Piękne pożegnanie

Pogrzeb Janka był piękną uroczystością, o ile pogrzeb może być piękny.
Piękny nowy i nie kiczowaty (co jest rzadkością) kościół, a tym piękniejszy, bo pełen ludzi, dla których Janek był ważny i chcieli go odprowadzić w ostatnią drogę. 
Bardzo zróżnicowana oprawa muzyczna – organista, solista wokalny, a i 2 pieśni na gitarze (w tym przepiękna i nieznana mi jedna, na uwielbienie). 
Tak, jak się spodziewałem, przyjechał ks. Darek – nasz katecheta ze szkoły. Chyba znał podłoże problemu, bo niewiele mówił. 
Ale powiedział piękną krótką homilię, w której nawiązał do tekstów czytań (Mdr 4, 7-15 i któraś wersja przypowieści o gospodarzu, który wraca niespodziewanie, ale zastawszy sługę gotowego, „przepasze się i będzie mu usługiwał” – Łk 12, 35-40?). Mówił, że w takiej sytuacji wydaje się, że najlepiej jest zamilknąć i rozważać w sercu, że słowa to za mało albo za dużo – ale z drugiej strony trzeba wyraźnie i mocno podkreślić, jaką należy wyciągnąć z odejścia – w tym wypadku Janka – naukę, szczególnie kierując te słowa do młodych. Nie ma śmierci zbyt wczesnej, nie ma śmierci zbyt późnej – każda jest dokładnie w sam raz, o czasie, o ile tylko człowiek jest na nią gotowy (to myśl ze zmarłego ks. Kazimierza Kloskowskiego, który też bardzo młodo odszedł, a miał wypowiedzieć ją nad grobem swojego brata). I w tym wszystkim taka nasza bezmyślna lekkomyślność, brak umiejętności wyciągania wniosków – stąd te gorzkie słowa „a ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność” – i te słowa trzeba umieć odnieść do nas, którym tak bardzo często się wydaje – także w sytuacji konfrontacji z czyimś odejściem – że ja mam czas, ja zdążę, przecież mam życie przed sobą… No właśnie – mam albo nie mam. Tylko że tego nie wiem i nie dowiem się nijak (stąd Jezus mówi o „chwili, której się nie domyślacie”). Mam tylko jedną szansę, aby być gotowym. Jezus ciągle przychodzi, stuka i kołacze – a nadejdzie moment, kiedy będzie to zaproszenie nie do odrzucenia, na takie podsumowanie życia, które w tym momencie dobiegnie końca. 
I ja bardzo wierzę – bez względu na to, co doprowadziło Janka do śmierci – że nawet w swojej rozpaczy wierzył i wiedział, że Jezus był koło niego… choćby po to, aby go przeprowadzić dalej, na drugą stronę. Może niekoniecznie jako wzór człowieka wiary, „dobrego katolika” – Janek poprzedził nas w drodze tam, dokąd wszyscy zmierzamy i mniej lub bardziej świadomie pragniemy dotrzeć. On już nie ma wątpliwości – Bóg przytulił go do swego serca.
Adieu, Jasiu – do zobaczenia z Bogiem i w Bogu. Pilnuj nas z góry. 
Palec Boży? Tak, tym razem również. W poprzednim tekście wkleiłem linka do „Zdumienia” z oratorium Rubika. Które później usłyszeli wszyscy na zakończenie liturgii pogrzebowej, w bardzo pięknej aranżacji. To wszystko miało sens. Ma sens…

Boży uciekinier

W dość ciężkim okresie nauki do poprzedniego kolokwium sięgnąłem po książkę, którą kupiłem już kilka lat temu, a jednak jakoś jej nie czytałem – „Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie” Jana Grzegorczyka. Książka jakby składająca się z 2 części: najpierw „Każda dusza to inny świat” czyli świetnie napisana opowieść o św. Faustynie Kowalskiej i bł. Michale Sopoćce. I wreszcie „Dziurawy kajak” czyli kontynuacja zgłębiania tematu do części pierwszej książki przez autora, jego poszukiwania „miłosierdziowe” i rozmowy z ludźmi w pewien sposób z dziełem Miłosierdzia Bożego powiązanych, ale też historie o tym, jak Jezus Miłosierny działa i zaskakuje – dzisiaj, ale także przez szereg lat, po kolei realizując to, co obiecał w latach 30. XX wieku Faustynie. Bardzo ciekawie jest też opisany sam kult Miłosierdzia – trudny, torpedowany na początkowo przez hierarchów Kościoła, wręcz przez szereg lat zakazany, a także historia obrazu, a raczej obrazów (bo są 2) Jezusa Miłosiernego i związanych z nimi nieporozumień.
Kto już cokolwiek Grzegorczyka czytał – tego zachęcać nie trzeba. Kto nie czytał – warto tę książkę przeczytać, choćby dlatego, że może przekonać do zgłębienia Dzienniczka s. Faustyny Kowalskiej, lektury na pewno trudniejszej. Wreszcie, bo jest to książka napisana nie w jakiś górnolotny sposób, epatująca pustymi frazesami – ale konkretnymi doświadczeniami, tak autora jak i innych osób, działania Jezusa miłosiernego.
Kilka co lepszych cytatów (choć świetnych myśli jest tam o wiele więcej), z drugiej części książki:
Pan Jezus w Kazaniu na Górze beatyfikował całe rzesze ludzkie. Beatyfikował człowieka dla jednej cechy, którą nosi. Błogosławiony miłosierny, cierpiący dla sprawiedliwości, prześladowany, cichy. Pan Jezus nie powiedział: błogosławiony nieskazitelny. Dzięki Jego słowom widzimy świętość człowieka niezależnie od żmudnych procesów beatyfikacyjnych. 

Potrzebujemy świadectw o ludziach, którzy żyją pośród nas i dają wiarę w świętość życia. Jakże wielu :ubogich ewangelicznych” nie doczeka się promotorów beatyfikacji. Nie zostaną błogosławionymi, bo ich życie nie jest „nieskazitelne”. Ale poprzez te „szczeliny dobra” w nich prześwituje niebo – spogląda Pan Bóg. Błogosławione witraże. 

Mesjaszowi własna rana nie przeszkadza opatrywać ran bliźnich. Zajmuje się nią tak, aby nie przegapić chwili. Wznieść się ponad swoje rany i opatrzyć rany bliźniego, choćby był katem i oprawcą. Czy na tym polega wszechmoc? Miłosierdzie Boga?

