Ciułanie

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”. Lecz On mu odpowiedział: „Człowieku, któż Mnie ustanowił nad wami sędzią albo rozjemcą?” Powiedział też do nich: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia”. I opowiedział im przypowieść: „Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał w sobie: „Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów”. I rzekł: „Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe moje zboże i dobra. I powiem sobie: Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!” Lecz Bóg rzekł do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś?” Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga”. (Łk 12, 13-21)

Problematyka, powiedziałbym, dla mnie dość życiowa – do Jezusa zwraca się człowiek z problemem stricte prawnym, dotyczącym kwestii z zakresu prawa spadkowego, dziedziczenia po ojcu. Można powiedzieć – po co, czemu do Niego? Przecież Jezus żadnym sędzią, zgodnie z prawem Narodu Wybranego, nie był. Pomimo tego, On go nie odtrąca i udziela odpowiedzi, stara się czegoś nauczyć, wytłumaczyć.

Czytaj dalej →

Duet liderów

Dzisiejsza uroczystość śś. apostołów Piotra i Pawła to dla mnie ważne święto. Nie tylko dlatego, że to „ci pierwsi” (a właściwie to Piotr, Paweł nawrócił się jednak nieco później, po okresie regularnego i zamierzonego tępienia pierwszych chrześcijan), ale dlatego, jacy byli. I że wcale się ta ich współpraca jakoś wyjątkowo lekko, łatwo i przyjemnie nie układała.

Czytaj dalej →

Głupota starego i mądrość maleństwa

Po wyjściu stamtąd podróżowali przez Galileję, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie. Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: O czym to rozprawialiście w drodze? Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje mnie, lecz Tego, który Mnie posłał. (Mk 9,30-37)

Ile razy to jest tak, że słuchamy – a nie rozumiemy. Bo coś wydaje się trudne, albo po prostu mi się nie chce. I w tym samym działaniu nie ma jakby nic złego, problem polega na tym, co jest konsekwencją – że energii i odwagi brakuje przede wszystkim na to, aby zapytać Tego, który jest odpowiedzią na wszystko. W ten jakże absurdalny sposób mistrzowsko utrudniamy sobie życie, próbując własnymi siłami, opierając wszystko na rozumie i jakże ludzkich do bólu kalkulacjach, dotrzeć do zrozumienia tego, czego nie rozumiemy. Efekty bywają niestety opłakane. 
Tak samo, jak uczniowie – którzy nie rozumieli tych słów Jezusa o męce, śmierci i zmartwychwstaniu. Pewnie od początku historii Kościoła ludzie zadają sobie pytanie – czy tak to musiało wyglądać? Nie wiemy tego i nie musimy wiedzieć, bo to tak naprawdę tylko Boga problem, przejaw Jego woli. Na pewno mógł zaplanować wszystko w swojej wszechmocy kompletnie inaczej – ale nastąpiło to jednak właśnie tak i koniec. I Jezus w swojej boskiej naturze był tych spraw świadomy – co nie przeszkadzało, aby jako tak samo człowiek był po prostu przerażony, czego apogeum miało miejsce w Ogrodzie Oliwnym (świetnie pokazane w „Pasji” Gibsona). Uczniowie – już nie. Nie rozumieli tego przed, ale także bezpośrednio po wydarzeniach Triduum – czego najlepszym dowodem jest obrazek de facto ucieczki z Jerozolimy do Emaus, bo tak to trzeba by nazwać po imieniu. „A myśmy się spodziewali…” – wszystko jasne, ludzka kalkulacja. A nie tędy droga. Wiara polega właśnie na tym, aby – nie tylko gdy pięknie, słońce za oknem i motyle w brzuchu, ale właśnie także gdy trudno, brudno, ciemno i niewiele rozumiem – powierzyć to wszystko Jemu i prosić, aby działał i prowadził nie najłatwiejszą, a najlepszą z dróg. 
Nic dziwnego, że jak przyszło co do czego, to nie tylko nie rozumieli, co skupiali się na – za przeproszeniem – pierdołach, a w tym wypadku… pobili się o prymat w gronie Dwunastu. Znamy to? Można powiedzieć – z podwórka pewnie każdy, ale czy w dzisiejszych firmach i korporacjach jest inaczej? Kopanie po kostkach, lansowanie, wazeliniarstwo i dążenie do tego, żeby przypodobać się Komuś U Góry, kto może dać podwyżkę/nowy bajer firmowy/premię/cokolwiek innego będącego powodem do dumy i poczucia wyższości nad innymi. Tego nie ma u dzieci. Dzieci są zbyt prostolinijne, zbyt zwyczajnie autentyczne, żeby było na to miejsce. Im mniejsze dziecko, tym to lepiej widać. Autentyzm do bólu, z jednoczesnym bardzo mocnym wyczuleniem na to, co się do niego mówi, czy człowiek mówi prawdę, czy ściemnia i gada byle co (sam mam to przećwiczone, kiedy – w dobrym celu – próbuję synkowi wytłumaczyć, dlaczego nie dam mu jakiegoś łakocia, bo…). Żeby dziecko przyjąć, trzeba otworzyć serce i zapatrzeć się w dziecięcą prostotę. To perspektywa, która wielu z nas jest potrzebna – bo za bardzo sami sobie wszystko komplikujemy. Brakuje nam tego dziecięcego dystansu i zdrowego podejścia. 
W tym dziecięcego podejścia do spraw wiary – nie do końca umie jeszcze mówić, ale już własnymi słowami kieruje swoje słowa i wznosi serce ku Bogu. Pewnie na początku w jakiś banalnych sprawach, ale jakże bardzo podstawowych. Lubię słuchać dialogowanej modlitwy powszechnej na mszach dziecięcych – to, co najważniejsze, esencja. Za mamę i tatę, o zdrowie dla [kogoś bliskiego], za zwierzątko, itp. Nie jakieś mądre kipiące elokwencją słowa – ale to, co najbardziej leży na sercu; o czym my, starzy i mądrzy, tak często zapominamy. To jest najskuteczniejsza i najlepsza postawa przed Bogiem – po prostu, jak z serca i z ust płynie, spontanicznie. Na to właśnie czeka Bóg. Nie kiedyś, kiedy będę bardziej gotowy, nie za jakiś czas, nie kiedy sobie to uporządkuję – dobrze wiesz, że nie ma na to czasu i nagle go nie znajdziesz. Tu i teraz. Z tym, co dzisiaj na sercu leży, lub co to serce wznosi w radości. 

