Błogosławieństwa i przemiana

Dzisiaj sporo – bo całość niedzielnej liturgii słowa jakaś taka wyjątkowa. 

Pan rzekł do Abrama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi. Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot. (Rdz 12,1-4a)

W pierwszym czytaniu Bóg mówi, każe Abramowi wyjść z majątku jego ojca, porzucić to wszystko, i iść w bliżej nieokreślonym kierunku. Coś, co szczególnie w tamtej kulturze, w tamtych czasach w głowie się nie mieściło – bo nie miało sensu. Rolą mężczyzny było dorośnięcie i przejęcie majątku po ojcu, jego tożsamość była określona tym, kim był ojciec, jaki i gdzie posiadał majątek. Jednak – Bóg jest zdecydowany. Dobrze trafił, bo Abram podejmuje to wyzwanie, porzucając de facto wszystko, co mogło mu zapewnić bezpieczeństwo, stabilizację – i wychodzi tam, dokąd wskazuje drogę Bóg.

Gdyby dzisiaj zapytać przypadkowe osoby, jak im jest, czy czują się dobrze w swojej skórze, w swoim miejscu, czasie i roli – większość pewnie by powiedziała, że nie. To taki nasz problem. W narzekaniu jesteśmy mistrzami świata, w podsumowywaniu innych i ocenianiu także. Tylko ze sobą rzadko potrafimy zrobić porządek, w ogóle uznać, że jest coś do zrobienia.

Co zrobił Jezus cudownie rozmnażając chleb? Wzniósł oczy do nieba i zaczął błogosławić. Co u ciebie? Stara bieda. Wciąż źle ci się wiedzie? Ciągle spuszczasz wzrok na ziemię i przeklinasz?

Idealnie oddane i sformułowane. I tak chodzimy w kółko, jak Izraelici na pustyni te 40 lat, i źle nam jest, i nie możemy się odnaleźć. Bo za mało w nas błogosławieństwa, a za dużo złości, pogardy, pewności siebie, egoizmu, materializmu, i tylu innych rzeczy. Pójście za Bogiem, tą czasami dziwną i w ogóle bez sensu po ludzku drogą nabiera innego wymiaru i celu dopiero w kontekście tego, co Bóg obiecuje. Błogosławieństwa.

Spójrz w niebo, jak małe dziecko wznieś ręce do góry i krzyknij: Jezu, ufam Tobie! Przyjdzie tak samo, jak odszedł. Będzie miał wzniesione ręce. Do błogosławieństwa, nie do uderzania. Wzniósł je już raz na krzyżu, gdy przyciągnął ziemię do nieba. Teraz każdy, kto wznosi ręce, naśladuje ten najważniejszy gest świata. Błogosławieństwo.

Żeby błogosławieństwo otrzymać, trzeba go pragnąć. Bóg kieruje je do każdego z nas – nie każdy jednak chce je przyjąć. Warto wznieść ręce, wyjść ku Bogu i pójść za Nim tam, dokąd prowadzi. Każdy z nas ma swoje Ur chaldejskie, swój Charan – i gdzieś tam, na horyzoncie, ziemię obiecaną, Kanaan. Pytanie tylko – czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy chcemy zaryzykować i postawić wszystko, aby do niego dotrzeć, odnaleźć je?

Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. Ukazana zaś została ona teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię. (2 Tm 1,8b-10)

Kto choć raz miał okazję wziąć udział w koncercie formacji 2 Tm 2, 3 – z pewnością zna te słowa, które oni obrali za swoje motto. I te słowa mają nas w pewien sposób – podobnie jak tekst I czytania – ukierunkowywać. Nie swoimi siłami – a według mocy Boga! Tu nie chodzi o to, aby wszystko zrobić samemu, aby być samodzielnym ponad wszystko i przede wszystkim, pokazać coś komuś (głównie sobie). Tak się nie da. Człowiek ma swoje ograniczenia – zbawić się nie da rady, choćby nie wiem jak chciał. Zbawienie do wielki dar Boga, który trzeba umieć przyjąć, na który trzeba chcieć się otworzyć.

Mnie ten tekst jakby uderzył z innej strony. Od niespełna 2 tygodni jestem tatą malutkiego Dominika. Wszystko się przestawiło – akcenty, priorytety. Pewnie, człowiek się w czasie ciąży żony do tego przygotowywał, oswajał – ale tak naprawdę to się stało, gdy maluszek się urodził. Staramy się z żonką, poświęcamy cały czas dla synka praktycznie (ona – dosłownie; ja – poza pracą). Ciężko jest, bo człowiek nienawykły do tego, że co 1,5-2 h w nocy wstawać musi, uspokoić, przewinąć, pomóc żonie przy karmieniu, a potem jeszcze uśpić; jak potrzeba – wstając po x razy. Do tego, w naszym wypadku, dochodzą pewne problemy natury logistycznej – kwestia za małego mieszkania, które musi nam się udać sprzedać – co gdzieś tam wisi, choć teoretycznie powinno się udać dość sprawnie zrobić, i z uzyskanych pieniędzy dostać kredyt na większe. Ale na razie to założenia i spora droga do ich realizacji.

Widzę, jak bardzo – mimo, że wydaje mi się, że jakoś tam jestem człowiekiem wierzącym – zmienia to nastawienie do Boga. Kilka tekstów temu, na krótko po urodzeniu synka pisząc o tym wydarzeniu, kiedy napisałem, że nigdy się tak mocno nie modliłem, jak w czasie porodu – nie wiedziałem, że wiele się zmieni w mojej relacji z Bogiem. Jak często – o ile częściej niż dotychczas – będę się do Niego zwracał. Możesz stawać na głowie, robić niby wszystko dobrze, a i tak są problemy, niepewność. Żeby się odnaleźć w tej sytuacji, żeby nie zwariować z powodu (zupełnie zrozumiałych) wątpliwości w nowej rzeczywistości. Modlitwa dotąd też była istotnym elementem mojego życia – ale dopiero teraz widzę, co to znaczy właściwie modlitwa ciągła, modlitwa która jest obecna właściwie we wszystkim, co robisz; taka permanentna prośba skierowana do Boga, aby uzupełnił to, czego brakuje moim działaniom, i im błogosławił.

Kto tu walczy. Ja czy Bóg? Dlaczego każda modlitwa tak wiele ostatnio mnie kosztuje? Bo biorę jej ciężar na siebie. Tymczasem Bóg zaprasza: złóż swój ciężar na Mnie. Oddaj mi swój czas. Usiądź, odetchnij, zaufaj. To nie ty jesteś zbawicielem swojej rodziny. Oddaj mi swoje problemy. Otwórz bramy! Ja wejdę.

Z Bogiem nie ma ciężarów nie do udźwignięcia. Nawet, gdy jest to nowa rzeczywistość, do której człowiek niby to przygotowany i z którą oswojony. A jednak.

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9)

Jakie musiało być zdziwienie trzech wybranych uczniów. Znali Jezusa w tej ludzkiej naturze, w ludzkiej formie, w ludzkim wyglądzie. Naraz jednak zobaczyli Go takim, jakim jest, co wyznajemy, mówiąc: Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Bóg-człowiek po raz pierwszy namacalnie ukazał swoje bóstwo, pozwolił aby górę wzięła Jego boska natura. Zastanawia mnie – czemu jakby ukrył to wydarzenie, dopuszczając do niego tylko tę trójkę: tego, który się Go zaprze, a później stanie na czele wspólnoty Kościoła; tego, który jako jedyny wytrwa do końca przy krzyżu; i tego, który stanie na czele wspólnoty w Jerozolimie.

Skąd te słowa Piotra – dobrze, że tu jesteśmy? One w kontekście tej sytuacji nie miały sensu. Człowiek Bogu do szczęścia nie jest potrzebny (choć Bóg zatraca się, dosłownie, dla zbawienia człowieka). Bóg bez człowieka byłby tak samo Bogiem, poradziłby sobie. Jednak wypowiedź ta mówi o czymś innym, bardzo ważnym, co jakby wychodzi z Piotra mimochodem. O potrzebie Boga w człowieku, o potrzebie bliskości człowieka względem Boga. Przyczyn można szukać daleko – tak jednak ma być docelowo, w niebie. Bóg z człowiekiem, bez tego, co słabe, małe, złe. Pełnia szczęścia.