Uwierzyć w miłosierną naturę człowieka jest tak samo trudno jak w to, że człowiek jest stworzony na obraz Boga. W jaki sposób morderca, oszust, bezlitosny wyzyskiwacz ma być obrazem Boga? Na początku pontyfikatu Jan Paweł II powiedział: „Nie może człowiek zrozumieć siebie bez Chrystusa”. Nie może dostrzec i zrozumieć swej miłosiernej natury, nie wpatrzywszy się w Jezusa – Zranionego Uzdrowiciela. Ilu ludzi przechodzi przez życie, nie ujrzawszy w sobie tego miejsca, w którym czeka na nich miłosierny Bóg? Świat dzieli się na tych, którzy pragną do tego miejsca w sobie dotrzeć, i takich, którzy od niego uciekają. Jezus powiada, że ściga swoim miłosierdziem wszystkich ludzi. Bóg szuka wszystkich i nikogo nie skreśla. Bogu zależy na „uciekinierach”. Chrystus chce mieszkać w każdym człowieku, także w tym, który zdaje się od Niego odwracać. W Bożym uciekinierze. 

Bóg jest zazdrosny o każdego, którego stworzył. To jest taniec Bożej miłości. 

Nie potrafię [się buntować]. Mam taką wrodzoną cechę, że raczej się dziwię niż buntuję. Zdziwienie – to jest moja droga do wiary. Jeśli ktoś umiera, to ja nie przestaję od razu wierzyć w Boga, tylko najwyżej mogę tego nie zrozumieć. Zdumienie, zdziwienie. Świat naprawdę jest bardzo dziwny, ale we wszystkim jest sens, który nie zawsze widzimy. Człowieka spotka coś okropnego, a po latach widzi, że to było mądre. Dziewczyna mówiła mi, że się otruje, bo ją rzucił chłopak, a za rok powiada: „Dzięki Bogu, że odszedł…”. Zaufanie… Wiara to jest zaufanie. Wiara nie polega na tym, że ja powiem, że Bóg jest. Dla człowieka wierzącego nie ma nieszczęść, są tylko cierpienia, doświadczenia. Cierpienie jest dziwne, ale Pan Bóg jest tak mądry, że kiedyś to wyjaśni. Bóg nie powiedział wszystkiego. Bóg, jak wielki artysta, nie dopowiada wszystkiego do końca. Ciekawe, że Pan Jezus niczego do końca nie tłumaczył. (śp. ks. Jan Twardowski)
>>>
I jeszcze ten tydzień temu – kiedy skończyłem czytać tę książkę – zastanawiałem się, czemu akurat wtedy, w tym czasie po nią sięgnąłem. Dzisiaj już wiem. 
W czwartek dowiedziałem się, że w środę samobójstwo popełnił kolega z klasy z liceum. 
Nigdy nie byliśmy blisko, nie widziałem człowieka od końca szkoły, czyli ok. 10 lat. Był mocno specyficzny. Widać było, że z majętnej rodziny (ubrania, gadżety), zresztą i niegłupi był, kiedy (rzadko) się do czegoś przyłożył i np. sensownie odpowiadał na jakiejś lekcji. Niestety, najczęściej robił z siebie przygłupa, takiego błazna klasowego – na dodatek nie bardzo widząc pewne granice czy umiar, co nie raz mu wyszło przysłowiowym bokiem. Nie zapomnę, jak kiedyś łaził po szkole z różańcem na szyi. No głupota, bo co innego? Paradoksalnie – nosił imię i nazwisko identyczne z tymi danymi osobowymi bardzo znanego świętego, zresztą patrona młodzieży. Psychologiem nie jestem, ale mam wrażenie, że brało się to z przemożnej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi pozostałych – od rodziców chyba poczynając, żeby zyskać i przyciągnąć te uwagę, aby nie być samym, żeby poczuć się potrzebnym. A z drugiej strony, kiedy kilka razy rozmawialiśmy, chyba mocno szukał – może bardzo po omacku? – bo można było gdzieś tam pod warstwą tego wszystkiego, tych wygłupów, odczuć, że nie umie tego nazwać, ale brakuje mu czegoś, że robi dobrą minę do złej gry. 
Nie mam pojęcia, co się stało. Zszokowani są też ludzie, którzy byli z nim blisko – czemu w tych dniach dają wyraz na pewnym popularnym portalu społecznościowym. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wielka rozpacz i pustka musiała popchnąć człowieka do targnięcia się na swoje życie. Podobno jakiś czas temu odnalazł w życiu Boga… Dlaczego więc tak się stało?  Nie wiem. Strasznie współczuję jego rodzicom – bez względu na to, jakie były ich relacje, czy dobrze wywiązali się ze swojej roli czy nie – większego dramatu niż konieczności chowania własnego dziecka nie potrafię sobie wyobrazić. 
To wszystko pozostanie tajemnicą i gdybanie nie ma sensu, strata czasu. Jest w tym sens, dla nas zakryty. Pozostaje niezmierzone Boże Miłosierdzie i prawda o tym, że to właśnie Janek przekonał się już na własnej skórze, jak wielkie ono jest – bo on jest już tam, po drugiej stronie, z tym Jezusem, który nie dopowiadał swoich myśli, ale każdego pragnął przytulić do swojego serca (co światu przypomniał duet Kowalska & Sopoćko). Nie mam żadnych wątpliwości, że on znalazł ukojenie w tym, który jest odpowiedzią na wszystko. Na pewno nie był nieskazitelny, ale wierzę że w choćby w ostatniej chwili życia, także w tak wielkiej rozpaczy, potrafił zaufać Temu, którego właśnie w tym momencie odnalazł naprawdę – i który na pewno po drugiej stronie się od Janka nie odwrócił. 
Jezus na pewno doścignął i tego Bożego uciekiniera. 
Dlatego bardzo proszę wszystkich, którzy to czytają, o modlitwę za Janka – o spokój jego duszy i za wszystkich, którzy przez jego odejście są pogrążeni w żałobie. 
Tak mi się to z powyższym zdumieniem ks. Jana Twardowskiego skojarzyło… 

Co też powiedzieć chcesz strumieniu
Kiedy spragnieni wodę piją
Kiedy z nazwiska i imienia
Mijają tak jak świat przemija 

Jak łza spod rzęs
Wypłakana skrycie
Tak śmierć ma sens
I ma sens życie 

Równia pochyła do dziury

Jezus opowiedział uczniom przypowieść: Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj? Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Jak możesz mówić swemu bratu: Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku, gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata. (Łk 6,39-42)

