Nie ma grzechów międzypokoleniowych

Temat od jakiegoś czasu gdzieś tam mi się przewijał, ale – jak wynikało z materiałów, które widziałem – kwestia pozostawała otwarta w tym sensie, że Kościół nie powiedział jednoznacznie „nie”. Co zmieniło się w ostatnich dniach. 
W dniu 06 października 2015 r. Episkopat Polski podjął uchwałę o zakazie celebrowania Mszy świętych i wszelkich nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z „grzechów pokoleniowych” czy o „uzdrowienie międzypokoleniowe”.

Przesądzenie powyższej kwestii zostało poprzedzone opinią teologiczną Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski, dostępną m.in. na Deonie (poniżej ogólnego artykułu). Tak naprawdę, jest w niej zawarte bardzo syntetyczne, a zarazem dokładne opisanie stanu faktycznego i problemu, jaki powstał na jego kanwie. 
Ja z tym zagadnieniem spotkałem się kilkakrotnie, a na potrzeby niniejszego tekstu poszukałem conieco. Nie zdziwiło mnie (niestety), że teksty na ten temat – w tym sensie, że nie tyle dotykające tematu, co po kontekście sądząc radzące jak zwalczać takie grzechy pokoleniowe – odnalazłem na Frondzie, stronie jezuickiego pisma Odnowy w Duchu Świętym.
Z mojej perspektywy wygląda to nieco na żerowanie na strachu ludzkim i wynajdowanie, tworzenie problemu, mającego leżeć u podstaw innych, wytwarzanie sztucznie problemu dla jego następnie rozwiązania. Przede wszystkim zaś błąd, z którym mamy do czynienia, to nic innego jak wmawianie ludziom – co nie znajduje oparcia w niczym i nie jest niczym uzasadnione – twierdzenia o niejako „dziedziczności” grzechów. Stąd czasami można spotkać się z używanym w kontekście tzw. grzechów pokoleniowych pojęciem „grzechów naszych ojców”, „skażeniu międzypokoleniowym”, „uzdrowieniu międzypokoleniowym”. 
Jak jest to opisane na Frondzie: '„grzech pokoleniowy” jest to odziedziczona po przodkach niegodziwość, czyli skłonność ludzkiego serca do buntu, do nieposłuszeństwa przeciw Bożemu prawu i Jego przykazaniom, jest to podatność na grzech, tendencja do grzeszenia’. Sugeruje się tam nieświadome „wchodzenie” w grzechy ojców. Kompletnie absurdalnie brzmi przykładowe pytanie i odpowiedź: „Jakie grzechy mogą być pokoleniowymi? Aborcja, skłonności samobójcze, niepowodzenia w interesach, bieda, choroby genetyczne, depresje, kłamstwo, oszustwo”. Choroba genetyczna jako grzech? Inny przykład: „Dziecko poczęte poza związkiem sakramentalnym może cierpieć na duszy i psychice z powodu grzechu swojej matki” albo upatrywanie grzechu międzypokoleniowego w nałogu alkoholowym w rodzinie (pismo Odnowy „Szum z nieba”) – nie skomentuję. 
Równocześnie, ciekawe wydaje się to, że w każdym tekście pojawia się w miarę silnie zaakcentowane stwierdzenie odnośnie tego, że nie należy jako grzechu międzypokoleniowego rozumieć dosłownego przejścia grzechu np. z dziadka czy rodzica na daną osobę, jego dosłowne dziedziczenie. Więc co? A równocześnie pojawia się sformułowanie w stylu: ” trzeba uznać, że moi przodkowie zgrzeszyli, po drugie muszę uznać, że ja popełniłem ten sam grzech, który widziałem u ojca, dziadka i pradziadka i muszę Pana Boga za niego przeprosić i odpokutować”. Hm, kompletnie niespójne: bo albo to nie jest mój grzech i nie muszę wtedy za nic odpokutować, albo w jakiś dziwny sposób miałby przejść on na mnie co rodziło by konieczność pokuty. 
Pomocny tutaj wydaje się tekst sufragana wrocławskiego bp. prof. dr hab. Andrzeja Siemieniewskiego (opublikowany w maju 2014 r. – a więc zanim Episkopat zajął w tej materii jednoznaczne stanowisko):

Z jednej strony mamy tysiące ludzi garnących się do rekolekcji i sesji modlitewnych na temat uzdrowienia międzypokoleniowego, z drugiej zaś strony są raczej wątłe, by nie powiedzieć – wątpliwe podstawy tej modlitewnej praktyki: Pismo Święte i katolicka Tradycja takiej praktyki nie znają. Dochodzą do tego przestrogi przed przekraczaniem granicy między biblijną pobożnością chrześcijańską a pewnymi pojęciami New Age. Jaka więc winna być droga wyjścia? Przypomnijmy mądre uwagi Katechizmu: Kościół popiera formy religijności ludowej, ale równocześnie czuwa, by je rozświetlać światłem wiary. Mają rację gorliwie wierzący katolicy, jeśli domagają się od nas, swoich duszpasterzy, abyśmy wiedzieli, jak można dostąpić spotkania z Chrystusem, z Jego mocą uzdrowienia i zmiany życia. 

1. Korzystamy z nauk inicjatora i pomysłodawcy modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe, Kennetha McAlla? To korzystajmy po katolicku. Po pierwsze, z zachowaniem jego roztropności co do uprzedniego badania medycznego trudniejszych przypadków, bez czego łatwo można stać się psychiatrycznym znachorem. Po drugie, on sam, choć nie był katolikiem, główny nacisk w swojej metodzie kładł na zbawienne skutki Eucharystii sprawowanej w intencji zmarłych z rodziny. Niech więc w tę samą stronę pójdzie i nasza modlitwa, jak to czyniliśmy w Tradycji Kościoła modlącego się w Mszach św. za naszych drogich zmarłych. 

2. Modlimy się za zmarłych? To módlmy się po katolicku, niekoniecznie korzystając z lektur, w których po latach ktoś znajdzie newage’owe pojęcia, gnostyckie hipotezy czy ezoteryczne wizualizacje. 

Można także przeczytać stanowisko w/w biskupa Siemieniewskiego w formie udzielonej w 2012 r. odpowiedzi na pytanie o kwestię grzechów międzypokoleniowych ze strony katolickiej Wspólnoty Droga we Wrocławiu.

Przytoczę w tym zakresie także dość obszerne fragmenty wspomnianej opinii komisji Episkopatu dla zobrazowania przyczyny zajęcia takiego, a nie innego stanowiska:

2. U podstaw mówienia o grzechu pokoleniowym leży przekonanie, że grzechy przodków wywierają wpływ na życie obecnie żyjących członków ich rodziny. Wpływ ten może mieć wymiar duchowy i cielesny, wyrażać się np. w postaci jakiejś choroby, może też być powodem kłopotów w dziedzinie psychiki i niepowodzeń w życiu małżeńskim czy rodzinnym. Obciążenie grzechem dziedziczonym po przodkach – według zwolenników tej teorii – domaga się uwolnienia człowieka, które dokonuje się w modlitwie o uzdrowienie lub przez egzorcyzm.
Uzdrowienie międzypokoleniowe jest specjalną modlitwą, którą należy objąć przodków osoby cierpiącej, sięgając w przeszłość nawet do piętnastego czy szesnastego pokolenia. Taka modlitwa obejmuje odmawianie egzorcyzmów, modlitwę wstawienniczą i Mszę świętą. Stąd modlitwy i nabożeństwa o uzdrowienie międzypokoleniowe czy Msze święte w tej intencji. (…)  

3. Praktyka „uzdrowienia międzypokoleniowego” wywodzi się z tradycji zakorzenionej w wierzeniach religii wschodnich, które szczególnym kultem otaczają przodków i wierzą w reinkarnację. To znaczy, że praktyka ta jest skutkiem synkretyzmu religijnego, który wykształcił nowe zjawisko nazwane „reinkarnacją grzechu”. (…)  

5. Cytowane przez zwolenników „uzdrowienia międzypokoleniowego” fragmenty Biblii, które jakoby miały potwierdzać ich tezę o grzechu pokoleniowym i jego następstwach w życiu następnych pokoleń, mają swoje rozwinięcie i dopowiedzenie. Okazuje się, że są one trochę dłuższe, niż te cytowane w książkach. Czasem teksty te są tak manipulowane, by potwierdzały tezę o grzechu pokoleniowym czy o potrzebie międzypokoleniowego uzdrowienia. (…)  

6. „Grzech pokoleniowy” stoi w sprzeczności z prawdą o Bożym Miłosierdziu i o Jego przebaczającej Miłości. Jeśli nawet Lud Starego Przymierza dopatrywał się w różnych nieszczęściach kary Bożej za winy przodków, to Ludowi Nowego Przymierza takie przeświadczenie jest obce. Ta wyraźna zmiana optyki wiąże się z misją Wcielonego Syna Bożego, który doskonale wypełnił Prawo i Proroków, zwiastując miłość i miłosierdzie Boga. Wcześniej na gruncie legalizmu żydowskiego w Bogu widziano przede wszystkim Sędziego, skorego do wymierzania kary. Obraz Boga jako miłosiernego Ojca nie dopuszcza takiej myśli; otwiera człowieka na możliwość zyskania Bożego przebaczenia, ułaskawienia w każdej sytuacji. 

7. Kościół od samego początku naucza, że grzech jest zawsze czymś osobistym i wymaga decyzji woli. Podobnie jest z karą za grzech. Każdy osobiście ponosi karę za swój grzech. Wyraźnie pisze o tym św. Paweł w Liście do Rzymian, że „każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu” (Rz 14,12). (…)  

8. Jedynym grzechem, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie jest grzech pierworodny. (…)  

10. Praktyka modlitwy, czy Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie międzypokoleniowe, czy o wyzwolenie z grzechu pokoleniowego zdradza bardzo wyraźnie brak wiary, czy przynajmniej niedowierzanie w skuteczność łaski sakramentalnej, na pierwszym miejscu chrztu świętego. W tym sakramencie zostajemy wyzwoleni z wszelkiego grzechu. (…)  

Konkluzja: Mając na uwadze wszystkie poczynione uwagi, postuluje się, by władza kościelna jednoznacznie ostrzegała przed używaniem w przepowiadaniu pojęć: „grzech pokoleniowy” i „uzdrowienie międzypokoleniowe”. Powinna też oficjalnie zakazać celebrowania Mszy świętych i nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z grzechów pokoleniowych czy o uzdrowienie międzypokoleniowe.  

