Modlitwa za związki niesakramentalne

Najpierw chciałem napisać – w kontekście Niedzieli Świętej Rodziny – coś na temat listu pasterskiego polskich biskupów, ponoć bardzo dobrego jak na teksty biskupów. Niestety, ani czas nie pozwolił samemu przeczytać, ani nie było dane mi posłuchać go w całości w kościele – ksiądz wplatał tylko w homilię pewne jego myśli (na pewno sensowniejsze niż odczytywanie w całości listów naprawdę miernych i nie na temat, czego chyba każdy polski katolik doświadczył na własnej skórze nie raz). Natomiast do przeczytania zachęcam i postaram się też to zrobić.
Jak już siedziałem w kościele – tak mi przyszło do głowy: jak niewiele w kontekście rodzin mówi się tutaj o związkach niesakramentalnych. Nie mam tutaj na myśli takich, co to im się po prostu nie chce ślubu w kościele – „bo drogo”, „bo nie ma kiedy”, „bo chcemy poczekać” i „bo…” milion innych rzeczy, czyli osób które nie mają żadnych przeszkód do zawarcia sakramentalnego związku. Bardziej mówię o tych, którzy taki związek sakramentalny zawarli, rozpadł się i obecnie żyją w związkach czy to w ogóle nieformalnych, czy to cywilnych – i nie mają na ten moment możliwości czerpania z sakramentów. 
No bo popatrzcie – przykład schematu choćby modlitwy powszechnej. Za rodziny w ogóle. Za rodziny rozbite i doświadczane (przemoc, alkohol, używki, uzależnienia, niewierność etc.). Za małżonków w ogóle. Za narzeczonych. A słyszał ktoś wezwanie za rodziny może nie formalne, ale przecież będące tak samo rodzinami – rodzice, bardzo często dzieci – niesakramentalne? Ja nie. Jeśli ktoś słyszał – cieszę się. To jest problem, bo tak być nie powinno – osoby te jak najbardziej, o ile chcą, są w Kościele i nie są gorsi. Są pozbawieni na skutek wyborów życiowych dostępu do sakramentów, ale nie są jakkolwiek odrzuceni – a bardzo często tak się czują. Za takich ludzi, za te wspólnoty trzeba się modlić, bo oni tej modlitwy bardzo potrzebują. 
Nie tak dawno, o dość dziwnej porze, w rodzinnej parafii był ślub. Dość nietypowy, bez pompy, tłumu gości. Ślubowali sobie przed Bogiem ludzie, którzy żyli razem już wiele lat, mają dzieci. To dobrze, że ludzie dojrzewają do takich decyzji – i przychodzą po to błogosławieństwo, które z betlejemskiej stajenki rozlewa się po świecie. 

Myśli porozrzucane

Tekst znowu dość chaotyczny będzie, bo zbierane myśli z pewnego już okresu.
>>>
Papież Franciszek po raz pierwszy – jak poprzednik Benedykt XVI w przypadku Hildegardy z Bingen – dokonał w dniu 17 grudnia 2013 r. tzw. kanonizacji równoważnej bł. Piotra Fabera SI, jednego z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli, pierwszego w ich szeregach kapłana (święcenia uzyskał przed wstąpieniem do zakonu), apostoła Niemiec. Tego, który miał – wg Ignacego – najlepiej odbyć ignacjańskie ćwiczenia duchowne. 
Tego samego dnia Ojciec Święty zatwierdził dekret o heroiczności cnót Sługi Bożego bł. Jerzego Ciesielskiego (1929-1970), inżyniera budownictwa, wykładowcy Politechniki Krakowskiej i Uniwersytetu w Chartumie, działacza społecznego i dobrego przyjaciela ówczesnego metropolity krakowskiego kard. Karola Wojtyły. Postać na pewno ciekawa, choć w Polsce – poza Krakowem – raczej nie znana. Tygodnik katolicki „Źródło” i Fundacja „Źródło” przyznają od 1997 nagrodę jego imienia dla osób działających na rzecz rodziny. Od 10 lat działa także bardzo ciekawa tradycja – od 2003 na Polanie Harcerskiej w Jordanowie, na której Jerzy Ciesielski często przebywał i modlił się wraz z błogosławionym Karolem Wojtyłą, odprawiana jest w pierwszą sobotę czerwca uroczysta Msza Święta w intencji rychłej beatyfikacji sługi Bożego. Teraz już ku tej beatyfikacji bliżej 🙂 
>>>
Swego czasu było głośno o ankiecie dotyczącej rodziny i jej obecnych problemów, jaką papież Franciszek przesłał do wszystkich biskupów świata. Chodzi o III Zgromadzenie Nadzwyczajne Synodu Biskupów, zaplanowane na październik 2014 r. W ramach przygotowania do Synodu Watykan rozesłał do poszczególnych biskupów dokument z 38 pytaniami związanymi z rodziną chrześcijańską, małżeństwem, problemami i wyzwaniami, które stoją przed Kościołem w tym obszarze. „Ankieta ta stanowi etap przygotowań do synodu biskupów na temat rodziny” – twierdzi portal Vatican Insider. 
A u nas? Jak to u nas, po polsku. Cicho sza, darmo szukać papieskiej ankiety gdziekolwiek po polsku na stronie diecezji. W myśl „sprawdzonej” zasady – a co tam świeccy wiedzą, tym bardziej o rodzinie… Cytując KAI: „Biskup danej diecezji jest zobowiązany do odpowiedzi na kwestionariusz, wcześniej jednak ma przekazać ankietę dekanatom i parafiom, i zebrać odpowiedzi – mówi w rozmowie z KAI bp Wojciech Polak, sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski”. Akurat mam sporą wiedzę o tym, co w mojej okolicy wypływa z kurii do poszczególnych parafii – kurendy itp. – i jakoś z tą ankietą się nie spotkałem. czyli nawet nie nie rozesłali jej do podstawowych jednostek diecezji. Ergo, pewnie wypełni ją jeden z wielu kurialnych gryzipiórków, lekko mówiąc oderwany od rzeczywistości najczęściej także zwykłej posługi duszpasterskiej, a tym bardziej problemów świeckich. 
KAI dalej: „Kwestionariusze trafią najprawdopodobniej do Duszpasterskich Rad Parafialnych, a po wypełnieniu z powrotem do biskupa. Wybór metodologii wypełniania kwestionariusza należy do ordynariuszy”. Czyli – papież pyta, ale biskup wie swoje i niestety może zrobić o swojemu. Czyli wpisać jakieś górnolotne frazesy, albo stwierdzić: przecież polskie rodziny problemów nie mają; albo i wymyślić temat zastępczy (o czym nieco niżej). 
A szkoda. Dlatego fajnie, że pojawiła się strona Ankieta Franciszka. Zachęcam do poczytania, bo warto, a także wypełnienia i wysłania do swojego biskupa (na stronie są adresy). 
>>>
Episkopat nasz był uprzejmy popełnić „List pasterski na Niedzielę Świętej Rodziny 2013 roku„. Próżno szukać wprost autora, można domniemywać, że to ktoś z gremium zwanego Radą ds. Rodziny KEP. Tekst stosunkowo krótki, jak człowiek już zacznie czytać – biorąc pod uwagę zawartość – tym szybciej się go czyta… 
Moja opinia? Biskupi nie mają problemów, albo udają że nie widzą tych prawdziwych i wymyślają zastępcze. Bo jeśli ktoś uważa, że problem gender to największa zmora rodzin polskich w dzisiejszych czasach – to, za przeproszeniem, chyba na głowę upadł. Jak to piszą na wstępie, prezentują „refleksję na temat sytuacji współczesnej rodziny”. O czym piszą? Ideologia gender, niebezpieczeństwa ideologii gender, zwolennicy ideologii gender. O ile z trzema ostatnimi akapitami zgadzam się – o tyle reszta to dla mnie jakaś pomyłka. 
Nie mam czasu ani ochoty rozwijać się nad tymi wynurzeniami – tym bardziej, że w bardzo ładny sposób zrobił to Błażej Strzelczyk na swoim blogu. I to akurat powinien każdy biskup przeczytać – skoro taki list idzie w świat w ich imieniu (nie jednego, ale wszystkich). A ze swojej strony mam nadzieję, że w mojej parafii oszczędzą w niedzielę czytania tej „perełki”.