Kuria musiała mieć ostatnie słowo

Przyznaję się bez bicia. Nie chciałem już o tym pisać, bo cała sprawa i happy end mnie ucieszył sam w sobie. Jednak późniejsze wydarzenia zmobilizowały mnie, żeby jednak pewne rzeczy nazwać po imieniu. 
W środę 17 lipca ks. Lemański napisał na swoim blogu, że podporządkuje się decyzji biskupa ordynariusz, i opuści jasienicką parafię – uczynił to w niedzielę 21 lipca, kiedy parafię przejął mianowany administrator. Napisał o rozbudzonych emocjach, które mogą szkodzić wszystkim, i że przeprasza za ewentualne zgorszenie. Mnie to bardzo ucieszyło – pokazał, że jest mądrzejszy, że rozumie słowo posłuszeństwa i pokory, a nie za wszelką cenę postawienia swojego zdania na górze. Chyba z dzień wcześniej wyjaśnił także publicznie, iż błędnie zinterpretował zapis Kodeksu Prawa Kanonicznego w zakresie skutku odwołania administracyjnego (które jego dotknęło) a skutku odwołania karnego – zatem sam fakt wniesienia odwołania nie wstrzymuje wykonania decyzji co do jego osoby. 
Uważam, że bardzo piękne słowa padły w ramach homilii, jaką ks. Wojciech wygłosił w Jasienicy dzień wcześniej, 16 lipca: 

Wczoraj wypchnęliście samochód, jutro może się zdarzyć, że nie wypchniecie, ale przewrócicie i zrobicie komuś krzywdę. Bardzo was proszę, wyciszcie emocje. (…) Jutro spotykamy się na mszy o 7 rano i mam nadzieję, że wy swoją postawą pokażecie, że ja mogę za was ręczyć. Że mogę ręczyć za wasze zachowanie wobec innych. Wy tu nie jesteście dla mnie, tylko dla Kościoła. (…) Tu jest miejsce dla wszystkich. Jak będzie miejsce dla wszystkich, to będzie również miejsce dla mnie. Pamiętajcie o tym. Jeśli zrobicie atmosferę, że tu są jasienickie zakapiory, które tak się przywiązały do Lemańskiego, że żadnego innego ani słuchać nie będą, ani się u niego spowiadać nie będą, ani nie będą go wspierać w utrzymaniu tej świątyni, to zrobicie największą krzywdę i sobie, i mnie, i całemu Kościołowi. Przyjmijcie w ciszy błogosławieństwo, zaśpiewajcie pieśń i idźcie do domu. I nie występujcie. Już nie ma potrzeby występować, już was znają nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jeśli macie w mojej sprawie coś do powiedzenia, to niech to będzie różaniec. 

