Rekolekcje Adwentowe 2014 online

Pierwszy wpis po dłuższej przerwie. Modlitwy wielu życzliwych ludzi bardzo dużo dały – dzięki czemu ostatni, mam nadzieję, naukowy etap w życiu mam za sobą i pozostaje tylko uczing pod kątem egzaminu marcowego.
>>>
Leci trzeci dzień Adwentu AD 2014 i dlatego wklejam kilka propozycji rekolekcji on-line, czyli dla (pewnie większości z nas) ludzi takich jak ja, którzy z jednej strony nie mają po prostu czasu iść na roraty czy rekolekcje (praca…), a z drugiej nie chcieli by trafić na byle co, czyli są nieco wybredni. Propozycji kilka jest.
Poza tym fajna rzecz do poczytania – 2160000 sekund Adwentu – przygotowane przez świeckie wspólnoty dominikańskie rozważania na każdy dzień.
Pewnie jest tego dużo więcej – to tylko kilka znalezionych przez mnie propozycji. Każdemu życzę – bez względu na to, gdzie, kiedy, w jakiej formie, sam znalazł czas i zasłuchał się w Niego. 

Jak to jest z tym płaceniem

Kawałek świetnej rozmowy Marcina Jakimowicza z o. Witem Chlondowskim OFM pt. „Ile to kosztuje” (GN z 07 września 2014 r.). A’propos naszej ludzkiej logiki – trzeba zapłacić. No właśnie nie trzeba, ale ciężko to zrozumieć. 
„- Trudno nam uwierzyć, że Bóg kocha za darmo, wylewa za darmo łaskę. Ale Nowy Testament ukazuje nam Ojca, który tak umiłował świat, czyli ciebie i mnie, że dał nam za darmo swojego Syna. Przez Niego przychodzi łaska osobowa, czyli Duch Święty. 
– A my zadajemy pytanie: „Ile to kosztuje?”. To nie tylko pytanie Marcina Jakimowicza. Już w Dziejach Apostolskich podchodzili do apostołów ludzie i widząc charyzmaty, sięgali do sakiewek. My ciągle jesteśmy cwani – wiemy, że nie chodzi o pieniądze. Zmieniamy walutę. Pytamy: „Ile mamy się modlić, by otrzymać dar?”. Nasza wspólnota przez 10 lat zadawała sobie pytanie: „Co robimy nie tak?”.
– A na co kładliście akcent? W co się wpatrywaliście?
– W samych siebie. Niby wiedzieliśmy, że charyzmat to „dar darmo dany dla drugiego”, ale przecież jakiś różaniec trzeba zmówić…
– I tu masz odpowiedź! Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać, ile to kosztuje, bo… On jest ceną, On jest zapłatą. Gdy patrzymy na siebie, będziemy zawsze zadawać pytanie: „Co robimy nie tak?”. Gdt wpatrujemy się w Jezusa, ten problem znika”. 

