Spacer z Żywym Bogiem

Przedwczoraj było Boże Ciało – uroczystość, której pełnej nazwy pewnie większość katolików nie potrafi podać (uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej), i z którą pewnie prawie tyle samo osób ma jakiś dziwny problem. 
 
 
Najpierw oczywiście problem mają ci, którzy z Kościołem nic wspólnego nie mają. Bo jak, zawłaszczanie przestrzeni publicznej, narzucanie się, wchodzenie ludziom z butami (no właśnie, gdzie?), tamowanie ruchu na ulicach itp. Bełkot, innymi słowy. Potem problem mają wszyscy ci, dla których każdy pretekst jest dobry, aby do kościoła nie iść – a odwrotnie, każdy powód, żeby do niego iść, stanowi właśnie problem: znowu? przecież dzisiaj nie niedziela; co? nie dość, że msza, to jeszcze takie ok. dwugodzinne łażenie, na dodatek ze śpiewem i klękaniem byle gdzie po drodze? 
W tym dniu ucieka bardzo ważna perspektywa – podobieństwo tej procesji do naszej własnej drogi. Bo czym innym jest nasze życie? Droga – ku Niemu dokładnie. Nawet tak samo. Z tym wszystkim, co On pozostawił – a de facto za Nim – i jednocześnie ku Niemu jako Temu, który u końca mojej wędrówki oczekuje mnie z otwartymi ramionami. A przy tym nie jestem pępkiem świata – dla Boga jest bardzo ważne, że w tej drodze nie jesteśmy sami, jesteśmy nawzajem sobie dani i zadani, stąd taka mieszanina ludzi bardzo pięknie oddaje złożoność i różnorodność tych, których Bóg umiłował (szkoda, że On kocha wszystkich, a nie każdy potrafi iść za Nim). Bogaci i biedni, zdrowi i chorzy, młodzi i starzy, obdarzeni przeróżnymi darami i talentami. Razem z Tym, który nas zbawił.
To nie jest tak, że realna obecność Jezusa w Eucharystii jest dla każdego czymś oczywistym. Ja akurat mogę powiedzieć – w tym zakresie nie miałem wątpliwości; żadna przechwałka, tak po prostu się złożyła (mam ich dużo w innych sprawach…). Stąd też historia Kościoła mówi o wielu cudach, które Bóg czynił właśnie, kiedy brakowało wiary. I być może dla wielu ludzi taka czwartkowa procesja to okazja, aby szli za Nim i prosili: pozwól, pomóż uwierzyć. A teraz oktawa – okazja, aby w mniejszym wymiarze iść dalej za Nim. Chcę uwierzyć, chcę Ci zaufać – pomóż mi w tym, wskaż drogę, daj znak. Ja mam te swoje wątpliwości, ale idę za Tobą. Takie moje własne niedowiarstwo, ale któremu nie chcę się poddać.
Bóg nie jest jakimś oderwanym od rzeczywistości bożkiem, który wymaga absurdalnych ofiar czy dziwnych gestów. On w tej naszej pielgrzymce wychodzi – namacalnie jakby potwierdzając słowa papieża Franciszka: Kościół musi wyjść z prezbiterium do człowieka, i szukać Go. Bóg w Chlebie Żywym wychodzi więc w monstrancji i idzie tam, gdzie człowieka znaleźć najłatwiej – do jego, mojej i twojej, codzienności, na nasze osiedla, ulice, pod nasze okna i domy.
Wiem to po sobie – nawet jakby trochę nieświadomy udział w takiej procesji potrafi stać się naprawdę głębokim doświadczeniem duchowym. Jeżeli tylko uwierzysz i oddasz się Temu, który idzie na jej czele. Tak naprawdę z niewielkimi wyjątkami (Msze dla mężczyzn – kolejna świetna inicjatywa krakowska o. Grzegorza Kramera SI – zazdraszczam…) to jest jedyna okazja w roku, aby z Panem Jezusem wyjść na ulicę i po prostu dać świadectwo: Temu ufam, za Tym idę, tylko On zna i jest tą właściwą drogą. Warto to wykorzystać. 

Dywagowanie

To może zabrzmi trochę jak herezja, ale jednak…
Wydaje mi się, a może nawet jestem pewien – nie da się zgłębić prawdy o Trójcy Świętej. Próba ogarnięcia Boga – a Trójca to przecież Jego natura, ta sama rzeczywistość – to, jak powiedział bodajże Augustyn, mniej więcej tak nierealne założenie, jak próba przelania wody z morza do dołka wykopanego przez dziecko. I to się nie uda, i tamto. Co nie zmienia faktu, iż pewnie jest sporo mądrych głów – teologów – którzy tę materię zgłębiają przez całe życie, piszą mądre traktaty, wykładają, dyskutują, spierają się. 
A Bogu to chyba nijak nie jest potrzebne. 
Jemu nie zależy na rozkładaniu Jego samego na części pierwsze, dywagowaniu. On po prostu jest i wyciąga rękę, zawsze ten sam i tak samo kochający. Trójca Święta to taka rzeczywistość, która z każdej strony człowieka przerasta – a jednocześnie pozwala człowiekowi urosnąć nie wtedy, kiedy ją zrozumie (bo nie ma jak), ale wtedy, kiedy w tę Trójcę uwierzy i Jej właśnie zawierzy. Dlatego, zamiast się zastanawiać nad tym, co niezgłębialne, może lepiej i sensowniej po prostu pomodlić się – czy to do Boga Ojca, Syna Bożego czy Ducha Świętego. Za siebie (żaden to egoizm), za najbliższych, za tego który doprowadza do przysłowiowej szewskiej pasji w szkole, na uczelni, w pracy, a nawet za jakąś przypadkową osobę; poprosić czy podziękować. Ale chcieć Bogu podarować to swoje życie, tę codzienność – i powiedzieć Mu, że On jest tak ważny, bez względu na to jak by tę Trójcę nie opisywać, że chcę, aby On moją rzeczywistość swoją Bożą rzeczywistością przenikał i napełniał, nadając mojemu życiu sens i błogosławiąc mi. 
Bóg w Trójcy Świętej to nie taki trójkącik z okiem, albo dziwaczna rodzinka w osobach staruszka z brodą, młodszego z brodą i jakiegoś (o co chodzi?) gołębia między nimi. Ten Bóg to miłość bez końca, która zawsze tak samo wychodzi do człowieka, kocha bezwarunkowo, bez względu na wszystko, z całym moim bagażem grzechów i syfu wokół mnie, mojego nieuporządkowania i zachcianek. I może najlepszym sposobem na to, aby na tę Jego miłość odpowiedzieć – jest miłować, tak szczerze i autentycznie? Nie zawsze lubić, ale miłować – tak jak to mówi Ewangelia o Bogu, który umiłował świat: On nas, a my to umiłowanie mamy ponieść dalej, i dzieląc się nim, tę miłość pomnażać. 
Bóg, który w szaleństwie miłości ofiarował za człowieka swojego Syna, i pozwolił, aby ludzie Go zabili, zaprasza dzisiaj do zanurzenia się w tej miłości. To wystarczy. Tam Go poznamy. 

