Nieskończone zwielokrotnienie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)

Piękna kontynuacja tekstu dzisiejszego czytania (Est [Wlg] 14,1.3-5,12-14), w którym królowa Estera podjęła bardzo mądrą decyzję: zwrócenia się do Boga w bardzo pięknych słowach m.in. „Wspomnij, Panie, pokaż się w chwili udręczenia naszego i dodaj mi odwagi. Królu bogów i Władco nad wszystkimi władcami’. 
Pan Bóg już taki jest, że nie znosi lenistwa. Taka prawda. Nie mówi dzisiaj – siedź i rozmyślaj o niebieskich migdałach, a spadnie ci ode mnie manna z nieba. Spadała, ale gdy tego naprawdę wymagała sytuacja, w wypadku Narodu Wybranego. Bóg jest Bogiem czynu, ludzi aktywnych, ludzi gotowych do działania i walki. Szukać, kołatać, prosić. Działać. Zawierzyć swoje działanie Bogu – ale nie pozostawiać Go na polu działania jako Tego, co ma odwalić całą czarną robotę, a człowiek przychodzi potem na gotowe – i działać z Jego imieniem na ustach i w sercu. 
Nie wiem, czy każdy człowiek jest zły – natomiast  każdy z pewnością ma nagrabione wiele, nagrzeszone. Stworzeni na Boży obraz i podobieństwo, z natury rzeczy jesteśmy dobrzy i co najwyżej się psujemy w życiu, przez co stajemy się gorsi. Jeśli to zło, o którym pisze ewagngelista, a mówi Jezus, rozumieć jako grzeszność – niestety, smutna prawda. A jednak, w tej grzeszności potrafimy być między sobą dobrzy, pomocni, bezinteresowni, troskliwi. Potrafimy usłyszeć potrzeby innych – dzieci, wnuków, małżonka, osób najbliższych, przyjaciół. Nie sposób więc wątpić, aby Bóg był nieskończonym zwielokrotnieniem tych naszych pozytywnych cech, którymi kieruje się, działając wobec małego człowieczka. 
Lubimy, jak wszyscy naokoło są mili, uprzejmi, uczynni, pomocni – wobec mnie. Lubimy być obiektami tego, co dobre, przyjmować to wszystko. W drugą stronę – na zewnątrz – już gorzej, bo tu włącza się mentalność Kalego tak zwana. Jak ja świnię podrzucę komuś – to ok; ale jak ktoś mnie – to wara! Mało to konsekwentne, ale cóż. Bóg wskazuje na to, że powinniśmy jednak wykazać się tym minimum konsekwencji i  tak działać wobec innych, jakiego działania my od nich oczekujemy. Zwykła uczciwość. 
Mamy tendencję do proszenia, zasypywania Boga swoimi intencjami. Niektórzy mówią – bez przesady, pewne rzeczy można samemu… Można. Ale warto i w tych sprawach szukać Bożego wsparcia, zawierzać te sprawy Jemu wprost. Jezus jednak w wielu miejscach wskazuje prosto – proście! Proszenie zresztą przychodzi nam dość łatwo. A dziękowanie? Tu już gorzej. Najczęściej o tym zapominamy – jak się już uda, jak po wszystkim, to temat zamknięty; a podziękować? No bez przesady. Warto o tym pamiętać – i poza proszeniem pomyśleć o dziękczynieniu, rozmowie z Bogiem zupełnie innej, ale równie dobrej i skutecznej, a przede wszystkim: świadczącej o tym, że pamiętamy o Nim nie tylko w tych podbramkowych chwilach, ale także wtedy, gdy jest dobrze. 
Piękna sprawa. Prosić, kołatać, ale i dziękować – i w tych różnych relacjach, różnych płaszczyznach rozmowy, odnajdywać Jego wolę. 
Dziękuję za słowa modlitwy za moją mamę, na pewno ona sama jest za nie równie wdzięczna. Jest podobno lepiej, ale pozostaje wiele niewiadomych. Więc nadal proszę.

Wielki Post – czas autentycznego dawania z siebie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)