Tymi słowami zakończył homilię. Te słowa dowodzą, że przemyślał to, co robił, jak postępował. Oczywiście, mógł dalej zwracać uwagę na całą sytuację w mediach, co było przez nie umiejętnie wykorzystywane (szczególnie te niskich lotów) – czy to jednak było by dobre, czy dla niego, czy dla parafii, ludzi, czy Kościoła? Najwyraźniej zrozumiał – nie. A jednocześnie w bardzo ciekawy sposób zwrócił uwagę na to, że Kościół ma być miejscem dla wszystkich – i samo to, że komuś, nawet biskupowi się nie podoba, co mówi kto inny, także „jego” ksiądz, nie oznacza od razu słuszności podejmowanych w tym zakresie decyzji.  
Owszem, ks. Lemański – co już pisałem – do łatwych ludzi nie należał, przez co i wśród swoich duchownych kolegów nie cieszył się estymą. Nie musieli – jak mówią, Jezus nie kazał wszystkich lubić, tylko kochać. Tylko czemu z tej całej historii – poza ks. Wojciechem na pierwszym planie – wyłania się bardzo przykry obrazek realiów polskiego Kościoła hierarchicznego w złym tego słowa znaczeniu?
Wypowiedzi z wielu stron było sporo, i nie sposób nie uznać, że ks. Lemański traktowany był jako wróg. Bo wyczulony na kwestie judaizmu, bo nie znosił jak z tego dowcipkowano – i miał prawo tak podejść do sprawy, bo troszczył się o relacje polsko-judaistyczne, m.in. był jednym z trzech księży na pogrzebie Ireny Sendlerowej, która czy dla Polaka czy dla Żyda była bohaterką i zasługiwała na oddanie jej hołdu; więc czemu choćby żadnego biskupa nie widzieli na tym pogrzebie? Nie na rękę było na pewno to, że jest społecznikiem – na jego tle księża ograniczający się do minimum (konfesjonał + msza) wypadają po prostu słabo, co powinno nie tyle powodować niechęć pod adresem ks. Lemańskiego, co motywować do wzniesienia się ponad to minimum. Po potrafił przyciągać ludzi, bo wiele robił, bo dbał nie o swoje, ale innych potrzeby – jak wyżej, mało popularne niestety wśród księży (widzę na własnym podwórku). 
Tak, abp Hoser miał pełne prawo tak postąpić, jak postąpił – tylko po co? Nijak mi to pasuje do tego, co Pismo Święte mówi o wyrozumiałości, o przymiotach jakimi ma się cechować w stosunku do swoich dzieci ojciec, którym na skalę diecezjalną biskup jest z pewnością. Ot, choćby przypowieść o synu marnotrawnym tak zwana, a tak naprawdę o miłosiernym ojcu. Widać podobieństwa? Nie. I tu jest właśnie problem. Ten dekret, nie mogę się oprzeć wrażeniu, to po prostu zmęczenie materiału i chęć załatwienia problemu przed urlopem. Sprawa zamknięta, a jak Watykan uwali (na co realnie szanse chyba dość male), to się będziemy martwić później. Tylko czy w takiej postawie – biskupa Hosera, bo on sygnował dekret – jest cokolwiek z troski o Kościół, parafię, ks. Wojtka czy kogokolwiek poza własnym świętym spokojem? Jak by nie oceniać samego ks. Lemańskiego – ludzie z parafii mają wprost i to słuszne moim zdaniem pretensje, ponieważ niewątpliwie ksiądz wielokrotnie podejmował działania w celu spotkania z biskupem i wyjaśniania spornych kwestii, w tym zapraszając biskupa do Jasienicy – gdzie odzewu albo nie było, albo był w formie żądania zakończenia korespondencji. Przykro mi – dla mnie, żenada. Do kogo miał pisać? Kto powinien pierwszy próbować zakończyć całą sytuację? Tak, odpuścił on – ksiądz zwykły – tylko dla mnie to najlepszy dowód na to, że przegrał w tym sporze tak naprawdę biskup. Bo nikt nie wie, czemu tak naprawdę postąpił jak postąpił (choćby w świetle tekstu Szymona Hołowni, wskazującego na to, że strony miały się porozumieć, miało nie być gwałtownych ruchów i kar – a wyszło dokładnie na odwrót), bo sam dekret jest tak suchy i lakoniczny, że nikt z niego nic nie rozumie, bo nic z niego nie wynika, zero konkretów. 
