Tobie mówię

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie. (Łk 7,11-17)

Jeden z wielu cudów największego z cudotwórców, i przede wszystkim – żadnego iluzjonisty. Boga samego. Cudu z jednej strony wyjątkowo spektakularnego, bo przecież nie tylko uzdrowił, ale wręcz wskrzesił z martwych, łamiąc (a może – naginając?) prawa tego świata; ale cudu z innej strony tak zwyczajnego, bo dokonanego na pewno po prostu po drodze, przemieszczając się w toku nauczania. 
Warto także zwrócić uwagę na coś innego. Znowu wybitnie ludzkie i kochające oblicze Jezusa. To samo, jakie widzimy, gdy Kościół wspomina scenę wskrzeszenia osoby na pewno Mu bliższej, niż ten dzisiejszy młodzieniec, Łazarza. I tu, i tam  Jezus okazał po prostu wzruszenie, smutek i żal nad faktem odejścia z tego świata tej czy innej osoby. On, Pan życia i śmierci, lituje się nad człowiekiem, którego czas nadszedł, i przywraca go  światu.
Wystarczyło kilka słów, proste polecenie – i zmarły powstaje. Ktoś patrząc na sytuację z boku mógłby powiedzieć – no jak to, po prostu rozkaże, i trup ożyje? Nic, tylko popukać się w głowę. A tu – bez czarów, zaklęć, nimbu tajemniczości czy nadprzyrodzoności. Moc w słabości się doskonali, Bóg-Człowiek, który ma w ręku władzę nad życiem i śmiercią, po prostu każe temu młodzieńcowi. Wróć do tego świata, wracaj do swojej matki, opiekuj się nią. 
Do nas Jezus też bardzo często się tak zwraca. Pewnie nie pomylę się, gdy powiem, że żadne z nas, choćby nie wiem ilu czytało te słowa, nie doświadczyło wskrzeszenia z martwych w taki sposób, jak Łazarz czy dzisiejszy bohater, ów młodzieniec. Do nas Pan mówi inaczej. Wzywa nas do powrotu w sposób bardziej subtelny, do powrotu w ramach tej rzeczywistości, tej egzystencji, tego życia. Wzywa do powrotu do tego, co święte, piękne, dobre, bezinteresowne, z miłości, z miłością, do autentycznego życia wiarą. Wzywa do powrotu do bycia takim, jakim człowiek był na początku i jakim być powinien; jakim być musi, jeśli Boga i wszystek Jego nauczania traktuje serio. 
Mamy wybór. Możemy się na Boga, za przeproszeniem, wypiąć. Jezus wtedy, widząc rozpacz matki, ulitował się nad nią i zwrócił jej syna. Nas dzisiaj nie zmusi do powrotu do bycia autentycznym chrześcijaninem, bo szanuje naszą wolną wolę. Ale nie traci nadziei, i raz po raz na naszej drodze życia przystaje, zaczepia, drąży. Młodzieńcze, tobie mówię… Może warto posłuchać, a nie wykręcać się uniwersalnym pośpiechem i brakiem czasu? 
>>>
Od dzisiaj jestem na urlopie, i tak do końca przyszłego tygodnia. Może coś napiszę, może nie. Intensywnie staram się przygotować do bardzo ważnego egzaminu. O siły, skupienie i dobre wykorzystanie tego czasu, czy wreszcie o powodzenie 24 września sam proszę – i będę wdzięczny bardzo za modlitwę w tej intencji.

Zaparcie? A może po prostu wzięcie na serio? Odpowiedzialność? Konsekwencja?

Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. (Mt 16,21-27)
Zdarzyło mi się usłyszeć kiedyś taki opis tego fragmentu – a, tam, gdzie Jezus opiep… strofuje Piotra. Trudno się z nim w sumie nie zgodzić. Może o tyle, że to nie samo strofowanie, a po prostu – naprowadzanie, kierowanie we właściwą stronę. 
Tak naprawdę, to reakcji Piotra trudno się dziwić. Po ludzku. Od 3 lat chodzi za Jezusem, jest jednym z pierwszych, którzy za Nim poszli, widzi wzrost zainteresowania Ewangelią, osobą Mistrza, rysuje się pewnie przed nim mniej lub bardziej obiecująca przyszłość. Nie wiem, czy w kontekście rewolucji, niepodległości Izraela, wyzwolenia spod panowania Rzymu. On na pewno w Jezusa wierzył i widział, jak wiele dobrego czyni, a jednocześnie – jak szybko rozrasta się liczba tych, którzy decydują się zasłuchać w to, czego Pan naucza. A tu – nagle (bo człowiek z założenia wypiera, nie zauważa tego, co niewygodne i nie pasuje do jego postrzegania sytuacji) dowiaduje się, że właściwie to ten Mesjasz idzie w znanym sobie kierunku, do Jerozolimy, aby… umrzeć? Już nawet nie dochodzi do tego magicznego na końcu „zmartwychwstanie”. Pewnie nie rozumiał. Wystarczy, że Jezus powiedział, że idzie, aby umrzeć. Zareagował bardzo po ludzku, z właściwym dla siebie wzburzeniem, ale kierując się przede wszystkim troską. Nigdy! To nigdy nie nastąpi! 
Jezus zdawał sobie sprawę z tego, że czeka Go rzeczywistość bardziej, niż trudna – wielki ból, męka i cierpienie. Rzeczywistość, jakiej nawet ci najwytrwalsi w tej chwili sobie nie wyobrażali – i, jak się miało okazać, nie umieli we właściwym momencie sprostać, bo pouciekali. To było jednak konieczne. Jezus musiał dojść pod krzyż i na nim oddać życie, aby dopiero móc zmartwychwstać. Żyjący, nie mógł by tego zrobić. Nie jest powiedziane, że musiało by dokładnie tak, że Bóg nie dał by sobie rady ze zbawieniem człowieka w inny sposób, w innej formie. Miało się to jednak wykonać właśnie tak. Dlatego tak gwałtowna Jego reakcja i tak ostre słowa. A właściwie – nic innego, jak nazwanie po imieniu stanu faktycznego – tego, że Piotr jeszcze nie potrafił patrzeć i rozumieć w perspektywie szerszej, niż tylko tutaj, dzisiaj, teraz, życie. Zapominał o tym, że sens całego nauczania Jezusa, ostateczna nagroda i cel – jest gdzie indziej, dalej, po śmierci. 
Łatwo było iść za Jezusem, gdy było pięknie, kolorowo, cudownie. Uzdrawiał, nauczał, przywracał nadzieję, wskrzeszał zmarłych, rozmnażał pokarm, odwiedzał tych najmniejszych i najsłabszych. Piotrowi łatwo przyszło wyznanie wiary w Jezusa – niestety, później równie łatwo się jej tyle samo razy zaparł. Łatwo iść do kościoła w niedzielę – ot, żeby tego wyjątkowego dnia tygodnia nie przeleżeć przed telewizorem czy komputerem. Łatwo pośpiewać Serce moje weź czy inny wzniosły tekst. Trudniej, gdy trzeba faktycznie coś z siebie dać. Schody zaczynają się, gdy człowiek zdaje sobie sprawę z rzeczywistości krzyża. Tak, zmartwychwstanie później jest ważniejsze i większe – ale do niego prowadzi droga własnego krzyża, tego samego, który niósł na Golgocie Jezus. Tego mojego. 
Jeśli jestem zbyt ślepy, zbyt zaprawiony w usprawiedliwianiu samego siebie – nic prostszego, w konfesjonale, o ile szczerze opowiem, co i jak, dowiem się, gdzie jest szczególne pole do popisu dla tego mojego zapierania się samego siebie. Przestań kraść. Porzuć tę kobietę/mężczyznę – to konkubinat – albo przysięgnijcie przed Bogiem, ślubujcie. Walcz z nałogiem – nie pal, nie ćpaj, nie onanizuj się. Co wtedy? Wtedy okazuje się, czym ma być moje pójście za Jezusem. A ma być walką, bo Jezus nie szuka bylejakości, usprawiedliwiania samego siebie, beznadziejności i braku motywacji. On sam zainspiruje cię – o ile ty zdecydujesz się na konkretne kroki. I tu nie ma innej drogi. Jeśli ktoś chce iść za Mną – to nie jest jedna z dróg, jakimi człowiek może zmierzać do Królestwa. To ta jedyna – choć dla każdego inna. 
To, że jest trudno, jest zrozumiałe. W końcu – nie będąc z tego świata, posłani z innego i do innego zmierzający – żyjemy tutaj, właśnie w nim, w żadnym innym. To jest klucz – ta optyka: nie to, co ludzkie, ale to, co Boże. Bo, czy chcemy, czy nie, stajemy się bardziej światowi. Nie musi to oznaczać od razu jakiejś tragedii – ale ten świat ze swoimi trendami, przyzwyczajeniami i sposobem bycia po prostu pociąga. Przestajemy myśleć, jak tego uczy Bóg; zaczynamy skupiać się na realizowaniu typowo ludzkich, namacalnych i materialnych pragnień; szczytem marzeń okazuje się ta czy inna zachcianka, tamten czy inny ciuch, a perspektywa kończy się nagle tutaj, w doczesności. Nie, nie chodzi o to, żeby świat zanegować, stanąć do niego bokiem, albo starać się być poza nim. Tak się nie da. Chodzi jednak o to, aby pamiętać – jesteśmy tu po drodze, przejazdem jakby, i nic stąd nie zabierzemy, poza tymi niewidocznymi owocami naszego wędrowania. 
Co ze sobą począć? Świetną radę daje Jeremiasz, z pierwszego czytania: 

Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. (Jr 20,7-9)

Pozwól się Bogu uwieźć. Daj się Bogu ujarzmić. On niczego ci nie zabierze, w żaden sposób nie uczyni cię gorszym – On tylko ubogaca. A gdy Mu pozwolisz, pokaże ci świat pełen prawdziwych możliwości. Tak, ten nasz ludzki, czasami tak obrzydliwy i brudny świat, w którym w piękny sposób można się realizować. Nie jest to, co prawda, życie w formie jednych wielkich wakacji i imprezy – ale życie w ciągłej świadomości krzyża. A jednak – na pewno będzie sensowniejsze. Zresztą – na chłopski rozum – po wakacjach zawsze czeka powrót do brutalnej rzeczywistości. Gdy jednak ta rzeczywistość będzie oswojona, bo i przemodlona, gdy będzie takim, gdy tego potrzeba, traceniem życia dla/z Jezusem, może się okazać – wzięta tak na poważnie, odpowiedzialnie – wcale nie taka straszna. A dobrze przeżyta – na pewno bardziej owocna.

Refleksje pielgrzyma

Dla odmiany – coś nie mojego. Refleksja pielgrzyma, który przeszedł – jako szef jednej z najdłuższych w tym kraju pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. Warto przeczytać. Pisownia oryginalna. 

A pielgrzymka na Jasną Górę …. 560 km

Było całkiem fajnie. Ludzie już dzisiaj dorośli do hasła PIELGRZYMKA. Idą bo mają INTENCJĘ. To już nie jest frama spędzenia wolnego czasu. Walczą w pracy i w domu o każdy wolny dzień, zeby PIELGRZYMOWAĆ. Bo maja sprawę do Matki Bożej. I to jest wspaniałe. Poświęcają swój czas, siły, zdrowie, czasami również pieniądze bo …. to jest ICH PIELGRZYMKA DO CZERNEJ MADONNY, ICH MATKI BOŻEJ. Potrzebują tylko żeby ktoś to zorganizował w naszych czasach, XXI wieku. Naprawdę było warto. Tym bardziej, ze większość Pielgrzymów to młodzi ludzie. Idą bo chcą. Nie muszą a jednak idą.

Fajnie jest być z NIMI gdy po 18 dniach wchodzą na Jasną Górę. Widzieć jak się cieszą, jak przeżywają swoją radość że doszli, ze dali radę, że mogą przez kilka zaledwie minut (po 18 dniach pielgrzymowania!) spojrzeć na obraz Matki Bożej na Jasnej Górze i powiedzieć swoje sprawy …

I jak tak sobie to czytam, albo gdy – zewsząd, tak naprawdę (nawet w TVN 24 widziałem) mowa jest o pielgrzymkach do Częstochowy, to jakoś mi tak kłuje w serduchu. Nigdy pieszej nie przeszedłem i nie zamierzałem. Ale rowerem byłe 3 razy, i były to piękne chwile, raz że między ludźmi, dwa że w bardzo niecodziennych warunkach czas do takiego targowania się z Panem Bogiem w zaciszu siodełka, w tych pustych wiejskich drogach, wykłócania się z Nim, proszenia i dziękowania. Owocny czas. Czas, na który sobie, niestety, z dzisiejszymi obowiązkami pozwolić nie mogę. Ale może jeszcze kiedyś. 