Poskromiciel zamętu

Czasami lepiej od własnych wypocin zacytować kogoś mądrzejszego. Kimś takim na pewno jest w kontekście mojej osoby Roman Brandstaetter. Stąd w kontekście Pięćdziesiątnicy przytaczam jego autorską Litanię do Ducha Świętego.
Spójrz,
Duchu Święty,
Na ludzi idących przed siebie
Drogą nieskończonego Postępu,
Na mędrców,
Którzy ulepili golema
Na własne podobieństwo
I na własną zgubę.

Spójrz,
Duchu Święty,
Na rozpad atomu,
Na rozpad moralności,
Na rozpad ładu,
Na rozpad porządku,
Na rozpad sztuki,
Na rozpad cywilizacji,
Na rozpad słów,
Na rozpad prawa,
Na rozpad harmonii,
Na rozpad rozsądku,
Na rozpad logiki,
Na rozpad wszystkich wartości.

Z głębokości wołamy do Ciebie,
Duchu Święty,
Albowiem jesteśmy bezwolnym narzędziem
W rękach naszych lekkomyślnych dzieł.

Jesteśmy jak ci, którzy nie wiedzą, co czynią.

Zstąp
Na ziemię samounicestwienia,
Na rakowate miasta i wsie,
Na trędowate domy,
Na zatrute zboża, ogrody i sady,
Na martwe rzeki i morza,
I krąż nad nami,
Ludźmi chaosu,
Kłamstwa
I obłędu.
Krąż,
Jak ongiś krążyłeś w genezyjskim locie
Nad chaosem niepokornych żywiołów.

Krąż nad nami,
Poskromicielu zamętu,
Nad pobojowiskiem naszych klęsk,
Nad rzeźnią tego świata,
Nad śmietnikami pełnymi
Nie donoszonych płodów,
Nad ziemią cuchnącą swądem palonych ciał,
Nad górami atomowych odpadków
I wybaw nas od głupoty udającej mądrość,
Od kłamstwa udającego prawdę,
Od ślepoty udającej dalekowzroczność,
Od chamstwa udającego obrażoną godność,
Od fanatyzmu udającego wiarę,
Od brudu udającego czystość,
Od nienawiści udającej miłość,
Od niewoli udającej wolność,
Od obłudy udającej szczerość,
Od pychy udającej pokorę,
Od warcholstwa udającego odwagę,
Od szatana, który mówiąc 'nie’,
Myśli 'tak’,
A mówiąc 'tak’,
Myśli 'nie’.

Przybywaj, Duchu Święty,
Wielousty,
I otwórz nasze głuche uszy,
Wołający Płomieniu!

Przybywaj
Z wnętrza wieczności wiejący wichrze,
Który nigdy nie burzysz
I nigdy nie niszczysz,
I nigdy nie łamiesz,
Który chwiejne – umacniasz,
Stare – odnawiasz,
Martwe – ożywiasz,
Starte z powierzchni ziemi – budujesz od podstaw,
Stworzycielu,
Wywołujący z kości i popiołów –
Ludzi zmartwychwstałych i przemienionych,
Z pomordowanych ludów – żywe ludy,
Wszechświat – z nicości,
Istnienie – z nieistnienia,
Źródło – z pustyni,
Wszystko – z niczego,
Ojcze Pisma Świętego,
Wichrze wiejący z wnętrza wieczności!
Daj nam słuch doskonały,
Abyśmy wśród niezliczonych wezwań i nawoływań,
Które nas nawiedzają
We wszelkim czasie i miejscu,
Umieli rozpoznać
Twój Głos, Muzyko Mądrości,
Zrodzona z Ojca i Syna,
Trójdźwięczna!

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują ze studni
Pasterze
W porę pojenia owiec.

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują z grobów
Aniołowie Twojego Oblicza,
Mocarzu,
Burzo niedocieczona,
Odwalająca kamienie!

A potem twórz nas,
Otwartych,
Słyszących
I słuchających.
Twórz nas codziennie od nowa,
Czujny Strażniku naszych uszu,
Abyśmy nieustannie odnawiani
I odradzani,
I tworzeni,
Stali się Twoimi głosicielami,
Podobnym do tych,
Których pochylone czoła
Raczyłeś namaścić olejem Twojej Mądrości!
Oświeć nas i prowadź
Z ziemi mroku i rozpaczy
Do Królestwa Bożego,
Do stolicy stawianej z kryształu i światła.
Ojcze i Synu, i Duchu Święty,
Słowo,
Drogowskazie
Wbity na rozstajnych drogach kosmosu!
Przybywaj,
Nadziejo nieogarniona,
Zawsze obecna
I zawsze nadchodząca,
Przybywaj, Boże,
Zaczynie własnego człowieczeństwa,
I uczłowiecz człowieka
Jak uczłowieczyłeś siebie!