W tym kontekście duszpasterzom byłoby dobrze przypomnieć, że najróżniejsze formy praktykowanej przez wieki modlitwy o uzdrowienie chorych, także w ramach liturgii Mszy św., powinny być celebrowane zgodnie z przepisami ksiąg liturgicznych oraz instrukcją Kongregacji Nauki Wiary Ardens felicitatis desiderium. 

W kościelnym przepowiadaniu należy zadbać o jasny wykład nauki Magisterium Kościoła na temat grzechu pierworodnego i jego skutków, rozumienia grzechów osobistych i ich skutków społecznych, skuteczności łaski sakramentalnej, zwłaszcza chrztu oraz sakramentu pokuty i pojednania, kwestii pojednania z Bogiem i z ludźmi, poczucia winy i przebaczenia.

A więc sprawa jest jasna i dokładnie wyjaśniona. Pytanie, czy – chyba dość liczni – zwolennicy takich praktyk przyjmą to do wiadomości?

Rozmawiali o Franciszku

Kilka dni temu trafiłem na dość ciekawą dyskusję, mianowicie dotyczącą osoby Ojca Świętego Franciszka w kontekście książki Austena Ivereigh’a „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” wydanej przez wydawnictwo Niecałe
Trudno powiedzieć, kiedy dyskusja miała miejsce – film na YT opublikowano 07.11.2015, więc zapewne dość niedawno. Wzięli w niej udział: sufragan krakowski, przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji przy Konferencji Episkopatu Polski bp Grzegorz Ryś, z-ca redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego ks. Tomasz Jaklewicz oraz dziennikarz Tygodnika Powszechnego Artur Sporniak. 
Całość nagrania, a więc całość dyskusji, trwa blisko 2 godziny – pewnie mało kto ma tyle czasu, żeby całość przesłuchać (może na smartfonie w podróży? tak jak ja). Rozmowa jest ciekawa. 
Pierwszy wypowiadał się ks. Jaklewicz, który jakby z założenia… w ogóle zanegował możliwość oceny papieża. Dość dziwne, biorąc pod uwagę, że nie zastrzegł jednocześnie, iż ma na myśli wypowiedzi ex cathedra – wiadomo, z nimi nie ma dyskusji, papież wypowiada się jako Głowa Kościoła. Ale inne? Nie chodzi o recenzowanie, skrupulanctwo – ale jakby rozmowę, także stawianie pytań, nawet trudnych. Co w tym złego? 
Bardzo fajnie zaczął Sporniak, który rozpoczął od wskazania, że on się papieżem cieszy. Mówił o tym, że papież przybliża Boga człowiekowi, w cudzysłowiu: sprowadza Go na ziemię. Trafnie ujęte, mając na uwadze bezpośredniość Franciszka (równocześnie zaznaczając na marginesie, że mamy – bo mamy – tendencję do uciekania „od majestatu”, chowania się za wysokimi ołtarzami). Wskazał na to także, że papież musi mieć mocną i głęboką relację z Bogiem, skoro od samego początku – znowu, w mojej ocenie trafnie – zabrał się za reformę Kurii Rzymskiej, czyli [to już moja myśl] molocha, nad którym papieże w ostatnich latach po prostu nie panowali, co pokazało życie i szereg afer. 
No i wreszcie bp. Ryś, który czuje się odpowiedzialny bardzo za osoby, które biorą Franciszka na poważnie – wprost, w samym sednie tego, co on chce, czyli wyjścia Kościoła do ewangelizacji. O biskupie nie jako „człowieku na koturnach”. Uwielbiam tego faceta 🙂 Przy czym wyraźnie podkreślił, że wszelkie spory „franciszko-podobne” są po prostu obok tego, co jest w Kościele najważniejsze; można je toczyć, o ile się chce, i prawdziwa „robota dzieje się w Kościele gdzie indziej”. Tym bardziej – trafnie – prowadząca dyskusję Dominika Szczawińska stwierdziła po tej – krótkiej, prostej, zamyślonej – wypowiedzi biskupa, że właściwie na tym spotkanie można by skończyć.  
Co ciekawe – w mojej ocenie nawiązując do osób jego rozmówców (Jaklewicz i Sporniaka) w jednej z wypowiedzi bp Grzegorz wskazał, iż brał udział w innej rozmowie dotyczącej papieża Franciszka, gdzie wypowiadali się także dziennikarze Paweł Lisicki i Adam Szostkiewicz – a więc, jak to ujął, których „dzieli znacznie więcej niż tych dwóch, którzy siedzą przy tym stole”. Cóż, trudno odmówić – z tą różnicą, że we wspomnianej dyskusji Lisicki z Szostkiewiczem mieli się niejako spotkać i zejść w jednej tezie, zaś w niniejszej rozmowie Jaklewicz i Sporniak zdecydowanie zajmowali odmienne stanowiska, wręcz nie szczędząc sobie złośliwości (o dziwo, głównie ks. Jaklewicz wobec Sporniaka – nieładnie – z powodu czego bp Grzegorz lekko go napominał; ale także Jaklewicz wobec Rysia, czego już w ogóle nie rozumiem). 
Bp Ryś przytoczył również sytuację, w której – ponoć jeden z redaktorów Więzi – miał stwierdzić, iż obawia się, że Franciszek zgubi gdzieś po drodze ludzi, którzy go i jego postępowania nie rozumieją – co w ocenie biskupa odzwierciedla lęki dotyczące tego pontyfikatu. Równocześnie, tego strachu nie mają środowiska, które odczytują franciszkowy charyzmat ewangelizacji, słuchają papieża jako człowieka trafiającego w sedno tego, co dla takich osób stanowi ich miejsce w Kościele – więc nic dziwnego, że tak dobrze się tam czują. 
Kawałek dalej pada dość ciekawe odniesienie bp. Grzegorza – który nieco przerwał Sporniakowi – mówiąc: „bo wy tam w tym Tygodniu jesteście intelektualistami, i w związku z tym charyzmat wam się wymyka [ich opisom]”. Zdania co do TP są podzielone, ja to pismo cenię, natomiast nie da się ukryć, że czasami także im zdarza się przysłowiowe „robienie wideł z igieł” czy przesada. Natomiast sama wypowiedź – jako spostrzeżenie – niewątpliwie warta zastanowienia. 
Jest też świetna wypowiedź, znowu (ha!) biskupa Grzegorza odnośnie tego, że strach przed Franciszkiem to jest strach przed pełnym Kościołem. Chodzi o doświadczenie Kościoła w każdym czasie i każdym miejscu – także dzisiaj, z prorockim Franciszkiem i wyczuciem Ducha Świętego działającego także poza strukturami Kościoła katolickiego (o czym mówił już św. Jan Paweł II). Że poza Kościołem katolickim nie ma „eklezjalnej pustki”, ale jest ekumenizm, czyli wzajemna wymiana darów. Papież łamie schematy – właśnie mając dobry kontakt z prawosławiem czy wspólnotami starej reformacji, ale także prosić np. o modlitwę pastorów z najmłodszych wspólnot protestanckich – co pokazuje, że to właśnie Kościół katolicki ma charyzmat jedności: głowa Kościoła potrafi rozmawiać i spotykać się z ludźmi ze wspólnot, które same ze sobą nie mają kontaktu. Nie można się bać – albo dajemy się prowadzić Duchowi Świętemu, albo nie. Papież rozeznaje – słucha, analizuje, odczytuje sprawy przed Bogiem, prowadząc Kościół w takim a nie innym kierunku – i kiedy rozeznaje, iż coś jest z Ducha, to nic go nie jest w stanie zatrzymać. 
Ks. Jaklewicz za to bardzo dobrze stwierdził, że dużą grupą ludzi, którzy „mają problem” z Franciszkiem to… duchowni. Przeszedł następnie płynnie w kwestię synodu o rodzinie – ale to akurat inna kwestia. Słusznie także zauważył, że trudno mówić o „prorockim” pontyfikacie Franciszka tylko z tytułu tego, że przytula dzieci, spotyka się z ludźmi itp. – trudno bowiem nie uznać, że tego samego nie czynili poprzednicy: Benedykt XVI czy Jan Paweł II, więc racze nie ma w tym nic przełomowego samego w sobie. 
Potem ks. Jaklewicz wypowiedział bardzo mocne zdanie, że jest grupa ludzi, zaangażowanych w Kościele, która czuje, że traci grunt pod nogami; że Skała (Piotr, papież) przestała być skałą. Znowu nawiązał do synodu, niefortunnej wypowiedzi o królikach, czy też żartach – w ocenie wypowiadającego się – były na granicy dopuszczalnej papieżowi. 
Odbił piłkę ponownie biskup Ryś – mówiąc, że księża wszyscy się boją, ale mało który (prawie żaden) nie sięgnął do tekstów źródłowych, w tym wypowiedzi kard. Waltera Kaspera, która legła u podstaw synodalnej dyskusji; prawie nikt nie czytał także lineamentów przygotowanych na synod. I teraz – czy to oznacza, że katolikom usuwa się skała spod nóg, czy też to, co raczyli byli za skałę uważać? Papież zaprasza do czegoś bardzo poważnego – a my oczekujemy prostych i szybkich rozstrzygnięć, od których on się uchyla. Synod to miejsce, gdzie ma objawić się Duch Święty, wobec którego biskupi mają stanąć w posłuszeństwie – i jeśli nie ma się takiej perspektywy, oznacza to „spłaszczenie” Kościoła do poziomu, na którym nie warto się poruszać. Albo przyjmujemy Boga, który prowadzi Kościół, a my chcemy Go słuchać – albo lepiej się rozejść. Propozycja Franciszka do doświadczenie Boga, który jest miłosierdziem – zapraszając do tego doświadczenia w roku jubileuszowym po to, żeby wiedzieć, w jakiej relacji ma być Kościół do człowieka (bo Kościół obok człowieka jest, delikatnie rzecz biorąc, bez sensu). Stwierdził także, że lęk przed synodem można odczytać u dziennikarzy wszędzie – od lewa do prawa – przy braku zaufania do Ducha Świętego, który ma prowadzić Kościół, i w którego właśnie tylko należy się wsłuchać. Nie gadanie o Bogu jako źródle miłosierdzia – ale Jego przeżycie w spotkaniu z Nim, bo tylko to może umożliwić przekazanie takiego doświadczenia innym. A synod? To przesłanie – dokument końcowy – nie jest skierowany do Ludu Bożego, a do papieża Franciszka, oczekując, że zrobi z tym to, co mu Duch Święty podpowie. 
Ja starałem się powyżej omówić treść dyskusji mniej więcej w połowie (ok. 45 minuty). Naprawdę, to nagranie warto obejrzeć choćby dla samych tylko wypowiedzi bp. Grzegorza 🙂 