Cały ten obrazek nabiera jednak znaczenia dopiero w kontekście tego, co dalej. Życie i misja uczniów nie skończyła się na Taborze tamtego dnia. To było wydarzenie, moment – a potem powrót do rzeczywistości. Dalsze wydarzenia (zaparcie Piotra) pokazały, że może nie od razu i nie zupełnie zrozumieli to, co się dokonało, czego stali się świadkami. Przedsmak nieba, kwadrans z przebóstwionym Jezusem – aby, zachowując to w pamięci, zejść do doliny codziennego życia nie tyle z nową nadzieję, co nadzieją na nowo i trwale ożywioną. Może tylko o to chodziło – aby zachować w pamięci to wydarzenie. Właśnie z Nim w sercu powrócić do tego, co codzienne, nigdy nie tracąc z oczu widoku Przemienienia.

(wszystkie cytaty – poza biblijnymi – pochodzą z książki Marcina Jakimowicza Pełne zanurzenie, o której napiszę następnym razem)

Nie „jak” – a „o co”

Miałem już wczoraj – bo tekst z wczoraj – napisać, ale nie było jak. 

Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)
No właśnie. Pół przysłowiowej biedy więc, gdy człowiek się nie modli – po czym postanawia spróbować i zaczyna z Bogiem nawiązywać jakąś relację, stawiając pierwsze, nawet i nieporadne kroki w modlitwie. Co wtedy, gdy modlitwa jest szczera, a jednak Bóg jakby nie tylko był na jej głos głuchy, co nawet działał jakby z premedytacją wbrew woli i prośbie modlącego się? 
Bo nie znamy swoich potrzeb. Bo prosimy o to, co wydaje się potrzebne – a zwykle to nam się źle wydaje. Patrzymy na świat ze swojej, bardzo często materialnej, perspektywy – więc nic dziwnego, że prosimy o typowo materialne rzeczy i sprawy: powodzenie w szkole, awans w pracy, zaliczenie semestru, uzyskanie podwyżki, zdrowie i dobrobyt, załatwienie kredytu. Krąg spraw, które najczęściej omadlamy jest bardzo wąski. Jakby człowiek żył tylko tym, co namacalne. Nic dziwnego, że Bóg tak wybiórczych próśb nie wysłuchuje tak samo jak modlitw tych, którzy potrafią pamiętać o wszystkich potrzebach – tak materialnych, jak i duchowych – i o nie wszystkie prosić. Żyjemy przecież w świecie materialnym, a jednak wyraźnie przez wiarę ukierunkowani ku górze, ku zbawieniu, jakie wysłużył na krzyżu Jezus. Dopiero, gdy o tym pamiętamy i staramy się tak żyć, aby tego finalnego celu nie tracić z oczu, można myśleć o sprawach dalszych, typowo ludzkich. 
Trzeba powiedzieć wyraźnie – nie jest złym, że człowiek troszczy się o kwestie związane z codziennością, tzw. życiem, czyli regulowanie płatności, dach nad głową, sprawy bytowe, jedzenie, opłaty itp. Bez tego nie da się żyć w świecie – a my w nim, tu i teraz żyjemy, więc trzeba sobie radzić. Chodzi o to, aby umieć właściwie rozłożyć akcenty – także w modlitwie – i prosić Boga nie tylko o to, co namacalnie przyda się w tym ziemskim życiu tutaj (jakieś, takie czy inne, dobro, przeliczalne na korzyści materialne), ale także łaski gołym okiem niewidoczne, a o znaczeniu bardzo ważnym dla człowieka wierzącego, który kroczy ku zbawieniu – wytrwałość w wierze, niechęć do grzechu, miłość, bezinteresowność, miłosierdzie; dużo by wymieniać. 
Można być człowiekiem najbardziej nawet wierzącym, a błądzić w modlitwie, szczerej do bólu, bo kierując ją od czegoś, co ma marginalne znaczenie, a pomijając sprawy istotne. Można być zagubionym, daleko od Boga, i jednym prostym westchnięciem Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną wyprosić dla siebie łaski, co do których potrzeby człowiek w ogóle nie zdawał sobie sprawy. 
>>>
Dygresja. W dzisiejszym tekście znajdujemy słowa Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! W firmie dzisiaj – nieprzyjemna sytuacja. Pewien dziwak znalazł zdjęcia jednej z nowych koleżanek, i w firmowej liście dyskusyjnej porozsyłał jej zdjęcia (żadne sprośne – po prostu dorabiała wcześniej jako modelka do reklam), i z bardzo niskich lotów komentarzem rozesłał do wszystkich. Oczywiście, do samej zainteresowanej także to dotarło. 
Jak często ludzie, dla głupiej chwilowej radochy (bo nie można mówić o radości), robią rzeczy po prostu podłe i zupełnie nieprzystające. Jedno dobre – o ile tolerancja na różne rzeczy na owej liście dyskusyjnej jest zwykle bardzo (jak dla mnie – za) duża, to tym razem reakcja większości była zdecydowanie pozytywna.

Modlitwa obecności

Modlitwa – obecność. (o. Andrzej Madej OMI, Pamiętnik wiejskiego wikarego)

Krótka myśl. Nawet nie zdanie. Zamiast tego myślnika – mógłby być znak równości.

Modlę się, bo wierzę. Skoro wierzę, to staram się przebywać z Tym, w którego wierzę. Skoro wierzę, to wiem, że Bóg sam we własnej osobie, nie pozostawiając w tym samym momencie samym sobie innych, jest w wyjątkowy i indywidualny sposób, tu i teraz, właśnie ze mną. Nigdy nie jestem sam. 
Modlitwa to obecność. Modlitwa to radosna świadomość Jego obecności, ciągłej, permanentnej, podtrzymującej na duchu, towarzyszącej bez względu na okoliczności, sytuację, emocje. 
Jaka jest zatem doskonała modlitwa? Modlitwa obecności właśnie. Modlitwa, która jest ciągłą świadomością Jego obecności, takim świadomym z Nim przebywaniem, cały czas, bez względu na to, co w danej chwili robię, czym się zajmuję. Modlitwa jak oddech – myśli i porywy serca skierowane do Niego, czy odpoczywam, pracuję, uczę się, spędzam czas z bliskimi. Serce i myśli w tym, co robię, zwrócone zawsze do Niego. Stojąc zawsze w świadomości Jego obecności.

Dzisiaj proszę, bez kolejki przyjmij mnie

Wiem, że jesteś sam
Wiem, że masz na głowie tyle ważnych spraw
Nie pamiętasz już co znaczy dobry sen
Nie masz czasu na niepewność ani lęk
Wiem, że jesteś sam
Nic nie musisz mówić
Wiem, że jesteś sam
Pewnie teraz nie najlepszy na to czas
Ale dzisiaj potrzebuje twoich rad

Dzisiaj proszę cie
ten jeden raz zatrzymaj się
ten jeden raz stań tuż obok mnie
dziś czuje, że brak mi sił
ten jeden raz bądź blisko mnie
poczuć mi daj, że to wszystko ma sens
dziś wiem, że brak mi sił

Wiem, że jesteś tam
Nie widuję cię, lecz wiem, że jesteś tam
Cały dzień i noc ktoś puka do twych drzwi
Każdy chciałby wiedzieć jak ma dalej żyć.
Wiem, że jesteś tam
Dla każdego zawsze musisz znaleźć czas
I choć nigdy o nic nie prosiłam cię
Dzisiaj proszę bez kolejki przyjmij mnie

Dzisiaj proszę cie
ten jeden raz zatrzymaj się
ten jeden raz stań tuż obok mnie
dziś czuje, że brak mi sił
ten jeden raz bądź blisko mnie
poczuć mi daj, że to wszystko ma sens
Dziś wiem, że brak mi sił

Ten jeden raz
Ten jeden raz
Dziś czuję, że brak mi sił

Czasami tak to jest, że słuchasz piosenki, choć prostej, a jednak jest piękna i okazuje się być modlitwą. Bardzo udało się to Ani Wyszkoni. Lepiej swojej prośby zaadresować nie mogła.