Pewnie na pytanie: jak wyobrażasz sobie Ducha Świętego, jakieś 90-kilka procent zapytanych odpowie: no jak to, gołąbek. Jak choćby najsłynniejszy taki wizerunek, czyli witraż z bazyliki św. Piotra w Rzymie. Niektóre te wizerunki masakrycznie kiczowate – mnie urzekł ostatnio ten powyżej, bo prosty, bo odzwierciedlający to, czym Duch jest zgodnie z opisem biblijnym: językami ognia. 
Do mnie dociera inny wizerunek. A właściwie, nie wizerunek w dosłownym tego słowa znaczeniu. Lekki powiew. Tchnienie wiatru. To, czego nie widać. To, co nienamacalne, ale niewątpliwie będące, istniejące. Co więcej, każdy dobrze wie – człowiek bez powietrza nie da rady. To, co nie pozostawia prawie śladu – jak z tą biblijną trzciną nadłamaną, którą powiew wiatru ledwo muśnie. Żeby było ciekawiej – z jednej strony coś lekko wyczuwalnego, drganie powietrza, które dosłownie momentalnie może zmienić się w zjawisko skrajnie odmienne, w urwanie chmury, w wichurę; dokładnie tak, jak to opisał Łukasz w Dziejach Apostolskich, dzisiejsze I czytanie (Dz 2, 1-11), kiedy Duch Święty huknął w apostołów w wieczerniku. 
Dokładnie tak samo jest z Duchem Świętym – On jest wszędzie wokół, jak to Paweł do Efezjan pisał o Kościele: „pełnia tego, która napełnia wszystko na wszelki sposób” (Ef 1, 23). Tylko ja – nigdy nikt inny za mnie – codziennie decyduję, czy to tchnienie wiatru Bożego wyczuję, wsłucham się w ten delikatny szum, czy je z pełną premedytacją oleję. Czy pozwolę się napełnić tą Bożą rzeczywistością, czy nie. Czy pozwolę się Bogu stworzyć od nowa (bo tak naprawdę o to chodzi – wystarczy spojrzeć, jaką mizerię prezentowali apostołowie przed Zesłaniem, a co byli w stanie mocą Ducha zrobić po Jego otrzymaniu), napełnić siłą pochodzącą z wiecznej wnętrzności. 
I na koniec: Jezus nie mówi, żeby przyjść, popatrzeć, wzruszyć się w kościółku, łzę uronić, dać się ponieść chwilowo emocjom – po czym po odstanej godzinie wrócić do domu, i dalej dzielnie robić swoje. To nie ma w ogóle sensu – szkoda twojego czasu. „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 23). Weź i zrób coś z tym, niech coś się w tobie zmieni. Pozwól, aby jedyny Poskromiciel Zamętu zrobił z tobą porządek.  

Patrz pod nogi

Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. (Mt 28,16-20)

Ta scena jest do bólu ludzka i zrozumiała. On umarł i zmartwychwstał, upłynęło już tyle czasu, była scena z moim imiennikiem zwanym niedowiarkiem, były cuda, cudowny połów – i nadal nie wszyscy są przekonani! Nadal niektórym to nie wystarcza. Co robi Jezus? Jakby nigdy nic, prowadzi ic do Galilei – miejsca, które jakby symbolizować ma ich codzienność, dom, pochodzenie, życie, miejsce na ziemi. Tu się dla nich wszystko zaczęło – życie jakby zatoczyło koło i… No właśnie. Nic się nie kończy. 
Nasze życie i nasza wiara to nie są jakieś takie dwie oderwane od siebie rzeczywistości, płaszczyzny, jakby płyty tektoniczne, które nakrywają się w jakieś wielkie święta, no, ewentualnie w niedzielę, „bo wypada” iść do kościoła – a tak poza tym to każda sobie. Takie życie nie ma sensu, bo jest niekonsekwentne. Albo, albo. Nic na siłę, bez zmuszania – ale jeśli coś deklarujesz, to bądź wobec tej deklaracji, Tego, któremu deklarujesz wiarę, wierny. Jezus prowadzi apostołów do Galilei, aby – im, a może bardziej nawet nam – uświadomić, że to tu i teraz mamy za zadanie odkrywać i odnajdywać Jego obecność. Nie gdzieś tam na starość, jak już z nudów i demencji nic innego się nie da, jak tylko paciorki, zdrowaśki i różańce. Świadomie – tu i teraz. Panie Boże, wybieram Ciebie, więc pozwól mi, uzdolnij mnie i naucz żyć tak, żebym Ciebie w tym wszystkim moim, w tej czasami pokręconej i bardzo często zabieganej codzienności nie przegapił, nie minął i nie olał. 

Tu Jezus zaprasza na spotkanie. Nie dopiero na Dzień Sądu, nie po tamtej stronie, dokąd zmierzamy. Tutaj  – we własnym dzisiaj – mamy znajdować miejsce, czas, przestrzeń, aby się do Boga przyznać, oddać mu pokłon, adorować Go i rozmawiać z Nim. A jednocześnie w tym wszystkim Bóg pozostawia miejsce na zwątpienie iniedowierzanie, odwagę i lęk, gotowość i wahanie. Uwielbiam ten fragment z jednego z listów bodajże św. Pawła o skarbie w naczyniach glinianych – obrazek może dzisiaj z naszej perspektywy mocno z epoki, ale jakże świetny. Glinę rozwalić łatwo – mniej więcej tak samo, jak złamać i skusić człowieka. A jedna, Bóg nie stworzył sobie supermanów i mega kobiet, tylko złożył wszystko, całe swoje przesłanie, w ręce grzesznych i słabych ludzi. Dana mi jest wszelka władza – to wy właśnie, nie ci lepsi, wierniejsi, dokładniejsi, bardziej zgodni, mniej zapalczywi, wy idźcie i nauczajcie; nie teraz, na moment, aż przyjdą sensowniejsi i bardziej się do tej misji nadający. Na zawsze, do końca świata. 
Objawienie się dopełniło – tak, objawienia prywatne zdarzają się i trwają nadal, ale misja Jezusa w tym sensie została zakończona, że przekazał On już Kościołowi wszystko. Teraz pora na nas – zadanie domowe, które z różnym skutkiem i rezultatem Kościół odrabia od przeszło 2000 lat. Bóg nas nigdy nie zostawił – ale dojrzeliśmy do tego, aby samodzielnie iść przez życie i czerpać z tego bogactwa Jezusowej nauki. Za chwilę, w przyszłą niedzielę, wspominać będziemy tamto pierwsze Zesłanie Ducha Świętego – dokonujące się cały czas w sakramentach, a w sposób wyjątkowy w grupach charyzmatycznych, szczególnie w naszych czasach rozkwitających. Syn Boży wstępuje do nieba, aby nam zostawić miejsce i pole do działania, przygotować do „chrztu bojowego”, który dokona się w Duchu Świętym. Stąd ta, wypowiedziana w innym miejscu obietnica – ci pozostawieni i posłani w imię Jego jeszcze większych rzeczy dokonają, bo On idzie do Ojca. 
Nie ma się czego bać. Po prostu trzeba chcieć spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa, rozejrzeć się wokół. Wiele obrazów momentu Wniebowstąpienia to postać Jezusa i tłumek apostołów z zadartymi głowami. Tylko że w ogóle nie o to chodzi – a raczej chodzi o coś zupełnie innego. Od patrzenia w niebo chyba jeszcze niewiele się samo z siebie wydarzyło – poza tym, że człowiek, idąc w ten sposób, może zaliczyć przysłowiową glebę, potknąć się i upaść. Mamy przez pryzmat tego, co Jezus nam zostawił, wstępując do nieba, popatrzeć i dostrzec siebie nazwajem – tu i teraz. Tutaj właśnie mamy Go znajdować: dzisiaj, jutro, zawsze. Bo właśnie tutaj – między nami – On pozostał. Nigdzie indziej Go nie znajdziemy, bo tam Go po prostu nie ma.