Po prostu konsekwencja

Faryzeusze przystąpili do Jezusa i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: Co wam nakazał Mojżesz? Oni rzekli: Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić. Wówczas Jezus rzekł do nich: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo. Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je. (Mk 10,2-16)
Wyjątkowo niepoprawny politycznie fragment, z ubiegłej niedzieli. Jak można – przecież jak się ludzie rozmyślą, to co stoi na przeszkodzie, żeby się rozwiedli i radośnie poszli, każde w swoją stronę? Jak człowiek otworzy co lepsze czasopismo „górnych lotów”, to i przeczytać może o trendzie na party rozwodowe. Świętowanie – ale czego?!?
 
Jezus przypomina tu istotę tego podstawowego ze wszystkich powołań – z całym szacunkiem dla bezżennych (grupa druga) i duchownych (grupa trzecia), nie mniej ważnych, jednak gdyby wszyscy nagle poszli w ich kierunku, ludzkość po prostu by wyginęła – powołania do miłości, małżeństwa i rodzicielstwa. Dwoje ludzi, z różnych środowisk, rodzin, tradycji, czasami i społeczności – odtąd już tylko razem, we dwoje, zapatrzeni w siebie i zarazem wpatrzeni w ten sam kierunek, cel, z których miłości powstaje nowe życie – mały człowiek, który także lat kilkanaście (albo nieco więcej) podejmie decyzję o tym, jak spożytkuje swoje życie.
 

Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! W dzisiejszych czasach niektórym te słowa brzmią jak kolejna groźba. Ani to groźba, ani kolejna. Po prostu zwrócenie uwagi, zasygnalizowanie, przypomnienie – pamiętaj, czego się podejmujesz, jakiego wyboru dokonujesz, komu przysięgasz. Małżeństwo sakramentalne to nie tyle przysięga Bogu złożona – co współmałżonkowi, w obliczu Boga i wspólnoty Kościoła. Bogu może być co najwyżej przykro, że człowiek tej przysiędze się sprzeciwia, że ją później łamie – ale całe zło i ból skierowane są ku tej drugiej osobie, bo to ona jest zdradzona, porzucona, w pewnym sensie okłamana (co do obietnicy trwałości małżeństwa). Nie wnikam tu w kwestie winy – która najczęściej pewnie jest gdzieś po środku, choć przecież nie zawsze. Bóg szanuje wybór człowieka – pragnąc mu błogosławić u progu małżeństwa – ale także przestrzega przed ciężarem gatunkowym zobowiązania, jakie człowiek na siebie przyjmuje. Decydujesz się – więc wytrwaj w tym do końca. Dlatego tak bardzo lubię, gdy podczas uroczystości ślubnych odczytuje się fragment ewangelii, w którym Jezus mówi, a wręcz wzywa: Wytrwajcie w miłości mojej! Wytrwajcie – ale i wy trwajcie.

 
To, że dalej jest mowa o dzieciach, to moim zdaniem nie przypadek. Widzę to w swoim małżeństwie. Jakim wielkim darem jest mały człowiek, który jest twoim dzieckiem! Ile razy, gdy mnie – albo jej – puszczają nerwy, mniej lub bardziej zasadnie, pojawia się albo myśl o malutkim, alboon sam w swojej malutkiej osobie przyjdzie, uśmiechnie się, przytuli… albo po prostu widać w jego oczkach wielkie niezrozumienie, dlaczego mama i tata się denerwują, mówią do siebie podniesionym głosem, i smutek, a czasami płacz. Wtedy serce boli. Wtedy człowiek się opanowuje. Żeby być dobrym rodzicem – trzeba umieć być dla dziecka, a więc postrzegać świat w pewien sposób właśnie jak ono, jak dziecko – prościej, bardziej jednoznacznie, prostolinijnie.
 
Na marginesie – w mojej parafii na mszy dziecięcej jest, przed rozpoczęciem komunii, bardzo fajny obrzęd – właśnie błogosławienia przez księdza dzieci, które są zbyt małe, aby przyjąć Jezusa do serca. Niektóre przybiegają same, inne przynoszą/przywożą w wózkach rodzice. Dokładnie to, o czym mówi Jezus – nakładanie rąk i błogosławienie 🙂

Już… a jednak

Już chciałem napisać, że właśnie wszystko się układa – bo się w sumie układa… A jednak. 
Rano rozmowa z mamą, przez telefon (tak, mam wyrzuty, że nie mam czasu do niej pojechać…) – po pierwszej serii chemii poprawa, progresja, udało się to świństwo utłuc kawałek, i teraz ma być radioterapia. Szybsza, ale i bardziej inwazyjna – 5 tygodni po 5 dni naświetleń, dzień w w dzień. To jeszcze dobra wiadomość – zła jest taka, że słabo się czuje ostatnio. A w domu – tak naprawdę, skoro jest z ojcem tylko – zostaje sama. 
Żonka zaziębiona chodzi, ale nie – jak to teściowie: dopóki gorączka z nóg nie zwali nie pójdzie do lekarza. Głupi upór – niestety, inaczej się tego nie da nazwać. Ten typ tak ma. A później jest problem – zamiast prewencji robi się tygodniowe albo lepsze zwolnienie, i marudzenie że później w pracy nadrabianie zaległości, itp. Nie wytłumaczysz, niestety, że lepiej pojeść jakieś piguły/syropki, ale nie paść, niż paść i się użalać. „Bo z byle czym do lekarza…” – taa, lepiej z anginą albo ostrym zapaleniem z gardła, a co, z grubej rury! Przepraszam za sarkazm, ale nie mogę tego słuchać. 
W pracy – jedno dobre – sam siedzę, więc spokój, co w kontekście ciężaru gatunkowego spraw, jakie mnie czekając, jest bardzo mile widziane. Np. dzisiaj – cały Boży dzień nad jedną sprawą, i to napisaną na razie na 2/3. Oczywiście „to proszę dość pilnie, bo…”. Aha.
A po powrocie do domu – okazuje się, że malutki z gilem dosłownie do pasa. Nic nie było widać rano – u takich maluszków te sprawy strasznie dynamiczne są. Oddychać nie może, popłakuje, smoczka nie da rady włożyć bo nie ma jak noskiem oddychać… Zrobiliśmy quasi-mycie, natarliśmy, psiknęliśmy do noska, maść majerankowa pod nosek, ciepła piżamka – zobaczymy. Zwykle po 2-3 dniach przechodziło. Swoją drogą – nawiązując do mojego sarkazmu w zakresie chorób powyżej – jak tu się dziwić, skoro i mama, i babcia (z którymi większość dnia spędza) są permanentnie zakatarzone lub zaziębione, i nie widzą w tym problemu, bo po co lekarzowi głowę pierdołami zawracać? Np. właśnie po to, żeby dziecko nie chorowało – nie mówię, że tylko przez to, bo pogoda też dziwna, wieje mocno, raz ciepło, raz zimno – ale to ich smarkanie i pokasływanie pomagać na pewno nie pomaga.