Mnóstwo wielkie – a ty, po co za Nim idziesz? I dokąd?

Jezus oddalił się ze swymi uczniami w stronę jeziora. A szło za Nim wielkie mnóstwo ludu z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o Jego wielkich czynach. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby się na Niego nie tłoczyli. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby się Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: Ty jesteś Syn Boży. Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały. (Mk 3,7-12)
Szło za Nim wielu – to pewne. Tekst powyżej to tylko jeden z wielu naprawdę obrazków, które to potwierdzają, a które znajdziemy na kartach każdej z ewangelii. A kto dokładnie?

Szli na pewno ludzie pozbawieni nadziei. Czy to przez całokształt swojego życia – bo biedni, urodzeni w rodzinie i środowisku bez perspektyw, bo bez pracy, bo bez wykształcenia, bez możliwości – czy przez jakiś dramat, który w jednej chwili mniej lub bardziej odmienił całkowicie ich egzystencję – może śmierć kogoś bliskiego, utrata pracy, majątku, albo po prostu choroba. Dlaczego szli za Nim? Bo może jeszcze tego nie rozumieli, albo nawet nie wierzyli w Niego – ale słyszeli o Jego czynach i widzieli w Nim kolejną szansę, alternatywę na zaradzenie ich problemom. O tym, ile dokonał, usłyszeć mogli wszędzie – niewykluczone, że Jego łaska dokonała cudu nawet i na kimś z ich, bliższej lub dalszej, rodziny. 
Szli ludzie spragnieni wrażeń, emocji, ujrzenia czegoś nadzwyczajnego, nieprzewidywalnego, niewytłumaczalnego, cudownego. Czy kierowała nimi wiara? Może. Na pewno sporo w tej grupie było zwykłych gapiów (nie neguję jednak, że w tej drodze z i za Jezusem nie odmieniło się ich serce, nie nawrócili się – wielu takiej łaski dostąpiło). Na pewno jednak sporo było ludzkiej ciekawości, która zwraca uwagę na to, co wyłamuje się od szarości codzienności. Nawet gdyby postać Jezusa sprowadzić tylko do Jego cudownych uzdrowień – pomijając Jego mądrość, roztropność, uczciwość i sedno tego, co zdziałał, czyli całe nauczanie, ewangelię – On się wyłamywał. Więc szli za Nim. Do tej grupy należałoby zaliczyć także tych, którzy usłyszeli o Jezusie i lgnęli do Niego – czasem z ukrycia, jak Nikodem,  incognito jak Józef z Arymatei , albo nawet z konarów drzewa, jak Zacheusz – choć nie mieli żadnych konkretnych dolegliwości, a nawet można by ich uznać za ludzi sukcesu. Jezus ze swoim Słowem przyciągał, bo stanowił odpowiedź na wszelkie pragnienia człowieka, nawet te niewypowiedziane, skryte niekiedy przede mną samym.
Szli wreszcie ci, którzy w Jezusie upatrywali wroga – czy to personalnie dla siebie (choć tacy pewnie wysyłali raczej za Nim sługi, szpiegów), czy dla swoich partykularnych interesów, stanowisk. O ile wśród pospólstwa, ludzi prostych i biednych, Jezus był bardzo popularny – w końcu głosił przecież sprawiedliwość społeczną, nakazywał miłość, wyrozumiałość, zakazywał ciemiężenia i wyzysku – to dla tych, którzy swoje majątki zbudowali właśnie na ludzkiej krzywdzie, niewolniczej pracy i oszustwach stanowił wyzwanie. Nawet bardziej – zagrożenie, które należy strategicznie: rozpoznać najpierw, później zlikwidować. Obserwowali, potem próbowali (faryzeusze, uczeni w piśmie) przyłapać na jakieś wypowiedzi, w której zająłby stanowisko niezgodne z prawem żydowskim – ośmieszał ich jednak, zawsze potrafiąc odpowiedzieć trafnie. Dlatego przeszli do czynów – których finał z Ogrójca, pałacu namiestnika, a potem Golgoty znamy. Po ludzku – dopięli swego, problem został zlikwidowany. Czy jednak?
Wielka masa ludzi – wtedy fizycznie, dzisiaj niekoniecznie, bardziej duchowo. Wszyscy podążają za Jezusem. Poza wspólnotą celu – On, Jezus – absolutnie różni, choćby dlatego, że kierujący się zupełnie różnymi pobudkami. A jednak – nawet ci, którzy mieli wobec Niego złe zamiary, oni też idą za Nim. Człowiek, czy chce, czy nie, zmierza do Boga – bardziej lub mniej świadomie. Nawet, gdy w życiu stara się za wszelką cenę temu Bogu dowalić, coś Mu udowodnić, i nawet gdy jest przekonany, że mu się udało. Dalej zmierza do Boga, ku Niemu. 
Co najważniejsze – zrozumieć to. Zrozumieć, dokąd ta droga prowadzi. Że to On jest na końcu, a nie jakieś ubóstwienie mnie samego. Że koniec końców – to On zawsze jest górą. Nie jako ten, który człowieka ubezwłasnowolnia – ale ten, który kocha.
>>>
Znalazłem dzisiaj nowe ciekawe miejsce dla ludzi wierzących – serwis InGod. Fajny design, z założenia, jak rozumiem, centrum informacji o wydarzeniach, jakie chrześcijanina mogą zainteresować – rekolekcje, spotkania, konferencje, wyjazdy, rekolekcje, kursy, ale też nabożeństwa. Kultura również – informacje o nowych wartych polecenia płytach, klipach itp. I to wszystko – ekumenicznie. Kilka słów o inicjatywie – czym jest, czemu ma służyć – tutaj.
>>>
Stamtąd właśnie dowiedziałem się o czymś mocno optymistycznym – zapowiedzi rychłego pojawienia się nowego krążka TGD pt. Liczy się każdy dzień. Cieszy regularność – nowa płyta co, jak dobrze liczę, mniej niż 2 lata. Czekam z niecierpliwością, mimo że mają tam się znaleźć także odgrzewane kotlety czyli utwory już znane. Przy inicjatywie Pawła Bzima Zareckiego wszystko może zabrzmieć inaczej w kolejnej aranżacji 🙂
>>>
Miałem już o tym napisać poprzednio, ale nie wyszło. W dniach 18-25.01.2011 trwa w Kościele katolickim (i nie tylko) Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Szczególny czas, w którym chrześcijanie różnych wspólnot – katolicy, prawosławni, kościoły wschodnie, wspólnoty protestanckie – modlą się o przywrócenie tej utraconej przed wiekami jedności. Modlitwa jest tu ważna – może dlatego, że, realnie patrząc, mówienie o powrocie do jedności po tak długim okresie podziałów wydaje się bardzo mało realne.
Zachęcam do pamięci o tej intencji w tych dniach – do modlitwy proponuję takie słowa, bardzo mi bliskie:

Panie, Ty obdarzyłeś Swój Kościół darami Ducha Świętego i obudziłeś w nim pragnienie jedności. Prosimy Cię, naucz nas wszystkich wsłuchiwać się w głos Ducha Świętego, abyśmy wszyscy umieli kiedyś ukazywać w sposób widzialny i w pełnej wzajemnej komunii łaskę Bożego synostwa, biorącego początek ze chrztu. Pomóż nam, abyśmy ukazywali światu, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Ojca. Niech świat nie widzi w nas obrazu jałowej ziemi, skoro otrzymaliśmy Słowo Boże, które jak deszcz zstąpiło z nieba. Tak modlił się przed wiekami św. Ireneusz z Lyonu, tak modlimy się dziś wszyscy wierzący, zanosząc do nieba wołanie z naszych domów, świątyń i kaplic:daj, abyśmy byli jedno. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Kto ma czas – w większości, o ile nie wszystkich, diecezjach są przygotowane obchody tego tygodnia, wyjątkowa okazja do modlitwy w świątyniach różnych wspólnot (kolejny dzień – inna wspólnota) razem z osobami do tej wspólnoty należącymi. Rzecz zatem nie tylko interesująca, ale i słuszna – rzadko mamy okazję w gronie podzielonych uczniów Chrystusa modlić się razem. Warto to wykorzystać.

