
Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Jaki dzisiaj powinien być post? Czy dla wegetarianina czy człowieka na diecie post będzie w ogóle jakimś wyrzeczeniem? No nie. Post – poza tym, co nakazuje Kościół wprost, powinien być świadomym wyborem w sercu każdego człowieka – rezygnacji dobrowolnej z czegoś, co mam pod ręką, co lubię i zajmuje czas, bardzo często odwodząc od Boga. Sam z siebie to zostawiam w jakiejś pobożnej intencji czy sprawie. O to chodzi – jeden wyłącza komórkę, inny nie siada do komputera, jeszcze inny nie opycha się słodyczami, a ktoś inni robi jeszcze coś innego, np. zamiast kolejnej pary butów czy jakiegoś ciucha przeznaczy te pieniądze na zbożny cel czy po prostu wesprze bezdomnego. 

Wzięli się za łby. Tylko po co?

Może tytuł nieco przesadzony – niestety, mnie się takie właśnie z tą sprawą skojarzenie nasuwa. Nie lubię pisać o tego rodzaju wydarzeniach – bo nie im ten blog ma być poświęcony – natomiast wydaje się, że wiele osób chyba nie rozumie podstawowego w tej sprawie problemu. 
Chodzi o sprawę konfliktu ks. Wojciecha Lemańskiego z abp. Henrykiem Hoserem SAC, którego to konfliktu kolejna odsłona nie znika z mediów od kilku dni, bowiem ordynariusz podjął kroki ostateczne w stosunku do podwładnego, tj. odwołał go ze stanowiska proboszcza (dekret). Nie da się ukryć – język wyjątkowo suchy i urzędowy, a przecież nie o to powinno chodzić, tylko o dobro ludzi, czego trudno się po formie domyśleć… 
Sytuacja generalnie ciągnęła się od kilku lat (sam abp Hoser w jednej z wypowiedzi mówił o 4 latach wstecz). W 2001 r., jeszcze za bp. Kazimierza Romaniuka, wzbudził duże zainteresowanie, przygotowując w ówczesnej parafii w Otwocku grób Pański nawiązujący do mordu w Jedwabnem. Działa na rzecz przywrócenia pamięci o historii polskich Żydów, upomina się o prawdę o mordzie w Jedwabnem. Niezbyt darzony przeze mnie estymą abp Sławoj Leszek Głódź, ówczesny ordynariusz warszawsko-praski, przeniósł go stamtąd do Jasienicy w 2006 r., co nawet mało zorientowanym okiem trudno było rozpatrywać w kategoriach awansu. Awantura o przeznaczenie środków z funduszu sołeckiego – dyrektorka szkoły chciała (i postawiła na swoim) placu zabaw, ks. Wojciech – skate parku. Czy warto o to iść do sądu z pozwem o zniesławienie? W mojej ocenie – nie, tym bardziej opisując to na prawo i na lewo, a do tego będąc proboszczem parafii. Formalnie, oczywiście, mógł i miał do tego prawo – jak każdy. Czy ten plac zabaw był zły? Nie, po prostu inny pomysł niż księdza – i to chyba jedyny problem. Zaszkodziło to jemu samemu – skończyło się odebraniem misji kanonicznej (brak możliwości katechizowania w szkole), co z kolei wywołało żal i sprzeciw ze strony rodziców dzieci, które podobno z dużym oddaniem uczył. 
