Bóg nie jest automatem do kawy

9999906383599

Dzisiaj o książce pod tytułem jak tytuł tego wpisu – czyli rozmowie Czeszki Markety Zahradnikovej z Polakiem ks. Zbigniewem Czendlikiem, który od blisko 30 lat posługuje duszpastersko w niewielkiej czeskiej miejscowości, a do tego jest postacią dość znaną w tamtych stronach także medialnie. 

Lektura niewątpliwie ciekawa – historia życia, ale także okoliczności, w jakich to życie się toczy, zarówno dorastanie (przecież nie tak dawno), jak i w klimacie Czech, kraju również zmieniającego się od lat 90.

Żeby nie było – nie wszystkie poglądy ks. Czendlika podzielam i nie do końca wydaje mi się, że właściwe jest ich upowszechnianie. Ja ograniczę się tylko do cytatów, którymi chciałbym się tu podzielić – o życiu, uczuciach, powołaniu, relacji do Boga, do drugiego człowieka, przywiązaniu do pieniędzy itp.

Sedno tej książeczki oddaje taka historia (wydawca umieścił ją na tylnej okładce):

Podobno w piekle gotują doskonałą zupę, ale łyżki są tak długie, że nikomu nie udaje się trafić nimi do ust. W niebie gotują tak samo dobrze i mają tak samo długie łyżki, tyle że ludzie w niebie wpadli na to, by się nawzajem karmić. Tylko tyle. Szczęście jest naprawdę proste.

– Właśnie powiedziałeś publicznie, że studiowanie Biblii to nuda!

– A dlaczego nie? Dla kogoś innego być może nie, dla mnie tak. Bo ja zupełnie inaczej podchodzę do Biblii. Czytam ją trochę jak list miłosny. Dlatego uważam wszelką jej wiwisekcję, rozkładanie na części pierwsze, za stratę czasu. Myślę, że takie zabiegi raczej jej szkodzą.

– Nie zgadzam się z tobą. Ja swoje listy miłosne analizuję co do przecinka

– Mnie też się zdarzyło przeczytać kilka. Ale chodzi mi bardziej o nastawienie, z jakim je czytasz. Nie zamierzasz podważać ich treści. Doszukiwać się paradoksów, kwestii spornych, błędów. List miłosny powinno się przyjąć takim, jaki jest, z radością i całym przekonaniem. Chcę przez to powiedzieć, że czytam Pismo Święte nie tylko rozumem, lecz przede wszystkim serce. Próbuję poczuć ducha tego tekstu. Nie chcę łapać za słówka, nie interesują mnie spekulacje, czy naprawdę było tak czy siak. Czasem wydaje mi się, że te złożone analizy, badania i interpretacje robią z naszego listu miłosdnego paszkwil.

*

(…) Podobnie bywa z głoszeniem kazań. Bywa, że ktoś się do tego po prostu nie nadaje. Trudno. Jeśli nie potrafisz mówić tak, żeby parafianie nie mogli oderwać od ciebie wzroku, a po mszy chwalili ci za wspaniałą homilię, po prostu się streszczaj. Wówczas będą cię chwalić za to, że nie przedłużasz. Tego się trzyma. Zawsze mówię, że temat należy wyczerpać, a nie odbiorców. Sam nie przepadam za długimi kazaniami, zwykle mnie nudzą. Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.