Nie bądź faryzeuszem, a z modlitwy nie rób laurki

Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony. (Łk 18,9-14)
Niektórzy mówią – nie ma znaczenia, jak się człowiek modli, byle się tylko modlił. Czyżby? Jezus wskazuje dzisiaj, a właściwie we wczorajszej liturgii słowa – że bynajmniej. Czyli – można modlić się źle. Czym ma być modlitwa? Ma być rozmową z żywym Bogiem, utrzymywaniem, pielęgnowaniem z Nim relacji przez człowieka. Wtedy jest dobra, miła Jemu i w ogóle ma sens. Ale równie dobrze może być pustą religijnością, formą której nie wypełnia treść, pustym rytuałem. Choć – zewnętrznie – pewnie poważanym i cenionym. 

Tak właśnie było z tym (i nie tylko) faryzeuszem. Zwróć uwagę – Jezus wobec faryzeuszy zawsze był wyjątkowo ostry i krytyczny. Czy chodziło tylko o krytykę obłudy? Na pewno też. Wydaje mi się, że chodziło o pozorność właśnie ich postaw – piękną zewnętrzną formę, dbałość o detale przestrzegania Tory, wierności literze Prawa Mojżeszowego do przesady. Jakby takie odrzucenie roli łaski Bożej na rzecz zadufania w sobie, swojej doskonałości w wypełnianiu prawa. Jezus był im zdecydowanie nie w smak – nie dość, że krytykował ich fałsz, to jeszcze nijak nie mogli Go zagiąć, złapać na pomyłce czy sprzeczności; sam przecież mówił: Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. (Mt 5, 18-19) Ale co jest ważniejsze – prawo czy drugi człowiek? prawo czy miłość? prawo czy miłosierdzie? Dramat faryzeuszów polegał na tym, że ich zdaniem – prawo, podczas gdy w istocie, co podkreślał Jezus,  zawsze ważniejszy jest człowiek. Pycha – także w materii takiej, jak znajomość prawa, gubi człowieka. Jak każda pycha .
Ta historia, ten przykład – zestawienie celnika i faryzeusza – pokazuje świetnie, że modlitwa nigdy nie ma istnieć sama dla siebie, jakby w próżni. Modlitwa to postawa, działanie wynikające z czegoś głębszego – żywej wiary, potrzeby serca człowieka wierzącego, który szuka kontaktu ze swoim Bogiem. Forma może być piękną ozdobą, ale nie musi (i może być myląca). Człowiek nie modli się, żeby się modlić – a jeśli tak, to robi to bez sensu, traci czas. Nie jest istotą modlitwy zastanawianie się nad tym, czy daną formułkę wymówiłem ze stosownym pietyzmem, czy nie przekręciłem jakiegoś słowa, zwrotu, czy postawiłem właściwe akcenty. Na tym skupiali się faryzeusz – i wcale na tym dobrze nie wyszli. To rozprasza, odwraca uwagi od istoty modlitwy jako czasu poświęcanego Bogu. 
Czy w ogóle to, co robił faryzeusz, było modlitwą? Sam nie wiem. Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. 
  1. Dziękuje Bogu… za to, że jest lepszy od innych.
  2. Sam we własnych oczach – i przed Bogiem – wywyższa się ponad innych.
  3. Jest wobec siebie – i Boga – dumny z tego, jak to wspaniale zachowuje Torę.
Czego zabrakło? Pokory. Czy była to tak naprawdę modlitwa? Może, ale nie wiem, do kogo skierowana. Bo mi to na laurkę – samemu sobie wystawianą – przy mistrzowskim zachowaniu zewnętrznych pozorów pobożności i bogobojności.
Oczywiście, można wpaść w inną niż faryzejska skrajność – upojenia z uświadomienia sobie własnej niedoskonałości. Na marginesie, to jest jeden z moich zarzutów pod adresem neokatechumenatu, bazując na obserwacji kilu osób z takich wspólnot, jakie znam. Neokatechumenat wychodzi od uświadomienia sobie przez konkretną osobę swojej grzeszności, małości, słabości – bardzo dobrze, bo to podstawa, dopiero wtedy można przyjąć łaskę jako bezwarunkowy dar miłości Boga. Tylko że mnie to zalatywało niekiedy taką pewnością – no, wiem, że Bóg mnie kocha, ja jestem słaby, więc mogę robić swoje dalej, a jak pójdę na Eucharystię i się wyspowiadam, to będzie dobrze. A, wg mnie, to nie jest tak i takie podejście jest bardzo złe. Podczas spotkań wspólnoty – aniołki, dzielące się doświadczeniami wiary, a później – dalej robiący swoje… Dziwne, dla mnie. 
Niedoskonałość jest dobra, gdy jestem jej świadomy, ale gdy na świadomości się nie kończy – tylko jest ona początkiem (a nie tylko porywem pojedynczym) systematycznej walki z grzechem. Łatwo osiągnąć jakikolwiek sukces i osiąść na laurach – ale zupełnie nie o to chodzi. Gdy przychodzi sukces – trzeba go umieć docenić, potraktować nie jako koniec i cel, ale motywację do dalszej pracy. Powoli, po kawałku, zmierzać do wyraźnego celu. Raz to wychodzi lepiej, raz gorzej. Ważna jest wytrwałość i determinacja. Jak z ćwiczeniami fizycznymi – przed egzaminem ćwiczyłem przez cały okres diety, codziennie praktycznie, czułem się świetnie. A że ćwiczenia to wieczorem blisko godzina, to przed egzaminem szkoda mi było czasu, no i przestałem ćwiczyć. Kilka kg potem wróciło, i trudno było się zabrać do ćwiczeń znowu – ale się zabrałem, ćwiczę znowu codziennie, i jest lepiej, waga schodzi do poprzedniej. Co było trudne? Przerwanie systematyczności – choć powodem nie było lenistwo. Ale potem ciężko wrócić i podjąć wyzwanie. 

Czemu celnik był w tej modlitwie lepszy? Nie, to źle zadane pytanie – bo modlitwa to nie zawody. Czemu modlitwa celnika była bardziej Bogu miła? Bo nie było w niej pychy. Bo nie była pewnie tak piękna, składna, wyrażona we wzniosłych tekstach – jak faryzeusza. Ale była z pewnością bardziej od tej faryzejskiej prawdziwa, autentyczna, szczera, oddająca sytuację, uczucia, myśli i pragnienia celnika. A taka ma być modlitwa. Nie ma być oderwaną od rzeczywistości laurką, jaką – jak w konkursie na lekcji plastyki – niesiemy do Bozi, żeby dostać dobrą ocenę. Ma być szczerą kwintesencją tego, kim ja w danym momencie jestem – z trawiącymi mnie emocjami, radościami, smutkami i troskami. Ma być wyrażeniem mnie samego, moim krzykiem do Boga. 
Ten celnik był pokorny w swojej postawie. Świadomy tego, że ideałem nie był – i nie chodzi tylko o stereotyp celnik = kolaborant (z okupantem rzymskim) i złodziej (bo pobiera na pewno więcej, niż musi okupantowi oddać) – świadomy swoich grzechów (każdy je ma – on też), świadomy niegodności stawania przed Bogiem. Był pokorny. Wiedział, jaki jest – i było mu autentycznie wstyd, że nie potrafił pewnie się zmienić. Ale była w nim wola tej zmiany i świadomość, że jest to cel, jaki Bóg przed nim stawia. Stąd taka a nie inna postawa, i takie a nie inne słowa – Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.
Więc – jak postępować, jak żyć? Bogobojnie, ale tak naprawdę. Jak najlepiej, na miarę swoich możliwości tych prawdziwych (a nie na poziomie zwykłego lenistwa i łatwizny). Nikt sam się nie zbawi – bo zbawić może tylko Bóg, ale tym, jak żyjemy, pokazujemy Bogu, czy nam w ogóle na tym zbawieniu zależy, czy my wierzymy w Niego samego, w Dobrą Nowinę, czy Kościół jest dla nas wspólnotą – czy mamy tylko metryczkę chrztu, więc czasem do kościoła zajrzymy, przed ślubem się wyspowiadamy, czasem mięska w piątek nie zjemy czy rzucimy jakieś resztki na tacę w kościele. Chrześcijaństwo to religia i wyzwanie dla ludzi radykalnych, którzy nie boją się ciągłej pracy nad sobą. Zbawienie jest darem, ale trzeba się wysilić, aby pokazać Bogu, że chcę ten dar przyjąć. Zbytnia pewność własnej sprawiedliwości, pogarda dla innych czy łatwość osądzania – tak, to też są argumenty. Jak myślisz, co wskazują – chęć bycia zbawionym, czy coś zupełnie innego? Bóg usprawiedliwi każdego, kto – poza tym, co sam w życiu robi – osądzanie innych, ich pobudek i motywacji pozostawi Jemu samemu. Tak, jak usprawiedliwił tamtego celnika.
Ewangelista przytacza wprost – co się rzadko zdarza – do kogo adresował Jezus te słowa: do tych, którzy ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili. Postawa wszechobecnego znawstwa i przypisywania sobie wiedzy i legitymacji do oceniania i sądzenia innych uderza na każdym kroku. Tylko że jakoś zawsze brakuje ochoty i woli, żeby samego siebie podsumować, tymi samymi kryteriami, jakimi przed chwilą podsumowałem tego czy tamtego. Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że sam bym wyszedł jeszcze gorzej, gdyby do tej oceny podejść solidnie?

