Źle

Miało być o niedzielnej uroczystości Trójcy Świętej (odpust w mojej rodzinnej parafii), o tym że Bóg to nie jest siwy staruszek, chłopak z brodą i gołąb – a niepojęta tajemnica, której człowiek może zaledwie uszczknąć swoją wiarą i nic więcej, i o tym że tę prawdę, rzeczywistość Trójcy można zgłębić jedynie naprawdę odnajdując się w Kościele, a nie fantazjując, krytykując i komentując wszystko z pozycji widza, a nie członka wspólnoty.
Miało, bo chciałem to napisać w okolicy weekendu. Nie mam na to czasu, bo w pracy szef z lubością wymyśla kolejne rzeczy do zrobienia dla mnie, a ja siedzę i robię. Wczoraj do przeszło 19 (fakt, że dopiero po zajęciach przyjechałem), dzisiaj też zapowiada się długo. Jak bym nie napisał – coś uzupełnić, zmienić; zwykle dlatego, że nieprecyzyjnie się wyraził odnośnie tego, co ma być zrobione. A wyraża się… mailami (siedząc koło mnie na wyciągnięcie ręki, biurko obok), praktycznie się nie odzywa (do mnie – bo do reszty osób z działu jak najbardziej). Taki, w moim odczuciu, ostracyzm. I chyba celowe działanie mające mnie zmobilizować do rezygnacji. Spokojnie, sam do tego doszedłem, i szukam po prostu nowej pracy – nie mogę sobie pozwolić po prostu na odejście i dopiero szukanie (rodzina, kredyt). 
Sytuacja jest nieznośna. Ja rozumiem – wymagania – ale w tym działaniu i w podejściu do mnie widzę pewną złośliwość, i na pewno niechęć. W efekcie – nie mogę znieść, jak tam idę i siedzę, denerwuję się że zaraz znowu coś wymyśli, a poza pracą życia jest niewiele. Przychodzę do domu późno, zmęczony i zdenerwowany (mimo że nieco powietrza ze mnie po drodze schodzi). Żona też źle to znosi – prawie codziennie musi małego odbierać od teściów sama, sama wracać, sama go myć i usypiać, a potem siedzieć sama czekając na mnie. To ma być życie? To bezsensowna wegetacja.
Nawet na Mszę nie mam czasu iść w tygodniu. Chyba ze 3 tygodnie nie byłem, poza niedzielami oczywiście. Brakuje mi tego. Ale nie mam jak. Dzisiaj z rana poszedłem, u nas. Cicha Msza, szybka. Posiedziałem trochę wcześniej, pozawracałem Bogu głowę moimi sprawami, pożaliłem się i poprosiłem o pomoc. Pewnie, dziesiątkę różańca staram się codziennie odmówić w drodze, ale to nie to samo, co zaduma na Mszy albo w ogóle w kościele. 
Zmówiłem przed Mszą jutrznię (brewiarz.pl to przydatny serwis – wystarczy mieć internet w komórce), i jak zwykle zobaczyłem, że w pewnych słowach moja sytuacja po prostu się odbija:

Przeniknij nasze umysły,
Nad całym pochyl się życiem
I zniwecz Twoją światłością
Próżnego serca złudzenia. (hymn jutrzni)

Jest naprawdę psychicznie ciężko. Dlatego proszę o modlitwę i znalezienie innej pracy.