Z tym mamy problem bardzo często. Im dłużej obserwuję wszystko dookoła – owszem, niespełna 30 lat, ale jednak już trochę czasu powiedzmy świadomie – tym bardziej jestem przekonany, że większość krzykliwych, wrzaskliwych, rozpoznawalnych i robiących wszystko aby być zauważeniu quasi-autorytetów idealnie wpasowuje się w obrazek z tej przypowieści piątkowej. Żeby zauważyli, opisali, zadali dużo pytań, które to wypowiedzi zacytują media (co z tego, że na temat, którego pytający nie zna…), żeby być znanym.  
Pierwszy to jest problem z kryzysem nauczycieli i autorytetów – co widzi chyba każdy gołym okiem. Tzn. jest ich niby na pęczki – ale co reprezentują? na co się powołują? co sobą prezentują? co oferują tak naprawdę, poza pewnymi kuszącymi bajerami w postaci zazwyczaj spraw zupełnie doczesnych, przeliczalnych na pieniądze, bez odniesienia do wartości wyższych, nieprzemijających, a czasami wprost wskazując, że te ostatnie nie mają w ogóle sensu, bo liczy się tylko „tu i teraz”. Co drugi mądry uważa się za nauczyciela, za osobę, która swoim doświadczeniem, mądrością i radą może służyć naprawdę w dobrym celu innej osobie – a tak naprawdę po prostu robi podatnym na to wodę z mózgu, przekonując najpierw, że sam pozjadał wszystkie rozumy, a potem ucząc podobnego podejścia do życia te łatwowierne osoby. 
Druga kwestia to właśnie nasze chore oczy. Obawiam się, że im głośniej ktoś wykrzykuje, piętnuje, wymachuje rękami i złorzeczy, tym mniej tak naprawdę widzi, tym bardziej zawalone drzewem, tymi przysłowiowymi belkami, ma oczy. Sam chodzi po omacku, a jednak uważa się za eksperta i autorytet do wytykania błędów i typowania do kamienowania innych, „tych gorszych”. A jak bardzo często okazuje się, że ten „najgorszy” ma – oczywiście, jak każdy z nas – jakiś problem, grzech, słabość, ale w oczach Boga jednak o wiele mniejszą od tego „jedynego sprawiedliwego”. Czyli facet z belką w oczach moralizuje nad kimś, kto ma problem z niewielką drzazgą. Czy w takim działaniu jest cokolwiek z zasadności, czy takie gadanie w ogóle jest czegokolwiek warte? 
Odnoszę wrażenie, że najwięcej prawa do oceny i sądzenia mają ludzie naprawdę pokorni, mądrzy, doświadczenia i mający w sobie miłosierdzia. Ale takich zazwyczaj albo nikt o zdanie nie pyta, albo pyta i nie słucha odpowiedzi; a najczęściej mają w sobie tyle pokory, że mało komu dają się wciągać w tego rodzaju dywagacje i osądy. 
Nic dziwnego, dokąd najczęściej dochodzą – może nie dzisiaj, jutro, ale za rok, dekadę – ci, którzy słuchają takich właśnie quasi-autorytetów i mądrych, a także takie właśnie autorytety. Kończy się dokładnie tak, jak to opisał na początku Jezus: i jeden, i drugi niewidomy pakują się nawzajem do dołu, upadają. 
>>>
Trochę czasu nie pisałem, bo w środę miałem najtrudniejsze chyba w tym roku kolokwium. Trochę odpuściłem naukę – niespełna tydzień – ale przysiadłem, poszedłem, pełen obaw oddałem pracę i… w czwartek dowiedziałem się, że dostałem 4 🙂 
Poniedziałek i wtorek siedziałem w domu, uczyłem się i w przerwach modliłem. Po raz pierwszy od nie wiem jak długiego czasu pomodliłem się Koronką do Miłosierdzia Bożego (równocześnie w niewielu wolnych chwilach czytam „Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie” Jana Grzegorczyka – o trudnej i krótkiej historii ss. faustynek). Poza tym mocno czułem, że Mama wspierała z góry.

Nowa życia zwrotka

Wczoraj i dzisiaj takie dziwne dni.

Wczoraj – bliscy znajomi, chrzestni małego, napisali, że on (dobry kolega od podstawówki) dostał jednak pracę w Wielkiej Brytanii, w związku z czym wyjeżdża w ciągu kilku tygodni, a ona i ich roczna córeczka dolecą do niego tam za jakiś miesiąc-dwa. W Polsce, owszem, źle nie zarabiał, ale umowy śmieciowe, od zlecenia do zlecenia. Ona bez pracy, po fajnych studiach… poszła do technikum, żeby mieć papier technika aptekarza i znaleźć pracę, w międzyczasie mała się urodziła. Dopóki byli sami – było fajnie, wystarczyło, dość luźno. Teraz? Też fajnie, ale z maleństwem na świecie trzeba myśleć dalej, szerzej, próbować pewne sprawy dla dobra i podstawowych potrzeb rodziny zapewnić i zabezpieczyć. Szukał tutaj – nic. Poszukał tam i go wzięli. Oczywiście, cieszymy się, bo to dla niego okazja, poza tym nie rozsypią się bo pojadą tam razem, no i zamierzają wracać. Przekornie można zapytać – mają do czego? Pewnie – rodzice obydwojga, rodzeństwo, rodzinne strony. Oby się tak stało, oby za jakiś czas, może z 5 lat, wrócili. Dla nas trudno, bo to bliscy ludzie… 
Dzisiaj – koleżanka żony stwierdziła, że zostawia pracę. Ma luksus i może to zrobić z dnia na dzień praktycznie, umowa na zastępstwo. Jedna z 2 myślących i sensownych osób w tej jednostce organizacyjnej – piszę obiektywnie, znam realia nie tylko z opowieści żony, ale też z autopsji – i co? Nikt palcem nie kiwnął: może by się pani zastanowiła, może porozmawiamy, jaka podwyżka by panią satysfakcjonowała? Żeby chociaż spróbować i choćby w takiej sytuacji pokazać człowiekowi, że zależy pracodawcy na nim, że w tak podbramkowej sytuacji umie go (ok, na siłę nieco) docenić. Gdzie tam, nic. Olali to, wszyscy. Jedno dobre – dziewczyna podjęła sensowną decyzję, będzie robiła coś innego, co lubi robić i za większe (ok, nadal małe) pieniądze, i ma namacalny dowód, że nie ma się na co oglądać. A żona ma nadzieję – ja też, strasznie fajna osoba – że kontakt i znajomość się uda utrzymać.
Dziwnie to tak. Dla mnie zawsze zmiana pracy była czymś, czego się podświadomie bałem – choć życie pokazało, że w danym momencie to właśnie konkretne posunięcie było dobre i trafne (co nie znaczy, że w każdej było do końca świetnie i kolorowo – na przykładzie poprzedniej – gdyby tak było, nadal bym tam był). Za każdym razem dużo się zastanawiałem, starałem się ważyć plusy dodatnie i plusy ujemne, rozmawiałem z (obecnie już) żoną, martwiłem się o rodzinę, o kredyt i tego typu przyziemne sprawy. Ale też zawsze starałem się to powierzyć Bogu – zawierzyć Jemu i poprosić, żeby w tej decyzji prowadził w dobrą stronę, co nie znaczy: najłatwiejszą drogą. Nigdy nie było perspektyw kokosów i majątku, i też nigdy mi specjalnie na takim nie zależało (przyznaję, miło by było mieć wygodne duże mieszkanie i samochód, nic więcej) – chodziło o to, aby się nie zabrakło na te podstawowe potrzeby. Ale zawsze, mniej lub bardziej z tyłu głowy, towarzyszyło mi takie mocne przeświadczenie, może by to nazwać wiarą: bez Ciebie, Boże, to nic z tego nie będzie.
I dzisiaj za nich proszę – żeby, dokądkolwiek ich nogi zaprowadzę i życie powiedzie, żeby zawsze mieli świadomość, że Ty tam zawsze przy nich byłeś, jesteś i będziesz. 
Ten wierszyk wklejam do znudzenia, ale i tutaj pasuje jak ulał:

Człowiek się z człowiekiem spotkał,
Bóg sam drogę wskazał. 

