Ecce homo – uganianie się za człowiekiem, nie kasą

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność! (Mt 6,19-23)
Czyli – Jezus wprost powiedział, że bez sensu jest to, czemu niektórzy, a wręcz, o zgrozo, większość oddaje się przez praktycznie całe życie, dopóki starczy im sił. Zbieractwu, gromadzeniu, kolekcjonowaniu. Szkoda, że nie tego, co trzeba. Bo my lubimy kasę, dobra przeliczalne na pieniądz, kontakty mogące w przyszłości zaowocować intratnymi posadami czy kontraktami, okazjami biznesowymi. Zaniedbując sfery dalece ważniejsze – rodzinę, kochanych ludzi, przyjaciół – poświęcamy czasami wszystko dla tych materialnych pobudek, czasami podpierając to niekiedy i usprawiedliwiając w stylu Przecież ja tego nie robię dla siebie, tylko dla rodziny, małżonka, dzieci. Aha.

Przyjmijmy, że to jest spójne (choć najczęściej nie jest). Tylko po co? Jezus mówi wprost – nie róbcie tego, nie zajmujcie się tym, nie traćcie na to czasu! Potrafimy i chcemy się wsłuchiwać w głos Boga, gdy wszystko się wali i grunt się nam pali pod nogami – a takie mniej wygodne zalecenia, w tym wypadku wprost zakazy, omijamy szerokim łukiem. No jak tak, bez ciułania, zbierania, żeby nade wszystko mieć, zapominając o być?
Bóg nigdy nikomu nie miał za złe, że troszczył się – dla siebie, rodziny, dzieci – o to, co faktycznie potrzebne, podstawowe, konieczne, o środki do życia. W sensownej skali. Skoro masz rodzinę, dzieci na utrzymaniu – zrozumiałe, że musisz im pewne minimum zapewnić, to jest obowiązek. Chodzi o to, aby z realizacji tego obowiązku nie robić jedynego celu w życiu poprzez przesadne akcentowanie potrzeby posiadania i zwiększania stanu tego posiadania. Można zrobić bardzo wiele, można wielu ludziom pomóc, nawet nie mając zbyt wielu środków. 
Idealny przykład – patron dnia dzisiejszego, Adam Chmielowski, którego świat i Polska poznały bardziej jako św. Brata Alberta. Tak, założyciela męskich i żeńskich zgromadzeń albertynów (polecam – piękne klasztorki w polskich Tatrach – warto zobaczyć). Artystę, inwalidę wojennego, człowieka czynu, który miał przed sobą bardzo przyzwoitą i obiecującą przyszłość, mimo kalectwa – zapowiadał się jako bardzo zdolny malarz. Rzucił to wszystko i po krótkim epizodzie w jezuickim nowicjacie, założył ogrzewalnię dla ubogich i bezdomnych w Krakowie. Co było jego szczególnym charyzmatem? Dar widzenia w drugim – nawet najbardziej sponiewieranym człowieku – oblicza cierpiącego Chrystusa. 
Ecce homo, oto człowiek – tu i teraz. Oto Człowiek, który z drzewa krzyża, cierpiący, a jednak z nieskończoną miłością patrzył na świat, marząc pewnie o tym, abyśmy choć trochę tej Jego miłości potrafili dzielić między sobą, darzyć nią siebie nawzajem. To dzieło podejmował przed przeszło 100 lat św. brat Albert. I to dzieło dzisiaj pozostaje aktualne, czeka na ludzi, którzy je podejmą. Zamiast gonić za kasą – zaczną uganiać się za potrzebującymi wokół siebie, więcej dając niż biorąc, dzieląc się tym, co posiadają. Którzy ciemność choćby niektórych cierpiących oświecą światłem Chrystusa zmartwychwstałego, działającego przez ich ręce.

Warto znaleźć swoją izdebkę

Jezu powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18) 
Tacy już chyba jesteśmy, że lubimy być zauważani, podziwiani, w centrum, karmiąc swoją pychę. Z czego to wynika? A bo ja wiem… Początków ludzkiej pychy i megalomanii chyba należało by szukać już Edenie, w tym pierwszym ogrodzie, gdzie nasi protoplaści Adam i Ewa z boskiego nadania urzędowali. Bo czym innym było to, że dali się zwieźć Złemu? Najpierw ona połakomiła się na jabłko z zakazanego drzewa (ciekawe, czy nazwa drzewo poznania dobra i zła ma jakąś historię, czy tak się po prostu przyjęło? w każdym razie – pasuje), potem on wziął je z jej ręki i też zjadł. Dlaczego? Bo wąż obiecał, że będą jak Bóg. Źle im było? Nie. Brakowało im czegoś? Nie. Ale perspektywa, złudna obietnica. Wystarczyło.

