Święty inżynier z politechniki – sługa Boży Jerzy Ciesielski

Poprzedni tekst właściwie miał być zupełnie o czym innym – a wyszedł, jak zacząłem pisać, o niedzielnej ewangelii. 
A miał być poświęcony… Komu? Nie, nie Janowi Pawłowi II – co może wydawać się naturalne w kontekście obchodzonego właśnie w minioną niedzielę kolejnego Dnia Papieskiego. Chciałem napisać o człowieku, na którego sługa Boży Jan Paweł II miał z pewnością wpływ, dla którego Jan Paweł II jeszcze jako ksiądz czy biskup był zapewne przyjacielem, a zarazem – któremu nie dane było dożyć chwili wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. O człowieku, który – choć był, można by powiedzieć, zwykłym świeckim (na szczęście, Kościół, w tych czasach wynosząc na ołtarze świeckich – bł. Chiara Badano, błogosławieni małżonkowie, bł. Joanna Beretta Mola – wskazuje dobitnie, że świętość jest do osiągnięcia dla każdego i nie jest do tego potrzebne kapłaństwo czy ślub zakonny) – dzisiaj, i nie od dzisiaj toczy się jego proces beatyfikacyjny.
Chciałem napisać o słudze Bożym Jerzym Ciesielskim – a że wtedy nie wyszło, to napiszę dzisiaj. 
Krótkie kalendarium tego człowieka można przeczytać tutaj; bardziej rozbudowany tekst – tutaj.
Rocznik 29 – więc niespełna 10 lat młodszy od Karola Wojtyły, również urodzony w Krakowie. Ukrywając się w czasie wojny, nie przerywał nauki, po jej zakończeniu kontynuując zdobywanie wykształcenia na Politechnice Krakowskiej (wówczas – filii AGH), na Wydziale Budownictwa Lądowego. O jego zdolnościach świadczy fakt, że równolegle studiował wychowanie fizyczne na Wydziale Lekarskim UJ. Po studiach, na zasadzie nakazu pracy, projektant w Biurze Projektów Przemysłu Skórzanego przez niespełna rok, później już tylko na pół etatu, łącząc z tym pracę na Politechnice. Równolegle – otwarty przewód doktorski i przygotowywanie pracy, którą obronił w 1960. W 1968 uzyskuje habilitację.
Jeszcze w trakcie studiów zawarł związek małżeński z Danutą Plebańczyk – związek, który błogosławił ks. Karol Wojtyła (rok później miał zostać biskupem pomocniczym w Krakowie), którego Jerzy poznał w 1952 w DA przy kościele św. Floriana w Krakowie – w przyszłości mieli wiele razy wspólnie wędrować po górach, razem uczestniczyć w spływach kajakowych z przyszłym papieżem, dziś również sługą Bożym. Mieli trójkę dzieci. Pomimo licznych obowiązków, Jerzy łączy pracę naukowo-badawczą specjalisty cenionego w kraju i za granicą z troską o rodzinę, rolą męża i ojca.
Namówiony przez przyjaciela, kończącego taką samą pracę, w 1969 decyduje się na wykłady w Chartumie (Sudan) jako vissiting professor. Początkowo wyjeżdża sam, w następnym roku sprowadza do Afryki żonę z dziećmi. Uwielbiając turystykę, wykorzystuje pobyt za granicą – zwiedza Sudan, Libię i Etiopię. Znający go potwierdzają – poza nauką, sport i turystyka pozostają jego pasjami, którym w wolnym czasie się oddaje. W tym samym, 1970, roku dochodzi do tragedii, która po ludzku kładzie kres świetnej karierze naukowej, ale także życiu kochającej rodziny. Podczas wycieczki statkiem po Nilu, na którą  Jerzy udaje się z trójką dzieci (żona została w domu), statek osiada na mieliźnie – pęka i tonie. Najstarsza córka ratuje się – przebywała na górnym pokładzie, udało jej się dopłynąć do brzegu. Sam Jerzy i dwójka młodszych dzieci giną – nie mieli szans na przeżycie, jako że przebywali na dolnym pokładzie, gdzie ojciec usypiał dzieci. 
Nie wnikając w, niewątpliwe, osiągnięcia naukowe Jerzego Ciesielskiego – czy jest w tej historii coś wyjątkowego, wyróżniającego go spośród tylu innych ludzi? Pewnie nie. Bo nie tyle chodzi o wybitne osiągi na polu naukowym – wynalezienie czegoś, Nobel, przełomowe odkrycie – tylko o człowieka. O to, jaki był – w tym, czym się zajmował, czy to była praca naukowa i dydaktyczna wykładowcy, czy zwykła praca biurowa czy nawet praca fizyczna.
W czym wykazał się heroicznością cnót – bo przecież to jest potrzebne, aby kandydat trafił na ołtarze? Na pewno w… byciu głową rodziny. Phi, też mi coś – ktoś powie. Tak? Biorąc pod uwagę, jak dzisiaj wyglądają – polskie i nie tylko – rodziny, ile w mediach jest informacji o tragicznych w skutkach pijackich ekscesach rodziców czy dzieci, do ilu tragedii dochodzi w rodzinach nie tylko z powodu uzależnień, ale też zwykłej obojętności, braku troski, woli porozumienia, a często zwyczajnej miłości – to jest wyczyn. Wyczyn, którego wielu z nas nie potrafi powtórzyć – liczby rozwodów i separacji, rosnące niepokojąco z roku na rok, tylko to potwierdzają. 
Małżeństwem i rodziną interesował się, nazwijmy to, nie tylko w praktyce, ale i w teorii. Karol Wojtyła powiedział wprost: Dla mnie rozmowy z Jerzym na temat ten stanowiły jedno ze źródeł inspiracji. Studium „Miłość i odpowiedzialność” powstało na marginesie tych, między innymi, rozmów. (Tygodnik Powszechny 1970 nr 51-52). Czym jest Miłość i odpowiedzialność – wiadomo (mam nadzieję), a jest to książka, biorąc pod uwagę czasy, gdy została napisana, dość nowatorska, choć zdecydowanie prezentująca poglądy właściwe, traktująca o etyce seksualnej w katolickim ujęciu (nie, żaden ciemnogród, gdyby się ktoś bał); książka, która inspiruje wielu do dzisiaj. 