Oto nowa życia zwrotka,
Człowiek się z człowiekiem spotkał. 

Można śmiało dalej kroczyć
Serce niosąc światu w darze – 

Człowiek się z człowiekiem spotka –
Bóg sam drogę wskaże. 

(o. Leon Knabit OSB)

Wyważona pokora

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. I opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie pierwsze miejsca wybierali. Tak mówił do nich: Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: Ustąp temu miejsca; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: Przyjacielu, przesiądź się wyżej; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych. (Łk 14,1.7-14)

To jest problem nas wszystkich – mniej lub bardziej bogatych, wykształconych, ludzi sukcesu czy też nie. Każdy z nas obraca się w jakimś tam towarzystwie, gronie innych osób, przebywa z nimi, spotyka się przy takich czy innych okazjach. Ja tu widzę problemy dwa – pycha, czyli brak pokory, i fałszywa pokora. No i może jeszcze autouniżanie się. 
Tak naprawdę Jezus posługuje się obrazkiem po prostu żydowskiej imprezki – zatem niekoniecznie tu w ogóle o jakieś relacje zawodowe, profesjonalne chodzi. Zresztą, to bez znaczenia. Chodzi o każdą płaszczyznę, każde zachowanie, każdą sytuację. Lubimy być zauważani, w to nam graj – ktoś coś miłego powie, zachwyci się, wyrazi uszanowanie, złoży gratulacje, da do zrozumienia jakąś formę podziwu, bez względu na to, czy chodzi o kwestię naprawdę istotną, czy błahą. Łaskocze to nasze ego. Tak mi mówią, tak kadzą – więc rosnę sam we własnych oczach, choćby o byle co chodziło, staję się sam przed sobą co najmniej supermanem. A raczej superpyszałkiem. Tracę dystans do siebie, rzeczywistość zawirowuje i po prostu nie ogarniam, co jest, a czego nie ma. Odlatuję w zachwycie nad samym sobą. 
Jaki jest sens tych słów? Nie wydaje mi się, żeby Panu chodziło faktycznie o to, żeby zawsze siadać na ostatnim miejscu – w ich czasach był to synonim pozycji, każdy znał swoje miejsce w szeregu (dzisiaj jest z tym spory problem). Literalnie, wszyscy porządni bili by się wtedy o ten sam, ostatni właśnie, stołek – a nie w tym rzecz, ale chodzi o realistyczne podejście do siebie i umiejętność oceny, gdzie jest moje miejsce. Raz bliżej końca, raz w lepszym miejscu – ale tak na chłodno, w prawdzie przed sobą. Czy to na imprezie, czy przy rozmowie (kiedy każdy z nas jest specjalistą pewnie od wszystkiego: od piłki nożnej, finansów do, a jakże, polityki). Taka zdrowa pokora i dystans do samego siebie. Autentyczność, którą dobry Bóg bardzo ceni i nagradza – idź, przesiądź się wyżej. Nie dla samego zaszczytu wobec współbiesiadników, jak zapisał to ewangelista – bo to materia znowu dla pyszałków, ale dla ukazania, co jest właściwe. Pokora, która pozwala na bezinteresowność, pomoc konkretną i otwarte serce dla tych, którzy potrzebują: nie żeby mieć haka, przysługę do oddania czy zobowiązanie – ale po prostu dlatego, że dana osoba po ludzku w żaden sposób się nie odwdzięczy, nie zrewanżuje. 
Odzywa się we mnie dusza antyklerykała – cóż zrobić – więc pozwolę sobie na wtręt: ciągle jest dużo księży wśród nas, którzy najwyraźniej akurat nie zwrócili uwagi (co jest dość trudne, bo wielokrotnie już powtarzane) na słowa papieża Franciszka o potrzebie pokory i ducha służby szczególnie właśnie u duchownych. Takich, którzy – pomijając już fiolety, w których wyglądają dość kuriozalnie – uwielbiają wszelkiej maści rauty, msze, nabożeństwa, byle więcej ludzi było, byle zaistnieć, usłyszeć ochy i achy po mniej lub bardziej patetycznym kazaniu (tak, bo rzadko to homilia), prześcigających się w nowych samochodach, których sposób bycia i strój nie pozostawia wątpliwości, że daleko im do odkrycia prawdy o szczęściu z bycia prawdziwie ubogim. Szkoda. Bo jak tu człowiek świecki ma wierzyć w coś, co mówi duchowny, który sam się do tego w sposób oczywisty nie stosuje? 
Trzeba to jednak odróżnić od pokory fałszywej. Tu dla nas jest problem – jednak ci, którzy takiego fałszu się dopuszczają, zapominają o jednym: Ten, który każdego z nas osądzi, będzie widział wszystko na dłoni. Tak sobie myślę – czy czasami bycie po prostu pyszałkiem, który jakoś tam jest świadomy tej słabości, nie jest lepsze od takiego, który maskuje swoją pyszałkowatość pod płaszczykiem fałszywej skromności i pokory? Może i słaby, ale chociaż szczery. Trzeba też pamiętać, że nie o jakieś autouniżanie się chodzi – użalanie nad sobą, pokazowe załamywanie rąk, działanie również (tylko nie z pychą) pod publiczkę. W innym miejscu Jezus wprost taką postawę faryzeuszy – teatrzyki – napiętnuje. 
Im częściej o tym myślę, tym częściej takim autentycznie pokornym tej ich pokory po prostu zazdroszczę. 

Zmruż oczy

Niesamowite to było. Czy w tym jest palec Boży? A może Mama o sobie przypomina tam, z góry, we właściwy sobie oryginalny sposób?
Siedzę dość już zmęczony w pracy, piszę, a tu nagle wpada mail od jednej z koleżanek Mamy. Pani bardzo emocjonalnie napisała, że znalazła maila od Mamy, którego dostała jakieś 2 lata temu po śmierci jej taty. I Mama, i jej koleżanka jedna były na pogrzebie. I pani ta stwierdziła, że o ile czas nie leczy ran, a oswaja – to chciała, żebyśmy to przeczytali. Mama napisała do niej tak (pisownia oryginalna):

(…) Mam nadzieję, że ból życia jest do zniesienia.
Serdecznie dziękuję za to wzruszające spotkanie. Mam nadzieję, że jeżeli nie pomogło Ci za bardzo, to i nie dobiło.
Zobacz jak to sie plecie. Poprzednie takie było jak X chowała mamę.
Od naszego spotkanie chodzi a mną motyw przewodni „Zmruż oczy” , przesyłam, może będzie lżej.
ściskam całe osierocone stadko

Film „Zmruż oczy” z genialną rolą Zamachowskiego widziałem kilka razy, w tym raz u dominikanów w Mikołaju w ramach, zaniechanego już, kina pod gwiazdami. Niby dziwny, niby monotonny, a jednak jak bardzo prawdziwy. Polecam, kto nie widział, a sam sobie go pewnie odświeżę.

