Kierunek – zbawienie

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (Mk 8,27-33)

Chodził, nauczał, działał. Nie siedział w miejscu. Ciekawe mogą być okoliczności, w jakich ta rozmowa, którą opisuje ewangelista, miała miejsce. Szli gdzieś? A może podczas postoju.
Pytanie padło dość proste. Nie tyle – kim jestem, ale – za kogo inni mnie uważają? Jak mnie widzą? Co o mnie sądzą? Różne słowa, ale sedno to samo. Odpowiedzi padło kilka, pewnie ze strony kilku osób. Co ciekawe, nie odnieśli tego pytania do siebie. Przekazali Mistrzowi, za kogo uważają Go inni, nie oni sami.  Dlatego Jezus precyzuje – a wy, co sądzicie? Można się domyślać, że energiczność i spontaniczność Piotra (którą, nota bene, sam Jezus potępił w Ogrójcu, gdy Piotr rzucił się z mieczem na jednego z żołnierzy) spowodowała, że to właśnie od odpowiedział. Ty jesteś Mesjasz. Kawałek dalej, w innym miejscu, dodano jeszcze: Syn Boga żywego. 
Na czym polega piękno tych słów? Na ich prostocie i tym, że podyktowane były porywem serca Piotra. Bez uszczypliwości, trudno posądzać go – prostego rybaka – aby w tym momencie (nie mówię o tym, co działo się po zmartwychwstaniu) zdawał sobie w pełni sprawę z tego, kim był Jezus. Widział cuda, czuł że jest kimś wielkim, słyszał proroctwa i piękne, bo prawdziwe i z sercem głoszone nauczanie. Szedł za Jezusem – czy jednak wiedział, dokąd ta droga zaprowadzi, nie tylko jego, ale i Jezusa? Wówczas chyba jeszcze nie. 
Co innego – Jezus. Rozumiał, dokąd zmierza. Widział cierpienie, widział drogę krzyżową, biczowanie, krzyżowanie. Ale jego wzrok padał dużo dalej – poza krzyż, nawet poza grób. Wiedział, że Jego droga prowadzi dalej, że ta brutalna i straszna śmierć będzie zaczynem, początkiem czegoś co jest jedynym ratunkiem dla pogubionej kompletnie ludzkości. Wiedział, że swoją śmiercią uczyni wszystko nowe – to przecież Jego własne słowa. On sam będzie istniał dalej, jako zmartwychwstały Bóg-człowiek, jednak tym zmartwychwstaniem otworzy drzwi do życia bez końca dla innych, dla ludzi. 
Na koniec… Piotr dostał po uszach. Czemu nic nie mówić głośno? Czemu siedzieć cicho? Bo myślał po ludzku. Bo Jezus miał jeszcze wiele do zrobienia – a jakiekolwiek, dzisiaj byśmy nazwali, PR-owe działania po porostu by Mu zaszkodziły i przyspieszyły to, co miało się stać w odpowiednim momencie. Chociaż pewnie oznaczały by dla tych, którzy z Nim szli – w tym i Piotra – popularność, sławę i uznanie. Przyjemna perspektywa. Dla nas to też nauczka. Jezus nazwał go szatanem – dlaczego? Bo w piotrowym sposobie myślenia górę brały względy ludzkie, a nie boskie. A my przecież, choć żyjemy w świecie, musimy poruszać się w nim z dobrze ustawionym kompasem. Kierunek – niebo, zbawienie. 

Świadectwo dla każdego

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)

Kolejny, z niedzieli, opis uzdrowienia. Cuda za cudami, cud cudem pogania. Ale zawsze trzeba pamiętać, że nie na pokaz czynił to Jezus, ale – co tutaj mówi wprost – na świadectwo dla nich. Kogo miał na myśli? Na pewno faryzeuszy, uczonych w piśmie, ich przede wszystkim. Tych, którym pycha i pewność (siebie) zasłaniała oczy, czyniła ślepymi na działanie Boga, który chodził między nimi. Ale przecież także Jezus mówił o każdym z nas – wczoraj, dzisiaj, jutro – który czyta te słowa, albo był wręcz wtedy, przed wiekami, ich świadkiem. To świadectwo dla każdego. 
Jezus nie uciekł przed tym biedakiem. Co było w pełni zrozumiałe – tak wtedy, jak i dzisiaj, kiedy skutki tej strasznie wyglądającej choroby można zmniejszać. Widział, że ów człowiek go potrzebował. Nie mógł swojej miłości do ludzi ograniczyć, tej miłości starczyło także dla tamtego. Być może ujęła go także taka a nie inna prośba. Jeśli chcesz. Trędowaty wiedział, wierzył że On może to uczynić. Nie miał wątpliwości. Odwołał się tylko do woli Jezusa – jeśli chcesz. Jezus chciał, tak samo jak chce oczyszczać serce każdego człowieka, pomóc mu uporać się z tym brudem, z którego czasami sam zainteresowany w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Pragnie czystości każdego człowieka, bez względu na to, jak ten ubrudził się, zbrukał i poniżył grzechami. 
A potem Jezus wycofał się na pustynię. Nie dlatego, że nie chciał czynić cudów czy uzdrawiać; wiedział, jak wielu na to czekało. Nie chciał żadnej władzy czy królowania ludzkiego, materialnego – chciał zakrólować w sercach ludzi ze względu na to, co im przynosił i ofiarował – zbawienie – a nie tylko uzdrowienie fizyczne, namacalne. Chciał uzdrawiać najpierw to, co zakryte, ale ważniejsze. Serce, ducha.  I jedno się przez te wieki nie zmieniło – ludzie nadal schodzą się do Niego: do kościołów, do kapłanów – szafarzy Jego sakramentów. Szukają i lgną do jedynego prawdziwego Uzdrowiciela, źródła życia tutaj i dalej. On czeka także na ciebie.