Słucham

Nie jest zbyt dobrze.
W ciągu ostatnich 2 tygodni posypało mi się w pracy, która wydawała się być szczytem i spełnieniem marzeń w zakresie tego, co człowiek w moim wieku może osiągnąć i jakie to może dawać perspektywy. Fajny czas w dziale powiedzmy pośrednim jeśli chodzi o zainteresowania, po czym idealnie pasujący w czasie transfer do działu docelowego, najsensowniejszego, a potem dostanie się jeszcze na aplikację. No, bajka, ciężka ale zapowiadająca sensowne wyniki po 3 latach godzenia pracy z aplikacją (1 dzień wykładów właściwie cały rok poza wakacjami, no i praktyki przez 3 m-ce po 1 dniu w tygodniu). Więc zasuwam, 2 dni w tygodniu przychodzę do pracy po zajęciach aplikacyjnych. 
Nie wiem, o co chodzi. Wprost z szefem (a co najgrosze – także patronem) starłem się raz, ale w styczniu, przy czym obydwoje mieliśmy świadomość, że to ja miałem rację. Nie podkładałem się, nie wychylałem – robiłem swoje. Pretekst przyszedł w tym tygodniu, kiedy „nie wykonałem zadania”, które nie dość że czasowo, to jeszcze dla mnie w ogóle nie było wykonalne. Nie znalazłem tych materiałów, bo nie potrafiłem, o czym – mając świadomość, że potrzebuje ich w konkretnym terminie – powiedziałem wprost. No i była rozmowa w cztery oczy, w której dowiedziałem się, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, że za mnie osoba X z działu musiała tego szukać, i jeśli jeszcze raz tak będzie, to on sobie „nie wyobraża możliwości dalszej współpracy”. Przekaz jasny. Wyraziłem zdziwienie dla faktu porównywania moich umiejętności do umiejętności osoby z dobrym kilkuletnim doświadczeniem w branży – na co dowiedziałem się, że „to nie jest szkoła, studia, tylko praca”.
Przy okazji usłyszałem, że jestem niepoważny, skoro (było to ze 3? miesiące wstecz) zadzwoniłem kiedyś i wziąłem urlop na żądanie, bo malutki się pochorował. Zdębiałem, jak to usłyszałem. I że jak ja śmiałem zadzwonić do innego starszego pracownika, kiedy tydzień temu w poniedziałek przyszedłem później do pracy, bo musiałem iść do dentysty w poniedziałek rano, po weekendzie z bolącym zębem. Nie zadzwoniłem do niego, bo był za granicą na urlopie, i – słusznie? – uznałem, że w tej sytuacji nie ma sensu dzwonić do niego, tylko do osoby będącej na miejscu w pracy. 
Ja mam dość. Facet jest rozgarniętym prawnikiem z dużo większym od mojego doświadczeniem, więc przy odrobinie wysiłku i tak się mnie stamtąd pozbędzie, jak się uprze. Poza tym absolutny pracoholik – więc nie zrozumie człowieka, jak ja, z inną hierarchią wartości, dla którego rodzina to nie tylko przykry obowiązek na weekend. A ja po sądach nie zamierzam się w takiej sprawie ciągać, szkoda czasu. Psychicznie natomiast mam dość – niedobrze mi się robi, kiedy myślę o pracy albo muszę do niej iść. Jedyny (…) problem – szansa na to, że gdziekolwiek zaoferują mi podobne zarobki, jest żadna. A kokosów nie zarabiam, wystarczy akurat – i teraz gdyby tego miało być kilkaset złotych mniej – mogło by być za mało. Nie mówię o żadnych ekstrawagancjach – normalne życie rodziny z małym dzieckiem, żadnych kulturalnych eskapad czy corocznych zagranicznych wakacji. I to zmusza do zastanowienia przed jakimkolwiek ruchem – odpowiadam za nas wszystkich, za żonę i za maleństwo nasze. We dwoje byśmy sobie dali radę, bez problemu, ale jest jeszcze nasz D. Nie wnikam, czy – jak niektórzy mówią – to chwilowe zachowanie, czy nie. Ja w takich warunkach nie chcę pracować. 
W piątek miałem dzień praktyk, zjechałem rano w okolice sądu, i tak się złożyło, że nogi zaprowadziły mnie do… kościoła od kilku lat będącego w praktyce kaplicą wieczystej adoracji, gdzie dobre 20 albo i więcej lat temu prowadzała mnie śp. babcia na msze dla dzieci. Po drodze – w głowie cały czas tekst i melodia „Oczekuję Ciebie, Panie” TGD, jakoś sama przyszła. Dziwne takie wspomnienia, przez mgłę. A w ogóle -był to dzień moich urodzin. Pomodliłem się chwilę – pozytywna obserwacja: mimo Palikotów i innych tej maści oszołomów, przez te kilka minut przez kościół, choćby na jedną zdrowaśkę, przewinęło się naprawdę dużo ludzi; i więcej młodych, wyraźnie w drodze do szkoły/pracy niż starszych. I tak się zastanawiałem nad tym, gdzie jestem, co się dzieje, przed jakim wyborem może przyjść mi stanąć. Nie mogę narzekać – mam wszystko, co jest mi potrzebne, i to wystarczy. Pojawia się jednak zagrożenie, że coś tym porządkiem może zachwiać… i wchodzi strach. Mimo, że na każdym kroku przekonuję się, że On czuwa i jest obok (np. kończą się pieniądze – tego samego dnia telefon ze sklepu, gdzie reklamowałem pewną rzecz, że jest zwrot pieniędzy; albo bardziej niż błyskawiczne załatwienie sprawy zwrotu podatku w skarbówce). Ale strach się pojawia. 
Nie napiszę nic o dzisiejszej Ewangelii – choć to Niedziela Zesłania Ducha Świętego – ale odsyłam do świetnego tekstu x Macieja Pohla z Mateusza (pierwszy do liturgii dnia, nie mszy wigilijnej). Ostatni akapit:

Musi być tylko spełniony jeden warunek: trzeba wierzyć w Chrystusa, oddać Mu siebie. Dopiero wtedy będziemy potrafili zbliżyć się do Niego i właśnie u Niego szukać pomocy, będziemy umieli powiedzieć Mu o swoich pragnieniach i potrzebach. I także wtedy będziemy potrafili przyjąć pomoc, jaką nam ześle – swojego Ducha.

Wołałeś, zapraszałeś, jestem. W Tobie jest światło, Twój Duch uskrzydla człowieka. Słucham.  

W lustrze Boga

Jezus powiedział do Nikodema: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,16-21)

Bardzo często brakuje nam tego ujęcia, świadomości tej perspektywy. Zdarza się, że przypominamy sobie o tych Bożych słowach: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Bóg kocha, i to wystarczy, o ile człowiek tylko uwierzy w zbawienie ofiarowane przez Niego.
Jezus tłumaczy to w bardzo prosty sposób. Nie jest tak, że Bóg jest wielkim złym sędzią, który skrupulatnie do  przesady rozlicza każdego człowieka z tego, co i kiedy w życiu zrobił. Sąd nastąpi w znanym tylko Bogu terminie, ale w pewnym sensie będzie tylko formalnością. Wyrok na samego siebie wydajemy tym, co i jak robimy, wczoraj, dzisiaj i jutro. Sąd wydajemy sami na siebie w zależności od tego, jakich wyborów dokonujemy i jakie decyzje podejmujemy. Nigdy nie jest tak, że nie ma wyboru – zawsze są co najmniej 2 możliwości: światło i ciemność. A w dniu sądu – pozostaje niezmierzone Miłosierdzie Boga Ojca. 
Bez względu na to, co deklarujemy, co mówimy – liczy się to, co robimy. Można być dzień w dzień na Mszy Świętej, a w sercu mieć ciemność i wszystkim innym pogrążać się w mroku. A można także mieć wątpliwości, zastanawiać się, szczerze szukać i dążyć do poznania prawdy – i w ten sposób mozolnie, ale jednak zbliżać się do światła. 
Wszystko, czego dokonujemy, to jakby zwierciadło – w którym my przeglądamy się i porównujemy do Boga. Pytanie – co tam widać? Więcej światła czy ciemności? 
>>>
Dzisiaj dowiedziałem się, że zmarł pan J. Przesympatyczny starszy człowiek, mąż dobrej przyjaciółki teściowej. Zdrowy człowiek, który nagle pół roku temu zachorował na raka. Sporo nadziei, pierwsza chemia… i równia pochyła. Zbyt słabe wyniki na dalsze leczenie. Poprawa ok. 2 tygodnie temu, niezrozumiała dla lekarzy, i zdecydowane pogorszenie w ostatnich dniach, które spędził już w hospicjum. Odszedł dzisiaj rano. 
Pokój jego pamięci i ukojenie w Bogu dla tych, których jego śmierć napełniła bólem. Wierzę, że Bóg zaprosił go już do swego stołu. 