Modlitwa, jałmużna, prośba. Dwie pierwsze, można powiedzieć, pewnie szeregowy katolik skojarzy gdzieś tam mgliście z Wielkim Postem. No tak, bo pewnie dzisiaj najczęściej wtedy się o nich pamięta, starając się jakoś uczynić zadość tej pięknej praktyce wsparcia, a do modlitwy przykładać się jakby bardziej. Tylko że na Wielkim Poście ani jałmużna, ani tym bardziej modlitwa – nie bez powodu nazywana oddechem życia kończyć się nie może. A że w praktyce tak bywa… Potrzebujący ciągle są wokół – fakt, sporo naciągaczy – a i intencji modlitewnych bez liku. Jak wiele człowiek mógłby u Boga wyprosić, gdyby raz dziennie poświęcił Mu chwilę i pogadał z Nim! Nie chodzi o recytowanie formułek – modlitwa liturgiczna to jedno, ale modlitwa prywatna, jak sama nazwa wskazuje, ma być bardziej osobista, nawet gdy miała by być wykłócaniem się z Panem. Byle szczerze, uczciwie, z potrzeby serca.
Z jałmużną to jeszcze jest trudniej. Czemu? Bo nie chodzi o danie dla samego dania. To ma być świadoma i dobrowolna rezygnacja, odmówienie sobie czegoś, i przekazanie środków na zbożny cel. Są instytucje charytatywne – Caritas, stowarzyszenia, fundacje – ale pewnie każdy, gdyby się postarał, znajdzie we własnej okolicy, środowisku potrzebujących, może niezbyt się w oczy rzucających, nie afiszujących się ze swoim ubóstwem (bo im wstyd – najczęściej takie osoby są niewidoczne), którym sam na własną rękę, i przede wszystkim w formie długofalowego działania, a nie pojedynczego zrywu mógłby pomóc. Bo rzucenie jak ochłap nawet wielkiej dla jednego, zaś dla dającego być może małej sumy – to nie jałmużna, jeśli ma to być tylko uspokojenie wyrzutów sumienia. To ma być gest serca i coś, co spowoduje, że człowiek sam sobie czegoś odmówi. Dla jednego – jak tej ewangelicznej ubogiej wdowy – taką jałmużną było by, w przeliczeniu na nasze dzisiaj, ofiarowanie 5 zł. Dla innego – darowanie 1000 zł na noclegownię dla bezdomnych, albo rezygnacja z zakupu jakiegoś gadżetu/kolejnego ciucha/pary butów. 
Pomysłów jest bardzo wiele – jeśli tylko się zechce pomóc. Z tym właśnie jest największy problem. Statystyki wyliczają, że milionerów jest wokół nas coraz więcej – gdyby tylko zechcieli, pewnie ze swoich środków mogli by zaradzić nie tyle wszystkim, co naprawdę wielu potrzebom tych najmniejszych, mających najmniej. Zresztą, nie trzeba być milionerem, aby skutecznie pomagać, czasami wręcz ofiarowując swoje życie, spalając się dla bliźnich. Przykład świętości uznanej przez Kościół – bł. Albert Chmielowski, m. Teresa z Kalkuty. Bardziej nam współczesny, z polskiego podwórka – s. Małgorzata Chmielewska i jej Fundacja Chleb Życia. Owszem, nie każdy jest powołany do tego, żeby rzucić wszystko i zajmować się ubogimi – człowiek z rodziną wręcz nie może tego zrobić, bo było by nieodpowiedzialnym pozostawieniem na pastwę losu rodziny, dzieci; co nie znaczy, że nie może włączyć się w pomoc w inny sposób. Trzeba chcieć. 
Na modlitwę także jest wiele sposobów. Bo modlitwa to taka rzeczywistość, taki skrawek ludzkiego życia, w którym każdy musi czuć się dobrze. I to jego indywidualna sprawa, kwestia dalsza, jaka będzie forma, gdzie mu się będzie i jak modlić najlepiej. Jedno jest pewne – odstawianie faryzejskich przedstawień, modlitwa na pokaz czymś takim, a tym bardziej sprawą miłą Bogu nie będzie. To ma być czas między tobą a Bogiem. Pewnie najbardziej intymna relacja, jaką człowiek może nawiązać – bo tylko z Nim. Spróbuj. Może się okazać, że poukładanie tej sprawy i znalezienie czasu i miejsca na tę swoją izdebkę okaże się rozwiązaniem i punktem wyjścia do uporządkowania bardzo wielu (wszystkich?) spraw.

Po prostu bądź – mocą Ducha Świętego

Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych.
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha.
Panie nasz i Boże, uzdrów nasze życie.

Dwie piękne wersje tego utworu – jazzowa (moja ulubiona) i bardziej klasyczna

Wieczorem w dniu Zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. (J 20,19-23)
No właśnie. Nad Zesłaniem jako takim, czy też nad Duchem Świętym w ogóle zastanawiałem się wiele razy, w różnych sytuacjach. I żaden tekst nie trafił do mnie w taki sposób, jak ta krótka, czterowersowa piosenka. Dlatego od tych słów, nie od Ewangelii, chcę wyjść. 
Dlaczego my się tak zamykamy? Nie wiem. Ale to fakt. Pisałem o tym nawet nie tak dawno – choćby w kontekście tego, że dla nas radość Zmartwychwstania właściwie kończy się wraz ze świątecznym obżarstwem, piciem i leżeniem przed telewizorem – a co dalej przez bite 7 tygodni liturgicznego okresu wielkanocnego, nie mówiąc o dalszym życiu i tym, co prawda o Bogu Zwycięzcy winna w nie wnieść? (gra słów niezamierzona) Siedzimy sobie w tych swoich skorupkach, pozamykani na cztery spusty. Dlaczego? Bo jesteśmy mali i słabi. Bo wiemy, jak wiele nam brakuje. Bo wiemy, że bardzo łatwo nie tyle my kogoś możemy zranić – co sami możemy zostać zranieni, szczególnie gdy żyjemy w sposób uczciwy, mając kręgosłup moralny i zasady nie tylko deklarowane, ale przede wszystkim wyznawane. 

