Baranki i gołębie

Jezus powiedział do swoich apostołów: Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie! Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy. (Mt 10,16-23)
Owce i wilki. Jezus posługuje się stereotypem – łowca, myśliwy i ofiara. Chrześcijanin ma być człowiekiem gotowym do poświęceń i walecznym, ale zarazem nieskazitelny i roztropny. Gotowość do dawania świadectwa to jedno, ale chrześcijanin musi pamiętać, że Kościół nigdy by nie rozwinął się tak, jak to miało miejsce, gdyby wszyscy jego pierwotni członkowie wybrali palmę męczeństwa. Kościół musi trwać, aby wypełniać swoją misję, a także po to, by pamięć o męczennikach została zachowana. 
To, co może czekać człowieka wierzącego, który swojej wiary będzie bronił i nie zamierza się jej wypierać, widzimy wyraźnie na podstawie tego, co spotkało Mesjasza. Z jednej strony – podziw, zachwyt, uznanie dla cudów jakie dokonywał. Zachwyt, który osiągnął apogeum w momencie tryumfalnego wjazdu Pana do Jerozolimy, szybko ustąpił miejsca pogardzie, obojętności, a nawet właściwie niczym niezasłużonej wrogości i żądaniu kary śmierci. Jezusa ciągali – od najwyższego kapłana do namiestnika rzymskiego. Biczowano Go na oczach tłumów. Ukrzyżowano i Jego samego, i wielu innych później. Czym zawinił – On i Jego wyznawcy? Tym, że nie chcieli, dla tzw. świętego spokoju wyprzeć się Boga w Trójcy Świętej jedynego, oddać chwały bożkom, uznać boskości cesarza. Przy okazji – nie brali na siebie winy za różne klęski (choćby spalenie Rzymu za [przez] Nerona), których spowodowanie im przypisano. 
Trzeba pamiętać, że chrześcijaństwo w dużym uproszczeniu sprowadza się do dawania świadectwa. Ma nim być codzienne życie, a może niekiedy nim być także szczególne poświęcenie, jakim jest męczeństwo, oddanie życia z powodu wiary. Nie tyle chodzi o szukanie sposobności do męczeństwa, ale o wewnętrzną gotowość na nie – czy to w sensie jakiegoś, mniejszego lub większego, cierpienia, znoszenia upokorzenia, drwin, czy nawet do tego ostatecznego poświęcenia w postaci ofiary z własnego życia. Nie wiemy, czego Bóg od nas oczekuje – wiemy, że doskonałością jest umiejętność przyjęcia Jego woli w pokorze. To jest sedno – kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. Człowiek w tej sytuacji nie potrafi nic poradzić sam, własnymi siłami. Tutaj działa Bóg i Jego łaska, która umożliwia człowiekowi takie, a nie inne, po prostu najlepsze i najbardziej słuszne zachowanie, odpowiednie słowa i reakcje. Wtedy pozostaje otworzyć się na głos Parakleta. 
Intrygujące mogą wydawać się kolejne słowa – to całe cierpienie i męczeństwo może być wymierzone ze strony także najbliższych, rodziców, dzieci. Tu powraca kwestia hierarchii wartości – dopiero wtedy, gdy Bóg będzie na pierwszym miejscu, cała reszta, w tym relacje z rodzicami, rodziną, najbliższymi będą na właściwym miejscu. Prawo Boże w sercu i na pierwszym miejscu, oraz wytrwałość – to klucz do sukcesu, czyli do zbawienia. 
Jesteśmy posłani jak te owce, jak gołębie. Niby najsłabsi, bezbronni, narażeni na ataki z każdej strony. Tak samo, jak On, gdy przyszedł – normalny, ludzki, zwykły. Bo wielkość i potęga po ludzku nijak się ma do wielkości i potęgi Boga, jest wobec niej niczym. A jednak – te przymioty, które potocznie kojarzą się z tak bezbronnymi zwierzętami – to wszystko, co nam potrzeba. Nie ma co dalej kombinować. Gdy tak będziesz żył, Bóg zadba o resztę.

Kij zamiast marchewki

Przyprowadzono do Jezusa niemowę opętanego. Po wyrzuceniu złego ducha niemy odzyskał mowę, a tłumy pełne podziwu wołały: Jeszcze się nigdy nic podobnego nie pojawiło w Izraelu! Lecz faryzeusze mówili: Wyrzuca złe duchy mocą ich przywódcy . Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. (Mt 9,32-37)

Musiał być bardzo znany. Cokolwiek ludzie o Nim myśleli, byli świadomi mocy, jaką posiadał. Prorok? Uzdrowiciel? Czarownik? To nie miało znaczenia. Wbrew pozorom, dla tych wszystkich chorych, kalekich, ułomnych i ich rodzi nie miało najmniejszego znaczenia to, czyją mocą i w czyim imieniu Jezus działał – liczyło się to, aby chory odzyskał zdrowie.

Fakt, takiego uzdrowiciela w Izraelu pewnie przed Jezusem jeszcze nie było. Co było ważne, co Go odróżniało od innych? To, że nie tylko leczył ciała, ale i dusze. Mało mówił o grzechu? Mało nawracał? Rozmowa z Samarytanką przy studni, przypowieść o miłosiernym samarytaninie, o bogaczu i łazarzu, o celniku i faryzeuszu – pierwsze z brzegu przykłady, jakie przychodzą mi teraz do głowy. Co więcej – Jezus oskarżany o to, że wyrzuca złe duchy mocą ich władcy potrafił udowodnić (czego w tej ewangelii akurat nie ujęto), że tak nie jest, ale że w Nim właśnie przybliża się do ludzi Boże Królestwo.