Cheesburger miłosierdzia

Dwa obrazki, sytuacje z dzisiejszego dnia. 
Obrazek pierwszy. Krótkie, w ramach tzw. przerwy obiadowej, spotkanie z kiedyś bardzo bliską osobą (żaden związek – przyjaźń). Tak, kiedyś. Osoba, która – choć niewiele młodsza – była dla mnie naprawdę wzorem i motywacją w zakresie swojej postawy wobec Boga, wiary i świadczenia o niej. Kiedyś, lat temu pewnie blisko 10. Później różnie bywało, aż do momentu, gdy podczas jednego ze spotkań usłyszałem, że straciła wiarę, że Boga nie ma, że jesteśmy przysłowiowymi kowalami własnego losu i tylko od nas zależy, co i jak robimy, tylko przed sobą z tego odpowiadamy. Jakoś tak wyszło, że kontakt – nie z tego powodu, choć mocno tę zmianę jej postawy przeżywałem – rozluźniał się, widywaliśmy się coraz rzadziej. Dzisiaj widzieliśmy się po raz pierwszy od… pół roku? Rozmowa jakby drętwa, pytania lakoniczne, standardowe. Dowiadywanie się nawzajem, kto z kim ma kontakt, co tam słychać u znajomych – a ten ma zaraz ślub, a tamta za miesiąc. Siebie przyłapałem na zadaniu raz, ją zaś – kilka razy – pytań odnośnie spraw, o których rozmawialiśmy i pytaliśmy się nawzajem poprzednim razem; czyli nawet wtedy, ani ja jej, ani ona mnie specjalnie zbyt dokładnie nie słuchała. 
 
Cieszę się, że się spotkaliśmy – bo kiedyś ta relacja fajniejsza była, a to zawsze okazja, choćby w środku, do wspomnień. Cieszę się, że tej osobie się układa – zawodowo, i (wreszcie) w związku. Szkoda, że planuje po prostu zamieszkać ze swoim partnerem, i wystarczy. Ja powiedziałem wprost – nie rozumiem, co stoi na przeszkodzie małżeństwu, skoro ludzie chcą być razem, szczególnie gdy – jak w ich przypadku – ani do związku cywilnego, ani sakramentalnego przeciwwskazań nie ma. No, poza wolą. Ona – że uważa inaczej. Cóż… Czy to ludzie się tak zmieniają? Czy poglądy ludzi się zmieniają? Czy wreszcie poglądy zmieniają samych ludzi? 
Obrazek drugi. Wracam, zadumany, z wspomnianego wyżej krótkiego spotkania. Przelotem w McDonaldzie, z pośpiechu, bo w fast foodach nie gustuję (ale jak nie wiem, gdzie zjeść, wolę iść tam, bo wiem mniej więcej, co dostanę), po kilka cheesburgerów w ramach mało zdrowego, ale szybkiego obiadu. Idę szybkim krokiem w kierunku pracy, staję na światłach. Podchodzi niepozorny, acz schludnie ubrany, choć dość lekko, starszy pan. Zaczyna od tego, że on przeprasza że przeszkadza, i czy nie poratowałbym go czymś do jedzenia, bo od rana chodzi i żebrze, i głodny jest. Pogoda pod przysłowiowym psem, duszno, ale natrętna i dość mocna mżawka. Pierwsza myśl – spławić, wielu jest takich naciągaczy. Druga – przecież to też człowiek, dobrze mu z oczu patrzy, na naciągacza nie wygląda. 
 
No i podzieliłem się z nim swoim obiadem, po pół. Na pewno jemu ten posiłek był bardziej potrzebny ode mnie. Tak, może to sposób na ukojenie swojego sumienia… Wiele razy takim ludziom odmawiam. Czemu? Pisałem kiedyś, jak kilka razy dałem, i to sporo proszącemu, po czym na własne oczy widziałem, jak szedł i przepijał te pieniądze. Może i powinienem pomagać więcej potrzebującym, choćby wspierając różne organizacje zajmujące się stałą pomocą potrzebującym – w końcu w nie tak długim czasie moje zarobki wzrosły dość mocno. Inna rzecz – potrzeby związane z większą rodziną także. Ale na pewno zrobiłem coś dobrego, i z tego się cieszę. 
 
Cieszę się, że ten pan poprosił mnie o pomoc. Ubodło, jak zaczął dziękować, a ja na to, że żaden problem. Spojrzał na mnie wtedy z wdzięcznością, ale i smutkiem w oczach – oj, panie, nawet pan nie wie, jaki to dla innych problem. Jezus dzielił 2000 lat temu chleb i ryby, karmiąc ludzi – jak tu nie podzielić się dzisiaj cheesburgerem? Okazja do gestu miłosierdzia. Oby nie ostatnia. Obym każdą potrafił wykorzystać.

Błogosławione wyczucie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. (J 12,24-26)
Czy Jezus piętnuje radość z życia, korzystanie z niego, oczywiście w racjonalny sposób? Nic bardziej mylnego. Można być człowiekiem szczęśliwym i czerpiącym z życia to, co jest naprawdę dobre i pożyteczne, będąc równocześnie człowiekiem wierzącym. A nawet wręcz – trudno było by być człowiekiem szczęśliwym i czerpiącym z życia to, co jest naprawdę dobre i pożyteczne, gdyby człowiek nie opierał się na solidnym fundamencie, nie bazował na precyzyjnej i przejrzystej hierarchii wartości. 
Bo prawdziwa radość życia to obumieranie. Człowiek czerpie największą radość z tego, że daje – a największą, gdy ofiarowuje dar z samego siebie. Wiele w nas egoizmu – sam dobrze o tym wiem, to chyba moja największa wada – ale dopiero naprawdę bezinteresowne dawanie raduje serce człowieka jak nic innego. Tu nie chodzi o nic spektakularnego, ale wkładanie serca w to, przed czym staje na co dzień – nauka, praca, rodzina, relacje z ludźmi. Nic wyjątkowego – poza autentycznością w tym, co zwyczajne i życiowe. Takie obumieranie to dopiero jest owocowanie.
Pojęcie złotego środka bardzo tutaj pasuje. Do tego, aby przynieść dobry plon, potrzebne jest wyczucie, umiar. Żadne cierpiętnictwo, ani też żadne niewłaściwie, przesadnie rozumiane korzystanie z życia. Ta nienawiść, którą widzimy w tym tekście, to nic innego niż dystans i zdrowe podejście do spraw doczesnych. One same w sobie nie są złe, wszystko zależy od tego, kto i jak do czego je wykorzystuje. Jeśli robię z nich dobry użytek, pomagam z ich  użyciem innym, czynię świat lepszym – wtedy wszystko gra. Taka zdrowa, zdystansowana nienawiść.
Taka zdrowa nienawiść to właśnie pójście za Nim. Oczywiście, są tacy, którzy decydują się na dosłowne prawie porzucenie świata, wybierając drogę doskonałości życia zakonnego. To też możliwość. My jednak, w większości, świeccy i duchowni żyjący w świecie, musimy z tym światem sobie radzić. Także obumierając, gdy to potrzebne. Dając z siebie, pozornie tracąc, aby zyskać w tym ostatecznym rozrachunku, życiowym podsumowaniu. Nienawidząc tego, co tak bardzo ludzkie i materialne, że odwraca uwagę od celu życia człowieka wierzącego. 
Błogosławione wyczucie, ot co. Podstawa postawy dobrego sługi.

