Bóg szyty na miarę, czyli męskie myślenie o Emaus

Kilka wynotowanych najciekawszych myśli z książki – zbitki dialogów z dwoma ciekawymi zakonnikami, benedyktynem i dominikaninem – czyli Męskie myślenie o. Bernarda Sawickiego OSB i o. Krzysztofa Popławskiego OP. Co ciekawe, z perspektywy dnia dzisiejszego, dwaj do niedawna przełożeni na Polskę swoich rodzin zakonnych – Sawicki jako opat tyniecki w latach 2005-2013, Popławski jako prowincjał dominikanów w latach 2006-2013. Do mnie bardziej trafiły przemyślenia o. Bernarda – pewnie kwestia gustu, czyta się jednym tchem (na ile jednym tchem można czytać w drodze, czyli nie jednym tchem). A wszystko umiejętnie prowadzone przez dwie kobiety (jedna dominikanka), z powracającym w tle motywem i odniesieniem do wędrówki dwóch uczniów do Emaus, czyli klasycznej ludzkiej ucieczki. 
  • Jezus idzie z nami do naszego Emaus bezsensu życia i kryzysu wiary. Jesteśmy jak uczniowie, którzy potrzebują przewodnika i świadka, aby nie popaść w to, co św. Augustyn nazwał cor incurvatum in seipsum – sercem zwróconym (zakrzywionym) ku samotnemu sobie. Prawdziwy Jezus prawdziwej Ewangelii jest miejscem spotkania wszystkiego i wszystkich.
  • Pan Bóg szuka różnych dróg do człowieka – do nas. Ktoś wcale nie musi być zdeklarowanym chrześcijaninem, ktoś może być agnostykiem czy ateistą, może obojętnym religijnie. Pan Bóg jeden wie, jak to wszystko sądzić, ale jeśli ktoś bardzo uczciwie chce znaleźć sens życia i do końca szuka, no to niesie jakieś światło.
  • Trzeba zarobić [te talenty] i puścić je w obrót. Nie wiem – włożyć do banku albo jakoś inaczej zainwestować. I tu jest problem, może tak spróbowałbym to przetłumaczyć na nasz użytek: moim talentem jest moja wrażliwość, zdolność w stanie wyjściowym. Pytanie zostaje jednak to samo: jak ja to zainwestuję?
  • To jest ten najważniejszy moment: jeśli ja chcę coś porzucić, to muszę to „wypuścić z ręki”, przestać to kontrolować. To jest radykalizm. Ale winna towarzyszyć temu wiara, że jest Pan Bóg, że jest jakaś instancja, która nad nami czuwa, i jej się powierzam. Wierzę, że tą instancją jest Bóg, który poprzez przełożonego chce ze mnie wykrzesać maksimum talentu, z którego – być może – nawet ja sam jeszcze nie zdaję sobie sprawy. 
  • Jest taki moment, że coś zostawia, powierzam to Panu Bogu, bo chcę Jego szukać i chcę, żeby On był moim szczęściem. I nie pozostaje nic innego, jak nadzieja, że On to docenia i nie zawiedzie mnie.
  • To jest ten moment, o którym powiemy przy uczniach idących do Emaus – sprawa kontaktu. Nazwałbym to przedsionkiem ewangelizacji – czy jakiegokolwiek nawrócenia. By miało ono miejsce, musi być kontakt. 
  • Jezus próbuje wprowadzić w rozmowę uczniów nową jakość i rzez to następuje przewartościowanie ich emocji. Dlatego właśnie ich serce zaczyna pałać. Zwróćmy uwagę – oni mieli już jakieś zarzewie pewnej nadziei, która została zawiedziona, a Jezus jakby z tego popiołu rozdmuchuje ją na nowo. I co się dzieje? Pojawia się moment przypomnienia, ukierunkowanie na pożegnanie z Jezusem – to moment łamania chleba. Ono wcześniej Go nie poznali, bo rozstrząsali problem, których ich dotyczył. I Jezus to akceptował. Dopiero po łamaniu chleba poznali Go. To znaczy, że Jezus pokazał im, że nadzieja, którą mieli w sobie – i ta, którą odzyskali – to właśnie On. I wtedy zniknął. Ale uczniowie są gotowi. Już nie mają wątpliwości. Zebrali się i wrócili. Jezus zrobił to tak dyskretnie, w sposób niewidzialny, ale skuteczny – coś jak na tym obrazie, gdzie mamy tylko kontur Jezusa. Może gdyby ich powalił, jak świętego Pawła (być może Paweł jednak powalenia potrzebował, nawet cztery razy to potem wspominał…). W Emaus tak się jednak nie stało. Taki chyba winien być dzisiaj sposób Kościoła na przepowiadanie Dobrej Nowiny – wchodzenie w dyskurs świata, w te najgłębsze, czasami te najbardziej trudne wątki tożsamości, wsłuchanie się i potem próba odniesienia się do nadziei i zaszczepienia tej nadziei. 
  • Tylko gdy nam się coś „obluzuje” (to wielki dylemat teologii moralnej) – pozostaje nadzieja, że Pan Bóg widzi inaczej. My z całej siły winniśmy chcieć dobrze. Co z tego wychodzi – może nie do końca od nas zależy. Dlatego nie wiadomo z kim się spotkamy po drugiej stronie. Być może – nawet, jeśli zabrzmi to szokująco – Pan Bóg to widzi inaczej. Skoro mamy ludzi o „poluzowanych sumieniach”, to oni już nie mają pełnego rozeznania. Dlatego, być może, nie są moralnie klasyfikowani, bo nie są w stanie skutecznie rozeznać dobra i zła (…) Pozostaje pewna tajemnica drugiego człowieka. Dopiero po drugiej stronie życia dowiemy się, czy i jak ten człowiek się zmagał, co nim kierowało. Ostateczny osąd należy do Boga.
  • Z Piotrem było tak: on widział, że niektórzy odchodzą, a ponieważ sam się przejmował i był bardzo kreatywny, to chciał Panu Jezusowi… „pomóc”. Niestety, nie stać go było, żeby do końca zaufać Jezusowi. Judasza też to zgubiło. Męskie ambicje? Tak można o tym pomyśleć. Judasz po prostu wiedział lepiej: że trzeba wyjść, zawalczyć. A tymczasem tutaj Pan Jezus daje się pojmać i popełnia błędy. To tak jak pytanie Marty w Betanii: czy Ci to nie jest obojętne. Jak ona wystąpiła, to Pan Jezus zaraz ją na swój sposób „ustawił”. I ona pozwoliła się ustawić. Z facetami jest gorzej. Marta jest tutaj pokazana jako ta, która szczerze występuje przed Jezusem. Judasz zaczął kombinować w skrytości: sprzedam Go, bo mnie zawiódł… Wcześniej Piotr mówił Jezusowi, kiedy ten wspominał o krzyżu: Nie przyjdzie to na Ciebie. To faktycznie jest takie męskie myślenie. 
  • Gdy komuś zależy na prawdziwej nadziei, winien być gotów utracić nadzieję, która do tej pory była nieprawdziwa. Trzeba odszukać tę nadzieję prawdziwą, która niosła, a jakoś po drodze skarlała, zdeformowała się. I to jest ten moment przyjęcia, otwarcia. To daje łaskę – ale i jest przez nią gwarantowane.
  • Mówiąc szczerze – nie ma czystej bezinteresowności. Jeśli ktoś choć trochę studiuje metafizykę, wie, że w naszej kondycji ludzkiej nie ma czegoś takiego, jak czysta bezinteresowność. Jesteśmy stworzeniem i zawsze powinniśmy być wdzięczni Panu Bogu za to, że jesteśmy. Tylko my chcemy robić to po swojemu. Dlatego też często właśnie tego poczucia wdzięczności nam brakuje. Ludzie mają postawę roszczeniową wobec Pana Boga, wobec Kościoła. Mają wrażenie, że coś im się należy. 
  • To jest problem naszej polskiej rzeczywistości kościelnej – trzeba przejść od ilości do jakości. Niestety, trzeba się skupić na elitach, które potrzebują indywidualnego, pogłębionego kierownictwa duchowego – czy też spotkań biblijnych – a księżom szkoda na to czasu, bo tu jakieś nabożeństwo „ucieka”, tu trzeba odprawić nieszpory, wyjechać na jakąś pielgrzymkę… I między innymi dlatego, niestety, nie mamy kultury czytania Pisma Świętego (…) Innymi słowy – chodziło by u nas o trochę inny styl duszpasterstwa niż masowy. Zwyczajnie o solidniejszą formację. 
  • Dziecko obserwuje rodziców – czy są autentyczni. Przecież dziecko doskonale odczuwa miłość rodziców. Jeśli obydwoje dziecko połączy, to w pewnym sensie… oni już Boga odnaleźli, bo tam jest miłość. Dziecko od razu zweryfikuje, czy ktoś autentycznie żyje Bogiem, czy ktoś chodzi do kościoła z przekonania. Jeśli ktoś robi to dyskretnie, a konsekwentnie – dla dziecka jest to przekonywujące. 
  • Na rynku wartości deklaracje przestały się już liczyć. Liczy się świadectwo. Jako chrześcijanie mamy światu dużo do zaoferowania. Jeśli pamiętamy, że jesteśmy teraz najbardziej prześladowaną religią, to znaczy, że na forum świadków – mamy poniekąd najwięcej do powiedzenia. To jest jakaś forma wiarygodności. O tyle istotna, że wartości chrześcijańskie, wiarą są dla wielu osób tak istotne, że nie tylko intensywnie ich szukają, ale nie wahają się też poświęcić dla nich życia. 
  • Zawsze staje mi przed oczyma jedna scena, to jest zakończenie Ewangelii Janowej, z „nieszczęsnym” św. Piotrem, który był, jaki był. Ale Pan Jezus pyta go o miłość. I dla mnie w tym pytaniu zarysowuje się wielkość Piotra. Czy miłujesz mnie bardziej niźli ci? Nie było to pytanie skierowane do Jana – przecież umiłowanego ucznia. Pokazuje to jednak, że Piotr przeszedł zwycięsko swój kryzys wiary. I że był człowiekiem bardzo mocno zaangażowanym. Być może powodem jego kryzysu była porywczość, ale cały czas chciał dobrze. Bardzo przejmujące jest to „bardziej, aniżeli ci”, bo rodzi się w nas zaraz pytanie, jak Pan Jezus mógł wartościować miłość. Zobaczmy jednak, jaka jest nagroda za tę wielką miłość. Paś baranki moje. I to jest wezwanie i przedziwna zależność, bo jeśli chcę być blisko Pana Jezusa i faktycznie nawiązuję z Nim relację, czując, że mnie wzywa, to zaraz za tym wezwaniem idzie wezwanie do troski o innych.
  • Jeśli człowiek wyzwoli się z takich swoich różnych oczekiwań i pokornie przyjmuje rozmaite „spotkania z absurdem”, to może mieć poczucie, że wszystko ma sens. Nade wszystko może powiedzieć, że nie szukał swego. A czy to było Boże? To zobaczymy.
  • Nie mam kobiety. Jakoś mnie to boli. I wiem, że w to wchodzi Pan Bóg. Może to jest też tak, że swoją obecnością też pomagam tej drugiej osobie. Być może jest to jakiś obopólny dar. Podobnie jest z ludźmi, którzy są w małżeństwie, a jednak czują, że to nie to, co sobie wyobrażali. I też czują się – muszą się czuć – samotni. To taka solidarność pewnego powinowactwa samotności. Dlatego cieszy mnie obietnica Pana Jezusa, że po drugiej stronie „nie będą za mąż wychodzić i nie będą się żenić”, bo by pewnie człowiek nie wytrzymał. Nie wiemy, jak to będzie, ale ten element żeński i męski na pewno będzie jakimś ważnym odniesieniem – zapewne do samego Pana Boga. Bo w ciele, choć przemienionym, mamy jednak pozostać. 
  • Jest hierarchizacja, ale jeśli patrzy się na nią w kategorii władzy, a nie służby, wprowadza się silny dysonans. W Kościele jesteśmy wszyscy równi przed Bogiem i nie można o tym zapominać.
  • Od człowieka trzeba zacząć? To jest nadużywane stwierdzenie. Powtarzane do znudzenia: „człowiek jest drogą Kościoła”, tylko że ktoś od razu dodał: „po której Kościół spokojnie przebiega”. W Kościele trzeba zaczynać od Boga. Najważniejszy w Kościele jest Bóg (…) Powiedzieć, że człowiek jest najważniejszy w Kościele, to skroić ten Kościół tylko na ludzką miarę. Jeśli człowiek jest najważniejszy, to dlaczego Kościół trzyma się takich prawd, które dla wielu są trudne do przyjęcia?
  • [Uczniowie w drodze do Emaus] Spodziewają się czegoś osobistego, to znaczy tego, co jest z nimi związane. Rola Pana Jezusa polega na tym, że On idąc i tłumacząc im Proroków, pokazuje, że to, co się wydarzyło i co jest związane z ich życiem, przekracza daleko ich oczekiwania. Uczniowie zostają wyzwoleni ze spodziewania się Boga na swoją miarę. Potem następuje drugi kluczowy moment: rozpoznanie przy łamaniu chleba. Ale – to bardzo charakterystyczne – gdy Go rozpoznali, Jezus momentalnie się wymknął, znikł. Po tym łamaniu chleba zadają sobie pytanie: jak to możliwe, żeśmy Go nie poznali? Czy serce nam nie pałało, kiedy do nas mówił? I wtedy wrócili do Jerozolimy, czyli zawrócili z drogi ucieczki. 
  • To nie jest żadna teologia. Myślenie typu: Pan Bóg szczególnie błogosławi naszemu krajowi, a Maryja była Polką, nie ma nic wspólnego z teologią. To zwykłe zawłaszczanie wiary, chrześcijaństwa. Niestety tego typu myślenie jest rodzajem antyświadectwa. 
  • Chodzi po prostu o to, że wszystko, co się w życiu dzieje, ma swój sens, i nie uciekając od niczego, wszystko można położyć przed Bogiem. O pewnych etapach historii swojego życia nie trzeba zbyt długo pamiętać czy też czegoś wyciągać, gdy już udało się uporządkować pewne rzeczy. Trzeba pamiętać, że my jako my realizując różne powołania, całą tę historię mamy w sobie z cała ta historia należy do Boga. 