Jest to na pewno człowiek wyczulony bardzo na tematykę żydowską, na wszelkie kpiny i dyskryminację Żydów – co samo w sobie nie może i nie powinno nigdy być odbierane jako coś negatywnego, co więcej, taka postawa jest niejako obowiązkiem każdego z nas. Że ksiądz wyszedł z jakiegoś „spędu” księżowskiego, bo leciały antysemickie dowcipy? To akurat dobrze o nim świadczy. Pod hasłem „robi z kościoła synagogę” należy rozumieć fakt,m iż umieścił przy ołtarzu w Jasienicy szafkę na lekcjonarze w kształcie zwoju Tory. Czy to jest przestępstwo? W mojej ocenie – nie – co więcej, dość ciekawe i na pewno oryginalne nawiązanie do Starego Testamentu, niewątpliwie w stylu tego duszpasterza. Dba o kościół, wykonał przed nim nowy chodnik, duszpasterstwo jak na wiejskie warunki działa bardzo prężnie – sam przy tym mieszkając w nieotynkowanej plebanii. Staje w obronie ks. Adama Bonieckiego po krytykującym go liście bp. Wiesława Meringa – w mojej ocenie jak najbardziej słusznie. Apeluje do metropolity warszawskiego o pozostawienie w posłudze biskupiej bp. Piotra Jareckiego po spowodowanym przez niego pod wpływem alkoholu wypadku drogowym – też chyba słusznie (wobec szeptanych informacji, że ten ma być – w nagrodę? za przyznanie się do wszystkiego od razu i nie chowanie głowy w piasek, ot, choćby jak śp. biskup Śliwiński). Przeszkadza mu to, co nie transparentne, a szczególnie wyczulony wydaje się być na niesłuszności i krętactwa… kolegów po fachu, czyli księży i biskupów (m.in. spór z Szymonem Hołownią odnośnie księży żyjących podwójnym życiem). 
Już raz miał być odwołany, w 2010 r., najpierw dekretem ustnym, potem pisemnym. Parafia się zmobilizowała, zebrali 1.500 podpisów (ok. połowa parafii), diecezja odpuściła i dekret cofnięto. W kontekście późniejszego rozwoju wydarzeń trudno nie odnieść wrażenia, że ks. Lemański komuś uwierał i przeszkadzał, przy czym brakowało jednak argumentów merytorycznych, żeby postawić przysłowiową kropkę nad i, odwołując go, co nie przeszkadzało jednak próbować, kopiąc po kostkach. 
Ja widzę po stronie diecezji i abp Hosera jeden podstawowy problem w tym wszystkim, który – gdyby nie zaistniał – mógłby całą sytuację uczynić jaśniejszą i bardziej jednoznaczną. Dekret odwołujący ks. Lemańskiego mówi w ogólnikach, brak jest jakiegokolwiek konkretnego zachowania (z opisu albo daty wskazanego), a z kolei kuria odmawia jakichkolwiek wyjaśnień, co wydaje mi się tylko zaciemnia sprawę.  Jest w nim mowa o „brak szacunku i posłuszeństwa biskupowi diecezjalnemu oraz nauczaniu biskupów polskich w kwestiach bioetycznych”, oraz zarzut, że publicznie głoszone przezeń poglądy „nie spełniają wymogów prawa kanonicznego” i „przynoszą poważną szkodę i zamieszanie we wspólnocie Kościoła”. Nie tylko w tej sprawie ostatniego dekretu, ale też w zakresie m.in. upomnienia kanonicznego: ogólniki, żadnych konkretnych przykładów. Takie anachroniczne zachowanie w stylu „nie wasz problem, odczepta się” – tylko że efekt jest dokładnie odwrotny i po prostu mnożą się spekulacje. Co więcej, dla ludzi podzielających poglądy ks. Wojciecha (do których sam się zaliczam – z wyraźnym zaznaczeniem, że uważam, że w całej sytuacji zabrnął zbyt daleko i do niczego dobrego ona nie prowadzi), takie a nie inne zachowanie ze strony władz diecezji warszawsko-praskiej wydaje się być sygnałem, że w Kościele jako by preferowani byli konserwatyści – czy to duchowni (adwersarze ks. Lemańskiego), czy to świeccy. 