Nie jest sztuką, aby uczynić zadość tym najprostszym, najbardziej podstawowym potrzebom ludzkim. Mało jest miliarderów na świecie? Całkiem sporo. Gdyby chcieli, mogli by swoim majątkiem podzielić się z biednymi tak, aby pewnie problem biedy wyeliminować. Ale czy o to chodzi? Chyba bardziej o takie gospodarowanie, takie prawo, pomoc społeczną, świadczenia socjalne i funkcjonowanie gospodarki, aby ludzie sami mieli po prostu możliwość uczciwie zarobić, utrzymać siebie i swoje marzenia. Nie sama marchewka, ale przede wszystkim kij, z którym zainteresowany sam sobie poradzić w poszukiwaniach marchewki. Jezus był wielki tylko przez to, że potrafił uleczyć, wskrzesić – ale Jego prawdziwa wielkość polegała na tym, kim był, i na tym, że nie zatrzymywał się tylko na potrzebach ciała. Szedł dalej, mówił o miłości, o sprawiedliwości, o poszanowaniu ludzi, równości, ofiarności i bezinteresowności. Człowiek w oczach Boga jest spójny – ciało z jego potrzebami, ale także dusza i serce, które mają uzdolnić człowieka do życia nie byle jak, ale po prostu na Boży sposób.

To wezwanie do pracy na żniwie Pana często bywa zawężane tylko do powołania kapłańskiego czy zakonnego. Pewnie – bez kapłanów nie było by Eucharystii, więc żywej i realnej obecności Mesjasza w tabernakulach i na ołtarzach świata. Nie bez powodu Benedykt XVI powołał niedawno Radę ds. Nowej Ewangelizacji. Dzisiaj Kościół i świat to po prostu pole walki dobra ze złem, gdzie sięgać trzeba także po nowe sposoby docierania do ludzi, wygrywania ich dla Boga. Pełno jest miejsc i środowisk, gdzie duchowny jako taki nie wejdzie i nie dotrze nigdy. To jest pole do popisu dla nas, świeckich. Jesteśmy robotnikami, którzy – niestety – najczęściej jak tamci z innej przypowieści skupiają się nie na tym, ile zrobili, ale na kłóceniu się o zapłatę. Tymczasem po prostu trzeba zakasać rękawy i obrabiać ten swój ewangelizacyjny ogródek, tu i teraz, tam gdzie jestem i żyję. Prosząc, aby nigdzie i nikomu nie brakowało tych, którzy zadbają o inne ogródki Kościoła.

Dwie prośby i gorzkie żale o prostactwie

Tak się ciekawie zbiegło – w piątek napisałem o tekstach, które czytane były także we wczorajszą niedzielę. I dobrze, bo chciałem o czymś innym. 
Najpierw prośby. 
 
Za koleżankę z poprzedniej pracy. Dzisiaj widzieliśmy się przez chwilę, trzyma się dzielnie. O co chodzi? Niespełna miesiąc temu zginął jej chłopak. Co więcej, prawie na jej oczach – jechał do niej, słyszała przed domem silnik jego motoru. Został potrącony przez samochód, sprawca uciekł, a biedak zmarł praktycznie jej na rękach. Sporo środków uspokajających, jakoś do pracy chodzi, nadrabia miną… ale wystarczy spojrzeć w jej oczy. Panie Boże – ja w Ciebie wierzę i ta sprawa tego nie zmieni. Ale w takich momentach się zastanawiam. To wszystko ma jakiś sens – w tych sytuacjach, gdy umiera młody człowiek, jest on wyjątkowo mocno ukryty. Ale wierzę, że jest – i że Ty sam będziesz dla niej pokojem serca, który ukoi jej ból.
I za koleżankę z obecnej pracy. Niedługo z nią w pokoju siedzę, obserwuję. Dziewczyna 3 lata po ślubie. Męża jej na oczy nie widziałem. Jakiś miesiąc temu wyprowadziła się, wynajęła mieszkanie i zamieszkała sama. Rozmów kilka wokół tego było – sam delikatnie podpytywałem, widząc jak sytuacja wygląda – i widzę, że nie było spektakularnej zdrady, oszustwa czy czegoś, co (zaznaczam – czysto teoretycznie) usprawiedliwiało by takie posunięcie. Co więcej – zapytana, wprost powiedziała, że miała dość, a samo wyprowadzenie się ma definitywnie zakończyć ich związek i zmotywować właśnie jej męża, aby przestał walczyć. Zgłupiałem. 3 lata po ślubie? Niecałe. Ona go nie zdradziła, on jej też nie. I co? Bo nie pasują do siebie? Widzę, że to nie ma na celu jakiś przemyśleń, a po prostu doprowadzenie do – prawniczo ujmując – trwałego rozkładu pożycia małżeńskiego. Zmobilizowania drugiej strony do pogodzenia się. I za jakiś czas, zrezygnowani – rozwód, i cześć. Najgorsze – niedawno miałem okazję porozmawiać z owej koleżanki bardzo bliską przyjaciółką – która także uważa, że owa osoba popełnia wielki błąd. Więc za nią Cię, Panie Boże, proszę. Mądra dziewczyna, dobry specjalista, sympatyczna – i tak spaprać sobie chce, pokomplikować życie. Niech sobie pomieszkają z dala od siebie, jeśli muszą, ale niech się im to małżeństwo nie rozwala. Sam mówiłeś, że nic nie ma prawa niszczyć miłości przez Ciebie pobłogosławionej – więc ich ratuj. Żeby tego za kilka lat nie żałowali. 
Wczoraj pierwszy raz widziałem na oczy nowego wikariusza w parafii, gdzie niebawem zamieszkamy. Sytuacja dość dziwna – kilka lat (wiekowo i kapłaństwem) starszy od proboszcza, co nie rokuje zbyt dobrej współpracy w takim a nie innym układzie podległości. Ale – w przeciwieństwie do proboszcza (zero pomysłowości, problemy z odpowiednią nawet składnią, brak umiejętności po prostu ładnego mówienia, a co dopiero pomysłów na homilie) i młodego wikarego (kazanie = beznamiętne odczytanie moralistycznie nastawionego tekstu przyniesionego w okładeczce czerwonej) – naprawdę ładny sposób mówienia zaprezentował, ciekawą intonację, umiejętnie stosował intonację. Szkoda, że w tym kościele – beznadziejna akustyka – nie przynosiło to zamierzonego efektu. Bardzo refleksyjnie, ciekawie, inaczej. Miło się go słuchało.
Może ktoś to potraktować jako przysłowiowe gorzkie żale. Trudno, czasami trzeba. Jak proboszcz parafii, niby to na okoliczność odpustu, zabiera się za publiczne dziękowanie osobie, która przez x lat bezinteresownie zajmowała się dekorowaniem kościoła kwiatami, przy czym ta osoba skończyła ową posługę przeszło rok temu – a teraz po prostu złamała rękę osoba obecnie zajmująca się kwiatami i nie ma kto ich układać – to niech mi ktoś powie, że ma to cokolwiek wspólnego z wdzięcznością, i nie ma na celu psychicznego publicznie przymuszenia owej osoby do tego, aby zajęła się ponownie owym dekorowaniem? Tym bardziej, że przed całym kościołem mówi, wręczając kwiaty – niby to podziękowanie za tamto dekorowanie, zakończone przeszło rok temu – coś w stylu bo teraz będziemy potrzebowali pani pomocy. Żenujące, żałosne i po prostu beznadziejne. A facetowi się wydaje, że taki pomysłowy, i że mu taka osoba nie odmówi. No to się zdziwi. 