Gromadzenie śmieci

Jezus powiedział do tłumów: Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. (Mt 13,44-46)

Przypowieści ciąg dalszy. Dlaczego przypowieści? Bo naszej, ludzkiej tęsknoty do Królestwa Bożego nie sposób inaczej wyrazić. Tak jak starotestamentalny Mojżesz, stajemy zachwyceni, z lśniącą twarzą po spotkaniu z Bogiem, który tak wielką nam złożył obietnicę. Naszej egzystencji tutaj, naszych potrzeb nie da się zestawić z tym, co będzie dalej, później, gdy nastąpi kres naszego życia ziemskiego. Ważne jest, że jesteśmy gotowi wiele – wszystko? – oddać, aby owo Królestwo posiąść. To dobrze, bo większej wartości nie sposób sobie wyobrazić.
I jakby od drugiej strony – nie ma innej wartości, dla której warto się tak starać. Owszem, są sprawy i sfery na pewno także istotne dla każdego z nas, jednak nie aż tak, jak ta, kluczowa – kwestia zbawienia, osiągnięcia Królestwa. To trzeba wyraźnie powiedzieć. Staranie się samo w sobie nie wystarczy – bo pozostaje tylko formą, która jest pusta, dopóki nie wypełni się jej treścią. Treścią jest to wszystko, czego się szuka. Można stracić życie na szukaniu bzdur i gromadzeniu rzeczy bezwartościowych, a można spalić się na pięknym, wytrwałym i szlachetnym poszukiwaniu spraw najważniejszych. 
Nazwij ten cel skarbem, nazwij go perłą – nazwij jak chcesz. To nie ma znaczenia. Liczy się to, że gdy tego największego skarbu szukasz sercem czystym, autentycznym, wolnym od kłamstwa, pozorów i dwuznaczności, wtedy osiągniesz cel. Dojdziesz do Niego, Boga który z otwartymi ramionami czeka na każdego z nas, stanie się dla ciebie skarbem, którego już nie będziesz musiał chować przed innymi. Bo nie jest najważniejsze to, czy opływasz w (ludzkie) skarby za życia – ale co z tym życiem zrobisz: czy wykorzystasz je do poszukiwania tego, co wartościowe, czy na gromadzenie śmieci. 
>>>
Po przeprowadzce, w nowym domu, montowanie kabiny prysznicowej, synek szaleje bo nowe miejsce. Urlop do końca przyszłego tygodnia. Szkoda, że pogoda taka… jak u schyłku lata. Choć do roboty – w porządku. 

Nie „jak” – a „o co”

Miałem już wczoraj – bo tekst z wczoraj – napisać, ale nie było jak. 

Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)
No właśnie. Pół przysłowiowej biedy więc, gdy człowiek się nie modli – po czym postanawia spróbować i zaczyna z Bogiem nawiązywać jakąś relację, stawiając pierwsze, nawet i nieporadne kroki w modlitwie. Co wtedy, gdy modlitwa jest szczera, a jednak Bóg jakby nie tylko był na jej głos głuchy, co nawet działał jakby z premedytacją wbrew woli i prośbie modlącego się? 
Bo nie znamy swoich potrzeb. Bo prosimy o to, co wydaje się potrzebne – a zwykle to nam się źle wydaje. Patrzymy na świat ze swojej, bardzo często materialnej, perspektywy – więc nic dziwnego, że prosimy o typowo materialne rzeczy i sprawy: powodzenie w szkole, awans w pracy, zaliczenie semestru, uzyskanie podwyżki, zdrowie i dobrobyt, załatwienie kredytu. Krąg spraw, które najczęściej omadlamy jest bardzo wąski. Jakby człowiek żył tylko tym, co namacalne. Nic dziwnego, że Bóg tak wybiórczych próśb nie wysłuchuje tak samo jak modlitw tych, którzy potrafią pamiętać o wszystkich potrzebach – tak materialnych, jak i duchowych – i o nie wszystkie prosić. Żyjemy przecież w świecie materialnym, a jednak wyraźnie przez wiarę ukierunkowani ku górze, ku zbawieniu, jakie wysłużył na krzyżu Jezus. Dopiero, gdy o tym pamiętamy i staramy się tak żyć, aby tego finalnego celu nie tracić z oczu, można myśleć o sprawach dalszych, typowo ludzkich. 
Trzeba powiedzieć wyraźnie – nie jest złym, że człowiek troszczy się o kwestie związane z codziennością, tzw. życiem, czyli regulowanie płatności, dach nad głową, sprawy bytowe, jedzenie, opłaty itp. Bez tego nie da się żyć w świecie – a my w nim, tu i teraz żyjemy, więc trzeba sobie radzić. Chodzi o to, aby umieć właściwie rozłożyć akcenty – także w modlitwie – i prosić Boga nie tylko o to, co namacalnie przyda się w tym ziemskim życiu tutaj (jakieś, takie czy inne, dobro, przeliczalne na korzyści materialne), ale także łaski gołym okiem niewidoczne, a o znaczeniu bardzo ważnym dla człowieka wierzącego, który kroczy ku zbawieniu – wytrwałość w wierze, niechęć do grzechu, miłość, bezinteresowność, miłosierdzie; dużo by wymieniać. 
Można być człowiekiem najbardziej nawet wierzącym, a błądzić w modlitwie, szczerej do bólu, bo kierując ją od czegoś, co ma marginalne znaczenie, a pomijając sprawy istotne. Można być zagubionym, daleko od Boga, i jednym prostym westchnięciem Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną wyprosić dla siebie łaski, co do których potrzeby człowiek w ogóle nie zdawał sobie sprawy. 
>>>
Dygresja. W dzisiejszym tekście znajdujemy słowa Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! W firmie dzisiaj – nieprzyjemna sytuacja. Pewien dziwak znalazł zdjęcia jednej z nowych koleżanek, i w firmowej liście dyskusyjnej porozsyłał jej zdjęcia (żadne sprośne – po prostu dorabiała wcześniej jako modelka do reklam), i z bardzo niskich lotów komentarzem rozesłał do wszystkich. Oczywiście, do samej zainteresowanej także to dotarło. 
Jak często ludzie, dla głupiej chwilowej radochy (bo nie można mówić o radości), robią rzeczy po prostu podłe i zupełnie nieprzystające. Jedno dobre – o ile tolerancja na różne rzeczy na owej liście dyskusyjnej jest zwykle bardzo (jak dla mnie – za) duża, to tym razem reakcja większości była zdecydowanie pozytywna.