I tak sobie szufladkujemy

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6,1-6)
To takie nasze, ludzkie. Powątpiewać, drwić, naigrywać się, lekceważyć. Patrzeć na człowieka przez pryzmat tego, kim nam się wydaje, a nie tego co i jak robi. Jezusa znali jako „swojego” – jednego z mieszkańców miasta, znanego i kojarzonego (jego samego i rodziców), o znanej dalszej rodzinie. Wszyscy wiedzieli, że to syn cieśli – więc pewnie każdy Jego zdolności i umiejętności plasował, szeregował mniej więcej na poziomie wykształcenia technicznego, jakim mógł dysponować człowiek, od którego pewnie nikt nie oczekiwał więcej niż to, aby został dobrym cieślą i przejął obowiązki swojego ojca, Józefa.
A tu? Przychodzi do synagogi, i to w szabat, i zaczyna nauczać. Skąd ten pomysł? Jak On śmie! Kto Mu pozwolił? Chociaż z tonu tych wypowiedzi, które Marek cytuje, raczej pobrzmiewa lekceważenie niż złość. Co więcej – nawet zazdrość: skąd On to ma? Nie mogli zanegować – mówił pięknie, a zarazem prosto, w sposób trafiający do serca, w sposób zrozumiały dla prostych ludzi. Mówił… jakby to sam Bóg mówił do nich, do każdego z nich. Wystarczy dodać do tego te cuda, których już dokonał – aby zrozumieć: jego sąsiedzi musieli mieć nie lada zagwozdkę. 
Dzisiaj pewnie nie znajdziemy Jezusa chodzącego wśród nas, tak namacalnie, po ludzku. Nie mamy tej łaski, którą tamci mieli… i w piękny sposób ją zmarnowali, podśmiewając się z Niego. Nie przeszkadza to jednak nam nadal oceniać innych i szeregować, klasyfikować bardzo pobieżnie: czy to nieznanych a napotkanych na ulicy ludzi (po pozorach, chwilowym zachowaniu, wyglądzie – czyli pozorach), czy to osoby – jak tamci znali Jezusa – znane po prostu z widzenia, z okolicy, sąsiadów, znajomych ze szkoły/uczelni/pracy. Mamy te nasze małe i głupie kryteria, i tak sobie szufladkujemy. 
Bez sensu to jest, i tyle. W ten sam sposób wygradzamy miejsce Bogu – tu możesz (masz!) pomóc i ratować mnie, tu też, ale w te sfery (seksualność, moralność, uczciwość, wierność) wara, to moja własna sprawa. I żyjemy sobie w błogim przekonaniu, że Bóg jest skrępowany tymi naszymi płotkami. Skrępowany to pewnie jest, tylko naszą naiwnością i dwulicowością. On to wszystko, miłosiernie, ale na końcu podsumuje. A my, tak sobie wszystkich oceniając na prawo i na lewo jesteśmy na najlepszej drodze, żeby źle zaszufladkować kogoś, kto może być naszym prezentem od Boga, drogowskazem i konkretną pomocą. Nic to. Bóg nie pomoże nikomu na siłę, nawet On. Najpierw trzeba tej pomocy chcieć. Jak człowiek jest zbyt zajęty autorytarnym rozstawianiem innych po kątach – pewnie nie będzie miał na taką „pierdołę” czasu.

