Oblat Kot biskupem w Brazylii

Nigdy nie byłem związany specjalnie z jakimkolwiek zgromadzeniem zakonnym (no, może poza pewną estymą do paulinów i dominikanów…), ale od jakiegoś czasu zdarza mi się bywać na Mszach porannych akurat w kościele misjonarzy oblatów Maryi Niepokalanej. 
A jeden z nich – o. Jan Kot OMI – został w dniu 20 lipca 2014 r. mianowany przez papieża Franciszka ordynariuszem diecezji Ze-Doca w Brazylii. 
Powyższe zdjęcie pewnie odbiega od przyjętego wyglądu biskupa Kościoła Rzymskokatolickiego. Ale myślę, że genialnie pasuje do tego, czym – w odczuciu nie tylko obecnego papieża (pochodzącego z Ameryki Południowej), ale i wielu ludzi – ksiądz czy biskup być powinien. Nie dopustem Bożym, hierarchą, szarą eminencją dzielnicy czy miasta – ale pasterzem, nauczycielem, człowiekiem z ludźmi i dla nich. 
Nominat to 52-latek z Makowa Podhalańskiego, wychowany w Rybniku. Wyświęcony u oblatów AD 1992, po 2 latach pracy w Siedlcach skierowany na misje do Brazylii, gdzie pracuje aż do dzisiaj. Pracował jako duszpasterz w Jussarval, w archidiecezji Olinda i Recife (1995–2000); był proboszczem w Vitoria Santo Antao, w archidiecezji Olinda i Recife (2000–2005). Od 2005 roku był proboszczem parafii Najświętszego Serca Maryi parafii w Campo Alegre do Fidalgo, diecezji São Raimundo Nonato. W ostatnim czasie był wikariuszem Prowincji Brazylijskiej Zgromadzenia (pierwszym radnym prowincjonalnym) od 2012 r., jak również był współorganizatorem oblackiej części Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro. To pierwszy w Brazylii i piąty w ogóle biskup z polskiej prowincji oblatów. 
Jak go opisują współpracownicy – księża z Polski, z którymi się zetknął w pracy – bardzo prosty, autentyczny, czciciel Miłosierdzia Bożego i Matki Bożej Fatimskiej. Kiedy trafiał do ludzi – nie czekał, aby zostanie ugoszczony, ale sam brał się za przygotowywanie posiłków. Zawsze zmęczony i zapracowany fizycznie – ale szczęśliwy. Znalazłem bardzo fajny i prosty tekst o jego pracy w Brazylii – jak wiele może być radości z rzeczy po prostu najprostszych. 
To dobry znak – papież widzi i docenia ludzi niekoniecznie ze względu na pochodzenie, ale ich oddanie posłudze kapłańskiej i znajomość realiów miejsca, gdzie mają służyć. 

Kobieca czułość, Boskie perspektywy

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)

Wspomnienie liturgiczne św. Marii z Magdali, znanej Marią Magdaleną, jest jednym z moich ulubionych od jakiegoś czasu. Jest to postać bardzo ciekawa, a przy tym – co w ogóle w głowach się ówczesnym nie mieściło – wyróżniona przez Pana Jezusa w sposób jednoznaczny, właśnie w tym tekście powyżej. Nie Piotrowi, Janowi czy któremukolwiek z Apostołów się objawił Zmartwychwstały Jezus – ale właśnie jej, Apostołce Apostołów.
Nie ma tak naprawdę znaczenia, kim była – historycznie utożsamiana z jawnogrzesznicą (czyli prostytutką, nie ma co unikać tego słowa). Jezus – tak widział w niej, jak widzi w każdym z nas – że grzech człowieka bardzo często jest jakimś rozpaczliwym wyrazem pragnienia szczęścia i miłości – tęsknoty, która drzemie w każdym człowieku. Tęsknoty, na którą odpowiedź On sam posiada. 
W pięknych i prostych słowach to spotkanie opisał o. Dariusz Kowalczyk SI: ból śmierci, moc miłości, kobieca czułość, Boskie perspektywy. Przełomowy moment – wspólnota jeszcze załamana po śmierci Mistrza, kobieta przychodzi namaścić i oddać hołd zmarłemu, kiedy Boża miłość w osobie Zmartwychwstałego pozwala Marii na odkrycie i poczucie, że to jest właśnie Pan – co odkrywa, tak przed nią, jak i nami, nowe, właśnie Boskie perspektywy. 
Maria nie miała pojęcia, co ją spotka u grobu. Nigdy pewnie by tego nie przewidziała, że spotka tam Jezusa w tak dosłownym sensie – nie jako martwą skorupę, ciało bez ducha, ale żywego i zwycięskiego. W tym jest też drogowskaz dla nas. Nie ma co gdybać, Boga trzeba po prostu wpuścić do serca, nie zastanawiać się, nie zakładać. Być na niego gotowym i potrafić Go zauważyć w najdziwniejszych, ale i najprostszych momentach życia. 