Środa Popielcowa to niezwykły dzień. Nie dlatego, że w kościele zjawiają się czasami wtedy ludzie, którzy przychodzą tam w Boże Narodzenie, Wielkanoc i Popielec właśnie. Jest to wyjątkowy dzień, ponieważ każdy człowiek biorący udział w liturgii staje się odbiorcą jedynej w swoim rodzaju homilii, którą ja porównuję tylko z Niedzielą Palmową, gdzie Kościół nic nie dodaje i homilią jest ewangeliczny opis męki Pańskiej. Dzisiaj tą homilią, zastępującą równocześnie akt pokuty, jest symboliczne posypanie głów popiołem. 
Przypomnienie – po ludzku jesteś tylko czymś tak kruchym i małym, popiołem, ale swój cel i dom masz tam, gdzie ma szansę dotrzeć to, co niezniszczalne i niematerialne, twoja dusza. Żyjesz wśród ludzi, tak bardzo ludzki i normalny, z całym tym bagażem doświadczeń, słabości, bólu i cierpienia, ale masz jako człowiek wierzący właściwie ustawiony kompas, który wskazuje drogę do tego, co tak bardzo inne, ale upragnione. Do zbawienia. Masz w tym wszystkim być autentyczny, ale i skromny – a najlepiej autentycznie skromny. To, co mamy, mamy wykorzystywać – ale nie dla napełniania swych kieszeni, ale dla prawdziwego dobra, i to niekoniecznie własnego. Wielu jest potrzebujących naokoło. 
Jałmużna bardzo łatwo może stać się prostym uspokojeniem sumienia, albo wręcz reklamą samego siebie, okazją do lansowania i pompowania własnego ego – podczas gdy ma sens i Kościół ją zaleca tylko wtedy, gdy ma być dobrowolnym i świadomym wyrzeczeniem, rezygnacją z czegoś dla siebie. Pole do popisu jest duże – w zależności od tego, kto jakimi środkami dysponuje. Jałmużnę złożyć można zawsze, czego pięknie uczy nas przypowieść o ubogiej wdowie. Nic nie miała, tylko pieniążek, ale darowała go do skarbony. Im mniej masz, tym łatwiej jest ci się podzielić. 
Modlitwa ma być prywatną, wręcz intymną relacją z Bogiem. Nie faryzejskim przedstawieniem na potrzeby tych, których ma budować moja „pobożność”, dla których ma być przykładem i wręcz inspiracją. Przykładem to może i będzie – pytanie, na co? Bo co to za przykład, co jest tylko atrapą i z sednem zachowania, z powodu którego inni zwracają nań uwagę, nie ma nic wspólnego? Faryzeusze na rogach ulic, celnik ze swoją w sumie laurką głównie na własną cześć, a nie modlitwą, przykładów wiele. Modlitwa to bardziej wsłuchanie się w głos Boga, który jest tym lepiej słyszalny, im bardziej człowiek się skupi, wyciszy. Izdebka to bardziej metafora umiejętności oderwania się od zgiełku i pośpiechu otaczającego świata. Żeby np. zamknąć się w niej w drodze do szkoły/uczelni/pracy, odmawiając różaniec czy inną modlitwę. Mało kto pewnie może sobie pozwolić na własną de facto kapliczkę w wymiarze fizycznym – dzisiaj sztuką będzie zasłuchać się w Pana pośród tego, co naokoło, i odciąga od Niego wzrok. 
Post, symbol tego czasu, który dzisiaj znowu rozpoczynamy. I znowu – nie ten widoczny na zewnątrz, który może nic nie mieć wspólnego z prawdziwym postem. Post jako wyzwanie dla samego siebie, ale nie w sensie udowodnienia czegokolwiek samemu sobie dla samego udowodnienia. Ważny jest cel, intencja, powód dla którego poszczę. Post w sensie duchowym, jako praktyka człowieka wierzącego, będzie miły Bogu, gdy będzie – jak jałmużna – celowym i ukierunkowanym wyrzeczeniem. Dla Boga, żeby Jemu coś ofiarować, a przy tym zrezygnować z jakieś przyjemności, której zwykle sobie nie odmawiam. 
Kolejny Wielki Post, kolejne 40 dni. Do wykorzystania albo zmarnowania. Może właśnie największym wyzwaniem będzie to, aby ten post był prawdziwym Postem, który przyniesie owoce – nie poklasku, zachwytu i słów uznania osób postronnych dla mojej postawy, ale te prawdziwe wewnętrzne owoce szczerego podejmowania konkretnych praktyk wielkopostnych w postaci jałmużny, modlitwy i postu. Postem, który zaowocuje… właśnie dawaniem z siebie. 