*

U nas [w Polsce] o wszystkim decydował priboszcz, tu [w Czechach] było inaczej. W Polsce on był głównym managerem, w Czechach życie parafialne spoczywało na barkach zwykłych ludzi. Parafianie byli motoroewm napędowym wszelkich działań. Na pewno wynika to także  zfaktu, że w komuniźmie było po prostu za mało księży. Kapłanów prześladowano, odsuwano, niektórym zakazywano psługi, dlatego musieli ludzie wziąć sprawy w sowje ręce. Często dzięki temu parafia mogła przetrwać, nawet bez proboszcza. Potrafili być dużo bardziej aktywni niż kapłani. Wszystkie czynności, któe u nas wykonywali za pensję pracownicy, tu robili za darmo wierni. Tutaj wierni nie dawali może wielki datków na Kościół, ale poświęcali mu swój czas i energię. Udzielali się także bardzo dużo podczas organizacji imprez parafialnych, obowóz, nabożeństw, itd. Proboszcz musiał tylko pobłogosławić dany pomysł, po czym zostawiał ludziom wolną rękę, a oni się angażowali. Polscy wierni byli bardziej pasywni. Zgodnie z zasadą: płącę  wymagam, oczekiwali, że zostaną obsłużeni. Zresztą tak jest do dziś, choć może nie do tego stopnia, co wtedy. Być może parafianie w mojej Ojczyźnie zasługują na większe zaufanie. Może zbyt rzadko dopuszczamy ich do spraw Kościoła, zostawiamy im za mało przestrzeni. Czeski Kościół jest wprawdzie dużo mniejszy, jśli chodzi o liczbę wiernych, i biedniejszy, jeśli chodzi o finanse, ale na pewno bogatszy pod względem aktywności jego członków. Wg mnie tak to właśnie powinno wyglądać. Takie funkcjonowanie bardziej przypomina obopólne relacje pierwszych chrześcijan. Ich społeczności także opierały się na wzajemnej pomocy. Podstawą Kościoła powinny być wspólnota i współpraca. W Polsce niezbyt dobrze do wyważyliśmi. Czasami sprawy idą tak dalego, że my, księża, nie zostawimy przestrzeni nawet samemu Panu Bogu. Stawiamy siebie w Jego miejsce.

*

Od rana do wieczora obijamy się na plebaniach i czekamy, aż ktoś się urodzi, zakocha, albo umrze. Jakby naszą jedyną robota było udzielanie chrztu, ślubu czy odprawienie pogrzebu. Jednak leniwy proboszcz wcale nie jest najgorszy. Najgorszy jest ten, który sam robi mało albo nic, a nie pozwala innym działać na własną rękę. Bywa, że spotykam się z takim zachowaniem. Jednak zwykle można zaobserwować inną zależność: im bierniejszy proboszcz, tym aktywniejsi parafianie, i na odwrót.

*

Często powtarzam sobie: przede wszystkim im nie przeszkadzaj! Daj robić swoje, nie blokuj. Staram się tym kierować. Uważam, że ludziom należy się wolność, zaufanie, możliwość podejmowania decyzji. Nie muszę się wszystkim sam zajmować. Bo niby dlaczego? Staram się być empatyczny i w razie potrzeby dostosowywać się do innych.

*

Trzeba przyznać, że najczęściej oceniamu i postrzegamy zbyt powierzchownie. Na szczęście jest też Pan Bóg, który zagląda prosto w nasze serca. Nie da się Go zwieźć nawet najlepszym makijażem czy modnym ubraniem. Jeśli więc chcemy dowiedzieć się na swój temat czegoś sensownego, mamy do dyspozycji 3 zwierciadła. Pierwsze – w którym przeglądamy się sami. Drugie – w którym odbija się opinia innych o nas. I trzecie – lustro, w którym widzi nas Bóg. Dopiero, gdy połączysz te wszystkie 3 odbicia, może powstać obiektywna prawda o nas.

*

Uważam, że osoby zbyt przywiązane do własnych poglądów wolą siebie samych od prawdy. Bo prawda to jest poszukiwanie. Dociekając jej, zawsze możesz znaleźć się w ślepej uliczce. Wtedy musisz zrobić krok w tył. Czasami wiele, wiele kroków. Właściwa droga nie polega na ciągłym parciu do przodu. 

*

Nie powinniśmy świecić koloratką – tylko przykładem.