Boży tytan

Wydarzenie niby niewiele znaczące, ale mną mocno wstrząsnęło. 

30 czerwca tego roku zmarł w Płocku ks. Piotr Błeński, 25-letni wikariusz tamtejszej parafii katedralnej. Śmiertelnie chory młody człowiek – tak, kilka lat młodszy ode mnie (rocznik 1989) – którego kapłaństwo, jak tak patrzę i czytam o tłumach na jego pogrzebie, dało lepsze owoce od tylu innych trwających latami. 
Pewnie w normalnych warunkach święceń mógłby nie dożyć – normalnie udziela się ich przecież w okolicy czerwca. Wyrozumiały biskup Piotr Libera dyspensował go od wymaganego wieku i wyświęcił w I dzień świąt Narodzenia Pańskiego AD 2013. Już wtedy ten biskup mówił w homilii: „Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu… W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze – do kapłaństwa… Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin?”Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu… W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze – do kapłaństwa… Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin? (…) Naszą największą radością jest: iść,  głosić zbawienie, służyć zbawieniu! Pragnę, Piotrze, abyś tej radości zaznał, abyś – jeśli taka będzie święta wola Boża – usłużył ludowi Bożemu swoim kapłaństwem przy ołtarzu, w konfesjonale, tam, gdzie będziesz mógł. I dlatego na koniec tej Eucharystii, jak każdy neoprezbiter, otrzymasz misję, zostaniesz posłany do konkretnej wspólnoty. Chcę bowiem, żebyś – jak już mówiłem na Pasterce – PRACOWAŁ SWOIM CIERPIENIEM PO KAPŁAŃSKU. Żebyś pomagał wzrastać swojemu Biskupowi, swoim braciom kapłanom, ludowi Bożemu”. 
Padły tam także jakże mocne słowa – że „Pełnia sił, władza może odstraszać, kruchość, cierpienie – budzi zaufanie. Zdrowie może niekiedy służyć utwierdzaniu własnego „ja”. Cierpienie, kruchość, brak sił może porywać bezinteresownością”. Z przepięknym zakończeniem: „Piotrze,Kościół Syna – udzielając Ci z wielka radością święceń kapłańskich – przytula Cię dzisiaj jak najgoręcej do swego serca…”. 
Niedługie to kapłaństwo było – nieco ponad pół roku. Ten człowiek z pewnością wiedział, że zbliża się do końca – dlatego chciał tak bardzo zdążyć przyjąć święcenia; choć, paradoksalnie, do seminarium wstępował jako człowiek zdrowy. Dlatego, chcąc jak najlepiej przeżyć ten króciutki czas, odmówił nowatorskiej czasochłonnej terapii, której podjęcie musiało by odizolować go od ludzi. 
I znowu piękne słowa bp. Libery nad trumną: „I nie powiedziałeś zbyt wielu tych kazań, a księdzem byłeś zaledwie pół roku. Ale Twoje „kazanie życia” zna dzisiaj cały Płock! (…) Nie musimy być wielcy. Nie musimy być mocni ani wpływowi. Nie musimy nawet być inteligentni. Musimy tylko pozwolić działać Zmartwychwstałemu Panu i Jego Duchowi. Być miłosiernymi. Stawać się małymi i służyć. Byłeś, jesteś, Piotrze, świadkiem, wymownym świadkiem tej prawdy pośród nas… (…) Wielu poznało Cię, Piotrze, po śladach gwoździ Twojego cierpienia, gdy przyszli tu do katedry i – może nawet przypadkowo – natrafili na Twoją z trudem odprawianą Mszę, na świadectwo podczas rekolekcji dla chorych, prowadzonych przez ks. profesora Ireneusza, albo na dziękczynienie za kanonizację Ja­na Pawia II i Jana XXIII. Mówiłeś tu wtedy, że w chorobie uczyłeś się powtarzać: „Bądź wola Twoja, bądź wola Twoja, Panie”! To stało się mottem Twojego kapłaństwa. „Ale przy­szła operacja – opowiadałeś – przyszedł ból. I wtedy cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>. Kiedy człowiek leżał w szpitalnej sali i nie mógł przewró­cić się z boku na bok, bo wszystko bolało, cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>”. „Jeśli nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”… Straszny realizm krzyża… Jego, Jezusa, Twój, Piotrze, i tylu milionów wędrowców przez ziemię. My, chrześcijanie, nie szukamy cierpienia… Ty też go nie szukałeś… Ale uczyłeś się i nauczyłeś się mówić z prostotą: „Bądź wola Twoja, Panie!”
„Ilu ludzi doznało łaski Bożego Miłosierdzia, klękając przy Twoim konfesjonale? Wdrapując się po stromych seminaryjnych schodach na Golgotę Jego cierpienia? Spotykając Cię na korytarzu „Caritasu” czy na Winiarach, żegnając się z Tobą w Szpitalu Świętej Trójcy? Ilu potrafi dzięki temu na nowo wyznać: „Pan Bóg i mój”? (…) Piotrze, wierzę, że jesteś w gronie błogosławionych w niebie. Mówiłeś mi: ofiaruję moje cierpienia za to, żeby z naszego seminarium wychodzili święci kapłani. Ofiaruję za jedność kapłanów. Pamiętaj o nas, Piotrze”. Piękna intencja i jakże potrzebna w naszych czasach. 
To był wielki człowiek. To jest piękne, że trafił do diecezji i na biskupa, który tę wielkość zrozumiał i pozwolił mu choć te pół roku z jednej strony cieszyć się, z drugiej zaś służyć swoim kapłaństwem w cierpieniu. Szkoda, że są takie miejsca w Polsce, gdzie dzisiaj to właśnie sposób bycia księży i biskupów odstrasza tych, którzy zastanawiają się nad wyborem takiej drogi…
Tak, są wśród duchowieństwa tacy właśnie arcybiskupi Wesołowscy – ale są przede wszystkim księża tacy, jak Piotr Błeński, dzisiaj mały święty. Dlatego właśnie jest nadzieja. Dlatego nikt mi nie wmówi, że wszystkich księży – jako z założenia pedofili, złodzieji, materialistów i leniuchów – należy wrzucać do jednego wora i za jednym zamachem potępić. 
Taki człowiek przywraca wiarę w ludzi. 

