Twarda świętość bł. Jana Pawła II

Jutro kolejna, 33. już rocznica wyboru metropolity krakowskiego kard. Karola Wojtyły na papieża, początkowej daty pontyfikatu, który tak wiele zmienił – w Kościele, ale i w Polsce. 
Zamiast wielu pustych słów – kilka prostych myśli Jana Turnaua, jak zwykle bezbłędnego:
33 lata temu zaistniał papież Jan Paweł II. Zaczęło się wiele nowego w historii Kościoła rzymskokatolickiego, w historii Polski, w dziejach całej ludzkości. Nie napiszę jednak o pontyfikacie, tylko o samym człowieku. 
Był naprawdę święty. Oczywiste to dla wielu, ale nie dla wszystkich. Nawet i wśród katolików zagranicznych nie ma takiego uwielbienia dla niego, jakie jest u nas. Dla mnie to jednak aksjomat. Świętość to, mówiąc po świecku, bardzo wielka dobroć. Twarda walka z własnym egocentryzmem, twarda troska o innych ludzi. Był w tym twardy. A do tego delikatny. Nie lubił robić bliźnim przykrości, wolał ich radować nieustannymi żartami. Był pokorny, nie znosił zadzierania nosa. 
Co nie znaczy, że był nieomylny. Ze nie mylił się w swoich decyzjach personalnych ani w swoich poglądach. Nie zawsze przekraczał swój czas. Zawsze jednak przekraczał siebie. 
Czy i kiedy ostatnio mi udało się zwalczyć w sobie, przekroczyć, cokolwiek?

Znowu biada

Jezus powiedział do faryzeuszów i uczonych w Prawie: Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiego rodzaju jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie opuszczać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą. Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: Nauczycielu, tymi słowami nam też ubliżasz. On odparł: I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie. Biada wam, ponieważ budujecie grobowce prorokom, a wasi ojcowie ich zamordowali. A tak jesteście świadkami i przytakujecie uczynkom waszych ojców, gdyż oni ich pomordowali, a wy im wznosicie grobowce. Dlatego też powiedziała Mądrość Boża: Poślę do nich proroków i apostołów, a z nich niektórych zabiją i prześladować będą. Tak na tym plemieniu będzie pomszczona krew wszystkich proroków, która została przelana od stworzenia świata, od krwi Abla aż do krwi Zachariasza, który zginął między ołtarzem a przybytkiem. Tak, mówię wam, na tym plemieniu będzie pomszczona. Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli. Gdy wyszedł stamtąd, uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli gwałtownie nastawać na Niego i wypytywać Go o wiele rzeczy. Czyhali przy tym, żeby go podchwycić na jakimś słowie. (Łk 11,42-54)

Taka zbitka, z wczoraj i dzisiaj – bo jedno jest kontynuacją drugiego.

Dla mnie to bardzo wymowny przykład przeciwieństwa słynnego kazania na górze, ośmiu błogosławieństw. Tam drogowskazy – jak żyć, jak postępować, aby być błogosławiony, pełnym Boga. Tutaj – przeciwieństwo – słowa przestrogi i jakby ostrzeżenia. Co więcej – nie tylko do faryzeuszów i uczonych w Piśmie kierowane. Oni byli bezpośrednimi odbiorcami, im się oberwało wprost. Jezus nigdy jednak nie potępia człowieka, a postępowanie i czyny. Te słowa pozostają aktualne także dzisiaj, w stosunku do wszystkich, którzy tak postępują. 
Biada tym, którzy czyniąc rygorystycznie zadość przepisom – pomijają sprawiedliwość Bożą i miłość. Bóg mówi wprost – to ważniejsze, nie tamto. Biada tym, którzy puszą się swoją pozycją, domagają się czci i szacunku – podczas gdy na żadne z powyższych nie zasługują. Biada tym, którzy innych pouczają, wymagając rzeczy przekraczających ludzkie możliwości, równocześnie siebie samych traktując z przymrużeniem oka, z każdą możliwą taryfą ulgową, po najmniejszej linii oporu. Biada tym, którzy wnoszą grobowce prorokom – których ich właśni ojcowie pozabijali. Biada wszystkim, którzy sobie uzurpują prawo do wskazywania, kto postępuje sprawiedliwie i zmierza do zbawienia – a jednocześnie sami siebie potępiają i z właściwej drogi zawracają innych.
Szczególnie pobrzmiewać te przestrogi powinny w uszach autorytetów moralnych, a przede wszystkim – osób duchownych. Spadkobierców tej wielkiej misji, jaką wtedy zapoczątkował Jezus. Posłanych, aby prostować to, co kręte i połamane; przynosić nadzieję tam, gdzie króluje rozpacz, ukojenie tym, których serca dręczą problemy i dramaty. 
Faryzeusz w tym ewangelicznym obrazku to tylko synonim człowieka o pewnej postawie, albo pewnych postaw człowieka. Oby żaden z nas nie odnalazł ich w sobie.

