Niebo dla średnio zaawansowanych – część 01

Trochę – naprawdę niewiele – świetnych myśli z kolejnej książki Szymona Hołowni, tym razem wywiadu-rzeki z ks. Grzegorzem Strzelczykiem pt. „Niebo dla średnio zaawansowanych„. 
Myślałem przed przeczytaniem tej pozycji, że co nieco wiem na ten temat. Oj, mocno byłem w błędzie. Ale to bez znaczenia. To dosłownie kopalnia niesamowitych myśli, których nigdy bym sam nie wymyślił, a któe wyjątkowo obrazkowo do mnie trafiły. 
Póki co, tylko część 🙂
To, jak przeżywam swoje życie, decyduje o tym, jak przeżywam swoją śmierć.
– Ludziom często wydaje się, że podstawową sprawą jest wiara w Boga, czyli w to, że On istnieje. A moim zdaniem, popraw mnie jeśli się mylę, najważniejszą rzeczą jest zaufanie. 
– Oczywiście. 
– Szatan też wie, że Bóg istnieje. 
– Jeżeli mówimy o wierze, to mówimy o zaufaniu. To znaczy oni tam są, żyją sobie, ufając Bogu. Przychodzi śmierć. Co robią? Nic nie zmieniają, ufają Bogu. Wchodzenie w śmierć z zaufaniem Bogu jest innym wchodzeniem w śmierć niż po prostu z zaskoczenia, w stanie buntu. 
– Zależy nam na tym, że by iść do sklepu, kupić bułki i nie myśleć wtedy, że są to bułki o znaczeniu ostatecznym.
– Ostatnie bułki. Ostatni jogurt.
– Gorzej. To, że ostatnie, to pół biedy. Że sposób, w jaki przygotuję te bułki swojej żonie, swojemu mężu, swojemu dziecku, to jest sposób ostateczny, czyli że jest to graniczny wyraz mojej miłości. My tak nie żyjemy (…) Nas czasem tylko, w chwilach duchowego olśnienia, dopada taka świadomość: że w ogóle jak wstaję rano, to to ma ostateczne znaczenie.
– Przecież można się zamęczyć takim myśleniem. 
– Albo przeżyć to jako dar. Tu wraca kwestia zaufania. Jeżeli uda mi się odkryć, że grzechy są mi przebaczone – na przykład to, że smarując te ostateczne bułki, pomyślę źle o 5 swoich sąsiadach – że mimo wszystko jestem umiłowany. I że Bóg poradzi sobie z tym moim paskudnym myśleniem. Wtedy sytuacja trochę się zmienia. 
Świat ma się kręcić na miłości, to jest szaleńczy pomysł ze strony Boga, tak, od początku szaleńczy. Ale tak założył. Jeśli świat ma się kręcić na miłości, to człowiek musi być wolny. W związku z tym także zdolny do potwornych rzeczy. Dopiero z perspektywy ostatecznej zobaczymy, na ile to ryzyko się opłaciło. 
– Ludzie czasami proszą, żeby śmierć była nagła i niespodziewana, ponieważ nie chcą leżeć w łóżku i konać. Ty wolisz leżeć w łóżku?
– Niekoniecznie w łóżku. Tak, żebym zdążył się spokojnie pojednać. Bo tu chodzi – moim zdaniem – w dużej mierze o to, żeby zdążyć przebaczyć przed śmiercią. Do mnie zawsze wraca przypowieść o nielitościwym dłużniku. Ja ciągle jeszcze łapię swoich dłużników i duszę, krzycząc: „Oddaj, coś winien!”. Chciałbym mieć taką śmierć, żebym zdążył te wszystkie długi darować. Bo potem trzeba stanąć z powrotem przed Tym, który przebaczył pierwszy. 
– Staje przed tobą Bóg, Jezus Chrystus, i wiesz, że to jest Bóg, bo wtedy jesteś w stanie Go już zidentyfikować, i wyobrażasz sobie, że mówisz Mu: „Eee, dziękuję bardzo”?