Rybacy ludzi na polu i za biurkiem

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim. (Mk 1,14-20)
Tak naprawdę nic się nie zmieniło. Czy to Jan, czy Jezus, czy Andrzej. Robili dokładnie to samo – głosili Ewangelię Bożą, wypełniali tym samym Bożą misję. Nie miało znaczenia, że pierwszy i ostatni byli zwykłymi ludźmi, a drugi – człowiekiem, ale w równej mierze także Bogiem. Wszystkich troje też spotkał ten sam koniec – męczeńska śmierć. Czym zawinili? Byli zbrodniarzami, złodziejami, oprychami? Nie (oprycha wypuszczono przy procesie Jezusa – Barabasza). Byli konsekwentni i za nic nie chcieli wyrzec się tego, w co uwierzyli, co głosili i o czym własnym życiem świadczyli. 
To zabrzmi nieco jak masło maślane – ale czas cały czas wypełnia się w nas. Mój czas to moje życie, moje okazje, moje decyzje, moje wybory, i ich konsekwencje. I tak jak tamtych troje, moje wybory prowadzą także w konkretne miejsce, niekoniecznie do męczeństwa. Człowiek się boi tego, co Bóg proponuje, a jednak cały czas pozostaje to niesamowite odczucie i świadomość, że Jego zaproszenie jest jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowe, że warto zaryzykować. Tak naprawdę, Jezus – powołując Piotra i Andrzeja – jakby tylko nieco ich „przebrażnowił”. Dalej łowili – ale kogo… Nie miało znaczenia to, że byli ludźmi prostymi, niewykształconymi, rzemieślnikami a nie myślicielami. Ich serca autentyczne poruszyło zaproszenie Jezusa, dlatego zostawili wszystko, jak stali, i za Nim poszli. 
Dzisiaj to nie jest do końca tak samo. Owszem, do dosłownego porzucenia wszystkiego wzywa Bóg tych wybranych do kapłaństwa instytucjonalnego, albo do życia zakonnego. Pozostali, nazywanie zwykle świeckimi, a precyzyjniej – wezwani do kapłaństwa powszechnego – mają na Boży głos odpowiadać tam, gdzie są, w tym miejscu gdzie ich życie doprowadziło, a Bóg postawił. Jako nauczyciel, rzemieślnik, handlowiec, dyrektor, kierowca, czy nawet – rybak. Jako ojciec, matka, mąż, żona, brat, siostra; albo babcia czy dziadek. Nasze powołanie to nie jest jakaś enigmatyczna niewiadoma, ciągle gdzieś na horyzoncie. Powołanie to nic innego jak zrozumienie swoich pragnień i skonfrontowanie ich z wolą Bożą, którą najpierw trzeba chcieć usłyszeć. I tyle, nic więcej. Aha, jeszcze jedno – rezultat. Człowiek, który dobrze rozeznał swoje powołanie, jest po prostu szczęśliwy, gdzie i w jakich okolicznościach by nie był. 
Trwa Tydzień Modlitwy o Jedność Chrześcijan. Inicjatywa nie tak znowu stara, bardzo chwalebna; tak naprawdę, która powinna sięgać korzeniami pierwszych dużych rozłamów w Kościele, więc i 1000 lat wstecz. Cieszy, gdy zaglądam na diecezjalną witrynę www – z braku czasu nie mogę sam wziąć w tym udziału – i widzę kolejne galerie zdjęć ze wspólnych spotkań modlitewnych: a to u nas, katolików, a to u poszczególnych wspólnot protestanckich, a to u braci prawosławnych (pasuje tu niedzielny Andrzej Apostoł – jeden z najbardziej u nich czczonych). Ekumenizm kwitnie i musi się rozwijać, bo chrześcijanie mogą być wiarygodnym głosem w świecie tylko, gdy – mając na uwadze to, co dzieli – skupiają swoje wysiłki na poszukiwaniu wspólnego mianownika, tego co łączy a nie dzieli. 
A jednocześnie – spora przykrość. Ciągle powracają w mediach (katolickich, niestety reszta głupoty pisze) kolejne informacje nt. dialogu Kościoła z lefebrystami. A właściwie chyba bardziej by tu pasowało sformułowanie – monologu, czy wręcz walenia głową o ścianę. Benedykt XVI wykazał chyba już maksimum dobrej woli, ale to za mało. Żadnych konkretów, permanentna opozycja, kolejne warunki i żądania. A gdzie dobra wola? Kościół mało już zrobił? Oni – nic. Problem jest o tyle dla mnie smutny, bo lefebryści uwili sobie gniazdko akurat na terenie mojej obecnej rodzinnej parafii (oczywiście, „przypadkiem” nadając swojemu kościołowi ten sam tytuł, jaki nosi nasz kościół parafialny). W przyszłym roku będzie 25 lat od rozłamu, tych nieszczęsnych święceń biskupich. Co z tego, że papież – w dobrej woli, ale chyba niestety nieco naiwności – cofnął ekskomunikę. Jedności nie ma i jest do niej daleko. 
I kolejny przykład, tym razem z polskiego podwórka, czyli ks. Piotr Natanek. Żaden wizjoner, żaden natchniony kaznodzieja. Przykro to powiedzieć – oszołom. Człowiek, który się w tym wszystkim pogubił i stawia swój autorytet ponad autorytetem Kościoła, swoje zdanie ponad ślubowanym biskupowi posłuszeństwem. I w ten sposób dzieli nasz nieszczęsny Kościół w Polsce. Suspendowanie ma w nosie, zaszył się w swojej pustelni i siedzi tam sobie. Niedawne oświadczenie Rady Stałej KEP to nic innego, jak bardzo wymowny dowód – nie ma pomysłu, co z nim zrobić, jak ów problem jego i jego zwolenników rozwiązać. 
Ale to wszystko jest bez znaczenia. Nie takie „akcje” i nie tego typu, na o wiele większą skalę, problemy i podziały Kościół wytrzymywał. Te także wytrzyma. Może jednak uda się je zażegnać, albo przynajmniej zmniejszyć skalę działania tych, którzy dzielą. Do tego trzeba ufnej modlitwy – nie tylko w tych dniach, ale w ogóle.