O tym w mediach popularnych się nie przeczyta – ale wiadomo, że pomiędzy biskupem a księdzem trwały, zmierzające w dobrym kierunku rozmowy poprzez mediatorów świeckich i duchownych… po czym, ni stąd ni zowąd, biskup sięga po swoją władzę: odwołuje ks. Lemańskiego z parafii. Po co? Czemu to miało służyć? Nie pomoże to ani Kościołowi – woda na młyn przeciwników, sam ks. Wojciech jako „znak sprzeciwu”, którym będą walić w ten Kościół właśnie, utwierdzając go przy tym (chyba niesłusznie) o wielkim skrzywdzeniu i zasadności dalszego testowania wszelkiej drogi odwołania i mnożenia korespondencji z dykasteriami watykańskimi. Co więcej – zadziwia mnie osobiście zapalczywość, z jaką władze kościelne do tej sytuacji podeszły. Szereg oficjalnych działań z zakresu sankcji prawa kanonicznego, do bardzo poważnej włącznie (odwołanie z probostwa), straszenie między wierszami suspensą – a czy ks. Lemański jest złodziejem, gwałcicielem, schizmatykiem? Nie. No właśnie. A wytacza się – tak, w pewnym sensie przez jego upór – przeciwko niemu działa, których bynajmniej nie wytaczano w wielu o wiele poważniejszych gatunkowo sprawach, jak choćby kolejne afery seksualne (abp Paetz w Poznaniu, ksiądz w Tylawie czy moim rodzinnym Gdańsku nie tak dawno). Dzięki tej, wydaje mi się, niefrasobliwości i nieprzemyśleniu sytuacji, abpo Hoser sobie i całemu Kościołowi w Polsce zafundował tę całą aferę, zamiast po głębszym zastanowieniu spróbować jednak dogadać się z krnąbrnym, ale dobrym księdzem, i postarać się go jakoś sensowniej zagospodarować. 
Na czym polega problem? Ano na tym, że ks. Lemański znany i rozpoznawany jest coraz częściej jako ten, który walczy – z nieżyczliwymi kolegami w sutannach, z (uprzedzonym?) biskupem, z będącą w błędzie dyrektorką okolicznej szkoły. Krytykuje i wali w bardzo wiele osób – przy czym nie wiem, czy jest w tym wszystkim obecnie coś konstruktywnego. Przykre skojarzenie – ale z Don Kichotem mi się nasunęło. Sam przeciwko wszystkim. Atakuje coraz więcej, niestety coraz bardziej stylem wypowiedzi z przeplatanymi cytatami z Ewangelii upodabniając się do tych, których sam krytykuje. Pojawia się w mediach, których przy maksimum dobrej woli nie da się określić obiektywnymi – m.in. w programie Tomasza Lisa. Chciał dobrze? Może. Nie wyszło, bo ani się wiedzą nie popisał, a Lisowy program zyskał na oglądalności dzięki „księdzu, który sprzeciwia się Episkopatowi w sprawach in vitro”. Czy o taki efekt ks. Wojciechowi chodziło? Wierzę, że nie. No właśnie. Ale tak wyszło. 
Nie dziwi więc reakcja biskupa, który 24 maja br. zakazuje ks. Lemańskiemu wypowiedzi w mediach. Tak, nie da się ukryć, narzędzie mocno anachroniczne i kojarzone z ciemnym średniowieczem – czy jednak nie zastosowane w tym wypadku prawidłowo? Przeciwnicy Kościoła i tak wiedzą swoje, są mądrzejsi. Wbrew – opisywanej tutaj w innym tekście – ocenie wg mnie zupełnie bezsensownego zakazu nałożonego przez prowincjała swego czasu na ks. Adama Bonieckiego, tutaj biskup niestety postąpił słusznie. Oczywiście, następując odwołania formalne w trybie Kodeksu Prawa Kanonicznego. Czy celowe? Na pewno będące dowodem uporu księdza, co nie jest w tej sytuacji dobre. Tak, on ciągle istnieje medialnie, kreuje się sam na tego dobrego, co to w niego wszyscy (nawet swoi) walą – ale czy przynosi to coś poza tym? Tak, sporo czarnego PRu Kościołowi. A w samej wspólnocie – podziały na tych, którzy przyznają w tej sytuacji prymat posłuszeństwu, oraz tych, dla których całość sytuacji dowodzić ma jedynie tego, że w Kościele jest taki sam syf i walka jak w każdym innym miejscu. 