Jak ten ptak powietrzny, jak ta lilia polna

Pisanie bloga z pewnością zawodem nie jest (w każdym razie w moim wypadku), natomiast z uwagi na fakt, iż przyjąłem pewną systematyczność, której dotąd staram się trzymać, tj. wpis co 2-3 dni – wypada wyjaśnić powody dłuższej ostatnimi czasy absencji. Ostatni tekst napisałem 17.02, dzisiaj mamy 27.02. Niestety, znowu mnie zmogło – trzecia odsłona bakteryjnego zapalenia gardła, która dopadła mnie w poprzedni czwartek. Z uwagi na absolutny brak siły na cokolwiek, także pisanie nie wchodziło w grę. Niby od 2 dni dobrych lepiej było, ale jakoś się zebrać nie mogłem…
Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy. (Mt 6,24-34)
Bardziej niż niedawno, bo 3 wpisy wstecz, było o ewangelicznym radykaliźmie: tak, tak; nie, nie. Dzisiaj właściwie sens tekstu jest ten sam. Nie można – tzn. można, ale to niezdrowe mocno – żyć w duchowej schizofrenii. Nie chodzi tu bynajmniej o jakieś konieczne i absolutnie wymagane ubóstwo, bo tylko tak można osiągnąć zbawienie… Nie. Chodzi o to, jak ta moja piramidka, potocznie zwana hierarchią wartości, wygląda. A wyglądać prawidłowo powinna tak, że na jej szczycie winien być Bóg. Wtedy, jak to mówią, cała reszta także będzie na swoim miejscu. 
To jest bardzo często popełniany błąd. Bóg nie boi się żadnej, niczyjej – niczego – konkurencji – kasy, władzy, posiadania. On ma być niezmiennym trwający we wszystkim, pomiędzy wszystkim i nade wszystko punktem odniesienia. To żadne zniewolenie, jak niektórzy chcą widzieć, ale wielka wolność. Świadomość, że nade mną jest tylko On – nikt więcej, nic więcej. Ja i On. On – wielki, wszechmocny, nieogarniony i niezgłębiony. Ja – mały, zwykły, upadający, błądzący, a jednak tak bardzo i niezmiennie, jakby wbrew samemu sobie czasami, ukochany. Jak taki ptak, o którego Bóg się troszczy, jaki by on nie był.
To nie znaczy wcale, że mamy wszystko olać, i po prostu niech się ten Bóg wykaże, skoro w Niego wierzę. Mamy się starać, mamy dbać o siebie (zdrowie, zachowanie formy i sprawności), mamy się troszczyć o zaspokajanie faktycznych potrzeb, o to co potrzebne mnie samemu i rodzinie. To normalne, naturalne, i jest przejawem zwykłej odpowiedzialności, czy człowiek wierzy, czy nie. Chodzi o to, aby te sprawy nie stały się celem samym w sobie. Tak wiele osób naokoło jakby wyznawało kult ciała, albo pieniądza czy po prostu władzy – oczywiście, w imię dbałości o siebie, o robienie czegoś dla siebie. Taaak… Każdy pretekst dobry, wszystko da się uzasadnić. Jak jest naprawdę, każdy widzi. A chrześcijanin, człowiek wierzący, ma widzieć i rozumieć tym bardziej. Bóg najpierw – reszta później. 
Zastanawia mnie takie sformułowanie – zbytnio – które w tym, niezbyt długim przecież, tekście pojawia się aż 4 razy. Ono sugeruje, jakoby człowiek nie powinien troszczyć się, dajmy na to, o swoje życie – ale zbytnio. Czyli nie pozostawić wszystkiego w całości Bogu – ale jakby jednak się zabezpieczać. W GN możemy przeczytać, że jest to jedna ze zmian, jaka pojawia się w polskiej Biblii Tysiąclecia; zmiana, która nie znajduje uzasadnienia w oryginale, bo tam owo zbytnio nie pojawia się w ogóle. Nam taki, niby niewielki, dodatek pasuje, bo pasuje do takie asekurowania, jakie lubimy uskuteczniać. Wierzę Ci, Boże, ale jakby co, to mam małe zabezpieczenie. Niuans biblisty, tłumacza, tak dobrze odzwierciedlający nasze ludzkie lęki. 
Bóg wie, czego potrzebujemy. On jeden wie to na pewno, i wie to bezbłędnie – w przeciwieństwie do nas, którym na różnych etapach życia wydają się różne rzeczy, które potem to życie weryfikuje, poprawia i koryguje. On zawsze wskaże tam, gdzie trzeba. Stąd te słowa – Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. To są priorytety – Królestwo Boże i zabieganie o Jego, Bożą sprawiedliwość tutaj, żyjąc na ziemi. Troska o tyle innych, przecież także ważnych, spraw – rodzina, zdrowie, środki do życia – to też kwestie istotne, ale zabieganie o nie nie może zastępować tego, co najważniejsze, tych priorytetów: Królestwa i sprawiedliwości Bożej. 
Czym jest Królestwo Boże? Jest w nas i wokół nas. Gdzie? W tym, że z jednej strony ja – Ty i każdy z nas – może zwracać się do Boga per Ty, Ojcze, wiedząc że łączy go z Bogiem relacja wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, intymna; a z drugiej strony – żyjąc w tej relacji z Bogiem – jesteśmy częścią wielkiej wspólnoty Kościoła, ludzi złączonych tą samą wiarą, nadzieją i miłością. Wspólnoty, która przetrwała przeszło 2000 lat, i trwa nadal, świadoma dziedzictwa, tradycji, a jednocześnie tak bardzo zakorzeniona tu i teraz. Dzisiaj. Bo szkoda czasu, aby troszczyć się o jutro. To trzeba pozostawić Bogu.