Boże upodobanie

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,25-30)
Sam Jezus wskazuje w tych słowach na bardzo ważną prawdę, którą – tak samo, jak jest ważna – tak samo często zapominamy i pomijamy. Boże upodobanie – rzeczywistość, której najczęściej nie rozumiemy, która do nas nie dociera i pozostaje niewyjaśniona. Boże upodobanie, które – choć czasami tak niezrozumiałe – nadal jest i będzie wyrazem największej troski Boga Ojca o Jego stworzenie, czyli każdego z nas, mnie i ciebie. Tu nie ma znaczenia, czy nam się to w głowie mieści, czy rozumiemy, czy On się kieruje w danej sytuacji (żadne zbiegi okoliczności – nie ma czegoś takiego!), czy po prostu zgrzytamy zębami, bo kombinowaliśmy w inną stronę, i nie wyszło. Sam Syn Boży dziękuje Bogu Ojcu i sławi Go za to, jak sobie upodobał. Za to, że Boże upodobanie zostało zrealizowane. 
Poza tym, że cały ten tekst jest kolejnym dowodem na istnienie, na dialog pomiędzy poszczególnymi Osobami Trójcy Świętej, Jezus po raz kolejny uwiarygadnia się w oczach ludzkich. Nie jest żadnym samozwańczym prorokiem czy pseudo-mesjaszem. Wszystko, co głosi ludziom, głosi w imieniu Ojca. Wszystkie cuda, jakich dokonuje – dokonuje mocą z wysoka, otrzymaną od Ojca. To nie Jezusowe widzimisię, a wypełnianie konkretnego planu Boga Ojca. Co więcej, wskazuje, iż nie można czcić czy uznać poszczególnych, wybiórczo, Osób Trójcy. Poznanie Boga to poznanie i Ojca, i Syna, i Ducha. Każdy z nich prowadzi do pozostałych. 
Piękna i radosna obietnica zostaje wypowiedziana dalej. Przyjdźcie do Mnie wszyscy. Coś jeszcze w zakresie tego, dla kogo jest Kościół, do kogo kierowana jest Ewangelia, Dobra Nowina? Pewnie pisałem to już milion razy, ale napiszę raz jeszcze. Zbawienie jest dla każdego, i dary Ducha Świętego udzielane przez Kościół tak samo. Jeśli ktoś tego nie chce – Bóg kocha tak bardzo, że pozwala się od siebie odwrócić. Ale to nie żadna zła wola Boga czy Jego mściwość – tylko wolna wola i, tak naprawdę, głupota człowieka. Nic dziwnego jednak, że pusta frustracja ogarnia ludzi, którzy szukają na własną rękę, po czym znajdują nic, albo samo zło. Trudno. Takie doświadczenie czasami jest potrzebne, choćby po to, aby taka osoba zrozumiała, że błądzi, i w ten sposób odnalazła Drogę, Prawdę i Życie. Najgorzej, gdy zamiast tego wpada w dziwną zapalczywość, zamiast wyciągnąć wniosków, i zwalcza wiarę – zupełnie bez sensu – jeszcze bardziej. 
No właśnie. Skoro Jezus wskazuje jako wzory cnotę cichości i pokory – to na pewno nie tamtędy droga. Boża gorliwość i zapał to jedno, ale bez przesady. Lepiej spożytkować je na noszenie brzemion. Ważne – swoich przede wszystkim, bo bardzo często i głośno można zobaczyć takich, co to w świetle fleszy, w gąszczu mikrofonów czy w najpoczytniejszych tytułach prasowych moralizują o innych, stawiają tezy i diagnozy odnośnie wad i brzemion innych. A własne? No nic dziwnego, że przy takim podejściu dla nich się już nie ma czasu. My mamy brać – i swoje, i innych – jarzmo, ale na siebie, a nie rozgadywać o słabościach innych. To zdecydowanie trudniejsze, bardziej mozolne i czasochłonne. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. 
Ale warto. Tylko w ten sposób wiem, że walczę po właściwej stronie. I o to, co najważniejsze.