Pani Danusia

Wpis kompletnie nieplanowany. A jednak, życie jest bogate.

Poranna Msza Święta w kościele nieopodal. Czekam na księdza w zakrystii, a tu pojawia się nagle starsza pani, nazwijmy ją (anonimizacja przede wszystkim :D) Danusią. Widzę, że czai się przy wejściu do zakrystii – ksiądz w tym czasie spowiada.
Pani Danusia czai się, żeby poprosić księdza, żeby mogła przeczytać czytanie – i teoretycznie w samym takim pragnieniu nie ma nic złego. Ksiądz się pojawia, pani Danusia zadaje pytanie, czy ona może przeczytać, na co ksiądz, niechętnie, zgadza się – patrząc na mnie i mówiąc, że ja zaśpiewam psalm. Dla mnie – żadna różnica, może być. Co się dzieje na Mszy? Czyta czytanie… i nie odchodzi. Dobrze, że nie wstałem do tego psalmu – bo by zabawnie wyglądało: ja idę, a ona mi zagradza drogę i kurczowo trzyma się ambony. I pani Danusia zaczyna śpiewać psalm. Dramat, zawodzi, jęczy i fałszuje. Proboszcz osłupiał i patrzy na mnie, ja na niego. Widzę, że go szlag przysłowiowy trafia. Ja zaśmiałem się pod nosem – takie sytuacje biorę „na miękko”, nie ma co się napinać, nie pierwsza taka i nie ostatnia – „żeby tylko księdza puściła do ambony do przeczytania Ewangelii”. Widzę, proboszcz wkurzony. Bez sensu – na Mszy. Przecież nie po to – ani on, ani ja, ani nikt inny z kilkunastu osób w kościele – przyszliśmy do ołtarza.
Msza się kończy, wracamy do zakrystii. Jeszcze się nie przebraliśmy, a w drzwiach staje – oczywiście, pani Danusia. Nie czekając i nie znoszącym sprzeciwu tonem „każe” proboszczowi podejść, bo ona ma „3 sprawy”. Proboszcz się wkurzył na bezczelność i jej mówi, słychać nerwy, że nie może tak być, że ona sobie robi w trakcie Mszy Świętej to, co się jej podoba, i w takim razie nie będzie czytała. Ja w tym czasie chowam albę do szafy. Pani Danusia spokorniała? Bynajmniej. „Niech ksiądz sobie lepiej otworzy Biblię, tam gdzie jest napisane o miłosierdziu i życzliwości. A teraz proszę tu podejść”. Zgłupiałem – co za tupet. Nie śledziłem dalej dyskusji, bo proboszcz się dopiero wtedy wściekł – i nie dziwię się.
Szerszy kontekst. Pewnie każda – albo większość – parafia ma taką swoją panią Danusię. Tu nie chodzi o to, że ona chce – ale po co, i czego ona chce. Pani Danusia ma w sposób oczywisty zaburzenia psychiczne – co przejawiało się w szeregu zupełnie niezrozumiałych zachowań, jak choćby to, że kiedyś jednego z księży wyzwała przy osobach trzecich od świń, aby może 2 dni później na jakimś opłatku duszpasterstwa biec do niego z opłatkiem i zasypywać życzeniami. Nie bardzo kontaktuje, co robi, przynajmniej czasami – to jest przykre. Nie wnikam, być może jest osobą bardzo wierzącą – a może dewotką? Nie mnie to oceniać. Wszystkim wiadomo, że mąż pani Danusi jest szafarzem w parafii obok i pani Danusia po prostu nie może znieść tego, że ona nie może zaistnieć jakoś wyraźnie w swojej parafii. Należy do wszystkich możliwych tradycyjnych grup duszpasterskich – Żywy Różanie, Akcja Katolicka itp. … i grupy te z dużym uporem rozwala od środka. Wszystko wie najlepiej, wszystkich ustawia, nie przyjmuje do wiadomości, że ona nie jest wodzirejem i wszyscy nie będą robili tego, co ona chce (czyli siedzą a ona robi wszystko sama). Osoby z tych duszpasterstw często w niedziele zbierają przed kościołem po Mszach Świętych ofiary na różne cele – kiedy wypada kolej pani Danusi, zawsze zabierze większą puszkę na ofiary i przegoni drugą osobę, która też ma zbierać, do mniejszego bocznego wyjścia. Nie przyjmuje żadnych argumentów, czy to od ludzi, czy od duszpasterzy – w tym roku pojawili się 2 nowi księża, każdy z założenia otwarty, ale bardzo szybko przekonali się co do jej zamiarów. 
Pani Danusia po prostu lubi być widziana w kościele, i w tym zakresie nie wystarczy jej siedzenie w pierwszej ławce (bliżej, bardziej na środku się nie da) – więc pcha się do prezbiterium przy byle okazji. Pycha? Pewnie tak. Nie chcę oceniać – na ile to są jakieś jej cechy, a na ile choroba, widoczna gołym okiem. 
Problem polega na tym, że pani Danusia zniechęca ludzi do uczestniczenia w Mszach Świętych i wchodzenia w grupy duszpasterskie. Dzisiaj także – kiedy jedna osoba zobaczyła ją „startującą” do ambony, po prostu wstała i wyszła. Ludzie, jak to w parafii (miejska, nie wiejska) znają panią Danusię dobrze, doświadczyli sami jej „życzliwości” (wszystkim zwraca na wszystko uwagę – ten źle klęka, ten źle się żegna, ten za głośno drzwi zamyka – oj, długo by można), czy to w kościelnej ławce, czy w ramach jakiegoś duszpasterstwa czy inicjatywy – albo co najmniej o niej słyszeli. To ludzi odstrasza i zniechęca – widzą to jej gwiazdorstwo, religijność na pokaz, parcie na szkło. Czyli, koniec końców, szkodzi więcej niż daje. 
Żeby było jasne – co do zasady ja jestem bardzo gorącym zwolennikiem tego, aby świeccy angażowali się w liturgię. Oczywiście, że tak. Szczególnie, gdy nie ma zbyt wielu lektorów – nie ma komu czytać czytań mszalnych, śpiewać psalm i aklamację, przeczytać wezwania modlitwy powszechnej; a nawet, jeśli są, to przecież można się podzielić (ja nie mam z tym problemu: czytanie, psalm, modlitwa powszechna – 3 elementy, można się spokojnie podzielić). Jeśli ludzie chcą i to wyartykułują – świetnie, niech czytają, śpiewają; oczywiście, o ile nie ma obiektywnych przeciwwskazań (jakaś wada wymowy, która czyni czytanie niezrozumiałym, albo brak umiejętności w zakresie śpiewu). To jest bardzo fajne i budujące, kiedy świeccy włączają się w liturgię – nie tylko poprzez liturgiczną służbę ołtarza. W tym kontekście zastanawiam się – ile osób zaniechało zamiaru włączenia się w liturgię w parafii – bo zobaczyło, że muszą „konkurować” z panią Danusią. 
Smutne to jest. Mam nadzieję, że proboszcz kwestię pani Danusi rozwiązał. Za nią po prostu trzeba się modlić… o co? Po prostu modlić. 

800 lat i dopiero się rozkręcają

Nie wiem, nie rozumiem z czego to wynika. Ale jakoś tak, o ile kiedyś przez pewien krótki czas fascynowali mnie paulini, o tyle niewątpliwie zakon, który najbardziej mnie przyciąga, to Psy Pańskie, Domini canes, czyli dominikanie. Ktoś powie – i jedni, i drudzy w białych ciuchach; w sumie tak. Może to dlatego, że rodzice ochrzcili mnie w bazylice dominikańskiej pod wezwaniem ulubionego świętego dzieci? Kto to wie.

Faktem jest, że Zakon Kaznodziejski (Ordo Preadictionis – stąd to „OP” przy ich podpisach) rozpoczął na dniach przeżywanie jubileuszu bardzo wymownego i okrągłego – właśnie 800-lecia istnienia zgromadzenia powstałego dzięki św. Dominikowi Guzmanowi, a w Polsce sprowadzonego przez jego bezpośredniego ucznia św. Jacka Odrowąża (gwoli ścisłości, to krakowski biskup Iwon poznał Dominika we Włoszech i poprosił ojca założyciela o zakonników do Polski, w odpowiedzi na co Dominik miał poprosić go o kandydatów; zostali nimi właśnie dwaj wybitni kanonicy krakowscy Jacek i Czesław Odrowąż). 
Mnie bardzo urzeka dominikańskie założenie – głoszenia „wszystkim, wszędzie i na wszelkie sposoby”. Bardzo proste i przekonujące. Ekstremalność bycia dominikaninem pokazał ich prowincjał o. Paweł Kozacki OP, skacząc na spadochronie z wysokości 4 km, okraszając ten event komentarzem: „Życie dominikańskie też jest ekstremalnym doświadczeniem: wyruszamy na nowe tereny, by szukać ludzi na bezdrożach i głosić Ewangelię na wszelkie możliwe sposoby” 🙂

Bardzo spodobała mi się myśl o. Krzysztofa Popławskiego OP (kiedyś przeora w Gdańsku, potem prowincjała polskiego, dzisiaj socjusza generała Zakonu ds. Europy Środkowej i Wschodniej), który napisał bardzo prosto i konkretnie: „Mamy więc plan na jubileusz: wdzięczność, przeżywanie teraźniejszości i ufność na otwierającą się każdego dnia przyszłość, co ma zaowocować nawróceniem”. 

Kto nie zetknął się jeszcze z dominikanami – polecam, działają w wielu miastach Polski, z najstarszym krakowskim, istniejącym od 1223 r. (a więc tylko 8 lat krócej niż sam zakon). Nie umiem tego nazwać, ale jest coś niesamowitego w liturgii odprawianej przez tych zakonników (ciekawostka – istnieje nadal odrębny ryt dominikański odprawiania Mszy Świętej). Uwielbiam słuchać, kiedy mówią, głoszą Słowo Boże. Popularności na skalę kraju nabiera o. Adam Szustak OP i jego kolejne rewelacyjne serie rekolekcji czy też konferencji. 
Można też polecić dominikańską rodzinę (braci, siostry klauzurowe i żyjące w świecie, oblatów dominikańskich – tak, to propozycja dla świeckich) w specjalnej modlitwie jubileuszowej:

Boże, Ojcze miłosierdzia, Ty powołałeś Świętego Dominika na pełnego wiary wędrownego kaznodzieję i głosiciela łaski, wlej w nas Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego, abyśmy wiernie i z radością głosili Ewangelię pokoju. Przez Chrystusa Pana naszego.Amen.

Ojciec Święty Franciszek przewidział także w dominikańskim roku jubileuszowym odpust zupełny, powiązany z nawiedzeniem ich kościoła/kaplicy – szczegóły tutaj.

Jubileusz został otwarty w dniu 07 listopada 2015 r. i potrwa do dnia 21 stycznia 2017 r.

No i na koniec – jako że lubię zbierać gadżety chrześcijańskie – nie mogę pominąć tego, co dominikanie proponują w ramach produktów jubileuszowych w swoim sklepiku. Mój debeściak – różaniec w formie pudełka z zębatką 🙂 widoczny poniżej. Spory wybór różnych fajnych rzeczy – warto zerknąć i znaleźć coś dla siebie.

Chwile oczekiwania

Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec (Mk 13,24-32)

Zawsze – przy tych fragmentach mówiących o powtórnym przyjściu Jezusa na świat – bardzo zazdrościłem tym, którzy czy to (wow!) Jezusa w życiu mieli okazję jako człowieka widzieć, poznać, czy też żyli bezpośrednio w czasach i słuchali tych, którzy z Jezusem chodzili, słuchali Jego słów, patrzyli na Niego – mieli na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? 
Bo dla nich to było coś oczywistego – Pan przyjdzie ponownie, i to nie w perspektywie tysiącleci, stuleci, dziesięcioleciu. Już niedługo. Za ich życia. Oni nie żyli w strachu, nie starali się tego odwieźć, oddalić – mieli świadomość ponownego przyjścia Zbawiciela, bardzo go pragnęli i wyczekiwali. Takie bezustanne, bo ciągle w perspektywie, w zasięgu wzroku – chwile oczekiwania. Tęsknota za Tym, który był, jest i który – jak to słyszymy w jednej z formuł pozdrowienia po rozpoczęciu Mszy Świętej – przede wszystkim przychodzi. Nie tylko niematerialnie, jako Żyjący i Zwycięski Pan i Władca, który przenika każdego dnia pragnienia i myśli naszych serc – ale Ten, który po prostu przyjdzie ponownie na świat. 
Co się stało potem i doprowadziło do tego, z czym mamy do czynienia najczęściej dzisiaj? Nie wiem. Znudzenie? Zniecierpliwienie? Zapomnienie? Czas leciał, a słowa Jezusa jakby się nie wypełniły dosłownie. Przeminęły pokolenia, i to niejedno, a nic się nie wydarzyło. Może dlatego, że Bóg liczy inaczej niż my? Nie wiem. Perspektywa Jezusa – Zwycięzcy, który wyszedł z grobu, a potem wstąpił do nieba – odsuwała się, niknęła gdzieś tam. Radość oczekiwania okrzepła. Przyzwyczailiśmy się do tej prawdy – słuchamy jej z, większym lub mniejszym, zainteresowaniem w kościele, czasami zastanawiamy się nad tym pewnie w kontekście odejścia kogoś bliskiego, pożegnania na pogrzebie. Okrzepło to, przyzwyczailiśmy się, zaszufladkowaliśmy tę wielką rzeczywistość, i tak sobie żyjemy. 
Właściwie już tylko w Modlitwie Pańskiej zostało takie – pewnie dla wielu nieświadome w ogóle – wspomnienie, kiedy wypowiadamy słowa przyjdź Królestwo Twoje. O co się modlimy? O Jego królowanie w naszych sercach już dzisiaj, tutaj, teraz, żeby ta Boża rzeczywistość nie była żadną utopią czy bajką, ale stawała się tym, w czym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ale też właśnie – i może przede wszystkim – o to, aby On przyszedł ponownie do nas, po nas. Wyrażamy naszą tęsknotę do momentu przejścia, kiedy to, co jest, się zakończy, a Bóg uczyni wszystko nowym, odmieni, otoczy chwałą. 
Tu nie chodzi o życie w strachu, o bojaźń i apokaliptyczne spojrzenie na cały świat. Chodzi o świadomość własnej kruchości i tego, że Bóg może przyjść w każdej sekundzie, minucie czy godzinie życia. Teraz, jutro, za tydzień, albo tysiąc lat po mojej śmierci. O gotowość i umiejętność zdystansowania się do tego, co ziemskie – tak, dane nam do wykorzystania i czynienia dobra, ale przemijające, nietrwałe. 
Jezus nie mówi nam nic innego, jak tylko: patrz, obserwuj, wyciągaj wnioski. Widzimy zmiany pory roku, wzrost, owocowanie, przekwitanie. Tak samo będzie z Dniem Ostatecznym. Pewne znaki już widać – o ile tylko się chce je zobaczyć i zauważyć. Nie po to, żeby się bać i uciekać, bawić w zbieractwo (które i tak nic nie da) – ale po to, aby otworzyć serce i radośnie, z wiarą oczekiwać. To już tuż, tuż? Świetnie. Przecież na to wszyscy czekają, prawda? Nadejdzie Bóg Sędzia, ale nie w naszym małym ludzkim rozumieniu, ale sądzący z miłości i z miłosierdziem. Znajdujący w nas dobro, którego bardzo często sami nie umieliśmy zauważyć. 
Czy koniec świata jest bliski? To wie tylko On. Z perspektywy jednego z kilku miliardów ludzi na tym świecie można na pewno powiedzieć, że dzieje się bardzo wiele, zmienia się Kościół, zmienia się rzeczywistość, wydają się stawać na głowie różne porządki i pewniki, punkty odniesienia. My nie mamy się bać. To jest tylko przypomnienie – będą znaki? Będą. Wyciągaj wnioski. „Wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach”. Czuwaj, bądź gotowy. Uporządkuj to, na co zwykle czasu brakowało, może nieświadomie. Poskładaj to, co się rozsypało. Może to już za chwilę?
Gdyby ktoś chciał poczytać świetnie napisaną w formie powieści historię o Sądzie Ostatecznym i tych dniach – polecam serię Jerry’ego B. Jenkinsa i Tima LaHaye wydaną w Polsce już dość dawno przez Vocatio – widzę, że dostępna np. w Księgarni Mateusza. Pierwsza część to „Dzień zagłady”. Fikcja literacka, ale świetnie napisana. Sam nie przeczytałem jeszcze, ale sobie to obiecuję od dłuższego czasu. Ja polecam. 