Boże zaproszenie pogromcy demonów

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)
Nic dziwnego, że Jezus zwracał na siebie uwagę. Nic dziwnego, że takie właśnie – a nie inne – skojarzenie przyszło do głowy Markowi. Zresztą słusznie. Uczeni w Piśmie umieli się wykazać co najwyżej jako interpretatorzy prawa Starego Przymierza, zresztą nie zawsze w słusznym duchu i we właściwym rozumieniu. Jezus Chrystus, Syn Boży, a zarazem osobowy Bóg był Tym, który to prawo ustanowił, kto więc lepiej mógłby wiedzieć, o co, o jakiego ducha w tym Prawie chodzi? 
To On miał władzę, tę prawdziwą – a nie uzurpowaną, jak faryzeusze, którzy na odpowiednich interpretacjach Prawa budowali jedynie swoje autorytety i pozycje. I może właśnie przede wszystkim w tym ta Jezusowa władza się objawiała, że Jego tłumaczenie, Jego nauczanie po prostu było spójne z tym, co w ludzkich sercach miało znaczyć, jakie ramy miało wyznaczać Boże prawo. Tak, właśnie w ludzkim rozumieniu, tym autentycznym. Kochaj bliźniego jak siebie samego – a nie ząb za ząb. Podziel się z potrzebującym. Bądź miłosierny. Nic dziwnego, że takiego nauczania ludzie chcieli słuchać, garnęli i lgnęli do Niego. 
Swoją wielkość i możliwości (żaden pokaz, uleczenie chorego na duszy) Jezus miał dopiero objawić. Nic dziwnego, że wszelkiej maści pomioty Złego po prostu bały się Go jak ognia i od razu panikowały, gdy Jezus się zbliżał. Tak było także z duchem, który opętał jednego z obecnych wtedy w synagodze, gdy Jezus nauczał. Paradoksalnie, duchy nieczyste dawały tym samym piękne świadectwo o Nazarejczyku. Bo kim może być Człowiek, którego boją się demony? Oczywiście, faryzeusze dopasowali ładnie i składnie – jak to, ich władcą. Czy kogokolwiek to przekonało? Nie bardzo. 
Tak, ten Święty Boży przybył, aby wygubić demony. Nie było to Jego nadrzędnym celem – przyszedł na świat, aby zbawić ludzi. Ale jedno wiązało się z drugim. Wszędzie, gdzie na Jego drodze stanęło zło, widzialne czy ukryte, wysyłał je tam, skąd przychodziło, uwalniając serca zniewolonych. Egzorcyzmował tych biedaków, błogosławiąc ich – czasami bez słów – w imieniu Boga. A demony? Nie mogły Mu okazać nieposłuszeństwa, nie mogły Go opętać jak człowieka – którym był, ale przecież nie tylko. Musiały Go słuchać. 
Dobre pytanie – czy to była nowa nauka? W pewnym sensie, tak. Jeśli przyjąć, że interpretacje przykazań oficjalnie miały charakter i ducha takiego myślenia, jakie prezentowali faryzeusze, to fakt – to, czego nauczał Jezus, było przełomowe. Tylko że wszystko przez błędy ludzkie. Jezus tylko powtarzał i precyzował to, co Bóg objawił już człowiekowi w dotychczasowej historii Narodu Wybranego. Wyjaśniał, nauczał – i przede wszystkim tłumaczył, że dla tego, czego naucza i zaprasza nie ma granic ani barier: wyznania, płci, stanu, wykształcenia, klasy, narodowości. Boże zaproszenie, które światu przyniósł Jezus, było, jest i będzie dla każdego, bez wyjątku. Dla każdego, kto go zapragnie.

Wybierz Boga, który i tak wybrał ciebie

Chaotycznie nieco będzie, bo kilka spraw. 

Jan Chrzciciel tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Mk 1,6b-11)
Kluczowe jest tutaj zakończenie. Umiłowany, upodobanie. Sformułowania bardzo mocne, nacechowane wieloma emocjami. Bóg wypowiedział je odnośnie swojego Syna tylko dlatego, że Jezus był nim właśnie, Synem Boga samego?
Bóg określił tak Jezusa, ponieważ wiedział, na co Go posyła i ile On dokona. Nie przyszedł z wielkim wojskiem, nie wybił do nogi przeciwników, nie zaprowadził rządów – ok, bożych – ogniem i mieczem. Szedł przez życie zupełnie inaczej. Nie złamał trzciny nadłamanej, nie zagasił knotka o nikłym promyku. Miłował, uzdrawiał, nauczał, pocieszał. Bezinteresownie. Bo to było najważniejsze. Bo zależało Mu na tych, do których szedł. 
Jan posługiwał się w odniesieniu do Jezusa bardzo wymownym porównaniem – sugerował, że grzesznik nie ma prawa nawet rzemyka u sandałów mu rozwiązać. Czyli wykonać czynności najmniejszego sługi. Czy Jezusowi o to chodziło, aby wszyscy padali Mu do nóg i rzucali się do Jego sandałów? Raczej nie. Więc o co?
O to, by człowiek podjął decyzję. By człowiek zdecydował się, czy jest za Bogiem, czy przeciwko Niemu; czy chce iść przez życie z Nim, czy obok Niego albo bez Niego (w sumie to bez znaczenia). Żaden przymus. To w moim interesie, w interesie mej wiarygodności i uczciwości choćby wobec samego siebie jest, abym był autentyczny. Wybieram Boga, albo wybieram coś/kogoś innego. Bóg Ojciec wybrał, wskazał swojego Syna – wiedział bowiem, że On nie zawiedzie ani Jego samego, ani ludzi, dla których zbawienia Go posłał na świat. 
To nie jest tak, że Bóg i Kościół są w opozycji do świata. Punktem odniesienia jest właśnie Bóg. Jeśli coś nie gra, można w ciemno – niestety – założyć, że coś nie jest tak, jak być powinno, w tym co lansuje i promuje świat. Nigdy na odwrót. Ludzie Kościoła mogą błądzić i grzeszyć, natomiast sam Kościół nie. I to z jego punktu widzenia człowiek wierzący ocenia rzeczywistość. Oczywiście, każdy ma swój własny rozum (nie po to, żeby mieć, ale żeby z niego korzystać), ale Kościół podpowiada, wskazuje drogę. 
Ile jeszcze potrwa zanim sam będę mógł szczerze powiedzieć: Jezus, w Tobie mam upodobanie? 
>>>
Kościół wzbogaci się 18 lutego o 22 nowych kardynałów.
>>>
Skończyłem czytać „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego” Magdaleny Grzebałkowskiej, czyli książkę o + ks. Janie od Biedronek. Książka napisana świetnie. Na początku bardzo ciekawie oddane realia początku XX w. I dalej, przez życie księdza. Wiernie, szukając prawdy – więc czasami także dobitnie opisując pewne zachowania czy postawy: księdza samego czy jego otoczenia; nie w celu malowania przerysowanej laurki, ale w celu pokazania, jak było naprawdę. Na przeszło 350 stronach opisane życie postaci szczególnie barwnej i wyjątkowej, nie tylko jak na realia polskie.
Ks. Jan był człowiekiem bardzo złożonym, i co tu dużo mówić – dziwakiem. A jednocześnie poetą religijnym poczytnym chyba jak żaden inny, w kraju i za granicą. Miał swoje słabości, miał swoje dziwactwa – ale we wszystkim był pięknie autentyczny, wierny Bogu i oddany swojej posłudze. 
Książkę bardzo mocno polecam. 
>>>
Żonka złożyła rezygnację, została przyjęta. Szczegółów pewnie dowiem się w domu, ale kamień z serca.