Wywracanie łódek na własne życzenie

Gdy wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy! A On im rzekł: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne? (Mt 8,23-27)

W tym tekście uderza kilka rzeczy.

To, co dobre – uczniowie idą za Jezusem, i nie zastanawiają się nad konsekwencjami. Wielu z nich było rybakami, na pewno umieli przewidzieć burzę, zauważyć na niebie i w powietrzu jej symptomy. To ta dobra część obrazka ewangelicznego, pozytywna. Człowiek nigdy nie zginie, jeśli zawierzy Bogu i podąża po Jego śladach. Gubimy się, giniemy na różne sposoby i niszczymy siebie wtedy, gdy Bogu pokazujemy… plecy i idziemy swoją drogą. Bo najczęściej niestety okazuje się, że nie jest to droga dobra, choć wąska, a droga łatwa, ładna, zachęcająca – choć prowadząca zupełnie gdzie indziej niż byśmy się chcieli znaleźć. 
Jest także to, co mniej właściwe, co dowodzi ludzkiej słabości. Ta bardziej nasza, ludzka natura. Zaczyna się burza, i ci sami rybacy po prostu truchleją, boją się, przewidując najgorsze – utonięcie. Nikt nie zwraca uwagi na postawę Jezusa – po prostu śpi. Nie widzi problemu, przechodzi nad nim do porządku dziennego. Tak? Chyba jednak nie. Po prostu wie, że dla Niego to nie jest problem. Ludzie nie mogą znieść tego stoickiego spokoju, więc Go budzą. Sytuacja wydaje się dość dziwna – oni, rzekomo wierzący w Niego jako Pana i Boga, w Jego obecności panicznie się boją i proszą o uchronienie przed śmiercią. Mimo, że wszyscy razem – On i oni – są w tej samej łódce, na środku tego samego jeziora, w tej samej burzy. 
Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? To pytanie także do mnie. Strach bez Boga, obawy człowieka który Boga odtrącił – ok, zrozumiałe. Ale strach człowieka, który to – jak tamci – dosłownie siedzi z Bogiem w jednej łodzi, czy – jak wierzący także dzisiaj – z Bogiem stara się iść przez życie, wsłuchując się w Jego głos, kierując się wartościami, jakich ten Bóg nauczał? Na taki strach nie ma miejsca. On po prostu nie ma sensu. Z Bogiem żadna burza ani żaden sztorm nie są straszne. 
To my sami jesteśmy mistrzami w wywracaniu łódek swojego życia. I najczęściej nie ma co próbować zrzucić winę – a to na pogodę, a to na niekorzystny zbieg okoliczności, itp. To tak, jak podczas kursu na patent żeglarski – ćwiczy się także wypłynięcie łódką, kontrolowany przewrot, a potem postawienie z powrotem łodzi. Dobry żeglarz musi to umieć. A każdy człowiek – dobry czy zły, wierzący czy nie – powinien wiedzieć, że Bóg jeszcze nigdy nie odmówił komukolwiek pomocy, gdy jego łódka – pierwszy, drugi, dziesiąty – raz z rzędu się wywaliła. Albo gdy człowiekowi taka wywrotka groziła. Trzeba tylko wyciągnąć rękę i uwierzyć, że On jest rozwiązaniem.