Przyjdźcie na ucztę

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę! Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy ich, pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego? Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych. (Mt 22,1-14)
Piękny tekst i piękny w swojej wymowie dowód na to, że Bóg daje nam wolną wolę (co wiele osób głośno i mocno kontestuje). Bóg mówi w przypowieściach, ale jak bardzo mówi do nas. Czy dlatego, że jesteśmy współczesnymi faryzeuszami? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam; mam nadzieję, że nie. Z drugiej strony – jak bardzo to podobne do, zeszłotygodniowo-niedzielnej, opowieści o winnicy?
Różnica polega na tym, że w przypowieści król zaprasza dwukrotnie (a może to tylko przenośnia?), zaś Bóg… Bóg nie stawia żadnych granic, poza tymi ramami czasowymi, w jakich dane jest nam przejść przez życie. Niestety jednak – a może to jest właśnie największy, poza zbawieniem, Boży dar? – jest nasza wolność, z której korzystać tak często nie potrafimy, a która prowadzi do tak głupich posunięć, jak zabójstwo na wysłanych po raz drugi królewskich posłańcach. Przecież wydawać się może, że takie królewskie zaproszenie to powinno być marzenie każdego człowieka, wyróżnienie i nobilitacja. Król nie dał za wygraną, mimo już za pierwszym razem okazanego sługom – a więc i jemu – lekceważenia, posyła po zaproszonych ponownie. 
Dochodzi do dramatu, gdy człowiek w sposób skrajnie negatywny, najgorszy z możliwych, ową ofiarowaną mu wolność wykorzystuje do przemocy, a nawet zabójstwa przeciwko drugiemu. Kara królewska jest wielka, giną zabójcy, ale i całe ich miasto. Co ciekawe – taki los spotyka tylko tych, którzy podnieśli ręce na królewskie sługi. Pozostali, którzy wymawiali się tylko i po prostu olali króla, nie spotkała chyba żadna konsekwencja. Co więcej – nie wykluczone, że mieli kiedyś jeszcze szansę odpowiedzenia na podobne zaproszenie. Mieli szczęście, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. 
Kiedy tak czytam te słowa dalsze – Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie – mam nieodparte wrażenie, że to czytelna aluzja do tego, jak działał na ziemi Jezus. Najpierw Dobrą Nowinę komu proponował? Narodowi Wybranemu. Który, delikatnie rzecz biorąc – tak, jak zaproszeni króla – olał Go. Wtedy poszedł dalej, znajdując słuchaczy i ludzi chętnych do wcielenia w życie Jego ideałów pośród tak wielu innych, często przez Żydów pogardzanych. A jednak, ich serca były o tyle bardziej podatne. Mimo, że to właśnie Żydzi wyczekiwali Mesjasza, który przeszedł wielu z nich dosłownie koło nosa. 
Bóg (jak tamten król) nie patrzy na ludzkie podziały – dobry, zły – i swoje zaproszenie kieruje do każdego. Zaprasza na ucztę, która spełnia się bez końca. Na ołtarzach całego świata, w Eucharystii. Zaprasza na misterium, które daje możliwość przyjmowania – dosłownie, w żadnej przenośni – Jego samego, który chce każdego umocnić w podróży między ziemskimi ucztami, do tej ostatecznej, wiecznej uczty w Jego Królestwie. 
Jedyny problem polega na tym, do której grupy będziemy należeć. O to, że do powołanych – pewnie tak, skoro jesteśmy ochrzczeni, przyjmujemy sakramenty. Tu jednak o coś więcej chodzi – o wybranie, Boże wybranie. Bóg nas wybrał – teraz wszystko zależy, czy i jak na to wybranie odpowiemy. Droga jest prosta. Przychodząc na Ucztę Eucharystyczną, dajemy wyraz naszemu do Niego przywiązaniu. Tą drogą zmierzamy ku tej uczcie ostatecznej.