Niebo dla średnio zaawansowanych – część 01

Trochę – naprawdę niewiele – świetnych myśli z kolejnej książki Szymona Hołowni, tym razem wywiadu-rzeki z ks. Grzegorzem Strzelczykiem pt. „Niebo dla średnio zaawansowanych„. 
Myślałem przed przeczytaniem tej pozycji, że co nieco wiem na ten temat. Oj, mocno byłem w błędzie. Ale to bez znaczenia. To dosłownie kopalnia niesamowitych myśli, których nigdy bym sam nie wymyślił, a któe wyjątkowo obrazkowo do mnie trafiły. 
Póki co, tylko część 🙂
To, jak przeżywam swoje życie, decyduje o tym, jak przeżywam swoją śmierć.
– Ludziom często wydaje się, że podstawową sprawą jest wiara w Boga, czyli w to, że On istnieje. A moim zdaniem, popraw mnie jeśli się mylę, najważniejszą rzeczą jest zaufanie. 
– Oczywiście. 
– Szatan też wie, że Bóg istnieje. 
– Jeżeli mówimy o wierze, to mówimy o zaufaniu. To znaczy oni tam są, żyją sobie, ufając Bogu. Przychodzi śmierć. Co robią? Nic nie zmieniają, ufają Bogu. Wchodzenie w śmierć z zaufaniem Bogu jest innym wchodzeniem w śmierć niż po prostu z zaskoczenia, w stanie buntu. 
– Zależy nam na tym, że by iść do sklepu, kupić bułki i nie myśleć wtedy, że są to bułki o znaczeniu ostatecznym.
– Ostatnie bułki. Ostatni jogurt.
– Gorzej. To, że ostatnie, to pół biedy. Że sposób, w jaki przygotuję te bułki swojej żonie, swojemu mężu, swojemu dziecku, to jest sposób ostateczny, czyli że jest to graniczny wyraz mojej miłości. My tak nie żyjemy (…) Nas czasem tylko, w chwilach duchowego olśnienia, dopada taka świadomość: że w ogóle jak wstaję rano, to to ma ostateczne znaczenie.
– Przecież można się zamęczyć takim myśleniem. 
– Albo przeżyć to jako dar. Tu wraca kwestia zaufania. Jeżeli uda mi się odkryć, że grzechy są mi przebaczone – na przykład to, że smarując te ostateczne bułki, pomyślę źle o 5 swoich sąsiadach – że mimo wszystko jestem umiłowany. I że Bóg poradzi sobie z tym moim paskudnym myśleniem. Wtedy sytuacja trochę się zmienia. 
Świat ma się kręcić na miłości, to jest szaleńczy pomysł ze strony Boga, tak, od początku szaleńczy. Ale tak założył. Jeśli świat ma się kręcić na miłości, to człowiek musi być wolny. W związku z tym także zdolny do potwornych rzeczy. Dopiero z perspektywy ostatecznej zobaczymy, na ile to ryzyko się opłaciło. 
– Ludzie czasami proszą, żeby śmierć była nagła i niespodziewana, ponieważ nie chcą leżeć w łóżku i konać. Ty wolisz leżeć w łóżku?
– Niekoniecznie w łóżku. Tak, żebym zdążył się spokojnie pojednać. Bo tu chodzi – moim zdaniem – w dużej mierze o to, żeby zdążyć przebaczyć przed śmiercią. Do mnie zawsze wraca przypowieść o nielitościwym dłużniku. Ja ciągle jeszcze łapię swoich dłużników i duszę, krzycząc: „Oddaj, coś winien!”. Chciałbym mieć taką śmierć, żebym zdążył te wszystkie długi darować. Bo potem trzeba stanąć z powrotem przed Tym, który przebaczył pierwszy. 
– Staje przed tobą Bóg, Jezus Chrystus, i wiesz, że to jest Bóg, bo wtedy jesteś w stanie Go już zidentyfikować, i wyobrażasz sobie, że mówisz Mu: „Eee, dziękuję bardzo”?
– Próbuję sobie siebie w takiej sytuacji wyobrazić i trochę się boję. Bo gdy pomyślę o wszystkich tych momentach, w których stawało przede mną maksymalne wyzwanie miłości, na jaką mnie stać, i zrejterowałem, to kiedy sobie wyobrażam, że ma stanąć przede mną wyzwanie ostateczne największej miłości, jaka jest w ogóle możliwa, to wcale nie mam bezpiecznej pewności, czy znowu nie wezmę nóg za pas. Myślę, że to, co nam najbardziej grozi, to przywiązanie do swojej wizji rzeczywistości. 
Kiedyś w jakiejś powieści wyczytałem taki opis, że ludzie w momencie sądu szczegółowego, sądu jednostkowego, mają przed sobą dwa pociągi: na jednym jest napis „niebo” i na drugim jest napis „niebo”. Tylko że jeden jest tak naprawdę do nieba i do relacji, a drugi jedzie do tego, co ty tak naprawdę sobie zbudowałeś, wymyśliłeś, co będzie twoim ogródkiem, jeziorkiem przeżywanym przez wieczność. Po tysiącu lat, jeżeli tam byłby czas, zaczniesz wymiotować, bo po prostu będziesz cały czas nad tym cholernym jeziorkiem z tym grillem i z tym wszystkim, co sobie wymyśliłeś. Sam. To jest dramatyczne. Kiedy pierwszy raz to sobie uświadomiłem, to było naprawdę mocne przeżycie: jaka prostoliniowa jest zależność między tarciem sobie oczu brudnymi łapami tutaj, w tym świecie, a stanięciem jak ślepiec przed Chrystusem. 
– Ten wyrok się dzieje. Żyjesz…
– Sąd Ostateczny jest teraz.
– Nawracasz się…
– Tak. Znaczy jesteś już in fieri. Już idziesz w tym kierunku. Nie ma siły. Wszystko, co zrobiłeś, jakoś ustawia twoje życie. Każde nawrócenie lub jego brak. Twoje życie w jakiś sposób uwarunkowuje to, co będzie. Oczywiście, w każdym momencie można się nawrócić. Także w momencie sądu szczegółowego, to znaczy w tej ostatniej decyzji, która jest wobec Boga. 