Po to jest właśnie Duch Święty Pocieszyciel. Ten, który ma rozrywać kajdany, i najpierw wyzwolić tych wszystkich, którzy chcą wierzyć i żyć Ewangelią, bo dopiero wtedy i w takim stanie mogą sami wyzwalać dalej innych. To On, jak Jezus w wieczerniku, przychodzi mimo tych pozatrzaskiwanych drzwi naszych serc, potrząsa nas, gdy trzeba – strzela kuksańca, otrzeźwia i dodaje sił. Musimy tak naprawdę uwierzyć, żeby przejść z tego wielkopiątkowego zapatrzenia na krzyż w to wszystko, co stało się dalej. Krzyż jest symbolem zwycięstwa – ale na nim chrześcijaństwo się nie kończy, a zaczyna. Krzyż nie może stanowić usprawiedliwienia dla zamykania się i ucieczki przed tym, co trudne, ryzykowne, bolesne i wymagające – a tak bardzo często bywa. Paraklet to kolejny, wyjątkowy dar od Zbawiciela, który ma to potwierdzić, podkreślić i wyraźnie zaznaczyć – stając się dla wierzących początkiem nowego, dojrzałego życia ochrzczonych Duchem i Mocą.

To ważne, szczególnie w kontekście zarzutu, że Kościół chowa się w zakrystii. Niestety, zarzutu nierzadko trafnego. Na to nie ma i nie powinno być miejsca. Kościół to już nie tamta grupa przerażonych Jedenastu, przemykających cichcem i gromadzących się w ciągłym strachu przed Żydami. Ten Pokój, który przyniósł Zbawiciel, to nie tylko dar, ale przede wszystkim zadanie i misja. Bo to pokój, który uzdalnia do stania się człowiekiem na miarę człowieczeństwa, na miarę swoich możliwości. Tu już nie ma miejsca na użalanie się nad sobą, taplanie się w bajorku swojej małości i beznadziei, która czasami ogarnia. 

Duch Święty to żaden substytut Zbawiciela. Jezus przychodzi, i przekazując ten pokój – uwiarygadnia się jednoznacznie. To On, ten sam, który umarł, i cały czas – Zmartwychwstały – nosi znaki tamtego wydarzenia na swoim zmartwychwstałym ciele. Kolejny dowód na to, że te wydarzenia – krzyż, zmartwychwstanie – nie mają sensu jedno bez drugiego; stanowią sensowną całość i logiczną kontynuację, jedno po drugim. Widać to jednoznacznie i w tekście pieśni, i w Ewangelii. 

Co zatem zrobić? Jak żyć? Tak, jak tamci – z radością. Rozradować się! Tylko ta prawdziwa radość jest odpowiedzią i postawą człowieka, który cieszy się ze zbawienia, które na niego czeka. Tak, nie zawsze musi być do śmiechu, pięknie, wspaniale, idealnie. Czasami życie daje kopa – normalka. Sztuką jest to, aby owej radości także w takich okolicznościach przyrody nie tracić. Jest trudno? Żal się Bogu. Masz problem? Módl się o pomyślne rozwiązanie, o wskazanie drogi. Uważasz, że zostałeś skrzywdzony? Wykrzycz to Panu – w sersu, albo dosłownie – i bądź w tym jak najbardziej naturalny, a nie tylko w formie Oj, Boziu… Po prostu bądź – mocą Ducha Świętego. Tak jak tamci w wieczerniku byli – tacy sami, pełni wątpliwości, ale obdarzeni Duchem, w świetle którego cała reszta schodziła na dalszy plan, stawała się nieistotna. I to jest właśnie wyzwanie dla nas. 
Nie można siedzieć z założonymi rękami, wpatrywać się w niebo i czekać, aż odpowiedź na każde pytanie i wątpliwość przyjdzie sama. Bo nie przyjdzie. Bo to strata czasu. Bo te odpowiedzi masz w zasięgu ręki – o ile w Duchu Świętym zaczniesz ich szukać. Wykorzystaj dary Ducha.

Słowa na wiatr. Baran, który dorósł do roli pasterza

Gdy Jezus ukazał się swoim uczniom i spożył z nimi śniadanie, rzekł do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: Pójdź za Mną! (J 21,15-19)
Zastanawiające mocno są te słowa. Najczęściej w liturgii można usłyszeć, że te trzykrotne pytanie to taki sprawdzian, jakiemu Jezus poddał Piotra. Oczekiwanie deklaracji, która miała ostatecznie determinować tego, który miał być pierwszym między apostołami. Deklaracji, która miała raz na zawsze wyjaśnić i rozwiać wątpliwości, które pojawiły się – bo trudno inaczej – w związku z trzykrotnym zaparciem się Jezusa tamtego feralnego (a może błogosławionego?) czwartkowego wieczora. 
Słowa na wiatr. Taka prawda. Gadać to potrafimy, zarzekać się, obiecywać. Piotr też umiał. Nie dalej niż tego samego dnia deklarował, że nigdy Jezusa nie opuści, będzie przy Nim, a w razie walki – zginie za Niego. Aha. Nie dość, że gdy doszli do Getsemani – pospali wszyscy, zamiast czuwać, jak to Jezus prosił; to jeszcze dodatkowo później, gdy Piotr skradał się za pojmanym Zbawicielem, trzykrotnie miał okazję dać świadectwo o tym, kim jest. I co? I nic. Zaparł się Jezusa. Wprost, jednoznacznie, bez cienia wątpliwości. Nic tu nie dały wielkie słowa i obietnice. To zachowanie, czyn, konkret, przekreśliły je całkowicie. To, że w Ogrodzie Oliwnym pomachał mieczem, raniąc żołnierza Malchusa, nic nie zmieniło (co więcej – Jezus, lekko, ale zdecydowanie go zganił za to – samego Malchusa uzdrawiając).
W tym kontekście można się zastanowić – skoro Piotr już raz się zarzekał, po czym postąpił zupełnie inaczej, to po co Jezus – teraz już zmartwychwstały – ponownie pytał go, jakby wystawiając na próbę? W sumie – jeszcze raz mógł zadeklarować cokolwiek, wszystko – i znowu postąpić w inny sposób niż to, co zadeklarował. Myślę, że Jezus wiedział, że Piotr dojrzał. Te wszystkie wydarzenia, bardzo dynamiczne – począwszy od momentu pojmania Pana w Ogrodzie Oliwnym, poprzez wydarzenia męki, śmierci i prawdę o zmartwychwstaniu, która do apostołów z każdej strony docierała – zmieniły Piotra. Pozwoliły mu dojrzeć do trudnej, niewdzięcznej i prowadzącej na krzyż (tyle, że odwrócony) roli, jaka była mu pisana w Bożych planach. Wiedział, że nie może po prostu uciec, wrócić do swojego dawnego rybackiego fachu – bo na pewno takie myśli kłębiły się nie tylko w jego głowie, ale i głowach innych, gdy Jezus oddał życie. Ale On żyje. Kto inny, jeśli nie oni – on sam – ma objawiać i głosić ludziom tę prawdę?
Te słowa, co trzeba powiedzieć jasno, wyjaśniają i stanowią kolejny z wielu dowodów na prymat Piotra pomiędzy apostołami, co wiele innych niż Kościół wspólnot chrześcijańskich kwestionuje. To jemu Jezus chciał powierzyć owczarnię Kościoła – te owce i barany wszystkich pokoleń. Może to dziwnie zabrzmi, ale mnie to określenie bardzo pasuje – jeden z baranów dorósł do roli pasterza. I może szczególnym dowodem na tę dojrzałość są słowa, choć wypowiedziane w smutku spowodowanym powtarzaniem przez Jezusa swojego pytania – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Kwintesencja. Boże, nie ma znaczenia, co gadam, co obiecuję – Ty widzisz dalej i głębiej, wiesz co siedzi we mnie, i ile to jest warte.
Bóg zaprasza do pójścia za Nim. Nie jako supermana, człowieka-kryształu, ideału bez skazy – ale człowieka konkretnego, zdecydowanego i radykalnego, z jednoczesną świadomością swoich słabości i kruchości. Jako tego, który kocha. Szczerze. 