Każdemu, kto tematem się interesował, polecam tekst Zbigniewa Nosowskiego, opublikowany w TP 29/2013 pod wymownym tytułem „Kalendarium katastrofy”. Tekst godny uwagi przede wszystkim ze względu na autora – przyjaciela i znającego sytuację nie z drugiej ręki, a z autopsji. Autor – zaświadczając jednocześnie, że faktycznie dowiedział się z pierwszej ręki o rozmowie pomiędzy ks. Lemańskim a abp. Hoserem tuż po niej – pisał m.in. o grobie pańskim w ówczesnej parafii niepokornego kapłana w Ługach (pracował tam do 2006 r.), sugerującym przeproszenie za mord w Jedwabnem – zestawiając to równocześnie z, mniej więcej równoległymi ekscesami dzisiaj już nie żyjącego ks. Henryka Jankowskiego w moim rodzinnym Gdańsku. Coroczny uczestnik rocznicowych obchodów mordu w Jedwabnem – znowu niesmak, bo poza ks. Wojtkiem był tam tylko ks. Adam Boniecki MIC. Nie rozumiem tego, jako człowiek – czemu władze kościelne czy po prostu sami księża nie czuli potrzeby wzięcia udziału w takich obchodach? Bo nie muszą? No nie muszą, w końcu nie chrześcijan ani katolików wytłukli. Ale czy nie były one na tyle ważne, aby choćby jeden biskup się pofatygował, po prostu był i był znakiem – Kościół jest tutaj i pamięta, chociaż chodzi o starszych braci w wierze. Wstąpił do Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. 
Jeśli ma być takim pieniaczem – czemu nie był nim wcześniej? Teoretycznie abp Głódź jako ówczesny ordynariusz, w 2006 r. przenosząc ks. Lemańskiego z Ługów do Jasienicy zdegradował go, bowiem z parafii miejskiej z wikarym do pomocy trafił na wieść. Były odwołania? Nie. Bo wtedy chyba nie było żadnego drugiego dna. Kłuło za to na pewno w oczy w Jasienicy i okolicy (dekanacie), że kawał plebanii odstąpił na przedszkole wiejskie – na co, nie wiedzieć czemu, nie wyraził zgody kanclerz kurii; za to powstała świetlica dla dzieci. Jaki był sens pisania przez księży skarg z zarzutem, że ks. Lemański nie uczestniczy w spędach – nie bójmy się tego słowa – nazwanych tam kapłańskimi obiadami, a dodatkowo na spotkaniach najpierw wita się ze świeckimi? Nie musiał, nie jest to obowiązek, mógł mieć ciekawsze i ważniejsze zajęcia – a robił nie mało. No wybaczcie, ale pisanie donosów z takiego powodu to skrajny przejaw jakiejś chorej megalomanii – nie do skrzętnego odnotowania, ale do ustawiania i przywołania do porządku donosiciela. 
W 2009 r. pierwszy problem – wizytacja i zarzut „niedopuszczalnego upodobnienia kościoła do synagogi” – a dokładnie, tak absurdalnie sformułowany wniosek na podstawie tronu Słowa Bożego w kształcie zwojów Tory, gdzie przechowuje się lekcjonarze i ewangeliarz (te książki, z których czyta się czytania mszalne). Paranoja. Co więcej – nie ma żadnego konkretnego zalecenia, pomimo prośby do biskupa o konkretną i weryfikowalną opinię. Kolejna wtopa – wypowiedź na ten temat ze strony kurii padła dopiero w toku już konfliktu, w tych dniach, kiedy podkreślono że biskup (łaskawie?) „nie nakazał usunięcia”. Kolejny zarzut – zniszczenie neogotyckich stalli, które zdekompletowane trafiły do Jasienicy ze składu w innej parafii. Ks. Wojciech wyremontował je i wkomponował w prezbiterium – miejsce przewodniczenia, stolik na paramenty liturgiczne. Ludzie, czy ktoś widzi tu dewastację? Kolejny absurd i dowód na złośliwe czepialstwo. Szukanie dziury w całym. Red. Nosowski posłużył się pojęciem „kościelnego mobbingu” i ma dużo racji, podobieństwo jest. Bardzo ładnie też tę sytuację określił: „Gorliwy duszpasterz mozolnie odczytujący specyfikę swojego powołania zamiast wsparcia przez lata otrzymywał od kurii kolejne ciosy”. Nic dodać, nic ująć – ciosy, jak widać, po prostu w ciemno, żeby walnąć. 
Clue dekretu usuwającego z parafii stanowił zarzut prezentowania nauki niezgodnej z nauką Kościoła – pisałem już o tym, czego nie tylko ja nie potrafię się nigdzie doszukać. Niewątpliwie, w tym gorącym czasie w wypowiedziach ks. Lemańskiego było wiele emocji, czasami niefortunne słowa, nie do końca dobrana argumentacja, uwagi personalne. Przykre jest, że dołożył się do tego wszystkiego dr Tomasz Terlikowski – jak tłumaczył ks. Lemański później Nosowskiemu, cała rozmowa miała być na inny temat, niż została przeprowadzona. Czy to, że wypowiedź medialna nie była przygotowana to odejście od nauki Kościoła, więcej, przesłanka do usunięcia ze stanowiska proboszcza? Jako pretekst – tak. Faktycznie – w żadnym razie. Bo co powiedział ksiądz Wojciech? Że dokument bioetyczny to niezrozumiały bełkot, w którym brakuje zrozumienia dla ludzi nie mogących mieć dzieci o niezrozumiale ostrym języku. I to całe „podważanie nauki katolickiej” – czyli dokładnie co? Nie wiemy, bo sam biskup jako autor nie raczył tego wskazać. Jak zweryfikować więc obiektywnie słuszność decyzji, której po prostu nie uzasadniono? 