Say a prayer for all means, but pray more

W związku z chorobą nie siedzę specjalnie wieczorami, tak więc informacja o tym, co działo się wczoraj we Francji dotarła do mnie dzisiaj z rana wraz z odpaleniem FB.
To jest dramatyczna sytuacja i wielka zbrodnia, dokonana na Bogu ducha winnych ludziach, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Przypadkiem. Zabijali ich, jak leci, nie patrząc, do kogo strzelają. 
Co my możemy zrobić? Teoretycznie dwie rzeczy – dywagować i spierać się o przyczyny, albo po prostu pomodlić się i oddać Bogu tę straszliwą rzeczywistość oraz tych wszystkich, którzy tak nagle i niespodziewanie stanęli przed Nim (oczywiście, także rannych oraz rodziny ofiar także). 
Natomiast jedną rzecz należy powiedzieć wyraźnie – bo czytając różne wpisy czy też komentarze, mam wrażenie, że niektórzy (jakkolwiek dziwnie i strasznie to zabrzmi) cieszą się, że doszło do tej sytuacji, która w ich ocenie potwierdza tylko takie oto równanie: imigrant = muzułmanin = terrorysta. 
Tymczasem absurdalne jest wykorzystywanie zamachów w Paryżu przeciwko uchodźcom – bo oni dokładnie przed taką sytuacją uciekają i zdecydowali się na opuszczenie swoich ojczyzn. Jak to dobrze ujął ks. Andrzej Draguła, nienawiść najchętniej karmi się cudzą nienawiścią. Jej ofiarą mogą być uchodźcy, którzy uciekali przed wojną i śmiercią, także z rąk oprawców z ISIS  Jeżeli naszą reakcją na tę niewyobrażalną tragedię będzie zamknięcie się na uchodźców, którzy rozpaczliwie poszukują ratunku i pomocy, to poniesiemy porażkę. To, co stało się w Paryżu i innych miejscach we Francji, nie oznacza, że wszystkie kraje Europy powinny solidarnie wyrzucić za swoje granice uchodźców. W sytuacji, kiedy zachowanie zamachowców spowoduje w nas nienawiść do innych ludzi – to będzie zwycięstwo Złego. To nie jest kwestia jakiegoś skrajnego pacyfizmu i oderwania od rzeczywistości – ale świadomość tego, że zło jako odpowiedź na zło nadal pozostaje złem. Władze mówią, że my, w naszej zimnej, smaganej wiatrem i deszczem Polsce jesteśmy bezpieczni – powiem szczerze, nie do końca wierzę. Każdy ma prawo wierzyć, walczyć i bronić swojego miejsca, najbliższych, domu, ojczyzny – ale czy nawet w tak skrajnej sytuacji powinno się kierować stereotypami? 
Bardzo pasują w tym miejscu słowa ks. Tomasa Halika: nie każdy fundamentalista jest fanatykiem i nie każdy fanatyk jest terrorystą. A u nas, na fali emocji, strachu buduje się obraz jak wyżej to opisałem, prawie jak histerię: imigrant = muzułmanin = terrorysta. Każdy imigrant to muzułmanin, no a „przecież każdy wie” że muzułmanin do terrorysta. Jak w tym dialogu z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”: „- To złodziej! – I pijak! Bo każdy pijak to złodziej!”. Radosne i bezmyślne wrzucanie do jednego worka. Jak podają statystyki, terroryści z ISIS w ciągu ostatnich 2 lat zabili ok. 100.000 muzułmanów, a więc (po naszemu) „swoich”. Przerażający jest brak refleksji, jaki widać chociażby w portalach społecznościowych – opluwanie się w komentarzach, jad, wyzwiska, podobno ludzie potrafią usuwać się nawzajem z grona znajomych w serwisach z powodu odmiennych poglądów na kwestię imigrantów. Co więcej, sam widziałem sytuację, kiedy ksiądz z ambony wzywa do modlitwy i wsparcia imigrantów – po czym w zakrystii 5 minut później dyskutuje w najlepsze o tym, jak by tu Polska powinna się przed nimi zabezpieczyć, że ich wpuszczanie to bzdura itp… Tymczasem oczywistym jest, że terroryści to fanatycy religijni – co należy zestawić chociażby z dość powszechnym faktem, iż wielu muzułmanów to osoby niewierzące, formalnie wyznawcy Mahometa, natomiast pasujący do określenia „katolik z metryczki”. Ponadto, spora grupa przywódców i duchownych muzułmańskich, po wielu już aktach terroru, wprost i jednoznacznie wyrażała z ich powodu swoje ubolewanie, odcinała się od nich, wskazując, że ci ludzie w ten sposób działający wręcz sprzeciwiają się przesłaniu ich świętej księgi. Ale prościej jest to przedstawić tak, jak powyżej. 
Akcja „pray for Paris” jest godna pochwały – ale warto pamiętać (o czym jest poniżej – obrazek z Instagrama), że podobne dramaty w pewnych miejscach świata dzieją się z praktycznie żadnym odzewem i rozgłosem, a prawie codziennie. Bliski Wschód i powolna, ale bardzo systematyczna akcja terminacji chrześcijaństwa w tamtych rejonach to bardzo dobry przykład sytuacji, która trwa już dość długo, i jest przyjmowana przez różne władze potokiem słów, ale absolutną biernością.  Ostatnia niedziela była Dniem Modlitwy za Kościół Prześladowany. Zresztą nie chodzi tylko o chrześcijan – ale o bezmyślne zabijanie jakichkolwiek ludzi. Pomódl się za nich także. Say a prayer for all means, but pray more. 
Na zakończenie – bardzo mądre słowa, które przeczytałem dzisiaj rano:

W obliczu ludzkiej przemocy, prośmy o łaskę serca niezłomnego i wolnego od nienawiści. Niech umiar, powściągliwość i opanowanie, jakie wszyscy okazali do tej pory potwierdzą się w nadchodzących tygodniach i miesiącach; nikt nie poddaje się przerażeniu lub nienawiści. Prośmy o łaskę, byśmy byli twórcami pokoju. Nigdy nie możemy zwątpić w możliwość pokoju, jeśli budujemy sprawiedliwość (kard. Andre Vint-Trois, metropolita paryski)

To samo mówił nasz polski ks. Jerzy Popiełuszko: nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. Wprowadzaj pokój – bo takich Bóg nazwał błogosławionymi. Módl się o pokój. Szaleństwo, przemoc, terroryzm, nienawiść – to jedno. My mamy być posłańcami pokoju, właśnie teraz, w takiej sytuacji. Nie podsycać nienawiść, ale budować pokój i o niego prosić. 
Siedzimy spokojnie w ciepłych fotelach i obserwujemy z bezpiecznej odległości to, co się „tam” dzieje, w Paryżu, Bejrucie, gdziekolwiek gdzie dochodzi do przemocy i szaleństwo albo ideologia pchają ludzi do pozbawiania życia innych. Możemy westchnąć i załamać ręce nad losem tych ludzi – ale możemy i powinniśmy też otoczyć ich naszą modlitwą. 
W takich chwilach często – czasami dla zasady, czasami szczerze – pojawiają się pytania: gdzie był Bóg? Był tuż obok – stał, cierpiał i płakał z powodu zła, jakie człowiek w swojej wolności się dopuścił. 

I znowu ks. Draguła, już na zakończenie:

Choć w sercu – co jest naturalnym odruchem – rodzi się gniew, to naszą odpowiedzią nie jest nienawiść, ale krzyż Chrystusa, który nie wzywał do zabijania, ale sam dał się zabić. Z nienawiścią nie walczy się nienawiścią. Ale jedynie krzyżem. Połóżmy krzyż na nienawiści. Tylko tak zadamy jej śmiertelny cios.

Marzenie o przyzwoitości

Sytuacja z młodym wrocławskim księdzem-nacjonalistą spowodowała, że zapomniałem napisać o tym, o czym chciałem przede wszystkim. Czyli o świetnym „marzeniu” s. Małgorzaty Chmielewskiej, jaki opisała na okoliczność właśnie Święta Niepodległości na swoim blogu. A napisała tak:

Marzy mi się Polska fundamentalnie katolicka. Zgłupiałam? Może. 

Polska, w której każdy człowiek będzie traktowany z szacunkiem przez innych “każdych człowieków”. Bo tego uczy katechizm. Polska, w której wspólne dobro jest dzielone uczciwie. W której dzieci, starzy, chorzy i niepełnosprawni mają pierwszeństwo. Polska, w której oszustwo jest grzechem i wytykane palcami, a cwaniactwo jest be. Polska, w której okrzyk “chcemy więcej” ma nową treść: “Chcemy dać z siebie więcej”. 

Polska, w której obcy nie jest obcy, a wszyscy się do siebie uśmiechają /nawet kierowcy/, bo nikt się nikogo nie boi. 

W której pracowitość i zdolności są szanowane, krzywdy się przebacza, a skrzywdzonemu naprawia. W której posuwamy się na ławce, żeby zrobić miejsce przybyszowi i odziewamy nagiego i karmimy głodnego, nie pytając wprzód o rasę czy wyznanie lub jego brak. Bo to człowiek, Chrystus cierpiący. Polska, w której pogarda jest wstydem, a nienawiść i agresja wysłana na Marsa, bo Księżyc za blisko. Władza jest służbą, a rządzeni władzę wspierają w decyzjach i z szacunkiem krytykują, kiedy błąd popełni. No i władza słucha. 

Tak uczy Kościół Katolicki, czyli powszechny. Ot, mój prywatny fundamentalizm. Katolicki. A w wersji dla niewierzących – Polska ludzi przyzwoitych. 

No to zaczynam spełniać swoje marzenia. Jutro uśmiech na gębę i do roboty. Fundamentalnie i od podstaw. Polski się nie ma gotowiutkiej, z fabryki. Polskę trzeba budować stale. Tutaj. Make in Poland.

Niby takie trywialne sprawy, oczywiste oczywistości. Tak. I równocześnie rzeczy, z którymi jest nam ciągle najtrudniej i najmniej po drodze – choćby ten przykład z ustępowaniem miejsca (jechałem dzisiaj prawie pustym autobusem, co i tak nie przeszkadzało kilku starszym osobom patrzeniu na mnie spode łba – bo pewnie chcieli usiąść tam, gdzie ja, a obok było dwadzieścia innych wolnych miejsc). 
Uprzejmość. Uczciwość. Życzliwość. Sprawiedliwość. Troska. Słuchanie drugiego człowieka. Otwartość na niego. Władza jako służba (trudno o lepszy moment – nowy sejm, tworzący się rząd większościowy) a nie „teraz, k…, my a po nas to choćby i potop”. Taka przyzwoitość, o której często mówił śp. Władysław Bartoszewski jako unikalny wspólny mianownik także dla niewierzących. Katolickość rozumiana jako powszechność – w tym wypadku wartości, niekoniecznie też wiary, ale pozostałych, niby tak oczywistych a ciągle mało widocznych. 
Może się ktoś obruszy za porównanie – fundament, kanon zasad, współczesne 8 błogosławieństw, tyle że w wersji także dla laików? A o ile prościej by było. 