Jak to ogarnąć? Mała podpowiedź od Denzela Washingtona:

Marzenia bez celów pozostają tylko marzeniami, i w końcu prowadzą do rozczarowania. (…) Boże, ktoś tam nas dzisiaj potrzebuje – a my wszyscy mamy ten unikalny dar, iść i wywierać wpływ na ludzi. Zrozumcie ten dar, chrońcie go, doceniajcie go i wykorzystujcie (…) Nie chodzi o to, ile masz, ale co robisz z tym, co masz.

Przyjaciel

Jak zwykle, z poślizgiem – o tekście sprzed urodzin, o których już pisałem… tydzień temu.

Jezus powiedział do swoich uczniów: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15,12-17)

Pierwsza uwaga – kurczę, znam to. Skąd? Ze ślubu naszego. Sam ten tekst wybrałem jako Ewangelię naszej mszy ślubnej. Co więcej – o tym już pisałem w kontekście ślubu. Co najmniej, bo wydaje mi się, że nie tylko. Ale to przecież nie jest kontekst, który temat wyczerpuje. Bo miłość przecież nie kończy się i nie oznacza tylko relacji między zakochanymi, małżonkami. 
Bóg traktuje nas bardzo serio – skoro nazywa nas przyjaciółmi. Przyjaciel to nie byle kto – niektórzy mówią, że przyjaciele czasami są równie ważni (ważniejsi?) od małżonka; przyjaźń często zaczęła się wiele czasu przed małżeństwem, niestety, czasami trwa również dłużej od małżeństwa, co jest przykre. To pojęcie oznacza przede wszystkim zaufanie, zawierzenie, pokładanie nadziei, relację bardzo bliską i ważną. To nie jest na wyrost. To nie są słowa, które mają pobudzić do westchnienia i wzruszenia. To nie zostało powiedziane, żeby człowiek poczuł się niegodny, malutki i słaby. 

To drogowskaz – że właśnie sam Bóg pierwszy mnie (i każdemu innemu też) zaufał, żebym i ja nauczył się ufać: a) Jemu, Bogu, b) innemu człowiekowi. Nie dlatego, że „wypada”, w ramach rewanżu, żeby być w porządku. To jest bez sensu, szkoda czasu – a jednocześnie uznaje się Boga za głupka, myśląc, że Jemu jest to do czegokolwiek potrzebne. Nie jest – On się cieszy, gdy człowiek Mu ufa, ale świat się nie zawali, gdy człowiek to (co się bardzo często zdarza) olewa. Wtedy i dlatego tylko, kiedy sobie uświadomię, że dla Boga jestem ważny i chce – On, wielki, nieskończony, nie do ogarnięcia – ofiarować mi swoją przyjaźń. Bóg zwierza się człowiekowi, że chce być jego przyjacielem – co najgłębszy wyraz miało w tym, że w Jezusie umarł na krzyżu po to, aby zmartwychwstać. 

Bóg zaprasza do przyjaźni z Nim. Ważne jest to, aby Boga nie sprowadzić tylko do roli przyjaciela – jednego z wielu. On jest tym przyjacielem, może być tym najlepszym, który nigdy nie odejdzie, zawsze wysłucha i (jeśli Mu się pozwoli i posłucha – odpowie). On jest również przyjacielem – ale ta przyjaźń w pełnym wymiarze to relacja z Bogiem: Ojcem, Stwórcą, Trójjedynym, Zbawicielem i właśnie przyjacielem. Każdym z tych wskazanych, wszystkim na raz. 
„Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje”. To ważne słowa, bo Bóg każdego z nas wybiera w jedyny i wyjątkowy sposób, wręcz jedyny w swoim rodzaju. Każdy z nas – z tą różnicą: jedni to już wiedzą, inni jeszcze nie – przeznaczony jest do czegoś, co raz przychodzi zrozumieć łatwiej, raz i po wielu latach niekiedy myślenia, że to bez sensu i Bóg mnie olał. Każdy ma owocować na swój sposób, a jedną z płaszczyzn owocowania są relacje, w których z kolei jedną z najpiękniejszych jest przyjaźń. Nie tak doskonała, jak ta, którą Bóg daje człowiekowi – ale Bóg zaprasza mnie, żebym znajdował w ludziach przyjaźń i takie relacje budował. Budowanie, sensownie, tak naprawdę, tej przyjaźni to coś, co przekracza własne ludzkie możliwości – ale co może się udać, jeśli ludzie zrobią tam miejsce dla Boga
Jakiś czas temu sporo myślałem. Wiele jest osób, które mają napięty do granic wytrzymałości kalendarz – po pracy/szkole cały czas spotkania, piwo tu, kawa tam, impreza. Z pozoru – wow, ile relacji, pewnie sami przyjaciele, fajnie tak. Przy okazji stwierdziłem, że sam mam bardzo niewielu przyjaciół. Tak? No chyba jednak nie, bo poobserwowałem, co się działo, kiedy takiej osobie waliło się wiele rzeczy na głowę. Okazało się, że rozmowa na temat spraw ważnych dość naturalnie wyszła tej osobie ze mną – a w jej toku, że nie miała z kim porozmawiać. Czyli jednak tych przyjaciół nie było. I tego jest pełno – ludzie biegają, czasami nie nadążając sami, żeby mieć poczucie tego, że nie są sami. Tylko że nawet w tej całej grupie ludzi, z którymi się stykają, relacje są najczęściej na poziomie mielizny, płyciutkie – a jak przychodzi do sytuacji podbramkowej, to zostają sami. 
To jest wyzwanie. Zbudować prawdziwą przyjaźń. To jest coś, co wielu z nas nie wychodzi – z powodu czego cierpimy. Z Bogiem, paradoksalnie, może być łatwiej – i może takie świadome odpowiedzenie na Jego przyjaźń to dobry punkt wyjścia do poukładania i poszukania prawdziwej przyjaźni u ludzi? Co jest w tym piękne i takie spójna? Ano to, że wszystko związane z przyjaźnią może prowadzić kiedyś ponownie do tego tekstu, u góry – o ile przyjaźń przerodzi się w miłość. Ale to już inna historia. 
>>>
W czwartek zakończyła się prawomocnie sprawa, jaką kontynuowaliśmy z bratem po Mamie. 
Kamień spadł mi z serca. W sumie zakładałem optymistycznie, że „nasze u góry” – może nie tyle na podstawie wyroku sądu pierwszej instancji, ale widząc dramatyczną argumentację przeciwnika w apelacji – ale cóż, ten kto zna temat, wie, że dopóki człowiek wyroku nie słyszał, nie ma co być pewnym. 
Najpierw półgodzinne opóźnienie, potem radosna twórczość (żenada, po prostu bzdury – w wykonaniu pełnomocnika fachowego) przeciwnika – i wreszcie. „Oddala apelację”. 
Nie cieszę się z pieniędzy, które w ten sposób uzyskam – całkiem spora sumka łącznie. Cieszę się, że wygraliśmy – ale to jest gorzka radość. Cały ten proces i wszystkie nerwy z nim związane to wina głupoty pracodawcy. Gdyby pomyślał, porozmawiał z Mamą, wyjaśnił sytuację – nie było by problemu, sprawa by nigdy nie zaistniała. Postanowił ją postawić przed faktem dokonanym, po czym w toku procesu naginając w żałosny sposób rzeczywistość na własne potrzeby – wyszło jak wyszło, stracili łącznie 10.000 zł. A to, co powodowało moją wściekłość i zawzięcie – niestety, ale mówię to wprost – to fakt, że popsuli w ten sposób Mamie ostatnie 3 miesiące życia, kiedy musiała się jeszcze tym martwić. 
Nie dożyła ani tego wyroku, ani pierwszego – ale jestem spokojny, że wie, że wygraliśmy, i że się cieszy. To była sprawa honoru. Chyba była by dumna – a ja się cieszę, bo to jednocześnie sukces zawodowy jakiś tam. 
W tym tygodniu Mama mi mocno towarzyszy… Najpierw był Dzień Matki – dzień po urodzinach moich – niestety, w poniedziałek nie miałem jak, więc na grób pojechaliśmy w niedzielę. Domiś zmówił modlitwę, niesamowite jest: zawsze wie, że jedziemy na cmentarz, że do babci Ewy, że zapalić świeczkę. Posiedziałem sobie chwilę sam i pogadałem z Mamą – tak, jak ona to robiła, przychodząc z nami, kiedy gadała ze swoją mamą i babcią. Pierwszy Dzień Matki bez Mamy… Ciężko. Rok temu też nikt nie wiedział, że od Dnia Matki został jej niecały miesiąc życia… Nie doceniamy tego, co mamy – aż tego szlag nie trafi. A potem ten czwartek i rozprawa. Ha! I jest nawiązanie do przyjaźni – niesamowite było, ile osób i jak życzliwie podeszło do mnie, okazało pomoc i wspierało w tej sprawie. Mama miała wielu przyjaciół – takich prawdziwych, co my widzimy teraz, kiedy jej już nie ma. 