Nie mam powodu nie wierzyć ks. Lemańskiemu, że pytania o obrzezanie z ust abp. Hosera nie padły. Bez sensu – zanim wskazał wprost, o co chodziło – przyrównał tę sytuację do dotyczącej pewnego kardynała, co sugerowało podtekst homoseksualny. Ale według mnie mówi szczerze, co red. Nosowski potwierdził co do miejsca i treści rozmowy sprzed lat. Czy złym jest to, że upowszechnił takie zachowanie i wypowiedź biskupa? Nie. Bo obydwoje są dorośli i bez względu na animozje, fochy i brak porozumienia takie chwyty w postaci tego rodzaju pytań świadczących po prostu o braku kultury i szacunku dla adwersarza nigdy nie powinny były między takimi osobami (i żadnymi w ogóle) paść. A skoro padły, a koniec końców doprowadziły do eskalacji tak publicznego konfliktu, gdzie na dodatek ks. Lemański pod każdym względem jest stroną słabszą i przy tym raczej mającą rację co do bezzasadnego usunięcia z parafii – to na własne życzenie tego, kto je wypowiedział, jak najbardziej powinny być, sprawiedliwie ale i stanowczo ocenione. 
W mediach pojawiają się listy poparć a to jednej, a to drugiej strony sporu. Ja tylko odniosę się do jednego – poparcia biskupa przez dziekanów diecezji. Taki sam list został wypuszczony w świat w mojej diecezji, nie tak dawno, w sytuacji dotyczącej naszego podwórka trójmiejskiego. I jedno wiem na pewno – niejednemu z księży, których (absolutnie bez ich wiedzy) podpisano pod tym listem przysłowiowy nóż się otwierał w kieszeni z tego powodu. Niestety. 
Dla mnie w tej sytuacji jeszcze bardziej przykre jest to, że w abp. Hosera różnej maści antyklerykałowie czy Bóg wie kto walić będą tą sprawą w związku z absolutnie wydumanymi i wyssanymi z palca zarzutami dot. rzekomego udziału w rzezi w Rwandzie w 1994 r., wrzucając bezmyślnie obie sprawy do jednego wora… 
Przeczytałem także list Akcji Katolickiej dotyczący tej sprawy – bardzo mądry, bo wyważony, bez personaliów. Z jednej strony zarzut upubliczniania konfliktu – tylko co mógł innego zrobić? Z drugiej – mowa o konieczności troski o Kościół. „Można dyskutować o Kościele, można spierać się o Kościół, ale nigdy, pod żadnym pozorem nie można szkodzić Kościołowi, o czym powinni wiedzieć ci wszyscy, którzy mniej lub bardziej świadomie dali się wciągnąć w ten konflikt” – co można odnieść do obydwu stron. W takich sprawach wygranych nie ma, ostatecznie wali się i tak w Kościół. 
Tym bardziej więc nie rozumiem, po co diecezja warszawsko-praska zamienia swoją witrynę w przestrzeń publicystyczną, umieszczając tam tekst Aliny Petrowej-Wasilewicz, dotyczący dość jednostronnej oceny sporu – to 17 lipca. A 21 lipca – jakoś nikt nie miał odwagi się pod tekstem podpisać poza „kuria…” – opisujący całość wydarzeń. Uwaga – obydwa teksty już po poddaniu się niejako przez ks. Lemańskiego, drugi w dniu przekazania parafii administratorowi (niedziela). Po co to pisali? Żeby było „moje na wierzchu”? Bo innego celu nie widzę. Sztuka dla sztuki. Szkoda, że kuria warszawsko-praska nie była równie skora do wyjaśniania konfliktu i przedstawiania przebiegu wydarzeń wtedy, kiedy konflikt trwał – a teraz łaskawie po fakcie podaje swoją wersję wydarzeń, operując – co istotne – datami i treściami rozstrzygnięć instancji watykańskich. Natomiast nadal niewiele z tego wszystkiego wynika – mowa o bliżej niesprecyzowanych konfliktach „dotyczących środowiska kapłańskiego”, oczywiście, na pierwszym miejscu; lakonicznie o miejscowym sporze w szkole, aż wreszcie kolejny nieprecyzyjny zarzut „kontestowania nauki Kościoła w treści i w formie” – czyli…?  Po czym, ni stąd ni zowąd, radośnie sformułowany wniosek, że „ks. Lemański jest pogubiony pod wieloma względami i potrzebuje duchowej integracji”, cokolwiek ten bełkot znaczy (wpisując się w całokształt mglisty tekstu).
Tak, jestem prawnikiem, i dla mnie ta cała sytuacja usunięcia ks. Wojciecha Lemańskiego to klasyczny przykład postawienia zarzutów, które w żadnej mierze nie zostały udowodnione, więc nigdy nikogo w innych okolicznościach nie spotkały by z tego tytułu negatywne konsekwencje. Tu jest, niestety, inaczej. 
Dlatego biorę sobie do serca prośbę ks. Wojtka i idę zmówić za niego, a może przede wszystkim za ludzi z takim uporem walących w niego, zdrowaśkę na różańcu, o który prosił.  