Nie ma na co czekać

Niezastąpiony Franciszek Kucharczak w Tabliczce sumienia z ostatniego GN:

Gdy kilka dni temu wieczorem wsiadałem do samochodu przy supermarkecie, z tyłu podszedł do mnie zaniedbany mężczyzna. Zagadnął metodą „na uczciwego”.

Co będę pana okłamywał, potrzebuję na piwo – powiedział. W pierwszym odruchu chciałem go zignorować, ale przypomniało mi się, że on jest przecież potrzebujący, i to – wbrew deklaracji – niekoniecznie piwa. Wyjaśniłem mu więc, że jestem w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, co oznacza, że nie piję alkoholu w intencji tych, co piją za dużo. I że zobowiązałem się jednocześnie do tego, że nie będę alkoholu kupował, częstował nim i wydawał na niego pieniędzy. – A to rozumiem – powiedział i chciał odejść. Zatrzymałem go. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadał o sobie, o tragicznych kolejach losu, które doprowadziły go do bezdomności. W trakcie rozmowy uświadomiłem sobie, że on naprawdę rozpaczliwie czegoś potrzebuje. Że jest nawet bardziej samotny niż czytelnik gazety przejętej przez Hajdarowicza. Poczułem się bezradny. W myśli poprosiłem Boga o pomoc. W tym momencie przyszedł mi do głowy fragment z Listu św. Jakuba: „Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda?”. 
Ewidentnie temu człowiekowi brakowało codziennego chleba, wybraliśmy się więc do supermarketu. On ładował do wózka chleb, mleko, opiekane śledzie, masło… i przy każdym artykule pytał nieśmiało: mogę jeszcze? Gdy wyszliśmy ze sklepu, on miał zakupy, a ja poczucie, że spotkał mnie zaszczyt i że to ja zostałem obdarowany. Potem podwiozłem go w pobliże miejsca, w którym nocował. Stojąc na ulicy zapytałem go, czy chciałby zmienić swoje życie. 
– No przecież, ale jak? – zdziwił się. 
– Czy wierzy pan, że Jezus Chrystus przyszedł, żeby pana zbawić, i zależy Mu na panu dużo bardziej niż panu? – powiedziałem. 
– Wierzę – odpowiedział po prostu. 
– A chce pan oddać Mu swoje życie? 
– Chcę. 
Pomodliliśmy się, tak jak staliśmy. Powtarzając za mną, powiedział Jezusowi, żeby był jego Panem, że oddaje się Mu bez zastrzeżeń, że przebacza tym, którzy mu zawinili. Potem padliśmy sobie w objęcia. Oczy mu się szkliły (no, mnie też trochę). Wtedy powiedział coś, co mnie prawie powaliło: – Bardzo ci dziękuję. Nawet nie za to, co mi kupiłeś… ale za tę modlitwę.
 
Wahałem się, czy opowiedzieć tę historię, to ostatnie zdanie jednak przeważyło szalę. Bo w nim doskonale widać odpowiedź na pytanie, o co właściwie chodzi w ewangelizacji: o umożliwienie spotkania z Jezusem. Spotkania – nie swatania Go na odległość. Bo ludzie potrzebują JEZUSA dużo bardziej niż czegokolwiek. On jest „artykułem” ich pierwszej potrzeby, nawet gdy gonią za tym, co ich niszczy. Nie wiedzą, że On naprawdę żyje i działa i że naprawdę Mu na nich zależy. A nie wiedzą, bo się do Niego nie zwrócili. Zapyta ktoś, co takie oddanie życia Jezusowi zmienia. Gdyby oddał, toby nie pytał. 


Po prostu mocne i prawdziwe.

>>>

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: To plemię jest plemieniem
przewrotnym. żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku
Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak
będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie
na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona
przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś
więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu
plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się
nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. (Łk 11,29-32)
Kiedy czytam te słowa, mam wrażenie, że roszczeniowość mamy zaszczepioną w siebie jakby od początku – w tym sensie, że od grzechu pierworodnego, bo Boga Ojca o nią nie posądzam, abyśmy od Niego, na Jego podobieństwo zostali czymś takim obdarzeni. 
Historia w tym zakresie bardziej niż bardzo się powtarza, zatacza koło. Izraelici w swojej głupocie, uporze i „dam-sobie-radę-sam” błąkali się po Ziemi Świętej przez 40 lat, kiedy nie ma wątpliwości, że gdyby Bóg im pomógł, bo by na Niego zwrócili uwagę, przeszli by ten dystans w rok. Żydzi za czasów Jezusa ciągle pragnęli, aby złota rybka w wydaniu cieśli z Nazaretu była atrakcją i udowadniała w myśl „pokaż, na co cię stać”. 
Tylko, że nie tędy droga – o czym było bardzo dokładnie i wprost w niedzielę, pisałem o tym ostatnio. Bóg może – pewnie, i nikim żaden z nas nie jest, aby czegokolwiek żądać i rościć. On nic nie musi. A już na pewno nie musi się przed nami wykazywać. Oczywiście, można prosić Pana o znak – tak jak wielu dzisiaj modli się o cud potrzebny do kanonizacji bł. Jana Pawła II. Liczą się pobudki, intencje, to, co jest w sercu. Jeśli z tej perspektywy podejście wygląda – no, skoro chcesz coś od nas, to się wykaż! – to jedyne, na co człowiek ma szanse, to po prostu rozczarowanie. Bóg złotą rybką nie był, nie jest i nie będzie. Wszystko mamy podane jak na tacy – przykazania, historię zbawienia, naukę i tradycję Kościoła. Wystarczy otworzyć swoje oczy, serce i czerpać z tego – a cuda i znaki, jeśli będą naprawdę potrzebne, też przyjdą i to w najmniej oczekiwanym, ale najlepszym momencie. Po to, aby pomóc, a nie, żeby coś się działo.  
Na koniec – nie sposób nie odnieść tej opowieści do bieżącej sytuacji Kościoła w kontekście decyzji Benedykta XVI o rezygnacji. Wielu osobom – mnie także – przewraca i każe zmienić postrzeganie papiestwa jako pewnej stałości, choć pewnie słusznie, bo przecież papież nie podjął decyzji, jaką podjął, pod wpływem impulsu, ale po głębokim jej przemodleniu i, co podkreślał, przede wszystkim wobec Boga i przed Nim. Świat się nie skończy, masoneria nie zaleje Kościoła 28 lutego 2013 r. o godz. 20:00, idziemy dalej – Pan daje siłę swojemu ludowi i wszyscy modlimy się o światło Ducha dla kardynałów na czas konklawe. Nie będzie znaków, nie ma co Bóg wie czego dorabiać do (nota bene, pięknego) zdjęcia błyskawicy nad Bazyliką św. Piotra. Idziemy dalej i Bóg nie będzie ani o krok inny czy gdzie indziej przez to, że papież zrezygnował – tak samo, jak dotychczas, znajdzie Go ten, kto tego pragnie. 

Wirtualna ewangelizacja

Dzisiaj dla odmiany coś zupełnie innego. Mianowicie najciekawsze wg mnie fragmenty orędzia Ojca Świętego Benedykta XVI na 47. Dzień Środków Społecznego Przekazu:

Przestrzenie te [otwarta przestrzeń publiczna, w której ludzie
dzielą się swoimi pomysłami, informacjami, opiniami i gdzie mogą również
powstawać nowe więzi i formy wspólnoty] kiedy są dowartościowane w sposób właściwy i zrównoważony,
przyczyniają się do wspierania form dialogu i debaty. Jeśli dokonują się one z
szacunkiem, dbałością o prywatność, odpowiedzialnością i poświęceniem prawdzie,
mogą umacniać więzy jedności między ludźmi i skutecznie wspierać zgodę w
rodzinie ludzkiej. Wymiana informacji może stać się prawdziwą komunikacją,
kontakty mogą dojrzewać do przyjaźni, połączenia mogą ułatwić tworzenie
wspólnoty. O ile powołaniem sieci jest realizacja tych wielkich możliwości, to
osoby w niej uczestniczące muszą starać się być autentyczne, ponieważ w
przestrzeniach tych nie tylko dzielimy się poglądami i informacjami, ale w
ostateczności przekazujemy samych siebie.

Kultura sieci społecznościowych oraz zmiany form i stylów komunikacji stanowią
poważne wyzwania dla tych, którzy chcą mówić o prawdzie i wartościach (…) Niekiedy dyskretny głos rozsądku może być przytłumiony
przez zgiełk zbędnych informacji i nie udaje mu się przyciągnąć uwagi,
zastrzeżonej natomiast dla tych, którzy wyrażają się bardziej przekonująco.
Media społecznościowe potrzebują zatem zaangażowania wszystkich, którzy są
świadomi wartości dialogu, rozsądnej debaty, logicznej argumentacji; osób
starających się dbać o te formy wypowiedzi i wyrażania się, które odwołują się
do najszlachetniejszych dążeń ludzi zaangażowanych w proces komunikacji. Dialog
i debata mogą rozkwitać i wzrastać także wtedy, gdy się rozmawia i traktuje na
serio tych, którzy mają poglądy odmienne od naszych.

Wyzwaniem, przed którym muszą stanąć sieci społecznościowe, jest to, aby były
one rzeczywiście powszechne: wspomagać je będzie wówczas pełny udział
wierzących, którzy pragną dzielić się orędziem Jezusa i wartościami godności
ludzkiej, które krzewi Jego nauczanie. Wierzący dostrzegają bowiem coraz
bardziej, że jeśli Dobrej Nowiny nie będzie można poznać także w świecie
cyfrowym, to może być ona nieobecna w doświadczeniu wielu osób, dla których ta
przestrzeń egzystencjalna jest ważna. Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym
ani czysto wirtualnym, lecz dla wielu ludzi, zwłaszcza najmłodszych, stanowi
część codziennej rzeczywistości. Sieci społecznościowe są owocem ludzkiej
interakcji, ale same z kolei nadają nowe kształty dynamice komunikacji,
tworzącej relacje: uważne zrozumienie tego środowiska jest zatem warunkiem
wstępnym znaczącej w nim obecności.

Autentyczność ludzi wierzących w sieciach społecznościowych staje się wyraźna
przez dzielenie się głębokim źródłem ich nadziei i radości: wiarą w Boga
bogatego w miłosierdzie i miłość objawioną w Chrystusie Jezusie. Takie dzielenie
się polega nie tylko na jednoznacznym wyrażaniu wiary, ale również na
świadectwie, to znaczy sposobie, w jaki przekazuje się „wybory, preferencje,
opinie, które są głęboko spójne z Ewangelią, nawet wtedy, kiedy nie mówi się o
niej w sposób wyraźny” (Orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu,
2011 )



Sieci społecznościowe mogą być nie tylko narzędziem ewangelizacji, ale również
czynnikiem ludzkiego rozwoju. Na przykład, w niektórych sytuacjach
geograficznych i kulturowych, gdzie chrześcijanie czują się izolowani, mogą one
umacniać poczucie ich rzeczywistej jedności z powszechną wspólnotą wierzących.
Sieci ułatwiają dzielenie się bogactwem duchowym i liturgicznym, sprawiając, że
ludzie mogą modlić się z żywym poczuciem bliskości tych, którzy wyznają tę samą
wiarę. Prawdziwe i interaktywne zaangażowanie w pytania i wątpliwości tych,
którzy są dalecy od wiary, powinno nam uzmysłowić potrzebę podtrzymywania przez
modlitwę i refleksję naszej wiary w obecność Boga, jak i naszej aktywnej
dobroczynności: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący” (1 Kor 13, 1).

Istnieją sieci społecznościowe, które w świecie cyfrowym stwarzają współczesnemu
człowiekowi okazje do modlitwy, medytacji lub dzielenia się Słowem Bożym. Mogą
one jednak otworzyć także podwoje na inne wymiary wiary. Wiele osób odkrywa
bowiem właśnie dzięki kontaktowi, który początkowo miał miejsce on line,
znaczenie kontaktu bezpośredniego, doświadczenia wspólnoty, a nawet pielgrzymki
– będących nieustannie ważnymi elementami na drodze wiary. Szukając sposobów
uobecnienia Ewangelii w środowisku cyfrowym, możemy zaprosić ludzi do
przeżywania spotkań modlitewnych lub celebracji liturgicznych w konkretnych
miejscach, takich jak kościoły czy kaplice. Nie powinno brakować nam
konsekwencji czy spójności w wyrażaniu naszej wiary i świadectwa o Ewangelii w
rzeczywistości, w której przychodzi nam żyć – fizycznej czy cyfrowej. Kiedy
jesteśmy w jakikolwiek sposób obecni dla innych, jesteśmy wezwani, by umożliwić
poznanie miłości Bożej aż po krańce ziemi.

Całość przeczytać można po polsku tutaj.