Na marginesie – kończy dzisiaj półtora roku, szczęście nasze 🙂

A ja? Za 10 dni – 20 września – pierwsze dwuczęściowe kolokwium. Kiedy się uczyć? No, niby wieczorami, i staram się po drodze czytać. Niewiele wychodzi, mały źle śpi ostatnio i zapchany nos nie wróży, żeby miało być lepiej, więc się nie pouczę za dużo… Opatrzność Boża ma pole do popisu 🙂

No i poszukuję dentysty, raczej chirurga. Wczoraj, podjadając wieczorem,
złamałem sobie ząb, siódemkę górną. Właściwie pół mi wypadło. Wypada
pójść i wyrwać resztę – nie zamierzam tego zęba dać robić, bo tak
wielkie wypełnienie i tak max za pół roku wypadnie przy gryzieniu –
ćwiczyłem to kiedyś już, więc szkoda pieniędzy (zapłacisz za
wypełnienie, a za pół roku i tak za wyrwanie tego, co zostanie, jak
wypełnienie wyleci). Słabo, bo otwarte to takie – a wyglądało tak, jakby
próchnica poszła w środku, z wierzchu czysto, nic nie widać… Teraz
się martwię, żeby w – bądź co bądź, otwartym – zębie się jakiś syf nie
zrobił. Udało mi się nieopodal wizytę za niewielkie pieniądze zaklepać.
Swoją drogą – też masakra, dzwonisz do x renomowanych klinik w okolicy –
terminy: proszę bardzo… na październik. Tłumaczę, że z otwartą dziurą
po złamanym zębie to nie bardzo tyle się da czekać – niestety. I tak
dobrze, że nie boli, oby tak dalej.  

Jakby ktoś chciał Panu Bogu pozawracać głowę w tych intencjach – miło by było.

Uświęcaj się w rodzinie

Zmiany, zmiany… Sufragan opolski bp Jan Kopiec został nowym biskupem gliwickim, zaś ordynariusz zamojsko-lubaczowski bp Wacław Depo został podniesiony do godności arcybiskupa i skierowany jako metropolita do Częstochowy. 

Rok zbliża się ku końcowi, trudno więc nie pokusić się o małą refleksję. Ja np. dzisiaj przed pracą nie zamierzałem iść na Mszę, ale poszedłem – bo wczoraj uzmysłowiłem sobie, że na wczorajszej w ogóle nie modliłem się, dziękując za ten kończący się 2011, ani nie prosiłem za zaczynający się pojutrze 2012. W ogóle, ten tydzień udany – poza wolną środą byłem na Mszy w każdy dzień tygodnia. 

To był bardzo dobry rok. Wiele się wydarzyło. Najpierw w marcu nasza rodzinka się powiększyła o Dominisia. Pomieszkiwaliśmy u teściów – jak się okazało, mieliśmy już na poprzednie mieszkanie nie wrócić. Podjęliśmy decyzję, Bóg pomógł, wiele rzeczy bardzo pozytywnie dla nas się zbiegło, i właściwie w ciągu 2 tygodni staliśmy się właścicielami mieszkania. Potem był remont, który wystukał nas z kasy, ale pozwolił przygotować porządnie nasze własne mieszkanie. I od lipca jesteśmy już tak naprawdę na swoim, we trójkę z malutkim. Dobrze nam się tam mieszka. Tuż po tym zdecydowałem ponownie próbować na aplikację – i znowu sukces, choć wysiłek naprawdę duży. Udało się, zaczyna się ona formalnie za kilka dni. Wyzwań, także po prostu finansowych, sporo przed nami – ubezpieczenie, aplikacja, szczepienia. Ale jest nam dobrze, jest miłość, jesteśmy dla siebie i ze sobą. I mam nieodparte wrażenie, że w to – w nas, w siebie nawzajem – inwestując, dobrze inwestujemy. 
Dzisiaj, co się rzadko zdarza (zwykle jest to niedziela po Narodzeniu Pańskim) Kościół w liturgii czci Świętą Rodzinę. Pięknie się to wszystko zbiega. Bo rodzina to podstawa. Czemu jest na świecie tyle dramatów, zła, przemocy? W dużej mierze dlatego, że ktoś gdzieś kiedyś został skrzywdzony w swojej rodzinie, wychowywał się bez którego z rodziców. To na pewno uproszczenie jakieś, ale niestety, tak jest. Rodzina to podstawa. Kto to neguje, nie tylko podcina swoje własne korzenie, ale skazuje na złe wzorce własne dzieci. Ja sam widzę, jak często zastanawiam się, co robię, co mówię, bo tuż obok siedzi czy leży to maleństwo, które – nic nie rozumiejąc – wpatruje się we mnie swoimi wielkimi oczkami, bacznie obserwuje, zapamiętuje. I kiedyś będzie taki, jak ja go nauczyłem, jaki ja mu wzór dałem. On sam, i jego dzieci, wnuki… Wielka odpowiedzialność, ale i wielka radość – móc takiego człowieka kształtować. A największa – gdy po latach móc powiedzieć, że się to zrobiło dobrze. Że nauczyłeś to maleństwo, jak być dobrym, porządnym człowiekiem, który potrafi rozumnie kochać i patrzeć dalej niż na czubek swojego nosa i czuć się odpowiedzialnym nie tylko za swoje, przepraszam, cztery litery.
Dzisiaj ludzie krzyczą o zrównaniu konkubinatu z małżeństwem, o możliwości legalizacji małżeństw homoseksualnych, o wychowywaniu dzieci przez homoseksualne pary. Co to znaczy? Że idziemy na łatwiznę coraz bardziej. Że mamy konsumpcyjne podejście nawet do miłości, do związku. Skoro boisz się ślubu, przysięgi, zobowiązania nie tylko przed urzędnikiem (a nawet – tylko w urzędzie) – to znaczy, że zostawiasz sobie furtkę, nie jesteś pewien, chcesz mieć gotową drogę do ewakuacji. Nie spodoba się – to się rozstaniemy. Nie ta/ten – to inna/inny. Po co się ograniczać. Wygodne, co? Tylko przy takim podejściu trudno oczekiwać wzorców i woli wychowywania dzieci, które przecież w związkach nieformalnych i niesakramentalnych się pojawiają. Nic dziwnego, że w 2009 rozlatywało się co 3 małżeństwo (i to tylko formalnie, mam na myśli rozwodników; wyliczone wobec stosunku małżeństw zawartych do rozwodów). Nic dziwnego, że ludzie sami żyją wg co najmniej dziwnych i dyskusyjnych wartości, żeby nie powiedzieć że bez nich. Nic dziwnego dalej, że w takim stanie nie potrafią nic wartościowego nauczyć ani przekazać swoim dzieciom. 
Wystarczy. Te mało optymistyczne prawdy widać na każdym kroku. A ja, u schyłku jednego i u progu drugiego roku, chcę Wam wszystkim i każdemu czytającego te słowa życzyć, aby nigdy nie wahał się inwestować najpierw w rodzinę, w relacje, w to co buduje; i po trzykroć się zastanowił nad czymkolwiek, co do czego ma wątpliwości, że może rodzinie zaszkodzić. Kochajmy się, szanujmy i budujmy rodziny pełne, szczęśliwe, zdolne przekazać dalej nie tylko umiejętność rozmnażania się, ale też pewne wartości i punkty odniesienia, ważne dla nas, i mające być ważnymi dla naszych dzieci. Niech ten kolejny 2012 rok będzie piękny, owocny, dobrze wykorzystany. Aby był to dobry czas otwierania się na Boże propozycje i wykorzystywania możliwości, które On nam da przez następne 366 (tak, rok przestępny) dni. 
Święta Rodzina to dobry przykład do naśladowania, dobry punkt wyjścia na nowy rok.

Razem, nie obok siebie

Gdy Jezus przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim mówić. Ktoś rzekł do Niego: Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą. Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką. (Mt 12,46-50)
Ktoś mógłby Jezusowi zarzucić – dyskredytuje i umniejsza więzy rodzinne, i to na przykładzie kogo? Własnej matki. Czyli że w tym Kościele, który przecież Maryję tak czci, to nic się już przysłowiowej kupy nie trzyma… Oczywiście, jest to zupełnie błędna interpretacja. Maryja towarzyszyła Jezusowi i temu zaczątkowi Kościoła od początku. To przy niej rósł Zbawiciel, to ona Go wychowała, to ona obserwowała Jego publiczną działalność, aby z bólem pochylić się nad Jego umęczonym ciałem, gdy w końcu oddał życie za nas na krzyżu. 
Tu nie ma sprzeczności. Tu jest jasne położenie akcentu – rodzina rodziną, a prawdziwą rodziną chrześcijanina jest każdy inny chrześcijanin. My nawet chętnie się pomodlimy, pójdziemy do kościoła, na jakieś nabożeństwo, przyjmiemy kolędę. Ale w swoim własnym gronie. Ja i rodzina, czasami – w różnych wspólnotach – także przyjaciele. I tyle. A gdzie dzielenie się wiarą i wspólne jej przeżywanie z tyloma innymi, naokoło? Tym ma być przecież Kościół – wielką wspólnotą serc, które razem, a nie tylko obok siebie, mijając się bezwiednie, wędrują do Królestwa Bożego. Mamy być nie tylko sami dla siebie, ale dla innych, obok. 
 
Ja akurat wychodzę z założenia (co wielu ma za złe, ale cóż) że w relacjach rodzinnych – rodzice-dzieci itp. – powinna być wzajemność. Owszem – na start czyste konto, szacunek się należy starszym i wdzięczność, ale nie może być tak, że należy się on bezwarunkowo, bez względu na to, jaki taki rodzic jest, jak dziecko traktuje. Bezwarunkowa i zawsze musi być miłość. Na szacunek – także własnego dziecka – trzeba po prostu zasłużyć, niczym spektakularnym, ale jednak.
 
Jesteśmy bardzo rodzinni, i to jest dobre. Jezus próbuje nam jednak pokazać – rodzina człowieka wierzącego jest dalece większa, są nią wszyscy wierzący. Kiedy? Wtedy, gdy odstawiamy na bok egoizm i swoje zachcianki, a staramy się wsłuchać w ten cichy i dyskretny głos Boga Ojca, żeby prawidłowo odczytać Jego wolę. To jest sedno chrześcijaństwa – nie tyle sam chrzest i inne sakramenty (albo papierki z nimi związane), ale to, co się dzieje, co i jak robię dalej. Czy z tych obowiązków, jakie spoczywają na człowieku wierzącym, się wywiązuję, czy je olewam. Czy wiara jest dla mnie czymś żywym, co pielęgnuję i pracuję, aby wzrastała – czy przykrym obowiązkiem, albo nawet wstydliwym jakby piętnem, którym broń Boże się nie afiszuję przed ludźmi. Bez przesady, bądźmy rozsądni i racjonalni. 
Albo chcesz być człowiekiem Boga, człowiekiem Bożym i – jak ta Maryja, która czekała spokojnie na swojego Syna – wypełniać Jego wolę w sposób doskonały. Albo przejmujesz się kaprysami i modami ludzi, których po prostu nie stać najczęściej na szczere i wprost nazwanie ich postaw, bo łatwiej i wygodniej jest po prostu wyśmiewać to, na co sami nie potrafią się zdobyć, choć to kiedyś deklarowali.

Twórcze tracenie

Jezus powiedział do apostołów: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka, jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego, jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma. Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody. (Mt 10,37-42)
Dziwne te słowa. Wymagające. No tak, znowu. Tak, znowu. Boimy się, gdy ktoś od nas zbyt wiele – albo w ogóle cokolwiek – wymaga. Faktycznie, często słowa Jezusa mają drugie dno – czy jednak nie jest tak, że zbyt łatwo sięgamy po nie, szukamy go? Bezpieczna przenośnia, asekuracja, coś co pozwoli się usprawiedliwić. 
Jedno trzeba powiedzieć jasno – Jezus nigdy nie wzywa do czegoś, co ma zniszczyć (chyba że zło, grzechy, słabości), ale do twórczego działania. Tak jest i w tym przypadku. Jeśli człowiek zatrzyma się tylko na miłości drugiej osoby – małżonka, dziecka, rodzica – to łatwo może wytłumaczyć przed swoim sumieniem, a później tłumaczyć przed Bogiem, że właściwie ta miłość do Niego nie jest potrzebna. Tylko jak to ma być wszystko spójne, gdy w innym miejscu jest napisane, że miłość Boga jest wzorem każdej miłości? (na marginesie – pięknie o tym słyszeliśmy na ślubie szwagierki – dzięki za modlitwę – w jednej z prefacji na msze z udzieleniem sakramentu małżeństwa) 
Pan Bóg dał nam tyle, ile dał, takie spektrum sił i możliwości, abyśmy je wykorzystywali w sposób twórczy, a nie marnowali. Co więcej – to twórcze wykorzystanie to nic innego, jak właśnie… tracenie z powodu Jezusa. Tak jak miłość – mnoży się przez dzielenie – tak i my mamy rozdawać to, co dobre, co piękne i wartościowe, aby tym samym ubogacać nie tylko siebie, ale i innych. Szkoda czasu na marazm, bylejakość, tkwienie w miejscu. Jak to mówią – zdolności nie wykorzystywane zanikają. Z talentami też tak bywa – a każdy z nas ma ich sporo, czy to widzi, czy nie. Bóg po prostu wzywa nas do odwagi podjęcia ryzyka zrobienia czegoś, co może się wydawać niezrozumiałe, dziwne albo nawet bezsensowne.
Mamy kochać i rodziców, rodzeństwo, małżonka, dzieci. Tu nie ma żadnej sprzeczności. Bóg zwraca uwagę na kolejność, na hierarchię. Kochasz sensownie i naprawdę pięknie – gdy ta miłość do człowieka czerpie i pochodzi z miłości Boga do ciebie. Wtedy można mówić o miłości, a nie o zakochaniu czy zauroczeniu jakimś (nie są złe – są etapami, które człowiek przechodzi na drodze do miłości; i dramatem, kiedy ktoś myli je z miłością, i pod ich wpływem zawiera małżeństwo). Jesteśmy i mamy być godni Boga, gdy pamiętamy o Nim także – a może przede wszystkim – w kontekście naszej miłości do drugiego człowieka. 
Życie tracimy bardzo często – nie dosłownie, ale prawie. Nieświadomie – używki, uzależnienia, błędne decyzje, zapalczywość, upór, głupota. Bardziej świadomie – gdy ten cały brud, syf i rozpacz nas dopadają, gdy uświadamiamy sobie, w jakim bagienku tkwimy, gdy przytłacza ilość bezsensownych decyzji, krzywdzących wypowiedzianych słów i nieprzemyślanych gestów. Wtedy nie wolno się poddać – choć to najprostsze wyjście. Można się obrazić – na świat, ludzi, Boga jako głównego winowajcę wszelkiego zła 🙂 – zabrać zabawki i sobie pójść. Można się zaprzeć, spróbować nie wszystko stracić pod Bożą kontrolą, i podjąć ryzyko wprowadzenia zmian. Bardzo łatwo obrazuje to sytuacja spółki, której grozi bankructwo – można ją rozłożyć zupełnie, można podjąć postępowanie naprawcze i wyjść na prostą. 
To nie jest tak, że Bóg tu coś zawinił. No może tyle, że nie chce ze mnie rezygnować, mimo kolejnych głupot z mojej strony. Tak to wygląda właśnie. To jest jedyna Boża wina. O ile by miał mniej roboty, gdyby postawił kreskę na tych, którzy z uporem maniaka wracają do grzechu… czyli praktycznie wszystkich, a na pewno większości. On tylko czasem zasadzi kopa, kiedy sami staczamy się po równi pochyłej. Po co? Bo bez niego byśmy się zakopali być może po uszy – a tak, kop pomaga otrzeźwieć, spojrzeć sensowniej na całość. I podjąć tę trudną decyzję – walczę, straciłem wiele, ale mam siłę i dwie ręce, dam radę.