Szukanie wspólnego mianownika

W czasie ostatniej wieczerzy Jezus podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami: Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie. (J 17,11b-19)
Jedność. Piękna rzeczywistość i prawda – a jednocześnie jak bardzo odległa. Można powiedzieć – problemu nie było, dopóki On sam być pomiędzy nimi. Spory zaczęły się właściwie już w kilka lat później – wystarczy wspomnieć spory pomiędzy Piotrem i nawróconym Szawłem vel Pawłem, czyli spór pomiędzy tym, czy chrześcijaństwo ma być skierowane tylko do Narodu Wybranego, czy do wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, wyznanie. Można by powiedzieć – Paweł, co sam mówił wprost, Jezusa jako człowieka nigdy nie spotkał, zaś przez całe 3 lata chodzili z Nim ci, którzy stali po stronie Piotra. I co? I nic. Kościół ukształtował się taki, jaki znamy dzisiaj, uniwersalny, a nie jako sekta żydowska, właśnie dzięki natchnionemu uporowi Pawła właśnie. 
Później już było tylko gorzej. Setki herezji, mniejszych lub większych rozłamów, które apogeum osiągnęły pewnie w dwóch miejscach historii – 1054 roku, w momencie wzajemnych ekskomunik pomiędzy patriarchami Wschodu (Konstantynopol) i Zachodu (Rzym), i później zapoczątkowanej przez Lutra (niestety, nie bez racji były jego tezy) w 1517 roku reformacji. Dzisiaj, można powiedzieć, od ok 50 lat – czyli od Soboru Watykańskiego II – Kościół szuka jedności i działa w kierunku jej odzyskania, utrzymując stosunki z pozostałymi wspólnotami chrześcijańskimi, pracując nad tym, co pomiędzy wspólnotami łączy, a nie dzieli. Do odzyskania tej jedności jest jeszcze daleko, ale liczy się to, że wszystkie strony próbują ją osiągnąć. 
Tu nie chodzi o to, aby nagle wszyscy stworzyli jeden uniwersalny Kościół, bo to raczej jest niemożliwe. Chodzi o to, aby szukanie wspólnego mianownika było celem nadrzędnym, i aby tej jedności szukać nie tyle za wszelką cenę – ale aby te poszukiwania były spójne, ciągłe i uczciwe. Aby były w tej prawdzie właśnie, o której Jezus mówi. Bo tylko prawda może pomóc odnaleźć utraconą jedność.
Idźmy przez świat, pamiętając, że Prawda ma się w nas uświęcać. Prawda – nie jakiś chwilowy interes czy widzimisię.

