Pamiętasz o modlitwie za zmarłych księży?

Tak sobie przeglądałem diecezjalną galerię zdjęć, i natrafiłem na fotografie z niedawnej Mszy Świętej za zmarłych biskupów i kapłanów. Tradycja wieloletnia, sam przez ładnych kilka lat w nich uczestniczyłem, zawsze na początku listopada. 
I między tym wszystkim m.in. takie zdjęcie. Jedno z wielu, a jednak bardzo wymowne, przynajmniej dla mnie. W kościele jest bardzo mało świeckich. W niewidocznej części ławek, z prawej strony, która nie zmieściła się w kadrze, siedzieli alumni miejscowego seminarium. Można się domyślić, dla zagęszczenia wizualnie ilości osób na Mszy. Mimo, że była o tym wydarzeniu informacja na stronie diecezjalnej (inna rzecz – mogła być sporo wcześniej…), że informowali o tym księża w parafiach – frekwencja, wg mnie, bardziej niż słaba. 
Można sprowadzić to do wniosku – przecież ludzi coraz mniej do kościoła w ogóle chodzi, coraz mniej deklaruje się jako wierzący, więc o co chodzi? Tylko wpisuje się to w taką właśnie tendencję. Tylko że tutaj problem jest nieco inny, bo jak długo pamiętam, na tych mszach mało kto był. Mimo, że to tylko godzinka, raz w roku. Nie za każdego księdza osobno – za wszystkich razem, księży i biskupów. 
Nie modlimy się za swoich duszpasterzy. Tak, sam mam do księży i wielu ich postaw bardzo krytyczny, niektórzy by powiedzieli: antyklerykalny stosunek. Zgadza się, i nie wstydzę się tego; to wynik wieloletniej obserwacji środowiska z naprawdę bliska, wyczulenie na pewne zachowania, które nie każdy zauważa. Ale to bez znaczenia w tej sprawie. Jeśli jesteśmy wierzącymi, jeśli bierzemy sobie do serca naukę Jezusa – to modlitwa jest podstawą. Nie tylko wtedy, jak się grunt pali pod nogami – tobie, twoim najbliższym, rodzinie, przyjaciołom – ale i w innych sytuacjach, kiedy modlitwa to pomoc potrzebna, choć problem ciebie nie dotyczy. 
Księża, jacy by nie byli, rezygnują dobrowolnie z posiadania rodziny, a więc tej naturalnej grupy ludzi, która w przyszłości – dzieci, wnuki – otaczała by pamięcią modlitewną zmarłą osobę. My, zakładam, świeccy mamy i za kilkadziesiąt lat to kolejne nasze pokolenia przyjdą na nasze groby, zapalą świeczkę, zamówią mszę w rocznicę urodzin czy śmierci. Księża są tego, w pewnym sensie komfortu, pozbawieni. Oni, można powiedzieć, mają „tylko” tych, którym posługują – wprowadzają do Kościoła przez chrzest, katechizują, przygotowują do kolejnych sakramentów i udzielają ich, błogosławią związki małżeńskie, i wreszcie kiedyś odprowadzają z modlitwą Kościoła na cmentarz. I jeśli te osoby, dopóki żyją, nie pamiętają w modlitwie o kapłanach, którzy dla nich pracowali – to kto ma pamiętać?
Może się okazać, że gdy zapomnisz w modlitwie o jakimś duszpasterzu, być może od wielu nieżyjącym, to w modlitwie o nim nie będzie pamiętał już nikt. Jesteśmy im winni naszą wdzięczność. Przecież inaczej, niż modlitwą, tym którzy już odeszli nie możemy pomóc.

Brak przewidywalności i systematyczności to głupota

Królestwo niebieskie podobne będzie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie! Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną. Odpowiedziały roztropne: Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie! Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: Panie, panie, otwórz nam! Lecz on odpowiedział: Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny. (Mt 25,1-13)
Niedzielnie, z tradycyjnym poślizgiem. Już nie raz w głowie pojawiało mi się takie pytanie, odnośnie tego tekstu – co ten Pan Jezus chce tutaj powiedzieć? Za co On skarcił? Za brak gotowości, za sen? Czy za brak oliwy w lampach? 

Chyba to drugie. W końcu panny zasnęły wszystkie, i te mądre, i te nieroztropne vel głupie. Zresztą, znużenie to nic niestosownego – normalny moment, przesilenie na każdej drodze. Dobry przykład – góry. Najpierw człowiek maszeruje żwawo, ze świeżymi siłami; potem coraz wolniej, w miarę upływu czasu; zdarzają się postoje, dla zregenerowania sił. Gdy wędrówka się przedłuża – trzeba gdzieś położyć głowę, przenocować. Tak samo jest przy szukaniu Boga – raz to idzie lepiej, szybciej, raz wolniej, a czasami wcale, i człowiek zasypia w tej swojej wierze, bo wydaje mu się, że ten Bóg to poszedł zupełnie gdzie indziej, omija go. 
Same lampy, niestety, nie wystarczą w sytuacji, gdy Oblubieniec nadejdzie – w końcu miały je wszystkie bohaterki tego tekstu. Żeby Go dostrzec – a może przede wszystkim dać się Jemu dostrzec, być zaproszonym do Jego orszaku, potrzebna jest oliwa, która da światło. Lampa to tylko forma – bez treści bezużyteczna; ważna, ale nie najważniejsza. Czemu ten panny zostały nazwane nieroztropnymi (w wersji grzeczniejszej) albo po prostu głupimi (w wersji dosadnej)? Bo skupiły się na formie, a zapomniały o treści. To właśnie ta ich nieroztropność, ich głupota. 