Są tacy, którzy tracą życie z powodu Boga – nie ominie ich nagroda. Tak, to jest pewnego rodzaju wyrachowanie – ale w tym jednym wypadku, Bożej kalkulacji, człowiek się nie przejedzie i nie zawiedzie. Kiedy kombinujemy po ludzku – zamiast zyskiwać, tracimy; życie też. Dlatego Bóg przed tym przestrzega. Można zapytać – ale skoro kombinowanie jest złe, to czemu kombinowanie po Bożemu jest w porządku? A no temu, że to kombinowanie de facto przestaje być kombinowaniem, a staje się twórczym przewartościowywaniem, porządkowaniem człowieka. Może i na początku są jakieś kalkulacje, partykularne interesy i chęć zysku – ale na końcu, gdy w tym wszystkim jest Bóg, okazuje się, że to On sam we mnie posprzątał. I, choć moje kalkulacje w łeb wzięły, wyszedłem na tym tak, że lepiej nie mogłem. Z Bogiem nigdy nie stracisz.

Wzór Ducha Świętego i kilka gorzkich słów o małżeństwie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi. (J 16,12-15)
Kiedy ktoś mówi, że dogmat o Trójcy Świętej nie ma sensu albo jest to kwestia drugoplanowa, o mniejszym (lub żadnym znaczeniu) – warto, aby sięgnął m.in. do tego tekstu. Bo wynika z niego jasno, że tak nie jest – Jezusa, Jego misję i Jego słowa zrozumieć można jedynie przez pryzmat prawdy o Bogu Trójjedynym – Ojcu, Synu i Duchu. 
Ważny jest kontekst, sytuacja – to tzw. mowa pożegnalna, jaką Jezus wygłosił podczas Ostatniej Wieczerzy, a zatem w wieczór Wielkiego Czwartku. Zaryzykowałbym – streszczenie, podsumowanie i sedno tego, co głosił, nauczał przez całe 3 lata swojej działalności. Znamienne – znajdujemy ją tylko u Jana. Długi i piękny tekst, ciągnący się bodajże od 13 rozdziału ewangelii janowej. Tekst, który liturgia Kościoła w częściach serwuje nam od jakiegoś czasu (o niektórych jego częściach pisałem ostatnimi czasy) – i dobrze, bo jego bogactwo jest wielkie.

Ktoś może zapytać – czego takiego znieść nie mogli ci, do których Jezus mówił tamte słowa? Odpowiem może nieco przekornie – nie tyle, czego znieść nie mogli, ale dlaczego znieść nie mogli. W kontekście tego, co działo się dalej, jakie było zachowanie uczniów od momentu pojmania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (zatem praktycznie bezpośrednio po wygłoszeniu tej mowy) do chwili Zesłania Ducha Świętego, można powiedzieć – nie mogli znieść, bo nie byli uzbrojeni przez Jezusa mocą z wysoka, nie posiadali daru Parakleta-Pocieszyciela. Tego Ducha im brakowało. Tak jak w matematyce – mieli wszystkie dane pod nosem, wypowiedziane słowa i obietnice, po prostu nie potrafili podstawić ich do odpowiedniego wzoru. Tym wzorem było tchnienie Bożego Ducha. Tylko z Jego pomocą równanie prawdy o życiu człowieka, o tym dokąd prowadzi i jaką drogą winien iść, można rozwiązać prawidłowo, prawdziwie. 
To nie będzie już żadna nowa nauka, kolejne nowe przykazania, reguły – Duch Święty zstąpi, aby ugruntować, uporządkować i usystematyzować w sercach wierzących to wszystko, co przyniósł i dał im Zbawiciel, który podąża do Ojca. Misja Jezusa w momencie zmartwychwstania de facto została zakończona spektakularnym sukcesem. Pozostają jednak ci, którzy uwierzyli, najczęściej bardzo skonsternowani, nie wiedzący, co myśleć, co robić, jak żyć. Po to te objawienia Pana po zmartwychwstaniu, to kilkakrotne Pokój wam! i Nie bójcie się, to Ja jestem!, wspólne posiłki i dialogi. Żeby na nowo poznali Go, rozpoznali w Nim Tego, za którym poszli, który ich uwiódł i któremu uwieźć się pozwolili. 
Ten Duch to kolejny dar, przejaw miłości Boga. Niesamowite. Nie wystarczyło, że z miłości stworzył świat i człowieka na swoje podobieństwo. Gdy człowiek pogubił się tak, ze trudno było pogubić się bardziej, wysłał światu swojego Syna, który dla tych ludzi umarł i zmartwychwstał. I na tym nie kończy – chcąc, aby dzieło Syna trwało, posyła Pocieszyciela, Ducha Prawdy, by z Jego tchnieniem ludzie tą prawdą przyniesioną przez Syna Bożego żyli. 
>>>
Ja rozumiem – stwierdzenie, że rozwiodło się przeze mnie pół firmy jest powodem do dumy z zawodowego punktu widzenia dla prawnika. Ok, zgoda. Doprecyzowując – rozwiodło pokojowo, bez wieloletnich procesów, publicznego (z udziałem dzieci) prania brudów itp. Tym lepiej. Sukces zawodowy – skądinąd kolejni przychodzili po pomoc w tym zakresie nie z innego powodu jak z uwagi na polecenie przez wcześniejszego klienta. 
No tak. Tylko czy rozwód w ogóle może być powodem do dumy? Moim zdaniem, z punktu widzenia człowieka naprawdę wierzącego, katolika – nie. I nie bardzo wyobrażam sobie siebie, o ile uda mi się uzyskać uprawnienia korporacyjne, jako pełnomocnika w sprawie rozwodowej. Chyba, że w roli tego, który – wbrew woli czy partykularnemu interesowi klienta – będzie za wszelką cenę starał się doprowadzić do zgody i uniknąć orzeczenia rozwodu. 
To cytat z jednej z osób z pracy. Druga – w rozmowie, aż zdziwiłem się, szczerej, choć znamy się krótko – właśnie przeprowadza się do świeżo wynajętego mieszkania. Żeby była jasność – jest to osoba w związku małżeńskim, młoda zresztą, staż małżeński lat powiedzmy ze 3. Powód? Bo już nie daje rady. Bo ma dość, bo się ciągle kłócą. Pociągnięta za język – bo ma nadzieję, że to zmotywuje drugą stronę, aby zgodzić się (albo wręcz zainicjować samemu) starania w kierunku rozwodu. Masakra. Brakuje odwagi, aby usiąść i porozmawiać – trudno, jeśli tak uważa, to taka szczerość zawsze będzie lepsza niż takie pokrętne podpuszczanie czy niedomówienia – i powiedzieć wprost, że czas się rozstać; co więcej – próbuje spowodować, aby działania podjęła druga strona. Brak cywilnej odwagi to minimalne określenie. 
Czy dzisiaj już nikt nie traktuje serio tego, czym ma być małżeństwo? Na dobre i na złe – w życiu, a nie w nazwie średniej jakości serialu w TVP. Do śmierci. Żadną sztuką jest być razem, jak kolorowo, ładnie, wszystko się układa, same sukcesy – to chyba każdy potrafi. Sztuką jest wytrzymać ze sobą w miłości kilkadziesiąt lat, przez problemy, kłótnie, spory, znoszenie własnych słabości, przebaczanie. Dzisiaj, o zgrozo, małżeństwo traktowane jest jako zwykły kontrakt, czyli praktycznie tylko z punktu widzenia prawa cywilnego – umowa. Składasz oświadczenie woli – wstępujesz w związek. Coś nie wyjdzie – zbieram zabawki, rozwód, i po sprawie. Bo przestaliśmy do siebie pasować, bo trzeba umieć przyznać, że coś się zmieniło. A może po prostu trzeba umieć, a przede wszystkim chcieć, zawalczyć o drugą osobę? Ale stawiając na pierwszym miejscu swoje potrzeby i zachcianki – fakt, raczej się nie uda. 