Ad rem. Tekst, który Mama tej koleżance wtedy przesłała, a który sam chyba gdzieś już sobie wynotowywałem:

Jest czas by mieć. Jest czas by tracić.
Jest czas by szukać. Jest czas zobaczyć.
Mieć w górze niebo, w sobie spokój.
Pod sobą krzesło, świat gdzieś z boku.
 Jest czas na słowa. Jest czas milczenia.
Jest czas być w słońcu. Jest czas być w cieniu.
Mieć ręce pod głową, zmrużone oczy, patrzeć jak życie się toczy.
 Jest czas by pytać. Jest czas by wiedzieć.
Jest czas by śnić. Jest czas dla ciebie.
Jest czas by widzieć, między chwilami, to czego nie ma – a
jest. 

Ta końcówka trochę ks. Twardowskiego przypomina, prawda? Pamiętam, że główny bohater w filmie mówił mniej więcej: „Zmruż oczy, tak widać lepiej”. Że mało tam było akcji, a sporo patrzenia w przestrzeń, obserwowania pustego podwórza, zapatrzenia, zamyślenia… Zamiast lecieć bez sensu – przystanąć, zamarudzić nad byle czym, zatrzymać się i zmrużyć te oczy.

I umieć je zmrużyć tak samo właśnie, kiedy serce najbardziej boli, gdy odchodzi lub odszedł już ktoś najbliższy, kogo kochamy, bez którego świat wydaje się walić i niszczeć. To po prostu taki czas, jak inny – tylko bardziej bolesny dla tych, co zostają i żyją dalej, w przeciwieństwie do tych, których czas nadszedł. My tutaj ciągle tracimy i szukamy – oni już mają i widzą, zobaczyli. My nad sobą mamy niebo – oni już w sobie spokój, bo połączyli się ze źródłem pokoju. Nam świat ciągle przesłania wszystko – oni już mają odpowiedni dystans, bo są poza nim. Wspominamy słowa i milczymy, wspólne chwile na słońcu ukrywając rozpacz w cieniu serca. I tak nagle, wyjątkowo, jakby wyjęci z czasu montujemy piękną retrospekcję z życia tego, kogo właśnie tak bardzo i nagle zabrakło. My tutaj ciągle pytamy – oni już wiedzą. A co najpiękniejsze – z tym wszystkim czekają tam na nas. 

Wielkie drzwi z kolumnami

Jezus nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie, otwórz nam! lecz On wam odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz On rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy opuszczający się niesprawiedliwości! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi. (Łk 13,22-30)

To zdecydowanie nie w naszym stylu. W ostatnich dniach miałem okazję zwiedzić kawałek Polski, mniejsza o szczegóły. W tym czasie przejechałem kawałek spory tzw. Polski B – czasami bida, aż przykro, ale jedno się powtarza: jak tylko jakiś porządniejszy dom stoi, to marmury (albo atrapy) i koniecznie kolumny z wielkimi drzwiami. Na bogato i z przytupem. A ten cały Jezus nam tu dzisiaj o czymś zupełnie innym mówi. 
Lubimy się rozpychać, przepychać, być pierwszymi, zauważonymi, znanymi i rozpoznawalnymi. I w tym wszystkim chyba dość rzadko ktokolwiek sobie zadaje pytanie: czy mi się to należy? czy nie ma kogoś bardziej zasługującego na pierwszeństwo? czy to nie jest niegrzeczne, nie wypada się tak wpychać? czy zdobywanie uwagi ludzi i mediów (a najczęściej ludzi przez, za pośrednictwem mediów) ma służyć tak naprawdę czemukolwiek poza zaspokojeniem swojej własnej pychy i rozdmuchanego do granic ego? Przykre bardzo jest to, że tak właśnie dzisiaj na świecie otwiera się wiele drzwi – im bardziej na pokaz, sztucznie i pod publiczkę, tym większa szansa, żeby się na coś fajnego załapać: kasę, sławę, kasę + sławę, albo choćby chwilową łaskawość i zainteresowanie kamer. Okazję do zaistnienia, choć tak naprawdę jako jeden z tłumu „znanych z tego, że są znani”, o których nic więcej powiedzieć nie można i którzy tak naprawdę nic nie mają do zaoferowania poza przesadzonym mniemaniem o sobie. 
Taki cel łatwo osiągnąć – co widać dzisiaj wszędzie, na każdym kroku: gazety, telewizja, radio, tytuły prasowe, internet. Rośnie grupa ludzi, którzy skupiają się na byle jakim zaistnieniu tu i teraz, porzucając i tracąc z oczu (o ile kiedykolwiek przed nimi je mieli) to, do czego dążyć i zabiegać o co należy przede wszystkim. Te najważniejsze, choć może nie najbardziej reprezentatywne drzwi. To najpiękniejsze i najbardziej bezinteresowne zaproszenie ze wszystkich, bo od Boga pochodzące. Nie wystarczy bowiem nosić nawet najbardziej złoty i na najgrubszym złotym łańcuchu krzyżyk, chodzić i odstać niedzielną czy świąteczną Mszę Świętą, nie zabić i nie kraść (albo przynajmniej nie w sposób rzucający się w oczy), żeby zmieścić się w te wąskie drzwi, o których mówi Jezus. To, że nie jestem w sposób oczywisty zły, nie czyni mnie od razu dobrym. Można odmieniać imię Boże przez przypadki x razy dziennie, a usłyszeć od Niego w dniu sądu: nie znam cię, nie wiem, skąd jesteś. 
W tym tekście mowa jest o wąskich drzwiach – obrazek dość prosty – a gdzie indziej ewangelista zapisuje podobne słowa z posłużeniem się obrazem ucha igielnego, czegoś nierealnego. Przesłanie jest jednak oczywiste – wysiłek, nie pójście na łatwiznę, nie to co fajne i najbardziej oczywiste czy wygodne, ale to, co wymaga pracy, wyrzeczenia, wysiłku i zaangażowania. Te właśnie prowadzą do wąskich, ale tych lepszych, bo oferujących o wiele więcej za sobą drzwi. Dobrze jest też zwrócić uwagę na to, jak sformułowano pytanie, w odpowiedzi na które te słowa wypowiedział Jezus: czy tylko nieliczni będą zbawieni? A On – wielu będzie chciało, ale nie będą mogli. Ja tu jednak widzę nadzieję – bo według mnie jest w tych słowach mowa o czyśćcu, nie o potępieniu. Nie będą mogli, zamknięte drzwi, obserwowanie zbawionych, pierwsi jako ostatni – to przecież słowa o tych, którzy Niebo będą mieli przed sobą, choć jeszcze nie w tym momencie, ale w dalszej perspektywie. Nie odrzuceni, ale muszący jeszcze swoje przejść, poddać się czyśćcowi. Zatem – jeśli chcieć szukać odpowiedzi wprost – zbawienie to perspektywa dla każdego, pytanie tylko w jakim czasie: czy wystarczy nam życia tutaj na ziemi, czy też potrzebny będzie jeszcze czas później. Ale Jego Miłosierdzie i tak jest większe od nas. 