– Próbuję sobie siebie w takiej sytuacji wyobrazić i trochę się boję. Bo gdy pomyślę o wszystkich tych momentach, w których stawało przede mną maksymalne wyzwanie miłości, na jaką mnie stać, i zrejterowałem, to kiedy sobie wyobrażam, że ma stanąć przede mną wyzwanie ostateczne największej miłości, jaka jest w ogóle możliwa, to wcale nie mam bezpiecznej pewności, czy znowu nie wezmę nóg za pas. Myślę, że to, co nam najbardziej grozi, to przywiązanie do swojej wizji rzeczywistości. 
Kiedyś w jakiejś powieści wyczytałem taki opis, że ludzie w momencie sądu szczegółowego, sądu jednostkowego, mają przed sobą dwa pociągi: na jednym jest napis „niebo” i na drugim jest napis „niebo”. Tylko że jeden jest tak naprawdę do nieba i do relacji, a drugi jedzie do tego, co ty tak naprawdę sobie zbudowałeś, wymyśliłeś, co będzie twoim ogródkiem, jeziorkiem przeżywanym przez wieczność. Po tysiącu lat, jeżeli tam byłby czas, zaczniesz wymiotować, bo po prostu będziesz cały czas nad tym cholernym jeziorkiem z tym grillem i z tym wszystkim, co sobie wymyśliłeś. Sam. To jest dramatyczne. Kiedy pierwszy raz to sobie uświadomiłem, to było naprawdę mocne przeżycie: jaka prostoliniowa jest zależność między tarciem sobie oczu brudnymi łapami tutaj, w tym świecie, a stanięciem jak ślepiec przed Chrystusem. 
– Ten wyrok się dzieje. Żyjesz…
– Sąd Ostateczny jest teraz.
– Nawracasz się…
– Tak. Znaczy jesteś już in fieri. Już idziesz w tym kierunku. Nie ma siły. Wszystko, co zrobiłeś, jakoś ustawia twoje życie. Każde nawrócenie lub jego brak. Twoje życie w jakiś sposób uwarunkowuje to, co będzie. Oczywiście, w każdym momencie można się nawrócić. Także w momencie sądu szczegółowego, to znaczy w tej ostatniej decyzji, która jest wobec Boga. 
– Popatrzmy na strukturę naszej modlitwy. Bo w niej ujawnia się trochę dynamika sądu. My się modlimy do Ojca przez Syna w Duchu Świętym, czyli mamy w zasadzie sytuację taką, że jest Ojciec, który stoi na przeciwko nas, do którego ciągle się odnosimy jako do tego najbardziej „zewnętrznego”. Potem jest Duch, który jest w nas. Jest po naszej stronie tak bardzo, że go ignorujemy. I jest Syn, który stoi obok nas jak brat, który przeszedł przez historię człowieka. Taka jest struktura sądu. Bóg jest w nas, Bóg jest obok nas, Bóg jest przed nami w sądzie. W związku z tym jest pewna siła, która mnie sądzi od wewnątrz.
– Sądzi od wewnątrz. Czyli jest tak, jak chyba Hans Urs von Balthasar napisał, że sędzia nie musi nic robić, wystarczy, by był. Staję wobec Boga i cała reszta dzieje się we mnie, ponieważ w tym momencie konfrontuję się z Bogiem. Nie ma odczytywani aktu oskarżenia, nie ma przewodu sądowego, po prostu wstaję, patrzę Mu w oczy i wszystko jest jasne. 
– Czyli Chrystus nam powie: „Słuchaj, a Józkowi zrobiłeś tamto”, tak?
– Nie wiem, czy to będzie musiał mówić, bo Duch mi to właśnie powiedział. Chrystus staje przy nas jako obecność tych wszystkich ludzi. Bardziej nawet intensywnie, niż gdyby oni sami tam byli. 