Szukanie Kogoś, kto Jest

Jezus powiedział do faryzeuszów: Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekli więc do Niego Żydzi: Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie? A On rzekł do nich: Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach swoich. Powiedzieli do Niego: Kimże Ty jesteś? Odpowiedział im Jezus: Przede wszystkim po cóż jeszcze do was mówię? Wiele mam o was do powiedzenia i do sądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał jest prawdziwy, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego. A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba. Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego. (…) Jezus powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Rzekli do Niego Żydzi: Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz? Odpowiedział Jezus: Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: Jest naszym Bogiem, ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy – kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał /go/ i ucieszył się. Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni. (J 8,21-30;51-59)

Skleiłem w jedno, 2 teksty z wtorku i z dzisiaj. 

Jezus tłumaczy faryzeuszom – niby tym mądrym – wręcz łopatologicznie. A oni – nic nie rozumieją, czy może raczej podchodzą do wszystkiego po ludzku, starając się przetworzyć Jego słowa jedynie w ludzkim kontekście. Mówi, że gdzieś idzie i że my za Nim pójść nie możemy – samobójca jeden. No to zaczyna tłumaczyć jeszcze bardziej łopatologicznie, o ile się da. Wy z ziemi, ludzcy do bólu – ja też człowiek, ale równocześnie Bóg, z Wysoka. Wszyscy biegamy po świecie – jednak wy, zwykli ludzie, jesteście w nim zbyt zakorzenieni. 
Pan nie grozi tak po prostu śmiercią. To swego rodzaju proroctwo skierowane do tych wszystkich, którzy szukają tak, aby nie znaleźć. Niby to szukają, a właściwie robią swoje. W wielu sprawach może to mieć jakiś sens – w poszukiwaniu Boga zdecydowanie nie. Takich ludzi czeka właśnie „pomarcie” (nie wiem, czy jest takie słowo – od pomrzecie) w ich własnych grzechach. Samo szukanie dla szukania nie ma żadnego sensu. Już więcej sensu będzie miało szczere otwarcie się, bez specjalnego nastawienia czy poszukiwania, na to, co jest wokół, pozwolenie Bogu, aby został – nawet przypadkiem – usłyszany czy zauważany. 
Mimo tylu znaków, mimo cudów, mimo coraz więcej grupy podążających za Jezusem, faryzeuszom to nie wystarczy. Jedyne, co są w stanie odpowiedzieć, to mniej lub bardziej (z akcentem na bardziej) pogardliwe Kimże Ty jesteś? Nie dziwię się reakcji, typowo ludzkiemu po prostu zniecierpliwieniu. Wiele już słów padło, jeszcze więcej czynów – jakoś innym to wystarczyło, a ci ciągle szukali na Niego haka. W Ewangelii Jana słowa te są zapisane nieco inaczej: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie (J 16, 12). Trafione sformułowanie. Do nas, ludzi, to po prostu nie dociera – nie możemy tego faktu znieść, tu nawet nie chodzi o rozumienie, bardziej o wolę i pogodzenie tego, co słyszymy, z tym co wolimy robić. 
Prawdziwość czynów Jezusa nie wynika z tego, że ich dokonał, choć wielu to wystarczało. Wynikała z tego, że czynił je mocą Bożą, z Bożego nadania i zgodnie z Bożą wolą. Syn Boży nie został przez Boga Ojca wypchnięty z Nieba i zostawiony na pastwę losu. Spełnia Jego misję, działa nawet nie tyle w Jego imieniu, co wręcz z Nim. Najlepsze i najbardziej wiarygodne uwierzytelnienie, jakie można sobie wyobrazić. Jeśli Jemu nie uwierzyć, to komu?
W drugim, dzisiejszym tekście, analogicznie. Abraham, Mojżesz i prorocy umierali – to czemu On nie miał by umrzeć? Tu, przewrotnie, w pewnym sensie mieli rację – umrze, jednak nie na dobre, i za chwilę będzie ponownie żył, zmartwychwstały i zwycięski. Znowu, nie z Jezusowego nadania to wynika, to nie Jego wola i Jego decyzja. Działa w imieniu i z polecenia Boga Ojca, i to od Boga Ojca pochodzi chwała, jaką zostanie – pozornie pokonany na krzyżu – otoczony, gdy pozostawi po sobie pusty grób. Tu tkwił błąd Jezusowych adwersarzy: On nikim sam siebie nie czynił, wynikało to z tego, Kto Go posłał i dla Kogo działał. 
Padają także bardzo mocne słowa, szczególnie bolesne dla nich, którzy się uważali za ludzi wierzących, o ułożonej relacji z Bogiem, którzy właściwości tych relacji przez bardzo restrykcyjne Prawo przestrzegali. Uznają Boga za swego Pana – jednak w praktyce Go nie znają, czego z pewnością nie można zarzucić Jezusowi; który, tym samym, nie może sam zanegować relacji z Ojcem – było by to bowiem wprost kłamstwo. 
Tu jest cały problem mentalności ludzi, którzy przez wieki, do dzisiaj i pewnie jeszcze do końca świata, szukają bez sensu i będą szukać Tego, który dawno przyszedł. Szukają Boga, który jest tuż pod nosem, przyszedł i zostawił po sobie już wszystko, co jest potrzebne, i nic więcej nie przyniesie, bo kolejne Jego przyjście będzie tym ostatecznym, na końcu czasów. Fakt, np. muzułmanie uznają Jezusa za proroka – jednak to za mało. Podstawą jest skojarzenie – Bóg Ojciec i Jezus to jedno, nie można rozpatrywać działalności Jezusa jako samozwańczego mesjasza, który skończył na krzyżu, a tylko jako Boga-Człowieka, który przyszedł w imieniu Boga Ojca, aby ludzi wyzwolić, uczynić wolnymi i otworzyć im bramy do zbawienia. 
W tym wszystkim warto zwrócić także uwagę na inną sprawę. To, jak Jezus mówi o sobie – Ja jestem. Jahwe, czyli tym pierwszym imieniem, jakim przedstawił się Mojżeszowi przed gorejącym krzakiem. Bóg przedstawił się Mojżeszowi, co świadczy o pewnej zażyłości, znajomości. Na „ty” nie przechodzi się z byle kim (chyba że w USA), a jedynie po bliższym zapoznaniu się, nawiązaniu relacji. Bóg przedstawia się Narodowi Wybranemu, i tak samo – tym samym imieniem – posługuje się Jezus. Szkoda, że ludzie tego nie widzą. Niby mały szczegół, a jednak – wiele wyjaśnia. 