– Popatrzmy na strukturę naszej modlitwy. Bo w niej ujawnia się trochę dynamika sądu. My się modlimy do Ojca przez Syna w Duchu Świętym, czyli mamy w zasadzie sytuację taką, że jest Ojciec, który stoi na przeciwko nas, do którego ciągle się odnosimy jako do tego najbardziej „zewnętrznego”. Potem jest Duch, który jest w nas. Jest po naszej stronie tak bardzo, że go ignorujemy. I jest Syn, który stoi obok nas jak brat, który przeszedł przez historię człowieka. Taka jest struktura sądu. Bóg jest w nas, Bóg jest obok nas, Bóg jest przed nami w sądzie. W związku z tym jest pewna siła, która mnie sądzi od wewnątrz.
– Sądzi od wewnątrz. Czyli jest tak, jak chyba Hans Urs von Balthasar napisał, że sędzia nie musi nic robić, wystarczy, by był. Staję wobec Boga i cała reszta dzieje się we mnie, ponieważ w tym momencie konfrontuję się z Bogiem. Nie ma odczytywani aktu oskarżenia, nie ma przewodu sądowego, po prostu wstaję, patrzę Mu w oczy i wszystko jest jasne. 
– Czyli Chrystus nam powie: „Słuchaj, a Józkowi zrobiłeś tamto”, tak?
– Nie wiem, czy to będzie musiał mówić, bo Duch mi to właśnie powiedział. Chrystus staje przy nas jako obecność tych wszystkich ludzi. Bardziej nawet intensywnie, niż gdyby oni sami tam byli. 
Sąd szczegółowy to jest sąd, na którym każdy staje indywidualnie przed Bogiem i mamy to trójwymiarowe wydarzenie wobec Ojca z Chrystusem w Duchu Świętym. Natomiast potem przychodzi Sąd Ostateczny, w którym następuję absolutne ujawnienie prawdy o każdym wobec każdego. Im bardziej ktoś był święty, użyjmy tej kategorii, tym bardziej jego przykład błyszczy w tym momencie. Bo to się wtedy właśnie ujawnia. Czyli wobec świadectwa świętego mnie jest bardziej wstyd. 
– No to jak to jest z tym sędzią, co za dobre wynagradza, a za złe karze?
– Gdyby tak było, tobyśmy mieli zupełnie przerąbane. 
– Czyli to jest nieprawda?
– Tak. 
– To dlaczego tak jest w katechiźmie, którego się uczymy?
– (…) Ten tekst jest słuszny, jeżeli go przyłożymy do rzeczywistości ewangelicznej i powiemy: ten sąd działa tak jak przypowieść o robotnikach z winnicy, to znaczy obojętnie, w którym momencie przyjdzie, to i tak sprawiedliwość będzie, bo wszyscy dostali to, na co się umówili, czyli denara za dzień. Nawet jeżeli pracowali godzinę. Jeśli powiemy, że tak jest sprawiedliwie, to ok. Natomiast jeżeli dokładnie „za dobre wynagradza, a za złe karze” na zasadzie prostej księgowości, to po co był Chrystus?
Jeżeli Bóg, za którym tęsknię, tam będzie na mnie czekać, to trzeba powiedzieć, że na szczęście będziemy osądzeni. Właśnie: na nasze szczęście. Jeżeli ja się całe życie zmagam z tym, że nie potrafię się przełamać do pewnych rzeczy, choć wiem, że są dobre, to na szczęście ktoś to kiedyś we mnie pokona. Myśmy, duszpastersko strasząc sądem, może coś ugrali na gruncie moralności. Ale zabiliśmy pragnienie Boga. 
Czasami sobie myślę, że nawet nie tyle Boże przebaczenie w tym momencie jest problemem, ile przebaczenie sobie. Czyli ja muszę sobie bezwarunkowo przebaczyć. Póki tego nie umiem, to jest czyściec. 
– Metafora oczyszczania złota w tyglu. Ona ma korzenie biblijne, wyrasta stamtąd i jest też bardzo fajna, w tym sensie, że tam są 2 rzeczy jednocześnie. Proces, w który ktoś musi tchnąć energię z zewnątrz, bo złoto samo się nie oczyści. Ktoś musi pod tyglem podpalić, skądś musi iść energia. 
– Pan Bóg podpala?
– Pan Bóg i inni. Ich dobro.
– Swoim spojrzeniem. 
– Modlimy się za tych, którzy są w czyśćcu, prawda? Czyli pompujemy w nich dobro, to znaczy podgrzewamy ich tam. 
Czyściec jest takim miejscem, w którym zbiegają się działania – zbawcze działanie Boga, które w ogóle umożliwia czyściec (człowiek nie ląduje daleko od Boga), zasługi Chrystusa związane z krzyżem i Zmartwychwstanie, czyli początek Kościoła, modlitwa i wstawiennictwo tych wszystkich, którzy już osiągnęli chwałę nieba i modlitwa tych wszystkich, którzy są jeszcze w drodze. 
– Po prostu, [niebo] to jest moment, w którym każdy będzie pełny, niezależnie od tego, jaką miarę sobą przedstawia. 
– Ja też pamiętam z bardzo starych czasów to porównanie, ono jest chyba jednym z najbardziej trafionych, to znaczy moja miara, taka, jaką Bóg przymierzył od początku, będzie wypełniona. 
– Będziesz szczęśliwy. 
– Trzecia koncepcja [odnośnie tego, co się dzieje ze świętymi pomiędzy sądem szczegółowym a Sądem Ostatecznym] jest taka, że człowiek bez ciała żyje w Bogu. Wklejony w Boga na razie.
– Taka wlepka. 
– Jest już szczęśliwy, bo jest w Bogu. Jest po sądzie szczegółowym, czyli to, co pomiędzy nim a Bogiem, zostało wyczyszczone. Natomiast czeka tylko na ciało. 