Błogosławione upór i konsekwencja – być jak wdowa, a Boga nie uważać tylko za sędziego

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,1-8)
Czy Bóg jest taki, jak opisany tutaj w obrazku powyżej sędzia? Mam nadzieję i wierzę głęboko – że nie. Bo w takim układzie – nie miało by sensu wiele innych sytuacji również w ewangeliach ujętych, choćby obrazek o miłosiernym samarytaninie, o synu marnotrawnym i przede wszystkim jego ojcu, i wiele innych na pewno też. To może być obraz, który odpowiada wizerunkowi Boga starotestamentalnego – który postrzegany był jako srogi, karcący, wręcz oczekujący krwawych ofiar. Ale wiemy przecież, że Nowy Testament prostuje to mylne wrażenie i wskazuje prawdziwy obraz Boga – kochającego, troszczącego się o człowieka nawet gdy ten człowiek sam tej troski nie chce, zawsze gotowego przyjść z pomocą, wskazać drogę. 
Nie, Bóg taki jak ten sędzia na pewno nie jest. To znaczy – w oczach niektórych z pewnością jest. Dlaczego? Bo to wygodne. Idealna odpowiedź – Boże, ja Ciebie tyle prosiłem o coś, a Ty nic, więc jesteś jak ten sędzia. I wszystko jasne. Tak? Czy to, że ktoś o coś prosi – oznacza po pierwsze, że powinno mu się dać to, o co prosi, a po drugie – że brak odpowiedzi, niespełnienie tej prośby to automatycznie brak dobrej woli, obojętność? Spójrz na swoje życie – czy zawsze, gdy np. twoje dziecko o coś poprosi, dasz mu to, czego pragnie? Nie. Bo czasami – wiedzą, doświadczeniem, miłością, troską – wiesz, że nie jest mu to potrzebne, albo wręcz, że jest to dla niego szkodliwe i złe. Nawet, gdy latorośl wpada wówczas w rozpacz, wierzga, kopie, płacze – wiesz, że masz rację, i twoim największym sukcesem będzie, gdy za jakiś czas owa latorośl to zrozumie – czy to mówiąc ci to wprost, czy to gdy zobaczysz, jak za x lat latorośl wychowywać będzie swoje dzieci. 
Poza tym – wypada być konsekwentnym, prawda? Z jednej strony omijam kościoły szerokim łukiem, na Msze nie chodzę, do spowiedzi nie przystępuję, sakramenty – kiedyś kazali przyjąć, to przyjąłem, ale nic poza tym; modlić się nie modlę – bo to staroświeckie, itp. Czyli Boga mam w głębokim poważaniu. A z drugiej strony – jak trwoga, to do Boga? O. Grzegorz Kramer SI na swoim blogu pięknie to nazwał – Bóg zawsze wybiera człowieka, ale człowiek musi najpierw na to wybranie się zgodzić, przyjąć je. Dopiero wtedy Bóg może zacząć działać – gdy człowiek Mu na to pozwoli. Bóg nie zadziała wbrew człowiekowi – nie raz już o tym pisałem, kocha nas tak bardzo, że dał nam wolną wolę, wolę pozwalającą także Jego samego zanegować i olać. Żadnych ograniczeń – ja sam decyduję. 
Zawsze, jak czytam sobie niedzielną liturgię słowa, to próbuję znaleźć w niej wspólny mianownik – coś, co spaja te teksty, jest wspólnym odniesieniem. I tym razem wyszło mi, że tym czymś jest wytrwałość. 
Wytrwałość, dzięki której Naród Wybrany odniósł zwycięstwo nad Amalekitami (Wj 17,8-13) – bo Mojżesz trzymał w błagalnym geście ręce w górze – dopóki mógł, sam, a gdy nie mógł, to z pomocą Aarona i Chura. Na marginesie tego, co każdy widzi – że modlitwa w ogóle jest dzisiaj wyśmiewana – to niewiele osób wierzy w modlitwę wstawienniczą. Przepraszam – wierzymy, choć gdy spojrzeć na zestawienie np. tygodniowych intencji mszalnych w pierwszym z brzegu kościele, to lwia ich część dotyczy… zmarłych. Modlitwa wstawiennicza, czy zabobonny strach, żeby nas nie nawiedzali? Nie wiem. Jest pewna pozytywna tendencja – coraz częściej zamawianie mszy z okazji rocznic ślubu, urodzin czy imienin dzieci, więc jest nadzieja, że modlitwa wstawiennicza znowu zostanie jakby na nowo odkryta jako piękna forma szturmowania Boga nie tylko w swoich intencjach, ale tych, którzy są naokoło. Październik to miesiąc, w którym Kościół szturmuje uwagę Boga szczególnie modlitwą różańcową – może warto spróbować sięgnąć po różaniec?
Wytrwałość, o której w II czytaniu (2 Tm 3,14-4,2) mówił Paweł – nawet zaczyna je od słowa trwaj – w odniesieniu do tego, w co wierzę, co przyjąłem, i co musi mieć odzwierciedlenie, być punktem odniesienia dla mojej postawy, podejmowanych w życiu decyzji, wyrażanych poglądów. Inaczej jestem po prostu fałszywy. Skoro wierzysz w to, co w Biblii – to stosuj się do tego. Inaczej nie ma to sensu. Jak? Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz
I wreszcie – wytrwałość ewangelicznej wdowy. Tak, była niemiłosiernie wytrwała – z punktu widzenia tego sędziego, pewnie bardziej natrętna, żeby nie nazwać  tego dosadniej. Ale była. I ta wytrwałość doprowadziła ją do celu. To, że pobudki sędziego do wsparcia wdowy były, powiedzmy, mało chlubne i o podjęciu działania nie zdecydowało w żadnej mierze położenie wdowy – to kwestie drugorzędne. Wdowa osiągnęła cel. Wdowa w tamtych czasach była pod każdym względem pozbawiona opieki, troski, zabezpieczenia materialnego – bezbronna. To wszystko zapewniał kobiecie mąż – gdy jego zabrakło, jej sytuacja nie była godna pozazdroszczenia. Dlatego wdowa szukała pomocy w obronie przed wrogami. 

Nam się może wydawać, że mamy wszystko, jesteśmy na szczycie świata – kariera, kasa, dostatek, blichtr, towarzystwo – ale tak naprawdę w pewnych sprawach byliśmy, jesteśmy i przed Bogiem będziemy bezbronni. Nic tego nie zmieni. Nie można tego zmienić – i Bóg nie oczekuje nic więcej ponad to, aby tej bezbronności nie ukrywać, nie zasłaniać się nadmuchanym pancerzem swojego ego, swoich – mniej lub bardziej ulotnych – bogactw i ziemskich sukcesów. Kiedyś to wszystko się skończy – i pozostaniemy tacy, jacy naprawdę jesteśmy. Bezbronni. Szukanie u Boga pomocy w tej bezbronności nie jest niczym złym – jest naturalnym zachowaniem. Choć tak wielu się tego wypiera, broni się przed tym i od tego ucieka. 