Życiowe rozmodlenie i pokój serca

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
Biegamy, spieszymy się ciągle, nie nadążamy, gonimy, nadrabiamy… Ciągle za mało czasu, za dużo spraw na głowie. W tym wszystkim nietrudno o zagubienie odpowiedniej perspektywy, utratę ostrości widzenia, uśpienie ducha czuwania w kontekście podejmowanych decyzji. Efekt – łatwy do przewidzenia – to po prostu pomieszanie z poplątaniem, skupianie się na sprawach małych przy jednoczesnym pominięciu tych kluczowych. 
Sedno i przesłanie tych niedzielnych tekstów (w tym tygodniu poślizg większy niż zwykle…) powtarza się, jak taki piękny refren, w wielu miejscach ewangelii. Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Nic dziwnego, że Kościół odczytuje taki właśnie fragment nie tylko u progu nowego roku (01 stycznia), ale przede wszystkim w liturgiczną uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. W pewnym sensie – uroczystość rodzicielstwa Maryi, które świętujemy. Pewnie można założyć, że Maryja mogła, miała prawo zareagować zupełnie inaczej. Anioł zwiastował wam, pasterzom, o moim dziecku? Wspaniale! Genialnie! To wszystko potwierdza! Wielki optymizm, radość, być może nawet euforia. Żadnego zapisu o takim zachowaniu nie ma. Po prostu zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Po prostu modliła się, polecając, ofiarowując Bogu i dziękując za wydarzenia, które stawały się jej udziałem. Tylko tyle? Wystarczy. 
Maryja odkrywała głębię życia nie w powierzchownych spontanicznych reakcjach na poszczególne wydarzenia, ale w głębokiej modlitewnej refleksji nad tym, co ją otaczało. Obserwowała świat wokół, ludzi obok i siebie samą. Nie w jakiś celach naukowych czy statystycznych. Dla zrozumienia tego, co robi, jak robi i przede wszystkim – dlaczego. Dopiero wtedy, gdy sięgasz do środka, zastanawiasz się nad pobudkami i motywacjami, zaczynasz się kontrolować. Owszem, w spontaniczności nie ma nic złego, jest nawet wskazana – ale nie w każdej sprawie. Trzeba umieć połączyć autentyczność i lekkość wyboru ze świadomością tego, co się wybiera, i jak się wybiera. Życie Maryi nie było usłane różami – o czym mogła się później przekonać – a jednak, ona ciągle trwała, zachowywała wszystko i rozważała. Mierzyła się z tym, co ją spotykała, nie uciekała od rzeczy nawet najtrudniejszych. 
Maryja po prostu wybrała i konsekwentnie się swojej decyzji trzymała. To była jej decyzja, to wszystko było konsekwencją jej wolnej woli, której dała wyraz w rozmowie z archaniołem Gabrielem, kiedy wypowiedziała swoje „bądź wola Twoja”, swoje „fiat”. Warto to sobie uświadomić. Tu nie było przymusu. Nie bez powodu przysłowie mówi, że z niewolnika nie ma pracownika. Do tego nawiązał też Paweł w niedzielnym II czytaniu, gdzie mówi (całość, bo krótkie): 
Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (Ga 4,4-7)
Prawdziwa wiara i miłość ku Bogu może zrodzić się tylko w wolności. Przynosi ją do człowieka posłany do każdego Boży Duch. Jeśli tej wolności brakuje, to jakiekolwiek przejawy wiary – słowa, deklaracje, symbole, postawy – pozostają pustą formą, nieporozumieniem, marnowaniem czasu i wprowadzaniem siebie samego w błąd. Bóg nie chce wiary, do której nas przymusza. Bóg czeka na odpowiedź na Jego miłość, na Jego zaproszenie – a ono może być udzielone tylko w pełni wolności i swobody serca człowieka. Konsekwencja, taka jak Maryi, to postawa dzisiaj bardzo niepopularna, na każdym kroku lansuje się „poprawność”, nie tylko polityczną, w imię której należy się zawsze za wszelką cenę dostosować do okoliczności, broń Boże za dużo nie mówić i nie obstawiać na swoim, po prostu dostosować się do reszty, czy ta reszta jakąkolwiek rację ma, czy też nie. Jednak tylko w takiej postawie można szczerze się modlić, naprawdę rozważać i zachowywać w sercu sprawy najważniejsze. 
Ten pierwszy dzień roku, a jednocześnie uroczystość maryjna, to także Światowy Dzień Pokoju. Bo tylko w prawdziwej Bożej wolności może rozwijać się ten jedyny, trwały, zbudowany na dobrym fundamencie pokój. Żaden ludzki, „święty spokój”. Boży pokój, który – choć dany wszystkim – może zamieszkać i nadać nową jakość jedynie sercu człowieka uporządkowanego, konsekwentnego, który widzi, co się dzieje, potrafi wybierać to, co dobre, i zachowywać to w sercu. Boży pokój, który wypełniał serce Matki Bożej. Boży pokój, który przez wszystkie radości i smutki jej bardzo trudnego życia doprowadził ją do pięknego zakończenia tego życia. Życia trudnego, ale dobrego, owocnego. Takiego pokoju życzę każdemu, nie tylko w Nowy Rok, nie tylko w tym roku – już zawsze.