Mistrzowie cierpiętnictwa wezwani do wolności

Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. (Mt 28,16-20)
Piękny tekst. Pełen – czego? Moim zdaniem – nadziei. Tej nadziei, o której tak często zapominamy, klucząc i wikłając się w nasze codzienne problemy, zmartwienia i troski. Nadziei i wolności, żeby być precyzyjnym. Bo to ich tak często nam, rzekomo wyznawcom Jezusa – zabitego, zmartwychwstałego i żyjącego na wieki – brakuje. Wystarczy spojrzeć, ile ludzi jest w kościołach, i przypatrzeć się ich minom. W najlepszym wypadku – jałowa rutyna i monotonia, a w najgorszym – podsypianie i totalne znudzenie. 
Bo w tym wszystkim, co nam Jezus przyniósł, nie wiem, czy wolność nie jest najważniejsza. Oczywiście – miłość, radość, nadzieja – one też. Ale chyba trudno do nich dojść, zdobyć je bez wolności. Wolności, której tak często i długo, czasem bezowocnie przez całe życie szukamy. Szukamy – i mamy ją na wyciągnięcie ręki. A mimo to – utyskujemy, jęczymy, użalamy się nad sobą, zamartwiamy się mniej lub bardziej ważnymi sprawami. Bo władza nie taka. Bo pieniędzy za mało (tak naprawdę, ile by ich nie było, zawsze będzie źle). Bo pogoda brzydka. Bo mi się nie chce. Bo za stary jestem. Bo strzyka w kolanie. Każdy pretekst dobry – mistrzowie cierpiętnictwa.
Dzisiaj w tych słowach Jezus po prostu daje nam obuchem w łeb. Pobudka! Tęsknisz do tej wolności, to zrób coś, aby ją osiągnąć. Tym bardziej, że jest bliżej niż by się mogło wydawać. Na wyciągnięcie ręki wręcz. Tylko musi mi się zachcieć być wolnym. Prawdziwa wolność to ta, która bierze się od Jezusa – tylko ta. Dla Niego nie ma granic – mówi to wyraźnie: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Bez wyjątków, bez dopisków drobnym druczkiem. Bez wątpliwości – chociaż, jak czytamy, także uczniowie mieli z nimi problem. Bo nasze ograniczenia – tak, mamy je, ale mam na myśli te faktyczne, a nie urojone – mają nas kształtować, umacniać i budować. W ramach tej formy, jaka jest nam dana, a może przede wszystkim zadana. Jak to powiedział x Edward Staniek: „Chrześcijaństwo to radość nie tylko czekania na wolność, ale radość twórczego przeżywania każdego dnia”.
Tak w ogóle, to mobilizacją dla apostołów było właśnie to Jezusowe wniebowstąpienie. Nie samo zmartwychwstanie. Bo po nim, kiedy się im objawił, cały czas –  bliżej lub dalej – ale był, czuwał. Co mogło skutkować i pewnie jakoś tam skutkowało tym, że nie poczuwali się do odpowiedzialności, nie czuli się na siłach sami decydować. Z ich punktu widzenia – Jezus wykonał swoją misję i po prostu odsunął się, odszedł. Nadszedł czas – Jego wspólnota dorosła do wolności, nawet gdy nie byli tego świadomi. Każdy z nas w jakimś momencie życia idzie na swoje, zaczyna życie na własny rachunek. Nie znaczy to, że nie może liczyć na pomoc ze strony rodziców, bliskich – po prostu bierze sprawy w swoje ręce. Tak samo było z Kościołem – aby mógł być tym, którego bramy piekielne nie przemogą, musiał być samodzielnym. 
Jezus zawsze pozostaje źródłem, centrum i pierwszym punktem odniesienia dla Kościoła i wszystkich wierzących. To nigdy nie może się zmienić, ponieważ wtedy Kościół by nie był Kościołem, a nasza wiara nie była by nic warta. Kościół musiał się rozwinąć, musiał stać się silny ludźmi, którzy Go tworzyli. Wolność, jaką dał nam Pan, wzywa do odwagi i kreatywności. Tym właśnie jest odkrywanie, przyjmowanie i realizowanie powołania przez każdego z nas – takim też było odkrywanie powołania Kościoła przez tych, którzy Go pierwotnie tworzyli.
Ta wolność wzywa też do dojrzałości relacji z Bogiem. Zaczynami, jako dzieci, uczeni przez rodziców i dziadków, od paciorków i wzdychania do Bozi. I dramat polega na tym, że sporo ludzi na tym etapie pozostaje – i dochodzi do absurdów w stylu tego, gdy trzydziestolatek spowiada się z tego, że nie odmówił paciorka. Tak być nie może. Człowiek dorasta, dojrzewa w tym, czym się zajmuje – więc także relacja z Bogiem nie może pozostawać w tyle. Bo może dojść do sytuacji, niestety, niedorozwoju wiary i sumienia. I tak się zastanawiam – czym było to stanie i gapienie się w niebo? Chyba właśnie takim brakiem zdecydowania, inicjatywy. Może czekali na cud? Niestety – a może stety – miał się już nie wydarzyć. To ich wiara miała dokonywać cudów. Wszystko pozostało w ich rękach. 
Tu nie ma na co stać, na co czekać. Jezus, wstępujący do nieba, wskazał nam cel i kierunek. Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko zabrać się do roboty. Od patrzenia w niebo nic się samo nie zrobi. Nie raz i nie dwa  razy Jezus udowadniał, że liczy na inwencję, na kreatywność tych, z którymi się spotykał. Bóg nie ma gotowej odpowiedzi na wszystko i liczy, że własnymi rękami zagospodaruję to, co od Niego otrzymałem. I to nie jest nic ponad moje siły – mam tylko wykorzystać to, co mi dał. Nie oglądając się na prawo czy lewo, próbując podpatrzeć jakiś gotowy sposób czy ściągnąć go od kogoś. To życie było, jest i będzie moje. On był, jest i będzie z nami. Dla takiego duetu – człowiek współpracujący z Bogiem, nawet będącym w niebie – nie ma rzeczy niemożliwych. 
No to idźcie.

Radość – niby jest, a tak naprawdę?