Twórcze tracenie

Jezus powiedział do apostołów: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka, jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego, jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma. Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody. (Mt 10,37-42)
Dziwne te słowa. Wymagające. No tak, znowu. Tak, znowu. Boimy się, gdy ktoś od nas zbyt wiele – albo w ogóle cokolwiek – wymaga. Faktycznie, często słowa Jezusa mają drugie dno – czy jednak nie jest tak, że zbyt łatwo sięgamy po nie, szukamy go? Bezpieczna przenośnia, asekuracja, coś co pozwoli się usprawiedliwić. 
Jedno trzeba powiedzieć jasno – Jezus nigdy nie wzywa do czegoś, co ma zniszczyć (chyba że zło, grzechy, słabości), ale do twórczego działania. Tak jest i w tym przypadku. Jeśli człowiek zatrzyma się tylko na miłości drugiej osoby – małżonka, dziecka, rodzica – to łatwo może wytłumaczyć przed swoim sumieniem, a później tłumaczyć przed Bogiem, że właściwie ta miłość do Niego nie jest potrzebna. Tylko jak to ma być wszystko spójne, gdy w innym miejscu jest napisane, że miłość Boga jest wzorem każdej miłości? (na marginesie – pięknie o tym słyszeliśmy na ślubie szwagierki – dzięki za modlitwę – w jednej z prefacji na msze z udzieleniem sakramentu małżeństwa) 
Pan Bóg dał nam tyle, ile dał, takie spektrum sił i możliwości, abyśmy je wykorzystywali w sposób twórczy, a nie marnowali. Co więcej – to twórcze wykorzystanie to nic innego, jak właśnie… tracenie z powodu Jezusa. Tak jak miłość – mnoży się przez dzielenie – tak i my mamy rozdawać to, co dobre, co piękne i wartościowe, aby tym samym ubogacać nie tylko siebie, ale i innych. Szkoda czasu na marazm, bylejakość, tkwienie w miejscu. Jak to mówią – zdolności nie wykorzystywane zanikają. Z talentami też tak bywa – a każdy z nas ma ich sporo, czy to widzi, czy nie. Bóg po prostu wzywa nas do odwagi podjęcia ryzyka zrobienia czegoś, co może się wydawać niezrozumiałe, dziwne albo nawet bezsensowne.
Mamy kochać i rodziców, rodzeństwo, małżonka, dzieci. Tu nie ma żadnej sprzeczności. Bóg zwraca uwagę na kolejność, na hierarchię. Kochasz sensownie i naprawdę pięknie – gdy ta miłość do człowieka czerpie i pochodzi z miłości Boga do ciebie. Wtedy można mówić o miłości, a nie o zakochaniu czy zauroczeniu jakimś (nie są złe – są etapami, które człowiek przechodzi na drodze do miłości; i dramatem, kiedy ktoś myli je z miłością, i pod ich wpływem zawiera małżeństwo). Jesteśmy i mamy być godni Boga, gdy pamiętamy o Nim także – a może przede wszystkim – w kontekście naszej miłości do drugiego człowieka. 
Życie tracimy bardzo często – nie dosłownie, ale prawie. Nieświadomie – używki, uzależnienia, błędne decyzje, zapalczywość, upór, głupota. Bardziej świadomie – gdy ten cały brud, syf i rozpacz nas dopadają, gdy uświadamiamy sobie, w jakim bagienku tkwimy, gdy przytłacza ilość bezsensownych decyzji, krzywdzących wypowiedzianych słów i nieprzemyślanych gestów. Wtedy nie wolno się poddać – choć to najprostsze wyjście. Można się obrazić – na świat, ludzi, Boga jako głównego winowajcę wszelkiego zła 🙂 – zabrać zabawki i sobie pójść. Można się zaprzeć, spróbować nie wszystko stracić pod Bożą kontrolą, i podjąć ryzyko wprowadzenia zmian. Bardzo łatwo obrazuje to sytuacja spółki, której grozi bankructwo – można ją rozłożyć zupełnie, można podjąć postępowanie naprawcze i wyjść na prostą. 
To nie jest tak, że Bóg tu coś zawinił. No może tyle, że nie chce ze mnie rezygnować, mimo kolejnych głupot z mojej strony. Tak to wygląda właśnie. To jest jedyna Boża wina. O ile by miał mniej roboty, gdyby postawił kreskę na tych, którzy z uporem maniaka wracają do grzechu… czyli praktycznie wszystkich, a na pewno większości. On tylko czasem zasadzi kopa, kiedy sami staczamy się po równi pochyłej. Po co? Bo bez niego byśmy się zakopali być może po uszy – a tak, kop pomaga otrzeźwieć, spojrzeć sensowniej na całość. I podjąć tę trudną decyzję – walczę, straciłem wiele, ale mam siłę i dwie ręce, dam radę.

Są tacy, którzy tracą życie z powodu Boga – nie ominie ich nagroda. Tak, to jest pewnego rodzaju wyrachowanie – ale w tym jednym wypadku, Bożej kalkulacji, człowiek się nie przejedzie i nie zawiedzie. Kiedy kombinujemy po ludzku – zamiast zyskiwać, tracimy; życie też. Dlatego Bóg przed tym przestrzega. Można zapytać – ale skoro kombinowanie jest złe, to czemu kombinowanie po Bożemu jest w porządku? A no temu, że to kombinowanie de facto przestaje być kombinowaniem, a staje się twórczym przewartościowywaniem, porządkowaniem człowieka. Może i na początku są jakieś kalkulacje, partykularne interesy i chęć zysku – ale na końcu, gdy w tym wszystkim jest Bóg, okazuje się, że to On sam we mnie posprzątał. I, choć moje kalkulacje w łeb wzięły, wyszedłem na tym tak, że lepiej nie mogłem. Z Bogiem nigdy nie stracisz.

Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo…

Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Rzekł mu Jezus: Przyjdę i uzdrowię go. Lecz setnik odpowiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Chodź tu! – a przychodzi; a słudze: Zrób to! – a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim. A synowie królestwa zostaną wyrzuceni na zewnątrz – w ciemność; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Do setnika zaś Jezus rzekł: Idź, niech ci się stanie, jak uwierzyłeś. I o tej godzinie jego sługa odzyskał zdrowie. Gdy Jezus przyszedł do domu Piotra, ujrzał jego teściową, leżącą w gorączce. Ujął ją za rękę, a gorączka ją opuściła. Wstała i usługiwała Mu. Z nastaniem wieczora przyprowadzono Mu wielu opętanych. On słowem wypędził złe duchy i wszystkich chorych uzdrowił. Tak oto spełniło się słowo proroka Izajasza: On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby. (Mt 8,5-17)
O czym są te słowa, ten tekst? O wierze. Tej prawdziwej. Może to zabrzmi (za) mocno, ale uważam, że to żadna sztuka uwierzyć w sytuacji, gdy coś się dokonuje na twoich oczach. O, na przykład taki mój jeden z ulubionych obrazków, przykład przerostu formy nad treścią, gdy w Ogrodzie Oliwnym Piotr ucina ucho żołnierzowi Malchusowi. Jezus piętnuje zapalczywość Kefasa, podchodzi do rannego – i nagle jego ucho jest zdrowe. I weź tu, człowieku, nie uwierz Temu, kto coś takiego dokonał. To nie było by już nawet niedowiarstwo, ale głupi upór. Widzisz, nie potrafisz tego wytłumaczyć po ludzku – więc?
Ten z kolei obrazek dzisiejszy, a właściwie jutrzejszy, jest o tyle piękny, że to jeden z nieewielu przypadku, dowodów na to, że w Jezusa wierzyli nie tylko ci malutcy, ubodzy, uciemiężeni, ale także, nazwijmy to, władza. Co więcej – ten tutaj był dobrym człowiekiem. Z kontekstu można wywnioskować, że nie był dla niego problemem sam tylko fakt tego, że sługa chory = bezużyteczny, generuje koszty a nie ma z niego pożytku. Gdy przyszedł prosić o pomoc, nie tylko opisał dolegliwość, ale w pewnym sensie użalił się nad chorym – bardzo cierpi. Troszczył się o niego, chciał mu pomóc, choć pewnie znane medykamenty nie zdziałały wiele. 
Postąpił bardziej niż słusznie. Jak to się mówi, jak trwoga to do Boga – ludzie zwracają się do Pana zwykle w sytuacjach ewidentnie podbramkowych, pomimo tego, że w codzienności potrafią Go ignorować całymi latami, udawać że Go nie ma, lekceważyć przykazania. Co dziwniejsze – nawet gdy modlitwa wydaje się być ostatnią deską ratunku, ludzie potrafią zamiast uklęknąć, zgiąć kark i prosić, po prostu Bogu… złorzeczyć. Że niby winien temu dramatowi, który ich dotyka. Setnik we właściwym momencie przyszedł do Tego, który pewnie jako jedyny mógł naprawdę zaradzić problemowi sługi. 
Nie ma znaczenia, skąd wiedział o Jezusie. Wierzył, że to właśnie On mu pomoże. Wiedział o tym, czuł to w sercu. Co więcej, był tak pewny Jego mocy, że nie chciał Pana fatygować, aby szedł z nim do chorego. Świadomy własnej władzy nad powierzonymi mu żołnierzami, zdawał sobie sprawę z tego, o ile więcej może człowiek, przed którym stanął. Sam Jezus zaproponował, że pójdzie i uzdrowi – setnik jednak odmówił. Wierzył tak, że wystarczyło tylko słowo, znak władzy Jezusa i woli wykorzystania jej w tym konkretnym wypadku, w ten konkretny sposób – żeby uleczyć sparaliżowanego. Tutaj żadne gesty nie były potrzebne. 
Ta wypowiedź następna, słowa uznania dla wiary setnika, to też gorzka prawda o Narodzie Wybranym. Narodzie, który idąc właściwą drogą, nie odkrył, nie zauważył na niej Tego, na kogo naprawdę czekał i którego poszukiwał. Wiara jest darem, na który żaden naród, grupa etniczna czy jakakolwiek zamknięta wspólnota nie ma wyłączności. Bóg przychodzi do każdego, jeśli tylko ta osoba pragnie Go przyjąć. Uprzedzenia i obiekcje to nasza, ludzka, domena.

Nawiązując do wczorajszego Bożego Ciała – nie jesteś godzien? To masz konfesjonał w każdym kościele. Słaba wymówka, właściwie to żadna, żeby odmówić Bogu zapraszającego do stołu Eucharystii. U setnika to była skromność – u nas najczęściej po prostu wykręt. Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo… Panie, uczyń mnie godnym. Bo chcę przyjść. Bo tego potrzebuję.

Prośba mała – jutro szwagierka wychodzi za mąż. Na pewno będzie wdzięczna za modlitwę.