Wzięli się za łby. Tylko po co?

Może tytuł nieco przesadzony – niestety, mnie się takie właśnie z tą sprawą skojarzenie nasuwa. Nie lubię pisać o tego rodzaju wydarzeniach – bo nie im ten blog ma być poświęcony – natomiast wydaje się, że wiele osób chyba nie rozumie podstawowego w tej sprawie problemu. 
Chodzi o sprawę konfliktu ks. Wojciecha Lemańskiego z abp. Henrykiem Hoserem SAC, którego to konfliktu kolejna odsłona nie znika z mediów od kilku dni, bowiem ordynariusz podjął kroki ostateczne w stosunku do podwładnego, tj. odwołał go ze stanowiska proboszcza (dekret). Nie da się ukryć – język wyjątkowo suchy i urzędowy, a przecież nie o to powinno chodzić, tylko o dobro ludzi, czego trudno się po formie domyśleć… 
Sytuacja generalnie ciągnęła się od kilku lat (sam abp Hoser w jednej z wypowiedzi mówił o 4 latach wstecz). W 2001 r., jeszcze za bp. Kazimierza Romaniuka, wzbudził duże zainteresowanie, przygotowując w ówczesnej parafii w Otwocku grób Pański nawiązujący do mordu w Jedwabnem. Działa na rzecz przywrócenia pamięci o historii polskich Żydów, upomina się o prawdę o mordzie w Jedwabnem. Niezbyt darzony przeze mnie estymą abp Sławoj Leszek Głódź, ówczesny ordynariusz warszawsko-praski, przeniósł go stamtąd do Jasienicy w 2006 r., co nawet mało zorientowanym okiem trudno było rozpatrywać w kategoriach awansu. Awantura o przeznaczenie środków z funduszu sołeckiego – dyrektorka szkoły chciała (i postawiła na swoim) placu zabaw, ks. Wojciech – skate parku. Czy warto o to iść do sądu z pozwem o zniesławienie? W mojej ocenie – nie, tym bardziej opisując to na prawo i na lewo, a do tego będąc proboszczem parafii. Formalnie, oczywiście, mógł i miał do tego prawo – jak każdy. Czy ten plac zabaw był zły? Nie, po prostu inny pomysł niż księdza – i to chyba jedyny problem. Zaszkodziło to jemu samemu – skończyło się odebraniem misji kanonicznej (brak możliwości katechizowania w szkole), co z kolei wywołało żal i sprzeciw ze strony rodziców dzieci, które podobno z dużym oddaniem uczył. 
Jest to na pewno człowiek wyczulony bardzo na tematykę żydowską, na wszelkie kpiny i dyskryminację Żydów – co samo w sobie nie może i nie powinno nigdy być odbierane jako coś negatywnego, co więcej, taka postawa jest niejako obowiązkiem każdego z nas. Że ksiądz wyszedł z jakiegoś „spędu” księżowskiego, bo leciały antysemickie dowcipy? To akurat dobrze o nim świadczy. Pod hasłem „robi z kościoła synagogę” należy rozumieć fakt,m iż umieścił przy ołtarzu w Jasienicy szafkę na lekcjonarze w kształcie zwoju Tory. Czy to jest przestępstwo? W mojej ocenie – nie – co więcej, dość ciekawe i na pewno oryginalne nawiązanie do Starego Testamentu, niewątpliwie w stylu tego duszpasterza. Dba o kościół, wykonał przed nim nowy chodnik, duszpasterstwo jak na wiejskie warunki działa bardzo prężnie – sam przy tym mieszkając w nieotynkowanej plebanii. Staje w obronie ks. Adama Bonieckiego po krytykującym go liście bp. Wiesława Meringa – w mojej ocenie jak najbardziej słusznie. Apeluje do metropolity warszawskiego o pozostawienie w posłudze biskupiej bp. Piotra Jareckiego po spowodowanym przez niego pod wpływem alkoholu wypadku drogowym – też chyba słusznie (wobec szeptanych informacji, że ten ma być – w nagrodę? za przyznanie się do wszystkiego od razu i nie chowanie głowy w piasek, ot, choćby jak śp. biskup Śliwiński). Przeszkadza mu to, co nie transparentne, a szczególnie wyczulony wydaje się być na niesłuszności i krętactwa… kolegów po fachu, czyli księży i biskupów (m.in. spór z Szymonem Hołownią odnośnie księży żyjących podwójnym życiem). 
Już raz miał być odwołany, w 2010 r., najpierw dekretem ustnym, potem pisemnym. Parafia się zmobilizowała, zebrali 1.500 podpisów (ok. połowa parafii), diecezja odpuściła i dekret cofnięto. W kontekście późniejszego rozwoju wydarzeń trudno nie odnieść wrażenia, że ks. Lemański komuś uwierał i przeszkadzał, przy czym brakowało jednak argumentów merytorycznych, żeby postawić przysłowiową kropkę nad i, odwołując go, co nie przeszkadzało jednak próbować, kopiąc po kostkach. 