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość. Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat. Także i wy teraz doznajecie smutku. Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać. W owym zaś dniu o nic Mnie nie będziecie pytać. (J 16,20-23a)
Ten tekst mnie zastanawiał zawsze. Bo bardzo, niestety, dobitnie pokazuje i dowodzi, jak wybiórczo bierzemy do serca i realizujemy to, czego Jezus uczył. Bo chrześcijaństwo powinno cechować się radością, uśmiechem, pełnią nadziei i wiary. Tak? Jakoś w kościołach tego nie widzę. Bo zakładam, że do kościoła przychodzą wierzący, a nie ludzie przypadkowi. Ja rozumiem – skupienie w modlitwie, zaduma itp. Ale tej radości brakuje bardzo często także w tym przeżywanym teraz czasie, okresie wielkanocnym! Najważniejszy czas, świętowanie tryumfu Zbawiciela – i co? Przelatuje I i II dzień świąt wielkanocnych – wraca monotonia pracy/nauki, zaczyna się maraton komunijno-bierzmowaniowy. Radość i wesele? Panie, a kto ma na to czas…
Tu nie chodzi o głupi uśmiech, śmianie się jak przysłowiowy głupi do sera. Chodzi o radość wewnętrzną, która promieniuje, emanuje na to wszystko, z czym i z kim stykam się na zewnątrz. Teoretycznie – radość, o której nie powinno się mówić, bo powinna być po prostu widoczna i oczywista. Chodzi o tę radość, która zawsze pozostaje, choćby na drugim planie, ale jest i przenika, nie pozwala aby zły cień położył się nawet na najtrudniejszych momentach życia – gdy boli, gdy ktoś cię rani, gdy coś znowu nie wychodzi, gdy zawaliłeś. Radość – bo ciągle jest czas, od Boga dany, bo jutro wstanie kolejny dzień, w który mam wejść pełen zapału i pomysłów, a nie z przymusu, bo nie mam innego wyjścia.

To porównanie z kobietą rodzącą – nie da się ukryć, mocno do mnie przemawia. Pomimo porodu poprzez cesarskie cięcie, widziałem ile żona się nacierpiała, ile ją to kosztowało. Ale już po 2 dniach nie miało to znaczenia, bo liczył się tylko ten przerażony, zawinięty w beciku maluszek, który swoimi wielkimi oczami po raz pierwszy oglądał świat. 
My jesteśmy stworzeni do radowania się, i powołani do tej radości. Jeśli siedzisz i użalasz się nad swoim losem – nie dość, że marnujesz czas, to jeszcze przeciwstawiasz się Bogu. On nie po to nas zbawił, żebyś ty był wiecznie nieszczęśliwy. My już otrzymaliśmy tę obiecaną przez Pana radość, i co z nią robimy? Pewnie mało kto, zapytany, w ogóle by powiedział – radość? Jaka radość? Przecież on wygląda, jakby tu był za karę. 
No właśnie. To jak ktoś miałby odebrać nam radość, z której albo nie zdajemy sobie w ogóle sprawy, albo nawet jeśli zdajemy sobie sprawę – w ogóle nie okazujemy? Trudno zabrać coś, czego praktycznie nie ma.

Wzór Ducha Świętego i kilka gorzkich słów o małżeństwie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi. (J 16,12-15)
Kiedy ktoś mówi, że dogmat o Trójcy Świętej nie ma sensu albo jest to kwestia drugoplanowa, o mniejszym (lub żadnym znaczeniu) – warto, aby sięgnął m.in. do tego tekstu. Bo wynika z niego jasno, że tak nie jest – Jezusa, Jego misję i Jego słowa zrozumieć można jedynie przez pryzmat prawdy o Bogu Trójjedynym – Ojcu, Synu i Duchu. 
Ważny jest kontekst, sytuacja – to tzw. mowa pożegnalna, jaką Jezus wygłosił podczas Ostatniej Wieczerzy, a zatem w wieczór Wielkiego Czwartku. Zaryzykowałbym – streszczenie, podsumowanie i sedno tego, co głosił, nauczał przez całe 3 lata swojej działalności. Znamienne – znajdujemy ją tylko u Jana. Długi i piękny tekst, ciągnący się bodajże od 13 rozdziału ewangelii janowej. Tekst, który liturgia Kościoła w częściach serwuje nam od jakiegoś czasu (o niektórych jego częściach pisałem ostatnimi czasy) – i dobrze, bo jego bogactwo jest wielkie.