Moje własne przewracające świat do góry nogami fiat

Jak zwykle z poślizgiem, niedzielnie. 

W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)
Słowa tyle razy słyszane, a jakże dziwne. Sytuacja dziwna. Młoda dziewczyna (warto pamiętać – wg ówczesnych standardów na pewno młodsza niż dzisiaj, kiedy [planowo, nie na skutek „wpadki”] kobiety zostają matkami) ma bardziej niż niespodziewane odwiedziny. Staje przed nią anioł – pewnie niekoniecznie tak wyglądający, jak my dzisiaj (albo malarze w historii) sobie je wyobrażamy – ale dziewczyna wie, że to gość z niebios. Nie dość, że przychodzi wprost do niej, nie przypadkowo, to jeszcze od drzwi jakby komplementuje ją, obsypuje pozdrowieniami i superlatywami. O co chodzi? Pewnie nieco strachu, jak to ewangelista nazwał – zmieszania – ale i ciekawości. Czemu akurat do mnie? 
Wiemy, że Maryja była osobą bogobojną, skromną, wierzącą. Wydaje mi się, że cała odpowiedź na pytanie, czemu akurat ona, znajduje się w tych krótkich słowach – znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Znalazła, bo szukała? W pewnym sensie, tak. Znalazła, bo chciała być dla tego Boga – służyć mu swoim życiem, jakie by ono nie miało być, w końcu stała dopiero u jego progu jako osoba młoda. Była otwarta na przyjęcie Bożego planu do niej skierowanego. Chciała być dla Boga po prostu użyteczna, przydatna. I może właśnie dla tej otwartości Bóg postanowił powierzyć jej swojego Syna. Wiedział, że ona się zgodzi – de facto, w ciemno. Zaryzykuje, aby spełnić Bożą wolę. Mając swoje plany i marzenia, jakieś pragnienia, zdecyduje się je porzucić dla anielskiego zaproszenia.
Można odnieść wrażenie, że słowa anioła nie znoszą sprzeciwu – wypowiada się w formie dokonanej: poczniesz i porodzisz. Nie ma tu znaku zapytania. Ale to żaden przymus. Gabriel rysuje przed Maryją to, czego ona sama ma się stać częścią, co dzięki niej i z jej wielkim udziałem jako rodzicielki ma nastąpić. Przyjście na świat zapowiadanego i wyczekiwanego Mesjasza. Wielki, odwieczny, wszechmocny. Opisowo tłumaczy. Pomimo całej niesamowitości tego, co właśnie jej zaproponowano, Maryja zadaje bardzo racjonalne, ludzkie pytanie – jak? Dziewica ma urodzić dziecko? Kto będzie ojcem? Strach jest zrozumiały – w żydowskich społecznościach ciężarne niezamężne kobiety po prostu kamienowano – więc czekał ją nieciekawy los (spokojnie, Bóg zadziałał i postawił na jej drodze Józefa). Nie wiadomo, czy znała już cieślę Józefa, czy poznała go później. Żyła w czystości, zatem pytanie było jak najbardziej zasadne. Cała odpowiedź Gabriela można streścić w jej ostatnim zdaniu – dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Jako dowód – ciąża uznawaną za bezpłodną, a poza tym już staruszki Elżbiety, o której Maryja, już wtedy ciężarna, będzie się niebawem mogła sama przekonać, gdy uda się do krewnej z wizytą.
To wystarczy. Dialog mógłby pewnie trwać jeszcze długo – co, jak, dlaczego, czemu ja… Nie ma potrzeby. Odpowiedź Maryi jest jednocześnie piękną deklaracją i świadomością tego, że jest narzędziem w Bożych planach, pomimo wielkości powierzonej jej misji. Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa. Tak, później okaże się, że serce Maryi przeniknie miecz (jak to ujmie starzec Symeon). Teraz jednak Maryja w jej wybraniu i wizycie anioła widzi po prostu błogosławieństwo. Pomimo trudności, pomimo skandalu jaki na pewno jej ukrywana ciąża wywołała pośród rodziny. Pomimo wstydu, jakiego pewnie nie raz najadł się Józef, kiedy zaręczył się z ciężarną już Maryją, o czym na pewno ludzie „gadali” w mieście. 
Ta cała sytuacja pięknie pokazuje pewną prawdę, której chyba nie zawsze jesteśmy świadomi. Bóg przychodzi do człowieka, wychodzi z propozycją – bo kocha nas jako mnie i ciebie, a nie tylko enigmatycznej niedookreślonej masy „wszystkich”. Bóg przychodzi często tak, że w ogóle tego nie rozumiemy, że się gubimy w tym, co staje na naszej drodze – i dopiero po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że może to Boża ręka tak mnie prowadzi? Że to może być tak dziwne, że tylko Bóg może chcieć coś poprzestawiać w moim życiu, bo właśnie jestem na najlepszej drodze żeby je zmarnować, a z pewnością nie wykorzystuję w pełni swoich talentów? 
Ale Bogu nie powinno się odmawiać. Nie dlatego, bo jest Bogiem właśnie, tak po prostu – ale dlatego, że chyba ciężko było by znaleźć przykład kogoś, kto na takiej odmowie dobrze wyszedł. Bóg nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie, ale obiecuje, że będzie sensownie i spójnie. Z jasno określonym i realnym celem. Przekonuje się o tym każdy, który na Boże zaproszenie odpowiada, składa mu takie swoje – jak Maryja – fiat. Niech tak się stanie. Pomimo, że Jego propozycja może się wydawać jakaś dziwaczna, w świetle tego gdzie jestem tu i teraz. Bóg zaprasza każdego, kto nie boi się zaryzykować, nie lęka się dać przewrócić swoje życie do góry nogami. Pozwolić Bogu poprzestawiać wszystko, ale i nadać temu jakiś sens. 
Jeśli żyjesz sobie w ciepełku własnego samouwielbienia, pewien swojej nieomylności i doskonałości, gwiazda i człowiek sukcesu zapatrzony w odbicie w lustrze – szkoda czasu. Z takim nastawianiem nie masz po co iść do betlejemskiej stajenki, dokąd przez udzieloną dzisiaj Bogu odpowiedź powoli zmierza Maryja. Tam nie ma miejsca dla chodzących ideałów. Takim nie potrzeba Boga – bo są bogami samych siebie. Świta coś? Pogubiłeś się? Właśnie tak postępujesz? Głowa do góry – uświadomienie sobie tego to dobry początek. Poczytaj ten fragment ewangelii, jeśli trzeba to i kilka razy. Aż dojdziesz do swojego, szczerego i świadomego fiat.