Jednak to światło, ta oliwa, to nie jest coś, co by było nie wiadomo jak trudne do zdobycia. My ją mamy, otrzymujemy w sakramentach i o ile pielęgnujemy wiarę, a nie tylko tradycje i obrzędy, zwyczaje (chodzenia na mszę itp). Jeśli ta wiara mnie od środka rozpala, rozgrzewa – moja lampa jest w dobrym stanie, światełko się w niej tli. I będzie się paliło tak długo, gdy ta gotowość na przyjście Oblubieńca, to wyczekiwanie – pomimo słabości, zwątpień czy przyśnięć – będzie trwała, gdy będzie dla mnie ważna. Żebym u kresu swojej drogi, z tym swoim malutkim światełkiem, został włączony w rozjaśniony i nie mający końca Kościół Oblubieńca. 
Ta gotowość to nic innego jak mądrość. Mądrość, która rozróżnia wszystkie panny między sobą. Te, które zadbały o wszystko, od tych które zadbały tylko o formę, jedynie o lampy. Bo prawdziwa gotowość to nie tylko troska o to, aby lampy zabrać – ale i pamięć o tym, aby mieć przy sobie to, co do używania z lamp jest konieczne, i to w odpowiedniej ilości. To jest przestroga dla każdego z nas – świetnie, gdy twoja lampa płonie i jej światełko rozświetla ciemności. Żeby taki stan się utrzymał, konieczna jest jednak pamięć i świadomość, że to światło podtrzymuję ja sam – oczywiście, z Bożą pomocą – i nikt inny, więc jeśli ja sprawę oleję, to lampa po prostu zgaśnie, gdy oliwa się skończy, i czeka mnie nieciekawy los głupich panien. 
Jezus nie ocenia człowieka, Jezus nie piętnuje człowieka jako takiego. On gani to, co w człowieku jest złe, niewłaściwą postawę, zaniedbania. Tak, w tym obrazku ewangelicznym gani właśnie te głupie panny. A dokładnie – ich głupotę. Nawet jeśli człowiek swego czasu był tytanem ducha, jego wiara i relacja z Bogiem kwitły, to nie jest coś, co się raz zdobywa i jakąś dziwną siłą rozpędu po prostu dalej jest, i nic z tym nie trzeba robić. Ta oliwa, kiedyś zgromadzona, w końcu się wyczerpie. Takie myślenie to właśnie głupota. Mądrość jest wtedy, kiedy człowiek – choćby i, nawiązując do obrazka, w środku tej nocy, kiedy wszyscy naokoło śpią – uświadomi sobie potrzebę posiadania tej oliwy i się o nią postara; nawet na ostatnią chwilę, ale jednak zdąży; albo i całe życie będzie o te sprawy dbał, aby oliwa zawsze była i nigdy jej nie zabrakło. Ważne, że będzie ją miał, gdy nadejdzie orszak Oblubieńca.

Daj się Bogu odnaleźć – jak owca i drachma

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata z domu i nie szuka staranne, aż ją znajdzie. A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam. Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca. (Łk 15,1-10)

Taka refleksja natury liturgicznej.