Siejeje

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny. (Mt 13,1-23)

Długie, nie da się ukryć. Ale i ciekawe – z jednej strony przypowieść, z drugiej od razu autorska jej wykładnia i wytłumaczenie 🙂
Bóg nas sobie nie wybiera, nie jest tak, że temu daje więcej, a tamtemu mniej. Inaczej – owszem, zgoda – według tego, co kto potrafi i jakie dostaje talenty do wykorzystania (albo zmarnowania, zależy od osoby). Tylko od każdego z nas zależy, co z tym zrobimy. Podstawą jest to słowo, które On do nas kieruje – przede wszystkim właśnie w liturgii, w Piśmie Świętym. Źródło, początek. Nie mówi raz, dwa razy – a potem odpuszcza, przerażony tępotą albo ignorancją słuchacza. To ziarno sypie się praktycznie stale, ciągle na nowo – licząc, że ja i ty je zauważysz. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie – sieje do skutku, tylko w wypadku niektórych ludzi naprawdę jest z tym sporo roboty. 
Ziarno na drodze to pierwsza skrajność – zero, nic, nie zdąży ani nie ma jak zapuścić korzeni, bo pusto, tępo, bezmyślnie, albo i z założenia na „nie”, więc Zły przychodzi i robi swoje, w tym wypadku skuteczniej od naszego Siewcy. Potem ziarno rzucone na skały – niby jest jakiś punkt wyjścia, jakaś gleba, ale to wszystko jakoś tak dziwnie się dzieje, że słomiany zapał okazuje się być niewystarczający – to, co dobrego mogło by zaistnieć, ledwo się zaczyna, a już się kończy. Ziarno rzucone między ciernie to jakby kolejny etap – tu już warunki są lepsze, trzeba by się postarać, żeby zaowocować, wysilić się, znaleźć wolę walki, żeby nie dopuścić do zasłonięcia Źródła, tego światła, żeby Zły nie przesłonił Boga, nie odwrócił uwagi od Niego. 
Wreszcie – ideał – żyzna ziemia i w efekcie plon. Nie jest powiedziane: według miary, pod linijkę, każdy musi tak samo zaowocować; wręcz przeciwnie, nawet Jezus wprost mówi, że „rozrzut” pomiędzy miarą tych plonów był sporny skoro od 30% do 100%. Ale był wysiłek, była praca, pewnie wyrzeczenia, starania – i jest wtedy efekt, na miarę możliwości tego, który się starał, raz mniej a raz bardziej. 
Tak to ma wyglądać, bo do tego jesteśmy wezwani. Nikt za nas tego wysiłku nie włoży – albo zrobię to ja, albo te ziarenka Bożej łaski zasiane w sercu po prostu szlag trafi. Mogę się buntować, tłumaczyć, że warunki nie takie itp. To bez znaczenia. Bóg te ziarenka składa w moje i tylko moje ręce – więc nikt inny nie odpowiada za ich zmarnowanie, albo sensowne spożytkowanie. 

Nie ma lekko – ale nie w tym problem

Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy! A On im rzekł: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne? (Mt 8,23-27)