Wyrok na samego siebie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wówczas zapytają i ci: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25,31-46)

Choć to ewangelia przeznaczona przez Kościół jako swego rodzaju epilog, bo zamykająca kolejny rok liturgiczny 2011, to jednak bardzo ładnie pasuje jako kontynuacja tekstu zeszłotygodniowego. Tutaj Bóg też postępuje bardzo… może nie radykalnie, ale konkretnie. I to jest ważne, bo wielu by chciało postrzegać Go jako spokojnego, łagodnego, dobrotliwego i miłosiernego – zero problemów, wymagać, oczekiwań, Bóg cię kocha, alleluja i do przodu. Pasterz z dzisiejszej ewangelii to jednak człowiek czynu, zdecydowany, wiedzący co ma uczynić i co musi zrobić. Wręcz gwałtowny, jak tydzień temu w ocenie leniwego sługi, tak i tutaj, gdy przychodzi robić porządek i sądzić ludzi. A jednak – kochający, bo uświadamia nas o tym, że taki moment nastąpi, przygotowuje nas do niego i ostrzega. Ktoś mógłby powiedzieć, że ten tekst jest brutalny – i miałby rację. Lepsza najładniejsza bajka, czy trudniejsza prawda? 
Jaki bardzo często błąd robimy? Wydzielamy Bogu miejsce w życiu. To jest, Panie Boże, miejsce dla Ciebie: niedzielna msza, spowiedź czasami, kolęda, chrzty, komunie, pogrzeby, śluby, kraść (przynajmniej tak wprost) nie będę, zabijać też nie. Ale cała reszta – podkopywanie ludzi w pracy, wyścig szczurów, nie zawsze uczciwa pogoń za kasą, brak wierności, rozwiązłość, cudzołożenie, zdrady (oj, tam, od razu takie wielkie słowo…), sposób wychowania dziecka, to jak i na kogo głosuję – sorry, to już moja sprawa i moje życie. Czyli stawiamy Boga w sytuacji – bierz to, co łaskawie jestem skłonny Ci oddać, albo spadaj. I choć być może we własnych oczach jest to powód do dumy czy nawet uważania się za dobrego katolika – to bzdura. Bóg jest jeden, cały i spójny, ogarniający cały świat, wszystko, przenikający każdą rzeczywistość i sferę życia każdego człowieka. 
O tym Bóg dzisiaj właśnie mówi. O tych przeróżnych okazjach, które najczęściej przelatują nam przed nosem, bo jesteśmy zbyt pewni siebie albo zbyt zajęci czymkolwiek innym, żeby się zastanowić i je dostrzec. To są okazje do wykazania się jako człowiek, jako chrześcijanin, katolik, jako wierzący. Nie gadanie, przerzucanie się krytyką nad postawą duchownych, mędrkowanie nad opodatkowaniem Kościoła i tyle innych. Bóg przychodzi w głodnych, spragnionych, przybyszach, nagich, chorych i potrzebujących wsparcia. Tak, tu naokoło! Nie podejdzie – Sie ma! To ja, Jezus, może dasz piątaka? Nie ma lekko. Okazji jest bardzo wiele. Po prostu trzeba chcieć je zauważyć. I według tego właśnie na końcu odbędzie się sąd. Nikt nie spyta o metryczki chrztu, nie spojrzy w kartotekę kolędową czy nie zliczy w słupkach kwot rzuconych na tacę (nie twierdzę, że to nie ma znaczenia i jest nie ważne – nie jest najważniejsze). 
Bóg cię podsumuje tym, ile miałeś wyobraźni miłosierdzia dla innych. Bezinteresownie. W gruncie rzeczy – ty sam się podsumujesz. To twoje wybory i twoje decyzje zdecydują. I choć możesz lamentować – a skąd ja mogłem wiedzieć… – mogłeś. Ile razy ten tekst ewangelii już słyszałeś? I dalej nic? To jest właśnie jeden z twoich wyborów. Znowu zły. Jeśli umiesz być dla innych, jeśli umiesz dawać z siebie – bądź spokojny. Jeśli nie – stań na głowie, aby się zmienić, bo czeka cię wieczność bez najmniejszych złudzeń i perspektyw, bez nadziei. Cały sąd to tyle, że w twarzy Boga zobaczysz wszystko, co zrobiłeś – i zrozumiesz, że On uszanował twoje wybory, a wyrok podpisałeś na siebie sam. 
To nie my Jemu robimy łaskę – ale On nam. Owszem, możemy po prostu go olać i ignorować kolejne zaproszenia. Nasza sprawa. Wiadomo, dokąd to zaprowadzi. Ten sąd i tak nastąpi. Od tego, co i jak robiliśmy, zależy, czy mamy się czego bać, czy nie. Tu nie o zbytnią pewność siebie chodzi – bo to pycha, też grzech; ale o to, czy w życiu zrobiłeś cokolwiek, żeby załapać się pomiędzy owce i nie zasilić szeregu kozłów. Jest jeszcze czas, aby rozejrzeć się i postarać zauważyć kogoś jeszcze, poza sobą i swoim czubkiem nosa. Jest jeszcze czas, aby swoje życie wypełnić byciem dla innych, a nie tylko samym sobą, napychaniem kieszeni i gromadzeniem tytułów. Jest czas, aby dać Jezusowi zakrólować – właśnie w sobie. 
I, tak zupełnie na marginesie, odnośnie powracających niestety krzykliwych pomysłów na temat zmian ustroju naszego kraju i doprowadzenia do intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Wszechświata. Tak, nie o to Mu chodziło. Tak, z wolą Bożą nie ma to nic wspólnego. Dokładnie tak samo, jak Judasz wtedy nie rozumiał, że Jezus nie przyszedł dokonać przewrotu i obalić dyktaturę rzymską nad Narodem Wybranym, choć tyle za Nim chodził – tak dzisiaj niektórzy, deklarujący się jako katolicy, też tego nie rozumieją. 