Jezus, kolejny raz „odbijając piłeczkę” ze strony faryzeuszy, przedstawia jedną z wielu przypowieści. Powszechnie znaną pod nazwą przypowieści o zagubionej drachmie czy zagubionej owcy. Motyw znany każdemu, kto do kościoła zagląda i cokolwiek pamięta z katechezy szkolnej. Tylko że tak naprawdę ten tekst mówi przede wszystkim o autentycznej radości. 
Bardzo umiejętnie do Jezus zestawił. Mówił do osób, rzekomo, bardzo bogobojnych, skromnych, wzorów cnót wszelkich, etc. A jednak celowo, znając ich prawdziwe zamiary i fałsz postępowania, posłużył się przykładem jak bardzo materialnym. Bo mówi o własności w obydwu przypadkach. Jakby taki pasterz czy właściciel stada gubił co rusz po jednej owcy, to by zbyt wiele na życie nie zarobił. Zarobi tyle, ile uda mu się sprzedać – a to z przetworów mleka owczego, a to skór z samych owiec, a to mięsa z ubitych zwierząt. Dlatego powinien się o owce troszczyć i nic dziwnego, że raduje się, kiedy znajdzie owcę zagubioną, chce świętować z przyjaciółmi. 
Tak samo kobieta, w tamtych czasach na pewno zajmująca się domem i dbająca o jego budżet – od jej gospodarności (fakt, najpewniej tym, co w ramach wypłaty przyniósł do domu mąż) zależało, czy będzie co zjeść, czy będzie na zaspokojenie potrzeb małżonka i dzieci. Dzisiaj, w czasie kiedy pojęcie drachmy kojarzy się głównie źle i z Grecją, grożącą wszystkim, że opuści strefę euro i powróci do tej waluty, możemy nie wiedzieć, o jaką dokładnie sumę chodziło – można jednak założyć, że dla niezbyt zamożnego domu dość znaczną. Stąd także tutaj – najpierw smutek z powodu zguby, potem wielka radość z odnalezienia – kończąca się, po prostu, dzisiaj byśmy powiedzieli „babską imprezą”. 
Jezus posłużył się tak bardzo materialnymi, przeliczalnymi i prostymi do zrozumienia przykładami. Pewnie nie tylko dlatego, że wiedział, do kogo wtedy mówił – ale domyślał się, że późniejsi słuchacze Jego słów, więc i my dzisiaj, będą najczęściej mieli te same priorytety. Mieć, posiadać. Więc obrazek przypowieści trafia. I przekłada to na radość metafizyczną, jaką sprawiał Bogu Ojcu tym właśnie, co tak bardzo się nie podobało faryzeuszom. W ich mniemaniu – taki nauczyciel, prorok, cudotwórca, to powinien otaczać się najlepiej „tymi lepszymi”, czyli nimi, uczonymi w Piśmie i faryzeuszami (nie mówiąc o tym, że powinien się od nich odczepić – skoro z uporem demaskował ich obłudę). A Ten, co? Szło za Nim coraz więcej „podejrzanych typów” – prostytutki, celnicy, prostactwo. 
Ale Jezus miał rację, że do nich szedł. Bo oni chcieli Go słuchać. Może dlatego, że nie mieli nic do stracenia? Może (ale przecież i Józef z Arymatei, i Łazarz, i Nikodem, i Zacheusz i tylu innych, dobrze sytuowanych, także lgnęło do Pana). Bo oni potrafili się z Niego zasłuchać, i z tego zasłuchania wyciągnąć wnioski, i dalej wydać dobre owoce tego, co Jezus zasiał w ich serca. Dali się Bogu na nowo odnaleźć. 
I taka dygresja, może w formie wyrzutu. Sporo ludzi przychodzi do kościoła, nawet w tygodniu. Czy jesteśmy wtedy radośni? Czy tą radość okazujemy? Czy ją po nas widać? Skoro ludzie potrafią cieszyć się autentycznie ze zwykłego znalezienia owcy czy jakiejś monety – to o ile większa powinna być radość, gdy odpowiadam na zaproszenie żywego Boga i przychodzę na spotkanie z Nim? A różnie to bywa. A przecież On, jak sam powiedział, chce aby radość Jego w nas była, i aby radość nasza była pełna (J 15, 11). 

Karanie za głos rozsądku

Szymon Hołownia na łamach witryny Religia.tv poinformował wczoraj, że ks. Adam Boniecki MIC (wieloletni redaktor naczelny Tygodnika Powszechnego, swego czasu także prowincjał swojego zgromadzenia) otrzymał od swoich przełożonych w zakonie marianów zakaz wypowiadania się w mediach oraz występowania publicznie. Co ciekawsze, jest to rozwiązanie dotychczasowe – o jego dalszym losie (???) ma zadecydować rada prowincjalna.
Kompletnie tego nie rozumiem. Domyślać się można, że taka decyzja podjęta została w związku z wypowiedziami zakonnika na temat obecności w mediach Adama „Nergala” Darskiego, a konkretnie na tle sporu, jaki powstał w tym zakresie pomiędzy nim a biskupem włocławskim Wiesławem Meringiem. 
Zgodzić się należy z tym, że obecność Darskiego w telewizji publicznej jest dość dziwna, szczególnie w kontekście tylokrotnego mantrowania na temat misji tejże telewizji. Postać kontrowersyjna, nie tyle w zakresie prezentowanego stylu muzycznego, co show, całej otoczki i wizerunku z zespołem Behemoth i samym Nergalem związanym. Wystarczy wspomnieć niedawny, głośny medialnie, proces karny Darskiego z tytułu podarcia (znieważenia) Pisma Świętego, z kuriozalnym nieco uniewinniającym wyrokiem sądu (w dużym skrócie – sąd stwierdził, że jak koncert zamknięty, to osoby urażone darciem Biblii mogły się tam nie pchać, a w ogóle to Darski drzeć mógł, bo to było działanie artystyczne – bez komentarza…). Można dywagować, czy jest satanistą, czy i w co wierzy – moim zdaniem nie ma to znaczenia, ponieważ to, co w tej roli robi, to element image’u jego i kapeli, a w kontekście ich zachowania naprawdę trudno uwierzyć, aby prywatnie prezentowali takie same poglądy. Nie można natomiast jego postawie w samym programie Voice of Poland nic zarzucić, poza kilkoma niekoniecznie pięknymi sformułowaniami (nie bluzgami). Wiem, bo program oglądam, sensowny dość. Jak to opisał sam ks. Boniecki, Nergal szokował… tym, że nie szokował. Bo zachowywał się normalnie, czasami wypowiadając się w sposób i stylu bardziej porządnym niż pozostali jurorzy. Mnie także tym zaskoczył, ale tak właśnie jest. Tutaj nic nie można mu zarzucić. 
W swoim stanowisku co do reakcji bp. Meringa ks. Boniecki, niestety, miał rację. Dotarły do biskupa (w dodatku przewodniczącego Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturowego) jakieś szczątkowe informacje, padło nazwisko Darskiego, wiadomo jaką muzykę uprawia i co w ramach show muzycznych prezentuje. Że niby to satanista, i takieto to telewizja publiczna lansuje. I zamiast zapoznać się dokładnie z tym, co i jak ten Nergal cały w tej telewizji, w tym konkretnym programie robi… pisze list, który wywołuje różne emocje. Bo o ile zarzuty w nim podniesione można potwierdzić co do scenicznej (muzycznej) działalności Nergala – to trafiają, przysłowiowo, jak kulą w płot w jego występy w ramach muzycznego programu na TVP 2. Tak, to co robi na scenie w kapeli, jakich używa znaków, a przede wszystkim o czym śpiewa, by rozumieć, że nawołuje do nienawiści, odwołuje się i nawołuje do zła. Jednoznacznie. Tylko że nic takiego nie zrobił w TV. Biskup Mering miał rację mówiąc, że „TVP powinna służyć budowaniu pokoju społecznego – decyzja dotycząca Nergala na pewno temu nie sprzyja!”; w kontekście jego twórczości i image’u jako muzyka, zdecydowanie. Jednak stwierdzenie „zatrudnienie wyznawcy satanizmu, bluźniercy, człowieka bez podstawowej kultury w TV publicznej bije wszelkie granice przyzwoitości” mija się z prawdą – jak już podałem, w programie Darski wykazuje się wręcz wybitną kulturą, tak wypowiedzi, jak całości zachowania.
 