Życiowe rozmodlenie i pokój serca

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
Biegamy, spieszymy się ciągle, nie nadążamy, gonimy, nadrabiamy… Ciągle za mało czasu, za dużo spraw na głowie. W tym wszystkim nietrudno o zagubienie odpowiedniej perspektywy, utratę ostrości widzenia, uśpienie ducha czuwania w kontekście podejmowanych decyzji. Efekt – łatwy do przewidzenia – to po prostu pomieszanie z poplątaniem, skupianie się na sprawach małych przy jednoczesnym pominięciu tych kluczowych. 
Sedno i przesłanie tych niedzielnych tekstów (w tym tygodniu poślizg większy niż zwykle…) powtarza się, jak taki piękny refren, w wielu miejscach ewangelii. Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Nic dziwnego, że Kościół odczytuje taki właśnie fragment nie tylko u progu nowego roku (01 stycznia), ale przede wszystkim w liturgiczną uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. W pewnym sensie – uroczystość rodzicielstwa Maryi, które świętujemy. Pewnie można założyć, że Maryja mogła, miała prawo zareagować zupełnie inaczej. Anioł zwiastował wam, pasterzom, o moim dziecku? Wspaniale! Genialnie! To wszystko potwierdza! Wielki optymizm, radość, być może nawet euforia. Żadnego zapisu o takim zachowaniu nie ma. Po prostu zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Po prostu modliła się, polecając, ofiarowując Bogu i dziękując za wydarzenia, które stawały się jej udziałem. Tylko tyle? Wystarczy. 
Maryja odkrywała głębię życia nie w powierzchownych spontanicznych reakcjach na poszczególne wydarzenia, ale w głębokiej modlitewnej refleksji nad tym, co ją otaczało. Obserwowała świat wokół, ludzi obok i siebie samą. Nie w jakiś celach naukowych czy statystycznych. Dla zrozumienia tego, co robi, jak robi i przede wszystkim – dlaczego. Dopiero wtedy, gdy sięgasz do środka, zastanawiasz się nad pobudkami i motywacjami, zaczynasz się kontrolować. Owszem, w spontaniczności nie ma nic złego, jest nawet wskazana – ale nie w każdej sprawie. Trzeba umieć połączyć autentyczność i lekkość wyboru ze świadomością tego, co się wybiera, i jak się wybiera. Życie Maryi nie było usłane różami – o czym mogła się później przekonać – a jednak, ona ciągle trwała, zachowywała wszystko i rozważała. Mierzyła się z tym, co ją spotykała, nie uciekała od rzeczy nawet najtrudniejszych. 
Maryja po prostu wybrała i konsekwentnie się swojej decyzji trzymała. To była jej decyzja, to wszystko było konsekwencją jej wolnej woli, której dała wyraz w rozmowie z archaniołem Gabrielem, kiedy wypowiedziała swoje „bądź wola Twoja”, swoje „fiat”. Warto to sobie uświadomić. Tu nie było przymusu. Nie bez powodu przysłowie mówi, że z niewolnika nie ma pracownika. Do tego nawiązał też Paweł w niedzielnym II czytaniu, gdzie mówi (całość, bo krótkie): 
Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (Ga 4,4-7)
Prawdziwa wiara i miłość ku Bogu może zrodzić się tylko w wolności. Przynosi ją do człowieka posłany do każdego Boży Duch. Jeśli tej wolności brakuje, to jakiekolwiek przejawy wiary – słowa, deklaracje, symbole, postawy – pozostają pustą formą, nieporozumieniem, marnowaniem czasu i wprowadzaniem siebie samego w błąd. Bóg nie chce wiary, do której nas przymusza. Bóg czeka na odpowiedź na Jego miłość, na Jego zaproszenie – a ono może być udzielone tylko w pełni wolności i swobody serca człowieka. Konsekwencja, taka jak Maryi, to postawa dzisiaj bardzo niepopularna, na każdym kroku lansuje się „poprawność”, nie tylko polityczną, w imię której należy się zawsze za wszelką cenę dostosować do okoliczności, broń Boże za dużo nie mówić i nie obstawiać na swoim, po prostu dostosować się do reszty, czy ta reszta jakąkolwiek rację ma, czy też nie. Jednak tylko w takiej postawie można szczerze się modlić, naprawdę rozważać i zachowywać w sercu sprawy najważniejsze. 
Ten pierwszy dzień roku, a jednocześnie uroczystość maryjna, to także Światowy Dzień Pokoju. Bo tylko w prawdziwej Bożej wolności może rozwijać się ten jedyny, trwały, zbudowany na dobrym fundamencie pokój. Żaden ludzki, „święty spokój”. Boży pokój, który – choć dany wszystkim – może zamieszkać i nadać nową jakość jedynie sercu człowieka uporządkowanego, konsekwentnego, który widzi, co się dzieje, potrafi wybierać to, co dobre, i zachowywać to w sercu. Boży pokój, który wypełniał serce Matki Bożej. Boży pokój, który przez wszystkie radości i smutki jej bardzo trudnego życia doprowadził ją do pięknego zakończenia tego życia. Życia trudnego, ale dobrego, owocnego. Takiego pokoju życzę każdemu, nie tylko w Nowy Rok, nie tylko w tym roku – już zawsze.

Pamiętasz o modlitwie za zmarłych księży?