Rodzina Jerzego wzrastała szczęśliwie. Pomimo pracy ojca – był czas na wspólne zabawy, ale także na modlitwę. Kariera naukowa nie obywała się kosztem rodziny. Rodzicom zależało na gruntownym wychowaniu dzieci w wierze – nie tylko w teorii, ale sami dawali tej wiary dobry przykład, uczestnicząc z dziećmi w Mszach i nabożeństwach, aktywnie biorąc udział w przygotowaniach do przystępowania przez dzieci do poszczególnych sakramentów. Poza modlitwą wieczorną – rodzina znana była z tego, iż w sobotnie wieczory rozważali teksty liturgiczne, jakie Kościół podaje na liturgię niedzielną.  To m.in. Ciesielscy sformułowali koncepcję rodziny rodzin – zaprzyjaźnionych rodzin katolickich, wymieniających poglądy na interesujące je tematy, pomagających sobie wzajemnie, spotykających się z okazji uroczystości chrztów, pierwszych Komunii św. dzieci. Zainteresowania Jerzego, w których dużo miejsca poświęcał zgłębianiu małżeństwa jako formy realizacji powołania dwojga ludzi, pokrywały się z zainteresowaniami Karola Wojtyły – stąd wiele między nimi było ożywionych dyskusji na ten temat. 

W ostatnich 2 latach przed tragiczną śmiercią Jerzy zainteresował się ruchem Focolare – popularną dziś wspólnota, która współczesnemu człowiekowi stara się ukazać sposoby na życie Ewangelią w świecie takim, jaki jest on tu i teraz – pewnie głównie z uwagi na fakt, iż wspólnota ta wiele miejsca i uwagi poświęcała właśnie trosce o rodziny jako to pierwsze środowisko, w którym wiara wzrasta i musi być budowana, skąd płynie najlepszy przykład wiary. 

To wszystko pokazuje, że był człowiekiem wszechstronnym. Nie dość, że uzdolniony naukowo, z zacięciem i talentem do zgłębiania nauk technicznych (dla mnie – czarnej owcy w technicznej rodzinie – coś niebywałego, może dlatego, że chyba bardziej niż ja humanistą być się nie da…), to łączył te zainteresowania z pasją dotyczącą wiary, Kościoła, a zarazem interesował się jeszcze zagadnieniami dotyczącymi rodziny. Znający go mówili wprost – radykalny. Gdy się w coś angażował – zawsze maksymalnie, nigdy nie połowicznie. Dawał z siebie wszystko, wszystko co robił starał się robić jak najlepiej. Jednocześnie – skromny w tym, co robił. Wypróbowany przyjaciel, wierny towarzysz wędrówek na łonie przyrody. Zdecydowany, konsekwentny – a zarazem nie narzucający się czy obnoszący się ze swoimi poglądami i przekonaniami.   