Cieszy mnie bardzo to, co i jak papież powiedział. Niestety, można się dzisiaj spotkać z poglądami i opiniami – na szczęście dość rzadkimi – jako by „zaistnienie” w przestrzeni cyfrowej osób wierzących było czymś niewłaściwym, co najmniej podejrzanym i dziwnym, do czego trzeba podchodzić z dużą nieufnością. W myśl dość idiotycznych uproszczeń i haseł w stylu „internet to szatan” (internet jako osoba?) Tymczasem na falach www działa bardzo dobrze i skutecznie w zakresie promowania prawd wiary, głoszenia Dobrej Nowiny bardzo wiele osób, nawet niekoniecznie duchownych. Wystarczy podać przykłady portalu Adonai, Stukam.pl ks. Artura Stopki, działalności o. Adama Szustaka OP w ramach projektu Langusta na palmie, blogów dominikańskich, czy tylu innych. Coraz więcej tych inicjatyw widocznych jest w medium, od którego czytania wielu rozpoczyna dzień – na Facebooku.Coraz częściej poszczególni autorzy sięgają – w mojej ocenie bardzo skutecznie – do różnych metod kontrastów, porównań, prowokując do zastanowienia się nad danym problemem czy myślą – ubierając całość w naprawdę atrakcyjne i profesjonalne szaty graficzne.

Myślę – i na tę myśl się cieszę – że to dobrze, że zaczynamy mieć do czynienia z pewnym nowym prądem działań związanych z propagowaniem wiary: wirtualną Dobrą Nowiną, duszpasterzami czekającymi na ludzi także w świecie cyfrowym (oczywiście nie jako stała forma duszpasterstwa, ale bardziej zachęty, rozbudzenia ciekawości i potem skierowania do właściwej grupy w realu – choć niestety jego jakość w parafiach budzi w ludziach często tęsknotę za czymś lepszym, bardziej dla nich), świeckimi jakby misjonarzami, którzy niosą Pana tym, którzy czasami świata poza komputerem nie widzą, albo przypadkiem mogą w tym cyfrowym świecie natknąć się na Słowo… Oby to Słowo ciałem się w nich stało.

A wirtualnie zaangażowanym w ewangelizację gratuluję i życzę dużo sił – nie ma co się przejmować, Szymona Hołownię do dzisiaj odżegnują niektórzy od czci i wiary, choć (większość?) mam nadzieję rozumie, że facet swoim sposobem pisania (mało popularnym) potrafi zainteresować, przyciągnąć, pomóc zrobić człowiekowi pierwszy krok. Z wirtualną ewangelizacją jest podobnie – dlatego właśnie choćby jest tak potrzebna.

Świadectwo dla każdego

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)

Kolejny, z niedzieli, opis uzdrowienia. Cuda za cudami, cud cudem pogania. Ale zawsze trzeba pamiętać, że nie na pokaz czynił to Jezus, ale – co tutaj mówi wprost – na świadectwo dla nich. Kogo miał na myśli? Na pewno faryzeuszy, uczonych w piśmie, ich przede wszystkim. Tych, którym pycha i pewność (siebie) zasłaniała oczy, czyniła ślepymi na działanie Boga, który chodził między nimi. Ale przecież także Jezus mówił o każdym z nas – wczoraj, dzisiaj, jutro – który czyta te słowa, albo był wręcz wtedy, przed wiekami, ich świadkiem. To świadectwo dla każdego. 
Jezus nie uciekł przed tym biedakiem. Co było w pełni zrozumiałe – tak wtedy, jak i dzisiaj, kiedy skutki tej strasznie wyglądającej choroby można zmniejszać. Widział, że ów człowiek go potrzebował. Nie mógł swojej miłości do ludzi ograniczyć, tej miłości starczyło także dla tamtego. Być może ujęła go także taka a nie inna prośba. Jeśli chcesz. Trędowaty wiedział, wierzył że On może to uczynić. Nie miał wątpliwości. Odwołał się tylko do woli Jezusa – jeśli chcesz. Jezus chciał, tak samo jak chce oczyszczać serce każdego człowieka, pomóc mu uporać się z tym brudem, z którego czasami sam zainteresowany w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Pragnie czystości każdego człowieka, bez względu na to, jak ten ubrudził się, zbrukał i poniżył grzechami. 
A potem Jezus wycofał się na pustynię. Nie dlatego, że nie chciał czynić cudów czy uzdrawiać; wiedział, jak wielu na to czekało. Nie chciał żadnej władzy czy królowania ludzkiego, materialnego – chciał zakrólować w sercach ludzi ze względu na to, co im przynosił i ofiarował – zbawienie – a nie tylko uzdrowienie fizyczne, namacalne. Chciał uzdrawiać najpierw to, co zakryte, ale ważniejsze. Serce, ducha.  I jedno się przez te wieki nie zmieniło – ludzie nadal schodzą się do Niego: do kościołów, do kapłanów – szafarzy Jego sakramentów. Szukają i lgną do jedynego prawdziwego Uzdrowiciela, źródła życia tutaj i dalej. On czeka także na ciebie.

Baranki i gołębie

Jezus powiedział do swoich apostołów: Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie! Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy. (Mt 10,16-23)
Owce i wilki. Jezus posługuje się stereotypem – łowca, myśliwy i ofiara. Chrześcijanin ma być człowiekiem gotowym do poświęceń i walecznym, ale zarazem nieskazitelny i roztropny. Gotowość do dawania świadectwa to jedno, ale chrześcijanin musi pamiętać, że Kościół nigdy by nie rozwinął się tak, jak to miało miejsce, gdyby wszyscy jego pierwotni członkowie wybrali palmę męczeństwa. Kościół musi trwać, aby wypełniać swoją misję, a także po to, by pamięć o męczennikach została zachowana. 
To, co może czekać człowieka wierzącego, który swojej wiary będzie bronił i nie zamierza się jej wypierać, widzimy wyraźnie na podstawie tego, co spotkało Mesjasza. Z jednej strony – podziw, zachwyt, uznanie dla cudów jakie dokonywał. Zachwyt, który osiągnął apogeum w momencie tryumfalnego wjazdu Pana do Jerozolimy, szybko ustąpił miejsca pogardzie, obojętności, a nawet właściwie niczym niezasłużonej wrogości i żądaniu kary śmierci. Jezusa ciągali – od najwyższego kapłana do namiestnika rzymskiego. Biczowano Go na oczach tłumów. Ukrzyżowano i Jego samego, i wielu innych później. Czym zawinił – On i Jego wyznawcy? Tym, że nie chcieli, dla tzw. świętego spokoju wyprzeć się Boga w Trójcy Świętej jedynego, oddać chwały bożkom, uznać boskości cesarza. Przy okazji – nie brali na siebie winy za różne klęski (choćby spalenie Rzymu za [przez] Nerona), których spowodowanie im przypisano. 
Trzeba pamiętać, że chrześcijaństwo w dużym uproszczeniu sprowadza się do dawania świadectwa. Ma nim być codzienne życie, a może niekiedy nim być także szczególne poświęcenie, jakim jest męczeństwo, oddanie życia z powodu wiary. Nie tyle chodzi o szukanie sposobności do męczeństwa, ale o wewnętrzną gotowość na nie – czy to w sensie jakiegoś, mniejszego lub większego, cierpienia, znoszenia upokorzenia, drwin, czy nawet do tego ostatecznego poświęcenia w postaci ofiary z własnego życia. Nie wiemy, czego Bóg od nas oczekuje – wiemy, że doskonałością jest umiejętność przyjęcia Jego woli w pokorze. To jest sedno – kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. Człowiek w tej sytuacji nie potrafi nic poradzić sam, własnymi siłami. Tutaj działa Bóg i Jego łaska, która umożliwia człowiekowi takie, a nie inne, po prostu najlepsze i najbardziej słuszne zachowanie, odpowiednie słowa i reakcje. Wtedy pozostaje otworzyć się na głos Parakleta. 
Intrygujące mogą wydawać się kolejne słowa – to całe cierpienie i męczeństwo może być wymierzone ze strony także najbliższych, rodziców, dzieci. Tu powraca kwestia hierarchii wartości – dopiero wtedy, gdy Bóg będzie na pierwszym miejscu, cała reszta, w tym relacje z rodzicami, rodziną, najbliższymi będą na właściwym miejscu. Prawo Boże w sercu i na pierwszym miejscu, oraz wytrwałość – to klucz do sukcesu, czyli do zbawienia. 
Jesteśmy posłani jak te owce, jak gołębie. Niby najsłabsi, bezbronni, narażeni na ataki z każdej strony. Tak samo, jak On, gdy przyszedł – normalny, ludzki, zwykły. Bo wielkość i potęga po ludzku nijak się ma do wielkości i potęgi Boga, jest wobec niej niczym. A jednak – te przymioty, które potocznie kojarzą się z tak bezbronnymi zwierzętami – to wszystko, co nam potrzeba. Nie ma co dalej kombinować. Gdy tak będziesz żył, Bóg zadba o resztę.