*

W gospodzie odbywa się ważne spotkanie, już po ukrzyżowaniu Jezusa. Dwóch z Jego uczniów z Jerozolimy udaje się do wsi Emaus. Są smutni i rozczarowani, w drodze dołącza do nich pewien mężczyzna. Zaczynają ze sobą rozmawiać, opowiadają o tragicznych wydarzeniach ostatnich dni. Po dotarciu do Emaus ruszają do karczmy. Siadają przy stole, mężczyzna błogosławi chleb. Dopiero wtedy uczniowie rozpoznają w Nim Jezusa, który zmartwychwstał. I to właśnie w knajpie, nie w kościele, uczniowie odnajdują wiarę. A ja wierzę, że to się może przytrafić każdemu z nas. Że pewnego dnia wszyscy uniosą oczy i ujrzą Jezusa. Bo Jezus jest w każdym z nas, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Pozostaje pytanie, gdzie i kiedy Go zobaczymy? Wg mnie prawdopodobieństwo, że stanie się to w knajpie, jest bardzo wysokie.

*

Zwykle robimy wszystko, co w naszej mocy, by zdobyć wszelakie tytuły, przed nazwiskiem i po nim. Chcemy, by ludzie myśleli o nas to czy tamto. Lecz tak naprawdę powinno nam zależeć głównie na tym, by po naszej śmierci ktoś mógł powiedzieć: „był dobrym człowiekiem”.

*

Ostentacyjne jej [wiary] demonstrowanie, wg mnie, zupełnie mija się z celem. Nie przepadam za takimi występami. Nie jestem typem podskakującego na ambonie księdza, który unosi ręce i krzyczy: „Alleluja!”. Nie chcę, by zgromadzeni wokół mnie entuzjastycznie wołali: „Jezus jest wielki! Jezus mnie kocha!”. Szczerze mówiąc, wręcz tego nie znoszę. Moja wiara nie ma nic wspólnego z tego typu eksplozją emocji. Po prostu stale odczuwam obecność Boga. Mam Go w sercu. To tam Go szukam, tam odnajduję. Nie czuję potrzeby upubliczniania naszego dialogu ze wszystkimi szczegółami. Nie sądzę, by moim zadaniem było wciskanie komuś mojej wiary czy dr9ogi. Tym bardziej mojego wyobrażenia o Bogu.

*Nie jestem urodzonym miejsonarzem i nie najlepiej idzie mi promocja boskich interesów na tym padole. Chcę raczej towarzyszyć ludziom w drodze, a nie na siłę ich o czymś przekonywać. Nie chcę nic nikomu wciskać. (…) Sądzę, że zamiast przekonywać, powinienem raczej inspirować ludzi do zadawania pytań, wzbudzając w nich ciekawość.

*

Wierzę, że coś w tym jest. Pan Bóg w swojej łasce dał nam wolną rękę, każdy może wybrać własną drogę. Ja i tylko ja decyduję, jak się zachowam, i tylko ja za to odpowiadam. Dlatego uważam, że Sąd Boży będzie się składał raczej z procesów indywidalnych. Ten, kto zakłada, że Pan Bóg potraktuje wszystkich wg jednego schematu, bardzo się myli. To nie było by sprawiedliwe. Wręcz przeciwnie.

*

Kiedy dwoje ludzi bierze ślub, szuka na poparcie tej decyzji różnych rozsądnych uzasadnień. Jakby sama miłość nie była wystarczającym argumentem! A gdy chcą się rozwieźć, znów muszą za wszelką cenę dowodzić słuszności swej decyzji, bronić swojej racji. Potem wychodzi, że każdy facet żeni się z gwiazdeczką i kwiatuszkiem, a rozwodzi się z małpą i czarownicą. Łatwo podważyć własny wybór, po prostu go sobie obrzydzając.

*

Zgłębianie natury Boga to strata czasu. Nieważne, co o Nim sądzimy, ważne, co On sądzi o nas. A najważniejsze – to zrozumieć, czego od nas oczekuje. Ja na przykład robię wszystko, by Mu udowodnić, że dobrze we mnie zainwestował, chcę odwzajemnić Jego przyjaźć. Nie chodzi o to, by pojąć Boga. Gdyby ktokolwiek z nas Go pojął, oznacało by to, że On sam jest mniejszy niż nasz rozum. A wtedy przestał by być Bogiem. Musimy po prostu pogodzić się z faktem, że są na tym świecie rzeczy, których nigdy nie pojmiemy, a Pn Bóg jest jedna z nich. Ja nie mam z tym problemu.

*

Nigdy nie kochasz na tyle mocno, aby nazajutrz nie móc kochać jeszcze bardziej. Miłość jest bezkresna. Nasze poznanie ma swoje granice, kochać możemy nieskończenie. 

*

Boga nie trzeba nigdzie specjalnie szukać. Każdy ma Go w sobie. Po co tracić czas na poszukiwanie, śledztwa, wędrówki? On jest wśród nas. Towarzyszy ci w każdym wdechu i wydechu. Jest w tobie, obok ciebie, przed tobą, ponad tobą, a nawet pod tobą, gdy czujesz pewny grunt pod nogami. Jest wszędzie i jest wszystkim we wszystkim. 

*

Jeśli naprawdę chcemy Go chwalić i okazywać Mu wdzięczność, powinniśmy brać przykład z Jezusa, który w prosty sposób wskazał nam drogę. Zszedł na ziemię, by służyć ludziom. Karmił głodnych, uzdrawiał chorych, wskrzeszał zmarłych. Robił same dobre uczynki. My też powinniśmy czcić Boga w człowieku. Właśnie tego chciał uauczyć nas Jezus, po to przyszedł. Jasne, że dużo łatwiej spędzić godzinę w świątyni na mszy niż przy łóżku osoby ciężo chorej. Łatwiej jest przesiedzieć ten czas w kościele, niż zrobić zakupy staruszce. 

*

Wiara polega nie na czynieniu minimum zła, ale maksimum dobra.

*

Uważam, że zamiast spowiadać się z grzechów, powinniśmy raczej wyspowiadać się ze wszystkich dobrych rzeczy, których nie zrobiliśmy.  

*

Bapn Bóg dał nam ręce, nogi, głowę, serce, umiejętności. Ogromny majątek. Chce, żebyśmy razm e Nim czynili dobro. Mało tego, jesteśmy Mu potrzebni. Nie siedźmy więc z założymi rękami i nie czekajmy, aż zstąpi z nieba i udoskonali nasz świat.

*

Co jednak, jeśli jest zupełnie odwrotnie? Być może to nie słabi, niepełnosprawni, chodzy i ubodzy potrzebują nas – zdrowych, silnych i bogatych. Może to my potrzebujemy ich? Żeby móc pokazać ludzkie oblicze. Może to nie żadna kara Boża, lecz zwykła próba? Próba człowieczeństwa. Czy istnieje sytuacja, w której można lepiej udowodnić, że jest się człowiekiem? 

*

Wiesz dlaczego masz dwoje oczu? Żeby lepiej widzieć? I żeby od czasu do czasu przymknąć to drugie na czyjeś winy. 

*

Bóg przemawia do nas na różne sposoby, nie zawsze tak, jak się spodziewamy, jak to sobie wyobrażamy. Często chce nam coś przekazać przez wydarzenia, sytuacje. Tyle, że zwykle nie rozumiemy Jego mowy.

*

Podejrzewam, że modlitwy o pieniądze są stratą czaus, Pana Boga interesuje przede wszystkim, co zrobimy z tym, co już posiadamy. Jak rozdysponujemy to, co już nam powierzył. Musi sprawdzić, czy może nam zaufać. Masz jedynie 100 koron? Pokaż, co jesteś w stanie z nimi zrobić! Czy chociaż 10 koron z tej stówy trafi w ręce osoby potrzebującej? Na świecie jest cała masa ludzi, którzy nie mają nawet takiej kwoty. Uważam, że Bóg nie ma zbyt wielu powodów, by podarować nam choć o koronę więcej nad to, co już posiadamy. 