Boże przenikanie

W ramach prasówki, z bardzo fajnego artykułu pt. „Darmowe mycie nóg” – wywiadu Marcina Jakimowicz z s. Marciną Wieszołek (GN z 17 sierpnia 2014 r.):
  • On zawsze patrzy z miłością.
  • [Przystanek Woodstock] to są nasze rekolekcje. A poza tym to nie nasza walka. To On walczy, nie my. To z Niego jest ta przeogromna moc, nie z nas! Kiedy jesteśmy słabi, On objawia swoją chwałę! Naprawdę objawia. Widzisz Jego namacalne działania, moc, z jaką wylewa się Duch Święty, więc wracasz przemieniony. Nie możesz głosić, nie mając doświadczenia Pana Boga, a mając takie doświadczenie, nie możesz nie głosić i milczeć!
  • Dziwne proporcje? Boże proporcje. On patrzy inaczej niż my.
  • Prawdziwym przewrotem kopernikańskim w moim życiu był moment, gdy zrozumiałam, że nie ja mam się pytać Pana Boga o to, co mam dla Niego zrobić, tylko w jaki sposób ma się przeze mnie objawiać Jego chwała. A to nie to samo! Ziemia to nie poczekalnia w kolejce do nieba. Nie mam się zastanawiać, czy się do tego nieba dostanę, czy nie, ale zadawać pytaniem ile tego nieba przez moje ręce przeniknie na ziemię.

Upór w opresji

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)

Gdyby się tak zastanowić – Jezus nieco „pojechał po bandzie”, rozmawiając z tą kobietą. Niezbyt pięknie się z nią obszedł, kiedy przyszła prosić o pomoc dla córki – porównując ją do psa. Czemu takich słów użył? Nie wiem. Czy takie słowa padły? Pewnie tak – wielu twierdzi, że Pismo Święte x razy preparowano, wycinając niewygodne kawałki – a ten? Po prostu dowód na ludzką naturę Jezusa. 
Ale ten tekst czyta się dzisiaj w kościołach nie dlatego, że Jezus to powiedział – ale dlatego, co się stało dalej, albo z powodu tego, co się stało później. Z powodu uporu i wytrwałości kobiety. Przy całej jej wierze w moc Jezusa – musiało tak być, skoro do Niego przyszła – nie była ani onieśmielona, ani nie zachowywała się w jakikolwiek uniżony sposób. Była zdecydowana walczyć o to, co było dla niej najważniejsze – zdrowie dziecka.
Apostołowie zareagowali mało wyrozumiale – podobnie jak w zbliżonej sytuacji ze ślepcem – i po prostu chcieli się jej pozbyć, no bo co, tylko krzyczy za nimi. I wtedy nastąpił ten niesamowity dialog. Z jednej strony Jezus mówiący o posłaniu Go do Narodu Wybranego (do którego tamta – Kananejka – nie należała), z drugiej zaś strony wielka wiara i wola walki kobiety. Nie uniosła się gniewem, nie wstała i odeszła obrażona, nie złorzeczyła. Tak – może i szkoda jedzenia dla dzieci dla psów, ale także szczenięta tych psów posilają się przecież resztkami ze stołu. Ty możesz pomóc także i mnie, mojej córce – ponieważ ja w to wierzę. 
Nie dała za wygraną – coś, od czego bardzo często dzieli nas bardzo niewiele, szczególnie w najtrudniejszych momentach: choroba, śmierć, utrata osoby najbliższej, strata pracy, wypadek. Tak, uzyskała to, o co prosiła – bo działała dalej, nie poddała się, podjęła dialog. Szorstka forma Jezusa jej nie zniechęciła, wiedziała dokładnie czego chce. 
A ty wiesz? Co z tego, że Jezus i tobie powie „niech ci się stanie, jak chcesz” – o ile zobaczy wiarę – ale czy ty wiesz, czego właściwie naprawdę chcesz. 

Licz się ze słowami

Można patrzeć w Jej spaloną słońcem twarz, w której widać to, co nosi w sobie w głębi. Była kobietą trudnych życiowych doświadczeń: była wdową, przeżyła śmierć swojego Dziecka, ale doświadczyła też zmartwychwstania. Maryja była niezwykle mocno związana z Bogiem, a jednocześnie była bardzo ciepła i otwarta na ludzi. 

Czego Ona się domaga, patrząc na nas? Nigdy nie przestaje być Matką – i dlatego chce, by dzieci były razem, by móc je zgromadzić przy wspólnym stole, zwłaszcza przy tym szczególnym stole, który nakrywa Jej Syn. I cierpi, gdy brakuje jakiegoś dziecka, bo nie chce albo nie może przy stole usiąść. 

Gdy w niedzielę wychodziliśmy z Krakowa, mieliśmy nic: dwie ryby i pięć chlebów, to niewiele jak na tyle tysięcy osób. Tam jednak była obietnica: Bóg nas nakarmi. I nakarmił nas: Słowem, Sobą, życzliwością spotykanych ludzi. A dziś Maryja, spotykając się z Nim i z nami przy jednym stole, prosi: zróbcie wszystko, cokolwiek On wam powiedział w tym czasie. Wtedy na nowo Go spotkacie i rozpoznacie w swoim życiu.