>>>

Krótko na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie można jej jednoznacznie krytykować i podsumowywać. Niestety, państwo nie wywiązuje się z obowiązku zapewnienia pewnego poziomu usług medycznych i potrzebnego do tego sprzętu – więc trzeba cieszyć się, że jest WOŚP, który tę lukę łata, jak może. Żeby tę akcję potępić – trzeba umieć jednocześnie spojrzeć w oczy wielu osobom – dzisiaj dwudziestolatkom, a może młodszym, którzy żyją, bo gdzieś tam, kiedy potrzebowali tego jako maleńkie dzieci, mogli skorzystać ze sprzętu ufundowanego przez WOŚP. Owszem, Jurek Owsiak i nie tylko odcinają z tego kupony – prawda jest taka, że sam to wymyślił, więc ma do tego prawo. Fajno, że pomyśleli i puszki Orkiestry stoją także w kasach dużych sklepów, hipermarketów – skoro ludzie w niedzielę już muszą iść na zakupy, to niech chociaż przy tej okazji się podzielą z innymi.  Owszem, są też mankamenty – nie podoba mi się bardzo, że w dniu WOŚP wolontariusze obstawiają wyjścia z kościołów dosłownie kordonem, tak że nie da się wyjść; tego być nie powinno. I tak już na marginesie – szkoda, że tak medialnie potrafi być prezentowana WOŚP, podczas gdy cicho, ale za to systematycznie, dzień w dzień, rok w rok działający Caritas, który rocznie zbiera 100 razy więcej pieniędzy, nigdy nie doczekał się takiej darmowej reklamy czy choćby prawdziwego uznania. Bo jak „kościelne”, to złe.

Moje własne przewracające świat do góry nogami fiat

Jak zwykle z poślizgiem, niedzielnie. 