*

Jak bardzo oderwany od rzeczywistości i zwykłego człowieka stał się nasz Kościół, skoro cały świat jest zadziwiony normalnością i naturalnym zachowaniem papieża? Jego słowa wydają się rewolucyjne, a on po prostu przywraca prostotę. Powinniśmy zrobić rachunek sumienia. Dlaczego nie jesteśmy już naturalną częścią tego świata? Na co się stylizujemy? Jak do tego doszło, że ludzie traktują Kościół jak bandę dziwaków?

*

Nie mam najmniejszego problemu z tym, że na świecie jest tyle różnych religii. Przecież gdyby Panu Bogu zależało, żeby wszyscy byli chrześcijanami, to na pewno by to jakoś zorganizował. Być może po prostu wystaia nas na próbę, chce zobaczyć, czy potrafimy być tolerancyjni wobec osób o innych poglądach.

*

Sądzę, że to dobrze, że w Kościele katolickim chrzci się małe dzieci. Jeżeli wiara jest wg rodziców największym darem, to oczywiste, że chcą go przekazać dziecku.

 *

Dziś mało kto czyta książki, a co dopiero Biblię. Dlatego tak ważna jest nasza rola. Bo teraz to my, chrześcijanie, jesteśmy najważniejszym świadectwem Boga. To my jesteśmy słowem żywym, podobnie jak kiedyś Jezus. Ludzie ocenią wiarę tak, jak ocenią nas. Dlatego to tak ważne, by szerzyć miłość, empatię, cierpliwość, łaskę i wszystkie piękne cechy boskie.

*

Podobno w piekle gotują doskonałą zupę, ale łyżki są tak długie, że nikomu nie udaje się trafić nimi do ust. W niebie gotują tak samo dobrze i mają tak samo długie łyżki, tyle że ludzie w niebie wpadli na to, by się nawzajem karmić. Tylko tyle. Szczęście jest naprawdę proste. 

*

Mam się za Bożego adwokata i uważam, że nikt nie jest na tylw świety, żeby nie było w nim wcale zła, i nikt nie jest na tyle zły, żeby nie było w nim krzty świętości. Staram się postrzegać w ten sposób każdego człowieka.

*

Miłość własna, pod warunkiem, że nie jest nadmierna, to nic złego. Przeciwnie, powinniśmy być dla siebie łaskawi i wyrozumiali. Jeśli chcemy nauczyć się przebaczania innym, najpierw musimy nauczyć się przebaczać sobie. Jeśli chcemy mieć dobre relacje z innymi, najpierw musimy uporządkować to, co jest w nas. Trzeba mieć zdrowe podejście do siebie, akceptować takim, jakim się jest.

*

Każdy, kto poznał miłość Bożą, wie, że jest piękny i doskonały dokładnie taki, jaki jest. Jeśli Bó towarzyszy nam każdego dnia, nie wątpimy w miłość. Jeśli kocha nas ktoś tak wielki i nieskończony jak On, na pewno jesteśmy wystarczająco dobrzy dla całej reszty świata.

*

[Miłość] zawsze wiąże się z poświceniem. Wszyscy pragniemy miłości, lecz błędnie stawiamy sobie za cel samo jej zdobycie. Jej posiadanie. Na tym polega prolem wielu nieudanych związków. Chcemy być kochani, czasem jednak po drodze zapominamy, że miłość trzeba najpierw zasiać, by później ją zebrać. A miłość do drugiego człowieka zawsze oznacza utratę kawałka siebie. Nagle pojawia się ktoś, z kim trzeba się ciągle liczyć. 

Dodaj komentarz