Święci na moją miarę

Listopad to jest taki fajny miesiąc, kiedy można powspominać świętych ludzi – łatwiej jest, bo na początku wszyscy ruszają na groby, wspominają swoich bliskich, i (czasami nieświadomie – dla niektórych to „święto zmarłych” i nic więcej) jakby mimochodem dochodzi się jakby naokoło do tego, że to chyba o nich – tych, co odeszli, jako nasze wzory, przez nas kochanych – chodzi Kościołowi z tymi świętymi. 
Nie jestem fanem nowenn, litanii, relikwii jako takich (mam w domu dwie, może kiedyś o tym napiszę) ani dewocji przejawiającej się np. w bieganiu od ołtarzyka do ołtarzyka, całowaniu posążków Maryi czy tworzeniu kapliczek w domu. 
Ale także ja mam tych, za wstawiennictwem których proszę Boga w różnych sprawach. Chciałem kilka słów poświęcić świętym mnie szczególnie bliskim. Kolejność bardziej niż przypadkowa.
1. św. Tomasz apostoł


Nie tylko dlatego, że to mój imiennik. Bo postać fascynująca. Według mnie żaden „niedowiarek” – no chyba, że każdy z nas się za takiego uznaje, co wcale takie głupie nie jest. Człowiek, który chciał poznać, sprawdzić – dociekliwy, konkretny. A równocześnie, umiejący ukorzyć się przed Tym, który jest Wszystkim, i wyznać: „Pan mój i Bóg mój”. 
2. św. Tomasz z Villanueva OSA, biskup


Nigdy bym się o człowieku nie dowiedział, gdyby nie fakt, że dociekałem, co to za Tomasz, skąd te imieniny w kalendarzu w dniu, kiedy je obchodzę – 22 września. Kastylijski XV-wieczny kaznodzieja, augustianin (stąd może moje zainteresowanie tym zgromadzeniem?), znany z życia w pobożności i prostocie, które to cnoty doprowadziły go do arcybiskupstwa hiszpańskiej Walencji. Trafił na biskupstwo tyle bogate, co zaniedbane (ponoć przez 100 lat biskup nie rezydował na miejscu). Wizytował, zwołał synod, działał podobnie co – niewiele po nim – mediolański Karol Boromeusz. Chodził i żył nadal jak zakonnik, w połatanym habicie, pieniądze na wyposażenie katedry oddał na ubogi szpital; dbał o sieroty, szczególnie o posagi dla młodych dziewcząt. Twórca jednego z pierwszych (1550 r.) seminariów duchownych. Beatyfikowany w 1618 r., kanonizowany równe pół wieku później. Patron zgromadzenia Sióstr Augustynianek św. Tomasza dla posługi ubogim. Co ciekawe, patron augustiańskiej szkoły w Krakowie. 
3. św. Bonawentura, biskup i doktor Kościoła
Patron od bierzmowania – zainteresowało mnie samo imię. Na chrzcie Jan, Bonawentura to imię zakonne, oznaczające mniej więcej westchnienie: „o, szczęśliwy losie/szczęśliwa przyszłości”, jakie miał pod jego adresem jako niemowlęcia wypowiedzieć św. Franciszek z Asyżu. Filozof i teolog, autor dzieła o Trójcy Świętej – uznawany za jednego z najwybitniejszych teologów okresu średniowiecza (stąd tytuł doktora Kościoła od 1588 r.). W 31 lat po śmierci założyciela, w 1257 r., został jego następcą i generałem zakonu, mając niespełna 39 lat. Przygotował konstytucje zakonne jako wykładnię reguły św. Franciszka. W 1273 r. kreowany kardynałem i biskupem podrzymskiego Albano – o czym wiadomość miała zastać go… przy myciu naczyń w kuchni. Przygotowywał sobór lyoński. Kanonizowany w 1482 r.
4. św. Jan Paweł II, papież

(W tym momencie rozległo się: „ale jaaak to, dopiero czwarty??” :D) Karol Wojtyła – na drugie mam Karol – człowiek, który był „od zawsze” papieżem w mojej świadomości, i tak w sumie do 02 kwietnia 2005 r. Jakby pewnik – zawsze był, zawsze wszyscy się nim zachwycali, choć dopiero z biegiem czasu uświadomiłem sobie, ile w tym było prawie bałwochwalstwa, a jak mało zrozumienia dla tego, o czym on mówił, co mówił, braku refleksji nad jego dziedzictwem, zamiast czego urządzono mu jeszcze za życia wyścig w stawianiu pomników czy nazywaniu jego imieniem ulic, placów, szkół itp. Wielki człowiek, wielki święty. Paradoksalnie czasami fantastycznie prosty w swoich słowach – a niekiedy (dłuższe teksty) nieporównywalnie trudniejszy np. od Benedykta XVI. Konkretny. Kościół zawdzięcza mu bardzo wiele, bo zbliżył właśnie Kościół i jego głowę w osobie papieża do ludzi – co dzielnie kontynuuje dzisiaj Franciszek. Tytan pracy i modlitwy. Jedyny święty kanonizowany, z którym było mi dane się było spotkać, uściskać jego rękę – relikwię w postaci różańca ma do dzisiaj. 
5. św. Jan XXIII, papież


Papież uśmiechu – fakt, trudno się nie uśmiechnąć, spojrzawszy na niego. Nigdy za karierą nie gonił, a jednak od 1925 r. nuncjusz w Turcji, potem we Francji, od 1953 r. kardynał i patriarcha Wenecji. Wybrany przez konklawe po trudnym okresie długiego pontyfikatu Piusa XII – dosłownie przewietrzył Kościół. Na pewno – i są na to historyczne dowody – traktowany jako papież przejściowy (fakt, zmarł po 5 latach), ale chciałbym widzieć miny kurialistów watykańskich, kiedy ogłosił zwołanie Soboru Watykańskiego II, który rozpoczął, ale kończył już jego następca Paweł VI. Zawsze uśmiechnięty, miłośnik fajki, z dystansem do siebie i do protokołu (o ile wiem, ostatni koronowany papież, zanim tiara trafiła do lamusa). Autor encykliki Pacem in terris o pokoju między narodami. Przygotował podwaliny pod nowy Kodeks prawa kanonicznego, ostatecznie wprowadzony dopiero w 1983 r. już przez Jana Pawła II. Bez Jana XXIII nie było by soboru, na którym zaistniał i został zauważony młody sufragan krakowski Karol Wojtyła – to dzięki soborowi świat mógł zobaczyć Polaka, który dzięki temu później zaszedł tak daleko. Ja odkryłem go po raz pierwszy, kiedy jakieś 15 lat temu sięgałem po jego „Dziennik duszy”. Ciekawostka – żyje nadal i ma przeszło 100 lat jego osobisty sekretarz, od niedawna kardynał, Loris Capovilla. 
6. bł. Karol de Foucauld, kapłan
Człowiek dość majętny, ustawiony w życiu, a równocześnie mocno nieuporządkowany i nie narzucający się w młodości Bogu, XIX-wieczny arystokrata. W Paryżu niby to studiował, a używał życia. Wstąpił do szkoły oficerskiej, trafił do Algieru – i jako podporucznik… wyleciał za brak dyscypliny i niemoralne prowadzenie się. Uczestnik walk w Algierze w 1881 r., odznaczony. Odszedł z wojska, pragnąc podróżować po Maroku. Zakochał się, a jednak powrócił do Magrebu i podjął decyzję o życiu w celibacie. Po powrocie do Paryża zaczyna szukać Boga, zawierza życie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i postanawia oddać się życiu mniszemu z dala od świata, wstępując do trapistów, mieszkając w klasztorach w Syrii i Algierii. Przy żeńskim klasztorze w Nazarecie był prostym bratem od prac gospodarczych. W 1901 r. przyjął święcenia kapłańskie, osiadając niedaleko granicy algiersko-marokańskiej. Poświęcił się pracy na rzecz ewangelizacji plemienia Tuaregów. Chciał stworzyć zgromadzenie Małych Braci Jezusa – powstało już po jego śmierci w 1916 r. (zabity przypadkowo w walkach międzyplemienny), działa także w Polsce, istnieją również Małe Siostry Jezusa; polecam niesamowite książki br. Morrisa z tego zgromadzenia (wydawnictwo Esprit). Prostota, prostota i jeszcze raz prostota – cisze życie pomiędzy koczowniczym plemieniem pustynnym. Beatyfikowany przez Benedykta XVI w 2005 r.
7. św. Charbel Makhlouf, kapłan



Po polsku nazywany niekiedy Sarbeliuszem. Takie moje małe odkrycie ostatniego czasu. XIX-wieczny Libańczyk, należący do Kościoła maronickiego, obejmującego obecne Liban i Syrię, czyli jedyny wschodni Kościół pozostający w pełnej jedności z Kościołem rzymskim. Co zdziałał w życiu? W sumie to… nic. Mieszkał w klasztorze, z którego przeniósł się do pustelni, żeby pościć, umartwiać się. Dostał udaru w czasie Mszy Świętej i zmarł. I wtedy się zaczęło! Grób – dziura w ziemi, bez żadnej trumny – świecił przez 45 dni od pogrzebu, co było widać w całej okolicy. Przy ekshumacji okazało się, że ciało zachowało temperaturę i właściwości (giętkość, miękkość) ciała żywego człowieka (wbrew temu, co piszą w wielu miejscach, ciało poddało się prawom natury po beatyfikacji – obecnie pozostały tylko kości). Co więcej, wydzielało ciecz, określaną jako pot i krew – nawet po tym, gdy ciało osuszono i usunięto z niego wnętrzności. Jest to swego rodzaju rekordzista – w klasztorze w Annaya co roku odnotowuje się wiele cudów za jego wstawiennictwem lub na skutek działania tzw. oleju Charbela, który wydzielało ciało. Beatyfikowany w 1965 r., kanonizowany w 1977 r.