To słowa o. Maciej Chanaka, opiekuna krakowskiego duszpasterstwa młodzieży „Przystań”, które wypowiedział w jasnogórskiej kaplicy Cudownego Obrazu na zakończenie tegorocznej dominikańskiej pielgrzymki pieszej. Trafiłem na nie zupełnie przypadkiem, a jednak… chyba nigdy nie słyszałem słów tak bardzo prostych, a jednocześnie chyba odzwierciedlających i oddających to, co czuję do Maryi. 
Przełom lipca i pierwsza połowa sierpnia to czas, w którym z całej Polski (najdalsza chyba z Helu?) wędrują pielgrzymi do Matki Boskiej Częstochowskiej. Pieszo nie pielgrzymowałem nigdy, rowerem zdarzyło się (ostatni raz 10 lat temu) trzy razy. Jest to niesamowity czas, a w tych pokręconych czasach lansowania zupełnie dziwnych wartości jeszcze bardziej niezrozumiałe – dotknięte Bożym palcem i Jego tchnieniem? – wydaje się to, że ludzie decydują się poświęcić de facto cały urlop (pewnie ok. 20 dni) na to, aby się modlić i wziąć udział w pielgrzymce, bez względu na pogodę, czy skwar, czy deszcz, wędrując i prosząc Boga za wstawiennictwem Maryi. 
Jak to powiedział o. Chanaka, należy uważać na to, o co się Maryję prosi. Z Bogiem można żartować, zmagać się i kłócić (czasami nawet trzeba!) – ale Bóg, i Maryja jako pośredniczka także, bardzo serio traktują wszystkie kierowane do Niego i przez nią prośby. Ale to nie powód do lęku – ale do ufności, zawierzenia Bogu i otwarciu się na Maryję i to, jaki wzór ona daje. Dla mnie… od roku, kiedy odeszła moja Mama, to Ona jest dla mnie tutaj jedyną Matką. To też zmienia perspektywę. Dlatego nie można się obawiać i wręcz trzeba prosić o sprawy i rzeczy wielkie, te najbliższe sercu, nawet gdy są to kwestie tak dziwne i trudne, że jakby niewykonalne. 
Nikt tak bardzo jak ona nie był człowiekiem – z całym Jej wybraniem i misją Matki Boga-Człowieka, ale też całym bólem i cierpieniem, jakie później się z tym wyborem wiązały i stanowiły jego konsekwencję, przez całą drogę krzyżową, aż pod krzyż, a potem do pustego grobu – ale to nie koniec, bo i do wieczernik przepełnionego zmartwychwstaniem. 
Trochę mnie kłuje w uszy, jak przy różnej maści nowennach pojawiają się kartki z intencjami, a w nich sformułowania: „mateńka”, „mateczka”. Nie wiem, może to nie moja wrażliwość, ale ja to odbieram jako określenia takiej cukierkowej królowej, statuetki, ślicznie ubranej figurki na podeście. Nie przekonują mnie też te złocenia, tzw. sukienki. Co, wybacz, z moim odbiorem Maryi chyba niewiele ma wspólnego – o czym także dowodzą tłumy pod wizerunkiem jasnogórskim: ani pięknym, ani specjalnie wesołym, po prostu zwykłym, doświadczonym życiem ze wszystkimi jego bagażami, ale i radościami. 
Ale Maryja nie jest żadną boginką, półbogiem, jedną z trzech osób Trójcy Świętej (bo i takie rzeczy można usłyszeć). Jest naszym drogowskazem przez Jezusa ku Bogu. I chyba najważniejsze, co w Piśmie Świętym się Jej dotyczy, to krótkie zdanie (zwróć uwagę: Matka Boża praktycznie nic nie mówi na kartach Ewangelii, jedynie kilka wypowiedzi), wypowiedziane w momencie początku działalności Jej Syna: „zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. 
Taka matczyna zachęta dla upartego i twardego serca – serca każdego z nas. Bóg nigdy nie stawia przed nami zbyt wiele, to tylko nam się tak może wydawać. A ona zachęca – nie daj się, uwierz Mu, zawierz Mu i działaj tak, jak On to wskazuje. Otwórz się i przyjmij to, co On pozwala każdego dnia ci odkrywać i zrozumieć – i wtedy to nie będzie jednorazowe doświadczenie, ale trwałe, niejako ciągłe i codzienne odkrywanie i przyjmowanie Bożych darów i Jego planów w stosunku do mnie. 

Mizerny minimalizm

Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”.  Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. (Mt 25, 14-30)