Radosne świętowanie

(refleksja nagrana na komórce, gdy wychodziłem kilka dni temu z cmentarza)
Najlepszym punktem wyjścia, początkiem świętowania dnia jutrzejszego – uroczystości Wszystkich Świętych – jest uświadomienie sobie, kogo świętujemy, kogo wspominamy. 
Nie zmarłych. Żadne święto zmarłych! 1 listopada wspomina się i świętuje (masło maślane) wszystkich świętych. Czyli tych, którzy we współpracy z Bogiem przeżyli swoje życie. Tych, których życie po ludzku się skończyło, a jednak, które ma swój ciąg dalszy. Swoją lepszą część, która trwa nadal. I nigdy się nie skończy. Jak takie punkty na osi czasu, dążącej ku nieskończoności. Mają swój punkt powstania, moment narodzin, ale się nie kończą. 
Życie trwa dalej. Zmienia się, ale się nie kończy, jak mówi jedna z prefacji na msze za zmarłych. Nie wiemy, jak to jest, nie wiemy, jak to wygląda. I pewnie się dowiemy. Kościół pozostawia to jako tajemnicę. Tajemnicę świętych obcowania. Świętych, którzy duchowo są tutaj z nami, ale tak naprawdę są już tam, z Bogiem. Zakorzenieni w Bogu w taki sposób, że nic nie jest już w stanie ich od Niego rozdzielić. Nie tak jak my, którzy mamy swoje problemy, grzechy, brudy, upadki – ale w Bogu tak naprawdę, na maxa, do końca. 
I choć ten dzień dla wielu, siłą rzeczy, jest trudny, bo wspominamy – niektórzy pradziadków, niektórzy dziadków, ale wielu z nas też rodziców, rodzeństwo, ciotki, wujów, niektórzy przeżywają dramat tego, że kiedyś pochowali i w tych dniach stają nad grobem czy to współmałżonka, czy nawet dziecka. Ale to jest piękny czas. Bo głęboko wierzymy, że nie tyle pamiętamy o nich jako tych, którzy wiernie żyli i zmarli – ale jako tych cichych i często anonimowych świętych z naszych podwórek, z naszych rodzin i środowisk. Anonimowych świętych, ale przez to w żaden sposób mniej świętych. Świętych – więc dlatego wspominamy ich już jutro. Sam nie wiem, dlaczego, ale ja zawsze, kiedy wchodzę na cmentarz, nie czuję strachu, tylko ogarnia mnie taki niesamowity spokój. Spokój, jakby ci wszyscy, których doczesne szczątki kiedyś zostały tam złożone, byli takim niemym, ale bardzo mocnym potwierdzeniem. To wszystko ma sens. To wszystko, w co wierzysz, to prawda, a my jesteśmy tego najlepszym dowodem.
Bywa, że łza się w oku zakręci, za tą czy tamtą osobą, na wspomnienie wspólnych chwil, ale to przecież normalne. Tym większe przed nami zadanie. Uwierzyć w to obcowanie świętych. Uwierzyć i świętować to, tak naprawdę. Niech tern jutrzejszy dzień, ani Dzień Zaduszny, nie będą smutnym rozpamiętywaniem tych, którzy kiedyś byli, a teraz już odeszli – ale radosnym wspomnieniem tego, co było w nich dobre, radosne i piękne, za co ich kochaliśmy, za co nam ich tak bardzo brakuje. I też takim radosnym oczekiwaniem. Na spotkanie w wieczności. My ze sobą, my między sobą, my z nimi – ale przede wszystkim: my z Bogiem. Wtedy już święci tak, jak On tego pragnie.