18 + 11

29 lat dzisiaj kończę. To oszukane 18+11 jakby lepiej wyglądało. No, grunt, że (ostatni raz) nie 30… 
Tyle lat, wydarzeń, osób, doświadczeń, znajomości, przyjaźni. Świata póki co nie zjechałem, ale widziałem wiele i jestem za to wdzięczny. Dużo bardziej – za ludzi, których dane było w różnych okolicznościach i miejscach spotkać. Z wieloma kontakt się jakoś urwał, z innymi jest jakaś relacja do dzisiaj. Miesiąc temu Franciszek kanonizował Jana Pawła II, a dokładnie 10 lat temu mi było dane spotkać „naszego papieża”. Nigdy nie myślałem, że to nastąpi tak szybko – a jednak, prawie rok mija, jak Mamy nie ma z nami… Pierwsze urodziny bez niej. 
Tyle przygód, podróży, różnych dróg i dróżek. Decyzji dobrych i złych – których konsekwencje później odczuwałem raz mocniej (i dobrze, bo nic tak nie uczy dosadnie, jak własny błąd za który się dostaje), raz słabiej. Spraw lepszych i gorszych, bardziej i mniej udanych. Raz łatwiej, raz trudniej – ciągle do przodu. 
Zawsze w Jego obecności. Raz bardziej ufnie, raz mniej – ale nigdy nie zapominając, że On jest. Po prostu czasami nie nadążając, nie ogarniając – w końcu Boga nie zawsze trzeba dokładnie rozumieć. Dużą sztuką w tym wszystkim są dla mnie dwie rzeczy: po pierwsze umieć Mu dziękować (bez Niego nic by nie było), a po drugie nie obwiniać Go, kiedy coś nie wyjdzie. I zawsze starać się znaleźć dla Niego czas w dzień – nawet po to, żeby szczerym sercem coś Mu wyrzucić, ale być przed Nim sobą. 
Moje życie jest bardzo proste i jest mi z tym równie bardzo dobrze. Praca, aplikacja, dom i rodzina… Bez szału, bez zbytku – wystarcza zazwyczaj w sam raz, czasami ciut brakuje (z drugiej strony – kto tak nie ma?). Niektórzy zjeżdżają świat wzdłuż i wszerz, podróżują – a mnie tego (zwykle) nie brakuje. Dobrze jest tak, jak jest. Żeby jeszcze praca trochę lepsza była, żeby nie musieć tak wszystkiego co do grosza liczyć… Ale naprawdę – są tacy, którzy mają dużo gorzej. 
Dzisiaj na komórce przeczytałem (kolejny) świetny krótki tekst o. Grzegorza Kramera SI, który świetnie pasuje mi tutaj na podsumowanie. 

Chrześcijaństwo jest doświadczaniem nieustannie dwóch rzeczywistości. Mojej, osobistej grzeszności, czyli świadomości tego, że wobec Miłości Boga jestem ciągle nie w porządku: robię głupie rzeczy, które niszczą moją wolność, poczucie godności i dobrej dumy. Druga jest ta, że On nieustannie, za darmo, swoją łaską, daje mi doświadczać bezwarunkowego przebaczenia. 

Napięcie między nimi jest czymś, co towarzyszy mi od rana do wieczora, przez cały świadomie przeżywany czas. Ono zmienia moje myślenie, wartościowanie, podejmowanie decyzji i w końcu działanie. Ważny w tym procesie jest czas, kiedyś wydawało mi się, że to jest kwestia moich decyzji, pracy nad sobą, dziś wiem, że to za mało, że bez łaski nic nie zrobię, albo zrobię niewiele. Mam też to szczęście spotykać mądrych ludzi starych, którzy uczą mnie tego, że proces przemiany trwa naprawdę do śmierci. 

To powolne umieranie mojej sprawiedliwości pod wpływem działania łaski sprawia, że z każdym dniem czuję się coraz bardziej pokonany, przez Tego, który pokonał wszystko, łącznie ze śmiercią.