Nie ma Jezusowego widzimisię

Żydzi porwali kamienie, aby Jezusa ukamienować. Odpowiedział im Jezus: Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować? Odpowiedzieli Mu Żydzi: Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga. Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło. (J 10, 31-42)
No chociaż raz – powiedzieli wprost i bez owijania w bawełnę przysłowiowego, co im leżało na wątrobie, czego od Jezusa chcieli. Że nie chodziło o to, że im przeszkadzało łuskanie kłosów w szabat. Że nie mieli nic w sumie (poza zazdrością) przeciwko temu, że wielu ludzi różnego pochodzenia, znajdujących się w różnych sytuacjach życiowych, w różnych okolicznościach uzdrawiał, ba, nawet wskrzeszał. Że nie chodziło o to, że choćby dosłownie na głowie stanęli, nie potrafili w żaden sposób złapać Go za słówko, przyłapać Go na niefortunnej czy możliwej do opatrznego zrozumienia wypowiedzi. Był uzurpatorem, fałszywym mesjaszem. 
Problem polega na tym, że w tej prawdziwości swojego oskarżenia i zarzutu przeciwko Jezusowi… byli kompletnie w błędzie. Ani Jezus fałszywy, ani tym bardziej mesjasz przez małe m pisane. Trudno na świecie o kogoś bardziej od Niego prawdziwego; a na pewno nie znajdzie się na świecie – wtedy, dzisiaj, kiedyś w przyszłości – inny Mesjasz. Jeden, jedyny, prawdziwy, Syn Boga żywego, Bóg-Człowiek. Nawet w tej sytuacji Pan potrafi udowodnić faryzeuszom, że ich zarzut jest błędny – wskazuje bowiem na miejsce w Piśmie Świętym, w którym mowa jest o bóstwie Narodu Wybranego (a de facto – wszystkich ludzi, do których Jezus został posłany). Skoro tak mówi Pismo – to gdy każdy z nich był bogiem, jak zatem można bóstwa odmówić Jezusowi, posłanemu przez Boga Ojca? 
Nie kończy jednak na tym. Deklaracje, rodowody nie mają tu znaczenia – bo poza nimi są także czyny. Nie bez powodu Pan nauczał, że po owocach ich poznacie (Mt 7, 16), i nie zamierzał innej miary stosować do Siebie samego. Jeśli nie wierzycie w moje posłanie – uwierzcie, widząc, czego dokonuję. A dokonał bardzo wiele. Nie o wiarę w Jezusa już chodziło, ale zrozumienie, że to Bóg przez Niego działa, i wiarę w Niego – tego prawdziwego Boga miłości, miłosiernego i kochającego Ojca, a nie Boga-krwiopijcę, mściwego, okrutnego (bo tak często w Starym Testamencie mógł się jawić). To, czego dokonał Jezus, dokonał sam Bóg, który w Nim był. 
Kłania się tajemnica Trójcy Świętej – wspólnoty istot Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Żydzi wtedy tego nie rozumieli – nic dziwnego, dzisiaj, po 2000 latach istnienia Kościoła wielu ma z tym problem. Jezusa nie można czytać, obserwować i rozumieć w oderwaniu od istoty Boga Ojca. Oni są jednością. Nie ma Jezusowego widzimisię – tylko wypełnianie woli Ojca, aż do krzyża, aż do Ogrodu Oliwnego i dramatycznego Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42) Jezus był tak samo w pełni Bogiem, pozostając w pełni człowiekiem – stąd ludzki strach przed tym, co jako Bóg z pewnością widział i rozumiał. Wiedział, że Bóg tak chce, i nie będzie bardziej czytelnego świadectwa od tego, gdy Jego Syn, nawet jakby wbrew swej ludzkiej naturze, wypełni wszystko do końca. 
Na koniec – ciekawa, może jakby przemycona, wskazówka (zakończenia zdarza się traktować po macoszemu). Jak Go szukać? Jak śledzić losy Jezusa Chrystusa, od początku? Jak je dobrze, prawidłowo odczytywać? Od Jana Chrzciciela. Więzy pokrewieństwa pozostają tu bez znaczenia – liczy się to, że właśnie Jan Go wskazał palcem innym. Dzisiaj te słowa, jako retrospekcja swego rodzaju, powracają. Ludzie, którzy poszli za Nim – mniej lub bardziej świadomie – własnymi, choć anonimowymi, świadectwami potwierdzają. On jest Synem Bożym.

Za chwilę, w Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, zacznie się ostatnia prosta Wielkiego Postu. Ostatni, wcale nie najgorszy, moment, aby coś ze sobą zrobić. Ot, choćby uczciwie przyjrzeć się życiorysowi Jezusa. I równie uczciwie wyciągnąć wnioski. To bardzo dobry początek.

Męczenniczka AD 2011 – Alina Milan – wiara ważniejsza od zdrowia

Prawdziwa męczenniczka, współczesna nam. Heroizm wiary aż do oddania życia. 
Wybrała Boga ponad wszystko
Nasz Dziennik, 2011-03-28

Po kilkumiesięcznej chorobie w izraelskiej klinice zmarła 23-letnia Alina Milan, chrześcijanka, którą już dziś nazywa się współczesną męczennicą za wiarę. Młoda Rosjanka straciła życie, gdyż odmówiła zrzeczenia się swojej wiary na rzecz judaizmu bądź ateizmu. Gdyby zaparła się chrześcijaństwa, uzyskałaby obywatelstwo izraelskie i tym samym tamtejsi lekarze przeprowadziliby operację, która miała uratować jej życie.

Kilka miesięcy temu Alina Milan, 23-letnia studentka, zapadła na poważną chorobę. Po badaniach okazało się, że dziewczynę uratować może jedynie przeszczep wątroby, ale takich operacji w Rosji się nie wykonuje. Jak opowiada cytowana przez portal Prawda.ru matka Aliny, stan córki pogorszył się do tego stopnia, że zaczęła grozić jej śmierć. Wtedy to w Tel Awiwie, w jednym z najnowocześniejszych szpitali na świecie, pojawiła się szansa na przeszczep. 11 listopada 2010 r. kobiety były na miejscu. Wyniknęły jednak problemy z finansowaniem leczenia oraz samej operacji.

Okazało się, że ze względu na swoje pochodzenie – ojciec dziewczyny był Żydem, babcia obywatelką Izraela – Alina mogła starać się o obywatelstwo izraelskie, co umożliwiłoby jej bezpłatne przeprowadzenie operacji. Ale zgodnie z prawem obywatelem Izraela może być albo żyd, albo ateista i tertium non datur. Alina stanęła więc przed dylematem: określić się jako ateistka lub żydówka i skorzystać z szansy na operację albo pozostać wierną Chrystusowi i zaakceptować śmiertelne konsekwencje takiego wyboru.
Zwróciła się wówczas do o. Aleksandra Naruszewa, dzięki któremu na forum cerkwi św. Serafina z Sarowa w Kuncewie, dzielnicy Moskwy, możemy dziś poznać historię jej trudnej drogi. Kapłan tak opisuje moment, kiedy odwiedził ją w tamtejszym szpitalu: „Kiedy wszedłem do jej sali, ujrzałem młodą, wychudzoną istotę, ledwo przypominającą 22-letnią dziewczynę. Ale jej spojrzenie było jasne, zaskakująco stanowcze i zdecydowane. „My już podjęłyśmy decyzję z mamą” – powiedziała na mój widok. „Nie zdejmę krzyża i nie wyrzeknę się wiary. (…) Bóg nas nie opuści. Będziemy szukać sponsorów””. Ojciec Aleksander zwrócił wtedy uwagę, że przecież zostało jej już mało czasu, na co ona odparła: „Przede mną wieczność”.
Wielu ludzi włączyło się w akcję zbierania pieniędzy na operację, jednak nie udało się zgromadzić koniecznych 300 tys. dolarów. Dziewczyna do końca pozostała wierna Chrystusowi, więc nie przyznano jej prawa do nieodpłatnego wykonania przeszczepu. Przez kilka miesięcy leżała podłączona do respiratora w klinice w Tel Awiwie. Jak zauważył jeden z izraelskich lekarzy, do ostatniego dnia była w pełni świadoma.
Zmarła w nocy 14 marca w izraelskim szpitalu. Na wspomnianym forum internetowym w listopadzie ub. r. Rosjanka zamieściła przepiękne świadectwo:
„Mam przed sobą dokument izraelskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, (…) gdzie jest napisane: „Przyjmuję obywatelstwo/prawo/religię kraju”. Tylko podpisz. Powiedzcie mi jednak: Czy mam wybór? Najważniejszy wybór to nie ten na papierze, ale w duszy… A w niej ufność Bogu jest silniejsza aniżeli jakiekolwiek dokumenty, prawa, państwa, straszne diagnozy, czas! I nawet w najtrudniejszych chwilach nie opuszcza mnie poczucie, że sam Bóg trzyma mnie za rękę. Decyzja jakiegokolwiek lekarza dotycząca przeprowadzenia operacji, niezależnie od kraju, niesie ze sobą ryzyko, więc każdy dzień i tak może być ostatnim… Jedyny wybór – jakiego dokonałam już dawno i który nie jest związany z obywatelstwem – to wybór wiary w Boga i bezgranicznej wdzięczności za to, co jest mi sądzone (…)”.