Wzór rodzicielskiej odpowiedzialności czy mityczny sponsor na zdjęciu?

Nadrabiam zaległości z choroby – tutaj o tekście z minionej Niedzieli Świętej Rodziny: 

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie, i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia . On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela. Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w strony Galilei. Przybył do miasta, zwanego Nazaret, i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: Nazwany będzie Nazarejczykiem. (Mt 2,13-15.19-23)

Drugi raz (poprzednio – celowo na pewno – w ostatnią, 4. niedzielę Adwentu) na pierwszym planie widzimy – kogo? Prawie jak niemowę, dyskretnego – Józefa. Człowieka czynu, a nie słowa. Człowieka, który w świadomości swojej prostoty (cóż w tym złego?) rozumiał, że nic nie da uciekanie przed Bogiem i samotne szamotanie się z własnym życiem i jego problemami. Wiedział, że Bogu trzeba zaufać, i zaufać nie tylko chciał, ale i potrafił. Tu nie chodziło o wygodnictwo nawet czy kwestię rachunku – opłaca się czy nie – ale o ich życie: jego własne, żony i świeżo narodzonego Dziecka. 
Na pewno dziwnie musiał się czuć, gdy po wszystkich niesamowitych wydarzeniach tamtego dnia, zapadli w sen… i znowu ten Bóg. Na pewno nie mógł się uspokoić – nie dość, że Maryja urodziła ślicznego zdrowego chłopca, co samo w sobie stanowiło powód do wielkiej radości, to jeszcze nie wiadomo skąd zbiegli się ci pasterze, szukający narodzonego Mesjasza, a do tego przybyli za nimi jacyś trzej mędrcy i składali im przeróżne dary, rzeczy o materialnej wartości dla nich aż niewyobrażalnej. 
To był znak. To nie był przypadek. Bóg pokazał – nie jesteście tu i teraz przypadkowo, z powodu czyjegoś kaprysu czy zbiegu okoliczności. Nie ma nic takiego. Tak właśnie miało się stać – wszystko się wypełniło, zgodnie z proroctwami. Betlejem? Zgadza się. Znak na niebie? Jest. Dokładnie tak, jak miało być. Wszystko się zgadza. Co ciekawe – ten fragment bardzo fajnie obrazuje, jak krok po kroku wypełniały się słowa proroctw, które z punktu widzenia sytuacji Jezusa w momencie Jego narodzenia nie pasowały do tego, co o Mesjaszu wcześniej napisano. A jednak – uciekając z rodziną, wędrował dokładnie tak, że można było o Nim powiedzieć dokładnie to, co wieki wcześniej zapowiedzieli prorocy. Każdy krok, kolejne miejsce – było etapem w Jego stawaniu się tym, kim miał być, dorastaniem do publicznej działalności. 
Ale dla Józefa ta noc to nie koniec jego, ojca i głowy rodziny, roli. Otrzymał potwierdzenie, że Bóg nad nimi czuwa i ich prowadzi – i już czeka kolejne zadanie. Kolejne niebezpieczeństwa czyha na nich, więc to on musi zrobić wszystko, aby go uniknąć. Czeka ich tułaczka do Egiptu, a potem lata życia tam, w obcym miejscu, aby uniknąć powrotu w rodzinne strony. Nawet gdy dojdzie do nich informacja o śmierci Heroda – i tak nie będą mogli tam wrócić, i trafią do Nazaretu. Bóg-Człowiek już wtedy, jako niepozorne dziecko czy chłopiec, nieświadomy swojego pochodzenia i roli, był tak niewygodny, stanowił potencjalne zagrożenie, że cała rodzina musiała tułać się po świecie. 
Józef się nie sprzeciwiał. Wiedział, nie będąc ojcem Jezusa, że to on musi się opiekować zarówno Nim, jak i Maryją, i przed światem stawać się ojcem Jezusa. Wiedział, że od tego, co zrobi – albo gdy tego nie zrobi – zależy, co się z nimi stanie. Może nie rozumiał, i na pewno nie dożył, tego jak będzie wyglądała misja i działalność Jezusa. Ale rozumiał – musi za wszelką cenę strzec tego dziecka. On na pierwszym miejscu, nie ja. Wychowanie dziecka, praca, troska o dom i rodzinę – a nie praca i pozostawanie poza domem pod jej pretekstem całymi dniami, brak czasu dla małżonka i dzieci, spychanie wychowania na innych. 
Tak właśnie dzisiaj wielu postępuje – tak mężczyzn, jak i kobiet – ojcowie i matki. Trudno się dziwić, że takie, formalnie żyjące w rodzinach, dostatnich nawet domach, ale de facto pozostawione samemu sobie dzieci szukają wzorów w tv, internecie – i co widzą, to małpują, tym się sugerują. Skutki – widać prawie codziennie, opłakane. Brak wzorców, punktów odniesienia – to przestrzeń dla szukania ich przez dzieci, które najczęściej znajdują i zachwycają się tym, co najłatwiejsze, szpanerskie, modne i z pozoru fajne. Nikt nie myśli o tym, że w dłuższej perspektywie jest to złe, destrukcyjne, ogłupiające i bezproduktywne. Tak – dzieci mają prawo w pewnym wieku nie wiedzieć, co należy wybierać, bo są dziećmi, i od tego mają rodziców, aby sami ich wychowywali i wzięli za to odpowiedzialność. Co więcej – jeśli nie nauczy się ich, sami nie zrozumieją kryteriów i wartości, to bez nich nigdy nie będą potrafili właściwie wybierać i decydować – bo jak? Chyba tylko zgadując. 
Jest taka krótka i bardzo wymowna reklama. Do niektórych chyba nie dociera, jaką krzywdę robią swoim dzieciom rzekomym poświęcaniem wszystkiego dla ich dobrobytu i wychowania – a w praktyce po prostu nie mając dla nich ani trochę czasu. To niczego nie usprawiedliwia. Józef i Maryja nie mieli apartamentu z widokiem na morze czy dwupoziomowego mieszkania, samochodu, dobrze płatnych posad – ale czy przez to Jezus miał się źle, brakowało Mu czegoś? Bynajmniej. I na pewno był z nimi, w ich sytuacji i tułaczce, o wiele bardziej szczęśliwy, niż sporo dzieci, które z pozoru obsypywane wszystkim, co im się zamarzy, są po prostu niekochane, samotne i pozbawione dzieciństwa w którym rodzic jest kimś poza prawie mitycznym (bo tak rzadko widywanym) sponsorem, uśmiechającym się ze zdjęcia w ramce. 
Od ciebie – kieruję to do każdego rodzica i tego, kto ma się nim (jak ja) niebawem stać – zależy, kim będziesz dla dziecka. Czy wolisz być takim Józefem, który przede wszystkim jest obok, pokazuje, tłumaczy, kocha nie tylko z deklaracji, ale z czynów – czy skończyć jak facet z reklamy, zaatakowany w garażu czy gdziekolwiek indziej przez jakiegoś potworka z kreskówki, nad którą z powodu twojego braku czasu ślęczy twoja pociecha. Nie tylko Bóg, ale przede wszystkim samo dziecko nie rozliczy cię w przyszłości z tego, jakie miało zabawki, jak wielki pokój itp. – ale z tego, jaki ty dla niego byłeś, czy w ogóle przy nim byłeś. 
Jako uzupełnienie – jakby w świątecznym także klimacie, głównie dla panów, choć nie tylko – krótki tekst x Artura Stopki na temat właśnie odpowiedzialności rodzicielskiej. Jeśli macie takie myśli, to do bycia mamusiami/tatusiami nie dorośliście. 
Chyba dojrzewam do bycia tatą. Widzę to coraz mocniej… i chyba to czuć w tym, o czym i jak piszę. I bardzo mnie to cieszy 🙂