Czy tylko dura lex, sed lex?

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie zabijaj”; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj. Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz. Słyszeliście, że powiedziano: «Nie cudzołóż*. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już w swoim sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. Powiedziano też: «Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy». A Ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę, poza wypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa. Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: «Nie będziesz fałszywie przysięgał*, «lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi*. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi». (Mt 5,17-37)
To tekst bardzo ważny, pochodzi z niedzielnej liturgii słowa (jak zwykle jestem do tyłu). Ważny, bo ukazuje pewną wyraźną i jasną ciągłość. Jezus nie przychodzi ni stąd, ni zowąd, i nie wprowadza jakiegoś zupełnie nowego systemu praw, nakazów i zakazów, obcych dotąd człowiekowi, Narodowi Wybranemu. Jezus przychodzi wypełnić to wszystko, co o Mesjaszu zostało już powiedziane w pismach i tekstach proroków. Przychodzi jednak również, aby przypomnieć o prawie, o przykazaniach – a może przede wszystkim: wskazać, że nigdy nie straciły one na wartości czy znaczeniu, i nigdy nie stracą, tylko często wykorzystywane są przez niektórych instrumentalnie i zupełnie przeinaczane; że samo literalne odmienianie przykazań przez przypadki nie wystarczy, aby być wielkim w królestwie niebieskim.
Czy o same przykazania, o prawo chodzi, o to dokładne jego przestrzeganie? Gdzie indziej  (Mt 12, 1-8) przecież powie, że On sam jest Panem szabatu, a morał tamtej nauki będzie taki, że prawo jest dla człowieka, a nie człowiek dla prawa. Nie oznacza to jednak przyzwolenia na lekceważenie prawa jako takiego, na wybiórcze wyrywanie z kontekstu tych jego zapisów, które w danym momencie wydają się użyteczne i stanowią potwierdzenie dla mojego postępowania czy stanowiska, przy równoczesnym pomijaniu tych innych, wobec których moje zachowanie i decyzje stoją w sprzeczności. Chodzi o co? O mądrość, o której Paweł mówi w II czytaniu (1 Kor 2,6-10). Tą mądrością kierując się, musimy umieć zachować właściwe proporcje pomiędzy tym, co prawo nakazuje, a człowiekiem z jego potrzebami w konkretnej sytuacji, w jakiej się znajdziemy. 
Jezus poświęca te słowa postawie bardzo ważnej, o której dzisiaj chrześcijanie często zapominają – radykalizmowi. Chrześcijaństwo, przynależność do Kościoła, o wyzwanie i rola dla ambitnych, a nie byle jakich, bez ambicji i zapału. Owszem, do doskonałości każdemu z nas bardzo daleko, ciągle wytrwale ku nim dążymy – ale trzeba powiedzieć jasno: sam fakt tego, że nie robię czegoś bardzo złego, nie oznacza że jestem wybitnie dobry, święty. Zwyczajność najczęściej to bylejakość, stan w którym pewni właściwości swojego postępowania po prostu osiadamy na laurach, spokojni o swój los; przestajemy się starać, przekraczać siebie, zadowoleni z tego, jak jest, bo przecież nic złego nie robimy. 
Przykłady mamy podsunięte pod nos. Piąte przykazanie zakazuje zabijania – a Jezus idzie dalej: zakazuje gniewu i sporów, zakazuje wręcz posłużenia się wobec drugiej osoby sformułowaniem niegodziwiec (bo tak należy tłumaczyć owo raka), posługując się sformułowaniem odnoszącym się do rodziny, które należy rozumieć szerzej – rodziny Kościoła, rodziny wszystkich ludzi. Dzisiaj przecież coraz więcej waśni i sporów  rodzinach, o majątek, o pieniądze, o korzyści. To jest coś, o czym bardzo często zapominamy. Nie można modlić się do Boga w sposób Jemu miły, gdy gdzieś tam, nawet głęboko, w sercu płonie gniew, złość, złe emocje. Aby Bóg mógł mieć upodobanie w modlitwie człowieka – konieczny jest pokój w sercu modlącego się, pokój którego nic nie mąci. Dopiero modlitwa takiego człowieka ma jakikolwiek sens. Nie chodzi przecież o modlenie się dla samego modlenia. 
Szóste przykazanie zakazuje cudzołóstwo. Ktoś powie – jestem wierny żonie, nie spałem z inną, nie zdradziłem jej – więc o co chodzi? Cudzołóstwo to nie tylko fizyczne zbliżenie, akt płciowy. Składamy się przecież z ciała i myśli, emocji. Cudzołożyć można także myślą, kierując je w konkretnym kontekście pod adresem danej osoby. Zgadza się, są osoby, które swoim strojem, zachowaniem, sposobem bycia do pożądliwych myśli prowokują – ale to żadne usprawiedliwienie. Albo to, że większość ludzi tak właśnie dzisiaj żyje – na próbę, żeby się poznać, bo przecież np. data ślubu i tak ustalona. I co z tego? To ludzie próby usprawiedliwienia samego siebie – ale dalej cudzołóstwo. Jezus mówi o drastycznym rozwiązaniu – dosłownym usunięciu danego członka, który jest powodem grzechu. Nie wydaje mi się, żeby chodziło o to, abyśmy się okaleczali (np. uciąć rękę, jak ktoś ukradnie coś ze sklepu – kary mutylacyjne na szczęście mamy już za sobą) – a o zdecydowaną, znowu radykalną, postawę odcięcia się od grzechu. Gdzie, jak? Sakrament pokuty i pojednania. Klękam przed Tobą, Panie, w swojej słabości, unurany grzechami – i proszę, abyś na nowo mnie oczyścił, bo z tym całym syfem nic nie chcę mieć wspólnego, postanawiam poprawę. 
Na końcu jest mowa o wartościowaniu słów, przysiąg. Pewnie każdy z nas widział, jak różne osoby, mniej lub bardziej słusznie o coś oskarżane, zaklinają się na wszelkie świętości, na groby rodziców itp., próbując w ten sposób uwiarygodnić swoje stanowisko. Nie cenimy słów i lekkomyślnie się nimi posługujemy – a to przecież nic innego, jak wykroczenie przeciwko II przykazaniu. Bóg nie jest po to i od tego, aby potwierdzał nasze kłamstewka i podpierał to, co przez nas wypowiedziane samo w sobie jest tak mało spójne, że się po prostu sypie. Im bardziej ważna i delikatna materia – tym trudniej się przyznać, że znowu dałem ciała. Ale trzeba. Żeby być jednoznacznym, transparentnym, czytelnym. Albo tak, albo nie. Nie ma być nic pomiędzy, pośredniego. Bóg, sam i w swoim Synu, był tak wyrazisty i jasny, że Jego naśladowcy nie mogą być nijacy, niezdecydowani, po prostu mdli i niezrozumiali. 
Czy to jakieś nowe obostrzenia, nowe zakazy, które mają nas ograniczać? Nie! To nic nowego. To przypomniane, i dobrze, słowa jakie Mojżesz otrzymał na dwóch tablicach. A dokładniej – jakby instrukcja, w jakim (czyim – Bożym) duchu kierować się w ich interpretacji i stosowaniu, praktykowaniu. Tak naprawdę, my to wszystko wiemy, mamy je wyryte w sercu. To, że Bóg jasno o nich przypomina – to nie po to, aby nas dołować czy deprymować, ale aby przypomnieć o nich. W głębi serca sami mamy wyrzuty sumienia, czasami trudne do zrozumienia i zidentyfikowania – On pomaga nam je kreatywnie ukierunkować, zrozumieć i wyciągnąć wnioski. 
Czy Boże prawo jest trudne? Według mnie – nie – ale może nie jestem obiektywny jako osoba wierząca, która lepiej lub gorzej stara się tego prawa trzymać. Ale też mam problemy, też upadam, też mi głupio gdy raz po raz klękam przed Bogiem w konfesjonale, i nie raz muszę się powtarzać w stosunku tego, co wyznawałem przy poprzedniej spowiedzi, a przecież wtedy już obiecywałem poprawę… Boże prawo jest bardzo spójne i konkretne, choć wymagające. Bóg nic nam nie komplikuje. Wskazuje po prostu na to, w jakim – czyim, Jego – Duchu (dlatego z dużego D) interpretować przykazania i wszystkie inne wskazówki ewangeliczne. Pokazuje palcem – faryzeuszy – mówiąc nie tędy droga. To są ograniczenia, fakt, ale nijak nie przez Boga nałożone, ale przez ludzi, którzy prawa Bożego nie rozumieli i na swój sposób je wypaczali, kierując się tylko literą i umysłem, pomijając serce. Nie bez powodu Augustyn z Hippony powiedział: Kochaj, i rób co chcesz. Miłość jest potrzebna, jest ważna – także do czegoś tak typowo prawniczego jak przykazania.
Po co to wszystko? Bo mamy wybór. Bo Bóg, co podkreślam raz po raz, nigdy się nie narzuca i nie stawia człowieka przed murem. Jeśli myślę, że pod nim stoję – to źle widzę, albo sam się pod niego doprowadziłem.  Bóg wskazuje drogę, pokazuje czym się kierować – jednak decyzję, wybór, musimy podjąć sami, i to nie słowną deklaracją, ale tym, jak i dokąd przez swoje życie przejdziemy. Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania: a dochować wierności jest Jego  upodobaniem. Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane. (Syr 15, 15-17) To, co z przykazaniami zrobimy, w jakim duchu będziemy je odczytywać i jak będziemy stosować, no i czy w ogóle – od tego zależy, jakiego wyboru dokonamy. Życie czy śmierć? Tu jest prawdziwa mądrość, przejawiająca się w wyborze. Niby tak oczywisty – czy jednak na pewno?