Małgorzata Pabis (źródło)

Ani za bardzo, ani za mało – ale w sam raz. Zwietrzała sól i niewidoczne światło

Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. (Mt 5,13-16)
Te słowa to nic innego, jak przypomnienie nam, ludziom wciąż upadającym, taplającym się w błotku naszych grzechów, że choć z naszą świętością tu na ziemi różnie bywa, to jednak to właśnie do niej i ku niej jesteśmy stworzeni. Jesteśmy jakby kwintesencją stworzenia (tutaj piszę o tekście z niedzieli – a o samym stworzeniu, stwarzaniu, w ramach lectio continua można było usłyszeć wczoraj i dzisiaj na Mszy), tymi którzy mają je rozświetlać i decydować o smaku, o walorach. Można soli jako takiej nie lubić, ale nikt nie zaneguje jej podstawowych walorów smakowych – bez soli mało co w ogóle smakuje. Zresztą, jak się coś przesoli – także nie jest dobrze. Sól jest konieczna w odpowiednich proporcjach, ilości, dodana we właściwym momencie. 
Także my sami mamy wolność decydowania o sobie – ale i wskazania, przykazania, naukę Jezusa i Kościoła, które wytyczają trasę, są swego rodzaju przepisem – co, jak, gdzie i kiedy zrobić, czego unikać, co ważne, a co zbędne. Żadne to bezsensowne i nieuzasadnione tylko zakazy i ograniczenia – ale coś, co wynika z całości nauczania Jezusa i jest spójną jego częścią wraz z tym, co Bóg nam proponuje w ramach realizowania i odkrywania swojego powołania, ze wszystkimi możliwościami. Możemy być za bardzo albo za mało, nie zrozumieć przypadkiem przepisu, jaki Bóg daje na szczęśliwe, spełnione i owocne życie, albo zupełnie celowo korzystać z tego przepisu zupełnie na opak, chcąc za wszelką cenę stworzyć coś zupełnie innego, swojego – w myśl nieśmiertelnego róbta, co chceta i ja wiem lepiej
To nigdy się nie zmienia z Jego strony – nasze wybranie, umiłowanie i stworzenie człowieka jest raz na zawsze, bezwarunkowo – trwa nadal. Tylko czasami ktoś z nas dochodzi do wniosku, że jest lepszy, mądrzejszy, dokładniej zna swoje potrzeby i sam najlepiej potrafi je zaspokoić, a ten cały Bóg to tylko wymysł, zabobon i w ogóle to przeszkadza. W tym ukochaniu jesteśmy wolni – możemy tak myśleć, możemy do takiego wniosku dojść i nim się kierować. Pół biedy, gdy człowiek sam zrozumie po czasie, że błądził. Wtedy może do Boga wrócić – a On zawsze czeka w tym samym miejscu. Dobrze, gdy sami dojdziemy do tego, że trzeba tam, do Niego wrócić. 
Człowiek, jak sól, może się zepsuć. Się – czyli sam siebie. Błądzenie jest naszą domeną, bo i słusznie mówi się, że człowiek najlepiej na własnych błędach się uczy, bo błędom innych i podanym przez nich na tacy wnioskom najczęściej nie dowierzamy. Może i dobrze – o te swoje doświadczenia jesteśmy bogatsi, bo przecież jesteśmy sumą wszystkiego, nie tylko tego, co nam się przytrafiło dobre, piękne i miłe. I ta konkretna forma, jakiej Jezus używa – jesteście – mówi wprost, że takie jest nasze powołanie. To żadne dążenie, staranie się, dorastanie – tylko stan faktyczny. Tacy po prostu jesteśmy, mniej lub bardziej dobrze. Możemy być zwietrzałą solą albo ledwo widocznym światłem – ale nimi jesteśmy. To, że my czasami nie dajemy rady, kończy się na nieudolnych staraniach – cóż, tak bywa, ale celem nie jest to jako proces, ale samo bycie tą solą i tym światłem. 
Mamy być w sam raz, tak jak trzeba. Punkty odniesienia – Słowo Boże, nauczanie Jezusa i Kościoła – są jasne. My mamy je stosować do tego, co się dzieje w nas i wokół nas, do ludzi z którymi się stykami, do sytuacji w jakich Boża Opatrzność nas stawia, do problemów jakim musimy stawić czoło. Tak jak to światło, które ma sens tylko właściwie ukierunkowane, w dany ciemny kąt – albo jak sól, której musi być mniej więcej określona ilość, aby potrawę poprawiła, a nie zepsuła. Dlaczego? Po co? Bo to jest właśnie świadectwo. Bo dobrze przyprawioną potrawę ma się ochotę próbować raz po raz, bo dobrze oświetloną drogą każdy idzie chętniej nić po omacku w ciemnościach. Niby zwykła potrawa i zwykła droga – ale inna, jedno dzięki soli, drugie dzięki światłu. 
Mamy powodować niedosyt dobra, piękna, miłości i tego wszystkiego, co jest Bożą solą i Bożym światłem. Mamy być tymi, przez których Bóg mówi do tych, którzy sami do Niego zwrócić się nie potrafią, bo nigdy tego nie robili, albo już zapomnieli, jak to zrobić. Mamy być tymi, którzy do Boga przybliżają, ale zarazem sami Go sobą nie zasłaniają. Mamy inspirować tych, co wokół nas, do tego, aby sami stawali się solą i światłem dla innych. Aby ta dobra sól i dobre światło się rozprzestrzeniały, by przez nie Bóg docierał jak najdalej, dodawał ludzkiemu życiu smaku i oświecał je.

Jedna ważna sprawa – jeśli uważam się za chrześcijanina, muszę uważać. To zobowiązuje. Nie wystarczy to, że pójdę do kościoła, noszę krzyżyk, widać czasem u mnie różaniec, albo na ścianie wiszą święte obrazki a na półce widać Biblię czy książeczkę do modlitwy. Dobre świadectwo to autentyczność. Jeśli jej brakuje – nikomu Boga nie przybliżę, a tylko stanę się dla takiego człowieka kolejnym (być może przy wielu niesłusznych i naciąganych, ale zawsze) dowodem na to, że Bóg, wiara i Kościół to pozoranctwo, brak konsekwencji pomiędzy słowami a czynami, i zwykła ściema. 
Jakaś wskazówka? Proszę bardzo – słowami Izajasza z niedzielnego pierwszego czytania: 
Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: Oto jestem! Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem. (Iz 58,7-10)
Nie chodzi tu o postawę jakieś wielkiej zewnętrznej pewności siebie, która może zakrawać na pychę, gwiazdorzenia swoją wiarą – nic z tych rzeczy. Paweł w drugim czytaniu mówił: I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. (1 Kor 2, 3) Trzeba być wielkim duchem, wielkim Tym, kto mnie posłał, Bogiem, a nie sobą czy swoimi walorami. Wtedy Ten, który jest najważniejszy, może przeze mnie działać. W końcu właśnie o to chodzi, a nie o wywyższanie siebie samego. 

