Ciułanie

maxresdefault

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”. Lecz On mu odpowiedział: „Człowieku, któż Mnie ustanowił nad wami sędzią albo rozjemcą?” Powiedział też do nich: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia”. I opowiedział im przypowieść: „Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał w sobie: „Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów”. I rzekł: „Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe moje zboże i dobra. I powiem sobie: Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!” Lecz Bóg rzekł do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś?” Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga”. (Łk 12, 13-21)

Problematyka, powiedziałbym, dla mnie dość życiowa – do Jezusa zwraca się człowiek z problemem stricte prawnym, dotyczącym kwestii z zakresu prawa spadkowego, dziedziczenia po ojcu. Można powiedzieć – po co, czemu do Niego? Przecież Jezus żadnym sędzią, zgodnie z prawem Narodu Wybranego, nie był. Pomimo tego, On go nie odtrąca i udziela odpowiedzi, stara się czegoś nauczyć, wytłumaczyć.

Nie wydaje mi się, aby ten człowiek atak naprawdę przyszedł i szukał rady – bardziej oczekiwał, że Jezus stanie po jego stronie, potwierdzi jego stanowisko w sporze z bratem. Formułuje pewne żądanie pod adresem Pana, jakby z wyrzutem wręcz, dość niezrozumiałym. Właściwie można dojść do wniosku, że Jezus mógł go po prostu zignorować, wychodząc z założenia, że są instytucje państwowe powołane do rozstrzygania tego rodzaju sporów natury prawnej.

Ta sytuacja pokazuje kilka kwestii. Dla Jezusa nie ma próśb lepszych i gorszych, bardziej lub mniej na miejscu, bo On wsłuchuje się w każdą do Niego kierowaną. Dalej, pomimo całej niezreczności sformułowania, problemu, On nie unosi się, ale stara zrozumieć pytającego. Wreszcie, Jezus – odpowiadając – zmusza niejako do przemyślenia, choć nie udziela odpowiedzi wprost, ale próbuje pytającemu odpowiedzieć w formie prostej do zrozumienia przypowieści.

Na marginesie – ta historia uczy, że żaden z nas nie jest przed Bogiem anonimowy, nawet gdy jesteśmy w jakiejś grupie, tłumie zbiorowisku. Wsłuchuje się w to wszystko, co ode mnie do Niego płynie – także w formie żali, pretensji, kto wie czy nie złożeczenia drugiemu człowiekowi. Pomimo tej niedoskonałości, ułomności, patrzenia jak zwykle na czubek własneo nosa (w najlepszym wypadku…), On kolejny raz próbuje mnie udoskonalić, nauczyć czegoś.

Sama z kolei przypowieść to odniesienie do słynnego Hiobowego „marność nad marnościami, wszystko marność” – z I czytania (Koh 1, 2; 2, 21-23). Przypomnienie o tym, że „jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze” (Kol 3, 1 – to z kolei początek II czytania). Przypomnienie bardzo potrzebne w naszych czasach, gdzie konsumpcjonizm dosłownie wylewa się zewsząd (i piszę to jako osoba świecka, żaden grzmiący sloganami z ambony kapłan). „Mieć” zamiast „być”, gromadzić za wszelką cenę, zbierać, pozyskiwać. Jasne, masz prawo korzystać z tego, co uczciwą pracą zarobiłeś, na co zapracowałeś – nikt tego nie kwestionuje. Pytanie brzmi – po co, co jest priorytetem, co staje się wartością samą w sobie w kontekście tego, że u kresu życia nic z tego, co tu zarobiłem, nie zabiorę ze sobą. Choćbym nie wiem, ile ze sobą zabrał – całość tego bagażu życia pozostawię u jego kresu po tej stronie.

Te słowa przypowieści to także przestroga przez bałwochwalstwem – zbyt pewnym siebie podejściem do własnych możliwości i osiągnięć. Tak jak bohater dzisiejszej historii – tyle mam, jest dobrze, kontroluję sytuację. Za bardzo uwierzył w siebie i dzieło swoich rąk, i stracił z oczu perspektywę Boga oraz przemijalności tego wszystkiego, co na tym świecie jest nam tylko podarowane, żebyśmy z tego mądrze korzystali i robili dobry użytek.

Nie ma nic złego w zabezpieczenianiu bytu – swojego, swoich najbliższych, rodziny, dzieci. To jest oczywiste, logiczne i jest obowiązkiem każdego, kto w takiej rodzinie funkcjonuje (mąż, żona, rodzice). Pytanie brzmi – jak się do tego zabieram, czy jestem w tym uczciwy, czy poza zabezpieczeniem potrzeb rodziny staram się widzieć także potrzebujących. Można mieć bardzo mało – a dzielić się z miłością, tak że marność nad marnościami ofiarowana z radością staje się wartością nieziemską (o. Paweł Kozacki OP), a jednocześnie gromadząc tylko dla siebie widzieć w tym tylko marność, trud.

Do jakiego to prowadzi wniosku? Liczy się mądre korzystanie z tego, co Bóg składa w nasze ręce – a nie posiadanie za wszelką cenę, oznaczenie i podkreślenie, że „to moje!”. Radosny dystans do spraw materialnych, który czyni mnie zdolnym do tego, aby teraz mieć, ale za chwilę oddać komuś, kto tego równie mocno (a może i bardziej niż ja) potrzebuje. Wierząc, że po to taka osoba została postawiona przez Boga na mojej drodze, abym ja mógł znaleźć w sercu radość z „podania dalej” tego, co od Niego już otrzymałem, czym ja się nacieszyłem.

Jako rodzic mogę powiedzieć, że pokusa posiadania nie ogranicza się jedynie do spraw materialnych, tzw. majątku – ale także do relacji z ludźmi, szczególnie z naszymi dziećmi. To nie jest tak, jak się czasami potocznie mówi, że my je „mamy”, posiadamy. Dzieci to największy dar – możliwości kochania i uczenia małych ludzi tego, co w życiu najważniejsze: wiary, wolności, wrażliwości, samodzielności, odróżniania i umiejętności nazwania dobra i zła, mądrości życiowej. Podobnie w relacjach z innymi ważnymi dla nas ludźmi.

I wreszcie, to wszystko odnieść można także do chęci posiadania (zbierania, gromadzenia) tego, co ma świadczyć o wierze, gdy potraktować dobre uczynki jako właśnie przedmiot kalkulacji, liczenia, zbierania. Analogicznie z wszelkimi pobożnymi praktykami: różańce, litanie, pierwsze piątki czy soboty, komunie wynagradzające. To jest bardzo ważne i bardzo dobrze, gdy takie praktyki są powodowane autentyczną wiarą i potrzebą serca – ale tu można tak samo zbłądzić, cytując ewangelistę i dodając właściwie jedno tylko słowo: „Masz wielkie dobra duchowe, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!”. Wtedy gorzkie słowa: „Głupcze!” odnoszą się również do takiego „zbieracza”.

Zastanów się, co i po co zbierasz, czego gromadzenie cię absorbuje, i jaki to ma sens. Czy mądrze zbierasz i dzielisz się tym, co ważne, piękne, a przy okazji innym potrzebne – czy po prostu ciułasz.

Dodaj komentarz