Tak sobie przeglądałem diecezjalną galerię zdjęć, i natrafiłem na fotografie z niedawnej Mszy Świętej za zmarłych biskupów i kapłanów. Tradycja wieloletnia, sam przez ładnych kilka lat w nich uczestniczyłem, zawsze na początku listopada. 
I między tym wszystkim m.in. takie zdjęcie. Jedno z wielu, a jednak bardzo wymowne, przynajmniej dla mnie. W kościele jest bardzo mało świeckich. W niewidocznej części ławek, z prawej strony, która nie zmieściła się w kadrze, siedzieli alumni miejscowego seminarium. Można się domyślić, dla zagęszczenia wizualnie ilości osób na Mszy. Mimo, że była o tym wydarzeniu informacja na stronie diecezjalnej (inna rzecz – mogła być sporo wcześniej…), że informowali o tym księża w parafiach – frekwencja, wg mnie, bardziej niż słaba. 
Można sprowadzić to do wniosku – przecież ludzi coraz mniej do kościoła w ogóle chodzi, coraz mniej deklaruje się jako wierzący, więc o co chodzi? Tylko wpisuje się to w taką właśnie tendencję. Tylko że tutaj problem jest nieco inny, bo jak długo pamiętam, na tych mszach mało kto był. Mimo, że to tylko godzinka, raz w roku. Nie za każdego księdza osobno – za wszystkich razem, księży i biskupów. 
Nie modlimy się za swoich duszpasterzy. Tak, sam mam do księży i wielu ich postaw bardzo krytyczny, niektórzy by powiedzieli: antyklerykalny stosunek. Zgadza się, i nie wstydzę się tego; to wynik wieloletniej obserwacji środowiska z naprawdę bliska, wyczulenie na pewne zachowania, które nie każdy zauważa. Ale to bez znaczenia w tej sprawie. Jeśli jesteśmy wierzącymi, jeśli bierzemy sobie do serca naukę Jezusa – to modlitwa jest podstawą. Nie tylko wtedy, jak się grunt pali pod nogami – tobie, twoim najbliższym, rodzinie, przyjaciołom – ale i w innych sytuacjach, kiedy modlitwa to pomoc potrzebna, choć problem ciebie nie dotyczy. 
Księża, jacy by nie byli, rezygnują dobrowolnie z posiadania rodziny, a więc tej naturalnej grupy ludzi, która w przyszłości – dzieci, wnuki – otaczała by pamięcią modlitewną zmarłą osobę. My, zakładam, świeccy mamy i za kilkadziesiąt lat to kolejne nasze pokolenia przyjdą na nasze groby, zapalą świeczkę, zamówią mszę w rocznicę urodzin czy śmierci. Księża są tego, w pewnym sensie komfortu, pozbawieni. Oni, można powiedzieć, mają „tylko” tych, którym posługują – wprowadzają do Kościoła przez chrzest, katechizują, przygotowują do kolejnych sakramentów i udzielają ich, błogosławią związki małżeńskie, i wreszcie kiedyś odprowadzają z modlitwą Kościoła na cmentarz. I jeśli te osoby, dopóki żyją, nie pamiętają w modlitwie o kapłanach, którzy dla nich pracowali – to kto ma pamiętać?
Może się okazać, że gdy zapomnisz w modlitwie o jakimś duszpasterzu, być może od wielu nieżyjącym, to w modlitwie o nim nie będzie pamiętał już nikt. Jesteśmy im winni naszą wdzięczność. Przecież inaczej, niż modlitwą, tym którzy już odeszli nie możemy pomóc.

Bóg nie wodzi na pokuszenie

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów. A On rzekł do nich: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie. (Łk 11,1-4)
To jest ważna kwestia, która bywa źle rozumiana. To nie jest tak, że Jezus wskazuje jednoznacznie, że miła Bogu, a co za tym idzie – skuteczna – będzie tylko modlitwa słowami właśnie tzw. Modlitwy Pańskiej. To chyba jednak jedyny przypadek w ewangeliach, gdy Jezus wprost wskazuje słowa, zatem formę modlitwy do Boga Ojca. Owszem, znamy kilka innych – Pieśń Maryi czyli Magnificat (Łk 1, 46-55) czy Kantyk Zachariasza (Łk 1, 68-79) albo Pieśń Symeona (Łk 2, 29-32) – Kościół wplótł je, po kolei, w liturgię nieszporów, jutrzni i komplety. Ta jednak modlitwa jest wyjątkowa. 
Każdy z nas zna ją od dziecka. Choć ja mogę powiedzieć, że mnie rodzice chyba wcześniej uczyli Zdrowaś Maryjo. Co więcej, jest to modlitwa jakby ekumeniczna, bo wspólna chyba dla wszystkich wspólnot chrześcijańskich, dla kościołów reformowanych (w przeciwieństwie do braku zgodności co do kultu, a zatem także modlitw, do Maryi). Każdy z nas, mam nadzieję, świadomie, powtarza ją choćby podczas każdej Mszy Świętej. No właśnie, jak to jest z tą świadomością. Wiemy, o co prosimy w niej Boga?
Najpierw uznajemy bóstwo Boga Ojca. Dalej prosimy o nadejście celu naszego życia, Królestwa Bożego, tak w naszych sercach, jak i na świecie. Prosimy też o codzienny pokarm – chleb powszedni, potrzebny do życia. Kilka prostych słów, a ile treści – to, co najważniejsze. Czemu dalej akurat nadchodzi prośba o przebaczenie? Może dlatego, że Bóg dobrze wie, że to wyjątkowo dla nas trudne; nawet gdy człowiek uświadomi sobie pewne rzeczy, ochłonie i przemyśli to, co powiedział/zrobił – słowo prośby o wybaczenie pada bardzo rzadko. Przebaczenie musi być dwukierunkowe – mnie przebaczono, więc i ja przebaczam. I nie dlatego, że druga strona przebaczyła pierwsza. Dlatego, że tak uczy Bóg. 
No i ta pokusa. Tu ciekawe – bo w znanych nam słowach powszechnie najpewniej znajdziemy i nie wódź nas na pokuszenie. Mnie te słowa jakby nie pasują. Bóg – zwodzący ku pokusom? To tak, jakby zwalić na Boga winę za to, że Adam i Ewa w Edenie ulegli pokusie Złego w formie węża. Absurd. Bóg obdarzył ludzi wolną wolą, i to oni sami niewłaściwie z niej skorzystali. To przytoczone dzisiaj nie dopuść, byśmy ulegli pokusie pasuje zdecydowanie. Wspieraj, prowadź tą najlepszą, a nie najkrótszą i najłatwiejszą z dróg. 