Obrazek dość dramatyczny i często rozumiany jako to, że Jezus jest gwarantem naszego spokoju, bezpieczeństwa, uporządkowania i tego, że będzie fajno. Że człowiek – jak tamci w łodzi – może sobie słodko i beztrosko spać, a On przyjdzie, zrobi, załatwi i będzie dobrze, wyprostuje i uciszy każdą burzę w życiu. A tu nic bardziej mylnego. 
Burza pojawiła się w obrazku nawet pomimo tego, że Jezus tam był, w tej łodzi. Gdy człowiek podejmuje „ryzyko” bycia z Bogiem, zaprasza Go do swojego życia i oddaje Mu to swoje czasami bardzo pokręcone życie – to nie znaczy, że dalej już będzie „z górki”, lekko, łatwo i przyjemnie. Nie staje się nagle, jakby z automatu, jedna wielka sielanka i beztroska, z wielkim bananem na twarzy. Ten, kto zakłada coś takiego, popełnia bardzo dużą pomyłkę. 
Bóg to wyzwanie – przy czym dla każdego, przy naszej różnorodności i odmienności, inne; zawsze jednak na miarę naszych – moich – możliwości. Podjęcie wyboru życia z Bogiem wręcz wiąże z sobą konieczność walki z pokusami, cierpieniami, doświadczeniami. Nie bez powodu w innym miejscu jest mowa: skoro Mnie prześladowali, i was prześladować będą (J 15, 20). To, co daje nam Bóg w takiej sytuacji, to zdolność sprostania i wyjścia zwycięsko z tego wszystkiego. On nam daje w Jezusie siłę do zwyciężenia tego wszystkiego, co pojawia się trudnego i bolesnego na naszej drodze. Z Nim nie ma już rzeczy niewykonalnych – ale trzeba Mu zawierzyć wszystko, nie jako jakiś deal, ale bezwarunkowo. Inaczej to nie ma sensu. 
Nie warto jest wątpić w Niego i poddawać pod wątpliwość Jego możliwości – bo jeśli nie On, to kto? Od tamtej historii nic się w tym zakresie nie zmieniło. Nie musimy wołać – jak tamci – żeby Bóg nas zauważył, żeby gdzieś w swoim zapchanym terminarzu sobie o nas przypomniał (to raczej jest chyba na odwrót: to wielu z nas dopiero w takich „podbramkowych” sytuacjach przypomina sobie o Nim!). On widzi i bez naszego wołania ogarnia wszystko – także to, jak mała jest nasza wiara. I w tym jest nasza nadzieja. 

Moje narzekanie zamienione w taniec

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. (Mt 11,25-30)