Jestem bardzo wdzięczny za to, co było, i za tych, którzy byli/są w tym moim małym życiu. Naprawdę. Nie wiem, ile go mam przed sobą – da Bóg, może drugie tyle ujadę. 
Tego nigdy za wiele – więc proszę o modlitwę za siebie, egoistycznie 🙂 
Grazie molto, la vita e bella! 

Pokój, który niszczy lęk

Kto by pomyślał? 17 maja minęły 4 lata tego bloga. Czas niesamowicie leci.

>>>

Jezus powiedział do swoich uczniów: Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie. Już nie będę z wami wiele mówił, nadchodzi bowiem władca tego świata. Nie ma on jednak nic swego we Mnie. Ale niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca, i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał. (J 14,27-31a)

Ten obrazek może wielu osobom kojarzyć się z momentem pożegnania, odejścia ukochanej osoby – po prostu śmierci. Tym bardziej po 02 kwietnia 2005 r., kiedy właśnie w słowach „Ojciec Święty odszedł do domu Ojca” abp Leonardo Sandri obwieścił śmierć Jana Pawła II, dzisiaj już świętego. Po ludzku to moment smutku, żałoby – dla człowieka wiary, przeciwnie, powód do radości i dziękczynienia. Ten, który odszedł, osiągnął cel – dotarł do domu. 
To są rzeczy i sytuacje zupełnie nieprzewidywalne, których nie da się zaplanować, do których nie sposób się przygotować (może wyjątek – gdy ktoś choruje, ciężko, długo, wiadomo że odejście to kwestia czasu). Od czasu odejścia Mamy – za miesiąc będzie rok… – kilka razy powiedziałem do osoby, która wiem, że ma pod opieką bardzo (nieuleczalnie) chorą babcię: zazdroszczę ci, bo ty wiesz, co się stanie, możesz się przygotować, powiedzieć wiele rzeczy; ja nie miałem takiej możliwości. Dygresja, ad rem. To są sytuacje, kiedy najbardziej sprawdza się ta nasza wiara, jaka by to na nie była – nie deklaracje, różańce, pobożne spojrzenia, czas spędzony w kościele. Praktyka. Każdy potrafi być królem świata, kiedy jest fajnie, wszystko się układa, wszystkiego jest z bród. Tego, ile jest warta nasza wiara, możemy się przekonać właśnie wtedy, kiedy życie daje nam przysłowiowego kopa, kiedy różne rzeczy (często naraz) się sypią. 
Nie jestem w tym sam. On jest przy mnie – stąd te słowa: niech się nie trwoży serce! Tak podobne do tych słów w wieczerniku, kiedy Zmartwychwstały właśnie od „pokój wam!” rozpoczyna spotkanie z uczniami, którzy tam właśnie pochowali się przed Żydami. Strach jest stąd, nasz, ludzki, ziemski – a my mamy pamiętać, że to wszystko tutaj nas nie krępuje, że to tylko na chwilę, a potem jest Wszystko i jest On, który także dzisiaj czuwa. 
Pokój to chyba najpiękniejszy z Bożych darów. Ukojenie, ufna pewność, że jestem w dobrych rękach. Ten jedyny i prawdziwy – nie żaden święty spokój, zagłuszający sumienie i karzący iść na skróty. To nie jest gwarancja bezstresowego życia i zera problemów – tylko dar, który pozwala przez te wszystkie trudne momenty przejść i je przetrwać. Pokój przez Ojca dany Synowi, który Syn ofiarowuje dalej, konkretnemu człowiekowi, aby pielęgnując go w sobie, równocześnie nim zarażał i dzielił się z innymi. Pokój czystego serca, pełnego przebaczenia i miłosierdzia. Nic dziwnego, że słowa te wracają dosłownie w każdej liturgii Mszy Świętej, na rozpoczęcie modlitwy, po której następuje przekazanie znaku pokoju. Niech to nie będzie tylko znak – żebym to ja sam był znakiem, stawał się nim dla innych. 

Polak prymas Polski

Normalnie, tego się nie spodziewałem – chociaż podobno była taka ploteczka 🙂 
Dotychczasowy sufragan gnieźnieński, będący od 2011 r. sekretarzem generalnym Konferencji Episkopatu Polski, bp Wojciech Polak w dniu 17 maja 2014 r. został mianowany przez papieża Franciszka metropolitą gnieźnieńskim i prymasem Polski, zastępując na tym stanowisku odchodzącego na emeryturę abp Józefa Kowalczyka. Tym samym arcybiskupem najstarszej w Polsce metropolii w Gnieźnie został jeden z najmłodszych biskupów w polskim Episkopacie.
Nowy Prymas urodził się 19 grudnia 1964 r., święcenia kapłańskie przyjął przez posługę ówczesnego metropolity gnieźnieńskiego (którego obecnie zastąpił) kard. Józefa Glempa w dniu 13 maja 1989 r. W latach 1989-1991 był wikariuszem w parafii farnej w Bydgoszczy i jednocześnie sekretarzem rezydującego tam gnieźnieńskiego biskupa pomocniczego Jana Nowaka. W latach 1991-1996 odbył studia na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim w zakresie teologii moralnej, zwieńczone doktoratem. Po powrocie do kraju od dnia 01 września 1995 roku mianował go prefektem Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie oraz wykładowcą teologii moralne, także w seminarium duchownym księży misjonarzy w Bydgoszczy. Od 1998 r. także adiunkt w Zakładzie Teologii Moralnej i Duchowości Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od dnia 01 sierpnia 1999 r. został rektorem Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie.
Ks. Wojciech Polak w dniu 08 kwietnia 2003 r. został mianowany przez św. Jana Pawła II biskupem pomocniczym archidiecezji gnieźnieńskiej ze stolicą tytularną Monte di Numidia. W dacie nominacji miał zaledwie 38 lat – stając się ówcześnie jednym z najmłodszych biskupów na świecie. Święcenia biskupie przyjął w dniu 04 maja 2003 r. z rąk abp. Henryka Muszyńskiego. W czasie 349. posiedzenia plenarnego Konferencji Episkopatu Polski dnia 07 października 2009, został wybrany członkiem Rady Stałej Episkopatu Polski. 26 listopada 2007 r. ustanowiono go również Delegatem Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Emigracji. W październiku 2011 r., w wieku niespełna 47 lat, bp Wojciech Polak został wybrany sekretarzem generalnym Konferencji Episkopatu Polski.
Można powiedzieć – młody człowiek, ale równocześnie biskup z doświadczeniem 11 posługi. Kiedy przyjrzeć się zdjęciom – wszystkim, poza tym, które z rozmysłem wkleiłem powyżej (Lednica, 2004 r.) – to widać człowieka rozważnego, ale przyjaznego. Papież daje nam jasny znak – nie ma nominacji na stolicę prymasowską „na chwilę”, jak to było z abp. Muszyńskim i Kowalczykiem w ostatnich latach – co można było interpretować jako taki papierek lakmusowy, wisienka na torcie, zwieńczenie kariery. Papież dał nam młodego prymasa, który – Bóg da – będzie stał na czele diecezji być może i ćwierćwiecze, bo tyle teoretycznie ma do kościelnej emerytury. Co więcej – nie awansuje na to stanowisko człowieka ze świecznika – ordynariusza czy metropolity z innej diecezji, ale sufragana tej właśnie metropolii. Przede wszystkim zaś człowieka, który się sprawdził – przede wszystkim jako sekretarz generalny KEP, szczególnie mając na uwadze wiele wpadek i nieprzemyślanych sytuacji, jakie miały miejsce ze strony władz KEP w ostatnich latach (w tym sporo niezrozumiałych wypowiedzi poprzedniego przewodniczącego KEP abp. Michalika), jednoznacznie mówiący – czasami jako jedyny – w kwestii nadużyć seksualnych duchownych. 
Jak oglądam pierwszy wywiad prymasa Polaka – to widzę człowieka skromnego, jakby nieco zażenowanego nową rolą, mającego dystans do tego, do czego zostaje posłany, a jednocześnie mającego pomysł, co dalej. Jasno sprecyzowane główne kierunki działania: nacisk na powołania oraz duszpasterstwa młodzieży i rodzin. Prosta czarna sutanna, bez błyskotek. Na spotkaniu z dziennikarzami powiedział jasno: „Biskup jest po to, by otwierać ludziom drzwi do Kościoła. Chciałbym to zaproszenie za państwa pośrednictwem skierować do wszystkich – do diecezjan, ludzi polityki, mediów, kultury, nauki, do ludzi codziennej pracy i zwyczajnego, rolniczego i robotniczego trudu. Jestem po to, by im drzwi do tego Kościoła otwierać, by odnajdywali się w tej wspólnocie jak u siebie w domu”. Podkreślił sam, że na Lednicę się wybierał i wybiera – w czym nie przeszkadza prymasowi fakt, że tego samego dnia (07 czerwca 2014 r.) odbędzie się jego ingres do bazyliki prymasowskiej. Da się? Można. 
Optymizmem to tchnie. Kolejna nominacja papieska, która daje nadzieję i pokazuje, że da się – o ile się chce – przewietrzyć pewne sprawy i struktury. Mam nadzieję, że nie na wyrost. Może za jakiś czas kolejna polska kreacja kardynalska się szykuje? 