I to by było na tyle. Wracając do tego, o czym wspomniałem na początku – to tylko propozycja. Modlitwa, o której można powiedzieć, że jest wskazówką, jakby pierwowzorem wszystkich innych modlitw. Co nie znaczy, że tylko taką należy się modlić, i zawsze nią. Sam nie raz mam z tym problem. W różnych sytuacjach życia różne mam odczucia i uczucia pod adresem Stwórcy, i różnie ta relacja się układa. Czasami Ojcze nasz to wszystko, na co mnie stać… a czasami muszę się wygadać swoimi słowami. Koniec końców – nie forma jest przecież najważniejsza, ale treść.

Dwie prośby i gorzkie żale o prostactwie

Tak się ciekawie zbiegło – w piątek napisałem o tekstach, które czytane były także we wczorajszą niedzielę. I dobrze, bo chciałem o czymś innym. 
Najpierw prośby. 
 
Za koleżankę z poprzedniej pracy. Dzisiaj widzieliśmy się przez chwilę, trzyma się dzielnie. O co chodzi? Niespełna miesiąc temu zginął jej chłopak. Co więcej, prawie na jej oczach – jechał do niej, słyszała przed domem silnik jego motoru. Został potrącony przez samochód, sprawca uciekł, a biedak zmarł praktycznie jej na rękach. Sporo środków uspokajających, jakoś do pracy chodzi, nadrabia miną… ale wystarczy spojrzeć w jej oczy. Panie Boże – ja w Ciebie wierzę i ta sprawa tego nie zmieni. Ale w takich momentach się zastanawiam. To wszystko ma jakiś sens – w tych sytuacjach, gdy umiera młody człowiek, jest on wyjątkowo mocno ukryty. Ale wierzę, że jest – i że Ty sam będziesz dla niej pokojem serca, który ukoi jej ból.
I za koleżankę z obecnej pracy. Niedługo z nią w pokoju siedzę, obserwuję. Dziewczyna 3 lata po ślubie. Męża jej na oczy nie widziałem. Jakiś miesiąc temu wyprowadziła się, wynajęła mieszkanie i zamieszkała sama. Rozmów kilka wokół tego było – sam delikatnie podpytywałem, widząc jak sytuacja wygląda – i widzę, że nie było spektakularnej zdrady, oszustwa czy czegoś, co (zaznaczam – czysto teoretycznie) usprawiedliwiało by takie posunięcie. Co więcej – zapytana, wprost powiedziała, że miała dość, a samo wyprowadzenie się ma definitywnie zakończyć ich związek i zmotywować właśnie jej męża, aby przestał walczyć. Zgłupiałem. 3 lata po ślubie? Niecałe. Ona go nie zdradziła, on jej też nie. I co? Bo nie pasują do siebie? Widzę, że to nie ma na celu jakiś przemyśleń, a po prostu doprowadzenie do – prawniczo ujmując – trwałego rozkładu pożycia małżeńskiego. Zmobilizowania drugiej strony do pogodzenia się. I za jakiś czas, zrezygnowani – rozwód, i cześć. Najgorsze – niedawno miałem okazję porozmawiać z owej koleżanki bardzo bliską przyjaciółką – która także uważa, że owa osoba popełnia wielki błąd. Więc za nią Cię, Panie Boże, proszę. Mądra dziewczyna, dobry specjalista, sympatyczna – i tak spaprać sobie chce, pokomplikować życie. Niech sobie pomieszkają z dala od siebie, jeśli muszą, ale niech się im to małżeństwo nie rozwala. Sam mówiłeś, że nic nie ma prawa niszczyć miłości przez Ciebie pobłogosławionej – więc ich ratuj. Żeby tego za kilka lat nie żałowali. 
Wczoraj pierwszy raz widziałem na oczy nowego wikariusza w parafii, gdzie niebawem zamieszkamy. Sytuacja dość dziwna – kilka lat (wiekowo i kapłaństwem) starszy od proboszcza, co nie rokuje zbyt dobrej współpracy w takim a nie innym układzie podległości. Ale – w przeciwieństwie do proboszcza (zero pomysłowości, problemy z odpowiednią nawet składnią, brak umiejętności po prostu ładnego mówienia, a co dopiero pomysłów na homilie) i młodego wikarego (kazanie = beznamiętne odczytanie moralistycznie nastawionego tekstu przyniesionego w okładeczce czerwonej) – naprawdę ładny sposób mówienia zaprezentował, ciekawą intonację, umiejętnie stosował intonację. Szkoda, że w tym kościele – beznadziejna akustyka – nie przynosiło to zamierzonego efektu. Bardzo refleksyjnie, ciekawie, inaczej. Miło się go słuchało.
Może ktoś to potraktować jako przysłowiowe gorzkie żale. Trudno, czasami trzeba. Jak proboszcz parafii, niby to na okoliczność odpustu, zabiera się za publiczne dziękowanie osobie, która przez x lat bezinteresownie zajmowała się dekorowaniem kościoła kwiatami, przy czym ta osoba skończyła ową posługę przeszło rok temu – a teraz po prostu złamała rękę osoba obecnie zajmująca się kwiatami i nie ma kto ich układać – to niech mi ktoś powie, że ma to cokolwiek wspólnego z wdzięcznością, i nie ma na celu psychicznego publicznie przymuszenia owej osoby do tego, aby zajęła się ponownie owym dekorowaniem? Tym bardziej, że przed całym kościołem mówi, wręczając kwiaty – niby to podziękowanie za tamto dekorowanie, zakończone przeszło rok temu – coś w stylu bo teraz będziemy potrzebowali pani pomocy. Żenujące, żałosne i po prostu beznadziejne. A facetowi się wydaje, że taki pomysłowy, i że mu taka osoba nie odmówi. No to się zdziwi. 