Uwielbiam te słowa 🙂 Rozdział Ewangelii Mateusza, w którym mowa jest o świadectwie Jana Chrzciciela (o którym było ostatnio), o mądrości którą usprawiedliwiają jej czyny, słynne „biada” pod adresem kilku miast wypowiedziane – i na zakończenie, tuż właśnie po owym „biada”: właśnie te słowa. 
Po raz kolejny Jezus wskazuje wprost na wartość prostoty jako takiej. No właśnie… To przekład znany z kościołów polskich, według Biblii Tysiąclecia. Jeśli ktoś dysponuje niewielką książeczką Ewangelia 2014 (Edycja św. Pawła), to ma tekst nieco inaczej przełożony – wersja z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem (również Edycja, 2011). Jak tam brzmi końcówka pierwszego zdania? „(…) a objawiłeś je tym, którzy są jak małe dzieci”. Zmian jest więcej: zamiast „a Ja was pokrzepię” jest „a Ja dam wam wytchnienie”; zamiast „bo jestem cichy i pokorny sercem” jest „bo jestem łagodny i pokorny sercem”; wreszcie zamiast „albowiem jarzmo moje jest słodkie” jest „bo moje jarzmo jest łatwe do niesienia”. 
Niuanse językowe dotyczące przekładów? Może. Ale jednocześnie – wiele z tego wynika. Prostota na wzór tego, u którego ta prostota jest zawsze świeża i autentyczna, bo inaczej nie potrafi działać – czyli właśnie dziecka. Bóg jako Ten, który pokrzepia – nie tyle daje tą krzepę, co daje chwilę wytchnienia, aby udźwignąć to, co mamy na swoich barkach. Bóg, który nie tyle jest cichy, co przede wszystkim Jego przymiotem jest łagodność, z jaką podchodzi do nas i naszych ciągłych wybryków, porażek, kłamstw, złorzeczenia itp. No i ten Bóg, którego ciężary nakładane na człowieka nie są jakąś poetycką przenośnią, którą można okrasić określeniem „słodkie”, ale konkretnym problemem, z którym człowiek się zmaga, ale który jest do uniesienia z Jego pomocą. W tych słowach, jak dla mnie, jawi się Bóg bardziej konkretny, mniej poetycki a bardziej konkretnie nastawiony do człowieka. 
Po co my do tego Boga przychodzimy? Utrudzenie, zmęczenie, brak sił – to już wiemy, czy z tekstu czy z własnej praktyki. Ale czego szukamy? Zaspokojenia – czasami tylko pytań i rozwiania wątpliwości, a czasami tak bardzo namacalnie właśnie pragnień, marzeń, potrzeb. Dokładnie tak, jak to ujął Piotr Żyłka z redakcji deon.pl, laureat Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. Biskupa Jana Chrapka, razem z ks. Janem Kaczkowskim. I co jest najważniejsze – zwrócenie się w takiej sytuacji do Boga to właściwie jedyne sensowne rozwiązanie – bo tylko On jest odpowiedzią w sensie wiedzy, ale i materii tego, czego każdy z nas w swojej indywidualności potrzebuje. 
Wczoraj miałem okazję wziąć udział w wydarzeniu niesamowitym w ramach Tygodnia dla Jezusa. Świetna ekumeniczna inicjatywa – chyba pierwszy raz podjęta u nas na Wybrzeżu, w którą włączył się cały wachlarz wspólnot chrześcijańskich. Wczoraj miał miejsce koncert moich ulubieńców – chóru TGD – pierwszy w Trójmieście od dobrych kilku lat. Nie dość, że pogoda beznadziejna (ale Bóg dał znak – nie padało w ogóle w trakcie grania, za to lunęło momentalnie kiedy zeszli ze sceny!), to dzień jakiś taki nie bardzo. 
Kiedy zaczęli grać, wszystko się zmieniło. Przeszło półtoragodzinny… no właśnie. Koncert? Też. Występ? Nie bardzo – bo była modlitwa, uwielbienie, świadectwo, umiejętnie wplecione w śpiew. Kawałki głównie z ostatniej płyty Uratowani (kto zna ich dorobek – wie, że dość innej od wcześniejszej twórczości) – ale znalazły się też Waterwalker oraz Zanim powiem słowo. Niesamowicie utalentowani ludzie – począwszy od kierownika zamieszania i dyrygenta Piotra Nazaruka, poprzez instrumentalistów (nowa twarz – perkusista – okazało się pierwszy raz występował z grupą), na wokalistach i solistach skończywszy – których połączone w uwielbieniu Boga talenty dawały efekt dosłownie piorunujący. 
Mogę pisać dużo, użyć mądrych słów – ale to nie ma sensu. Kto nie zna, a chciałby to poczuć – odsyłam do ich płyt, oraz na koncerty (najwięcej na południu Polski). To trzeba posłuchać, w tym trzeba wziąć udział, aby zrozumieć. I w tym wszystkim taki fajny nacisk położony nie na jakieś górnolotne modlitwy – ale na osobistą relację, moją, z Bogiem, która powinna znajdować odzwierciedlenie w codziennym życiu, w modlitwie, w postawie (uwielbienie a nie współzawodnictwo). Nie zabrakło także słów bardzo prawdziwych – jedno ze świadectw mówiło o tym, że najbliżsi opowiadającego modlili się nad osobą chorą na raka, a jednak ona zmarła. Osoby te wcześniej modliły się nad 3 innych ludzi z podobnym schorzeniem – i dochodziło do zaniku choroby. Tu było inaczej – i mówiący te słowa podkreślił, że choć zupełnie tego nie rozumie, czemu tak się stało, to jednak nadal wierzy, skoro Bóg uratował tam,tych troje i zesłał cud. 
Różni jesteśmy, różne mamy potrzeby. Jeśli nie widzisz dla siebie miejsca w kościele, nie potrafisz przyjść na Mszę – może warto zacząć od spraw drobniejszych, ot, posłuchania takiego TGD? To nie jest lekki powiew Ducha – to jest potężne Jego uderzenie. Warto Mu się poddać. 