Sąd szczegółowy to jest sąd, na którym każdy staje indywidualnie przed Bogiem i mamy to trójwymiarowe wydarzenie wobec Ojca z Chrystusem w Duchu Świętym. Natomiast potem przychodzi Sąd Ostateczny, w którym następuję absolutne ujawnienie prawdy o każdym wobec każdego. Im bardziej ktoś był święty, użyjmy tej kategorii, tym bardziej jego przykład błyszczy w tym momencie. Bo to się wtedy właśnie ujawnia. Czyli wobec świadectwa świętego mnie jest bardziej wstyd. 
– No to jak to jest z tym sędzią, co za dobre wynagradza, a za złe karze?
– Gdyby tak było, tobyśmy mieli zupełnie przerąbane. 
– Czyli to jest nieprawda?
– Tak. 
– To dlaczego tak jest w katechiźmie, którego się uczymy?
– (…) Ten tekst jest słuszny, jeżeli go przyłożymy do rzeczywistości ewangelicznej i powiemy: ten sąd działa tak jak przypowieść o robotnikach z winnicy, to znaczy obojętnie, w którym momencie przyjdzie, to i tak sprawiedliwość będzie, bo wszyscy dostali to, na co się umówili, czyli denara za dzień. Nawet jeżeli pracowali godzinę. Jeśli powiemy, że tak jest sprawiedliwie, to ok. Natomiast jeżeli dokładnie „za dobre wynagradza, a za złe karze” na zasadzie prostej księgowości, to po co był Chrystus?
Jeżeli Bóg, za którym tęsknię, tam będzie na mnie czekać, to trzeba powiedzieć, że na szczęście będziemy osądzeni. Właśnie: na nasze szczęście. Jeżeli ja się całe życie zmagam z tym, że nie potrafię się przełamać do pewnych rzeczy, choć wiem, że są dobre, to na szczęście ktoś to kiedyś we mnie pokona. Myśmy, duszpastersko strasząc sądem, może coś ugrali na gruncie moralności. Ale zabiliśmy pragnienie Boga. 
Czasami sobie myślę, że nawet nie tyle Boże przebaczenie w tym momencie jest problemem, ile przebaczenie sobie. Czyli ja muszę sobie bezwarunkowo przebaczyć. Póki tego nie umiem, to jest czyściec. 
– Metafora oczyszczania złota w tyglu. Ona ma korzenie biblijne, wyrasta stamtąd i jest też bardzo fajna, w tym sensie, że tam są 2 rzeczy jednocześnie. Proces, w który ktoś musi tchnąć energię z zewnątrz, bo złoto samo się nie oczyści. Ktoś musi pod tyglem podpalić, skądś musi iść energia. 
– Pan Bóg podpala?
– Pan Bóg i inni. Ich dobro.
– Swoim spojrzeniem. 
– Modlimy się za tych, którzy są w czyśćcu, prawda? Czyli pompujemy w nich dobro, to znaczy podgrzewamy ich tam. 
Czyściec jest takim miejscem, w którym zbiegają się działania – zbawcze działanie Boga, które w ogóle umożliwia czyściec (człowiek nie ląduje daleko od Boga), zasługi Chrystusa związane z krzyżem i Zmartwychwstanie, czyli początek Kościoła, modlitwa i wstawiennictwo tych wszystkich, którzy już osiągnęli chwałę nieba i modlitwa tych wszystkich, którzy są jeszcze w drodze. 
– Po prostu, [niebo] to jest moment, w którym każdy będzie pełny, niezależnie od tego, jaką miarę sobą przedstawia. 
– Ja też pamiętam z bardzo starych czasów to porównanie, ono jest chyba jednym z najbardziej trafionych, to znaczy moja miara, taka, jaką Bóg przymierzył od początku, będzie wypełniona. 
– Będziesz szczęśliwy. 
– Trzecia koncepcja [odnośnie tego, co się dzieje ze świętymi pomiędzy sądem szczegółowym a Sądem Ostatecznym] jest taka, że człowiek bez ciała żyje w Bogu. Wklejony w Boga na razie.
– Taka wlepka. 
– Jest już szczęśliwy, bo jest w Bogu. Jest po sądzie szczegółowym, czyli to, co pomiędzy nim a Bogiem, zostało wyczyszczone. Natomiast czeka tylko na ciało. 

Dodaj komentarz