Po samym dekrecie odwołującym, noszącym datę 05 lipca br., ks. Lemański publikuje na swoim blogu obszerne oświadczenie. Opisuje szeroko relacje z ordynariuszem, wskazuje na spotkanie w kurii biskupiej mające mieć miejsce w  styczniu 2010 r., w czasie którego zdaniem księdza dojść miało „niedopuszczalnego i skandalicznego zachowania Abp Hosera wobec mnie”. Przywołując cytaty ewangeliczne (Mt 18, 15-17) wskazuje, iż próbował sprawę wyjaśnić, korespondował z biskupem, oczekując przeprosin, przywołuje – niby mimochodem – przykład sytuacji szkockiego kard. O’Briena (skandal seksualny) jednocześnie nie precyzując zarzutów, nie nazywając po imieniu tego, co miało zajść; mówi o szykanach ze strony biskupa i księży. Podkreślił także, że „zdarzenie ze stycznia 2010 roku w kurii diecezji warszawsko-praskiej miało według mnie wyraźny związek z moim zaangażowaniem w dialog chrześcijańsko-żydowski”. Przywołuje jednocześnie, jako niejako świadka sytuacji z 2010 r. Zbigniewa Nosowskiego, redaktora naczelnego Więzi, z którym rozmawiał na temat zajścia w drodze powrotnej do parafii – jednakże sam zainteresowany nie zamierza podawać szczegółów tego, co się dowiedział, skoro nie zrobił tego ks. Lemański; nie negując jednocześnie swojej wiedzy o samym zajściu jako takim. 
Żeby było jasne – moim zdaniem skala tej całej sytuacji jest zupełnie nieadekwatna do tego, co ma być rzekomo jej powodem, tj. zarzuty sformułowane wyjątkowo ogólnikowo i nijak pod adresem ks. Lemańskiego. Tak, prowokuje, używa sposobu wypowiedzi niewątpliwie trafiającego bardziej do słuchaczy liberalnych, zadaje pytania trudne i dla niektórych niewygodne, można powiedzieć – krąży bardziej po obrzeżach, na granicach, niż po wydeptanych i przechodzonych ścieżkach centrum Kościoła. Tylko czy jest to samo w sobie w jakikolwiek sposób niewłaściwe, a tym bardziej zasługujące na jakiekolwiek ukaranie, w tym do usunięcia takiego księdza z parafii i wywalenia go w wieku 53 lat na wcześniejszą emeryturę, z naprawdę już poniżej krytyki wtrętem o przekazie „jak sobie znajdziesz proboszcza, co cię weźmie, to cię łaskawie tam przydzielę”? Nigdy, na ile ja śledzę temat, nie usłyszałem/nie przeczytałem czegoś, co w sposób bezpośredni sprzeciwia się znanemu mi nauczaniu Kościoła. A tym samym – wydaje się, że taki nieciekawy i medialnie głośny finał sprawa ma głównie z powodu trochę bezsensownego uporu ks. Lemańskiego. 
Tak, oczywiście ks. Wojciech ma pełne prawo i nawet dobrze, że odwołuje się zgodnie z CIC. Choć, o ile wiem, dotąd z marnym skutkiem. Warto przypomnieć – deklarował, i to nie raz, podporządkowanie się ostatecznym rozstrzygnięciom spornych kwestii – i mam nadzieję, że faktycznie tak właśnie postąpi. To samo w sobie będzie świadczyło nie tylko o jego klasie – fajna sprawa – ale przede wszystkim o traktowaniu na serio przyrzeczenia, które w 1987 r. składał, przyjmując święcenia kapłańskie, przyrzekając „mnie [biskupowi ordynariuszowi] i moim następcom cześć i posłuszeństwo” (przytaczam z pamięci). A to dla kapłana powinno być najistotniejsze. 
Napisał w oświadczeniu wydanym po opublikowaniu odwołującego go dekretu, że „Nie jest moim celem i nigdy nie było szkodzenie Kościołowi. Moim zdaniem pokora i posłuszeństwo nie mogą oznaczać zgody na niesprawiedliwość i krzywdę jakiej doświadczyłem od ludzi Kościoła. Kocham Kościół, jest On moim domem i nie pozwolę się z Niego wypchnąć”. Mam nadzieję i ufam, że tak właśnie jest – dla dobra ks. Wojciecha, Kościoła i wszystkich tych, którzy tę przykrą sytuację obserwują. Tak właśnie ta sprawa mogła się skończyć bez całej medialnej otoczki – wyraźnym stwierdzeniem w stylu „biskupie, nie zgadzam się ni cholerę – ale w duchu posłuszeństwa odpuszczam”. Chyba nie tylko w moich oczach ks. Lemański zyskał by o wiele więcej niż w obecnej sytuacji.