W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)
Słowa tyle razy słyszane, a jakże dziwne. Sytuacja dziwna. Młoda dziewczyna (warto pamiętać – wg ówczesnych standardów na pewno młodsza niż dzisiaj, kiedy [planowo, nie na skutek „wpadki”] kobiety zostają matkami) ma bardziej niż niespodziewane odwiedziny. Staje przed nią anioł – pewnie niekoniecznie tak wyglądający, jak my dzisiaj (albo malarze w historii) sobie je wyobrażamy – ale dziewczyna wie, że to gość z niebios. Nie dość, że przychodzi wprost do niej, nie przypadkowo, to jeszcze od drzwi jakby komplementuje ją, obsypuje pozdrowieniami i superlatywami. O co chodzi? Pewnie nieco strachu, jak to ewangelista nazwał – zmieszania – ale i ciekawości. Czemu akurat do mnie? 
Wiemy, że Maryja była osobą bogobojną, skromną, wierzącą. Wydaje mi się, że cała odpowiedź na pytanie, czemu akurat ona, znajduje się w tych krótkich słowach – znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Znalazła, bo szukała? W pewnym sensie, tak. Znalazła, bo chciała być dla tego Boga – służyć mu swoim życiem, jakie by ono nie miało być, w końcu stała dopiero u jego progu jako osoba młoda. Była otwarta na przyjęcie Bożego planu do niej skierowanego. Chciała być dla Boga po prostu użyteczna, przydatna. I może właśnie dla tej otwartości Bóg postanowił powierzyć jej swojego Syna. Wiedział, że ona się zgodzi – de facto, w ciemno. Zaryzykuje, aby spełnić Bożą wolę. Mając swoje plany i marzenia, jakieś pragnienia, zdecyduje się je porzucić dla anielskiego zaproszenia.
Można odnieść wrażenie, że słowa anioła nie znoszą sprzeciwu – wypowiada się w formie dokonanej: poczniesz i porodzisz. Nie ma tu znaku zapytania. Ale to żaden przymus. Gabriel rysuje przed Maryją to, czego ona sama ma się stać częścią, co dzięki niej i z jej wielkim udziałem jako rodzicielki ma nastąpić. Przyjście na świat zapowiadanego i wyczekiwanego Mesjasza. Wielki, odwieczny, wszechmocny. Opisowo tłumaczy. Pomimo całej niesamowitości tego, co właśnie jej zaproponowano, Maryja zadaje bardzo racjonalne, ludzkie pytanie – jak? Dziewica ma urodzić dziecko? Kto będzie ojcem? Strach jest zrozumiały – w żydowskich społecznościach ciężarne niezamężne kobiety po prostu kamienowano – więc czekał ją nieciekawy los (spokojnie, Bóg zadziałał i postawił na jej drodze Józefa). Nie wiadomo, czy znała już cieślę Józefa, czy poznała go później. Żyła w czystości, zatem pytanie było jak najbardziej zasadne. Cała odpowiedź Gabriela można streścić w jej ostatnim zdaniu – dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Jako dowód – ciąża uznawaną za bezpłodną, a poza tym już staruszki Elżbiety, o której Maryja, już wtedy ciężarna, będzie się niebawem mogła sama przekonać, gdy uda się do krewnej z wizytą.
To wystarczy. Dialog mógłby pewnie trwać jeszcze długo – co, jak, dlaczego, czemu ja… Nie ma potrzeby. Odpowiedź Maryi jest jednocześnie piękną deklaracją i świadomością tego, że jest narzędziem w Bożych planach, pomimo wielkości powierzonej jej misji. Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa. Tak, później okaże się, że serce Maryi przeniknie miecz (jak to ujmie starzec Symeon). Teraz jednak Maryja w jej wybraniu i wizycie anioła widzi po prostu błogosławieństwo. Pomimo trudności, pomimo skandalu jaki na pewno jej ukrywana ciąża wywołała pośród rodziny. Pomimo wstydu, jakiego pewnie nie raz najadł się Józef, kiedy zaręczył się z ciężarną już Maryją, o czym na pewno ludzie „gadali” w mieście. 
Ta cała sytuacja pięknie pokazuje pewną prawdę, której chyba nie zawsze jesteśmy świadomi. Bóg przychodzi do człowieka, wychodzi z propozycją – bo kocha nas jako mnie i ciebie, a nie tylko enigmatycznej niedookreślonej masy „wszystkich”. Bóg przychodzi często tak, że w ogóle tego nie rozumiemy, że się gubimy w tym, co staje na naszej drodze – i dopiero po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że może to Boża ręka tak mnie prowadzi? Że to może być tak dziwne, że tylko Bóg może chcieć coś poprzestawiać w moim życiu, bo właśnie jestem na najlepszej drodze żeby je zmarnować, a z pewnością nie wykorzystuję w pełni swoich talentów? 
Ale Bogu nie powinno się odmawiać. Nie dlatego, bo jest Bogiem właśnie, tak po prostu – ale dlatego, że chyba ciężko było by znaleźć przykład kogoś, kto na takiej odmowie dobrze wyszedł. Bóg nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie, ale obiecuje, że będzie sensownie i spójnie. Z jasno określonym i realnym celem. Przekonuje się o tym każdy, który na Boże zaproszenie odpowiada, składa mu takie swoje – jak Maryja – fiat. Niech tak się stanie. Pomimo, że Jego propozycja może się wydawać jakaś dziwaczna, w świetle tego gdzie jestem tu i teraz. Bóg zaprasza każdego, kto nie boi się zaryzykować, nie lęka się dać przewrócić swoje życie do góry nogami. Pozwolić Bogu poprzestawiać wszystko, ale i nadać temu jakiś sens. 
Jeśli żyjesz sobie w ciepełku własnego samouwielbienia, pewien swojej nieomylności i doskonałości, gwiazda i człowiek sukcesu zapatrzony w odbicie w lustrze – szkoda czasu. Z takim nastawianiem nie masz po co iść do betlejemskiej stajenki, dokąd przez udzieloną dzisiaj Bogu odpowiedź powoli zmierza Maryja. Tam nie ma miejsca dla chodzących ideałów. Takim nie potrzeba Boga – bo są bogami samych siebie. Świta coś? Pogubiłeś się? Właśnie tak postępujesz? Głowa do góry – uświadomienie sobie tego to dobry początek. Poczytaj ten fragment ewangelii, jeśli trzeba to i kilka razy. Aż dojdziesz do swojego, szczerego i świadomego fiat.