Nie mówiąc o tym, że sformułowanie zawarte w liście biskupa pod adresem ks. Bonieckiego o treści: „Proszę zatem zafundować sobie badania okulistyczne i nie szerzyć zamętu w umysłach wiernych, opowiadając schizofreniczne tezy” jest na dość niskim, żeby nie powiedzieć żenującym poziomie, tym bardziej ze strony biskupa (Hołownia używa tutaj dosadnego określenia – chamstwo). Nie mówiąc już o tym, że spora część listu Meringa to nic innego, jak „używanie” sobie na Tygodniku Powszechnym jako takim – kwestia subiektywnych ocen publikowanych tam tekstów i ich autorów; w tej sytuacji – dot. prywatnych wypowiedzi ks. Bonieckiego – zupełnie więc nie na temat.
Nie wiem, czy ks. Boniecki miał rację, twierdząc, że postulaty bp. Meringa odnośnie niepłacenia, w ramach protestu, abonamentu radiowo-telewizyjnego, noszą znamiona nacisków, aby zmienić władze telewizji publicznej. Natomiast ma z pewnością rację co do tego, że taka a nie inna reakcja na występy Darskiego w Voice of Poland w TVP 2 jest co najmniej chybiona, żeby nie powiedzieć, że błędna – ponieważ żadne z zarzutów, jakie są w pełni uzasadnione wobec Darskiego jako wokalisty Behemotha, nie znajdują potwierdzenia wobec jego występów w tym programie. Inna rzecz, jak oceniać osobę, która publicznie zachowuje się w sposób tak skrajnie różny? Na pewno nie jest ona wiarygodna, więc należało by się zastanowić, czy należy ją zatrudniać w telewizji publicznej. Ktoś nie pomyślał, ktoś stwierdził że jest znany, medialnie rozpoznawalny, więc go zaangażowali. Można założyć dobrą wolę tak bp. Meringa, jak i ks. Bonieckiego, troskę z ich strony o Kościół i wierzących. Jednak wyszło jak wyszło, i niewiele z tego jest dobrego – poza tym, że publicznie mamy kolejny niepotrzebny spór, zatem wodę na młyn dla przeciwników Kościoła.
Wracając do decyzji przełożonych zakonnych o zakazie wypowiedzi dla ks. Bonieckiego – jak wskazałem, nie rozumiem jej. Zgoda – zakonnik winien jest jej posłuszeństwo, co ks. Boniecki uczynił. Zakonnik powinien założyć, że przełożony kieruje się troską o Kościół i zbawienie wiernych. Jednak po co taki krok, tak drastyczny, w stosunku do raz że człowieka, który większość życia spędził jako ceniony publicysta i autor tekstów, a dwa że w stosunku do osoby sędziwej, a trzy że zasłużonej dla Kościoła? Nie widzę tutaj zachowania ani wypowiedzi sprzecznych z nauczaniem Kościoła, katolicką doktryną. Można uznawać jego poglądy za błędne w tym sensie, że się z nimi po prostu nie zgadzać – ale wówczas powinno dojść do dyskusji, rozmowy mającej na celu wyjaśnienie spornych kwestii i rozwianie wątpliwości, przy umożliwieniu przedstawienia swojego stanowiska przez ks. Bonieckiego; a nie do odgórnego zamknięcia ust, powołując się na ślub zakonny. Czy taka forma była tu konieczna? Nie. 
 
Zgadza się, Kościół ma dzisiaj wielu wrogów i przeciwników. Kościół musi dzisiaj radzić sobie z wieloma problemami także w swoim wnętrzu – wystarczy wspomnieć problemy finansowe, czy ciągłe echa wieloletnich nadużyć seksualnych. Czy w tym wszystkim należy, na własne życzenie, w imię chyba tylko własnej pychy i chęci postawienia na swoim, tworzyć takie dziwne i niezrozumiałe spory? Wydaje mi się, że zamiast tego powinno się dzisiaj docenić to, że są i robią swoje właśnie tacy ludzie, jak ks. Boniecki. Że w Kościele, nie licząc na popularność wśród hierarchów i pewnych tego Kościoła warstw, pozostają głosem rozsądku. To powód do uznania, a nie karania.