Winnica mojego życia

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze. Jezus im rzekł: Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce. (Mt 21,33-43)
Przypowieść o winnicy – to pewnie dyżurny najbardziej tytuł dla tego tekstu. Mnie się jednak wydaje, że mówi on o czymś zgoła innym – o dramacie ludzkiej wolności. Bo mi się należy. Tak mnie, Boże, stworzyłeś, to mnie masz – skoro pozwoliłeś, żebym sam decydował, dałeś tę całą wolną wolę, to o co Ci chodzi? Moja wola, moje życie – moja sprawa. Ok, bądź sobie, mogę Cię czasami szanować, westchnąć do Ciebie, gdy powinie się w tym czy czymś innym noga, zastanowić się chwilę jak ktoś bliski choruje czy umiera – ale bez przesady. Ja tu rządzę. 

Tak mniej więcej musieli myśleć tamci robotnicy, którym gospodarz zostawił winnicę. Formalnie nie byli właścicielami, natomiast mieli z pewnością wolną rękę w zarządzaniu winnicą, organizowaniu jej pracy itp. I pewnie by tak sobie żyli dostatnio, w dobrze prosperującej winnicy, gdyby nie złe rozumienie wolności właśnie, a przy tym na pewno chciwość. Skusiły ich te – mniejsze, większe – dobra, jakie powinni byli zapłacić w formie dzierżawy gospodarzowi. To, że byli mu tę wartość winni, nie budziło wątpliwości – w końcu winnica należała do niego, swoimi środkami i wysiłkiem ją wzniósł, oni ją tylko obrabiali. 
Mieli aż trzy szanse. Najpierw gospodarz przysłał jedną grupę sług – jeden pobity, inny zabity. Nie poddając się – wysyła kolejne, ale znowu to samo, rozlew krwi i bezsensowna przemoc, kolejne ofiary. Zwracając się ku ich poczuciu przyzwoitości, resztkom szacunku – posyła własnego syna. Dochodzi do kolejnej tragedii – z pazerności na potencjalne dobra, jakie mogły by stanowić dziedzictwo syna (i absurdalny pomysł – na jakiej zasadzie, przepraszam, to akurat oni mieli by posiąść jego dziedzictwo?), zabijają i syna. 

Skąd tyle tragedii? Bo człowiek nie potrafi korzystać z wolności. Im częściej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że ona w wielu wypadkach jest nam dana na wyrost, nie potrafimy z niej dobrze korzystać. Gospodarz i winnica to tylko przenośnie, przykłady. Gospodarzem wszystkiego, co mamy, i nas samych, jest Bóg Ojciec. Winnicą może być cokolwiek, co w danej sytuacji zostaje zupełnie źle przez człowieka użyte. Winnica to takie nasze pole do popisu – miejsce, w którym ściera się to, co w nas dobre, piękne, szlachetne, uporządkowane, zmierzające do świętości – z całym tym brudem, który to, co dobre, niweczy, upadla, umniejsza, każe upadać. Siebie możesz oszukiwać w tym, jakim człowiekiem jesteś – ale prędzej czy później, osobiście lub przez posłańców, Bóg Ojciec przyjdzie i upomni się o tę czy inną winnicę. 
Bóg przyjdzie i upomni się o ciebie całego. O twoje życie – rodzinę, pracę, przyjaźnie, relacje, zobowiązania, ciało, duszę. Przyjdzie, ale najpierw posyła tylu przed sobą, a na końcu nawet własnego Syna. Skąd tyle cierpliwości? Bo w Królestwie Bożym nie chodzi o to, aby bezmyślnie niszczyć, ale by wydawać dobre i piękne owoce. Do tego Bóg-Gospodarz mobilizuje, tego chce od ludzi. Nie wymaga rzeczy niemożliwych – tylko tego, co możemy sami osiągnąć swoim wysiłkiem, swoją pracą, bazując na tym, co od Niego otrzymujemy. Możemy – oczywiście, o ile się nam zachce. Samo się nie zrobi. 
Ale do tego trzeba samemu przyznać, że wolność ma swoje granice. Trzeba pozwolić, aby Bóg wszedł w moje życie, i pomógł wydać te dobre owoce. Co ważne, to nie będzie żadna rezygnacja z wolności, jej ograniczenie! To będzie dowód mądrości i zrozumienia, że człowiek owocuje naprawdę dobrze i trwale, gdy dobrowolnie dopuści do głosu Boga, i zaprosi Go do swego życia. On nie będzie patrzył na upadki, krętactwa, kombinowanie, wszystkie grzechy – bo tylko mały człowiek wymyślił by, że postąpi tak, jak to opisali faryzeusze. Ale nie On. Za to na pewno tylko z Nim winnica Twojego życia może wydać takie owoce, z którymi spokojny i szczęśliwy będziesz mógł zmierzać ku końcowi tego życia, a początkowi innego, lepszego.