Człowiek, który żył Eucharystią – czy to w codzienności, czy pośród wędrówek. Sam często posługiwał przy ołtarzu. Zaangażowany w tak wiele spraw – praca naukowa, dydaktyczna, rodzina – zawsze znajdował wolę i czas do modlitwy, pogłębiania swojej wiedzy i horyzontów, także w zakresie rozmów o wierze i Ewangelii. Bez względu na to, czy zajmował się dziećmi, czy wyjaśniał skomplikowane zagadnienia w ramach wykładu – postrzegał siebie, ludzi i świat jako zadania na drodze, na której postawił go Bóg, i którą musi jak najlepiej przejść. 
Zachęcam do modlitwy o beatyfikację tego zwykłego świętego. 
A na zakończenie – krótkie teksty właśnie Jerzego Ciesielskiego, myśli odnośnie wielkości tego wszystkiego, co jest naszą drogą i powołaniem, bez względu na to, jaka ta nasza droga – moje życie – jest, którędy prowadzi. Bo przecież cel – zawsze ten sam.
Każdy z nas otrzymał do przebycia własną drogę, własne powołanie. Od wierności temu powołaniu zależy sens mego istnienia: Twoja chwała, a nasza zasługa na szczęście wiekuiste. Spraw Panie, abym zrozumiał me powołanie na każdy dzień i daj mi Twą Łaskę, abym mu był wierny.
Odgadywanie myśli Bożej (zawód, praca, decyzja w ważnych momentach), radosne spełnianie w ten sposób powstałych obowiązków z intencją – „dla Ciebie Boże” – składa się na świętość.

Przyszłość jest niewiadomą… Rozpatrywanie przeszłości – wątpliwe daje korzyści. Wydaje mi się, że możliwości startu są szerokie. Obojętnie skąd się zaczyna, byle zacząć i iść… Czy nie dobrze byłoby codziennie rano zadawać sobie pytanie: w jaki sposób mam dzisiaj służyć Bogu?
Konkretny człowiek… może, a nawet powinien mieć wytyczoną, choćby w ogólny sposób drogę do świętości. Mieć ideał, do którego dąży… Ideał świętości – można krótko mówiąc – określić jako wypełnianie obowiązków stanu z nadprzyrodzoną orientacją. Aby to było możliwe trzeba prowadzić życie religijne wewnętrzne, będące niejako prądnicą, która ładuje akumulator mej osoby na codzienne działanie.

Każdy z nas otrzymał do przebycia własną drogę, własne powołanie. Od wierności temu powołaniu zależy sens mego istnienia: Twoja chwała, nasza zasługa na szczęście wiekuiste. Spraw Panie, abym zrozumiał me powołanie na każdy dzień i daj mi Twą Łaskę, abym mu był wierny.

3 komentarzy do “Święty inżynier z politechniki – sługa Boży Jerzy Ciesielski”

  1. krysia pisze:

    "Czy nie dobrze byłoby codziennie rano zadawać sobie pytanie: w jaki sposób mam dzisiaj służyć Bogu?" Podoba mi się to zdanie.. Warto zastosować je w życiu.. Pozdrawiam cieplutko..

  2. Fk pisze:

    Zwykły Święty – piękne określenie, bo przecież każdy może służyć Bogu.

  3. Ciamajda pisze:

    Hej… No właśnie, czyli można normalnie żyć, pracować, „realizować się” – i jednocześnie być kochającym mężem i ojcem. Tylko trzeba mieć w sobie to nienaruszalne przekonanie, że najpierw drugi człowiek, a dopiero potem ja. Że jeśli spełnienie mojego pragnienia (nawet dobrego) ma się odbyć kosztem drugiego człowieka, jego zaniedbania, skrzywdzenia – to bez dwóch zdań należy zrezygnować z tego pragnienia. Nie wszystko trzeba mieć. Bo małżeństwo to nie kontrakt, tylko wzajemne poświęcanie się bez reszty. Fajnie, że przypomniałeś o tym człowieku, o jego życiu. Bardzo bym chciał, żeby te starania o jego beatyfikację zakończyły się sukcesem. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz