Nowe płuco Kościoła

Natłok myśli, odczuć, informacji. Cały świat „zwariował” na punkcie papieża Franciszka, którym cieszymy się od 4 dni – i to bardzo pozytywnie, z małymi wyjątkami. 
Miałem te słowa napisać nieco wcześniej, natomiast nie było kiedy. Może to i dobrze – było więcej czasu na zastanowienie się, próbę ogarnięcia tego wszystkiego myślami. 
Nie będę pisał o tym, co każdy może wyczytać w Wikipedii – kogo te fakty interesują, tam sięgnie. 76 latek, czyli rocznik 1936. Jezuita, wyświęcony w 1969 r. w „jezusowym” wieku 33 lat. Całą posługę biskupią – od maja 1992 r. – związany z metropolią Buenos Aires, gdzie posługiwał najpierw jako sufragan, po 5 latach jako koadjutor metropolity, wreszcie od 1998 r. jako metropolita. Kreowany kardynałem w lutym 2001 r. jeszcze przez bł. Jana Pawła II. 
Z wykształcenia technik chemik, w wieku 22 lat rozpoczął drogę do kapłaństwa. Także z młodości pochodzi pamiątka – papież, pomimo wieku, jest osobą o bardzo dobrym zdrowiu (co widać po sposobie chodzenia, ruchach, gestykulacji), pomimo iż po infekcji płuc w dzieciństwie posiada tylko jedno płuco. Nikt nie zarzuci mu braku znajomości życia świeckich ludzi i własnych doświadczeń – kochał, był nawet zaręczony, jego ówczesna narzeczona Amalia Demente żyje do dzisiaj. Pan Bóg skierował go jednak inną drogą, która poprowadziła do Towarzystwa Jezusowego, a później biskupiej posługi w Buenos Aires. 
Człowiek, któremu niesamowicie na sercu leżą problemy społeczne – z którymi miał okazję, jak w mało którym miejscu świata, zetknąć się w slumsach argentyńskich. Zadziwiał, gdy w roku kreacji kardynalskiej podczas wielkoczwartkowej litugii umył nogi 12 trędowatym – tym najbardziej możliwie odrzuconym. Nie brzydził się. Widział w nich Jezusa, przychodzącego w sposób szczególny. 
Wydaje się, że nigdy nie dbał o sprawy materialne. Dla każdego – szczególnie w polskich realiach – normalnym jest, że biskup mieszka w okazałej rezydencji, ma limuzynę, szofera, a koniecznie sekretarza. On nie miał – jako kardynał także – żadnego z powyższych. Mieszkał do wyjazdu na konklawe w skromnym mieszkaniu na zapleczu katedry swojej diecezji. Gotował sobie sam. Kapelana/sekretarza nie potrzebował, wiedząc, że tym samym jakiejś grupie wiernych zabrakło by rąk i posługi tego kapłana. Po diecezji najczęściej, na co dzień, poruszał się komunikacją miejską – świat obiegły zdjęcia siedzącego w garniturze z koloratką kardynała, a to w metrze, a to w autobusie. 
Gdy obserwujemy go dzisiaj – zwykła papieska biała sutanna z pelerynką i pasem. Żadnych dodatków – mucetu z gronostajem (pojawił się w nim po raz pierwszy po wyborze, a potem wiele razy później, Benedykt XVI), camauro (ta śmieszna czerwona czapka). Sutanna chyba nadal nie poprawiona – mam wrażenie, że w koloratce zbyt szeroka. Zamiast nowego pektorału (krzyża na piersi) – dotychczasowy, kardynalski. Zwykłe buty, żadne czerwone papieskie. W tej sferze zdecydowanie bezkompromisowy – na hasło ceremoniarza, aby ubrał pelerynę, miał odpowiedzieć, aby to kapelan sam ubrał pelerynę, a w ogóle to karnawał się już skończył. Dobrze, ta prostota przebija w każdym zakresie. Teoretycznie – nazywa się teraz Franciszek I – natomiast poprosił, aby mówić o nim po prostu: Franciszek. 
Skąd jego imię? Wytłumaczył sam dziennikarzom, że – gdy podczas konklawe sytuacja zaczynała wskazywać, iż może zostać wybrany – zaczął, siłą rzeczy, zastanawiać się nad ewentualnym imieniem; zwrócił się wtedy do niego, siedzący obok, kard. Claudio Hummes OFM i poprosił, aby pamiętał o ubogich. Wtedy przyszła myśl – Franciszek! Jak Franciszek z Asyżu. Jest w tym jakiś palec Boży – pracownik Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. Arkadiusz Nocoń w serwisie info.wiara.pl mówił, iż jeszcze w toku kongregacji kardynałów widział na placu św. Piotra transapenty z napisem: „Aspettiamo Papa Francesco” (Czekamy na Papieża Franciszka). Mnie na myśl przychodzą 2 innych świętych jezuitów Franciszków: Salezy, XVI-wieczny apostoł Indii, pierwszy misjonarz Japonii, i jeden z pierwszych towarzyszy założyciela jezuitów Inigo de Loyoli, a także Borgiasz, również XVI-wieczny, potomek słynnego rodu Borgiów, generał jezuitów, współtwórca Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, Polakom znany z tego, żę przyjął do nowicjatu zgromadzenia (późniejszego świętego) Stanisława Kostkę, znana postać kontrreformacji. W sumie 3 Franciszków, 3 osobowości, z których papież może bardzo obficie czerpać. 
Pierwszy od 1272 lat papież spoza Europy (otatni poprzednik nie będący Europejczykiem – św. Grzegorz III, Syryjczyk z pochodzenia, pontyfikat w latach 731-741). Pierwszy jezuita na Stolicy Piotrowej (jedyny kardynał z tego zgromadzenia biorący udział w konklawe) – co jest o tyle ewenementem i zaskoczeniem dla samych jezuitów, jako że nie przyjmują oni godności kościelnych (co nie przeszkadzało w latach 90. ubiegłego wieku do grona papabili zaliczać, nieżyjącego już, wybitnego jezuickiego biblisty i metropolity Mediolanu kard. Carla Marii Martiniego SI).
Nieustępliwy w kwestiach moralnych, moralny ortodoks, widział równocześnie poza sporem człowieka. Z ówczesnym prezydentem kraju Nestorem Kirchnerem spierał się za jego życia o sprawy rodziny i homoseksualistów, co nie przeszkodziło na pogrzebie tego człowieka powiedzieć pięknej homilii nie o potępieniu, a o otwartych ramionach Jezusa. Adopcję dzieci przez homoseksualistów nazwał wprost dyskryminacją dzieci – co spowodowało jego spór z obecną prezydent Argentyny. Nie rozumiał odmawiania chrztu dzieciom pochodzącym ze związków pozamałżeńskich. 
Niewątpliwie jest człowiekiem otwartym na ekumenizm – podczas jednego z nabożeństwa charyzmatycznych wspólnot nie tylko katolickich nie ograniczył się do nałożenia rąk na jego uczestników, ale pozwolił na dokonanie tego gestu w stosunku do jego osoby. Absolutnym przełomem i wydarzeniem niespotykanym dotąd w historii jest fakt, iż patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I zapowiedział, iż weźmie udział we wtorkowej inauguracji pontyfikatu papieża Franciszka (co nie miało miejsca od daty historycznego podziału, schizmy wschodniej z 1054 r.), co musi świadczyć o wielkim szacunku braci prawosławnych dla tego, co w tak krótkim czasie teraz jako papież, a wcześniej jako kardynał prezentuje Franciszek. W swojej pracy duszpasterskiej miał bardzo dobre relacje z tamtejszą wspólnotą żydowską, już w dzień po wyborze został przez prezydenta Izraela zaproszony do odwiedzenia Ziemi Świętej, podziękował także osobiście z gratulacje, przesłane po wyborze przez głównego rabina Rzymu.
Żyjąc w wyjątkowo trudnym regionie świata korzystał z nowoczesnych i przez niektórych nie rozumianych metod duszpasterskich – wobec wysypu sekt w Argentynie, pozornie „fajniejszych” i „ciekawszych” od Kościoła chciał wypełniać Jezusem duchową pustkę, jaka pozostawała w ludziach po rozczerowaniu tymi grupami – na rogach ulic wystawiano chrzcielnice i zapraszano ludzi do ochrzczenia się (nazwał to „rygorystyczną i hipokrycką formą neoklerykalizmu”). Sprzeciwiał się aborcji i antykoncepcji. Apelował do bogatych i zwykłych ludzi, organizował zbiórki na rzecz najuboższych w supermarketach, angażując ludzi także następnie w dostarczanie zebranej pomocy bezpośrednio potrzebującym. Nie tylko pokazywał palcem, ale wskazywał konkretnych ludzi, jakby chcąc powiedzieć – ci biedni to nie jakiś abstrakcyjny problem, nie dotyczący mnie i ciebie, ale ludzie żyjący obok, tu i teraz, którym pomoc z nieba nie spadnie, i za których każdy z nas powinien być odpowiedzialny. Pracująca od 13 lat w Argentynie zmartwychwstanka  s. Karolina Frąk opowiedziała światu, jak ówczesny kardynał poprosił jej zgromadzenie, prowadzące dom opieki, o pomoc dla leczącej się wówczas psychicznie dziewczynki, aby po wyjściu ze szpitala mogła rozpocząć życie godne każdego dziecka; pomagał finansowo, dziewczyna wyzdrowiała i została szczęśliwie adoptowana. 
Posiada ogromne doświadczenie praktyczne wiary i pracy duszpasterskiej w Argentynie, czyli kraju Ameryki Łacińskiej – niewątpliwie dzisiejszego serca i kluczowego miejsca rozwoju Kościoła, gdzie rozwija się najbardziej dynamicznie (483 mln katolików tam wobec zaledwie 200 mln w Europie, ogromna ilość powołań). Europa to korzenie, powstanie, historia – dzisiaj punkt ciężkości Kościoła przesuwa się do Ameryki Łacińskiej właśnie i Afryki, nic dziwnego więc, że trzeba cieszyć się z faktu, iż na czele Kościoła staje człowiek, który zna z doświadczenia problemy tego regionu, tej kultury. Zna również problemy związane z teologią wyzwolenia, w myśl której chrześcijańska miłość bliźniego powinna przejawiać się w sprawiedliwości społecznej, nie politycznej – a ewangelicznej. 
Dlaczego został wybrany? 
Na pewno przez tą wręcz emanującą skromność, prostotę i dobroć. Nie należał nigdy i nie należy do struktur Kurii Rzymskiej ani episkopatu włoskiego – niewątpliwie skompromitowanej za pontyfikatu Benedykta XVI dezinformacją i aferami – zatem dający pewność dokonania koniecznych co do zasady zmian (ich czas i formę papież z pewnością wybierze odpowiednio); konieczne są działania w zakresie przynajmniej częściowego ujawnienia finansów Stolicy Apostolskiej wobec powtarzających się problemów i zarzutów związanych z brakiem zapobiegania praniu tzw. brudnych pieniędzy. Jego kandydatura była w tym sensie naturalna, iż na konklawe w 2005 r. podobno uzyskał drugą ilość głosów, tuż za kard. Josephem Ratzingerem. Musiał posiadać duże poparcie kardynałów elektorów spoza Europy – jego wybór zapadł relatywnie szybko. Media donosiły, iż w sposób dostrzegalny dla innych publicznie przed głosowaniami już na konklawe poparcia udzielił mu dotychczasowy sekretarz stanu kard. Tarcisio Bertone SDB, co miało mieć znaczenie dla wzrostu popularności kard. Bergoglia. Poparcie jego kandydatury dla optujących za wyborem Włocha mogło być tym łatwiejsze, iż pomimo argentyńskiego paszportu, posiada włoskie korzenie. Jak to zostało ujęte dość obrazowo i krótki – właściwy człowiek do posprzątania watykańskiego bałaganu. Wybór, który przyniósł coś nowego, nieoczekiwanego. Przewietrzenie Kościoła. Franciszek, do którego – jak w XIII wieku – Bóg mówi: „Odbuduj mój Kościół”, który niewątpliwie dzisiaj potrzebuje zmian. 
Podbił świat już swoim pierwszym wystąpieniem, kiedy stanął na loggi bazyliki św. Piotra przed wypełnionym placem św. Piotra i milionami ludzi w telewizorach. W mojej ocenie – nieco przestraszony i przytłoczony rozmiarem sytuacji i tym, że oczy wszystkich skupiały się właśnie na nim – a jednocześnie wyjątkowo spokojny, jakby stworzony do roli, jaką rozpoczynał. 

Bracia i siostry, dobry wieczór.

Dobrze wiecie, że zadaniem konklawe było wybranie biskupa dla Rzymu. Wydaje się, że moi bracia kardynałowie wybrali go z końca świata. Dziękuję wam za przyjęcie, wspólnoto diecezjalna Rzymu. Dziękuję wam. Przede wszystkim chciałbym pomodlić się za emerytowanego biskupa Rzymu. Módlmy się aby Pan błogosławił mu, a NMP strzegła.

Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu… 

A teraz rozpoczynamy tę wspólną wędrówkę – biskup i lud. Jest to wędrówka Kościoła rzymskiego, który przewodniczy całemu Kościołowi. Módlmy się za siebie, za cały świat. Życzę wam, aby ta droga Kościoła, którą dzisiaj rozpoczynamy służyła ewangelizacji tego pięknego miasta. A teraz chciałbym udzielić błogosławieństwa, ale najpierw proszę was, zanim biskup pobłogosławi, módlcie się żeby Pan błogosławił biskupa. Módlcie się za swojego biskupa,. W chwili ciszy pomódlcie się za mnie. 

Udzielam błogosławieństwa Wam i całemu światu, wszystkim kobietom i mężczyznom dobrej woli. 

Bracia i siostry, bardzo dziękuję za przyjęcie, módlcie się za mnie. Wkrótce zobaczymy się. Jutro chciałbym pomodlić się do Matki Bożej, aby strzegła Rzymu. Dobranoc i dobrego odpoczynku.

Buona sera – dobry wieczór, pozdrowienie – powiedział by ktoś – laickie, ale jednocześnie bez wątpienia skierowane nie tylko do katolików i chrześcijan, ale wszystkich ludzi dobrej woli słuchających go. Ani razu nie użył słowa „papież”, mówił o biskupie i diecezji Rzymu, ewangelizacji wszystkich ludzi.

Żartobliwa aluzja – że przychodzi z końca świata – tyle, że dzisiaj to właśnie ów koniec świata w Ameryce Łacińskiej przedstawia wielkie problemy społeczne, a zarazem właśnie tam Kościół tak prężnie się rozwija; nie w Europie, która przyzwyczaiła się do bycia odwiecznym centrum i pępkiem świata. Papież Franciszek przychodzi dzisiaj, aby tę Europę – katolicką już głównie z tradycji – obudzić, potrząsnąć, przypomnieć, co jest najważniejsze.

Papież modlitwy – tak można Franciszka nazwać już dzisiaj. Nie tylko mówi, ale modli się z ludźmi, do któych Bóg właśnie go posłał, a których symbolicznie reprezentuje diecezja rzymska. Najpierw za swojego poprzednika – pamięta o nim, choć to także sytuacja raczej w kategorii novum. Nie błogosławi potem wiernych – wykonuje gest dla Europejczyków niezrozumiały, ale powszechny w jego rodzinnych stronach: prosi najpierw o błogosławieństwo w cichej modlitwie dla siebie, a dopiero następnie sam udziela urbi et orbi, miastu i światu apostolskiego błogosławieństwa.

Na tym nie koniec zadziwiania. Wieczorem po wyborze papieża dzwonił jeszcze prywatnie do swoich znajomych z Rzymu, by z nimi porozmawiać.

Nie wprowadza się do Pałacu Apostolskiego – jego apartament papieski będzie w najbliższym czasie remontowany. Pozostaje w Domu św. Marty, czyli miejscu zakwaterowania elektorów, który wybudował w swojej przezorności jeszcze bł. Jan Paweł II. Zajmie pokój nr 201. Gdy przyjeżdżał do Rzymu, jak wspomina ks. Arkadiusz Nocoń, zatrzymywał się w międzynarodowym domu księży koło Panteonu – dokąd również udał się po wyborze, do pokoju nr 203, po swoje bagaże, których nie zabrał na konklawe. Żadna limuzyna – zwykły watykański samochód. Wszedł sam, zabrał wszystko sam… i zapłacił.

W piątek odwiedził w Klinice Piusa XI, przebywającego tam po zawale, 90-letniego kard. Ivana Diasa – gest bardzo podobny do tego, gdy w 1978 r. Jan Paweł II od razu odwiedził w szpitalu krakowskiego kolegę abp. Andrzeja Dsekura, sparaliżowanego w trakcie konklawe. Rozmawiał z chorym i jego lekarzem, błogosławił pacjentów, w kaplicy szpitalnej pozdrowił całą wspólnotę.

Wprost zaapelował, aby ludzie dali sobie spokój z pielgrzymko-wycieczkami na wtorkową inaugurację pontyfikatu, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze spożytkowali na dzieła miłosierdzia na rzecz ubogich i potrzebujących (co, jak zwykle, nasz metropolita miał najwyraźniej w głębokim poważaniu, ponieważ jeszcze 13 marca zaczęło się huczne przygotowywanie wypadu do Rzymu, co uznać należy za dość dziwne i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę powszechnie opiswane w mediach zadłużenie diecezji; nic dziwnego – chyba trudniej między nim a papieżem o większą skrajność i odmienność…)

Z kardynałami przemieszczał się normalnie dalej autobusem. Również z nimi jada posiłki. Nie wiadomo, czy powoła kogoś na stanowisko swojego sekterarza – czy też uzna, iż wystarczająca jest funkcja prefekta domu papieskiego (abp Georg Gaenswein).

herb papieski Franciszka I

Nie podjął dotąd decyzji odnośnie swojego zawołania (dotychczasowe: Miserando atque eligendo, Z miłosierdziem i wybraniem). Dopiero też dzisiaj zostali też przywróceni do urzędu szefowie dykasterii Kurii Rzymskiej, którzy ustąpili ze swych funkcji w chwili zakończenia poprzedniego pontyfikatu – co wydaje się być formalnością, ponieważ mało kto ma wątpliwości co do tego, iż nastąpią duże zmiany na kluczowych stanowiskach Kurii Rzymskiej, w tym stanowisku sekretarza stanu; nie bez powodu papież zatwierdził ich tymczasowo. Natomiast wydaje mi się, że stanowisko zachowa ks. Federico Lombardi SI, również jezuita, który w powszechnym mniemaniu bardzo dobrze poradził sobie z informowaniem o sytuacji w Watykanie w czasie sede vacante i konklawe. Prawdopodobnie pierwszy raz ingres do katedry biskupa Rzymu – tak, nie bazyliki św. Piotra, a bazyliki św. Jana na Lateranie – odbędzie się dopiero po uroczystości Zmartwychwstania, przez co Msza Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek będzie miała miejsce wyjątkowo w bazylice św. Piotra.

Dzisiaj papież spotkał się w Aulii Pawła VI z dziennikarzami. Podkreślił, że Chrystus jest centrum Kościoła, zaś Ojciec Święty jest jedynie Jego sługą, Wikariuszem, Następcą Apostoła Piotra. Wskazał również, iż ma marzenie – „Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!” – nie pozostawiające złudzenia co do tego, nad jaką grupą społeczną niewątpliwie szczególnie się pochyli, ale także jaki w jego ocenie Kościół być powinien (albo inaczej – jaki być nie powinien), w jaki sposób Kościół powinienb być bogaty. Zaznaczył, iż o wydarzeniach z historii Kościoła powinno się mówić z perspektywy wiary, wskazywał też, jak ową perspektywę wiary należy rozumieć. Posłużył się pod adresem dziennikarzy słowami: „Abyście usiłowali jak najpełniej poznać prawdziwą naturę Kościoła, a także jego drogę w świecie, z jego zaletami i grzechami oraz poznawali motywacje duchowe, które go prowadzą i są najbardziej właściwe dla jego zrozumienia”. Czyli zwrócił uwagę na to, że wskazał też pewne wprost wymagania adresowane do dziennikarzy. Zakończył zaś pięknym błogosławieństwem, skierowanym nie tylko do wierzących: „Biorąc pod uwagę, że wielu z was nie należy do Kościoła katolickiego, że są też osoby niewierzące, udzielam z serca tego błogosławieństwa w ciszy, każdemu z was, szanując sumienie każdego, wiedząc jednak, że każdy z was jest Bożym dzieckiem. Niech Bóg wam błogosławi”.

Jak jest odbierany nowy papież? Niewątpliwie bardziej niż pozytywnie – i to nie tylko przez pobożnych katolików. Jeden z publicystów portalu gazeta.pl w wieczór wyboru Franciszka napisał o nim: „Mówi prosto, z wielką pewnością treści, a małą pewnością formy. Jest silny w swojej słabości. Jest chyba dobrym człowiekiem. Przede mną, który wszystko, co uważam za wiarę, przeżywam poza jakimkolwiek Kościołem, otwiera jakąś furtkę, za którą migoce zbliżenie. Obiecuje mi skromność, prostotę, chwile świeżego natchnienia. Wszystko, czego oczekuję od papieża, to niezasłanianie. Mam wrażenie, że ten papież nie będzie zasłaniał mi Boga. A nawet, że czasami będziemy patrzeć w stronę Boga stojąc obok siebie. Nie spodziewam się po Kościele, że będzie akceptował moje wybory etyczne czy seksualne. Już wiem, że w tych wyborach pozostanę sam. Jego nieprzejednanie sprawia, że czuję się poza Kościołem, i wolę to przyznać, niż zarzucać Kościołowi, że nie chce być na mój obraz i podobieństwo. We Franciszku widzę więc towarzysza drogi, z którym jestem związany tylko dobrą wolą. Niczego więcej nie chcę. Nie spodziewam się po nim słów nienawiści do nikogo. Tego oczekiwałem, to mam”.

Dlaczego? Ponieważ daje nadzieję na odmitologizowanie struktów i urzędów Kościoła, przybliżenie biskupów do ludzi i przypomnienie im, do czego tak naprawdę są powołani i komu mają służyć, przypomina o świeckich i ich roli w Kościele, czyli akcentuje treść, a nie najpiękniejszą nawet formę. Reforma Kurii Rzymskiej i porządkowani problemów pedofilii w Kościele to tylko jeden z wielu aspektów i zadań przed papieżem. Bóg, na szczęście, zrobił wszystkim – wierzącym i nie, kalkulującym wybory i typującym papabili na konklawe – prezent, a zarazem psikusa, powołując na Stolicę Piotrową tego właśnie Jorge Mario – Franciszka, który najwyraźniej nie zamierza ani trochę zmieniać swoich przyzwyczajeń, sposobu bycia, priorytetów, a wręcz przeciwnie: biorąc sobie do serca to, jakim człowiekiem był jego imiennik z Asyżu, najwyraźniej zamierza (w dobrym tego słowa znaczeniu) namieszać w Kościele co najmniej tyle, co tamten.

I bardzo dobrze, może dzięki niemu skostniały i po prostu popadający w ruinę Kościół w Europie, w nim także  polski Kościół, od odejścia bł. Jana Pawła II nie umiejący sobie chyba poradzić z żadnym problemem w jego dotyczącym, zaczerpnie nieco z bogactwa i charyzmatyczności, prostoty, autentyczności i priorytetów, a także (może głównie) żywiołu Kościoła w Ameryce Łacińskiej – tak bardzo dla nas nowatorskiej i niezrozumiałej.

Czas na wietrzenie!

Habemus

No i mamy.

Nie wiemy, kogo, bo nowy papież pewnie w tej chwili przyjmuje homagium kolegium kardynalskiego lub ubiera się w białą sutannę (ciekawe, czy „trafi” w któryś z 3 przygotowanych rozmiarów), można się domyślać. W TVN24 mówili o kard. Angelo Comastrim, bp. Pieronek wspomniał coś o jednym z dwóch faworytów – kard. Angelo Scoli. Ja dzisiaj przypomniałem sobie, w kontekście mojego „typowania” kandydatów 2 wpisy wstecz, o pominiętym nieopatrznie bardzo dobrym kandydacie – kard. Seanie Patricku O’Malleyu OFMCap., metropolicie Bostonu. Szybkość dokonania wyboru sugerować może jedno z dwóch:  jeden z faworytów, albo bardzo szybki kompromis co do innej osoby. 
Niewątpliwie modlitwy całego Kościoła zostały wysłuchane i pewnie ok. godz. 20:00 dowiemy się, kim jest 266 następca św. Piotra. To człowiek, kimkolwiek by był, któremu modlitwy wszystkich ludzi dobrej woli w jego misji niewątpliwie w dzisiejszych realiach świata i Kościoła będą bardzo potrzebne. 

Takie moje gdybanie

Poprzednio chyba w piątek pisałem o tym, jakie cechy powinien mieć przyszły papież.

Tym razem nieco konkretniej – kogo ja bym na Stolicy Piotrowej widział, oczywiście, z uzasadnieniem. Co w żaden sposób nie zmienia faktu, że i tak będę się modlił o to, że Pan nie tyle wskazał (bo ta osoba już jest Bogu znana), co pomógł kardynałom tego właściwego po prostu formalnie wybrać.
Swoje dywagacje podzieliłem na kilka części.
A) Jednak Włoch
Moja skromna teoria – myślę, że zdecydowaną przewagą w tym gremium (28 ze 115) Włochów, wybór kardynała pochodzącego z tego kraju jest nadal dość prawdopodobny. 
  • kard. Angelo Scola – 71 lat, metropolita Mediolanu, poprzednio biskup Grosseto, rektor Uniwersytetu Laterańskiego i patriarcha Wenecji; związany z ruchem Communione e Liberazione; do ostatnich dni sympatię okazywał mu Benedykt XVI, co sugeruje, iż mógł upatrywać go na swojego potencjalnego następcę; poza tym uznawany za człowieka liberalnego, skłonnego i mogącego zreorganizować Kurię Rzymską, a poa tym z doświadczeniem duszpasterskim (jako ksiądz i biskup) z więcej niż jednej diecezji
  • kard. Gianfranco Ravasi – 70 lat, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury, komisji ds. Dziedzictwa Kulturowego Kościoła i komisji ds. Archeologii; członek Papieskiej Komisji Biblijnej; wybitny biblista, znany z wielu książek (także w Polsce), w tym monumentalnych opracowań, autor tekstów prasowych i występujący bardzo często w mediach – co z pewnością ułatwiło by mu wypełnianie zadania papieża; zaangażowany w dialog międzyreligijny, szczególnie z judaizmem; nigdy jednakże nie był biskupem diecezjalnym
  • kard. Leonardo Sandri – 69 lat, prefekt Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich, 20 lat pracy w dyplomacji watykańskiej na niższych szczeblach, następnie asesor ds. ogólnych w Sekretariacie Stanu, nuncjusz w Wenezueli oraz Meksyku, wreszcie substytut ds. ogólnych Sekretariatu Stanu; człowiek dokładnie znający działanie Kurii i dyplomację papieską, a zarazem obeznany z realiami Kościoła w rozwijających się krajach Ameryki Łacińskiej.
B) Zakonnik
Wyodrębnienie bardziej niż przypadkowe – trafili tu nie dlatego, że są zakonnikami, a że uważam, iż mają duże szanse. Przynależność zakonna to tylko jakby wspólny mianownik.
  • kard. Oscar Rodriguez Maradiaga SDB – 70 lat, metropolita Tegucigalpy w Hondurasie, wcześniej biskup pomocniczy tej diecezji (mianowany w ramach jednej z pierwszych decyzji personalnych bł. Jana Pawła II); mój faworyt w 2005 r.; „człowiek renesansu”: posiada doktoraty z filozofii i teologii, wykształcony muzycznie (fortepian, harmonia, kompozycja); pilot z licencją; biskup zaledwie 8 lat po święceniach kapłańskich; poliglota (6 języków); otwarty na dialog z innymi wspólnotami chrześcijańskimi, niezwykle wykształcony, a przy tym przystępny, z 25-letnim doświadczeniem pracy biskupiej w diecezji; jeden z najbardziej rozpoznawanych hierarchów latynoskich, ceniony bardzo przez papieża z Polski
  • kard. Dominik Jaroslav Duka OP – 69 lat, metropolita Pragi i prymas Czech, wcześniej dominikański prowincjał na Czechy i Morawy, biskup Hradec Kralove i administrator apostolski Litomierzyc, nieformalny duszpasterz czeskiej inteligencji i rzecznik Kościoła w Czechach; człowiek niesamowicie normalny, oczytany i inteligentny, a przy tym ze sporym doświadczeniem duszpasterskim, jednocześnie wywodzący się z bardzo cenionego przeze mnie zgromadzenia; na jego niekorzyść działa fakt, iż mógłby być utożsamiany z „powtórką z rozrywki” z Jana Pawła II, również ze wschodniej Europy
  • kard. Christoph Schonborn OP – 68 lat, arystokrata (tytuł hrabiowski w rodzinie), metropolita Wiednia w Austrii, wcześniej jego biskuo pomocniczy; w dużej mierze przygotowywał Katechizm Kościoła Katolickiego z lat 80. XX wieku, współpracując blisko z kard. Jospehem Ratzingerem, zastąpił w Wiedniu skompromitowanego kard. Hansa Groera OSB; człowiek skromny, liberał, nadal młody, a zarazem zaufany poprzedniego papieża, entuzjasta form nowej ewangelizacji (m.in. neokatechumenatu); negatywnie może być postrzegane jego podejście do ponownych małżeństw rozwodników
  • kard. Marc Ouellet PSS – 68 lat, członek nieznanego w Polsce Stowarzyszenia Prezbiterów św. Sulpicjusza (sulpicjanów), do których wstąpił już po święceniach kapłańskich; prefekt Kongregacji ds. Biskupów oraz Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej, poprzednio sekretarz Papieskiej Rady Promowania Jedności Chrześcijan, metropolita Quebecu i prymas Kanady; teolog i intelektualista, zarazem pochodzący spoza Europy, wykładowca i rektor seminariów, z doświadczeniem pracy duszpasterskiej (Kolumbia) i realiów Kościoła chyba najbardziej rozwijającej się obecnie części Kościoła – z obszaru Ameryki Łacińskiej; znany obrońca życia i przeciwnik aborcji.
C) Inni


Po prostu nie pasujący do kategorii A i B.
  • kard. Luis Antonio Gokim Tagle – 55 lat, jeden z najmłodszych kardynałów, metropolita Manilii na Filipinach, wcześniej biskup Imus; kreowany kardynałem na ostatnim konsystorzu Benedykta XVI w listopadzie 2012 r.; młody, medialny, umiejący nawiązywać relacje z ludźmi, uśmiechnięty; przy odbieraniu kapelusza kardynalskiego z rąk Benedykta XVI rozpłakał się; posiada konto na Facebooku; wskazuje na konieczność posiadania przez człowieka idei; uważa, że w swej „zdrowej” formie sekularyzacja może pomóc w wypełnianiu misji Kościoła np. przez wzmocnienie wolności religijnej
  • kard. Timothy Michael Dolan – 63 lata, metropolita Nowego Yorku w USA, wcześniej sufragan Saint Louis, metropolita Milwaukee i administrator apostolski Green Bay; pogodny, zapalony fan baseballa; zainteresowany problematyką społeczną ubóstwa i imigrantów, badający kwestie odchodzenia wiernych z Kościoła, media chętnie powtarzają, iż zapytany o możliwość zostania papieżem, wskazał, że osoba prezentująca taki punkt widzenia… musiała palić marihuanę
  • kard. Peter Kodwo Appiach Turkson – 64 lata, metropolita Cape Coast w Ghanie i przewodniczący Papieskiej Rady Iustitia et Pax; pracował duszpastersko i nominację biskupią uzyskał w momencie, kiedy nie posiadał jeszcze doktoratu; zawsze uśmiechnięty, mający dobre realcje z dziennikarzami, poliglota, ale znający także grekę i łacinę; radykalny w zakresie spraw społecznych; już w okresie sede vacante wypomniano mu prezentację podczas synodu biskupów w Rzymie filmu mówiącego o zagrożeniu Europy ekspansją islamską. 
I tyle moich gdybań. Nie przypadkowo – wymieniłem obydwu kardynałów z Zakonu Kaznodziejskiego. 
Co dalej? Duch Święty nam wszystkim pokaże – pewnie na dniach. 

Zmarnowany i odzyskany

W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedzał ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się. (Łk 15,1-3.11-32)

Nie znoszę wręcz obrazu Rembrandta, powszechnie kojarzonego z tą sceną – w mojej ocenie, jedną z najbardziej dla człowieka jako grzesznika optymistyczną w Piśmie Świętym. Tym bardziej dlatego, że jej przbieg stoi w całkowitej sprzeczności z tym, co po ludzku ów ojciec powinien był zrobić z synem marnotrawnym.
Facet dał ciała na całej linii. Nie było bowiem czymś specjalnie taktownym dzielenie, de facto, spadku po ojcu już za jego życia, występowanie do niego z tego typu roszczeniem. Ojciec zrozumiał, podzielił, przekazał część ojcowizny, na pewno wierząc, że dziecko się chce usamodzielnić, rozwinąć skrzydła, zacząć żyć na własny rachunek. No i zaczął – przepił, przejadł i co tam jeszcze mógł zrobić, to zrobił z tymi pieniędzmi, w efekcie czego pozostał przysłowiowo goły i wesoły. Skończył jako świniopas, który nie mógł nawet liczyć na resztki – nie tyle ze stołu pana, co z tego, co dawano świniom. Był mniej od nich warty – świnie przynosiły korzyść, było z nich mięso. Dlatego, tak po ludzku zgnojony, zdecydował się na krok, króego wcześniej pewnie w ogóle nie przewidywał – wstaje i wraca do swojego ojca, chcąc błagać go o włączenie w poczet choćby jego najemników, nie zasługiwał bowiem na miano jego syna. 
Ojciec, skoro wybiegł mu na przeciw, musiał wyczekiwać jego powrotu – pomimo upływu czasu! Daje synowi najlepszą szatę, pierścień – symbol synostwa, sandały na stopy. Wydaje ucztę z radości, że odzyskał swoje dziecko całej i zdrowe. W ogóle nie zwraca uwagę na to, że syn stracił pewnie kawał fortuny, że nie dawał przez x czasu znaku życia, że jego odejście musiało boleć. 
My tak działąmy, jak ten syn – nie mówię, że zawsze, ale wtedy zawsze kiedy odwracamy się od Boga. Bo prędzej czy później uświadamiamy sobie, że potrzebujemy Jego miłosierdzia, że pragniemy wrócić w otwarte i czekające, co najważniejsze, ramiona Ojca. Zdajemy sobie po fakcie sprawę z tego, że znowu dokonaliśmy złego wyboru, że u Ojca jest, było i będzie lepiej. Z pewną dozą niepewności, ale decydujemy się na powrót i ukorzenie przed Nim – a on podnosi z klęczek, przytula, mówi wyraźnie: ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. Każdy taki powrót syna marnotrawnego w mojej własnej osobie jest dowodem na umiejętność refleksji nad sobą i okazania skruchy – to nic innego jak skierowanie się do konfesjonału, aby wyznać winy, okazać skruczę i prosić o przebaczenie. To dowód na dojrzałość, a przy tym dowód wiary w Boga bogatego w miłosierdzie, który tym miłosierdziem obdziela z chęcia każdego, kto go pragnie. 
I niech nas ręka tego samego Boga broni przed postawą starszego syna – niby porządnego, wiernego, wspierającego ojca w starości i zarządzaniu majątkiem, niby niczego za to nie oczekującego. A jednak – kiedy przychodzi co do czego – obraża się, odmawia powrotu do domu. Mierzy po ludzku – nie rozumie, że za grzech wystarczy skrucha i wola poprawy, które jego młodszy brat wykazał. To one się liczyły, a nie to, że nie odzyskał zmarnowanych pieniędzy ojca. W swojej ocenie starszy brat uważał się za tego porządnego – nie zabił, nie kradł, był przy ojcu – a tu taki (niby to) afront. I dobrze, że był w porządku – tylko że pokazaną w tej sytuacji pychą swoją porządność niejako przekreślił. Nie rozumiał, że Bóg wybacza, jest miłosierny i w takiej sytuacji zależy Mu właśnie na tym, który powraca jako marnotrawny. Że on sam jako ten, kto nie grzeszy, nie jest w żaden sposób pominęty czy lekceważony – po prostu Bóg w tej danej chwili cieszy się z odzyskania tego, który wydawał się zaginiony, a człowiek naprawdę porządny powinien się do tej radości przyłączyć, a nie obrażać się, że to nie on sam jest w centrum. 

Na miarę naszych czasów

Czas zmierzyć się z tematem, który jest wypadkową, a może i początkiem rozważań wielu (wszystkich?) z nas, pewnie nie tylko katolików. A przede wszystkim – tematem, który stanowi swego rodzaju zadanie, stojące obecnie przed kolegium kardynalskim. 
Nie kim personalnie, bo to jest kwestia następcza, drugorzędna. Jakim człowiekiem powinien być ten, który – jak wierzymy – niebawem zasiądzie na Stolicy Piotrowej? Jakimi przymiotami powinien się odznaczać? 
Poniżej moja prywatna, zupełnie subiektywna lista.
  1. Powinien być ewangeliczny – w tym sensie, że w swojej posłudze powinien nawiązywać do początków tego, kim był Piotr i jego następcy dla Kościoła jak ojciec i ten, który prowadzi, a nie buduje okowy, zasieki i zamyka się w zakrystii jak twierdzy (co pięknie rozpoczął bł. Jan XXIII i jego soborowe aggiornamento, a następni starali się kontynuować).
  2. Musi być człowiekiem młodym i silnym fizycznie – bo pewnie trudno oczekiwać od osoby np. 75-letniej wyjątkowej sprawności i hartu ciała, który fakt bycia głową Kościoła po prostu narzuca – tu nie chodzi o to, czy papież pojedzie rocznie w 2 czy 10 podróży apostolskich, ale o to, że tak czy siak jego tryb życia wymaga bardzo dużych sił fizycznych – bycie globalnym katechetą, ojcem Kościoła który chce być dla tego Kościoła i z nim w najróżniejszych Jego zakątkach po prostu w mojej ocenie dyskredytuje dzisiaj do tej roli osobę o wątłym stanie zdrowia lub po prostu schorowaną (co w sposób piękny w swej dramaturgii ukazał króciutki pontyfikat Jana Pawła I). Młody – w gronie kardynalskim za taką osobę pewnie należało by uznać wiek 60-kilku lat.
  3. Papież musi umieć trafić do ludzi. Skoro ma utwierdzać w wierze, powinien te prawdy w mało może katechizmowy sposób – bardziej dla ludzi zrozumiały (chodzi o formę, nie o zmianę jakiegokolwiek nauczania). W pewien sposób medialność i umiejętność zachowania przed kamerą czy mikrofonem mogą być tutaj pomocne, choć nie traktował bym ich jako wymóg – skromny i nieśmiały naukowiec Joseph Ratzinger nauczył się występować przed tłumami, choć przecież do końca posiłki spożywał tylko ze swoim sekretarzem. Jednocześnie to wszystko, co mówi, musi wypływać z jego własnego doświadczenia wiary – tylko taka postawa pozwoli mu być odbieranym jako autentyczny. Zdecydowanie ułatwi mu to znajomość języków. 
  4. Nowy papież musi być człowiekiem zawierzenia, potrafiącym wsłuchać się w delikatny głos Boga w każdej sytuacji, w jakiej się znajdzie – a niewątpliwie bardzo często będzie musiał podejmować decyzje o znaczeniu strategicznym dla Kościoła, i tylko w Bożej łasce można upatrywać. W tej właśnie postawie musi bić od niego jednoznaczność, zdecydowanie i przekonanie do tego, o czym w danej chwili mówi i naucza – trudno przecież oczekiwać wysłuchania i uwierzenia w słowa kogoś, kto brzmi, jakby sam w to, co mówi nie wierzył. A jednocześnie – musi potrafić swoim nauczaniem trafić tak do tych, którzy nie tylko słuchają go z ufnością, ale także wrogów Kościoła i chrześcijaństwa, czy też wszystkich pomiędzy tymi dwiema grupami: letnich, niewierzących, zdystansowanych, nie zainteresowanych. 
  5. To wręcz nie może być kurialista albo naukowiec, człowiek bez doświadczenia duszpasterskiego. Skutki dość opłakane postawienia takiej osoby na czele dużej diecezji widać choćby w wypadku kard. Stanisława Dziwisza – świetnego sekretarza i powiernika Jana Pawła II, ale miernego biskupa diecezjalnego. Musi mieć własne doświadczenie duszpasterstwa i pomysł na nie – jak pracować z młodzieżą, jak mówić do młodych rodziców, w jaki sposób zwracać się do seniorów. 
  6. Powinien mieć swego rodzau wizję Kościoła i tego, co w ramach swojego pontyfikatu chciałby uczynić. Nie powinien ograniczać się jedynie do doraźnego reagowania i rozwiązywania bieżących problemów, które są jedną stroną medalu, drugą zaś możliwość rozwoju, wzrostu, wychodzenia do człowieka, a nie tylko pozycji defensywnej. Wydaje się, że można mówić o 3 polach działania: aktywizacja śpiącej i coraz bardziej nijakiej Europy, nowe formy w dynamicznym Kościele Trzeciego Świata oraz relacja z islamem. To w pewnym sensie, biorąc pod uwagę kierunek rozwoju Kościoła, może sugerować szukanie kandydatów w gronie purpuratów mających doświadczenie w duszpasterstwie w Trzecim Świecie, wywodzących się stamtąd. 
  7. Musi mieć zmysł w zakresie podejmowania decyzji personalnych, albo umieć dobrać odpowiednich ludzi, którzy tą kwestią się zajmą. Z całym szacunkiem dla Benedykta XVI, proces wyłaniania kandydatów na stolice biskupie chyba jednak nie działał, skoro doszło do masakry w postaci nominacji do Warszawy bp. Stanisława Wielgusa, któremu wyciągnięto brudy współpracy ze służbami komunistycznymi, co powinno zostać przewidziane przez tych, którzy zdecydowali się na taką kandydaturę w ramach nuncjatury. Jan Paweł II miał więcej wyczucia, stykał się z ludźmi, pewne sprawy wiedział z pierwszej ręki poza oficjalnymi kanałami – to chyba dobra droga, np. dopytywanie choćby w ramach wizyt biskupów ad limina apostolorum, nie z Watykanu, kurialistów czy oficjeli z nuncjatur, a właśnie „pracowników terenowych”. To ci, mianowani przez niego, biskupi będą tworzyli obraz Kościoła w diecezjach, docelowo przez wiele lat. Oczywiście, nie każdy ksiądz jest Karolem Wojtyłą i trzeba w tym wszystkim brać pod uwagę kadry Kościoła – nie zawsze tytani, a czasami grzesznicy więksi od świeckich. To pole nie tyle może do przemyślenia, choć także, co do zawierzenia (o którym pisałem w punkcie 4) i przemadlania tych nominacji z Bogiem. W kontekście nominacji warto zwrócić uwagę na to, kogo kreował kardynałem Benedykt XVI – szczególnie w 2012 r., m.in. na zdecydowanie nadprogramowym październikowym konsystorzu. 
  8. Następca Benedykta XVI powinien – choć, oczywiście, nikt go nie zmusi – podjąć dzieło reformy Kurii Rzymskiej. Kto sprawy obserwuje, widział w tym zakresie delikatne ruchy Benedykta XVI, znającego przecież Kurię od środka przez 30 lat. Pewnie zabrakło sił do kroków bardziej radykalnych. Wystarczy posłuchać jednak to, o czym media donoszą w kontekście tematów rozmów na kongregacjach generalnych przed konklawe – okazuje się, że nawet niektórzy kardynałowie nie rozumieją tych struktur oraz celu ich istnienia. A jasno trzeba powiedzieć – celem samym w sobie Kuria nigdy nie była i być nie może. W dużej mierze potrzebne może się okazać jej wietrzenie i reorganizacja, refleksja nad tym, co jest potrzebne, a co zbędne; na co położyć akcent, a gdzie odpuścić. Zadanie to może być tym bardziej trudne, jeśli kandydat zostanie wybrany dzięki poparciu kardynałów kurialnych. 
Nie ma się co łudzić. Bardzo lubię wypowiedź papieża-seniora Benedykta XVI (trzeba się przyzwyczaić do tego pojęcia) odnośnie tego, jak działa konklawe: nie wybiera się Bożego herosa, atlety duchowego i supermena w sutannie, a raczej nie dopuszcza się do wyboru tego, kto by mógł Kościół rozwalić i Mu zaszkodzić. Tym bardziej, że – patrząc na to z perspektywy wiary – Bóg już dobrze wie, kto będzie kolejnym papieżem, a rola kardynałów sprowadza się do zasłuchania się w Niego i dokonanie formalnie powyższego wyboru. 
Niewątpliwie, i ja mam swoich faworytów. Ale o tym, kto i dlaczego, następnym razem.