Z ludzi wzięci, dla ludzi posłani

Pan Bóg ciekawie prowadzi po swoich drogach. Wczoraj, zupełnie przypadkiem, wpadłem w rodzinnej parafii na mszę wieczorną. Ot, załatwiałem pewną sprawę nieopodal, i – na dobieg – ale zdążyłem, rzutem na taśmę. Z uwagi na ilość zajęć dawno już nie miałem okazji być na Mszy w tygodniu – tym lepiej.
Patrzę – pełno księży. Co się okazało? Rocznica – dość komiczna liczba – święceń, no i się prawie cały rocznik zjechał (2 za granicą – jeden misjonarz, jeden ekskardynowany do diecezji niemieckiej). Mieszanka dość ciekawa. Najmłodszy prałat w diecezji, specjalista od walki z sektami, ojciec duchowny seminarium, duszpasterze młodzieży, hokeiści i kajakarze. Co ciekawe – jeden z nich, do tego parafianin nasz, świętujący tego dnia 50 urodziny (powiedzmy, mocno spóźnione powołanie). 

Ostatni powiedział bardzo fajne kazanie. Mówił o kapłaństwie, o wdzięczności za ten dar. Powiedział wprost, że rozumie, że ludzie czasami krzywo patrzą na księży, bo niektórzy z nich nie dają dobrego przykładu. Opowiadał o swoim dziecięcym zauroczeniu kapłanami – tym, że uważał ich za takich świętych, prawie nadludzi. A przecież kapłani to ludzi – z ludzi wzięci, dla ludzi posłani. Zwykli, słabi, grzeszni, upadający. Normalni, aż do bólu. Nie jacyś supermeni, z których święcenia zrobiły herosów. Ludzie, którzy dość wyjątkową drogą idą – jak my – ku Królestwu Bożemu, tylko że mają nieco inną rolę. Co ważne, nie tylko rola ta sprowadza się do nauczania – bo wiele znaczy sam przykład życia, być może nawet więcej niż słowa. 

Padły bardzo mądre słowa – że ludzie mają takich kapłanów, jak się o nich modlą. Bóg słucha – ale trzeba go poprosić. A że się często nie modlą – to jest, jak jest. Co ważne – kapłani nie są gdzieś oderwani od rzeczywistości, wiszący pomiędzy niebem a ziemią. Kościół to wspólnota i kapłaństwo sprowadza się do bycia w tej wspólnocie, stanowienia jej razem z wiernymi. Ujął to tak – jak ksiądz byłby sam, to co by robił? Sam do siebie gadał? Sam siebie spowiadał? No nie. To by było bez sensu. 
Czerwiec to czas, gdy Kościół w swoich diecezjach wzbogaca się o nowych diakonów i prezbiterów, którzy przyjmują święcenia. Warto szczególnie w tym czasie pamiętać o nich – tych nowych, i tych już od wielu lat wśród nas pracujących. Aby Bóg darzył ich zdrowiem, siłami, swoim światłem i radością z posługiwania. Aby owocnie przybliżali Boga ludziom i prowadzili ludzi do Boga.