Ktoś może zapytać – czego takiego znieść nie mogli ci, do których Jezus mówił tamte słowa? Odpowiem może nieco przekornie – nie tyle, czego znieść nie mogli, ale dlaczego znieść nie mogli. W kontekście tego, co działo się dalej, jakie było zachowanie uczniów od momentu pojmania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (zatem praktycznie bezpośrednio po wygłoszeniu tej mowy) do chwili Zesłania Ducha Świętego, można powiedzieć – nie mogli znieść, bo nie byli uzbrojeni przez Jezusa mocą z wysoka, nie posiadali daru Parakleta-Pocieszyciela. Tego Ducha im brakowało. Tak jak w matematyce – mieli wszystkie dane pod nosem, wypowiedziane słowa i obietnice, po prostu nie potrafili podstawić ich do odpowiedniego wzoru. Tym wzorem było tchnienie Bożego Ducha. Tylko z Jego pomocą równanie prawdy o życiu człowieka, o tym dokąd prowadzi i jaką drogą winien iść, można rozwiązać prawidłowo, prawdziwie. 
To nie będzie już żadna nowa nauka, kolejne nowe przykazania, reguły – Duch Święty zstąpi, aby ugruntować, uporządkować i usystematyzować w sercach wierzących to wszystko, co przyniósł i dał im Zbawiciel, który podąża do Ojca. Misja Jezusa w momencie zmartwychwstania de facto została zakończona spektakularnym sukcesem. Pozostają jednak ci, którzy uwierzyli, najczęściej bardzo skonsternowani, nie wiedzący, co myśleć, co robić, jak żyć. Po to te objawienia Pana po zmartwychwstaniu, to kilkakrotne Pokój wam! i Nie bójcie się, to Ja jestem!, wspólne posiłki i dialogi. Żeby na nowo poznali Go, rozpoznali w Nim Tego, za którym poszli, który ich uwiódł i któremu uwieźć się pozwolili. 
Ten Duch to kolejny dar, przejaw miłości Boga. Niesamowite. Nie wystarczyło, że z miłości stworzył świat i człowieka na swoje podobieństwo. Gdy człowiek pogubił się tak, ze trudno było pogubić się bardziej, wysłał światu swojego Syna, który dla tych ludzi umarł i zmartwychwstał. I na tym nie kończy – chcąc, aby dzieło Syna trwało, posyła Pocieszyciela, Ducha Prawdy, by z Jego tchnieniem ludzie tą prawdą przyniesioną przez Syna Bożego żyli. 
>>>
Ja rozumiem – stwierdzenie, że rozwiodło się przeze mnie pół firmy jest powodem do dumy z zawodowego punktu widzenia dla prawnika. Ok, zgoda. Doprecyzowując – rozwiodło pokojowo, bez wieloletnich procesów, publicznego (z udziałem dzieci) prania brudów itp. Tym lepiej. Sukces zawodowy – skądinąd kolejni przychodzili po pomoc w tym zakresie nie z innego powodu jak z uwagi na polecenie przez wcześniejszego klienta. 
No tak. Tylko czy rozwód w ogóle może być powodem do dumy? Moim zdaniem, z punktu widzenia człowieka naprawdę wierzącego, katolika – nie. I nie bardzo wyobrażam sobie siebie, o ile uda mi się uzyskać uprawnienia korporacyjne, jako pełnomocnika w sprawie rozwodowej. Chyba, że w roli tego, który – wbrew woli czy partykularnemu interesowi klienta – będzie za wszelką cenę starał się doprowadzić do zgody i uniknąć orzeczenia rozwodu. 
To cytat z jednej z osób z pracy. Druga – w rozmowie, aż zdziwiłem się, szczerej, choć znamy się krótko – właśnie przeprowadza się do świeżo wynajętego mieszkania. Żeby była jasność – jest to osoba w związku małżeńskim, młoda zresztą, staż małżeński lat powiedzmy ze 3. Powód? Bo już nie daje rady. Bo ma dość, bo się ciągle kłócą. Pociągnięta za język – bo ma nadzieję, że to zmotywuje drugą stronę, aby zgodzić się (albo wręcz zainicjować samemu) starania w kierunku rozwodu. Masakra. Brakuje odwagi, aby usiąść i porozmawiać – trudno, jeśli tak uważa, to taka szczerość zawsze będzie lepsza niż takie pokrętne podpuszczanie czy niedomówienia – i powiedzieć wprost, że czas się rozstać; co więcej – próbuje spowodować, aby działania podjęła druga strona. Brak cywilnej odwagi to minimalne określenie. 
Czy dzisiaj już nikt nie traktuje serio tego, czym ma być małżeństwo? Na dobre i na złe – w życiu, a nie w nazwie średniej jakości serialu w TVP. Do śmierci. Żadną sztuką jest być razem, jak kolorowo, ładnie, wszystko się układa, same sukcesy – to chyba każdy potrafi. Sztuką jest wytrzymać ze sobą w miłości kilkadziesiąt lat, przez problemy, kłótnie, spory, znoszenie własnych słabości, przebaczanie. Dzisiaj, o zgrozo, małżeństwo traktowane jest jako zwykły kontrakt, czyli praktycznie tylko z punktu widzenia prawa cywilnego – umowa. Składasz oświadczenie woli – wstępujesz w związek. Coś nie wyjdzie – zbieram zabawki, rozwód, i po sprawie. Bo przestaliśmy do siebie pasować, bo trzeba umieć przyznać, że coś się zmieniło. A może po prostu trzeba umieć, a przede wszystkim chcieć, zawalczyć o drugą osobę? Ale stawiając na pierwszym miejscu swoje potrzeby i zachcianki – fakt, raczej się nie uda. 

Nadzieja jest w Nim

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie. Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie oglądał. Ale wy Mnie widzicie, ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was. Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie. (J 14,15-21)
Jezus nie owija nic w bawełnę. Konkret, wymóg, konieczność. Jeżeli Mnie miłujecie – bez tego ani rusz. Te słowa w zestawieniu z tym, które przykazania Jezus postawił na czele jako najważniejsze, pierwsze i największe, pokazują jasno prawdę, o której pisałem ostatnio. Miłość to podstawa, miłowanie to fundament. Przykazania tylko wtedy mają sens, gdy przestrzega się ich w duchu tej miłości – Boga do człowieka, człowieka do Boga i człowieka do drugiego człowieka. 