Posklejane

Znowu jakby prasówka nieco. Co zrobić, jak tak ciekawie piszą.

Najpierw fragment rozmowy Katarzyny Kubisiowskiej z ks. Janem Kaczkowskim, twórcą puckiego hospicjum, człowiekiem paradoksalnie cierpiącym na bardzo ciężką odmianę nowotworu mózgu, opublikowanej w TP 32/2013. Bardzo ciekawy tekst – o tym, jak podejść do chorego, czego chorzy nie potrzebują, z czym mają największe problemy, jak wyjątkowy i błogosławiony potrafi być ten czas choroby i ile my, zdrowi, możemy się od chorych, szczególnie tych będących już u kresu drogi, dowiedzieć się, zobaczyć w nich Boże oblicze. 
Świadomość jest tak ważna?

Czasami nachylam się nad człowiekiem, mówiąc, że jeśli żałuje za grzechy, to niech uściśnie moją rękę. Dostaję odpowiedź i nie jest ona skurczem mimowolnym. Bywa, że przez ostatnie dni zupełnie nieprzytomny człowiek odzyskuje świadomość tylko po to, aby się wyspowiadać i otrzymać namaszczenie chorych.

Jak to tłumaczę? Metafizycznie; Pan Bóg daje nam ostatnią szansę. Mówi się też o efekcie niezałatwionego problemu – zasadnicza większość z nas na moment przed śmiercią budzi się, aby załatwić sprawę, która go tu trzyma. Dlatego nie trzeba umierających szarpać i płakać: „Mamo nie odchodź!”, tylko bardzo uważnie słuchać, bo matowym głosem wypowiadają nierzadko – pomiędzy zwykłymi poleceniami – ważne słowa.

Co mówią?

„Podaj jabłko, chce mi się pić, nie boję się, żyjcie w zgodzie”. Często moi pacjenci widzą na jawie zmarłych i dziwią się, że my ich nie widzimy. Stykają się dwa światy – ten nasz i ten po drugiej stronie. To my je tylko radykalnie rozdzielamy.
(…) 
Zbawienie i potępienie?

Niezwykły przyrost szczęścia musi dawać moment, kiedy stajemy wobec Boga. A Boga rozumiem jako światło osobowe przenikające nasze sumienie. Wobec tego światła nie potrafimy już kłamać. Jesteśmy do niego pociągani – czujemy wtedy totalną miłość i bliskość, które nas rozwalają. Jeśli zaś odczytujemy siebie jako ciemność, to nie tyle Bóg nas potępia, ile sami chcemy się schować przed rażącym dysonansem między światłem a naszą ciemnością. I uciekamy w samotność, w nienawiść do siebie i do światła.

Ludzie najbardziej w śmierci boją się potępienia?

Boją się, że się rozpłyną albo że nie będą mieli na nic wpływu. A to nieprawda. Jak się nas uczy w Katechizmie: ,,Dusza ludzka jest nieśmiertelna, łaska Boska do zbawienia koniecznie potrzebna”. Nadal będziemy samoświadomi, będziemy mogli podejmować decyzje i będą one raczej szły ku dobru, bo będziemy widzieć Boga twarzą w twarz. Po śmierci będziemy wchodzić w interakcje z innymi, nie tyle mówić, a bardziej wysyłać myśli. Sanktuarium sumienia będzie zabezpieczone.

Wygląda to tak: do teraz poza tobą – i to w ograniczonymi zakresie – do twojego sumienia nie ma dostępu nikt, jedynie Bóg. Po śmierci zaś poznamy swoje sumienie w pełni, Bóg je prześwietli, co nie pozbawi nas integralności i wolności.

Mamy nadzieję wszyscy spotkać się – oby po jednej stronie.

Drugi tekst to „Odwaga grzeszników” Bogdana Białka z TP 33/2013 – niestety, jest to na dzień dzisiejszy nadal aktualne wydanie tygodnika, więc nie ma go w necie – pewnie pojawi się niebawem wraz z jutrzejszą publikacją kolejnego numeru. Genialny, nie za długi, nie za krótki, bardzo osobisty, mądry i podbudowany także cytatami świadczącymi, iż to nie jakiś odosobniony pogląd autora, ale mądrzejsi u zarania naszego Kościoła stali na podobnym stanowisku. O tych, którzy w Kościele – szczególnie dzisiaj i szczególnie u nas, w Polsce – przyzwyczajeni są do czołobitnych laurek, kwiecistych przemów i wygłaszania samemu pięknych i równie pustych ogólników, z których nic nie wynika. Oczywiście, nie można generalizować – są chlubne, ale wciąż pojedyncze wyjątki. O biskupów chodzi. I nie chodzi o to, aby zbierali pranie, gotowali czy całowali dłonie pielgrzymów (chociaż, jak widać, niektórym korona – a może raczej piuska? – z głowy z tego powodu nie spada). Żeby byli normalni i nie zapominali, że służą Bogu, ale mają do Niego prowadzić ludzi i to dla nich tutaj głównie są. 
Stąd też nasuwa mi się refleksja, którą swego czasu wypowiedział nieżyjący już kard. Carlo Maria Martini SI: 

Kiedyś miałem marzenia o Kościele. Marzył mi się Kościół, który postępuje swoją drogą w ubóstwie i pokorze, Kościół, który nie zależy od potęg tego świata. Marzyłem, że zniknie nieufność. Marzyłem o Kościele, który daje przestrzeń osobom zdolnym do myślenia w sposób otwarty. O Kościele, który daje odwagę tym przede wszystkim, którzy czują się mali albo grzeszni. Marzyłem o Kościele młodym. Dziś już nie mam tych marzeń. Kiedy osiągnąłem 75 lat, postanowiłem się za Kościół modlić (kard. Carlo Maria Martini SI, „Nocne rozmowy w Jerozolimie. O ryzyku wiary”)

Trudno przy tym wszystkim nie wspomnieć sytuacji chrześcijan – głównie koptów – w Egipcie, którzy pomimo apeli o pomoc od dłuższego już czasu w tych dniach po prostu stają się chłopcami do bicia islamistów. Prawdą wydaje się, że to nie jest kwestia sympatii politycznych – a zezwolenie na terroryzm lub sprzeciw w stosunku do niego. Zdarzają się w tym i piękne gesty, bodajże przedwczoraj w wiadomościach pokazano zdjęcia łańcucha muzułmanów, którzy w swoich białych szatach żywym kręgiem otoczyli w geście solidarności i obrony chrześcijańską świątynię. 
Dlatego warto przytoczyć słowa papieża Franciszka i przyłączyć się po prostu do tej modlitwy:

Niestety docierają bolesne wiadomości z Egiptu. Pragnę zapewnić o mej modlitwie w intencji wszystkich ofiar i ich rodzin, za rannych i cierpiących. Módlmy się wszyscy o pokój, dialog, pojednanie, w tym umiłowanym kraju i na całym świecie. Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami! Wszyscy prośmy: Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami!