Warto znaleźć swoją izdebkę

Jezu powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18) 
Tacy już chyba jesteśmy, że lubimy być zauważani, podziwiani, w centrum, karmiąc swoją pychę. Z czego to wynika? A bo ja wiem… Początków ludzkiej pychy i megalomanii chyba należało by szukać już Edenie, w tym pierwszym ogrodzie, gdzie nasi protoplaści Adam i Ewa z boskiego nadania urzędowali. Bo czym innym było to, że dali się zwieźć Złemu? Najpierw ona połakomiła się na jabłko z zakazanego drzewa (ciekawe, czy nazwa drzewo poznania dobra i zła ma jakąś historię, czy tak się po prostu przyjęło? w każdym razie – pasuje), potem on wziął je z jej ręki i też zjadł. Dlaczego? Bo wąż obiecał, że będą jak Bóg. Źle im było? Nie. Brakowało im czegoś? Nie. Ale perspektywa, złudna obietnica. Wystarczyło.

Modlitwa, jałmużna, prośba. Dwie pierwsze, można powiedzieć, pewnie szeregowy katolik skojarzy gdzieś tam mgliście z Wielkim Postem. No tak, bo pewnie dzisiaj najczęściej wtedy się o nich pamięta, starając się jakoś uczynić zadość tej pięknej praktyce wsparcia, a do modlitwy przykładać się jakby bardziej. Tylko że na Wielkim Poście ani jałmużna, ani tym bardziej modlitwa – nie bez powodu nazywana oddechem życia kończyć się nie może. A że w praktyce tak bywa… Potrzebujący ciągle są wokół – fakt, sporo naciągaczy – a i intencji modlitewnych bez liku. Jak wiele człowiek mógłby u Boga wyprosić, gdyby raz dziennie poświęcił Mu chwilę i pogadał z Nim! Nie chodzi o recytowanie formułek – modlitwa liturgiczna to jedno, ale modlitwa prywatna, jak sama nazwa wskazuje, ma być bardziej osobista, nawet gdy miała by być wykłócaniem się z Panem. Byle szczerze, uczciwie, z potrzeby serca.
Z jałmużną to jeszcze jest trudniej. Czemu? Bo nie chodzi o danie dla samego dania. To ma być świadoma i dobrowolna rezygnacja, odmówienie sobie czegoś, i przekazanie środków na zbożny cel. Są instytucje charytatywne – Caritas, stowarzyszenia, fundacje – ale pewnie każdy, gdyby się postarał, znajdzie we własnej okolicy, środowisku potrzebujących, może niezbyt się w oczy rzucających, nie afiszujących się ze swoim ubóstwem (bo im wstyd – najczęściej takie osoby są niewidoczne), którym sam na własną rękę, i przede wszystkim w formie długofalowego działania, a nie pojedynczego zrywu mógłby pomóc. Bo rzucenie jak ochłap nawet wielkiej dla jednego, zaś dla dającego być może małej sumy – to nie jałmużna, jeśli ma to być tylko uspokojenie wyrzutów sumienia. To ma być gest serca i coś, co spowoduje, że człowiek sam sobie czegoś odmówi. Dla jednego – jak tej ewangelicznej ubogiej wdowy – taką jałmużną było by, w przeliczeniu na nasze dzisiaj, ofiarowanie 5 zł. Dla innego – darowanie 1000 zł na noclegownię dla bezdomnych, albo rezygnacja z zakupu jakiegoś gadżetu/kolejnego ciucha/pary butów. 
Pomysłów jest bardzo wiele – jeśli tylko się zechce pomóc. Z tym właśnie jest największy problem. Statystyki wyliczają, że milionerów jest wokół nas coraz więcej – gdyby tylko zechcieli, pewnie ze swoich środków mogli by zaradzić nie tyle wszystkim, co naprawdę wielu potrzebom tych najmniejszych, mających najmniej. Zresztą, nie trzeba być milionerem, aby skutecznie pomagać, czasami wręcz ofiarowując swoje życie, spalając się dla bliźnich. Przykład świętości uznanej przez Kościół – bł. Albert Chmielowski, m. Teresa z Kalkuty. Bardziej nam współczesny, z polskiego podwórka – s. Małgorzata Chmielewska i jej Fundacja Chleb Życia. Owszem, nie każdy jest powołany do tego, żeby rzucić wszystko i zajmować się ubogimi – człowiek z rodziną wręcz nie może tego zrobić, bo było by nieodpowiedzialnym pozostawieniem na pastwę losu rodziny, dzieci; co nie znaczy, że nie może włączyć się w pomoc w inny sposób. Trzeba chcieć. 
Na modlitwę także jest wiele sposobów. Bo modlitwa to taka rzeczywistość, taki skrawek ludzkiego życia, w którym każdy musi czuć się dobrze. I to jego indywidualna sprawa, kwestia dalsza, jaka będzie forma, gdzie mu się będzie i jak modlić najlepiej. Jedno jest pewne – odstawianie faryzejskich przedstawień, modlitwa na pokaz czymś takim, a tym bardziej sprawą miłą Bogu nie będzie. To ma być czas między tobą a Bogiem. Pewnie najbardziej intymna relacja, jaką człowiek może nawiązać – bo tylko z Nim. Spróbuj. Może się okazać, że poukładanie tej sprawy i znalezienie czasu i miejsca na tę swoją izdebkę okaże się rozwiązaniem i punktem wyjścia do uporządkowania bardzo wielu (wszystkich?) spraw.