Nie bój się

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1,18-24)
Dziwny ten tekst, już na pierwszy przysłowiowy rzut oka. Dlaczego? Bo jego pierwsze słowa sugerują, że to o Jezusie, o Jego narodzinach ma być… a nie jest. Do Jezusa autor nie chodzi, w tym konkretnym fragmencie. Za to de facto poświęca go w całości postaci tyleż ważnej, co enigmatycznej – Józefowi, mężowi Maryi, opiekunowi Jezusa. Ważnej, tak – nie tak jak Jezus, Syn Boży, ani nie tak jak Maryja – Matka Boga-Człowieka, dzięki której Boży Syn przyszedł na świat. Ważny, bo odegrał kluczową rolę jako opiekun – i Jezusa, i Maryi (kto wie, czy bez jego determinacji udałoby się uchronić Jezusa przed szaleńczym niszczycielskim szałem Heroda?)… choć Pismo Święte nie wspomina ani jednego jego słowa. Milcząca obecność, czuwanie – zamierzona analogia do Boga?
Kim był Józef – dzisiejszy bohater? Młodym człowiekiem (w tamtych czasach ludzie zawierali małżeństwa w bardzo młodym wieku, niektórzy twierdzą że on i Maryja mogli mieć nawet po 15 lat!), który spotkał kobietę swojego życia, z którą zawarli już ślub, choć jeszcze nie zamieszkali razem. Pięknie. Miłość, młodość, siła, plany, nadzieje. Pewnie zajmowało go głównie, poza pracą, przygotowywanie ich wspólnego domu.m w którym niebawem mieli zamieszkać. A tu nagle okazuje się, że jego żona jest w ciąży. Co teraz? Obydwoje wiedzą, że dziecko nie zostało przez niego, Józefa, poczęte. Teksty mówią, że był człowiekiem prawym – Maryja zaś zapiera się, że nie zdradziła go z nikim, i opowiada scenę zwiastowania: anioł, Boża obietnica… 
Trudno Józefowi zazdrościć tej sytuacji. Prawo żydowskie było w tym zakresie zdecydowane – tak, mąż miał prawo w przypadku zajścia przez żonę w ciążę zanim zamieszkali razem, wręczyć jej tzw. list rozwodowy, i odprawić. Miał spokój wtedy, mógł ponownie się ożenić. Bardzo trudna stawała się jednak wtedy sytuacja takiej oddalonej kobiety – traktowana była jak ladacznica, cudzołożnica, kobieta lekkich obyczajów, praktycznie bez szans na wyjście za mąż, na znalezienie kandydata na męża. Józef nie umiał znaleźć wytłumaczenia sytuacji, ciąży żony, ale nie zakładał zdrady, złej woli z jej strony – co zrobić? Bał się, nie wiedział jak powinien postąpić, i na pewno jego serce przepełniał smutek. 
Chciał sytuację załatwić honorowo, troszcząc się przede wszystkim o żonę – Maryję. Stąd pomysł oddalenia jej w nocy, żeby nikt nie dowiedział się o jej ciąży, żeby nie ściągać na nią zniesławienia i hańby. Czy był człowiekiem idealnym? Daleko mu było, jak każdemu z nas, do ideału – nie był, jak Maryja, niepokalanie poczęty. Wiedział, że musi znaleźć wyjście z sytuacji, i nie może troszczyć się w niej tylko o siebie. Odpowiadał też za swoją żonę. 
Bóg nie przychodzi do nas tylko wtedy, gdy jest pięknie, kolorowo, fajnie, idealnie. Bóg przychodzi do nas zawsze – także wtedy, gdy nie widzimy wyjścia z sytuacji, gdy pozornie znajdujemy się w położeniu bez wyjścia, gdy staje przed nami problem pozornie przynajmniej nierozwiązywalny. Tak, mogło być prawie tak, że Maryja dla Józefa stała się problemem. Ale on tego problemu nie chciał po prostu wyrzucić, usunąć ze swego życia. Bał się, ale był prawy. Dlatego we śnie doznaje objawienia. Objawienia, które przede wszystkim potwierdza to wszystko, co mówiła Maryja. To upewnia Józefa co do jej wierności – nie zmyślała, mówiła prawdę o aniele. Bóg sam jakby tłumaczy Maryję – ode Mnie pochodzi dziecko, które ona nosi.
Ale oznacza to… Tak, Bóg bardzo zdecydowanie wchodzi w jego, Józefa, życie, a odtąd on sam ma do wykonania misję, jakiej nigdy by się nie spodziewał. Jego żona ma urodzić Mesjasza, wyczekiwanego od wieków Zbawcę, który jako człowiek przychodzi pomiędzy ludzi. Bóg pokazuje przez Józefa, że z Nim nie ma sytuacji bez wyjścia, problemów nierozwiązywalnych. Wszystko da się rozwikłać, wszystkiemu można sprostać – o ile człowiek zdecyduje się z Bogiem współpracować. Zauważ – Bóg nie obiecał Józefowi nic w stylu nie bój się, Ja wszystko załatwię. Bez współpracy Józefa byłoby ciężko. Nie wiem, co by było, czy Jezus dożyłby momentu, gdy rozpoczął swoją działalność. Było to możliwe dzięki zdecydowaniu i determinacji Józefa – Bóg wszedł w moje życie, więc ja muszę odpowiedzieć i działać, nie mogę siedzieć w miejscu i użalać się nad sobą. Razem – ja z Bogiem – nie ma rzeczy niemożliwych. 
Prawda jest taka, że od Józefa zależało, czy Jezus przyjdzie na świat. Życie Syna Bożego nigdy nie było bardziej w ludzkich rękach niż wtedy, gdy Jego ziemski opiekun zastanawiał się, co zrobić z zaistniałą sytuacją, z Jego matką i z Nim samym. Bóg-Człowiek mógł przyjść do ludzi, mógł spotkać się z człowiekiem w dużej mierze dzięki temu, co postanowił i jaką decyzję wtedy podjął Józef. Ale nie poddał się presji sytuacji, nie zadziałał pod wpływem emocji i nacisku okoliczności. Zaufał Bogu i przyjął to, a raczej tych, których Bóg przed nim postawił – żonę Maryję i nienarodzone dziecko. 