Na końcu Ewangelii padają dwa ciekawe pytania. Pierwsze – a Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych? Wybranych – czyli tych, których wybrał. Wybranych – czyli tych, którzy Jego wybór przyjęli, otworzyli nań swoje serce. Dopiero wtedy wybranie jest dokonane – jak pisałem ciut wyżej, Bóg nie zadziała wbrew woli człowieka. Bóg weźmie w obronę – o ile ty tego będziesz chciał, zapragniesz tego. Drugie – czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? Modlitwa jest bez sensu, gdy człowiek nie wierzy – w Boga, w sens tej modlitwy. I to nie tylko tu i teraz – ale przy końcu czasów, w Dniu Sądu, gdy przyjdzie Syn Człowieczy. Co do tego pytania ostatniego – ciekawą rzec sugeruje Jan Turnau: mianowicie, że to ostatnie pytanie… dotyczy kolejnej części 18 rozdziału Ewangelii Łukasza, czyli tekstu o postawie na modlitwie faryzeusza i celnika. Może?

>>>

Na kanwie zapędów co poniektórych odnośnie powoływania Jezusa na formalnego Króla Polski – dowcip polityczno-prawny: Chrystus nie może być królem Polski, bo został kiedyś skazany prawomocnym wyrokiem sądowym.

>>>

Piękny tekst na temat Bractwa Więziennego – wolontariuszy, którzy pracują na rzecz osadzonych i ich rodzin. Szacuje się, że docierają do co trzeciego przebywającego w więzieniu! Piękna inicjatywa – warto poczytać o tym, jak ludzie pomagają innym, którzy przez społeczeństwo bardzo często są już skreśleni – czy to z powodu tego, czego się dopuścili, czy np. z uwagi na to, że skazani na dożywocie i tak, teoretycznie, do społeczeństwa tego nie wrócą już. 

>>>

Nie krzywdź, a nie będziesz krzywdzony – ciekawa inicjatywa społeczna, z założenia mająca na celu zapobieganie krzywdzeniu osób starszych. I co na to ludzie, którzy Jezusa z Jego naukami odstawiają do lamusa, bo to takie nieżyciowe? A kto – dużo wcześniej – mówił o konieczności miłości bezwarunkowej, uczciwości, uczył o tym, że odmierzą nam taką miarą, jak my mierzymy?

>>>

Genialny wręcz artykuł o śp. x Józefie Tischnerze, z lipcowego numeru Więzi. O tym, co było sednem myśli Tischnera, dlaczego był – jaki był, co w ten sposób chciał pokazać, dlaczego w tym wszystkim wytrwał, nie interesowały go rektorskie togi czy biskupie fiolety. Warto przeczytać.
Tak – jak dotąd, w zestawieniu z miesięcznikiem W drodze, Więź wypada jednak lepiej. Muszę porównać jeszcze ze Znakiem
Prasówek nie było dawno – cóż, nie kupuję ostatnio GN już drugi tydzień, bo nie mam czasu go czytać…  
>>>
Wiara.pl donosi (tutaj i tutaj), iż na dniach – być może już w środę? – Benedykt XVI kreuje nowych kardynałów Kościoła. Spodziewam się nominacji dla abp. Kazimierza Nycza i mam równocześnie nadzieję, że nie będziemy świadkami nominacji abp. prymasa. Czekam z niecierpliwością 🙂 

>>>

W sobotę była 32. rocznica wyboru na Stolicę Piotrową kard. Karola Wojtyły, naszego Jana Pawła II. I co? I nic. W większych ogólnopolskich serwisach znalazłem tylko 1 wzmiankę, na Onecie bodajże, odnośnie oczywiście nie papieża jako takiego, jego dzieła – tylko rozdmuchany artykulik odnośnie przyczyn spowalniających beatyfikację sługi Bożego, z bardzo akcentowanym wytłuszczaniem tego, co to niby papież z Polski źle robił, przymykał oko itp… 
Przykro się to czyta. Być może błędem Jana Pawła II było zaufanie wobec ludzi. Ale to chyba dobrze o nim świadczy. Wierzył tym, których wybrał do współpracy – a prawda jest taka, że nie raz i nie dwa razy oni to wykorzystywali, czego efekty były opłakane (vide – polska afera z abp. Paetzem, którą skrupulatnie i na szczęście bezskutecznie próbował zamieść pod dywan ówczesny nuncjusz, a obecny prymas).
>>>

Tak w kontekście I czytania – Mojżesza z uniesionymi rękami – może właśnie dlatego tak uwielbiam tę figurę Jezusa, górującą nad Rio de Janeiro?

Dwa wiosła – na jednym daleko nie dopłyniesz

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10,38-42)

Niedawno było o tym, a wczoraj w kościele na mszy rano usłyszałem te słowa znowu.