Uwielbiamy Cię

Z głębi naszych serc

Póki serca biją w nas

Niech rozbrzmiewa pieśń 

Ty pochylasz się nad nami

I przywracasz ślepym wzrok

Ty podnosisz załamanych

Oddajemy Tobie hołd

Ty więźniowi dajesz wolność

A głodnemu dajesz chleb

Podziwiamy Twoją dobroć

Panie uwielbiamy Cię

Jahwe

My ufamy Tobie

Ty jesteś wielkim Bogiem

Który stworzył świat 

Jahwe

My ufamy Tobie

Jesteś naszym Bogiem

Nie zawiedziesz nas 

Jan jak każdy z nas

Dzisiejszy dzień w liturgii jest mocno nietypowy, wyjątkowy. Nie dość, że uroczystość – więc najwyższy stopień w hierarchii (uroczystość – święto – wspomnienie obowiązkowe – wspomnienie dowolne) – to jeszcze uroczystość związana z narodzeniem świętego; jedyny taki przypadek, kiedy świętuje się narodziny ziemskie, a nie te niebieskie (zresztą w przypadku Jana Kościół wspomina obydwa). Nie byle jakiego, bo takiego świętego przełomów. Jana Chrzciciela mianowicie. Tego, który swoją osobą połączył Stary Testament z Nowym Testamentem, bo będąc ostatnim prorokiem Testamentu Starego wskazał równocześnie jako jedyny wprost na Jezusa jako obiecanego Mesjasza. 
Cudownie wymodlone w starości Anny i Zachariasza dziecko, o pół roku od Jezusa starszy daleki Jego kuzyn, po którego poczęciu (samo w sobie cudowne, mając na uwadze wiek matki) działy się cuda jeszcze przed narodzeniem, kiedy ojcu Zachariaszowi Bóg odebrał mowę (dzisiejszy obrazek ewangeliczny – tak to jest, jak człowiek Bogu nie wierzy). Człowiek, który – można chyba powiedzieć – gromadził wokół siebie ludzi na pustyni tylko po to, żeby w końcu pokazać im palcem to, co dzisiaj powtarzamy w każdej Mszy Świętej: oto Baranek Boży, żaden inny. 
Rola na pewno niewdzięczna, którą Jan podjął z dużym wdziękiem. Nie raz i nie dwa razy musiał się pewnie tłumaczyć, jak to przytoczone w II czytaniu: „Ja nie jestem tym, za kogo mnie uważacie. Po mnie przyjdzie Ten, któremu nie jestem godny rozwiązać sandałów na nogach”. Urzekająca pokora, takie mocne porównanie – mógł skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu, a jednak, podkreśla, że nie jest godny wykonać Jezusowi najprostszej posługi ostatniego ze służących. To, że był konsekwentny, przypłacił głową – krytykowany za niemoralny związek z żoną własnego brata Herdodiadą Herod Antypas, niby nie chcąc ale bojąc się złożonej bezmyślnie obietnicy, skrócił Jana o głowę (stąd często przedstawiany jest z głową na misie). 
Znamienne są ostatnie słowa dzisiejszej Ewangelii: „Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem (…)”. To o Janie oczywiście, ale wydaje mi się, że można je odnieść do każdego z nas, jaki by nie był. Kiedyś my sami, także pewnie rodzice, zastanawiali się – kim on/ona będzie, na kogo wyrośnie? Tak czy siak, Bóg pozostaje z nami całe życie, towarzyszy, jest obok, gotowy pomóc i wspierać. Ale tę Jego obecność można przyjąć z wdzięcznością, albo ją negować i zaprzeczać. Wszyscy rośniemy – a potem się starzejemy – i plan Boży zawsze sprowadza się do tego, abyśmy dojrzeli nie tylko fizycznie po ludzku, ale wzrastali w środku, tym, co mimo zniszczenia ciała pozostanie i będzie trwało dalej: duchem, duszą. Żebyśmy – tak się rozwijając i dojrzewając – każdego dnia odkrywali swoje powołanie, przyjmowali je i realizowali, na miarę swoich możliwości i talentów.  

Dalekowzroczność

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata. (Mt 7,1-5)

Ten fragment na pewno jest dla wielu bardzo trudny – bo pewnie i trudno o kogoś, kto nie miał by z tym kłopotu. Jesteśmy specjalistami, fachowcami i ekspertami od tego, jak tu drugiemu „zrobić dobrze” (cudzysłów jak najbardziej zamierzony), a przede wszystkim jak ocenić jego postawę, zachowanie, nade wszystko zaś właśnie problemy, wady, grzechy i słabości. 
Nie swoje – jego, jej. Taka dalekowzroczność – syfu u siebie, tej belki, nie tyle nie widzę, co nie chcę go widzieć. Za to doskonale widzę i potrafię na x sposobów opisać problemy, te przysłowiowe drzazgi w oku drugiego, choćby stał całkiem daleko. Już nie mówiąc o tej dysproporcji – moja bela wystaje, jak się patrzy, a u tego tam drugiego jakaś drzazga. Nieważne – ja wiem lepiej, moja perspektywa jest jedyna słuszna. To tamten ma problem, nie ja. Ja kogoś osądzam? Niee, skądże – tylko uczciwie przecież nazywam po imieniu. A, że przy okazji swojego problemu nie widzę? No, co zrobić, tak to już jest. Ale przecież tamtego trafnie oceniłem, prawda? Czyli dobrze. Że co? Że miłosierdzia i troski to w tym podejściu za grosz nie ma? Hmm… 
Lekarzu, ulecz się sam. Dopóki nie zrobisz ze sobą porządku – ani sam nie ocenisz uczciwie siebie, ani tym bardziej nie bierz się za ocenianie innych. Zacznij w tym wypadku od siebie – to żaden egoizm, a po prostu jedyna droga, aby to „leczenie” miało jakikolwiek sens i do czegokolwiek dobrego prowadziło. 

Strach (na) i wróble

Jezus powiedział do swoich apostołów: Nie bójcie się ludzi. Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. (Mt 10,26-33)