Radosne świętowanie

(refleksja nagrana na komórce, gdy wychodziłem kilka dni temu z cmentarza)
Najlepszym punktem wyjścia, początkiem świętowania dnia jutrzejszego – uroczystości Wszystkich Świętych – jest uświadomienie sobie, kogo świętujemy, kogo wspominamy. 
Nie zmarłych. Żadne święto zmarłych! 1 listopada wspomina się i świętuje (masło maślane) wszystkich świętych. Czyli tych, którzy we współpracy z Bogiem przeżyli swoje życie. Tych, których życie po ludzku się skończyło, a jednak, które ma swój ciąg dalszy. Swoją lepszą część, która trwa nadal. I nigdy się nie skończy. Jak takie punkty na osi czasu, dążącej ku nieskończoności. Mają swój punkt powstania, moment narodzin, ale się nie kończą. 
Życie trwa dalej. Zmienia się, ale się nie kończy, jak mówi jedna z prefacji na msze za zmarłych. Nie wiemy, jak to jest, nie wiemy, jak to wygląda. I pewnie się dowiemy. Kościół pozostawia to jako tajemnicę. Tajemnicę świętych obcowania. Świętych, którzy duchowo są tutaj z nami, ale tak naprawdę są już tam, z Bogiem. Zakorzenieni w Bogu w taki sposób, że nic nie jest już w stanie ich od Niego rozdzielić. Nie tak jak my, którzy mamy swoje problemy, grzechy, brudy, upadki – ale w Bogu tak naprawdę, na maxa, do końca. 
I choć ten dzień dla wielu, siłą rzeczy, jest trudny, bo wspominamy – niektórzy pradziadków, niektórzy dziadków, ale wielu z nas też rodziców, rodzeństwo, ciotki, wujów, niektórzy przeżywają dramat tego, że kiedyś pochowali i w tych dniach stają nad grobem czy to współmałżonka, czy nawet dziecka. Ale to jest piękny czas. Bo głęboko wierzymy, że nie tyle pamiętamy o nich jako tych, którzy wiernie żyli i zmarli – ale jako tych cichych i często anonimowych świętych z naszych podwórek, z naszych rodzin i środowisk. Anonimowych świętych, ale przez to w żaden sposób mniej świętych. Świętych – więc dlatego wspominamy ich już jutro. Sam nie wiem, dlaczego, ale ja zawsze, kiedy wchodzę na cmentarz, nie czuję strachu, tylko ogarnia mnie taki niesamowity spokój. Spokój, jakby ci wszyscy, których doczesne szczątki kiedyś zostały tam złożone, byli takim niemym, ale bardzo mocnym potwierdzeniem. To wszystko ma sens. To wszystko, w co wierzysz, to prawda, a my jesteśmy tego najlepszym dowodem.
Bywa, że łza się w oku zakręci, za tą czy tamtą osobą, na wspomnienie wspólnych chwil, ale to przecież normalne. Tym większe przed nami zadanie. Uwierzyć w to obcowanie świętych. Uwierzyć i świętować to, tak naprawdę. Niech tern jutrzejszy dzień, ani Dzień Zaduszny, nie będą smutnym rozpamiętywaniem tych, którzy kiedyś byli, a teraz już odeszli – ale radosnym wspomnieniem tego, co było w nich dobre, radosne i piękne, za co ich kochaliśmy, za co nam ich tak bardzo brakuje. I też takim radosnym oczekiwaniem. Na spotkanie w wieczności. My ze sobą, my między sobą, my z nimi – ale przede wszystkim: my z Bogiem. Wtedy już święci tak, jak On tego pragnie.

Jezusowa kontra – teoria a praktyka

Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. (Mt 23,1-12) 