Ja widzę po stronie diecezji i abp Hosera jeden podstawowy problem w tym wszystkim, który – gdyby nie zaistniał – mógłby całą sytuację uczynić jaśniejszą i bardziej jednoznaczną. Dekret odwołujący ks. Lemańskiego mówi w ogólnikach, brak jest jakiegokolwiek konkretnego zachowania (z opisu albo daty wskazanego), a z kolei kuria odmawia jakichkolwiek wyjaśnień, co wydaje mi się tylko zaciemnia sprawę.  Jest w nim mowa o „brak szacunku i posłuszeństwa biskupowi diecezjalnemu oraz nauczaniu biskupów polskich w kwestiach bioetycznych”, oraz zarzut, że publicznie głoszone przezeń poglądy „nie spełniają wymogów prawa kanonicznego” i „przynoszą poważną szkodę i zamieszanie we wspólnocie Kościoła”. Nie tylko w tej sprawie ostatniego dekretu, ale też w zakresie m.in. upomnienia kanonicznego: ogólniki, żadnych konkretnych przykładów. Takie anachroniczne zachowanie w stylu „nie wasz problem, odczepta się” – tylko że efekt jest dokładnie odwrotny i po prostu mnożą się spekulacje. Co więcej, dla ludzi podzielających poglądy ks. Wojciecha (do których sam się zaliczam – z wyraźnym zaznaczeniem, że uważam, że w całej sytuacji zabrnął zbyt daleko i do niczego dobrego ona nie prowadzi), takie a nie inne zachowanie ze strony władz diecezji warszawsko-praskiej wydaje się być sygnałem, że w Kościele jako by preferowani byli konserwatyści – czy to duchowni (adwersarze ks. Lemańskiego), czy to świeccy. 
O tym w mediach popularnych się nie przeczyta – ale wiadomo, że pomiędzy biskupem a księdzem trwały, zmierzające w dobrym kierunku rozmowy poprzez mediatorów świeckich i duchownych… po czym, ni stąd ni zowąd, biskup sięga po swoją władzę: odwołuje ks. Lemańskiego z parafii. Po co? Czemu to miało służyć? Nie pomoże to ani Kościołowi – woda na młyn przeciwników, sam ks. Wojciech jako „znak sprzeciwu”, którym będą walić w ten Kościół właśnie, utwierdzając go przy tym (chyba niesłusznie) o wielkim skrzywdzeniu i zasadności dalszego testowania wszelkiej drogi odwołania i mnożenia korespondencji z dykasteriami watykańskimi. Co więcej – zadziwia mnie osobiście zapalczywość, z jaką władze kościelne do tej sytuacji podeszły. Szereg oficjalnych działań z zakresu sankcji prawa kanonicznego, do bardzo poważnej włącznie (odwołanie z probostwa), straszenie między wierszami suspensą – a czy ks. Lemański jest złodziejem, gwałcicielem, schizmatykiem? Nie. No właśnie. A wytacza się – tak, w pewnym sensie przez jego upór – przeciwko niemu działa, których bynajmniej nie wytaczano w wielu o wiele poważniejszych gatunkowo sprawach, jak choćby kolejne afery seksualne (abp Paetz w Poznaniu, ksiądz w Tylawie czy moim rodzinnym Gdańsku nie tak dawno). Dzięki tej, wydaje mi się, niefrasobliwości i nieprzemyśleniu sytuacji, abpo Hoser sobie i całemu Kościołowi w Polsce zafundował tę całą aferę, zamiast po głębszym zastanowieniu spróbować jednak dogadać się z krnąbrnym, ale dobrym księdzem, i postarać się go jakoś sensowniej zagospodarować. 
Na czym polega problem? Ano na tym, że ks. Lemański znany i rozpoznawany jest coraz częściej jako ten, który walczy – z nieżyczliwymi kolegami w sutannach, z (uprzedzonym?) biskupem, z będącą w błędzie dyrektorką okolicznej szkoły. Krytykuje i wali w bardzo wiele osób – przy czym nie wiem, czy jest w tym wszystkim obecnie coś konstruktywnego. Przykre skojarzenie – ale z Don Kichotem mi się nasunęło. Sam przeciwko wszystkim. Atakuje coraz więcej, niestety coraz bardziej stylem wypowiedzi z przeplatanymi cytatami z Ewangelii upodabniając się do tych, których sam krytykuje. Pojawia się w mediach, których przy maksimum dobrej woli nie da się określić obiektywnymi – m.in. w programie Tomasza Lisa. Chciał dobrze? Może. Nie wyszło, bo ani się wiedzą nie popisał, a Lisowy program zyskał na oglądalności dzięki „księdzu, który sprzeciwia się Episkopatowi w sprawach in vitro”. Czy o taki efekt ks. Wojciechowi chodziło? Wierzę, że nie. No właśnie. Ale tak wyszło. 
Nie dziwi więc reakcja biskupa, który 24 maja br. zakazuje ks. Lemańskiemu wypowiedzi w mediach. Tak, nie da się ukryć, narzędzie mocno anachroniczne i kojarzone z ciemnym średniowieczem – czy jednak nie zastosowane w tym wypadku prawidłowo? Przeciwnicy Kościoła i tak wiedzą swoje, są mądrzejsi. Wbrew – opisywanej tutaj w innym tekście – ocenie wg mnie zupełnie bezsensownego zakazu nałożonego przez prowincjała swego czasu na ks. Adama Bonieckiego, tutaj biskup niestety postąpił słusznie. Oczywiście, następując odwołania formalne w trybie Kodeksu Prawa Kanonicznego. Czy celowe? Na pewno będące dowodem uporu księdza, co nie jest w tej sytuacji dobre. Tak, on ciągle istnieje medialnie, kreuje się sam na tego dobrego, co to w niego wszyscy (nawet swoi) walą – ale czy przynosi to coś poza tym? Tak, sporo czarnego PRu Kościołowi. A w samej wspólnocie – podziały na tych, którzy przyznają w tej sytuacji prymat posłuszeństwu, oraz tych, dla których całość sytuacji dowodzić ma jedynie tego, że w Kościele jest taki sam syf i walka jak w każdym innym miejscu. 