I tak mi się to z benedyktyńskim ora et labora skojarzyło. Jak ktoś nie zna – modlitwa i praca, to znaczy. Mądre i proste słowa Benedykta, świętego z ciemnego i prostego średniowiecza – do dzisiaj bardzo aktualne. Na marginesie – wspólnota zakonna niesamowita, przetrwała właściwie tak, jak została założona; żadnych tarć i podziałów wewnątrz właściwie (jak np. u franciszkanów). Wracają do meritum – jedno bez drugiego specjalnie sensu nie ma. Praca sama w sobie szczęścia nie daje, a modlitwa może być  jedyną treścią życia chyba tylko w przypadku osób w zgromadzeniach klauzurowych – w pozostałych, nawet duchowni, w jakieś tam formie pracują (szkoła, parafia, najprostszy nawet braciszek zakonny jest furtianem, zakrystianinem czy w ogródku albo infirmerii pracuje). 
Kiedyś czytałem taką krótką historyjkę. Dwójka ludzi wybiera się popływać łodzią. W łodzi – 2 wiosła, jedno z napisem modlitwa, drugie z napisem praca. Jeden wziął jedno wiosło, drugi drugie. Za każdym razem, gdy wiosłował tylko jeden – nic się nie działo, a konkretnie łódka się kręciła w miejscu. Dopiero, gdy zaczynali działać razem, gdy modlitwa i praca współdziałały jednocześnie, wtedy łódka zaczynała płynąć w żądanym przez nich kierunku. 
W życiu jest czas tak na modlitwę, jak i na pracę. Nie jest sztuką wpadać w modlitewny szał i spędzać nawet i tydzień na ciągłej modlitwie, po czym olewać Boga przez resztę roku. I odwrotnie – lenić się, nawet pod pretekstem modlitwy, większość czasu, i pracować krótko w jakimś zrywie. Wytrwałość, systematyczność, konsekwencja. Są trudne – na pewno – ale tego wymaga tak Bóg w modlitwie, jak i każdy pracodawca w pracy właśnie. Pod tym względem sfera modlitwy z życiem codziennym są spójne bardzo – co pokazuje, że oczekiwanie takiej a nie innej stabilności, czy to w pracy, czy w modlitwie, jest jak najbardziej słuszne i uzasadnione. 
Marta nie do końca rozeznała – co należy kiedy zrobić. Na przygotowania czas był wcześniej, i w tych przygotowaniach z pewnością Maria jej pomagała. Ale to Maria właśnie wiedziała: teraz Gość przybył, należy poświęcić Jemu czas, być przy Nim, wykorzystywać Jego obecność, a nie zajmować się sprawami, które winny być prawidłowo przygotowane (i najpewniej były) wcześniej. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Rozeznanie tego to duża sztuka, a brak tej umiejętności może prowadzić do pewnego nieuporządkowania, którego ofiarą stała się Marta. W jej wypadku – Jezus był obok, od razu ją wyprostował, wskazał właściwą postawę. Dzisiaj nie zawsze człowiek się zastanowi, nie mówiąc o wsłuchaniu się w głos Boga – co teraz należy zrobić. Warto więc o tym pamiętać – działać we właściwej formie, we właściwym czasie. 
>>>
Wczoraj było wspomnienie św. Faustyny Kowalskiej. Aż trudno uwierzyć… To przeszło 10 lat od jej kanonizacji, zresztą byłem wtedy w Łagiewnikach, tego samego dnia, w ramach jednego z punktów pielgrzymki bierzmowanych. Nie raz i nie dwa razy tam wracałem – choć nowa bazylika wielka, jakby przytłacza (i tak dziwnie – bo stoi… na polu właściwie), to jednak urzeka mnie prostotą wnętrza i bardzo dobrze się tam czuję. Na marginesie – ciekawy pomysł na zakrystię: schować ją… za prezbiterium. 
Wyobraźnia miłosierdzia – fajne sformułowanie, często używane jako takie słowo-klucz. Ale bardzo trafione. Wyobraźnię mamy najczęściej tylko do wymyślania tego, co dobre, przydatne – dla siebie. W kontekście drugiej osoby, właśnie przede wszystkim w sytuacji, gdy to miłosierdzie może mieć miejsce? Po co? Nagrabił sobie, zasłużył – to niech cierpi. Od miłosierdzia to Bóg jest, a nie ja. 
Ale do miłosierdzia powołany jest każdy z nas. Wyobraźnię mamy do wielu nieważnych i drugorzędnych spraw, warto z niej w kontekście tego miłosierdzia korzystać. Może się okazać, że brak tego miłosierdzia zaważy kiedyś o tym, co się stanie ze mną samym – czy to poprzez decyzję kogoś, od kogo będę zależny, tu na świecie; czy to w Dniu Sądu. A może Miłosierdzie Boga sięga dalej niż nam się wydaje, dalej niż przyjęte rozumowanie – piekło jako kara…? Któż to wie? Tylko Bóg. 
>>>
Jakiś czas temu czytałem książkę o bł. Pier Giorgio Frassatim. W zeszłym tygodniu Kościół na ołtarze wyniósł nie dość, że świecką, żyjącą nam współcześnie, to jeszcze nastolatkę. Gdyby żyła – miała by dzisiaj 39 lat. Chiara Badano – zwykła włoska dziewczyna o dużej wrażliwości na potrzeby innych, wierze, miłości, zapale do życia i wielu pomysłach, co z tym życiem zrobić. 
Jeden upadek podczas gry w tenisa, przejmujący ból – i diagnoza jak wyrok. Zaawansowany nowotwór kości. Rok później już nie żyła. Nie złorzeczyła, nie czepiała się za wszelką cenę życia. Pogodziła się z tym, co dał jej Bóg, i ten swój krzyż chciała jak najlepiej przeżyć. 
Czegóż więcej chcieć gdy chodzi o dowody dla niedowiarków na to, że świętość jest dla każdego, także dzisiaj? 
>>>
Zachęcam do przeczytania, z ostatniego GN:
  • bardzo optymistycznego tekstu odnośnie przyszłości i możliwości pojednania Kościoła katolickiego z prawosławnym
  • interesującego reportażu na temat wiary Cyganów – m.in. o tym, że Cygan modli się nawet… chcąc coś ukraść
  • jednego z niewielu sensownych tekstów na temat tego, o co chodzi w aferze rozdmuchanej wokół Komisji Majątkowej, na kanwie aresztowania pełnomocnika kilku podmiotów kościelnych ubiegających się o zwrot majątku

Kuchnia Boga – czyli wiara i właściwe proporcje jako przepis na szczęście

Uprzedzam, sporo tego będzie. Dawno nic nie napisałem pozytywnego, więc się zebrało.

>>>

Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. (Łk 17,5-10)
Mnie się to rzuciło w oczy tak na samym początku. Ważne w tym tekście jest wszystko, także to – kto prosi. Kontekst sytuacji. Proszą apostołowie – ci, którzy są jakby pierwowzorami powołanych, i to bynajmniej tylko do kapłaństwa (albo kapłaństwa – ale nie tylko rozumianego jako sakramentu, ale także kapłaństwa powszechnego). Proszą powołani – ci, którzy chcą, odpowiadając na wezwanie Boga, realizować ten cel, tę drogę, jaką Bóg im wskazał. Nie proszą osoby, które dopiero co Jezusa poznały, pierwszy raz słyszą Dobrą Nowinę – ale ludzie zdecydowani, którzy już jakiś czas temu podjęli decyzję, a teraz tylko konsekwentnie w tej decyzji trwają, a przynajmniej chcą trwać. To ważne – prosić o wiarę ma każdy, bez względu na to, czy na początku swojej drogi i przygody z Bogiem jest, czy dalej, czy nawet już przy jej końcu. To sztuka, jakiej człowiek ma się uczyć całe życie. 
Oni wiedzieli – coś w nich już z tej Bożej łaski kiełkuje. Jakaś tam wiara w nich już jest. Wiara zakorzeniona w nich przez Boga – która tylko z tego Boga pomocą może rosnąć i w efekcie końcowym dać dobre owoce życia wierzącego. Po co wiara? Do dobrego życia, najogólniej rzecz biorcą. Do skutecznej współpracy z Bogiem – bo nie o pozory tu chodzi, ale rezultaty. Zaryzykowałbym stwierdzenie – wiara to nic innego jak właśnie otwartość i współpraca z Bożą łaską, z Jego Duchem. Zasłuchanie w Niego i umiejętne rozwijanie w sobie daru, który otrzymałem na chrzcie świętym i ma się rozwijać droga kolejnych stopni chrześcijańskiego wtajemniczenia – sakramentów. Dlatego są one tak ważne, dlatego ważna jest spowiedź, eucharystia i częste (a nie od wielkiego dzwonu) z nich korzystanie. Ale o sakramentach – kiedy indziej. Żadna magia, czary, moc. 
O. Grzegorz Kramer SI świetnie napisał: Bóg pomnaża to, co już jest. A co jest w człowieku? To, kim człowiek jest, i to, co Bóg dał. Reszta zależy od samego człowieka. Tak jak ciasto – co potrzebujesz, aby powstało? Składniki i znajomość przepisu, właściwe zmieszanie i przygotowanie. Z człowiekiem jest tak samo – składniki to ja i Boże dary. Przepis – nauka Kościoła, Biblia, przykazania, sakramenty. Jeśli umiejętnie i prawidłowo będę łączył jedno z drugim – wyjdzie to, co wyjść powinno, czyli zadowolony z życia człowiek, szczęśliwy, spełniony, zrealizowany. Jeśli oleję przepis – wyjdzie najpewniej frustrat, desperat, zmęczony, znudzony, zniecierpliwiony, zły na wszystko i na wszystkich. Wybór należy do mnie. 
 