Żeby zrozumieć te pierwsze słowa – jakby wezwanie do odwagi – trzeba uświadomić sobie, że chrześcijanin z definicji jakby musi być człowiekiem sprzeciwu. Nie dla zasady i wobec wszystkiego – ale w sposób sensowny i uzasadniony, wobec pewnych trendów, mód, kierunków. Szkoda czasu i miejsca na strach – dla Boga to pikuś, mały pikuś. Dzisiaj w sposób najmniej szkodliwy przejawia się to w prześmiewaniu, próbach marginalizowania wartości chrześcijańskich i przedstawiania ludzi wierzących jako kato-talibów, oszołomów i idiotów. Dalej następuje eskalacja, gdzie dochodzi do walki – bardzo często nierównej z wykorzystaniem brudnych i nieuczciwych metod, najczęściej z użyciem manipulacji i kłamstw – z ludźmi i konkretnymi działaniami, mimo że najczęściej są one po prostu dobre, a zarzuty wyssane z palca. Jakie to nasze… Nie mam argumentów, więc swój bunt uzewnętrznię w formie agresji. Bez sensu, ale widowiskowo. 
Z jednej strony jesteśmy tylko jednym z wielu Bożych stworzeń, które chodzą po tym świecie – z drugiej zaś jesteśmy wyjątkowi, bo jesteśmy Jego ukochanymi dziećmi. Dlatego się o nas troszczy – nie o dobrobyt doczesny, ale także o to, żebyśmy wiedzieli i umieli rozróżnić, czego się bać nie warto, a co faktycznie może zagrozić. Jak można takiemu Bogu zarzucić, że się o nas nie troszczy – skoro tu mówi wprost o tym, że dosłownie policzył włosy na naszej głowie? (podchwytliwe – ok, a co z łysymi?). Każdy z nas w swój jedyny i indywidualny sposób jest dla Boga wyjątkowy, najważniejszy. Tu jest nasza prawdziwa wartość i nie ma co tracić czasu i energii na potwierdzenie jej na świecie, uznając działania po prostu bez sensu za przejaw dziwnie rozumianej odwagi. Pewnie, mogę i zdarzy się, że się boję – ale im bardziej, tym bardziej powinienem zrozumieć, że On niczego się nie boi i stoi przy mnie. Więc co mi może zagrozić? 
No właśnie. On się przyznał do Jezusa (obrazek mocno na czasie w kontekście mundialu) – a jak to jest ze mną? Przede wszystkim trzeba zrozumieć – dla każdego to będzie coś innego. Tu nie ma co przykładać jakiejś jednej uniwersalnej miarki. To tak nie działa. Każdy z nas żyje i funkcjonuje w konkretnych swoich warunkach, z własnymi problemami i grzechami, i trudno tutaj wszystkich oceniać w ten sam sposób. Dalej, to zależy – przed kim mam się przyznać. Mama i tata, rodzeństwo? Ludzie ze szkoły czy uczelni? Współpracownicy, kontrahenci? Wreszcie mąż, żona, dzieci? A duchowny – ksiądz, siostra, zakonnik? Ilu nas jest – tyle pewnie jest wariantów. 
Jedno jest pewne – jeśli to nasze „przyznawanie się” ma wymiar stricte i wyłącznie niedzielno-świąteczny (niech stracę, Boże, masz tę godzinkę, jakoś wytrzymam…), odpalam Bogu „Jego” żeby mieć spokój i sumienie nie gryzło, czasami wpadnę do kościoła z okazji ślubu, chrzcin, no i obowiązkowa święconka (bo co by sąsiedzi powiedzieli…) – to nie tędy droga, szkoda zachodu mojego i własnej głupoty, żeby myśleć, że Bogu to jest na cokolwiek potrzebne. Nie jest, nigdy nie było ani nie będzie. 
Nie ma gotowej uniwersalnej formuły – jak dobrze dać świadectwo, jak zaświadczyć o Bogu. Im dłużej chodzę po tym świecie (ok, długo to to może nie jest…), tym bardziej jestem pewien, że takie rzeczy się czuje, że to jest kwestia jakiejś tam wewnętrznej wrażliwości. Po prostu w danej sytuacji wiesz, że powinieneś się zachować – co zaczynasz rozumieć najczęściej tym mocniej i bardziej, jeśli jednak tego nie zrobiłeś, okazałeś się za miękki. Trudno, zdarza się – i zdarzy jeszcze nie raz. Walcz z tym i staraj się, aby następnym razem było lepiej. Wysil się i spróbuj o Nim zaświadczyć. Nie gadaniem – żadna sztuka. Robieniem. Tym, co przemawia najmocniej – przykładem. 