Adoptowałem

Pewnie nie wszyscy wiedzą o tej możliwości, natomiast jest to piękny dowód na naprawdę Boże wykorzystanie możliwości, jakie daje współczesna technika, dla wsparcia przedsięwzięcia, które niewątpliwie w najbliższych dniach zdominuje i przyciągnie uwagę zapewne większości, o ile nie całego świata. 
Możesz bowiem adoptować kardynała. Wystarczy kliknąć, podać dane osobowe oraz maila, po czym system losuje kardynała, którego w owej adopcji dana osoba ma wspierać modlitwą w okresie poprzedzającym oraz w trakcie konklawe. O co się modlić? O to, aby został papieżem? Niekoniecznie – bardziej o spokój Ducha i właściwe rozeznanie (tak, właśnie w trakcie trwających teraz kongregacji generalnych – bardzo dobry pomysł bł. Jana Pawła II na rozeznawanie przez kardynałów potrzeb Kościoła i poznawanie się nawzajem; minął już czas, kiedy [konklawe 1963 i 1978 r.] kardynałowie mogli się w większości znać z obrad Soboru Watykańskiego II), aby dany purpurat właściwie odczytał głos Pana, wskazując na kolejnego następcę Piotra. 
Ja wylosowałem kard. Telesfora Placyda Toppo, metropolitę Ranchi i przewodniczącego Konferencji Episkopatu Indii. Rocznik 1939. Mianowany biskupem Dumka w czerwcu 1978 r., jedna pewnie z ostatnich nominacji papieża Pawła VI, konsekrowany jednakże… już po wyborze ale i śmierci Jana Pawła I, 07 października tego roku. Młody, nieco ponad 38 lat wóczas. Od 1984 r. koadiutor Ranchi, przejął rządy diecezją w 1985 (mój rok urodzenia). Kreowany kardynałem w 2004 r., kardynał prezbiter tytułu Sacro Cuore di Gesù agonizzante a Vitinia. Na zdjęciu – sympatyczny Murzyn.
To jest właśnie wielkość Boga – gdy wszyscy mówią o słabości Kościoła, której koronnym dowodem ma być fakt rezygnacji papieża, ta inicjatywa pokazuje najlepiej, jak wielką siłą duchową, modlitewną Kościół dysponuje. Ile osób podjęło się adopcji kardynała? Według licznika przeszło 320.000 – zatem po blisko 2.800 modlących się za każdego z 115 elektorów! Ilu ogarnia ich wszystkich 115 elektorów modlitwą bez tego? Nie sposób zliczyć. Obrzucane błotem i nazywane przez niektórych narzędziem Szatana medium internetu wykorzystane w bardzo zbożnym i pięknym celu. 
Tak, Kościół jako wspólnota ludzi jest słaby słabością każdego z nas – jednocześnie jednak jako wspólnota wiary, nadziei i miłości umacnia się, właśnie ponad, pomimo skandali finansowych, seksualnych, mniej lub bardziej słusznego zgorszenia i uchybień. Widząc je, ale starając się nie upadać na duchu i trwać, obejmując modlitwą serce Kościoła, którym niewątpliwie kolegium kardynalskie jest, a przed któym stoi tak ważne dzisiaj zadanie wyboru następcy Benedykta XVI. 

Nieużytki

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć. (Łk 13,1-9)

Właściwie ten tekst można by skrócić do zdania: Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i żył (Ez 33,11). I to nie będzie w żadnym wypadku nieuzasadnione uproszczenie, a po prostu sedno. My jednak tego nie rozumiemy, bo z niezrozumiałych przyczyn zawsze zakładamy, że wiemy lepiej, co „kombinuje” Bóg, że go rozszyfrowaliśmy. Bezinteresowna miłość Boża nie mieści się w ludzkich kalkulacjach, więc po prostu najłatwiej jest ją zanegować i wyśmiać, a swoje robić dalej. 
Te słowa, które dzisiaj padają z ust Jezusa, to nic innego jak kolejny dowód na fakt, iż Bogu po prostu zależy na człowieku i to w sposób absolutny.  Lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie – to żadna pogróżka i zastraszanie, a ostrzeżenie. Zrobisz, co zechcesz – ale wszystko będzie twoje, włącznie z konsekwencjami tego czynu (uproszczona wersja: róbta, co chceta, tylko się potem nie dziwta). Tylko dla tej miłości, z jej powodu, czeka jak ten przysłowiowy Ojciec na syna marnotrawnego. Ok, mógłby ktoś powiedzieć, więc w czym problem? Skoro kocha i czeka – to będzie dalej kochał i poczeka jeszcze trochę, nie? No właśnie nie. Wystarczy przyjrzeć się grzechom przeciwko Duchowi Świętemu – ostatni to „odkładać pokutę aż do śmierci”. Odrębnym i to wyjątkowo ciężkim grzechem jest bowiem igranie z Bogiem – znajomość tego, co wskazuje, i całkowite świadome tego lekceważenie i odkładanie na później. Efekt? Tradycja Kościoła mówi o wiecznym potępieniu… Pytanie – jak je rozumieć; ja całym sercem wierzę w teorię o. Wacława Hryniewicza OMI, czyli tzw. „puste piekło” rozumiane jako to, że człowiek w najgorszym wypadku odbywa karę w ramach przebywania w czyśćcu, aby ostatecznie (nie wiemy, po jakim – czasie? – trafić w kochające ramiona Ojca). Czyli karą jest to, że już po śmierci człowiek, świadomy swojej małości, pokutuje i czeka w czyśćcu, co samo w sobie ma być karą wobec świadomości, że musi to znosić. 
Jezus mówi wyraźnie – nie ma co się oglądać na innych, łatwo mówić: tych to Pan pokarał (jak to było z uzdrowionym, którego kalectwo „miało być” uznane za karę Bożą za… grzechy jego rodziców); wielki, zły mściwy i krwawy Bóg – to jest obrazek, który wyjątkowo łatwo przychodzi. W tych sprawach jesteśmy specjalistam i fachowcami, każdego potrafimy ocenić, podsumować, zaszeregować, nazwać przewinienie. Tylko jakoś ten cały obiektywizm ucieka, kiedy przychodzi do rozliczenia siebie. Okoliczności łagodzące znajdą się wszelkie możliwe, a nawet jak ich nie ma, trzeba sobie tylko dorobić teorii. Tylko że przed Bogiem to tak nie działa. 
Kto jest rośliną, winoroślą, a kto właścicielem ogrodu z dobrym sercem ogrodnika – tu chyba nikt wątpliwości nie ma. Warto zwrócić uwagę – On nie tylko czeka bezczynnie, licząc na nasze opamiętanie. Móglby grzeszników ukarać choćby i teraz, gdyby chciał. U jendego te dosłownie trzy lata, u innych trzynaście, trzydzieści albo i więcej lat puka do serca, i odbija się od niego. Zero owoców, tylkio wyjaławia miejsce, w którym inny te owoce przyniósł by już kilka razy. Ale mimo wszystko – niech nadal rośnie, dam mu szansę, będę pielęgnował.  
Cierpimy nie dlatego, że „Bóg tak chce”, tylko z powodu błędnych wyborów i decyzji, które prowadzą nas w taką a nie inną stronę. Na własne, mniej lub bardziej świadome, życzenie. Bóg nas na grzech nigdy nie skazał – już w Edenie wszystko stało się przez ludzką uległość wobec Złego, przez ego Adama i Ewy – i tak to się toczy dalej. Bóg nie odpuścił – po to przyszedł Jezus, którego 40 dni na pusty, później mękę, śmierć i zmartwychwstanie w tych dniach upamiętniamy i wspominamy, który z miłości przez krzyż przekroczył bramy śmierci jako jej ostateczny Zwycięzca. Otwarta brama, szansa dla każdego. 
Tylko że trzeba jeszcze chcieć z niej skorzystać. 