Krótkie podsumowanie. Wszystko będzie Miłością Bożą.

W tym roku, wbrew temu co pisał w okolicy wakacji Dudi, mam czas na pewne podsumowania i zamknięcie tego roku. Trudno by mi było nawet próbować zabierać się za to w połowie roku.
Czemu tak? Na pewno przez…? dzięki? chorobie. Siedzę sobie sam w sumie czwarty już dzień, nigdzie mi się (pierwszy raz od dłuższego czasu) nie spieszy, wstaję kiedy chcę (choć śpiochem nie jestem), i mam czas nad podgonienie z wieloma sprawami, na które w normalnych okolicznościach przyrody nie miałbym czasu:
  • porządek w książkach
  • porządek w płytach z filmami, wypalanie wreszcie sterty tych już obejrzanych, które tylko dysk zawalają
  • porządek na komputerze
  • cerowanie ciuchów – dopiero jak się człowiek przyjrzy na spokojnie, widać co i gdzie się podarło
  • i inne, mniejsze sprawy, których nie pamiętam – ale jak się za nie zabrałem, to uświadomiłem sobie, że powinienem był je dawno zrobić.

Nie jest źle, gdy chodzi o zdrowie. Kaszlę właściwie sporadycznie, głównie jak w nocy wstanę do toalety (jak się leży = to się kaszle; przez sen się nie kaszle, ale jak się wstanie i przejdzie, a potem położy = to już się kaszle). Poza tym generalnie jest w porządku. Nabyty świeżo nowy (po stłuczonym w piątek) termometr rtęciowy, unijnie zakazany (sprzedaż do wyczerpania) działa, jak powinien – i nie uwierzę, że wczoraj rano miałem niby 32.3 stopnie (jak wskazywał termometr cyfrowy), a po południu 36.4 (rtęciowym). Zresztą pani w aptece też potwierdziła, że te cyfrowe pokazują różne rzeczy, ale na pewno nie właściwą temperaturę. Wszystkie medykamenty posłusznie łykam, ale antybiotyk w sumie jeszcze na 3 dni (do niedzieli włącznie). W poniedziałek w sumie powinienem do pracy pójść, właściwie z marszu – zobaczymy. Bez sensu, żebym poszedł niedoleczony, i padł znowu.