Boży pożar

Jezus powiedział do swoich uczniów: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej. (Łk 12,49-53)

To jest tekst nie tyle może dziwny, co mocno przeinaczany i stanowiący podbudowę czasami zupełnie błędnych ideologii i poglądów. Łatwo się domyśleć – chodzi o różnej maści rewolucjonistów, którzy na podstawie błędnego rozumowania w/w słów mogą próbować podpisywać Jezusa pod swoimi czynami i próbować przekonywać, że „przecież On tak sam głosił”. „Skoro Jezus rzuca ogień – to my też, przecież tak kazał”. Bardzo wygodne i oczywiście absolutnie wyrwane z kontekstu. Tak, Jezus mówi o ogniu – ale nie o takim ogniu, jaki rozpalają także i dzisiaj na świecie różnej maści bojówkarze i skrajni radykałowie, próbujący religią usprawiedliwiać przemoc (wystarczy popatrzeć na tragedie Koptów w Egipcie). 
Jezusa można śmiało nazwać Bożym Gwałtownikiem – co dobitnie pokazał działając bardzo zdecydowanie (w tym sensie gwałtownie, nie chodzi o nieprzemyślane i pochopne decyzje) przy wyrzucaniu kupców ze świątyni (Łk 19,45-48) i w wielu innych sytuacjach. Samo bycie gwałtownikiem nie jest niczym złym – na co wprost wskazuje inny, nie da się ukryć, gwałtowny tekst i wypowiedź Jezusa, po prostu wskazującego na bezcelowość poszukiwania sensacji tam w Jego osobie (Mt 11, 7-19). Padają tam słowa: Królestwo Niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je (Mt 11, 12). Jeśli zrozumieć gwałtowność jako gorliwość i gotowość do podejmowania radykalnych, a potrzebnych i koniecznych, decyzji – to przecież jest to postawa ze wszech miar słuszna. Ile razy gwałtownik zdobywa się na coś, czego osoba niezdecydowana nigdy nie podejmie. Musimy jednak pamiętać – aby gwałtowność nie przekształciła się w zapalczywość, nie została podszyta egoizmem, agresją. Tak, to też tak bardzo nasze, ludzkie, słabe. 
Ten ogień, o którym mówi Jezus, ma swój początek na krzyżu.  „Ogień”, który oczyści i zapali serca, a który zapłonie na krzyżu (J 12, 32). To jest to prawdziwe pragnienie Jezusa i intencja, z jaką wypowiada te słowa – pragnie wręcz i oczekuje, choć po ludzku to bardzo dla Niego bolesne, chwili, w której ostatecznie rozprawi się ze Złym i zwycięży, wywyższony na krzyżu i po ludzku pokonany, a jednak ostatecznie zwycięski i żyjący na wieki. Pragnie, aby na świecie zapłonął ogień, który bierze początek z Jego zwycięstwa, czyli idzie od krzyża do pustego grobu i dalej w świat – ogień Ducha Świętego, którego zesłał najpierw na Dwunastu i Maryję, a dzisiaj posyła w świat przez posługę biskupów w sakramencie dojrzałości chrześcijańskiej. Ogień pod każdym względem twórczy, budujący, tworzący, oczyszczający i wyzwalający – nigdy niszczący, chyba że to, co złe, słabe i grzeszne, i pozostawiający odnowione to, co powinno być w człowieku rozwijane, pielęgnowane i jest po prostu piękne, a czego czasami pod warstwą brudu grzechów i słabości nie zauważamy, zapominamy. Ogień, który z założenia nie tylko ma rozpalić tego, w którego sercu się wzniecił – ale powinien być rozdawany i zaszczepiany w serca innych, taki Boży pożar, chrzest w Duchu Świętym.
Ten ogień odnowi świat, ale poróżni także ludzi, ponieważ nie każdy potrafi opowiedzieć się za prawdą, oczyszczeniem – Jezusem. Zapowiada On rozłam, i te słowa znajdują odzwierciedlenie także w ewangelii Mateusza: 

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10, 34-39)

Inne słowa, ale dokładnie to samo znaczenie i przesłanie. Ten, który idzie za Jezusem, musi być gotowy na niezrozumienie, przykrości i nawet wrogość, także ze strony po ludzku osób najbliższych. Kluczowe jest zachowanie odpowiedniej hierarchii – to, gdzie (na którym miejscu) jest Bóg, a gdzie jest cała reszta. Boży pokój może rozradować ludzkie serce dopiero wtedy, kiedy doprowadza człowieka do prawdy o sobie samym – o swojej małości, grzeszności, a jednocześnie o umiłowaniu przez Boga i zbawieniu jako darze i zaproszeniu, na które, jeśli decydujesz się odpowiedzieć, powinieneś być radykalny w zmianie swojego życia, konkretny. Dopiero tak wyzwolony z bzdurnej pewności o swojej wielkości, samodzielności i samowystarczalności człowiek staje się naprawdę wolny. 
Może to, o czym piszę, jest oczywiste – to świetnie. Niewątpliwie jednak sporo jest ludzi, którzy – zwodzeni przez tych, którzy te słowa wypaczają – dopuszczają się rzeczy strasznych, przekonywani, że „bóg tak chce” (celowo z małej litery) i inaczej się nie da. Za tych wszystkich trzeba się modlić o opamiętanie, skruchę i otwarcie oczu. Ale do tego oni sami muszę tego prawdziwego Boga wpuścić do swojego serca, pozwolić Mu się zapalić. 