Skupię się na ostatnim bohaterze tego obrazka ewangelicznego. Mógłby ktoś zapytać: ale o co poszło? Co ten trzeci źle zrobił? Czym podpadł? Skąd taka kara? W sumie, nie ukradł, rozliczył się ze swoim panem, nie spekulował. W czym więc problem?
Na pewno nie można mu zarzucić nic w zakresie prawdomówności – bo wygarnął panu, a właściwie po prostu powiedział to, co myślał. Nie dam się wysługiwać, nie będę ci organizował i napędzał dochodu, nie zarobisz na mnie – masz tyle, ile mi zostawiłeś. W realiach wolnorynkowych – hm, delikatnie rzecz biorąc, dezaprobata pana jest bardziej niż zrozumiała, bo nie po to zostawił te pieniądze ludzikowi, żeby teraz oddał tylko tyle samo, ale miały na siebie pracować i przynieść zysk. Ale że Jezus tu o czymś takim mówi? 
Ano mówi – i ma wręcz rację. Tu nie o pieniądze jednak czy zysk materialny chodzi, ale o ludzkie lenistwo, brak inicjatywy, obawę przed ruszeniem palcem, żeby się przypadkiem nie narobić. Bo albo w ogóle nic mi się nie chce, albo ewentualnie – w ostateczności, oczywiście, kiedy potencjalny zarobek wart jest zachodu – ruszę się i coś tam zrobię, ale tylko dla korzyści tu i teraz, przeliczalnej na pieniądze, kwoty, koneksje, kontakty, układy i układziki; zaprocentują od razu dzisiaj albo niebawem. „Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieni pić…” jak śpiewał Ryszard Rynkowski – ot co! Nie wysilać, brzydzić wysiłkiem wręcz, mizeria taka, wegetacja praktycznie. Bez odpowiedzialności, podjęcia ryzyka, zawalczenia, wykazania inicjatywy czy pomysłowości. Minimalnie, po najmniejszej linii oporu. 
Z pieniędzmi – tak jest zawsze. Najgorsze jest jednak to, że podobnie jest także z naszymi dążeniami ku Bogu, wieczności, niebu. Nic, zero, albo prawie nic. Jak zrobić, żeby się nie narobić, i jakoś tam – przez czyściec, najwyżej – załapać się do nieba. O to tutaj chodzi. Dlatego tak nieciekawie skończył ten ostatni, wyzwany od złych i gnuśnych zawczasu. Bóg mówi w tym obrazku o tym, co nam daje – i nie o pieniądze chodzi, a o te talenty dosłowne: mądrość, pomysłowość, uzdolnienie muzyczne, wokalne, umiejętności sportowe, kreatywność, i tyyyle inne. Każdy ma inne. Każdy dostaje je w innej konfiguracji. Co więcej, każdy ma swój rozum i tak naprawdę jedno zadanie: we własny sposób je uskrzydlić, z miłością wykorzystać. 
Wtedy nawet do łba mu nie przyjdzie gdziekolwiek czegokolwiek zakopywać. Wtedy z radością – kiedy ten jedyny Pan powróci w dniu Sądu – stanie przed Nim z naręczem tego, co zyskał, puszczając w obrót i twórczo wykorzystując talenty. Ale trzeba chcieć. 

Epilog jasienicki (chyba)

Myślałem, że już nic nie napiszę o ks. Wojciechu Lemańskim i sytuacji w parafii Jasienica. A jednak. Jedno dobre, że kontekst wydaje się optymistyczny i wszystko wskazuje na to, że sprawa ma swój definitywny koniec. 
Na pewno cieszę się, że ks. Wojciech podporządkował się decyzji tak Watykanu, jak i biskupa, czego konsekwencją jest nie tyle samo mianowanie go kapelanem, ale – jak podają media – fakt, iż nominację przyjął, a ponadto został przedstawiony w placówce (oddziale w Józefowie) i przygotowuje się do objęcia tam wszystkich obowiązków kapelana w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii w Zagórzu. Wydaje się, że został bardzo dobrze przyjęty tak przez personel, jak i pacjentów, przełożony szpitala wskazuje na bardzo poważne podejście księdza do nowych obowiązków. 
Bardzo dobrze, że ks. Lemański zrezygnował z ubiegania się o urlop zdrowotny i wrócił do czynnej pracy. Pomimo pewnych cech charakteru – powiedzmy dyskusyjnych – jest to człowiek niewątpliwie zaangażowany i oddany pracy, zatem taki, który Kościołowi i wierzącym jest potrzebny w pracy „na froncie”, a nie jako rekonwalescent – mimo niewątpliwie dużej ilości przeżyć i tego, że w mojej ocenie biskup nie jest w stosunku do niego w porządku. Ale mniejsza o to. 
Osobna sprawa to cyrk, jaki ów biskup urządził wokół otwarcia kościoła w parafii jasienickiej. 
Ja cały czas się zastanawiałem czy zamykanie tego kościoła (tj. karanie ludzi za Lemańskiego) miało jakikolwiek sens. Co więcej, fakt, iż karę zniesiono dopiero po przyjęciu przez w/w nominacji do nowej funkcji w diecezji, potwierdza właśnie, że tu nie tyle chodziło o jakiekolwiek dobro Kościoła (czy kościoła) i zapobiegnięcie profanacji – a zmuszeniu do zamknięcia się ludzi, którzy Lemańskiego w parafii popierali, a przy okazji zrobieniu pięknego prezentu z okazji Zmartwychwstania wszystkim parafianom, którym przez pół roku kazano biegać do sąsiedniego kościoła. Nie wnikam, czy w pełni słusznie, czy nie – mając na uwadze treść i ton wypowiedzi kurii, szczególnie za poprzedniego kanclerza, raczej co najmniej częściowo i Lemański i jego zwolennicy rację mieli, choć nie w pełni. Dla mnie – ewidentnie gest w stylu: jak wy mi tak, to ja wam… Komu jak komu, biskupowi nie przystoi, nijak. 
Na szczęście, nie tylko ja uważałem ze nie miało żadnego sensu. A teraz abp Hoser zrobił z tego otwarcia szopkę jak słynne „Otwarcie hipermarketu” z kabaretu Ani Mru Mru… Nie mogę w tej chwili znaleźć – może zapobiegliwie usunięto – ale na stronie diecezji warszawsko-praskiej opublikowano, uwaga, dla prasy i mediów (!) specjalny poradnik i opis tego, jak owo otwarcie ma wyglądać, gdzie w danym momencie jest przewidziane miejsce dla dziennikarzy czy to w kościele, czy poza nim, i co zrobić aby móc nagrywać uroczystość czy robić fotki. No jeśli to nie świadczy o działaniu pod publiczkę, dla pokazania „moje na wierzchu” – to nie wiem, o czym to miało świadczyć. Dla mnie totalna pomyłka. Ale jak mówią niektórzy: będzie można świętować rocznicę otwarcia…
Myślę, że wina w całej sytuacji jest po środku – przy czym jednoznacznie trzeba powiedzieć, że od biskupa można wymagać więcej, a ten w mojej ocenie bardzo aktywnie przyczynił się do całej sytuacji, jej rozwoju i tego, że problem trwał tak długo. Wina jest także ludzi, którzy bezkrytycznie popierali ks. Lemańskiego i powodowali zamieszanie na nabożeńśtwach, czego nie pochwalam bynajmniej. Ale tez abp Hosera i kurii, w których działaniu dobrej woli nie widzę (szczególnie żenada w wykonaniu ex kanclerza ks. Wojciecha Lipki, który śmiał się ludziom w twarz). 
Robienie teraz spektaklu z instrukcjami dla mediów, kto gdzie ma stać w czasie uroczystości (czytaj: pod publiczkę) uważam za co najmniej nie na miejscu. Ks. Lemański wreszcie odpuścił, zostaje kapelanem, powinno się po prostu skończyć cyrk z zamkniętym kościołem – a nie robić kolejny z jego otwieraniem. Słowo „przepraszam” to dowód dojrzałości i umiejętności przyznania się do winy – a ta wina po stronie kurii i biskupa była, więc słowo było by jak najbardziej na miejscu; nie tyle wobec Lemańskiego, co jego parafian z Jasienicy. A jednak nie padło. 
Tu nie ma czego świętować. A mam wrażenie ze biskup – po co? na co? – chciał pokazać „moje na wierzchu”. Zupełnie niepotrzebnie. Ostatnie co tej parafii jest potrzebne teraz to rozgłos. Oni potrzebują spokoju.