Święty inżynier z politechniki – sługa Boży Jerzy Ciesielski

Poprzedni tekst właściwie miał być zupełnie o czym innym – a wyszedł, jak zacząłem pisać, o niedzielnej ewangelii. 
A miał być poświęcony… Komu? Nie, nie Janowi Pawłowi II – co może wydawać się naturalne w kontekście obchodzonego właśnie w minioną niedzielę kolejnego Dnia Papieskiego. Chciałem napisać o człowieku, na którego sługa Boży Jan Paweł II miał z pewnością wpływ, dla którego Jan Paweł II jeszcze jako ksiądz czy biskup był zapewne przyjacielem, a zarazem – któremu nie dane było dożyć chwili wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. O człowieku, który – choć był, można by powiedzieć, zwykłym świeckim (na szczęście, Kościół, w tych czasach wynosząc na ołtarze świeckich – bł. Chiara Badano, błogosławieni małżonkowie, bł. Joanna Beretta Mola – wskazuje dobitnie, że świętość jest do osiągnięcia dla każdego i nie jest do tego potrzebne kapłaństwo czy ślub zakonny) – dzisiaj, i nie od dzisiaj toczy się jego proces beatyfikacyjny.
Chciałem napisać o słudze Bożym Jerzym Ciesielskim – a że wtedy nie wyszło, to napiszę dzisiaj. 
Krótkie kalendarium tego człowieka można przeczytać tutaj; bardziej rozbudowany tekst – tutaj.
Rocznik 29 – więc niespełna 10 lat młodszy od Karola Wojtyły, również urodzony w Krakowie. Ukrywając się w czasie wojny, nie przerywał nauki, po jej zakończeniu kontynuując zdobywanie wykształcenia na Politechnice Krakowskiej (wówczas – filii AGH), na Wydziale Budownictwa Lądowego. O jego zdolnościach świadczy fakt, że równolegle studiował wychowanie fizyczne na Wydziale Lekarskim UJ. Po studiach, na zasadzie nakazu pracy, projektant w Biurze Projektów Przemysłu Skórzanego przez niespełna rok, później już tylko na pół etatu, łącząc z tym pracę na Politechnice. Równolegle – otwarty przewód doktorski i przygotowywanie pracy, którą obronił w 1960. W 1968 uzyskuje habilitację.
Jeszcze w trakcie studiów zawarł związek małżeński z Danutą Plebańczyk – związek, który błogosławił ks. Karol Wojtyła (rok później miał zostać biskupem pomocniczym w Krakowie), którego Jerzy poznał w 1952 w DA przy kościele św. Floriana w Krakowie – w przyszłości mieli wiele razy wspólnie wędrować po górach, razem uczestniczyć w spływach kajakowych z przyszłym papieżem, dziś również sługą Bożym. Mieli trójkę dzieci. Pomimo licznych obowiązków, Jerzy łączy pracę naukowo-badawczą specjalisty cenionego w kraju i za granicą z troską o rodzinę, rolą męża i ojca.
Namówiony przez przyjaciela, kończącego taką samą pracę, w 1969 decyduje się na wykłady w Chartumie (Sudan) jako vissiting professor. Początkowo wyjeżdża sam, w następnym roku sprowadza do Afryki żonę z dziećmi. Uwielbiając turystykę, wykorzystuje pobyt za granicą – zwiedza Sudan, Libię i Etiopię. Znający go potwierdzają – poza nauką, sport i turystyka pozostają jego pasjami, którym w wolnym czasie się oddaje. W tym samym, 1970, roku dochodzi do tragedii, która po ludzku kładzie kres świetnej karierze naukowej, ale także życiu kochającej rodziny. Podczas wycieczki statkiem po Nilu, na którą  Jerzy udaje się z trójką dzieci (żona została w domu), statek osiada na mieliźnie – pęka i tonie. Najstarsza córka ratuje się – przebywała na górnym pokładzie, udało jej się dopłynąć do brzegu. Sam Jerzy i dwójka młodszych dzieci giną – nie mieli szans na przeżycie, jako że przebywali na dolnym pokładzie, gdzie ojciec usypiał dzieci. 
Nie wnikając w, niewątpliwe, osiągnięcia naukowe Jerzego Ciesielskiego – czy jest w tej historii coś wyjątkowego, wyróżniającego go spośród tylu innych ludzi? Pewnie nie. Bo nie tyle chodzi o wybitne osiągi na polu naukowym – wynalezienie czegoś, Nobel, przełomowe odkrycie – tylko o człowieka. O to, jaki był – w tym, czym się zajmował, czy to była praca naukowa i dydaktyczna wykładowcy, czy zwykła praca biurowa czy nawet praca fizyczna.
W czym wykazał się heroicznością cnót – bo przecież to jest potrzebne, aby kandydat trafił na ołtarze? Na pewno w… byciu głową rodziny. Phi, też mi coś – ktoś powie. Tak? Biorąc pod uwagę, jak dzisiaj wyglądają – polskie i nie tylko – rodziny, ile w mediach jest informacji o tragicznych w skutkach pijackich ekscesach rodziców czy dzieci, do ilu tragedii dochodzi w rodzinach nie tylko z powodu uzależnień, ale też zwykłej obojętności, braku troski, woli porozumienia, a często zwyczajnej miłości – to jest wyczyn. Wyczyn, którego wielu z nas nie potrafi powtórzyć – liczby rozwodów i separacji, rosnące niepokojąco z roku na rok, tylko to potwierdzają. 
Małżeństwem i rodziną interesował się, nazwijmy to, nie tylko w praktyce, ale i w teorii. Karol Wojtyła powiedział wprost: Dla mnie rozmowy z Jerzym na temat ten stanowiły jedno ze źródeł inspiracji. Studium „Miłość i odpowiedzialność” powstało na marginesie tych, między innymi, rozmów. (Tygodnik Powszechny 1970 nr 51-52). Czym jest Miłość i odpowiedzialność – wiadomo (mam nadzieję), a jest to książka, biorąc pod uwagę czasy, gdy została napisana, dość nowatorska, choć zdecydowanie prezentująca poglądy właściwe, traktująca o etyce seksualnej w katolickim ujęciu (nie, żaden ciemnogród, gdyby się ktoś bał); książka, która inspiruje wielu do dzisiaj. 

Rodzina Jerzego wzrastała szczęśliwie. Pomimo pracy ojca – był czas na wspólne zabawy, ale także na modlitwę. Kariera naukowa nie obywała się kosztem rodziny. Rodzicom zależało na gruntownym wychowaniu dzieci w wierze – nie tylko w teorii, ale sami dawali tej wiary dobry przykład, uczestnicząc z dziećmi w Mszach i nabożeństwach, aktywnie biorąc udział w przygotowaniach do przystępowania przez dzieci do poszczególnych sakramentów. Poza modlitwą wieczorną – rodzina znana była z tego, iż w sobotnie wieczory rozważali teksty liturgiczne, jakie Kościół podaje na liturgię niedzielną.  To m.in. Ciesielscy sformułowali koncepcję rodziny rodzin – zaprzyjaźnionych rodzin katolickich, wymieniających poglądy na interesujące je tematy, pomagających sobie wzajemnie, spotykających się z okazji uroczystości chrztów, pierwszych Komunii św. dzieci. Zainteresowania Jerzego, w których dużo miejsca poświęcał zgłębianiu małżeństwa jako formy realizacji powołania dwojga ludzi, pokrywały się z zainteresowaniami Karola Wojtyły – stąd wiele między nimi było ożywionych dyskusji na ten temat. 

W ostatnich 2 latach przed tragiczną śmiercią Jerzy zainteresował się ruchem Focolare – popularną dziś wspólnota, która współczesnemu człowiekowi stara się ukazać sposoby na życie Ewangelią w świecie takim, jaki jest on tu i teraz – pewnie głównie z uwagi na fakt, iż wspólnota ta wiele miejsca i uwagi poświęcała właśnie trosce o rodziny jako to pierwsze środowisko, w którym wiara wzrasta i musi być budowana, skąd płynie najlepszy przykład wiary. 

To wszystko pokazuje, że był człowiekiem wszechstronnym. Nie dość, że uzdolniony naukowo, z zacięciem i talentem do zgłębiania nauk technicznych (dla mnie – czarnej owcy w technicznej rodzinie – coś niebywałego, może dlatego, że chyba bardziej niż ja humanistą być się nie da…), to łączył te zainteresowania z pasją dotyczącą wiary, Kościoła, a zarazem interesował się jeszcze zagadnieniami dotyczącymi rodziny. Znający go mówili wprost – radykalny. Gdy się w coś angażował – zawsze maksymalnie, nigdy nie połowicznie. Dawał z siebie wszystko, wszystko co robił starał się robić jak najlepiej. Jednocześnie – skromny w tym, co robił. Wypróbowany przyjaciel, wierny towarzysz wędrówek na łonie przyrody. Zdecydowany, konsekwentny – a zarazem nie narzucający się czy obnoszący się ze swoimi poglądami i przekonaniami.   

Człowiek, który żył Eucharystią – czy to w codzienności, czy pośród wędrówek. Sam często posługiwał przy ołtarzu. Zaangażowany w tak wiele spraw – praca naukowa, dydaktyczna, rodzina – zawsze znajdował wolę i czas do modlitwy, pogłębiania swojej wiedzy i horyzontów, także w zakresie rozmów o wierze i Ewangelii. Bez względu na to, czy zajmował się dziećmi, czy wyjaśniał skomplikowane zagadnienia w ramach wykładu – postrzegał siebie, ludzi i świat jako zadania na drodze, na której postawił go Bóg, i którą musi jak najlepiej przejść. 
Zachęcam do modlitwy o beatyfikację tego zwykłego świętego. 
A na zakończenie – krótkie teksty właśnie Jerzego Ciesielskiego, myśli odnośnie wielkości tego wszystkiego, co jest naszą drogą i powołaniem, bez względu na to, jaka ta nasza droga – moje życie – jest, którędy prowadzi. Bo przecież cel – zawsze ten sam.
Każdy z nas otrzymał do przebycia własną drogę, własne powołanie. Od wierności temu powołaniu zależy sens mego istnienia: Twoja chwała, a nasza zasługa na szczęście wiekuiste. Spraw Panie, abym zrozumiał me powołanie na każdy dzień i daj mi Twą Łaskę, abym mu był wierny.
Odgadywanie myśli Bożej (zawód, praca, decyzja w ważnych momentach), radosne spełnianie w ten sposób powstałych obowiązków z intencją – „dla Ciebie Boże” – składa się na świętość.

Przyszłość jest niewiadomą… Rozpatrywanie przeszłości – wątpliwe daje korzyści. Wydaje mi się, że możliwości startu są szerokie. Obojętnie skąd się zaczyna, byle zacząć i iść… Czy nie dobrze byłoby codziennie rano zadawać sobie pytanie: w jaki sposób mam dzisiaj służyć Bogu?
Konkretny człowiek… może, a nawet powinien mieć wytyczoną, choćby w ogólny sposób drogę do świętości. Mieć ideał, do którego dąży… Ideał świętości – można krótko mówiąc – określić jako wypełnianie obowiązków stanu z nadprzyrodzoną orientacją. Aby to było możliwe trzeba prowadzić życie religijne wewnętrzne, będące niejako prądnicą, która ładuje akumulator mej osoby na codzienne działanie.