Absolutny majstersztyk w zakresie punktowania faryzeuszów, coś, czym Jezus podpadł im bardziej niż czymkolwiek innym. Jakby taka Jego kontra. Dość czekania na kolejne zaczepki, próby podpuszczania i złapania za słowo. Teraz ja wam kilka słów powiem do rozumu. O żadną zemstę czy cokolwiek w tym guście tutaj nie chodzi, Boże broń. Ale o prawdę. Prawdę o ludziach, którzy – zupełnie niesłusznie – uzurpowali sobie prawo do bycia wyrocznią w sprawach wiary, jedynymi słusznymi interpretatorami bożych praw i nakazów. 
Jedno Jezus mówi wprost – rozgranicza, odróżnia 2 kwestie. Jedno to słowa Prawa, jakiego faryzeusze i uczeni w Piśmie nauczają. Tu należy dać im posłuch. Drugie to ich sposób bycia, czyli (w teorii przynajmniej) odzwierciedlenie osobiste realizacji tego Prawa. Jedno mówią, co innego robią. Innych, moralizując,  obciążają – sami od siebie nic nie wymagając. Odgrywają, pozorują role pobożnych i prawych – niby to w imię Boga, który przecież nade wszystko miłuje prawdę, autentyczność. Lubują się w dywagacjach nad Pismem – a jednocześnie nic nie rozumieją z tego, o czym ono mówi, z jego ducha, zamysłu i celu. Chełpią się posłuchem i uznaniem, z zadowoleniem przyjmując nienależące im się pierwszeństwo, czy to na modlitwie, czy przy stole. 
Proste, prawda? Bardzo. Jednoznacznie niewłaściwe, co pewnie każdy wie. Dobrze im tak, można by sobie pomyśleć, niech mają. Brzmi znajomo? Jakby nie. A jednak, faryzeuszy współczesnych nie brakuje naokoło. Spójrz w lustro. Nie widzisz niczego niepokojącego w tym odbiciu? Nic z tego, w co dzisiaj Jezus bije, nie odnajdujesz w swoim obliczu? W końcu tak naprawdę takie kryształowe to ono nie jest, co? Nic się przez te wieki nie zmieniło, więcej, dzisiaj takie odgrywanie ról to swego rodzaju sztuka, i jakby się tak rozejrzeć, to wielu opanowało ją do perfekcji – w życiu prywatnym, w domu, w relacjach, w sprawach zawodowych, a nierzadko w tym wszystkim naraz – i nawet są z tego dumni. Problem polega na tym, że coraz więcej osób tego nie widzi. To znaczy widzi, ale nie rozumie – widzi postawę, ale nie potrafi zrozumieć, że jest to tylko poza, która z autentycznością ma wspólnego tyle, co faryzeusz z wierzącym. 
Jeśli do tego dodać polityczną poprawność, w imię której nawet ludzie, których człowiek szanował, opowiadają takie głupoty, że włos się jeży na głowie, stając na tejże samej (tylko swojej) głowie, żeby udowodnić coś, co po chwili zastanowienia jest po prostu absurdalne… Jedyne, co się zmieniło, to może to, że o ile tamci faryzeusze odstawiali cyrki pod płaszczykiem wiary wszem i wobec celebrowanej – to dzisiaj można odnieść wrażenie, że większość ludzi na jakiekolwiek hasło: wiara, Bóg, Kościół, godność człowieka, jakby albo z niesmakiem kręciła nosem, albo patrzyła z politowaniem. 
Trzeba, niestety, powiedzieć też jasno. Problem faryzeizmu może też dotykać Kościoła – diecezji, parafii. Nie ma to nic wspólnego ani nie stanowi podstawy do poddawania w wątpliwość Jego misji, Jego zbawczej roli, oczywiście. Ale może mieć miejsce także w Kościele. Biskup, ksiądz – też człowiek, pobłądzić może tak samo, a i okazji ku temu niekiedy może mieć dużo więcej od świeckiego, bo na wiele pokus jest wystawiony. Co wtedy? To samo. Słuchaj głosu Kościoła – jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego, co wypowiada konkretny Jego przedstawiciel, gdy tym co robi szokuje czy wręcz bulwersuje, gdy się zagubił. Słuchaj w Kościele Tego, do którego ten Kościół należy. 
Mało to wszystko optymistyczne? Nikt nie mówił, że będzie łatwo. A rozwiązanie całkiem proste. Ostatnie zdania niedzielnej Ewangelii. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Gdy nie zabraknie ducha służby z jednej strony, a z drugiej pamięci o tym, kogo jaki los czeka – będzie dobrze. Bóg zadba o resztę. 

Uzdrowienie, ale we właściwej kolejności

W tym czasie Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich. (Łk 6,12-19)
Już sam kontekst sytuacyjny, niby dyskretny, tylko tło, jest bardzo ważny. Bóg-Człowiek pokazuje, co jest najlepszym wstępem, preludium i przygotowaniem do podejmowania w życiu ważnych, kluczowych decyzji. On sam za chwilę miał wskazać tych, którzy w Jego imieniu będą kontynuowali misję, jaką rozpoczął, i poprowadzą ten raczkujący, nieporadny i jak bardzo jeszcze zagubiony malutki Kościół, który w przyszłości rozrośnie się i zjednoczy ludzi wszystkich ras, narodowości i języków. 

Modlitwa. Może dlatego tak wiele rzeczy mi nie wychodzi? Pewnie, trzeba się wysilić, dać coś z siebie, żeby były rezultaty. Ale ludzki wysiłek to nic, bez Bożego błogosławieństwa. A w każdym razie – to za mało. To może być zwykła ludzka pycha – taki jestem, udało mi się, zrobiłem to sam, bez niczyjej pomocy, to tylko moja zasługa. Zgoda, to mój wysiłek i sukces – ale także łaska Boga, który moje działania wspiera. Ważne jest, żeby nie wpaść też w odwrotną skrajność – co ja się będę, przecież Bóg może wszystko, niech za mnie zrobi. Bo to grzech, i to niejeden – rozpoczynając od lenistwa. Pewnie, w swoim człowieczeństwie jestem ograniczony, sam siebie nie przeskoczę, ale Bóg wie o tym lepiej ode mnie i nie stawia przede mną zadań nie do wykonania. To tylko ja sam często gęsto staram się sam przed sobą wytłumaczyć własną niechęć, lenistwo i bylejakość. A tu potrzebna jest współpraca, współgranie – On i ja. Ja działam, On wspiera łaską. 
Może ktoś się zdziwi – ale chyba powołaniu uczniów nie poświęcę w ogóle uwagi, co wydaje się zdarzeniem centralnym tego fragmentu. Zwrócę za to uwagę na inny szczegół. Po co szli za Nim ludzie – przyszli apostołowie, ale i ten cały tłum? To nie był przypadek, czary, hipnoza. O ile można założyć, że nie każdy z nich widział i rozpoznał w tym momencie w Jezusie obiecanego Zbawiciela, to każdy z nich wiedział, czemu za Nim podąża. Aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Aby uwolnić się od dręczących demonów. 
Dla niektórych to uzdrowienie oznaczało koniec fizycznych dolegliwości czy wręcz kalectwa uniemożliwiającego normalne funkcjonowanie. Dla innych uzdrowienie miało dotknąć ich wnętrza. I pewnie tych drugich było więcej – nie każdy musiał być kaleką, ale każdy był świadomy swojej grzeszności i słabości, wiedział, że potrzebuje uzdrowienia niekoniecznie ciała, ale ducha. Co zresztą Jezus podkreślił w innym miejscu (Łk 5,17-26), gdy przynieśli do Niego paralityka – oczekując uzdrowienia ciała. I co zrobił Jezus? Najpierw odpuścił grzechy – oczyścił duszę, to, co najważniejsze. Dopiero wtedy uzdrowił ciało. 
Nie bój się przyjść do Jezusa. To nie przypadek, że od wieków ludzie, mniej lub bardziej świadomie, czasami po całym życiu tułania się w poszukiwaniu celu, pozornego szczęścia i sukcesów, docierają właśnie do Niego. Czasami ktoś podpowie, wskaże drogę – czasami sami to zrozumieją. Jeśli nie możesz się odnaleźć, czegoś ci brakuje, czujesz pustkę czy niedosyt – nie bój się, stań przed Nim, otwórz swoje serce. Zasłuchaj się w Niego. Może nie usłyszysz tego, na co liczyłeś czy czego oczekiwałeś. Ale usłyszysz prawdę. Odnajdziesz uzdrowienie i pokój. Ten prawdziwy.