Liczą się czyny, a nie tytuły i nazwy

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i uwolnił od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. (Łk 7,18b-23)
Bardzo ładne uzupełnienie tekstu niedzielnego. A właściwe – jego logiczna kontynuacja. W końcu Jan zapowiada Mesjasza, i pewnie sam już rozumiał, kogo nad Jordanem w czasie chrztu wskazał mu Duch Święty. Mając świadomość epokowości tego wydarzenia, chce się jednak upewnić. I robi to w najbardziej prosty możliwy sposób – chce zapytać samego zainteresowanego. Kim Ty jesteś? 
Pewnie Jezus, czy to jako Syn Boży, czy po prostu człowiek który dokonywał takich a nie innych, nie da się ukryć – spektakularnych, dzieł, mógł użyć tutaj słów, w których jakoś tryumfalnie opisał by sam siebie czy też przedstawił wysłannikom Jana. Nic takiego nie ma miejsca. Znają Go z imienia, wiedzą kim jest. Nie odpowiada wprost. Żadne „tak, to ja”, czy „tak, ja nim jestem” jak odpowie kilka lat później Piłatowi. Powołuje się nie tyle na swój autorytet – do którego jako Bóg-Człowiek ma przecież pełne prawo – ale na czyny, jakich dokonał. Uzdrawia ślepych, kalekich, oczyszcza trędowatych, przywraca słuch głuchym. Przy tym w Jego działaniu nie ma za grosz wyrachowania, dumy, chęci zaspokojenia ambicji, żądzy popularności, które pewnie prędzej czy później ujawniły by się w wypadku oszustów. Widzi człowieka, kocha go i dlatego chce zarazić jego cierpieniom. Absolutnie bezinteresownie. Z miłości.
I tylko to tajemnicze zdanie na końcu. Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi. Ono rozwiewa wątpliwości. Żyjący Bóg nie przedstawia się wprost, jak kiedyś np. Mojżeszowi, nawet w formie słownej zagadki. Potwierdza tylko – ten, który Mnie słucha, dobrze wybrał i podąża właściwą drogą. Jego błogosławieństwem stanie się Ten, który czeka na każdego u kresu drogi jego życia. A na nas – już niedługo, bliżej – w belejemskiej stajence.

Wyrok na samego siebie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wówczas zapytają i ci: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25,31-46)