Jakubkowe ślubowanie i granie

Mało czasu, miałem to już napisać z tydzień temu. Wyszło jak zwykle. 
10 maja ślubowali sobie Agnieszka i Tomek. Ją znam od lat… pewnie ok. 20, co przy łącznie 19 oznacza całkiem sporo – wspólne śpiewanie w jednym zespole przez szereg lat. Tomka poznałem jako jej chłopaka kilka lat wstecz. Agnieszka – jeszcze bez Tomka – była na naszym ślubie. Jakiś czas temu przyjechali z zaproszeniami. Ostatnia panna w zespole 🙂 choć sam zespół już od dobrych 5 lat nie istniał. Poprosili o to, żeby im zagrać i zaśpiewać – co na początku im odradzaliśmy, w końcu tyle przerwy, ale nie dali sobie wytłumaczyć. 
Nasze jedyne zespołowe małżeństwo, które w międzyczasie przysłowiowym wyemigrowało do Wielkiej Brytanii, przyleciało specjalnie na tę okazję. Tydzień przed ślubem był dość intensywny – praktycznie co drugi dzień próby. Na początku trema – jak to wyjdzie, umiejętność nie wykorzystywana, jak powszechnie wiadomo, zanika. A jednak, wychodziło całkiem, całkiem – instrumentaliści nie zapomnieli, jak się gra, a i nam śpiewanie szło dość dobrze. Teksty w sumie były niepotrzebne – obydwoje znaliśmy je na pamięć. 
Same próby – po kilka godzin w kościele, gdzie nie wiadomo ile łącznie kiedyś czasu spędziliśmy razem, o różnych dziwnych porach i w bardzo różnych na przestrzeni lat składach – były niesamowite, mimo że przede wszystkim męczące dla mnie, jako że dodatkowa sprawa po zwykłym dniu pracy. Niesamowita sprawa – wszystko się w tej mojej rodzinnej parafii zmieniło, tylko kościół ten sam. I worek wspomnień związanych raz z tym miejscem, dwa z tymi ludźmi. A gdzieś w tym wszystkim – takie „dzięki, Jezu” za ten dar, że choć grać nie umiem praktycznie na niczym, to dał ten głos i pozwolił z niego taki dobry użytek robić. 
W piątek, dzień przed ślubem, wpadłem na Mszę świętą do katedry. Kurczę, jak za dawnych czasów – tylko przy ołtarzu, obok mnie, dzieciaki jakieś takie młode, że w sumie niewiele starsze od mojego Domika. I co? Bóg ma poczucie humoru – 25-lecie ślubu. Kazań proboszcza fanem nie jestem, ale to bardzo mi się podobało. Bo mówił dość prosto o miłości i zwycięstwie ludzi, którzy z perspektywy ćwierćwiecza mogą powiedzieć teraz: udało się, wygraliśmy tę miłość w sobie i to życie. Razem z rodziną, przyjaciółmi, trójką synów. Piękne. 
Sama Msza ślubna wyszła idealnie – w ogóle. Choć, oczywiście, próba przed pozostawiała pewne wątpliwości, jak to będzie. Ks. Tomek odprawiał ostatecznie sam, ks. Krzysiek nie dotarł (uroki wiejskiego probostwa, jak zastępstwa nie znajdzie…). Kazanie było takie jego – ja to nazywam, może nieco ironicznie, „co wam powiem, to wam powiem, ale wam powiem” – i też obudziło wiele wspomnień, bo on sam nawiązywał do wielu rzeczy i czasu, jaki w tej parafii spędził. On tuż po święceniach (wow! to już 15 lat), my akurat jako kandydaci do bierzmowania zaczynaliśmy grać. Dużo spólnych chwil, wyjazdów (łażenie po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, pierwsze kroki pielgrzymki rowerowej na Jasną Górę – dzisiaj olbrzymiego przedsięwzięcia), spotkań towarzyskich. Kawał życia, po prostu. Tu on się uczył kapłaństwa – a my dojrzewaliśmy, ucząc się siebie, dochodząc do tego, co kto chce w życiu robić, a przy tym spotykaliśmy się w tym oliwskim Jakubku na mszach najpierw młodzieżowych, potem akademickich. Może to zabrzmi jak slogan, ale takie duszpasterstwo, jak nasze – na ile widzę i słyszę, jak tam czasami wracam – już nie powstało. Z jednej strony miło, z drugiej – szkoda, przecież i księża i ludzie młodzi są, parafia działa, więc w czym jest problem?
Młodzi byli bardzo opanowani, i widać, że strasznie się cieszyli. Z uwagą słuchali z jednej strony o tym, jakie ich małżeństwo powinno być, aby było dobre, ale też jakie na pewno czasami będzie, bo przecież każdy z nas jest tylko człowiekiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami. To były słowa proste – ale chyba takie powinni słyszeć zakochani, narzeczeni czy wreszcie ci, którzy zamierzają sobie przysięgać i wiązać węzłem małżeńskim – bo mam wrażenie, że im mądrzej się mówi, tym więcej jest nieporozumień, tym mniej odbiorca rozumie i tym więcej jest pustych frazesów zamiast mówienia o podstawach, o tym, co najważniejsze. Ty, ja i Bóg. Razem połączeni miłością z tego samego źródła – od Niego – pochodzącą, którą mamy sobie nawzajem doskonale wyrażać i w której jesteśmy powołani, aby wzrastać. Przechodzenie od motyli w brzuchu, zauroczenia i zakochania do dojrzałej miłości – tak, po prostu tego, co przychodzi (a nie, jak mówią, „zostaje” jakby to była jakaś tragedia), kiedy fajerwerki się kończą i zaczyna życie z całą jego prozą. Nic w tym trudnego, że człowiek odmienia słowa „miłość” i „kocham” przez wszystkie przypadki, kiedy jest fajnie i magicznie prawie – sztuką jest tę miłość odnajdywać w sobie, kiedy przychodzi wspólne życie, rodzina, dom, dzieci. Ta prawdziwa miłość jest dopiero wtedy, dopiero wtedy ją poznajemy, zauważamy i uczymy się nią żyć – rezygnując z różnych zachcianek, egoizmu, na rzecz tego, aby ta druga połówka była szczęśliwa, aby moje szczęście nie było sobie gdzieś tam obok kosztem jej szczęścia, ale żeby nasze szczęścia odnajdywały się w sobie i tworzyły razem nasze wspólne szczęście. Dla mnie wręcz urocze były też słowa, w których kaznodzieja wprost ostrzegał teściów przed wtrącaniem się w życie młodych (heh, mam wrażenie, że to w kontekście mamy Agi – ale może się mylę? :)) – że mają posłuchać, kibicować i towarzyszyć, ale nigdy się nie wtrącać, bo rozgrzeszenia nie dostaną 🙂 