Pojawia się w Jezusowych słowach wielka obietnica, którą świętować będziemy bodajże za 2 tygodnie, po najbliższym Wniebowstąpieniu Pana. Duch Święty, Pocieszyciel, Duch Prawdy. Określeń jest wiele. Może najbardziej pasuje tutaj mało znane – Paraklet. Mnie podoba się szczególnie, bo ma podtekst prawniczy – można je interpretować jako obrońca, adwokat; a bardziej duchowo – wspomożyciel, orędownik; a dokładnie – ten, który odpowiada na wołanie. Warto to akcentować – nie mam nic przeciwko pobożności maryjnej ani kultowi świętych w rozsądnych rozmiarach – ale mam wrażenie, że niektórzy za bardzo skupiają się na tych osobach orędowników świętych (a jednak przecież ludzkich), jednocześnie pomijając właśnie Parakleta, jedną z osób Trójcy Świętej, a więc Boga samego. Boga – wskazanego przez Syna Bożego jako orędownika. 
Uczniowie pewnie Jezusa traktowali jako tego Parakleta. W końcu to On sam wypełnił wszystko, dokonał dzieła zbawienia ludzi, umarł i zmartwychwstał. Czy wgłębiali się szczegółowo w dogmatyczne zawiłości prawdy o Bogu w Trójcy Świętej jedynym? Nie sądzę. Owszem, Jezus jest tym pierwszym i najdoskonalszym Parakletem, szczególnie z ich perspektywy – ale także, jako Zbawiciel, z perspektywy każdego człowieka, żyjącego w każdym czasie. Dzisiaj Jezusa, fizycznie, nie ma między nami – a wie, jak bardzo człowiek Pocieszyciela potrzebuje. Nie chce ludzi osierocić – piękne zdanie, tak umiejętnie nawiązujące do relacji rodzicielskich. Dlatego obiecuje Tego Pocieszyciela, który człowieka nigdy nie opuści, którego nikt człowiekowi nie jest w stanie odebrać – a którego zadaniem jest odmienianie dzisiejszego świata, jak to pięknie akcentował przed 30 lat na Placu Zwycięstwa bł. Jan Paweł II. 
A jednak – prawdy o Trójcy Świętej się tutaj nie uniknie. Jezus odchodzi i przyjedzie, ten sam, a jednak inny. Bo ten sam Bóg, ale w innej Osobie, w postaci Parakleta. Przychodzi, przyjdzie, aby ci, którzy życie mają dzięki Niemu, żyli pełnią nadziei i ze świadomością towarzyszenia przez orędownika doskonałego. Tego, który sam będąc Bogiem, najlepszą ku Bogu, ku zbawieniu wskaże drogę. Jedno trzeba powiedzieć jasno – nie jest powiedziane, że Duch Święty przyniesie tylko pokój. A na pewno nie żaden święty spokój. Duch męstwa, odwagi, bojaźni Bożej ma inspirować, motywować, wzywać do stanięcia w prawdzie o sobie samym, więc o swoim brudzie, grzechu, małości i słabości. On przynosi finalnie pokój – ale żeby ten pokój zagościł, trzeba zrobić ze sobą porządek. On ma w tym pomóc. Dopiero przez takie porządki, przez ten jedyny Boży pokój, człowiek może dojść do prawdy, jaką niesie Bóg. 
Wreszcie, na końcu, ale może to i najważniejsze? Ten Duch jest najpierw Pocieszycielem – a więc odpowiedzią dla tych wszystkich, którzy gdzieś upadli, pogubili się, nie mają siły, nie mają pomysłu, którym się nie chce, i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. To może dziwnie zabrzmieć – ale właśnie i tylko On jest tym, czego oni szukają, nawet nie zdając sobie z tego sprawy! Pocieszenie ma wiele twarzy i dotyka wielu sfer, pocieszenie prawdziwe wypełnia człowieka i czyni go na nowo zdolnym do tworzenia, kochania, budowania, rozwoju. Jeśli coś – a może wszystko? – się posypało – proś o tego Parakleta. Nadzieja jest w Nim. Tylko poproś Boga, mów do Niego, nawet wykłócaj się. Ale nie siedź bezczynnie. Samo nie zrobi się nic. Bóg czeka na Twój krzyk – nawet jeśli to ostateczny krzyk rozpaczy. To bardzo dobry początek.
>>>
Przed chwilą w radiu było o tym, że na Malcie mają zalegalizować rozwody. Szkoda. Jedyny kraj – poza Watykanem – swoisty, acz pozytywny, ewenement w dziwacznym świecie.

Miłość dla radości, radość dla miłości

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15,9-17)

I znowu – dzisiejsze i jutrzejsze – dospołu tworzące naszą ewangelię ślubną 🙂 

Miłość to podstawa. Bez miłości nic nie jest trwałe, nie ma punktu odniesienia. Nie chodzi o miłość małżeńską nawet tylko – nie każdy przecież powołany jest do realizacji w związku i rodzinie – ale miłość do drugiego człowieka, tę właśnie, jakiej wzór i przykazanie, ustanawiając je największym, pozostawił Jezus. Co w tych słowach przypomina. 
Nie miłość dla miłości. Miłość dla radości. Radości, która musi być, i która musi być prawdziwa, pełna. Tzn. być nie musi – ale czym jest człowiek smutny? Człowiek prawdziwie wierzący jest szczęśliwy, bo dla człowieka, który jest pewny zbawienia, nie ma miejsca na smutek. Czas dany przez Boga jest cenny, każda chwila – wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, każdy moment – unikatową okazją do czynienia dobra – czyli? Do miłowania właśnie. Do dawania przykładów miłości. 
Ta miłość nie ma być byle jaka, nie może nawet być. To musi być miłość zakorzeniona w Bogu i zeń czerpiąca. Dokładnie taka, jak Jezusowa. On kochał, bo wcześniej ukochał Bóg Ojciec – a nasza miłość ma być jakby przedłużeniem tamtego ukochania, realizowaniem go w codzienności – względem siebie nawzajem. Za to i dla tego oddał Jezus swoje życie. Nie była to żadna tylko wzniosła idea, teoria bez pokrycia – przecież jej głoszeniu poświęcił bez reszty te 3 lata swojej publicznej działalności, raz po raz do tej prawdy potrzeby miłości powracając. Co więcej – dla tej prawdy umarł, wynosząc ją i wywyższając na drzewie krzyża. Miłość została ukrzyżowana, aby mogła królować także po śmierci. 
Bóg wybiera każdego z nas z osobna, indywidualnie – nie w żaden sposób taśmowo czy wg rozdzielnika – i pragnie naszego szczęścia, w miłowaniu właśnie. Każdy z nas inaczej się realizuje, inną drogę brnie przez życie, w czym innym się specjalizuje, ma inne pasje i zainteresowania. Ale we wszystkim tym jesteśmy wybrani i ukochani, aby iść i przynosić dobre, obfite i długotrwałe (o czym się często zapomina) owoce. Owoce miłości właśnie, które poprzedzą nas, które zaniesiemy jak te naręcza kwiatów, zmierzając po śmierci na Sąd.
Szkoda czasu na życie bez miłości.