Asyż po 25 latach

To wielki dzień. Na dzisiaj papież Benedykt XVI zwołał kolejne (po 1986 i 2002) międzynarodowe spotkanie wyznawców najróżniejszych religii do Asyżu, miasta św. Franciszka, i miejsca, gdzie do pierwszego tego rodzaju spotkania doszło w 1986 r. z inicjatywy, dzisiaj błogosławionego, Jana Pawła II. 
To zdjęcie zadziwiło wielu. Jan Paweł II stojący pomiędzy prawosławnymi, protestantami, ale także buddystami, animistami, sikhami i innymi – w sumie przedstawicielami 28 wspólnot chrześcijańskich oraz 32 wspólnot niechrześcijańskich. To nie miało być żadne forum przedstawicieli pewnie większości świata, mające rozwiązać światowe problemy czy konflikty – miało być okazją do wspólnoty. Formuła, jaką zaproponował papież, była czytelna –  „być razem, aby się modlić”, a nie „modlić się razem”. Co bardzo często było mylone, kiedy mówiono o „wspólnej modlitwie wyznawców różnych religii w Asyżu”. 

Kard. Josephowi Ratzingerowi, obecnemu papieżowi Benedyktowi XVI, niesłusznie zarzuca się wówczas (ale także kilka lat wstecz w stosunku do dzisiaj) negatywny stosunek do tej inicjatywy. I jest to kolejny błąd, a raczej nieporozumienie. Nigdy nie sprzeciwiał się temu pomysłowi jako takiemu, ale zwracał uwagę na możliwość błędnej interpretacji takiego zgromadzenia. W 2002 r. pytał: „Czy można tak postępować? Czy w ogromnym stopniu nie była to upozorowana wspólnota, której tak naprawdę nie ma? Czy w ten sposób nie propagujemy relatywizmu – opinii, że w gruncie rzeczy różnice między religiami są tylko drugorzędne? I czy w ten sposób nie osłabiamy powagi wiary i ostatecznie nie oddalamy się od Boga, a tym samym nie potęgujemy naszej samotności?”. Postawa bardzo słuszna. Podkreślał on też zawsze istotną rolę, jaką takie spotkania odgrywają – jako przeciwstawienia się duchowi przemocy, nadużywaniu religii jako pretekstu do przemocy i propagowania szacunku do wiary człowieka. 

Dzisiaj w Asyżu wieczorem spotkać ma się przeszło 300 delegatów z 31 Kościołów chrześcijańskich i 12 religii świata. Niestety, nie wszyscy odpowiedzieli na papieskie zaproszenie. Odmówił przybycia wielki imam uniwersytetu islamskiego Al-Azhar w Kairze (którego orzeczenia teologiczno-prawne (fatwa) są uznawane wśród sunnickich muzułmanów za obowiązujące)… zasłaniając się tym zamrożeniem dialogu islamu z Watykanem, zarzucając jednocześnie papieżowi „niesprawiedliwe twierdzenie, że Koptowie w Egipcie i chrześcijanie na Bliskim Wschodzie są prześladowani”. 
Spotkanie odbędzie się w takiej formie, aby uniknąć błędnych interpretacji tego wydarzenia. Nie przewidziano żadnej wspólnej modlitwy ani żadnych religijnych czy też parareligijnych gestów. Po obiedzie w klasztorze MB Anielskiej każdy uczestnik otrzyma własny pokój, na czas ciszy, osobistej refleksji i modlitwy. Procesja pokoju ulicami Asyżu odbędzie się w milczeniu. Hasłem tegorocznego spotkania będą słowa „Pielgrzymi prawdy, pielgrzymi pokoju”. 