Jaki był ten rok? Na pewno był udany i ciekawy, nie mogę powiedzieć. Gorący okres szukania pracy i jej upragniona zmiana pod koniec lutego. Jak na razie – świetnie jest, czekam w maju na umowę na czas nieokreślony, a nawet na premię (sporą) się załapałem ostatnio. Warunki – różnica: niebo a piekło. Ogólnie w roku najpierw czas spokoju i powoli zmierzania się z decyzją – czy aplikacja, jaka, kto… 
Potem upragniony wypad do Turcji w czerwcu. I wielka radość niedługo po powrocie, kiedy dowiedzieliśmy się, że będziemy rodzicami, bo z Turcji wróciliśmy już w trójkę. Od tamtej pory – coraz bardziej przygotowywanie się na małego człowieczka, który coraz bardziej śmiało urzęduje w brzuszku żonki. Czytanie, rozmowy na ten temat, podpatrywanie przyjaciół którzy sami mają już dzieciaczki. No i gromadzenie – kosztowne zazwyczaj, choć strasznie przyjemne – poszczególnych sprzętów, ciuszków, środków do pielęgnacji. Niedługo – zakupy wózka i łóżeczka. W takiej sytuacji człowiek chce być po prostu lepszy, bardziej dojrzały – żeby temu maluszkowi było lepiej, żeby nie brakowało mu miłości, troski, opieki i dobrych wzorców. Żeby wychowanie go było nie przykrym obowiązkiem, ale wielką, choć na pewno męczącą, radochą. 
Na przełomie lata i jesieni – wytężony, choć chyba spóźniony okres nauki… i porażka na egzaminie wstępnym na aplikację radcowską. Chyba łatwiej było, gdy wiedziałem, że mi zabrakło – niż gdy dowiedziałem się, ile zabrakło. Bo zabrakło 1 punktu. Odwołanie wysłałem, w skrzynce na dniach znalazłem awizo – decyzja z MS, na bank, jak u wszystkich, podtrzymująca bezzasadną decyzję o nieprzyjęciu na aplikację, pomimo oczywistości kilku błędów (podczas gdy mnie wystarczy uznanie 1 z nich). Czyli – perspektywa dalszej walki, bo im nie odpuszczę, i napisania skargi do WSA. Dla zasady. A swoją drogą – trzeba się będzie przygotowywać systematycznie, od początku roku, po kawałeczku. 
Ruszona sprawa mieszkaniowa, wreszcie. Ciężko było, potrzeba było gorzkich rozmów w domu – ale temat ruszył, i stało się jasne, że nie mamy co liczyć na uzyskanie całości kwoty ze sprzedaży mieszkanka, w którym teraz mieszkamy. bo ojciec nie ma za co sfinansować jakiś kąt na start brata. Tak, boli, bo zarabia (i to nie od wczoraj) tyle, że jakby chciał, to by każdemu z nas kupił małe mieszkanie. Ale najwyraźniej nie chciał, nie myślał o tym – w każdym razie nic z tego nie będzie. Tym bardziej utwierdziło nas to w przekonaniu, że mieszkanie to trzeba jak najszybciej sprzedać, i mój udział uzyskany z tego wrzucić jako wkład w kredyt, i kupować dwupokojowe mieszkanko, już naprawdę (od strony prawnej) nasze, gdzie maluszek będzie miał swój kąt. I dobrze. Skoro nie ma żadnej szansy na uzyskanie własności całości tego, gdzie teraz jesteśmy – to nie ma na co czekać. A kredyt nawet lepiej, że od razu weźmiemy – zdolność mamy teraz, więc im później weźmiemy, tym mniejsza zdolność (okres do potencjalnej emerytury) będzie. 
Jest nam ze sobą baaardzo dobrze. Widzę to przede wszystkim – ale nie tylko – teraz, gdy nie widzę mojej żonki już któryś dzień z rzędu. Gdy nie mogę przytulić jej, ani pogłaskać małego przez jej brzuszek. Owszem, dzwonimy kilka razy dziennie – ale to nie to samo. I to jest chyba najważniejsze. Im dalej, tym lepiej – chociaż wcale nie jest i nie musi być łatwiej. 
Jak tak patrzę na nas, a czytam i widzę sporo, co się dzieje naokoło – to jesteśmy bardzo szczęśliwi, mamy bardzo dużo i mamy za co Bogu dziękować. Jesteśmy wdzięczni i każdemu z osobna życzymy, aby kolejny rok był po prostu jeszcze lepszy niż dotychczasowy, otwierał nowe możliwości i perspektywy, tchnął nadzieją. 
A plany, marzenia?
  1. przygotować wszystko i urodzić synka naszego 
  2. sprzedać obecne i kupić nowe mieszkanie
  3. dostać się na aplikację
  4. poszukać żonce lepszej pracy (po urlopie macierzyńskim)
Będzie dobrze 🙂 Bawcie się dobrze, z uśmiechem i nadzieją, a nie uprzedzeniami i żalem, wchodźcie w nowy, 2011 rok!

edit 31.12.2010
Rzadko kiedy coś dopisuję – ale to wyczytałem przed chwilą, i jest genialne. Mistrz Jan Twardowski, jak zwykle bezbłędny:

Bóg nie zakończył swojego czasu. Dalej przychodzi z darem czasu dla nas. Kto jak kto, ale chrześcijanie nie powinni smucić się w ostatnim dniu roku, nawet jeśli nie pójdą na bal. Nie powinni mieszać w grzechach jak w starych śmieciach, dlatego że przychodzi nowy rok miłości Bożej, rok nowego miłosierdzia Pańskiego. Cokolwiek nowy rok przyniesie, czy zdrowie, szczęście, pomyślność, czy choroby, śmierć, przeciwności, czy łaskawą pogodę z romantycznym śniegiem, czy złą, w której dziewczynka z zapałkami zamarzła na kość – wszystko będzie Miłością Bożą. 

Na początku roku znów pokaże się rzetelna gwiazda, zawsze o tej samej porze i w tym samym miejscu – gwiazda, która uczy mędrców kłaniać się Bogu. Potem przyjdzie Jezus wielkopostny z rekolekcjami dla każdej duszy, potem Wielki Piątek z przebaczeniem dla wielkich grzeszników, po nim Wielkanoc z tą prawdą, że śmierć złamała kosę, wreszcie wszystkie tygodnie po Zielonych Świętach ze światłem Ducha Świętego, który oświeca. 

Tyle jeszcze będzie można naprawić w życiu, bo Bóg znów przychodzi z darem czasu. 

Owocnego wykorzystania tego daru życzę nam wszystkim!