8. bł. Jerzy Popiełuszko, kapłan


Współczesny nam wręcz dosłownie, choć zabili go jakieś pół roku przed moim urodzeniem. Prosty, niczym się nie wyróżniający ksiądz, który jako jeden z niewielu za ciemnej komuny odważył się mówić wyraźnie o sprawiedliwości społecznej, domagać się jej, nazywać zło złem i oczekiwać poszanowania dla człowieka z jego wolnością i przekonaniami. Tak bardzo ludzki ze wszystkim – w książkach o nim urzeka mnie to, że był normalny, bał się, widział że w pewnym sensie zostaje pozostawiony sam sobie – i wytrwał, gotowy na wszystko. Bo wiedział, Komu zawierzył, co jest ważne, i że o pewnych sprawach nie można nie mówić. Niepozorny człowiek, ale tytan wiary i ducha. Porównuję go – w kontekście Franciszka – do salwadorskiego bł. abp Oscara Romero, zabitego zresztą rok od ks. Jerzego wcześniej, który podobnie do Popiełuszki walczył o te same sprawy na drugim końcu świata. 
9. św. Pio z Pietrelciny, kapłan


Chyba jeden z najpopularniejszych świętych na świecie. Rozmawiał z Jezusem ponoć już gdy miał 5 lat. Prosty zakonnik kapucyński, który przeżył wiele także ze strony władz kościelnych w związku z tym, że od 1918 r. nosił stygmaty – znaki męki Jezusa Chrystusa – co przyciągało uwagę mediów. Mistyk, cudotwórca w każdym tego słowa znaczeniu. Odprawiał z wielkim nabożeństwem Msze Święte. Bilokował – mógł znajdować się naraz w więcej niż jednym miejscu, co potwierdzono wielokrotnie. Swój charyzmat – poza cudami związanymi z uzdrowieniami fizycznymi za jego pośrednictwem – realizował w zaciszu konfesjonału, do którego zjeżdżali ludzie z całego świata. Widział duszę ludzką jak na dłoni – w kapitalny sposób potrafił pogonić fałszywego penitenta, nie przebierając w słowach (czego nie należy mylić z wrzaskami i obrażaniem ludzi w konfesjonale, co dzisiaj nie raz można spotkać). Beatyfikowany w 1999 r., kanonizowany 3 lata później. 
>>>
Ciekawe zestawienie, prawda? Apostoł, 3 biskupów (w tym 2 papieży), 3 zakonników pustelników (i to nawet jeden w sumie nie rzymski katolik!) i niepozorny polski ksiądz diecezjalny. A jednak. Mam nadzieję, że choć troszkę przybliżyłem ich postaci. 
Gdyby kogoś w ogóle interesowały życiorysy świętych – polecam baardzo duży zasób w serwisie brewiarz.pl (i sam serwis do modlitwy brewiarzowej, też!). A jeśli chodzi o książki – cóż, jest tego więcej niż dużo, wystarczy poszukać w Googlach. 

wielkaPolskakatolicka?

Tytuł dość bez sensu, tak samo jak w sumie całość sytuacji. Tym niemniej, postanowiłem na nią zwrócić uwagę, ponieważ jest po prostu niebezpieczna i nie powinna mieć miejsca. 
We wczorajszą, 97. już, rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, przez cały kraj wzdłuż i wszerz przetoczyły się różne marsze. Jeden również miał swój – jak rozumiem – finał na warszawskich błoniach, podczas którego nagrano ok. 10-minutową… no właśnie: wypowiedź? wrzask? postulaty? nie wiem co? pewnego księdza, który najpewniej w jego własnym mniemaniu zrobił coś dobrego. Czemu on krzyczy? Czemu nie mówi normalnie? 
Moje pierwsze spostrzeżenie – ksiądz ów – niejaki Jacek Międlar CM, wikariusz parafii św. Anny we Wrocławiu – porusza się i zachowuje lekko mało normalnie, w sposób wskazujący jako by zażył jakieś środki, hm, wspomagające. Żeby nie napisać wprost, że się naćpał. I mantruje, nie wiadomo po co, jaki by on nie był, swój przekaz przerywając różnymi wrzaskami. Pomijając to, że nie wiadomo, po co ma Pismo Święte w ręku, jako że nie zajrzał do niego ani razu (o, wybacz – raz zajrzał w przerwie na oklaski – pewnie miał tam jakiś konspekt). 
Po drugie – Wielka Polska Katolicka? Nie wiem, co to jest, nie słyszałem. Polska w dużej części katolicką pozostaje nie dlatego, że ktoś tego sformułowania używa (lub nie), ale ponieważ tworzą ją ludzie wierzący, katolicy właśnie; nie w sensie metrykalnym, ale osoby po prostu praktykujące wiarę. I nie mam tu na myśli uczestników takich spędów, w kominiarkach, z racami i Bóg wie czym jeszcze. 
„Jesteśmy Kościołem walczącym, jesteśmy wojownikami wielkiej Polski”. „Ewangelia a nie Koran”. „Wielka Polska narodowa”. „Armia patriotów, narodowców i kibiców, która ma Boga w sercu, i jest gotowa oddać za nią życie”. Lewacy, którzy chcą „zniszczyć Kościół i naród Polski” – co, wg autora, się nie uda, bo są „Kościół walczący i wojownicy Wielkiej Polski”. Tu – przerwa na wrzaski: „duma, duma, narodowa duma”. Potem żal, że oto nikt nie chce „ich” słuchać w debacie publicznej, a to „oni” są „przyszłością Wielkiej Katolickiej Polski”, jako – jak rozumiem – jedyni świadomi korzeni i dziedzictwa Polski. „My musimy walczyć, my musimy iść na peryferia wiary, do których wzywa papież Franciszek”. „Jesteście wielką armią Kościoła, jesteście wielką armią Polski”. Przyrównanie agresji sowieckiej do imigrantów i wniosek „chce się nam wcisnąć islamski fundamentalizm – nie pozwolimy na to nigdy!”.  Walka „mieczem prawdy, mieczem miłości, mieczem Ewangelii, mieczem który jest Jezus Chrystus”. „Mamy prawo się lękać przed upadkiem narodowo-chrześcijańskiego dziedzictwa”. I moje ulubione – „mamy prawo do lęku i nikt nas nie może tego pozbawić!”. „My chcemy dialogu, ale nikt nie chce z nami rozmawiać”.
Poza tymi dość dziwnie składanymi frazesami – ksiądz wydaje się być dobrze obeznany w różnych hasłach i przyśpiewkach zgromadzonych tam ludzi – bowiem dość często i gęsto wplata je w swoje wystąpienie. 
No i wręcz przepiękne „my się boimy fundamentalizmu”. A przepraszam – ten cały filmik to co innego pokazuje? Lekarzu, ulecz siebie sam (Łk 4, 23). 
Totalnym nieporozumieniem jest dla mnie to, że Gość Niedzielny opisuje wydarzenie, gęsto cytując właśnie owego księdza, co sugeruje poparcie dla jego, takich właśnie, działań, okraszając całość „duszpasterstwem środowisk narodowych” i takiego sformułowania używając pod adresem ks. Międlara. Co najgorsze, gazeta cytuje ks. Międlara mówiącego o papieżu Franciszku, wręcz sugeruje uznawanie i afirmację jego działań jako, w niezrozumiały dla mnie sposób, rzekomo wpisujących się w działania i słowa papieża. Nazywanie go zaś kapelanem to jeszcze większa bzdura – przecież to wystąpienie pasowało by bardziej do nacjonalizującego i grającego na tej nucie lidera politycznego. Autor nie odważył się podpisać nazwiskiem – niejaki „kam” – ale GN mocno przez takie coś traci w moich oczach. 
Najgorsze jest to, że ów ks. Międlar to neoprezbiter, czyli człowiek świeżo, kilka miesięcy po święceniach. Już w internecie pojawiają się komentarze, że jego – uwypuklone na tym filmie poglądy i zapatrywania – znane były przełożonym. Pojawia się pytanie – co oni na to i czy nikt nie zastanowił się, czy takiego do święceń dopuszczać? Żeby szczuł ludzi? Nie uwierzę w to, że z takimi a nie innymi poglądami nie ujawnił się przez całe seminarium. Pewnym wyjaśnieniem mogło by być uznanie, iż działa jeśli nie za zgodą, to za wiedzą i przyzwoleniem przełożonych zakonnych – co było by tym smutniejsze (a o czym przekonamy się szybko – jeśli nie będzie żadnej reakcji albo reakcja opluwająco-obronna). Poza tym – uczy katechezy w szkole – więc pojawia się pytanie: czego właściwie i w jaki sposób, co może przekazać człowiek o takich właśnie, jak widać na filmiku, poglądach?
Na mówcę wiecowego to być może człowiek ten się nadaje, do polityki pewnie też. I co z tego, że co drugie słowo mówi o czymś powiązanym z wiarą? To jest pomieszanie z poplątaniem kompletne, żeby nie powiedzieć, że bełkot. Wychodzi mi na to, że biedna ta Polska i Kościół, bo ciągle ktoś chce ten kraj i Kościół zniszczyć. Strach wychodzić z domu, bo wróg czyha za rogiem chałupy lub za zakrystią. A równocześnie – mówi te słowa, sugerujące jeden wielki spisek na Kościół, do wielu tysięcy ludzi zebranych pod sceną imprezy masowej, co samo w sobie przeczy jego tezie (gdyby Kościół był taki prześladowany, to chyba by na coś takiego nie pozwolono, prawda?). 
Problem jest tym większy, że to nie pierwsza „akcja” ks. Międlara – poprzednia miała miejsce we Wrocławiu w październiku br., kiedy ks. Międlar wziął udział w manifestacji przeciwko emigrantom. Aż przykro czytać, jakie tam słowa padały. Schemat był zresztą ten sam: pokrzyczał, modlitwa do Matki Bożej – tak samo jak w Warszawie. Podobno wrocławski metropolita miał interweniować w tej sprawie u przełożonych zakonnych; jak widać, z niewielkim skutkiem. 
A wcześniej wypowiedzi antyimigranckie padały w czasie kazania 13 września 2015 r. w parafii, w której pracuje we Wrocławiu. Cytując świadka: „kazanie pełne było odniesień antyimigranckich – opowiada. – Ksiądz mówił, że powinniśmy pamiętać o swoich korzeniach i uchodźcom nie powinniśmy w ogóle pomagać, bo nasza wiara nie jest na tyle silna, by przetrwać konfrontację z islamem. Całość zakończył stwierdzeniem, że od zagrożeń związanych z napływem do Polski fali uchodźców może uratować nas tylko narodowo-chrześcijański radykalizm. Potem jeszcze o tym, że zdaje sobie sprawę z kontrowersyjności swoich poglądów, ale jako duchownego w kwestii imigrantów nie obowiązuje go poprawność polityczna”, co poskutkowało gratulacjami od jednych słuchaczy, a skargami i bojkotem parafii przez innych. 
Mnie ta osoba i sytuacja, a tym bardziej jej aprobowanie czy przez ludzi, czy przez przełożonych zakonnych po prostu przeraża. Facet buduje swój kapitał na bliżej nieokreślonym i wyimaginowanym strachu – a ludzie to kupują. Ile jeszcze rozrób będzie trzeba, żeby się ktoś opamiętał i spacyfikował tego człowieka? Po prostu jedzie na nacjonalistycznym slangu, kilku hasłach, pokrzykuje – i znajduje słuchaczy oraz innych pokrzykujących. Czy ludzie – biorący w tego rodzaju spędach udział czy zachwycający się nimi – mają tak krótką pamięć, że zapomnieli, do czego takie nastroje doprowadziły w Europie w XX wieku?
Jak to roztropnie ktoś skomentował w odmętach Facebooka: „Pozostaje modlitwa, ale też w miarę możliwości mozolne, nieustanne i mądre przeciwdziałanie”. Od siebie dodam – i modlitwa o opamiętanie chyba też