W tym duchu, każdy w ciszy własnego serca, warto wesprzeć to spotkanie, tę cichą modlitwę przedstawicieli całego świata. Proponuję znane słowa modlitwy najprostszej Biedaczyny z Asyżu:
O Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju,
Abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
Wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda;
Jedność tam, gdzie panuje zwątpienie;
Nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz;
Światło tam, gdzie panuje mrok;
Radość tam, gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli,
Nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
Nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
Nie tyle szukać miłości, co kochać;

Albowiem dając, otrzymujemy;
Wybaczając, zyskujemy przebaczenie,
A umierając, rodzimy się do wiecznego życia.
Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Kolejna nadinterpretacja

Jezus nauczał w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy. Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. Lecz przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu! Pan mu odpowiedział: Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu? Na te słowa wstyd ogarnął wszystkich Jego przeciwników, a lud cały cieszył się ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego. (Łk 13,10-17)
Tylko człowiek naprawdę bez serca podejdzie do opisywanej sytuacji tak, jak tamten przełożony synagogi. Bo to nawet nie jest restrykcyjne przestrzeganie prawa – a nadinterpretacja prawa, w duchu złej woli, celem tylko i zdyskredytowania Jezusa. Który przecież uczynił coś dobrego – chory człowiek odzyskał dzięki Jego cudowi zdrowie. Nie patrząc na to, że powinno się – Jemu i Bogu – dziękować za cud uleczenia, zamiast piętnować za moment, w którym uleczył.
Prawo żydowskie, do dzisiaj przecież obowiązujące, nakazuje czcić Boga w dniu szabatu i zakazuje w tym dniu (od wieczora dnia poprzedzającego do wieczora szabatu) podejmowania jakichkolwiek prac, nawet lekkich. Cel takiego zapisu? Taki sam, jak dzisiejsze przykazanie Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Przypomnieć człowiekowi, że 6 dni w tygodniu to w zupełności wystarczająco, aby zarobić na życie, napracować się. Ostatni dzień to czas dla Boga, aby podziękować Mu za ten tydzień, za dobro, które stało się moim udziałem, za dobro które mogłem czynić, przeprosić za wszelkie zło – i moment na powierzenie Bogu nadchodzących, kolejnych dni, następnego tygodnia. 
Nic więc dziwnego, że Jezus posługuje się tak prostym przykładem. Dobrze, skoro do mnie masz pretensje, że uzdrowiłem chorą – to czemu nie reagujesz, kiedy tak wiele osób wykonuje prozaiczne, a jednak rozumiane (w ten sposób) jako praca, czynności typu właśnie napojenie bydła. Fakt, krowa nie zrozumie, że jest szabat, i z powodu szabatu nie przestanie jej się chcieć pić czy jeść. Karmicie więc zwierzęta – czyli jakby wykonujecie pracę, prowadząc je do wodopoju. Jednorazowe i to cudowne uleczenie przeszkadza, a regularne prowadzenie zwierząt do wodopoju już nie? W najlepszym razie – brak konsekwencji. Żeby nie powiedzieć, że zwykłe szukanie dziury w całym. 
Bóg jest Bogiem miłości, Bogiem miłosiernym. Uwierzysz, że przeszkadzało Mu uleczenie człowieka w dniu szabatu, że naruszyło to spoczynek szabatu? Ja – nie.

Gotowość i wytrwałość

Jezus powiedział do swoich uczniów: To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,39-48)
To tekst z wczoraj. Niby zwykły dzień, a jednak ważna rocznica – 27 lat od męczeńskiej śmierci bł. Jerzego Popiełuszki, prezbitera. 
Okazuje się, że ta ewangelia bardzo pięknie wpisuje się w życie błogosławionego – bo mówi o gotowości. W obrazku ewangelicznym – o potrzebie gotowości na przyjście Pana, czy to metaforycznie jako tego powracającego gospodarza, czy to dosłownie Pana jako przychodzącego powtórnie Chrystusa. Co pozwoliło ks. Jerzemu na taką a nie inną postawę w życiu? Zdeterminowany, wytrwał szykany także na etapie służby wojskowej w czasie seminarium. Już jako kapłan, wiedział, co musi zrobić, aby postępować zgodnie z sumieniem. Owszem, mógł zachowywać się inaczej – nie narażać się systemowi totalitarnemu, nie szukać z nim konfrontacji, posługiwać się nieco mniej dosadnymi i prawdziwymi sformułowaniami.

On jednak był gotowy. Wiedział, że mówienie prawdy, wzywanie do prawdy, do poszanowania godności człowieka, poszanowania swobód obywatelskich i praw pracowniczych, będzie go wiele kosztowało. Niebezpieczeństwo, na jakie był narażony, znali jego przełożeni – nie bez powodu ówczesny metropolita warszawski kard. Józef Glemp sugerował mu wyjazd na studia do Rzymu, chcąc uchronić go przed represjami władzy. Ale ks. Jerzy odmówił. Nie mógł w połowie pozostawić swojej pracy, wiedział, że ludzie mogli odebrać to jako ucieczkę – a on chciał być z nimi i był gotowy na wszystko w imię bronienia wartości dla niego ważnych.

I choć umarł w strasznych okolicznościach, w męczarniach, sponiewierany i pobity, to Bóg nagrodził jego życie i poświęcenie. Jego gotowość. Jego wytrwałość. I to jest wyzwanie dla nas. Nie chodzi o męczeństwo, ale o gotowość poświęcenia różnych spraw i kwestii w imię rzeczy najważniejszych. A więc w wypadku wierzących – o hierarchię wartości i umiejętność kierowania się nią, gdy przychodzi do dokonania wyboru. To wyzwanie. Wyzwanie do nieustannej gotowości i wierności, także za cenę szykan i przykrości. I choć sam żył, w nie tak odległych, a jednak zdecydowanie w innych czasach – bł. Jerzy to ciągle aktualny wzór dla nas, w tak dziwnym i niejednoznacznym świecie, w jakim dzisiaj żyjemy, w świecie, gdzie czasami wydaje się, że hierarchia wartości po prostu stanęła na głowie.