Każdy z nas otrzymał do przebycia własną drogę, własne powołanie. Od wierności temu powołaniu zależy sens mego istnienia: Twoja chwała, nasza zasługa na szczęście wiekuiste. Spraw Panie, abym zrozumiał me powołanie na każdy dzień i daj mi Twą Łaskę, abym mu był wierny.

Co w tych spichlerzach?

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść: Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem. (Łk 12,13-21)

Zadziwiające jest, jak bardzo ludzie potrafią się zmieniać. Naprawdę. Z człowieka o poukładanym systemie wartości (bo przecież o to wszystko się rozbija) powstaje ktoś, komu wydaje się, że nie ma żadnych ograniczeń, że może dosłownie wszystko. Najgorsze, gdy w tym wszystkim zaczyna mu się wydawać to, o czym Jezus mówi: mam kasę na wszystko, więc nikt mi nic nie zabroni, nie ma dla mnie ograniczeń. Bóg? Ja jestem swoim bogiem – sam ustalam swoje granice, a że nie są mi na rękę – to ich nie ma. 
Niestety, coraz częściej mam wrażenie, że prawdą jest, gdy się mówi – im więcej masz, tym więcej chcesz. Widzę to jakby po sobie. Zbyt wielkim doświadczeniem życiowym poszczycić się nie mogę – ale te ćwierć wieku po świece chodzę, i to i owo widziałem. Nie tylko siebie mam na myśli. Choćby jedno z moich rodziców – osoba, z której w tym sensie mogę być dumny, ponieważ będąc na bardzo wysokim i odpowiedzialnym stanowisku, ani razu nie skorzystała z (niejednokrotnie, z pewnością, nadarzającej się) okazji dorobienia za pomoc w załatwieniu czegoś. Zawsze uczciwie, żadnych układów, łapówek itp. Ale z drugiej strony – zarabia sporo (wg mnie – bardzo dużo), a jednocześnie cały czas w rozmowach przewija się motyw: a ten to poszedł w biznes i ma to, to i to… a tamten to nakradł i nabrał łapówek – i ma tyle a tyle więcej… Z jednej strony – świadomość: to jest złe. Ale z drugiej – a na ile więcej on sobie może pozwolić… 
Ja sam? Cóż, materialne sprawy ciągną, niestety… A to by się laptopa chciało – bo w sumie to potrzebne i chyba konieczne będzie na aplikacji, żeby bardziej mobilnym ze sprzętem całym być, móc coś robić po drodze, mieć przenośne biuro takie, przydatne w branży – ale z drugiej strony: czy to jest potrzebne i konieczne? A to by się jakiś inny gadżet – mp3, cyfrówkę (a co tam – lustrzankę cyfrową od razu!). Teraz, w perspektywie powiększenia się rodziny – samochód muszę mieć jak tylko prawko zrobię, no i kolejna kwestia – a może by mały kredycik, żeby parę bajerów miał, nowszy był, lepszy, bardziej szpanowny…
Drodzy państwo – materialistami cholernymi jesteśmy, przepraszam za sformułowanie. A jeśli ktoś nie jest – to jest naprawdę bardzo dumnym i chlubnym wyjątkiem, i ja mu tego zazdroszczę. Ja z materializmem osoby swej walczę od lat, z różnym skutkiem – i cieszę się z każdego małego zwycięstwa, jak cieszyłem się gdy np. nie kupiłem nowego telefonu (stary do rzeczy był, a przy nowej umowie i tak za 1 zł równie dobry nowy sami mi dadzą) albo jak, wszedłszy do księgarni, wyszedłem z 1-2 książkami, a nie torbą książek za równowartość 1/5 pensji (tak, z książkami definitywnie trudniej jest…). 
Co do ewangelii – ciekawy wniosek się nasuwa: skoro w przypowieści rozbija się o to, że człowiek chciał na siłę gromadzić to, na co nie miał miejsca, to znaczy, że powinniśmy się ograniczać w zbieractwie. A że zbieramy wszystko – rzeczy naprawdę, średnio i w ogóle nie potrzebne – to dotyczy to każdego z nas. Zanim na coś wydasz kasę – pomyśl. Zastanów się, czy tego potrzebujesz. Pewnie stwierdzisz – przydało by się to do… Tak, ale czy to jest konieczne? Czy nie dasz rady bez tego? Czy nie masz ważniejszych potrzeb? Nie mam. A nie ma innych, poza czubkiem mojego nosa, którzy bardziej tych kilku złotych potrzebują, niż moje kolejne wymysły? Mało to biednych i potrzebujących naokoło? Jest Pajacyk, Okruszek i tyle innych akcji w samym internecie – a i tak ludziom jakoś za ciężko nawet kliknąć ten raz dziennie. Ale po kilkaset złotych polskich na głupoty wydać – to już nie. 
Jeśli przestaje ci się mieścić twój pieczołowicie zbierany dobytek – to nie znaczy, że  trzeba większego mieszkania z bardziej pojemnymi szafami szukać. Ale że za dużo obrosłeś w dobra – tak jak ten facet z ewangelii ze zbożem. Nie ma co zbierać dalej. Usiądź, pomyśl. Nie bój się podzielić – pozbyć się tego, co naprawdę i pod każdym względem jest ci zbędne. Są tacy, którym się to naprawdę przyda. Daleko szukać nie musisz – są MOPSy, punkty Caritas, na osiedlach stoją kontenery gdzie można wrzucić odzież. A może po prostu znasz kogoś – sąsiad w bloku, na osiedlu – który tej pomocy konkretnie, on właśnie, potrzebuje, i po prostu brakuje ci odwagi, żeby z tą pomocą przyjść, choć to nic nie kosztuje, a tobie przecież zbywa…
Marnujemy życie na ciągłe powiększanie, albo burzenie i stawianie takich nowych spichlerzy. Nie mamy czasu i siły cieszyć się z tego, co najważniejsze, albo nawet z tego, co w te spichlerze upychamy – bo już znowu trzeba je powiększać, albo martwić się, czy ktoś czegoś nie ukradnie. Ot, nerwicy z łatwością nabawić się można. Po co? Warto?
A gdzie w tym wszystkim dusza, serce, miłość, dobroć? Pewnie, można bez tego żyć – wielu pokazuje to w mediach na codzień, szczycąc się tym nawet. Tylko że nic z tego nie wynika. Bo te spichlerze i to, co w nich upchniesz, ile by ich nie było – i tak jest bez znaczenia. Liczy się tylko to, co z serca – właśnie dobroć, miłość, miłosierdzie, ufność, gotowość do pomocy, serdeczność, przyjaźń, itp. Szczęśliwy koniec końców będzie tylko ten, kto swoje spichlerze nimi właśnie napełni – bo one wystarczą. I nawet najwięcej spichlerzy napełnionych ziarnem, kasą, czymkolwiek materialnym nie pomoże temu, któremu tych prawdziwie wartościowych dóbr zabraknie. 
>>>
Skleroza, zapomniałem. Ostatnimi czasy napisałem o o. Wacławie Hryniewiczu OMI. I jakoś tak wyszło, dzień później składałem dokumenty na aplikację. I wracając, szedłem sobie przez Gdańsk (znam kościoły), i tak ni z tego, ni z owego wszedłem do jednego. Hehe, przypadek? Tak, do kościoła oblatów właśnie 🙂
>>>
Czy różaniec na palcu albo gazeta katolicka może być świadectwem?
Coraz częściej się przekonuję – tak. Czy to jak odmawiam różaniec za pomocą urządzenia na palec – jak ludzie się przyglądają, co on tak tym kręci… A nawet jak nie odmawiam – widzą krzyżyk, paciorki, domyślają się. I często jest jakiś tam uśmiech – nawet nie politowania czy pogardy. Jakby taki dowód uznania – on nosi różaniec na palcu, a mnie może brakuje odwagi.
Z radością też widzę, że coraz więcej młodych ludzi takie nosi. I w ogóle się tego nie wstydzi. 
Tak samo z gazetami jest. Nie wiem, czy to wyraz braku obiektywizmu – ja czytam tylko Gościa Niedzielnego – bo uważam za najlepszy tytuł, najwyższy poziom (co zresztą cały czas odzwierciedlają statystyki sprzedawalności – ciągle rosnące, najlepiej sprzedający się tygodnik nie tylko katolicki, ale w ogóle!). I często, jak jadę sobie kolejką czy autobusem, to tak spode łba patrzę sobie na ludzi, którzy obok mnie siedzą, czy naprzeciwko. Starsze osoby czasem zdziwione – szczególnie gdy osoba ta ma widoczny krzyżyk na szyi, różaniec na palcu (a czasem w ręku). Czy to, że młody człowiek czyta wartościową prasę, jest dziwne? Chyba pozytywne. A młodsi? Czasami politowanie – jak zobaczą, nie tyle nagłówek, co foto jakiegoś księdza, krzyż czy grafikę religijną. A czasami zainteresowanie, nawet próbują czytać przez ramię.
No i dobrze. Skoro nic innego nie wychodzi – to niech chociaż przez ciekawość popatrzą na tą wiarę. Bo może to ona – ciekawość właśnie – zachęci do zagłębienia się w wiarę, poznania jej – gdy brakuje wiary wyniesionej z domu, albo gdzieś się zapodziała po drodze.