edit – polecam bardzo fajny komentarz Szymona Hołowni

Hipokryzja, płaszcze, objadanie

Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (Mk 12,38-44)

Tu najpierw trzeba jedno powiedzieć wyraźnie – nie chodzi Jezusowi bynajmniej o potępienie wszystkich ludzi, którzy zasługiwali na podziw, których honorowano pierwszymi miejscami przy stole, pozdrawiano na ulicy, bo tak generalizować po prostu nie można. Jezus, posługując się przykładem (a więc wady te pewnie w tej właśnie grupie społecznej były szczególnie widoczne) uczonych w piśmie i ma na myśli tych, którzy działają specjalnie, w celu bycia zauważonym, uznanym, skomplementowanym, wychwalanym, ważnym, celebrytą etc. 
Po drugie, tu nawet nie o sam grzech pychy jako taki się rozchodzi – ale jego zestawienie z równoczesnym umoralnianiem, pozycją jako przywódców duchowych, nauczycieli, którą owi ludzie wykorzystywali dla zwykłych, partykularnych swoich własnych interesów: nabijania kasy i tyle. Pojęcie „objadania” chyba najprościej sprowadzić do nadużywania gościny, a z kolei odniesienie do grupy wdów to nic innego, jak tylko nawiązanie do tych najsłabszych (poza sierotami – kobiet pozbawionych mężów, którzy by stanęli w ich obronie), a więc jeszcze raz podkreślenie ich trudnej pozycji – co czyni wyżej opisany wyzysk tym bardziej nikczemnym i karygodnym. 
Znawcy prawa – wykorzystujący to prawo (jak to powiedzieli mądrze Rzymianie, mające być sztuką dobra i sprawiedliwości – ius est ars boni et aequi – chyba najsensowniejsza znana mi łacińska paremia prawnicza) dla uciskania najsłabszych, wykorzystujący swoją pozycję. Pozoranctwo w zakresie odprawiania długich modlitw – a więc udawanie pobożności, także na pokaz; tu mi się bardzo nasuwa przypowieść o modlitwie faryzeusza i celnika („Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika” – Łk 18, 10-13). Modlitwa? Chyba raczej rysowanie sobie przed Bogiem pokrętnej i do imentu podkolorowanej, nijak mającej się do rzeczywistości, laurki. 
Czyli – krecia robota wobec Boga. Totalna hipokryzja w sferze wiary, połączona z wyzyskiwaniem społecznym najbardziej nieporadnych i najbiedniejszych. Ich nadzieja w tym, że wyrok „dostaną” – czyli czas przyszły, a więc jeszcze to nie nastąpiło, jeszcze mogą się opamiętać. Dramatycznie prosta i jasna ocena – ale i z nadzieją: jeszcze się mogą opamiętać. 
I teraz – do kogo to Jezus mówił? Tak, do „zgromadzonych”. Ja bym te słowa odnosił przede wszystkim do Apostołów, a także w sposób oczywisty do duchownych, także dzisiaj. Bardzo jasne i czytelne wymagania – do których nie raz i nie dwa razy nawiązywał papież Franciszek. Mówi o tym od początku pontyfikatu, od wiosny 2013 r. I teraz – po prostu ręce opadają – nie wiem, jak nazwać, jak opisać to, co dzieje się obecnie, po pewnie ok. 2,5 latach – kiedy taki kard. Tarcisio Bertone, do niedawna „szyszka watykańska”, numer 1 po Benedykcie XVI jako jego sekretarz stanu (co jest ciekawe – papież Ratzinger to człowiek niewątpliwie skromny, prosty, a to on wypromował Bertonego jako swojego ucznia), który niejako żali się, jak podkreśla prasa, „zmęczonym głosem”: „Moje mieszkanie to niecałe 300 metrów kwadratowych i mieszka tu również wspólnota trzech sióstr, pomagających mi w pracy”. 
No coś strasznego.. 300 / 4 = jakieś 75 m kwadratowych na głowę (siostry pewnie mają i tak mniej miejsca). Ja zazdroszczę – pomijając fakt, że to na kredyt (spłacać go będę jeszcze… 26 lat), dysponuję z trzyosobową rodziną horrendalnym M2 o powierzchni metrów kwadratowych niespełna 50. Nie na głowę – na 3 osoby. I żyjemy. A ta wypowiedź – jak i wiele innych hierarchów Kościoła katolickiego – pokazuje w tym zakresie całkowite oderwanie od rzeczywistości i brak zrozumienia tego, jak żyją ludzie. Ja nie narzekam, choć miło by było mieć te 25 m więcej, bo wtedy mielibyśmy sypialnię. Da się żyć – a są tacy, którzy mają dużo mniej.

W tekście jest mowa o „powłóczystych szatach”. Brzmi znajomo? Niektórzy tego nie rozumieją – i stąd tu i ówdzie pojawiają się przebierańcy tego pokroju co kard. George Pell. Pomijając to, czy kard. Bergoglio powiedział, czy tylko mu przypisano słynne „karnawał się skończył” tuż po wyborze przez konklawe – czy Kościół to cyrk albo parada klaunów? Czy ten przepych jest czymkolwiek uzasadniony, czemukolwiek służy poza pompowaniu własnej dumy i pychy? Nie sądzę. Czarna sutanna z obszyciem, jak już ktoś musi to pas. Po co te wszystkie fiolety i purpury, płaszcze, kapy? A papieżowi się wypomina, że czemu nosi czarne spodnie i te same buty. Bo są dobre, nie zużyły się i nie ma sensu wydawać kasy na nowe! Bo jak ma się oszczędzać w skali zarządzania Kościołem – skoro nie potrafi się oszczędzać w zakresie prostych zakupów dotyczących garderoby?

A z tym wszystkim – Jezus zestawia ubogą wdowę. Tu nie chodzi o to, ile ona dała, a ile dawał ktoś inny – być może o wiele więcej. Tu chodzi o to, ile dała w stosunku do tego, co miała sama, dla siebie, na przeżycie. Skoro nie miała prawie nic i to wszystko dała – więc wyraźnie dała więcej niż inni. 
Ile razy siadam sobie w kościele, na chwilę, na medytację krótką, i widzę siłą rzeczy tą skarbonkę. Czasami po człowieku – strój, chód, sposób zachowania – widać niejako stan posiadania, i widać, że są tacy, którzy przy takich skarbonach przychodzą leczyć kaca moralnego, uspokoić wyrzuty sumienia. Wrzuca taki 50 zł, czasami 100 zł albo więcej – i odchodzi jakby zadowolony, uspokojony, pełen poczucia jakby dobrze spełnionego obowiązku. Odfajkowane. Nikt mi nie powie, że zły katolik – przecież na tacę daję, a tu, o, stówę im wrzuciłem! Inna sprawa – łatwo policzyć: jeśli by każdy człowiek w kościele nawet średnio wypełnionym dał tę złotówkę albo dwie, ile by się uzbierało… A tu – jak jest, każdy widzi. Najczęściej dają ci, którzy mają mniej, albo w ogóle bardzo mało. Tak, jak ta wdowa. 
Pewnie, czasami jest ciężko, przeliczasz w myśli stan konta, jak tu dociągnąć do kolejnej wypłaty. Znam to bardzo dobrze – rzeczywistość prawie każdego miesiąca. I wiesz, co? Panu Bogu nie powinno się odmawiać. Każdy może coś dać, coś wrzucić. Tu nie chodzi o to, aby zawsze szeleścić głośno – żeby wszyscy w ławce zauważyli – papierową dyszką czy dwiema. Ale postarać się o konsekwencję. Powiem tylko – kiedy ja starałem się być w tym systematyczny, to mam wrażenie, że nigdy mi (nam) nie zabrakło, i te sprawy finansowe jakby płynniej się układały. Nie, nie wygrał nikt w Totka, nie spadła nam z nieba góra pieniędzy. Ale Pan Bóg pamiętał i dbał o nas. Nigdy nie brakowało. 
Swoją drogą – Bóg nie jest materialistą. Nie każdy ma pieniądze. Można zaangażować się na rzecz Kościoła – swojej parafii – czasem, wiedzą, pracą, poświęceniem, wsparciem. Form jest wiele i zaręczam, że w każdej parafii znajdzie się sposób na zagospodarowanie dobrych chęci. Twój wdowi grosz może mieć różną formę – ale wygospodaruj go.