Odejście pielgrzyma

Pewnie każdy w jakiś tam sposób obserwował w tych dniach Benedykta XVI – teraz już (jak to dziwnie brzmi! emerytowanego papieża). Kogo ja widziałem? Wielkiego człowieka zawierzenia, pełnego ufności w zasadność i słuszność tego, co w sercu już dawno postanowił, a teraz wypełniał – a przy tym człowieka po ludzku po prostu przytłoczonego wiekiem i słabością ciała. A przede wszystkim – człowieka szczęśliwego, który promieniał, widząc jak realizuje swoje zamierzenie. Chyba jednym z najpiękniejszych spostrzeżeń jest to, że – im dalej od ogłoszenia decyzji – tym bardziej papież był, jest rozumiany w tym, czego dokonał, co zamierzał zrobić i dzisiaj zrobił. Coraz więcej ludzi – lepiej późno niż wcale – uświadomiło sobie, jak wielkiego formatu człowiek po prostu odchodzi. 
Wczoraj na placu św. Piotra padły bardzo piękne słowa, a jednocześnie znamienne. Papież jakby nie wprost, a jednak podkreślił, że biskup Rzymu jest jedynie depozytariuszem tego, co Chrystus pozostawił ludziom na ziemi w Kościele: „Pan dał nam wiele dni słonecznych i łagodnego wiatru, dni, kiedy połów był obfity. Były też jednak chwile, kiedy wody były wzburzone, jak w całej historii Kościoła, a Pan zdawał się spać. Ale zawsze wiedziałem, że w tej Łodzi jest Pan i zawsze wiedziałem, że łódź Kościoła nie jest moja, nie jest nasza, lecz Jego. To On ją prowadzi, rzecz jasna także poprzez ludzi, których wybrał, bo tak zechciał”. Już napisałem, że podjęta decyzja to wielki dowód na nowoczesność i liberalizm z jednej, a po prostu wielką miłość i troskę o Kościół z drugiej strony – papież nie posiadający już sił do dalszego stania na czele Kościoła podejmuje krok, którego efektem końcowym będzie wyłonienie kolejnego papieża. Nie wycofał się, nie wraca ze Stolicy Piotrowej do dotychczasowego życia – usuwa się w cień, zmieniając miejsce, pragnąc w spokoju ducha dożyć swoich dni na modlitwie za Kościół i cichej, prawdopodobnie dla nas niewidocznej już posłudze. Należąc jako emerytowany papież do Kościoła, ciągle ten sam, a jednak inaczej. Tak, niewątpliwie ujęcie odchodzącego Benedykta XVI na balkonie w Castel Gandolfo było pewnie ostatnim jego oficjalnym zdjęciem. Pielgrzym na pierwszym etapie ostatniej części swojego ziemskiego życia.
Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że z kurią rzymską coś jednak jest nie tak. Świadczą o tym słowa samego papieża, w których nietrudno znaleźć pewne sugestie. Dzisiaj rano kardynałowie usłyszeli życzenie: „niech Kolegium Kardynalskie będzie jak orkiestra, w której różnorodność może przynieść wielką harmonię” – niby przypadkowe porównanie, jednakże sugerujące, że jednak ta orkiestra nie gra ostatnio zbyt równo, zbyt wielu solistów, za wiele gwiazd, a w zapomnienie idzie wspólny cel. I kawałek dalej słowa o tym, że „Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego i żyje rzeczywiście z mocy Bożej. Jest na świecie, ale nie ze świata: należy do Boga, Chrystusa, Ducha” – czyli zwrócenie uwagi na to, czym Kościół winien być dla świata – znakiem Boga, Jego uosobieniem – podczas gdy obecnie coraz częściej musi tłumaczyć się z powodu brudu i syfu swoich kapłanów, na dodatek zdecydowanie niezrozumiałego zachowania hierarchów w sytuacjach jednoznacznie wymagających reakcji. Czyli zamiast Boga przybliżać – zasłania Go i zniechęca do Niego. Przykład musi iść z góry, a bardzo wiele wskazuje na to, że owa góra – kolegium kardynalskie właśnie – a obecnie sama góra w okresie sede vacante, po prostu jest pogubiona wzajemnie, poplątana w jakiś swoich rozgrywkach i sprawach. Mam nadzieję, że to się zmieni, że te życzenia papieża do kardynałów odniosą efekt. Sam Benedykt XVI dał najlepszy przykład swoją decyzją – pozostawiając to, co po ludzku (i kardynalsku) mogło by być szczytem marzeń i kariery – dla samotności tylko (aż?) z Bogiem. 
Co będzie z Kościołem? Pójdzie dalej. Dokładnie tak, jak papież to powiedział dzisiaj rano do kolegium kardynalskiego: „Chciałbym wam zostawić prostą myśl, która bardzo leży mi na sercu. Jest to myśl o Kościele, o jego tajemnicy, która stanowi dla nas wszystkich, możemy tak powiedzieć, rację i pasję życia. Pomogę sobie wyrażeniem Romano Guardiniego, napisaną właśnie w roku, w którym ojcowie Soboru Watykańskiego II przyjęli konstytucję Lumen Gentium. W swojej ostatniej książce – z osobistą dedykacją także dla mnie, zatem jej słowa są mi szczególnie drogie – Guardini stwierdza: Kościół «nie jest instytucją wymyśloną i skonstruowaną przy stoliku, ale rzeczywistością żywą. Żyje w ciągu czasu, rozwijając się, jak każda istota żywa, przekształcając się. Jednak jego natura pozostaje wciąż ta sama i jego sercem jest Chrystus». Doświadczyliśmy tego, jak sądzę, na placu św. Piotra: zobaczyć, że Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego i żyje rzeczywiście z mocy Bożej. Jest na świecie, ale nie ze świata: należy do Boga, Chrystusa, Ducha. Widzieliśmy to wczoraj. Dlatego prawdziwe jest też inne słynne wyrażenie Guardiniego: «Kościół rozbudza się w duszach». Kościół żyje, rośnie i rozwija się w duszach, które jak Maryja Panna przyjmują Słowo Boże i je poczynają z Ducha Świętego, oddają Bogu własne ciało i właśnie w swym ubóstwie i pokorze stają się zdolne rodzić Chrystusa dzisiaj w świecie. Przez Kościół tajemnica Wcielenia pozostaje obecna na zawsze, Chrystus nadal idzie przez czasy i wszystkie miejsca”. Kościół właśnie tak się przekształca – casus Benedykta XVI zapoczątkował wyrażoną wprost, choć niejako od Soboru Watykańskiego II dorozumianą i istniejącą w KPK, możliwość zrzeczenia się godności papieskiej, (Na marginesie – ani to abdykacja, bo nie na niczyją rzecz, ani nie rezygnacja, bo nie przyjmowana przez żadnego rodzaju zwierzchnika). Oby te wydarzenia ostatnich dni stanowiły bodziec właśnie dla dalszego rozwoju Kościoła, w dobrym kierunku. 
Bo to, że Jezus Kościoła nie opuści wszędzie tam, dokąd odejście Benedykta XVI Go popchnie, jest bardziej niż pewne. A sam (emerytowany już) papież pokazuje, że są rzeczy ważniejsze niż najbardziej doniosła misja – gotowość do postawienia się w Bożej obecności i umiejętność powiedzenia wprost, kiedy brakuje sił, kiedy pozostawać może tylko (aż) modlitwa. 

Góra paradoksów

Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli. (Łk 9,28b-36)

To bardzo ważny fragment, ponieważ jak chyba żaden inny pokazuj bezsilność i nieumiejętność ludzkiego zachowania w sytuacji „bliskiego spotkania”, wręcz namacalnego, z majestatem Boga samego. To, co dokonuje się na Taborze – górze paradoksów – jest po ludzku niepojęte i niewytłumaczalne. 
Jezus – niewątpliwie człowiek, przez wielu uważany za proroka, a przez niektórych „podejrzewany” o bycie Mesjaszem, w swojej ludzkiej istocie przemienia się – ukazując cały majestat bóstwa, łączącego się w Nim w jedyny i niepowtarzalny w historii człowieka sposób z człowieczeństwem. Będąc Bogiem – pozostał człowiekiem, i będąc w całości (z wyjątkiem brudu grzechu) człowiekiem – nie umniejszył tym w żaden sposób swojego bóstwa. To był, po prawniczemu nazywając, po prostu dowód – niewątpliwie istotny i potrzebny dla tego początkującego Kościoła, którego tak właściwie nie było, dla tych, którzy mieli niebawem stanąć u jego podwalin i na czele poszczególnych jego wspólnot – apostołów. 
Góra paradoksów? Dokładnie tak. Wielkość i majestat przemienionego Pana, na którą przyszły pierwszy papież, pierwszy apostoł męczennik i umiłowany uczeń Pana przeżywają tak, że nie wiedzą za bardzo, co powiedzieć – stąd ta dość dziwna deklaracja o stawianiu namiotów, czyli ludzkiego zabezpieczenia noclegu… dla nie żyjących od wieków Mojżesza i Eliasza. I jednocześnie cień niepokoju, gdy przysłuchiwali się rozmowie dwóch mężów z Jezusem, mówiąc o jakimś bliżej nieokreślonym odejściu Jezusa, które miało dokonać się w Jerozolimie – czytelny dla nas, dla nich pewnie wtedy nie bardzo, znak i zapowiedź męki, śmierci, ale i zmartwychwstania. 
Apostołowie tam obecni nie wiedzieli, jak zareagować, co ze sobą począć, co właściwie z tym wszystkim, co widzieli i słyszeli zrobić. My dzisiaj o wiele jesteśmy bogatsi – znamy ich historię, mamy Pismo Święte, przeszło 20 wieków historii Kościoła z całym Jego bogactwem i tradycją, nieprzebrane rzesze kanonizowanych i nie tylko po prostu ludzi świętych. Ale mimo wszystko – tak bardzo często nie wiemy, co robić, jakie decyzje podejmować, czym się w poszczególnych zwrotnych momentach życia kierować. Tak czesto wydaje się, że jestem w sytuacji bez wyjścia, jakby Bóg celowo coś mi w życiu komplikował, mnożył i piętrzył problemy, a już na pewno nie pomagał… Tymczasem tak naprawdę jest inaczej. 
Góra paradoksów to miejsce, gdzie Bóg nie mówi wprost, nie wyjaśnia, nie wykłada, nie pokazuje palcem. A jednocześnie wyraża się tak precyzyjnie, że bardziej trudno sobie wyobrazić – „to jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie”. Niby tylko niewielka wskazówka – ale jeśli ktoś szuka sercem, odnajdzie (może nie najprostsze) te właściwe odpowiedzi właśnie w Nim. 

Gdański biskup afrykański

Archidiecezja gdańska czeka na biskupa – i w pewnym sensie się go doczekała. Mam na myśli wakat na stanowisku sufragana. Doczekaliśmy się biskupa jednak w innym sensie – ponieważ kapłan naszej archidiecezji został, w ramach pewnie jednej z ostatnich decyzji personalnych Benedykta XVI, w dniu 22 lutego 2013 r. mianowany arcybiskupem tytularnym Otriculum i nuncjuszem apostolskim w Liberii, co wiąże się również z akredytacją w Gambii i Sierra Leone. 
ks. prałat Mieczysław Adamczyk (2003)
Mowa o ks. prałacie Mieczysławie Adamczyku. Rocznik 1962, święcenia przyjął w 1987 (kolega rocznikowy jednego z kapłanów, którzy udzielali mi ślubu), absolwent (doktorat) studiów w zakresie prawa kanonicznego, w Papieskiej Akademii Dyplomatycznej przygotowujący się do służby już od 1989 r. W służbie dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej od dnia 01 lipca 1993 r., pracował w nuncjaturach na Madagaskarze (1993-1997), w Indiach (1997-1999), na Węgrzech (1999-2002), w Belgii i Luksemburgu (2002-2005), Republice Południowej Afryki (2005-2008) – jako sekretarz nuncjatur, i w Wenezueli (od 2008) jako radca. Człowiek młody, bowiem zaledwie 50-letni, znający 5 języków, a jednocześnie całe życie kapłańskie praktycznie związany ze służbą dyplomatyczną Watykanu. Zastępuje abp. George’a Antonysamy’ego, powołanego 21 listopada 2012 r. na metropolitę Madrasu i Majlapuru w rodzinnych Indiach. 
Tym samym grono polskich nuncjuszy wzrosło do 7 osób: abp Janusz Bolonek – Bułgaria (od 2008) i Macedonia (od 2011), abp Juliusz Janusz – Słowenia oraz delegat apostolski w Kosowie (2011), abp Henryk Nowak – 5 krajów skandynawskich (2012), abp Jan Romeo Pawłowski – Kongo i Gabon (2009), abp Marek Solczyński – Gruzja i Armenia (2011) oraz Azerbejdżan (2012) oraz abp Józef Wesołowski – Dominikana oraz delegat apostolski w Portoryko (2008). 
Jest to jedna z 5 nominacji z zakresu służby dyplomatycznej – 1 nuncjusz został przeniesiony na inną placówkę, natomiast pozostałych 4 – w tym abp nominat Adamczyk – zostali wraz z nominacjami wyniesieni do godności arcybiskupiej. 
I taka smutna konstatacja – informację o powyższej nominacji można znaleźć na wiara.pl, KEP, deon.pl, nawet na stronie archidiecezji łódzkiej. Ale na stronie diecezji gdańskiej do dzisiaj ani słowa na ten temat – bądź co bądź, kapłana tej diecezji. Heh…
Gratulujemy księdzu Mirosławowi, życząc jednocześnie wielu Bożych łask i sił w nowej roli.
>>>
Życzenia ślę również Janowi Turnau, publicyście m.in. Tygodnika Powszechnego, jubilatowi obchodzącemu dzisiaj piękną 80 rocznicę urodzin.
Posłużę się do jego opisu – kto nie zna – słowami x Adama Bonieckiego MIC:

Jan Turnau jest zjawiskiem specjalnym. Bodaj od powstania „GW” pisze w niej teksty religijne. Żadna sztuka pisać takie w „Niedzieli” czy „Gościu Niedzielnym”, nawet w „Tygodniku Powszechnym”, który jest pismem katolickim. Ale w „Gazecie”? Bezbożnej, jak uważają jedni, antyklerykalnej, jak głoszą inni, niebezpiecznej, jak głosi sam Przewodniczący (teksty religijne są tam jego zdaniem tylko po to, by podstępnie captare benevolentiam naiwnych katolików).
I Jan Turnau, wykształcony teolog (tak, tak), wie o czym pisze, a pisze prosto, niekiedy upraszczając pewnie zawiłe, teologiczne kwestie, ale nauki wiary nie deformuje, a raczej ją przybliża. Robi to trochę jak ks. Jan Twardowski, lecz u Turnaua jest sarkazm i zgryźliwość, choć dominują miłość, miłosierdzie, nadzieja i zachwyt.

Powiem tak – nie ze wszystkimi tezami i tekstami pana Jana się utożsamiam, natomiast zdecydowanie popieram jego pracę, zaangażowanie w ekumenizm w zakresie przekładów biblijnych, oraz choćby te właśnie jego teksty w GW oraz w rozdawanym tu i ówdzie bezpłatnym piśmie (bodajże w piątki) Metro. Tak, również za to, że dzięki niemu w GW można znaleźć coś wartościowego, co on tam napisze – a nie tylko, mniej lub bardziej na poziomie lub trafne walenie w Kościół jak popadnie. Czyli generalnie opinię x Bonieckiego podzielam.

Kto jego tekstów nie zna, kto nie zetknął się z jego książkami – a warto – niech zajrzy na blog pana Jana i obejrzy jego pisanki – piękne, proste i zazwyczaj bardzo głębokie rozważania nad Słowem Bożym, choć zdarzą się również komentarze bieżące.