Kroki na piasku za Chlebem Życia

Jezus powiedział do Żydów: Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata. Sprzeczali się więc między sobą Żydzi mówiąc: Jak On może nam dać /swoje/ ciało do spożycia? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. (J 6,51-58)
W takim dniu, jak ten – w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej – warto zwrócić uwagę na pierwsze z czytań, ze ST. To słowa napomnienia, jakie Mojżesz kieruje do Narodu Wybranego, aby nie zapomniał on o wędrówce i drodze, jaką Bóg przeprowadził ich z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Tak po prawdzie, gdy spojrzeć na mapę – generalnie nawet przy marszu pieszo, mogli ją przebyć w pewnie 3-4 miesiące, wzdłuż morza, mając pod dostatkiem wody i pokarmu. Wędrowali jednak bite 40 lat. Dlaczego? Taki był Boży zamysł. 
Nie żadne widzimisię. Taką drogę musiało przejść serce każdego z Izraelitów – wyjść na pustynię, pozbyć się wszystkiego, co sztuczne i udawane, zmierzyć się z trudnościami, walczyć o przetrwanie, stawi czoło niebezpieczeństwom. Do obiecanego kraju prowadzi droga pełna wybojów, utrudnień i zagrożeń. Aby rozpoznać wielkie i naprawdę ważne wartości, trzeba przebyć trudną drogę, która człowieka ogołaca z wszelkich masek, strojów i póz, aż w końcu stajemy się prawdziwi i autentyczni. Dopiero wtedy możemy rozmawiać z Bogiem. Przed Nim nie ma sensu udawanie – On widzi wszystko i wszystkich takimi, jacy są. Wszystkie problemy tych, którzy przed Bogiem grają polegają na braku szczerości i autentyczności właśnie – bo jak miałby wyglądać dialog, jakikolwiek, gdy jedna ze stron jest szczera, a druga udaje?
My dzisiaj też wędrujemy, i to czasem nawet dłużej niż tamci Izraelici. Niektórzy potrzebują całego życia, aby odnaleźć się w relacji z Bogiem, zrozumieć co jest ważne i warte poświęcenia czasu i sił. A nawet, gdy nie próbujemy grać, wodzić Boga za nos i kombinować, to coś w tym naszym codziennym wędrowaniu z pustyni jest. Jedno na pewno – nie jesteśmy w tej wędrówce pozostawieni samym sobie. Pan jest tuż obok; kiedy się dobrze przyjrzeć – widać na piasku Jego kroki (jak mówi pewna opowieść – gdy człowiek widzi za sobą tylko jedne ślady stóp, to nie znaczy, że idzie sam, ale że opadł już tak z sił, że to Bóg go niesie na ramionach, i to Jego ślady widać). Czym jest ta pustynia? Czasami to uzależnienie, nieczułość, egoizm, brak szczerości, zdrada małżeńska, przestępstwo. Ilu ludzi – tyle pustyń. Dowcip i sztuka polegają na tym, że z pustyni można wyjść cało tylko ryzykując i zawierzając Bogu. Z Nim wyjście jest bliżej niż dalej.
Ile już lat tak wędrujesz po pustyni swojego życia za tym Chlebem żywym, który zstąpił z nieba? A może tak naprawdę to tylko wolę tej wędrówki deklarujesz, a idziesz będąc sam sobie panem i tylko sobie znanymi ścieżkami? Ale to w ogóle nie ma sensu. Niewiele jest fragmentów, gdzie Jezus tak dobitnie i jednoznacznie się wypowiada – tylko tak, a nie inaczej. Kto spożywa TEN chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który JA dam, jest moje ciało za życie świata. Bierzcie i jedzcie, TO jest Ciało moje Żaden inny pokarm, żaden innych chleb, choćby najpiękniej wyglądał i kusząco pachniał. Ten chleb, który staje się Ciałem na ołtarzu. 
Tu nie ma miejsca i czasu na zastanawianie się – a jak to możliwe? Tak, po ludzku to niemożliwe. Ale od 2000 lat dokonuje się w tylu tysiącach czy milionach świątyń, codziennie, o każdej porze dnia. Ludzie przychodzą i karmią się, aby mieć życie w sobie – nie tylko tutaj, namacalnie, po ludzku, ale mieć w sobie życie, które wraz z ludzkim życiem się nie skończy; życie, które raz rozpoczęte, zaistniałe w czasie, nie ma końca. To jest ta obietnica. Obietnica Jezusowego Ciała i Jego Krwi. Bóg, który trwa na ołtarzach świata, aby mógł umacniać serca ludzkie do ciągłej walki z pustynią. 
Niektórzy mówią, że kolęda – wizyta duszpasterska – to jedyna w ciągu roku okazja, aby większość rodzin zgromadziła się na wspólnej modlitwie. Przykre, ale chyba coraz częściej prawdziwe. A dzisiaj, Boże Ciało, to pewnie jedyny dzień i jedyna okazja w roku, aby swoją wiarę w Jezusa Eucharystycznego, tę największą tajemnicę naszej wiary, wyznać naprawdę otwarcie. Oczywiście, mam nadzieję, że ją wyznajemy co tydzień podczas niedzielnej Eucharystii (niektórzy pewnie częściej), gromadząc się w kościołach. Dzisiaj Jezus we własnej Osobie, pod postacią Chleba, wychodzi na ulice miast i wsi do ludzi, którzy sami nie chcą przyjść do Niego. Trudno o piękniejsze świadectwo i wyznanie wiary, niż po prostu pójście właśnie za Nim. 
Z Nim i tylko z Nim pustynia naszego życia pięknieje, staje się mniej uciążliwa. A może takie spotkanie – przychodzący Pan i ja – to wreszcie początek drogi w dobrym kierunku, kroczenia tam, dokąd chciałbym bardzo dojść, ale nigdy nie wiedziałem, jak się za to zabrać? Chleb Życia wychodzi na ulice właśnie dla ciebie.

Z ludzi wzięci, dla ludzi posłani

Pan Bóg ciekawie prowadzi po swoich drogach. Wczoraj, zupełnie przypadkiem, wpadłem w rodzinnej parafii na mszę wieczorną. Ot, załatwiałem pewną sprawę nieopodal, i – na dobieg – ale zdążyłem, rzutem na taśmę. Z uwagi na ilość zajęć dawno już nie miałem okazji być na Mszy w tygodniu – tym lepiej.
Patrzę – pełno księży. Co się okazało? Rocznica – dość komiczna liczba – święceń, no i się prawie cały rocznik zjechał (2 za granicą – jeden misjonarz, jeden ekskardynowany do diecezji niemieckiej). Mieszanka dość ciekawa. Najmłodszy prałat w diecezji, specjalista od walki z sektami, ojciec duchowny seminarium, duszpasterze młodzieży, hokeiści i kajakarze. Co ciekawe – jeden z nich, do tego parafianin nasz, świętujący tego dnia 50 urodziny (powiedzmy, mocno spóźnione powołanie). 