Po samym dekrecie odwołującym, noszącym datę 05 lipca br., ks. Lemański publikuje na swoim blogu obszerne oświadczenie. Opisuje szeroko relacje z ordynariuszem, wskazuje na spotkanie w kurii biskupiej mające mieć miejsce w  styczniu 2010 r., w czasie którego zdaniem księdza dojść miało „niedopuszczalnego i skandalicznego zachowania Abp Hosera wobec mnie”. Przywołując cytaty ewangeliczne (Mt 18, 15-17) wskazuje, iż próbował sprawę wyjaśnić, korespondował z biskupem, oczekując przeprosin, przywołuje – niby mimochodem – przykład sytuacji szkockiego kard. O’Briena (skandal seksualny) jednocześnie nie precyzując zarzutów, nie nazywając po imieniu tego, co miało zajść; mówi o szykanach ze strony biskupa i księży. Podkreślił także, że „zdarzenie ze stycznia 2010 roku w kurii diecezji warszawsko-praskiej miało według mnie wyraźny związek z moim zaangażowaniem w dialog chrześcijańsko-żydowski”. Przywołuje jednocześnie, jako niejako świadka sytuacji z 2010 r. Zbigniewa Nosowskiego, redaktora naczelnego Więzi, z którym rozmawiał na temat zajścia w drodze powrotnej do parafii – jednakże sam zainteresowany nie zamierza podawać szczegółów tego, co się dowiedział, skoro nie zrobił tego ks. Lemański; nie negując jednocześnie swojej wiedzy o samym zajściu jako takim. 
Żeby było jasne – moim zdaniem skala tej całej sytuacji jest zupełnie nieadekwatna do tego, co ma być rzekomo jej powodem, tj. zarzuty sformułowane wyjątkowo ogólnikowo i nijak pod adresem ks. Lemańskiego. Tak, prowokuje, używa sposobu wypowiedzi niewątpliwie trafiającego bardziej do słuchaczy liberalnych, zadaje pytania trudne i dla niektórych niewygodne, można powiedzieć – krąży bardziej po obrzeżach, na granicach, niż po wydeptanych i przechodzonych ścieżkach centrum Kościoła. Tylko czy jest to samo w sobie w jakikolwiek sposób niewłaściwe, a tym bardziej zasługujące na jakiekolwiek ukaranie, w tym do usunięcia takiego księdza z parafii i wywalenia go w wieku 53 lat na wcześniejszą emeryturę, z naprawdę już poniżej krytyki wtrętem o przekazie „jak sobie znajdziesz proboszcza, co cię weźmie, to cię łaskawie tam przydzielę”? Nigdy, na ile ja śledzę temat, nie usłyszałem/nie przeczytałem czegoś, co w sposób bezpośredni sprzeciwia się znanemu mi nauczaniu Kościoła. A tym samym – wydaje się, że taki nieciekawy i medialnie głośny finał sprawa ma głównie z powodu trochę bezsensownego uporu ks. Lemańskiego. 
Tak, oczywiście ks. Wojciech ma pełne prawo i nawet dobrze, że odwołuje się zgodnie z CIC. Choć, o ile wiem, dotąd z marnym skutkiem. Warto przypomnieć – deklarował, i to nie raz, podporządkowanie się ostatecznym rozstrzygnięciom spornych kwestii – i mam nadzieję, że faktycznie tak właśnie postąpi. To samo w sobie będzie świadczyło nie tylko o jego klasie – fajna sprawa – ale przede wszystkim o traktowaniu na serio przyrzeczenia, które w 1987 r. składał, przyjmując święcenia kapłańskie, przyrzekając „mnie [biskupowi ordynariuszowi] i moim następcom cześć i posłuszeństwo” (przytaczam z pamięci). A to dla kapłana powinno być najistotniejsze. 
Napisał w oświadczeniu wydanym po opublikowaniu odwołującego go dekretu, że „Nie jest moim celem i nigdy nie było szkodzenie Kościołowi. Moim zdaniem pokora i posłuszeństwo nie mogą oznaczać zgody na niesprawiedliwość i krzywdę jakiej doświadczyłem od ludzi Kościoła. Kocham Kościół, jest On moim domem i nie pozwolę się z Niego wypchnąć”. Mam nadzieję i ufam, że tak właśnie jest – dla dobra ks. Wojciecha, Kościoła i wszystkich tych, którzy tę przykrą sytuację obserwują. Tak właśnie ta sprawa mogła się skończyć bez całej medialnej otoczki – wyraźnym stwierdzeniem w stylu „biskupie, nie zgadzam się ni cholerę – ale w duchu posłuszeństwa odpuszczam”. Chyba nie tylko w moich oczach ks. Lemański zyskał by o wiele więcej niż w obecnej sytuacji.