Choć to ewangelia przeznaczona przez Kościół jako swego rodzaju epilog, bo zamykająca kolejny rok liturgiczny 2011, to jednak bardzo ładnie pasuje jako kontynuacja tekstu zeszłotygodniowego. Tutaj Bóg też postępuje bardzo… może nie radykalnie, ale konkretnie. I to jest ważne, bo wielu by chciało postrzegać Go jako spokojnego, łagodnego, dobrotliwego i miłosiernego – zero problemów, wymagać, oczekiwań, Bóg cię kocha, alleluja i do przodu. Pasterz z dzisiejszej ewangelii to jednak człowiek czynu, zdecydowany, wiedzący co ma uczynić i co musi zrobić. Wręcz gwałtowny, jak tydzień temu w ocenie leniwego sługi, tak i tutaj, gdy przychodzi robić porządek i sądzić ludzi. A jednak – kochający, bo uświadamia nas o tym, że taki moment nastąpi, przygotowuje nas do niego i ostrzega. Ktoś mógłby powiedzieć, że ten tekst jest brutalny – i miałby rację. Lepsza najładniejsza bajka, czy trudniejsza prawda? 
Jaki bardzo często błąd robimy? Wydzielamy Bogu miejsce w życiu. To jest, Panie Boże, miejsce dla Ciebie: niedzielna msza, spowiedź czasami, kolęda, chrzty, komunie, pogrzeby, śluby, kraść (przynajmniej tak wprost) nie będę, zabijać też nie. Ale cała reszta – podkopywanie ludzi w pracy, wyścig szczurów, nie zawsze uczciwa pogoń za kasą, brak wierności, rozwiązłość, cudzołożenie, zdrady (oj, tam, od razu takie wielkie słowo…), sposób wychowania dziecka, to jak i na kogo głosuję – sorry, to już moja sprawa i moje życie. Czyli stawiamy Boga w sytuacji – bierz to, co łaskawie jestem skłonny Ci oddać, albo spadaj. I choć być może we własnych oczach jest to powód do dumy czy nawet uważania się za dobrego katolika – to bzdura. Bóg jest jeden, cały i spójny, ogarniający cały świat, wszystko, przenikający każdą rzeczywistość i sferę życia każdego człowieka. 
O tym Bóg dzisiaj właśnie mówi. O tych przeróżnych okazjach, które najczęściej przelatują nam przed nosem, bo jesteśmy zbyt pewni siebie albo zbyt zajęci czymkolwiek innym, żeby się zastanowić i je dostrzec. To są okazje do wykazania się jako człowiek, jako chrześcijanin, katolik, jako wierzący. Nie gadanie, przerzucanie się krytyką nad postawą duchownych, mędrkowanie nad opodatkowaniem Kościoła i tyle innych. Bóg przychodzi w głodnych, spragnionych, przybyszach, nagich, chorych i potrzebujących wsparcia. Tak, tu naokoło! Nie podejdzie – Sie ma! To ja, Jezus, może dasz piątaka? Nie ma lekko. Okazji jest bardzo wiele. Po prostu trzeba chcieć je zauważyć. I według tego właśnie na końcu odbędzie się sąd. Nikt nie spyta o metryczki chrztu, nie spojrzy w kartotekę kolędową czy nie zliczy w słupkach kwot rzuconych na tacę (nie twierdzę, że to nie ma znaczenia i jest nie ważne – nie jest najważniejsze). 
Bóg cię podsumuje tym, ile miałeś wyobraźni miłosierdzia dla innych. Bezinteresownie. W gruncie rzeczy – ty sam się podsumujesz. To twoje wybory i twoje decyzje zdecydują. I choć możesz lamentować – a skąd ja mogłem wiedzieć… – mogłeś. Ile razy ten tekst ewangelii już słyszałeś? I dalej nic? To jest właśnie jeden z twoich wyborów. Znowu zły. Jeśli umiesz być dla innych, jeśli umiesz dawać z siebie – bądź spokojny. Jeśli nie – stań na głowie, aby się zmienić, bo czeka cię wieczność bez najmniejszych złudzeń i perspektyw, bez nadziei. Cały sąd to tyle, że w twarzy Boga zobaczysz wszystko, co zrobiłeś – i zrozumiesz, że On uszanował twoje wybory, a wyrok podpisałeś na siebie sam. 
To nie my Jemu robimy łaskę – ale On nam. Owszem, możemy po prostu go olać i ignorować kolejne zaproszenia. Nasza sprawa. Wiadomo, dokąd to zaprowadzi. Ten sąd i tak nastąpi. Od tego, co i jak robiliśmy, zależy, czy mamy się czego bać, czy nie. Tu nie o zbytnią pewność siebie chodzi – bo to pycha, też grzech; ale o to, czy w życiu zrobiłeś cokolwiek, żeby załapać się pomiędzy owce i nie zasilić szeregu kozłów. Jest jeszcze czas, aby rozejrzeć się i postarać zauważyć kogoś jeszcze, poza sobą i swoim czubkiem nosa. Jest jeszcze czas, aby swoje życie wypełnić byciem dla innych, a nie tylko samym sobą, napychaniem kieszeni i gromadzeniem tytułów. Jest czas, aby dać Jezusowi zakrólować – właśnie w sobie. 
I, tak zupełnie na marginesie, odnośnie powracających niestety krzykliwych pomysłów na temat zmian ustroju naszego kraju i doprowadzenia do intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Wszechświata. Tak, nie o to Mu chodziło. Tak, z wolą Bożą nie ma to nic wspólnego. Dokładnie tak samo, jak Judasz wtedy nie rozumiał, że Jezus nie przyszedł dokonać przewrotu i obalić dyktaturę rzymską nad Narodem Wybranym, choć tyle za Nim chodził – tak dzisiaj niektórzy, deklarujący się jako katolicy, też tego nie rozumieją. 

Uzdrowienie, ale we właściwej kolejności

W tym czasie Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich. (Łk 6,12-19)
Już sam kontekst sytuacyjny, niby dyskretny, tylko tło, jest bardzo ważny. Bóg-Człowiek pokazuje, co jest najlepszym wstępem, preludium i przygotowaniem do podejmowania w życiu ważnych, kluczowych decyzji. On sam za chwilę miał wskazać tych, którzy w Jego imieniu będą kontynuowali misję, jaką rozpoczął, i poprowadzą ten raczkujący, nieporadny i jak bardzo jeszcze zagubiony malutki Kościół, który w przyszłości rozrośnie się i zjednoczy ludzi wszystkich ras, narodowości i języków. 