Mama inaczej

Dzisiaj nieco inaczej, nie stricte o liturgii słowa jak zwykle. Bo o uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny chodzi, dla innych Matki Bożej Zielnej, jeszcze dla innych rocznicę (123) tzw. cudu nad Wisłą, czy też po prostu – zupełnie po świecku, bez akcentu maryjnego – święto Wojska Polskiego. 
Po prostu uświadomiłem sobie, że od czasu odejścia mojej Mamy – zaraz będą 2 miesiące – sytuacja jest zupełnie inna, i tak po ludzku jako dla człowieka wierzącego mam teraz inną Mamę, właśnie Maryję. Mimo, że – jak wierzę – i jedna, i druga są teraz częścią wiekuistej radości, do której my wszyscy zmierzamy. Z tego zaś płyną jakby dwa dla mnie wnioski. Po pierwsze, te wielokrotne w ciągu roku wspomnienia, święta i uroczystości maryjne to kolejna okazja, aby wspomnieć Mamę. Może nie we Wniebowzięcie, ale wczoraj, była ku temu fajna okazja – spotkaliśmy się z właściwie jedyną bliższą zbliżoną wiekowo do nas rodziną ze strony Mamy, siłą rzeczy były wspomnienia o prababci, babci i Mamie. Tak pozytywnie, bez użalania się. Po drugie, to dni, kiedy uświadamiam sobie od tego krótkiego czasu, jak wiele jest mądrości w tym, że Kościół wzrok wierzących raz po raz kieruje właśnie na nią – na Maryję. Bez znaczenia, czy w tajemnicy jej wniebowzięcia, szkaplerza, zwiastowania Pańskiego, królowej różańcowej czy w jakiejkolwiek z postaci, w których na przestrzeni wieków przypominała o sobie ludziom, przynosząc kolejne łaski. I po trzecie – że chyba właśnie ci, którzy już po ludzku swojej Mamy nie mają na ziemi, szczególnie to zauważają. 
A liturgia, ewangelia tego dnia (Łk 1,39-56) pokazuje bardzo wielką pokorę i chęć bycia użyteczną ze strony Maryi. Sama, w cudowny sposób nosząc pod sercem Syna, za przeproszeniem tłucze się kawał drogi do dalekiej i starszej krewnej Elżbiety, po czym następuje jakby pierwszy dialog Jezusa z Janem: dwójka nienarodzonych ludzi – Bóg-Człowiek i ostatni z proroków, który wskaże Go, dają znać o niezwykłości dziecka Maryi, co staje się zrozumiałe także dla Elżbiety. Maryja wędruje, aby pomóc, aby wspierać – a jednocześnie nie przestaje dziękować Bogu za wyróżnienie, jakie ją spotkało, doceniając wyjątkowość swojej sytuacji, nawet jeśli nie do końca była świadoma tego, co ją czeka w przyszłości. Działa, żyje i nie przestaje dziękować Bogu za to, czym ją obdarzył – otwarta na wszystko i potrafiąca to, co ją spotyka, przyjmować w duchu wiary i zawierzenia. I o ile samo to nie czyni ją tym, kim się w historii Kościoła stała, to jednak być może właśnie dlatego ją, a nie kogo innego, Bóg wybrał na matkę tak Jego Syna, jak i – ostatecznie, na podstawie słów Jezusa z krzyża – na matkę całego Kościoła i wszystkich ludzi, symbolicznie reprezentowanych przez umiłowanego ucznia. Niby takie proste sprawy – a sam wiem, jak ciężko z tym jest. 
Bardzo trafiła do mnie w tym roku modlitwa przy błogosławieństwie ziół w tym dniu, są tam m.in. takie słowa:

Zachowaj je od zniszczenia, aby wzrastały, radowały oczy, przynosiły jak najobfitszy plon i mogły służyć zdrowiu ludzi i zwierząt. A gdy będziemy schodzić z tego świata, niechaj nas, niosących pełne naręcza dobrych uczynków, przedstawi Tobie Najświętsza Dziewica Wniebowzięta, najdoskonalszy owoc ziemi, abyśmy zasłużyli na przyjęcie do wiecznego szczęścia.

Kapitalne porównanie. My jako ludzie otrzymujemy nie tyle do panowania, co do wykorzystywania dobra w postaci tego, co rośnie, kwitnie – i w tym dniu przynosimy plony tych roślin z prośbą, aby Bóg im błogosławił dla dobra wszystkich (nie tylko ludzi!) swoich stworzeń na tym świecie. I jednocześnie żywimy nadzieję, wierzymy, że tak samo sytuacja będzie wyglądała w Dniu Sądu: tacy sami my z naręczami dobrych spraw i rzeczy, tylko że tymi zgromadzonymi i jakoś tam wypracowanymi przez siebie za pomocą tego, co dobry Bóg dał do wykorzystania. Mama zawsze lubiła kwiaty, dużo ich było w domu, często je przynosiła i zbierała – sama, nigdy kupne. Tak, zdecydowanie ten obrazek bardzo do mnie trafia – Mama idąca z naręczem kwiatów (jeśli to by miały być dobre uczynki, to na pewno wyjątkowo spory bukiet by się uzbierał) na spotkanie z Odwieczną Miłością. 
W tych dniach wraca także różaniec, modlitwa przez wielu – przeze mnie także czasami – niedoceniana. A bo to takie bezmyślne klepanie – nie da się ukryć, wtedy nie ma sensu. Jednakże ja w niej widzę bardzo duży sens, ponieważ jest w ten sposób uniwersalna, że małą koronkę zmieścisz wszędzie, aby w jakimkolwiek momencie dnia (no, może poza kierowaniem pojazdami – tu jednak radził bym skupić się na jeździe) powierzyć Bogu przez Maryję wszystkie sprawy swoje, i nie tylko swoje: radości, porywy serca i dziękczynienie oraz prośby. Tu nie trzeba wymyślać epopei w ramach rozważań. Czasami wystarczy dosłownie jedna myśl – to ma być modlitwa szczera, z serca, twoja. 
I wreszcie ostatnia myśl, często wracające słowa pieśni, która szczególnie mi się wbiła w pamięć, bo zasłyszana przy/w jednym z podhalańskich kościółków, z pięknym widokiem Tatr, urokliwymi kapliczkami tu i tam czy sanktuarium dominikańskim na Wiktorówkach:

1. Dobra Matko i Królowo z Jasnej Góry,
Z wdzięcznym sercem dziś ku Tobie wznoszę wzrok,
Nie potrafię podziękować za Twe Serce,
Którym wspierasz każdy czyn mój, każdy krok.

Ref. Jesteś tuż obok mnie, jesteś ze mną,
W rannej mgle, w słońcu dnia i w noc ciemną.
Wspierasz mnie, chronisz mnie w swych ramionach.
Jesteś tuż obok mnie w każdy dzień.

2. Gdy upadam, Ty wyciągasz do mnie ręce,
Gdy mi ciężko, Ty oddalasz to, co złe.
Twą obecność czuję zawsze, czuję wszędzie,
Z Tobą, Matko, tak radosne serce me!
 
3. Choćby chmury przysłoniły Cię, Maryjo,
I zginęła gdzieś za nimi Twoja twarz,
Wiem, że Serce Twe i oczy zawsze żyją,
Wiem, że jesteś przy mnie blisko, wiem, że trwasz.