Często może być tak, że tracimy panowanie, sytuacja wymyka się nam spod kontroli. To mniej więcej musiał czuć Józef. Można wtedy zrobić kilka rzeczy. Można usiąść, biadolić, odsuwając od siebie moment podjęcia jakieś decyzji, której i tak się nie uniknie; za wszelką cenę starając się utrzymać kontrolę, być panem sytuacji, męcząc się coraz bardziej w bezskutecznych próbach opanowania sytuacji, które nas samych po prostu przerastają i przytłaczają. Można zatroszczyć się tylko o samego siebie, mniej lub bardziej słusznie znajdując jakiegoś kozła ofiarnego – niech sobie radzi, ważne że do mnie nikt się nie przyczepi – Maryja do takiej roli była idealna. Można wreszcie sprostać temu, co Bóg przede mną stawia. Można sobie z tym poradzić, ja mogę sobie z tym poradzić – dzięki Bogu, z Jego pomocą. On sam jest rozwiązaniem tego wszystkiego, co sprawy ludzkie przekracza. Ale nie rozwiązuje problemów, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdzieś ponad naszymi głowami, tak że w ogóle nie zauważamy, że coś miało miejsce. Bóg zadziała, gdy ja uwierzę, że On może zadziałać skutecznie.
Jesteśmy tylko ludźmi, i ludźmi. Aż – bo w nasze ręce Bóg złożył wszystko i nas samych na swoje podobieństwo złożył. Tylko – bo nie zawsze to wystarcza, aby sobie poradzić ze wszystkim, co w życiu może się wydarzyć. Nie jest sztuką dopiero wtedy, gdy sytuacji już nie kontroluję, zwrócić się do Boga – choć można tak. Sztuką jest z tym Bogiem cały czas współpracować, wsłuchiwać się w Jego głos, rozpoznawać Jego wolę. Sztuką jest, gdy życie przytłacza, nie załamywać rąk – ale z ufnością i wiarą wyciągnąć je w stronę Boga.
Józef to świetna propozycja osoby patrona na dzisiejsze dziwaczne czasy. Nic nie wiemy o jego słowach, skupił się na działaniu. I działał tak skutecznie, że Mesjasz mógł wypełnić swoją misję, miał warunki i czas, aby do niej dorosnąć. Przede mną na pewno nie stoi zadanie równie spektakularne – ale Józef i tak jest bardzo dobrym wzorem – co w życiu można pominąć (gadanie), a na czym trzeba się skupić (działanie). 
To może wyglądać dziwnie – po ludzku dzieje się coś, co nie ma sensu, burzy istniejący porządek, zmusza do zmiany planów – a Bóg mówi po prostu, jak do Józefa: Nie bój się. Tylko tyle. Wystarczy? Dla człowieka, który temu Bogu wierzy – na pewno. A jak nie wierzy? To nawet, gdyby Bóg mu nie wiem co obiecał – to w imię konsekwencji, i w takie obietnice ów człowiek nie powinien uwierzyć, prawda? Bóg nie jest bogiem ideałów, heroicznych świętych nieskalanych nigdy grzechem – jest Emmanuelem, Bogiem z nami. Każdym z nas, jaki by nie był, z tym co w nim dobre i co złe, ze słabościami i grzechami, z całym najbardziej brudnym dorobkiem życia. Czy to życie nie będzie prostsze, gdy będę o tym pamiętał? Że nigdy tak naprawdę nie jestem sam – ale On jest ze mną. Nie po to, żeby usiąść obok, poklepać po ramieniu i zacząć wsłuchiwać się w moje użalanie się nad sobą – ale aby nadać sensu temu, co wydaje się być tego sensu pozbawionym.
Trzeba też zrozumieć szerszy kontekst tego fragmentu – dotyczący samego Jezusa. To w końcu o Jego rodzinie ziemskiej – matce, opiekunie – mowa. Czy Jezus – w kontekście tej sytuacji, w jakiej dzisiaj widzimy Józefa – przyszedł na świat w, nazwijmy to, typowej, wzorowej ówczesnej rodzinie żydowskiej? Nie. Gdyby nie Boża ingerencja – opieka Jego Ojca – urodziłby się w atmosferze skandalu, kto wie czy od urodzenia nie byłby nazywany bękartem. W końcu nie był, po ludzku, synem męża swojej matki. Tu może kryć się mała wskazówka, abyśmy my sami się nie zagalapowywali w naszych osądach o innych, których życie i sytuacja z pozoru mogą być jednoznacznie niewłaściwe czy grzeszne. Ale oni dalej pozostają ludźmi, naszymi bliźnimi, których mamy obowiązek kochać i którym powinniśmy okazać miłosierdzie. Ocenić – tak, postępowanie, nazwać po imieniu czyny. Ale nigdy nie zapomnieć o samym człowieku. To w końcu dla niego – każdego człowieka, choćby nie wiem jak zagubionego – przychodzi Jezus. Może tylko w tym Adwencie chodzi o zrozumienie tej prawdy? Bóg nikogo nie dyskredytuje – my sami się w tym prześcigamy.
I taka dygresja, coś co mi mocno zaświtało w głowie podczas Mszy. Józef to nie tylko patron rodzin, co przede wszystkim patron i wzór dla każdego ojca. Ojca, którym już dzisiaj sam jestem – nasz synek coraz mocniej, także w kościele, daje o sobie znać w brzuszku żony. On już dzisiaj czeka i prosi zarówno o miłość, jak i o opiekę, o dobre warunki do życia, o zaspokojenie jego potrzeb. Nie od nikogo innego – ale właśnie ode mnie zależy, w jakich warunkach się urodzi, w jakiej atmosferze będzie rósł, czy doświadczy miłości, jaki przykład ja i żona mu damy, jakim dzięki nam będzie człowiekiem. Jezus tak samo – żył wśród ludzi, ale to, jakim był człowiekiem, w dużej mierze wynikało z tego, co wyniósł z rodzinnego domu – od Maryi i Józefa. To wielka odpowiedzialność, o której muszą pamiętać wszyscy rodzice.