Dyskretnie kochająca obecność

W piątek minął rok czasu od odejścia Mamy. 
Dla mnie bardzo smutnym było to… że chyba się już pogodziłem z tym faktem i nauczyłem się z nm żyć. Na własnej skórze przećwiczyłem i to jest jakby jedno, natomiast nie wierzę w twierdzenie pt. „czas leczy rany” (coś jak to tischnerowskie „nie uszlachetnia” w odpowiedzi na porzekadło, jako by cierpienie miało uszlachetniać). No bo nie leczy. Działamy tylko tak, że o pewnych sprawach ciągle jakby nie pamiętamy – i jest ok; aż do momentu, kiedy ta kwestia powraca, i wtedy wszystko – przynajmniej u mnie – wraca ze zdwojoną siłą. 
Wierzę, że Mama jest święta – bo jest już tam, gdzie i ja, i większość z nas zmierza, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Dlatego bardzo często – szczególnie ostatnio – zadaję sobie w różnych sprawach pytanie: a co by Mam zrobiła? Pomijając jej – bardzo szczególne – podejście do wiary i niezwykłą uczciwość, z jaką stawiała sprawy z nią związane – chyba jestem do niej bardzo w tym podobny. I cieszę się z tego – bo na pewno dobrą jest wiara prosta, ale już co innego z wiarą bezmyślną, albo z przyzwyczajeniem maskowanym jako wiara. 
Pisałem niedawno, niecały miesiąc temu skończyła się wreszcie sprawa sądowa z pracodawcą Mamy. To było bardzo dużo emocji. I duża frajda – że co prawda nie tutaj, ale będąc tam także ona może się cieszyć z tzw. sprawiedliwości, której finalnie stało się zadość. Jak to powtórzyła w tych dniach jedna z Mamie bardzo życzliwych osób – ona by sama pewnie powiedziała: „i znowu sukces”. Dokładnie. Tak właśnie by powiedziała.
To jest dla mnie mocno dziwne i niezrozumiałe – ale jakby odeszła wczoraj. Bardzo dokładnie ją pamiętam. Mam takie przebłyski wspomnień, pewnie z okresu, kiedy byłem może ciut starszy od Domika dzisiaj (czyli dosłownie te 4-5 lat?) – pojedyncze obrazy. I potem tyle bardziej coraz świadomych, wspomnień z tych 24 lat wspólnego życia, a potem kolejnych 4 już osobno, ale przecież często razem. Nigdy się ze swoją obecnością nie narzucała. Zawsze wiedziała, że pewne rzeczy człowiek musi sam przetrawić – lepiej poczekać, być i wspierać na odległość. Że do ostatecznych wniosków zawsze trzeba dojść samemu – rodzic może pomóc, opowiedzieć o swoich doświadczeniach, coś zasugerować, ale nigdy nie narzucać czy wmuszać, bo to tylko zniechęca i niczego nie uczy. Taka dyskretna, ale bardzo kochająca obecność. I w przeciwieństwie do ojca – zawsze potrafiła okazać radość, dumę z jakiegoś nawet drobnego sukcesu – aż momentami nie mogłem uwierzyć, że takie byle co mogło sprawić tyle radochy. Jak bardzo cieszyła się, kiedy urodził się Domik – dzisiaj zaczynam dostrzegać, jak bardzo on jest do niej podobny… A w tym wszystkim zupełnie oderwana od kwestii materialnych, samowystarczalna, minimalistka. 
Pewnie już o tym pisałem, ale kiedy odeszła, to posypały się maile od ludzi bardzo jej życzliwych, wielu przyjaciół. I motywem przewodnim w nich było to, że była Mama po pierwsze zawsze autentyczna i lubiana za to, że – bez względu na cenę – „waliła między oczy” czyli nigdy nie owijała w bawełnę, a mówiła dokładnie to, co myśli. Po drugie, zawsze można było na nią liczyć – trzymała się swoich przekonań i dla ludzi bliskich potrafiła zrobić naprawdę bardzo dużo. 
 
Nikt nie spodziewał się, że odejdzie akurat wtedy – po chemioterapii w 2012 r. było dobrze, czuła się dużo lepiej; ja się podłamałem trochę, kiedy zaczęły się bóle głowy, a badania potwierdziły przerzuty do mózgu. Może nie świadomie, ale gdzieś tam z tyłu głowy bałem się – co będzie dalej? wiadomo, jak przebiega taka choroba. Były dni, kiedy Mama nie nadawała się do życia, leżała sobie, z powodu bólów głowy. Była trochę nieswoja, nie pamiętała pewnych rzeczy, widać było kłopoty ze skupieniem – ale nikt na to nie patrzył, bo liczyło się, że była z nami. I nagle wszystko się skończyło – mimo, że tego dnia była u lekarza, widziała się ze swoją dobrą przyjaciółką (a matką chrzestną mojego brata, walczącą od wielu lat z rakiem…), że poprosiła brata, żeby ją wysadził wcześniej, bo chciała się przejść do domu i spacer sobie zrobić. Po prostu umarła. Jak tata zadzwonił – siedziałem w pracy – jak tylko zobaczyłem numer, to wiedziałem, że coś jest nie tak… 
Zupełnie przypadkiem ten piątek mieliśmy teraz wolny. Można było spokojnie pojechać na cmentarz. Bardzo lubię to miejsce. I jak tam sobie siedzę, i rozmawiam z nią – tak samo, jak Mama, przychodząc z nami od małego na groby swojej mamy i babci, z nimi rozmawiała. Opowiadam o tym, co się dzieje, jak młody rośnie, co się udało, co się nie udało, na co brakuje cierpliwości, jakieś małe sukcesy czy porażki. Za każdym razem mam wrażenie – właściwie to jestem pewien – jakby ona była obok, usiadał, przytuliła się, i dawała znak: jestem z wami, nawet bardziej i mocniej niż wtedy, za życia, i kibicuję wam mocno.
Dzięki, Matuś, za wszystko. Tak, jak Ty mówiłaś babciom, tak ja dzisiaj mówię Tobie: żebyś tylko się nie musiała za nas tam z góry wstydzić. Damy sobie jakoś radę, chociaż bez Ciebie.