Rola, perła, wolność

Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare. (Mt 13,44-52)

Jak dla mnie te słowa są o wolności i o tym, co w sensie pozytywnym człowiek może z nią zrobić.

Przykładów negatywnych jest naokoło więcej niż wiele – człowiek, który w Sopocie urządza sobie tor wyścigowy na głównym deptaku, cudem nikogo nie zabijając; samolot osobowy, zestrzelony rzekomo ponieważ mylnie potraktowany jako wojskowy; przykłady można mnożyć. 
Jezus stawia nam przed oczami tych, którzy wybrali dobrze. Co więcej – postąpili uczciwie: ten pierwszy przecież mógł zabrać (ukraść?) skarb i tyle by go widzieli, ale poszedł i kupił formalnie ziemię, gdzie go ukryto. Tak samo ten z perłą. Wiedzieli obydwoje, jaką należy podjąć decyzję, co prawidłowo należało zrobić. Podobnie też rybak – nie ilość ryb, ale jakość. Mamy w naszym życiu sprawy, kwestie i materie, które warte są więcej niż inne – rodzina, miłość, uczciwość, wiara. Ci dwaj pierwsi z przypowieści nie boją się postawić na jedną kartę – wiedzą, co zrobić. Rybak woli przebrać złowione ryby, mieć ich mniej, ale lepsze, dobre. 
Może sam obrazek z sądem i aniołami nie bardzo trafia do wyobraźni – np. mojej, bo bardziej to widzę jako spotkanie z Kimś, kto kocha, i Czyj ogrom miłości po prostu uświadomi mi moje błędy i grzechy nie jako zło, tylko brak dobra – ale mechanizm jest podobny. Podejmujemy decyzje i równocześnie – mniej lub bardziej świadomie – przyjmujemy na siebie ich konsekwencje. Róbta, co chceta, tylko się potem nie dziwta. 
Dlaczego czasami modlitwa jest bezowocna? Bo się źle modlę. Nie chodzi o to – która modlitwa (formułka) lepsza, bo w ogóle nie w tym rzecz – ale o to, o co proszę. Jako wzór mamy Salomona z I czytania (1 Krl 3,5.7-12), który zamiast prosić o to, żeby mu wrogów szlag trafił (o co często prosimy w kontekście sąsiadów czy konkurentów – prawda?), żeby złoto się lało, poprosił Boga o mądrość dla rozstrzygania sporów pomiędzy poddanymi. Czyli tak naprawdę nie poprosił o nic dla siebie – bo ta mądrość działała dla tych, którym jako król miał służyć. Nie tak dawno pisałem o proszeniu o pieniądze, o modlitwie o pieniądze. Że ani ona nie musi być w sytuacji rozpaczliwej, ani też nie jest czymś niewłaściwym. Ale czy proszę o to, co mi jest potrzebne, kiedy faktycznie brakuje na to? Czy zawracam głowę jakby złotej rybce, żeby skapnęło na jakieś ekstrawagancje i głupoty? 
Dla wielu jest teraz więcej czasu – żeby pomyśleć, zastanowić się, zwolnić, zapatrzeć w niebo, jezioro, góry, cokolwiek pięknego – i tak mimowolnie pogadać z Bogiem. Co ja robię z daną mi wolnością? Co z niej wypływa – dobro czy zło? Czy szanuję to, co mam, i czy w ogóle to dostrzegam, nie mówiąc o zrobieniu z tego dobrego użytku? 