Modlitwa. Może dlatego tak wiele rzeczy mi nie wychodzi? Pewnie, trzeba się wysilić, dać coś z siebie, żeby były rezultaty. Ale ludzki wysiłek to nic, bez Bożego błogosławieństwa. A w każdym razie – to za mało. To może być zwykła ludzka pycha – taki jestem, udało mi się, zrobiłem to sam, bez niczyjej pomocy, to tylko moja zasługa. Zgoda, to mój wysiłek i sukces – ale także łaska Boga, który moje działania wspiera. Ważne jest, żeby nie wpaść też w odwrotną skrajność – co ja się będę, przecież Bóg może wszystko, niech za mnie zrobi. Bo to grzech, i to niejeden – rozpoczynając od lenistwa. Pewnie, w swoim człowieczeństwie jestem ograniczony, sam siebie nie przeskoczę, ale Bóg wie o tym lepiej ode mnie i nie stawia przede mną zadań nie do wykonania. To tylko ja sam często gęsto staram się sam przed sobą wytłumaczyć własną niechęć, lenistwo i bylejakość. A tu potrzebna jest współpraca, współgranie – On i ja. Ja działam, On wspiera łaską. 
Może ktoś się zdziwi – ale chyba powołaniu uczniów nie poświęcę w ogóle uwagi, co wydaje się zdarzeniem centralnym tego fragmentu. Zwrócę za to uwagę na inny szczegół. Po co szli za Nim ludzie – przyszli apostołowie, ale i ten cały tłum? To nie był przypadek, czary, hipnoza. O ile można założyć, że nie każdy z nich widział i rozpoznał w tym momencie w Jezusie obiecanego Zbawiciela, to każdy z nich wiedział, czemu za Nim podąża. Aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Aby uwolnić się od dręczących demonów. 
Dla niektórych to uzdrowienie oznaczało koniec fizycznych dolegliwości czy wręcz kalectwa uniemożliwiającego normalne funkcjonowanie. Dla innych uzdrowienie miało dotknąć ich wnętrza. I pewnie tych drugich było więcej – nie każdy musiał być kaleką, ale każdy był świadomy swojej grzeszności i słabości, wiedział, że potrzebuje uzdrowienia niekoniecznie ciała, ale ducha. Co zresztą Jezus podkreślił w innym miejscu (Łk 5,17-26), gdy przynieśli do Niego paralityka – oczekując uzdrowienia ciała. I co zrobił Jezus? Najpierw odpuścił grzechy – oczyścił duszę, to, co najważniejsze. Dopiero wtedy uzdrowił ciało. 
Nie bój się przyjść do Jezusa. To nie przypadek, że od wieków ludzie, mniej lub bardziej świadomie, czasami po całym życiu tułania się w poszukiwaniu celu, pozornego szczęścia i sukcesów, docierają właśnie do Niego. Czasami ktoś podpowie, wskaże drogę – czasami sami to zrozumieją. Jeśli nie możesz się odnaleźć, czegoś ci brakuje, czujesz pustkę czy niedosyt – nie bój się, stań przed Nim, otwórz swoje serce. Zasłuchaj się w Niego. Może nie usłyszysz tego, na co liczyłeś czy czego oczekiwałeś. Ale usłyszysz prawdę. Odnajdziesz uzdrowienie i pokój. Ten prawdziwy.

Ubolewanie pogardzanego

Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc w worze pokutnym i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do otchłani zejdziesz! Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10,13-16)
Wiesz, jaki jest najczęstszy błąd popełniany w kontekście tego tekstu? Traktowanie tych słów, powtarzanych biada jako groźby. Błąd kardynalny. Bo to nic innego, jak słowa przestrogi, ubolewania nad tymi konkretnymi miastami. Zresztą jakakolwiek groźba nie miała by tu sensu ani racji bytu. Bóg nie miał z tym nic do czynienia – swojego Syna posłał także tam, i to ludzie sami, w przenośni autora utożsamiani z miastami jako takimi, dokonali wyboru. Niestety, błędnego. 
Fakt, w tamtych czasach można było mówić o znakach. W końcu sam Jezus wędrował wtedy drogami Ziemi Świętej, nauczając, uzdrawiając, karmiąc głodnych, przynosząc nadzieję poniżonym, wskazując że jest świat piękniejszy i lepszy od tego, do którego to życie nas prowadzi, bez względu na nasz status materialny, wykształcenie czy perspektywy rozumiane w sposób czysto ludzki. Wielu tę okazję wykorzystywało, dosłownie łapiąc Boga za nogi – z czego pewnie nie zawsze zdawali sobie sprawę. Mieszkańcy Korozain i Betsaidy pozostawali jednak głusi na nauczanie Rabbiego z Nazaretu. Jakby ślepi na czyny, których dokonał – bo przecież same tylko one mogły przekonać największego niedowiarka. 
Na czym polega dramat ludzi, którzy pogardzają tak czytelnymi znakami Bożej łaski? Na tym, że to po prostu grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Podobno niewybaczalny. Świadome działanie wbrew Bogu, przy jednoczesnej świadomości Jego istnienia. Przeciąganie struny, testowanie Jego Miłosierdzia. Skoro wiesz, że słuchasz Boga, że to Jego – a nie jakiegoś oszołoma, uzurpatora czy fałszywego proroka – słowa, to kto dał ci prawo do kwestionowania ich, zbywania czy lekceważenia, przechodzenia nad nimi do porządku dziennego, nic w sobie nie zmieniając? 
Bóg nie gardzi człowiekiem. Współczuje jednak i przestrzega – stąd to biada – tych wszystkich, którzy, najczęściej zupełnie nieświadomi, złażą bezwolnie do otchłani. On nikogo tam nie chce widzieć. Tylko my w swojej głupocie się tam pakujemy. Może czas najwyższy, żeby wziąć sobie to biada do serca?