Ostatni powiedział bardzo fajne kazanie. Mówił o kapłaństwie, o wdzięczności za ten dar. Powiedział wprost, że rozumie, że ludzie czasami krzywo patrzą na księży, bo niektórzy z nich nie dają dobrego przykładu. Opowiadał o swoim dziecięcym zauroczeniu kapłanami – tym, że uważał ich za takich świętych, prawie nadludzi. A przecież kapłani to ludzi – z ludzi wzięci, dla ludzi posłani. Zwykli, słabi, grzeszni, upadający. Normalni, aż do bólu. Nie jacyś supermeni, z których święcenia zrobiły herosów. Ludzie, którzy dość wyjątkową drogą idą – jak my – ku Królestwu Bożemu, tylko że mają nieco inną rolę. Co ważne, nie tylko rola ta sprowadza się do nauczania – bo wiele znaczy sam przykład życia, być może nawet więcej niż słowa. 

Padły bardzo mądre słowa – że ludzie mają takich kapłanów, jak się o nich modlą. Bóg słucha – ale trzeba go poprosić. A że się często nie modlą – to jest, jak jest. Co ważne – kapłani nie są gdzieś oderwani od rzeczywistości, wiszący pomiędzy niebem a ziemią. Kościół to wspólnota i kapłaństwo sprowadza się do bycia w tej wspólnocie, stanowienia jej razem z wiernymi. Ujął to tak – jak ksiądz byłby sam, to co by robił? Sam do siebie gadał? Sam siebie spowiadał? No nie. To by było bez sensu. 
Czerwiec to czas, gdy Kościół w swoich diecezjach wzbogaca się o nowych diakonów i prezbiterów, którzy przyjmują święcenia. Warto szczególnie w tym czasie pamiętać o nich – tych nowych, i tych już od wielu lat wśród nas pracujących. Aby Bóg darzył ich zdrowiem, siłami, swoim światłem i radością z posługiwania. Aby owocnie przybliżali Boga ludziom i prowadzili ludzi do Boga.

Odrębność, która nie oddala – a łączy

Jezus powiedział do Nikodema: Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. (J 3,16-18)
Ktoś pięknie powiedział – Trójca Święta to takie równanie, które nijak się ma do zasad matematycznych – bo 1 + 1 + 1 = … 1. Bóg w trzech Osobach pozostaje wciąż Jednym, jedynym i tym samym Bogiem. Coś tajemniczego i niezgłębionego, a zarazem w głębi serca bliskiego. Odrębność osób, która nie oddala ich od siebie; bliskość, która szanuje różnice; miłość doskonała – taki jest Bóg w niepojętej wieczności. Bóg w trzech Osobach. Miłujący Ojciec, który posyła Syna dla zbawienia świata, a potem – za Nim – Ducha Świętego, który ma rozbudzić wiarę w to życie wieczne, wysłużone na krzyżu przez Syna.
Tak samo jest z człowiekiem – jak Trójca Święta między sobą współpracuje w tym samym dziele, tak samo człowiek musi zacząć współpracować z Bogiem, aby jego życie nabrało sensu. My nic nie możemy – poza tym, że możemy uwierzyć. To jest to, co możemy dać od siebie, ten nasz wkład, który jest konieczny. Bóg wskazuje kierunek, a ja mam po prostu w tym kierunku pójść. Tylko tyle? Niby tak. Więc czemu tak wiele osób zawsze postępuje inaczej, rzekomo idąc pod prąd? Prawdziwe pójście pod prąd to właśnie chrześcijaństwo – bo nie po to, żeby komuś coś pokazać, wylansować siebie, ale po to, aby nie bacząc na idiotyzmy i pokusy świata, nie stracić punktu odniesienia i się nie pogubić. 
Może ktoś powie, że się powtarzam – trudno – ale tu największa rola należy do Bożego Duszka. On teraz działa. Nie ma wiary bez Niego – i tylko z Nim można naprawdę szczerze wyznać wiarę, ponieważ do Jezusa zawsze On prowadzi, nawet gdy ten, którego prowadzą, nie zdaje sobie z tego sprawy. Można to nazwać przeczuciem, instynktem, szóstym (czy którymś tam…) zmysłem – jak kto woli. To Jego powiew, Jego tchnienie. Tego najbardziej aktywnego, choć może często pomijanego (Ojciec – mądry starzec; Syn – pełen werwy młodzieniec; a Duch? gołąbek…) z Trójcy Świętej. My tego nie doceniamy, że Bóg jest tak blisko, i do tego w trzech Osobach. Naród Wybrany, wydaje mi się, był w gorszej sytuacji. Dla niego dowodem na obecność i opiekę Boga były 2 kamienne tablice z 10 przykazaniami. Bóg konkretny tak, że bardziej się nie da.
Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego akurat ten fragment Ewangelii czytany jest w uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Chyba innej odpowiedzi nie ma – Bóg znowu chce pokazać, jaki by nie był, jedna czy trzy Osoby, że Jego definicja sprowadza się do miłości. Aby miłować, kochać – trzeba mieć drugą osobę. Bóg stworzył ludzi, bo chciał się podzielić miłością, jaką ma w sobie. To jest wzór dla nas – bo tak samo my mamy siebie nawzajem kochać. Nie aby zginąć – ale by żyć. Nie, aby zostać potępionym – ale by osiągnąć zbawienie. W Bogu, który jak na obrazie Rublowa, siedzi w swoich trzech Osobach przy stole – zgadnij, dla kogo jest to wolne miejsce?