Święty Mikołaj od puszek

Pamiętam, jak czytałem ten artykuł. Trudno uwierzyć, że to było 8 lat temu. Zapadł w pamięć też tytuł – Mikołaj nieświęty. Ale i człowiek… święty? 
Na czym polegał jego fenomen? W sumie na wszystkim. Bezdomny mężczyzna, nocujący w noclegowni (ostatnie kilka lat u przyjaciela w Warszawie), który wszystko, co zdołał zarobić albo uzyskać, przeznaczał na pomoc potrzebującym. 
Sam – po ludzku sądząc – nie mający domu, pracy, samochodu, konta, pieniędzy – całe swoje serce, siły i czas wkładał w pomoc tym, którzy według niego bardziej potrzebowali pomocy. 

„Jego” rodziny pochodzą z całej Polski. Na ponad setce odcinków z poczty nazwiska, daty, adresy. Południe, centrum, wschód, Pomorze. Z odcinkami Mikołaj się nie rozstaje. Kiedy je przegląda, wie, kim kto jest i dlaczego zgłosił się po pomoc. – Zobacz, tu jest niepełnosprawne dziecko, a tu chory ojciec. Ci mają dziesięcioro dzieci i oboje są na rencie. A tu umarła matka – opowiada o ludziach, których… nigdy nie widział. – A skąd ty, Mikołaj, ich wszystkich wynajdujesz? – Albo mało biedy w świecie? O tu, w gazecie, znajduję ogłoszenia – prośby. Czasem na kogoś trafiam. Przypadkiem się słyszy to czy tamto. Biedy jest dużo. Jak się chce, to się ją znajdzie.

Przez szereg czasu współpracował w niesieniu pomocy z biznesmenem z Ciechanowa, Robertem. Za pomocą warszawskiego Radia Józef prosił o pomoc, poznali się w ten sposób i współpraca owocnie trwała. Zresztą – wystarczy przeczytać artykuł w linku powyżej. Mały przykład – u potrzebującej rodziny gdzieś na końcu świata w Polsce potrafił zostawić własną kurtkę zimową. Po artykule w GN pewnie udało mu się pozyskać do współpracy jeszcze więcej życzliwych ludzi. 
Co robił? Niby niewiele. Zbierał puszki – cały czas – najczęściej w okolicy Warszawy. W artykule z 2006 r. mówił, że kilogram wówczas był wart w skupie ok. 5 zł. Ile musiał się napracować, aby uzbierać kwotę na jakąś paczkę: ubranie, książki, żywność. Ale to robił, i to cały czas. Nic dla siebie. Uważał, że ma wystarczająco dużo. Nigdy nikomu nie powiedział, dlaczego trafił na ulicę. Kiedy sił brakowało, przez ostatnie lata na warszawskim Dworcu Centralnym sprzedawał gazetę wydawaną przez bezdomnych, w której powstanie również się zaangażował. 
Ludzie żegnali go w kościele św. Jakuba w Warszawie 23 lipca 2014 r. Mikołaja – Romualda Mądrakowicza – bo tak naprawdę się nazywał. Zmarł nagle 27 czerwca br., mając 80 lat. 
Nie założył fundacji, nie zbudował szpitala w Afryce, nie zafundował karetki dla indian w Amazonii. Za drobne uciułane pieniądze kupował a to odzież, a to cukierki dla dzieci, czasami – kiedy wiedział, że to najważniejsze – po prostu chleb. Poruszeni jego pracą ludzie sami przynosili mu z biegiem czasu dary, które on rozdzielał – znał potrzebujących i docierał z darami do zapadłych wioch rozrzuconych po Polsce. Znał ludzi, pamiętał nazwiska, rodziny, opowiadał o nich z pasją (jak Agacie Puścikowskiej w w/w artykule GN). 
Dla mnie – święty. W swojej zwyczajności, w oddaniu sprawie, której podjął się mimo swojej niby to beznadziejnej i nijakiej sytuacji, w której większość ludzi wegetuje, zapija się abo przedawkowuje jakieś świństwo. W jego rękach los bezdomnego stał się błogosławieństwem dla wielu ludzi potrzebujących. Ja nie potrafię się zdobyć na żaden gest systematycznego wsparcia jakiejkolwiek konkretnej inicjatywy charytatywnej – mając pracę, dom, rodzinę, możliwości. On nie miał nic z tego, a w całości poświęcał się dla obcych ludzi. Lepszej praktycznej definicji świętości ja sobie nie wyobrażam.