Oczywiście, nie obyło się bez emocji – kiedy ks. Tomek nagle w połowie obrzędu małżeństwa wymyślił śpiewanie czegoś, o czym zapomniał nas uprzedzić 🙂 Cóż, potem przyznał się, że zrobił to celowo. Świetny sposób błogosławienia obrączek – Agnieszka je trzymała w dłoni, a Tomek podtrzymywał od dołu jej dłoń. Sami sobie nawzajem poślubieni, przyjęli ten zewnętrzny znak, który o tej przysiędze ma przypominać. To jest proste jak drut – po co jest obrączka? Właśnie po to, żeby człowiek – jak mu głupoty po głowie chodzą (jemu, jej) – spojrzał na ten kawałek żelastwa na palcu i się opamiętał. Właśnie dlatego wypisujemy tam najczęściej swoje imiona i datę ślubu. Żeby pamiętać o tym, że ślubowałem, i komu ślubowałem. 
A potem – zabawa do rana, w gronie ludzi, spośród których z niektórymi nie rozmawiałem od lat pewnie ok. 10. Bardzo fajne doświadczenie. Znowu, dużo wspomnień, fajnych rzeczy w pamięci – a równocześnie zrobiło się nad tak naprawdę dwa razy tyle, bo większość już z żonami/mężami, nieliczni z sympatiami. Życie zaskakuje i toczy się dalej, dość szybko, ale daje właśnie takie momenty, kiedy człowiek w fajnym gronie może powspominać. 
Nie wiedziałem, co młodym powiedzieć w formie życzeń – więc podparłem się wierszykiem o. Knabita, który zresztą jest na blogu: „Człowiek się z człowiekiem spotkał, / Bóg sam drogę wskazał. / Oto nowa życia zwrotka, / Człowiek się z człowiekiem spotkał. / Można śmiało dalej kroczyć / Serce niosąc światu w darze – / Człowiek się z człowiekiem spotka – / Bóg sam drogę wskaże”. Życzyliśmy im, żeby z tego – nieprzypadkowego, bo przez Niego zainspirowanego, spotkania wypłynęło dla nich i ich zakładanej rodziny samo dobro, szczęście i miłość. To ich nowa życia zwrotka i tylko od nich zależy, jaka ona będzie – a my będziemy kibicować, żeby z tego wyszedł przebój 🙂 
I jeszcze jedno – tak na marginesie. Już pomijając to wszystko u góry – co spotkało mnie w bardzo konkretnym momencie życia i czego nie mogę chyba odczytywać inaczej, jak pewnego znaku i kopa od Niego – pojawiły się ostatnio problemy finansowe. I co? I nic. Jakby dosłownie z nieba spadło – nie dużo, ale tyle, że wystarczyło. Przypadkowo, można powiedzieć, ale przypadków nie ma – szczególnie jak jakiś urząd oddaje ci pieniądze 🙂 W tym kontekście – warto poczytać w archiwum GN – był nie tak dawno tekst o tym, że nie ma nic złego w modlitwie o pieniądze, o ile chodzi o środki na sprawy ważne i istotne, a nie widzimisię. Popieram w pełni i mogę powiedzieć – to działa 🙂

Kilka dobrych tekstów do poczytania

Prasówka – bo dawno nie było, a jakoś się uzbierało ciekawych rzeczy:
  • Nie posyłaj dziecka do komunii – prowokacyjny tytuł (zamierzone i celowe) i świetny tekst na temat tego, z jakich powodów wysyłanie dziecka do uroczystości, jakich obecnie w Polsce wysyp, jak kraj długi i szeroki, jest kompletną bzdurą i nie ma sensu. Mały cytat z zakończenia: „Nie uczmy dzieci hipokryzji, konformizmu i myślenia konsumpcyjnego”. 
Warto poczytać, zapewniam.