Trzeba wyrabiać to ciasto swojego życia. Czy przepis jest dobry? Tak, sprawdzony przez wielu, których Bóg do szczęścia doprowadził. Powielam coś bez sensu, Bóg tworzy według pewnego schematu? Tak – ramy są takie same dla wszystkich. Ale każdy człowiek jest wyjątkowy, nie ma takiego samego – i w tych ramach realizuje się w sposób właściwy tylko sobie, jedyny w swoim rodzaju. Sprawdzone metody, ten dobry przepis + jedyny w swoim rodzaju człowiek = szczęśliwy człowiek. Proste? Proste. 
Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. Służba to bardzo trudna sprawa, szczególnie dzisiaj – gdy każdy tylko byłby najchętniej kierownikiem, dyrektorem, prezesem. Tak mi się przypomina, w tym kontekście, film Zróbmy sobie wnuka (z genialną rolą Andrzeja Grabowskiego), puszczany w sobotę wieczorem – gdzie mało rozgarnięty pracownik (chyba jedyny lub 1 z 2) ulokowanego w centrum wielkiego miasta gospodarstwa rolniczego, zabiegając o względy pewnej kobiety, prosi głównego bohatera o to, czy w obecności tejże kobiety mógłby zwracać się do niego w sposób bardziej kulturalny, np. panie kierowniku albo panie dyrektorze. Kto zna film – wie, o co chodzi (kto nie zna, niech obejrzy, bo dobre). A Jezus w tym całym zabieganiu za stołkami i tytułami wskazuje jasno – bez względu na to, czyim jesteś szefem, ilu ludzi masz pod sobą, ile spraw zależy od ciebie – zawsze jesteś tylko sługą, chociażby Boga samego. Tak naprawdę – sługą tych wszystkich, z którymi się stykasz, nawet gdy nie zdajesz sobie z tego sprawy. 
Nie ma nic złego w tym, że człowiek oczekuje uznania i zbiera słowa tegoż właśnie, gdy swoją pracą na nie zasłuży. To normalne i naturalne. Jest jednak coś takiego, jak nasza pycha, nasze ego, które może wtedy niebezpiecznie rosnąć i zasłaniać, z biegiem czasu, zdrowe podejście do wielu kwestii – w tym do samego siebie, swoich dokonań i swojej wielkości. Jak się nie pogubić? Z wiarą właśnie – z tymi właściwymi proporcjami do przepisu na udane życie i bycie.
Uczniowie prosili, aby Bóg przymnożył im wiary – i dobrze. Modlitwa to bardzo ważna sfera, ważny aspekt życia, nie od święta, ale codzienności. Nie można jednakże popaść w skrajność – no, to ja się pomodlę, więc Ty, Boże, odwal za mnie wszystko, skoro tak ładnie Cię poprosiłem, pomodliłem się, poszedłem do kościoła czy nawet mszę zamówiłem… Nie bez powodu w innym miejscu w Piśmie Świętym jest napisane wiara bez uczynków martwa jest sama w sobie (Jk 2,17) Słowa muszą przekładać się na czyny. Więc działaj. Przesadzanie morw czy przenoszenie gór może być zbyt trudne – więc należy zacząć od tego, co zwykłe, codzienne, czasami wręcz monotonne i nudne. Nie każdego droga wiedzie przez spektakularność. Świętość można osiągnąć rzeczami najprostszymi, niczym nadzwyczajnym. Heroiczność nie musi być oszałamiająca i rzucająca się w oczy. Żeby Bóg mógł coś pomnożyć – trzeba to coś stworzyć z tego, co On dał. A tego On nie zrobi za człowieka. 
Świętość przez codzienność, świętość w codzienności? Tak. To jest właśnie wezwanie, jakie Bóg kieruje do każdego z nas. Pewnie, zdarzają się osoby wybitne, których powołanie jest na inną skalę – sługa Boży Jan Paweł II na przykład. Ale to wyjątki. Każdy z nas ma swój ogródek, swoje życie, niezależnie od powołania, gdzie do tej świętości ma dojrzewać. Usuwając to, co zbędne, a kształtując i budując to, co dobre. Pozbywając się chwastów i wszystkiego tego, co przeszkadza, rozprasza. Tak, nawet, a może przede wszystkim wtedy, gdy to, co trzeba usunąć, na pierwszy rzut oka wydaje się fajne, ładne, kuszące i pozornie dobre. Szczególnie tutaj potrzebny jest radykalizm. Musi mnie być stać na to, aby karczować siebie samego do oporu – aż zniknie to wszystko, co zarasta serce i zasłania jedyne prawdziwe źródło – Jego samego.
I z czasem może, a nawet powinno, się okazać – że to wszystko to ta moja własna morwa, o której ewangelista mówi, i co do której Bóg oczekuje, abym ją usunął. To jest moje zadanie – na dzisiaj, jutro i tak do końca. Nudne? Nie. Ambitne. Wyczerpujące też. Ale nie po to o wiarę się modlimy, o jej przymnożenie, żeby ją kisić w sobie – ale po to, aby ją kreatywnie spożytkować. 
 
Tylko od czegoś trzeba zacząć. Najlepiej – od swojej wiary, od tego ziarnka gorczycy. To dar od Boga – zrobisz z nim coś? Czy pozwolisz mu się zagubić, zmarnować? Bóg pomoże – ale musisz sam coś zrobić pierwszy. Najpierw musi cię być stać na wolę zmiany i pracy nad sobą. Dopiero wtedy Bóg będzie miał co pomnażać.
>>>
Na nowo ostatnimi czasy odkryty ponownie Pax (dzięki Dudiemu, a dokładniej linkowi u niego) zapisał się w annałach pojęć liturgicznych i homiletycznych, formułując definicję makdonaldyzmu homiletycznego. Zachęcam do zapoznania się z jego opisem zjawiska – bardzo ciekawe, niestety (bo zjawisko samo w sobie – przykre conajmniej).
„Makdonaldyzm homiletyczny” – ciekawe sformułowanie. A jak nazwiać zjawisko, powszechne, którego niestety doświadczyłem wczoraj ZNOWU podczas Mszy Świętej, a mianowicie: czytanie po Ewangelii, tj. w miejscu na HOMILIĘ (nie kazanie), tego + zaproszenia generała… pardon, metropolity, na jakiś bliżej nieokreślony spęd diecezjalny? Bo mnie szlag trafia – po najmniejszej linii oporu. Żeby to jakaś nauka była, jakieś rozważania, coś o Ewangelii. Nie – „skrót wydarzeń” z kolejnego, pasjonującego z pewnością (…) zlotu KEP. Zbitka frazesów, jak zwykle w tonie „jaki ten polski Kościół prężny i wspaniały”.

Przeraża mnie to. Bo ludziom w kościele – na rękę, czyta ksiądz jeszcze szybciej niż na kolanie napisane zwykle kazanie, śpi/przysypia się lepiej… Księdzu – tym bardziej, bo nie trzeba w/w kazania na kolanie pisać (tudzież uskutecznić, mniej lub bardziej „spontanicznego” makdonaldyzmu homiletycznego). A biskupi? Tego za cholerę nie wiem – co oni chcą osiągnąć, spisując takie pierdoły, i każąc je czytać w kościoła w niedzielnej mszy, zamiast homilii? Zniechęcać ludzi nie trzeba – wystarczy, że raz, drugi przyjdą i takich głupot posłuchają, to nie wrócą. Pogratulować.

Żaden dowcip. Gdzie znaleźć sensowne rozważanie do Ewangelii? Na blogach kilku osób, duchownych i nie tylko, które to Słowo rozważają. Bo z ambony – coraz rzadziej.

>>>

Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! Zdrowe zasady, któreś posłyszał ode mnie, miej za wzorzec w wierze i miłości w Chrystusie Jezusie! Dobrego depozytu strzeż z pomocą Ducha Świętego, który w nas mieszka. (2 Tm 1,6-8.13-14)

Sam nie jestem ich zapalonym fanem (za mocno, jak dla mnie…), ale inspiracja piękna. A więc – jaki zespół czerpie z powyższych słów, wpisał je jako swoje jakby credo? Oczywiście, 2 Tm 2.,3, czyli tzw. Tymoteusz. Warto w tym miejscu podziękować za tych ludzi – za ich świadectwo i za tych wszystkich, których, tak specyficzna przecież, muzyka przyciąga do Boga, a bez niej mogli by do Niego nigdy nie trafić.

>>>

Nie wiem, pewnie niewiele osób zauważyło – w ciągu jakiś… 4 dni zmieniłem drugi raz szablon w tymże przybytku blogowym. Tamten fajny był, jakby powrót po długim czasie do konwencji: ciemne tło i białe napisy. Ale niestety, nawet jak dla mnie – za ciemne, źle się to czytało.

Więc najprawdopodobniej zostanie w formie takiej, jak obecnie. Z porankiem i niebem w tle.  

Proszę o wsparcie

Króciutko.

W sobotę o 11:00 – egzamin wstępny, do którego się przygotowuję od dłuższego czasu, a do którego czas odlicza licznik po prawej. Jak się przygotowałem? Okaże się przy wynikach – jest nadzieja, że jest to kwestia tygodnia. 
Bardzo proszę o wsparcie modlitewne w tej intencji. Nie jest to kolejny egzamin na studiach, czy nawet dyplomowy – niestety (stety?) mam już to za sobą, tutaj gra idzie o perspektywy na przyszłość, coś dalej i większego, możliwość uczciwych zarobków z pracy, o której marzyłem i do której się dość długo przygotowuję. 
Zatem pokornie proszę…