Wybierz z głową

Dzisiaj nie o ewangelii, przynajmniej nie stricte. Bo jest to w sumie powiązane – Kościół uczy, że z odpowiedzialnością za dobro wspólne wiąże się sprawa korzystania z prawa wyborczego.
W niedzielę mamy kolejne wybory. Nie ukrywam, sam nie wiem, na kogo głosować. Nie ma jednoznacznie opcji, którą w pełni popieram. Poparłbym Prawicę RP, ale chyba nie udało im się zarejestrować komitetu na skalę kraju. A tak? Mam problem. Nie jest mi blisko do PO, ale jednoznacznie nie odpowiada mi styl rządów PiS, który mogliśmy kilka lat temu obserwować. Nie chcę powrotu do IV RP, a Jarosław Kaczyński, niestety, po katastrofie smoleńskiej sprawia wrażenie człowieka absolutnie zagubionego i złamanego, chyba dość umiejętnie sterowanego – więc co mogli by zaproponować? Wszystkie osoby, które chciały zachować twarz, a nie dopchać się za wszelką cenę do korytka parlamentarnego na kolejną kadencję, pouciekały stamtąd (co będzie ich kosztowało – PJN ma niewielkie szanse na przekroczenie progu wyborczego). Zgadza się – jeśli chodzi o podejście do kluczowych zagadnień do PiS jest mi blisko… I co dalej? Państwo policyjne, którego przedsmak już mieliśmy? Cała reszta – SLD, PSL – szkoda słów. Ciekawa alternatywa, w kontekście wyborów do Senatu, to Unia Prezydentów – ogólnopolska inicjatywa, nie powiązana z żadną konkretną opcją polityczną.
Dlatego każdemu polecam kilka witryn – właśnie dla niezdecydowanych, którzy chcą, aby ich głos miał sens, był uzewnętrznieniem faktycznych poglądów, a nie bezmyślnym skreśleniem pierwszej z brzegu osoby albo jakiegokolwiek kojarzonego nazwiska:
  • Sprawdź posła – zestawienie głosowań poszczególnych parlamentarzystów w tematach aborcji, metody in vitro, obrony definicji małżeństwa jako zwiazku kobiety i mężczyzny, dopuszczalnosci wychowywania pokrzywdzonych przez los dzieci, przez osoby o orientacji homoseksualnej, reklamy i sprzedazy alkoholu oraz katastrofy smoleńskiej – w większości głosujemy na znane nazwiska, więc warto wiedzieć, czy cokolwiek z tego, co obiecywali i deklarowali albo obiecują i deklarują, znalazło odzwierciedlenie, kiedy przyszło do głosowania
  • Katolicki Latarnik Wyborczy – sprawdź, czy posłowie z Twojego okręgu głosowali zgodnie z nauczaniem Kościoła Katolickiego i zobacz listę kandydatów w wyborach 2011
  • mini-przewodnik katolickiego wyborcy -w pigułce, zebrane, czym i jak się kierować przy podejmowaniu decyzji, kogo poprzeć w wyborach (z ostatniego GN)

Kilka świetnych myśli Franciszka Kucharczaka, z poprzedniego GN:

Jedynka dla jedynki
dodane 2011-09-29 00:15
Franciszek Kucharczak
GN 39/2011 |

Nie musi wygrać Prawo i Sprawiedliwość, musi wygrać prawo i sprawiedliwość.

W jedną z niedziel kilka lat temu śpiewano w kościołach psalm, w którym uwagę zwracały słowa: „Pan miłuje prawo i sprawiedliwość”. A że był to akurat dzień wyborów parlamentarnych, w środowiskach konkurentów PiS wybuchł taki jazgot, jakby się skin objawił na zebraniu feministek.

Niejeden proboszcz musiał potem pokazywać lekcjonarz, udowadniając (nie zawsze skutecznie), że to nie kampania wyborcza, lecz celebrowana według dawno ustalonego porządku liturgia słowa. Tamto zdarzenie było symboliczne. Pokazało, że Bóg był pierwszy i zajmował się polityką daleko wcześniej, niż powstała jakakolwiek partia. Zajmował się nią już wtedy, gdy mówił wężowi: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej”. Cała historia zbawienia to pasmo ingerencji Boga – jak najbardziej politycznych.

Bóg ma swoją politykę i jest to jedyna dobra polityka. Jej celem jest zbawienie człowieka. Kto się nią kieruje, sam staje się dobrym politykiem. Nic dziwnego, że i Kościół zajmuje się polityką od swojego początku. Gdy apostołowie, poderwani mocą Ducha, wyszli z Wieczernika i śmiało ogłosili tłumom, że Chrystus zmartwychwstał, czy to nie była polityka?

My, chrześcijanie, musimy prowadzić tę politykę, niezależnie od tego, czy to się podoba władzom jakiejkolwiek partii, czy nie. Kto raz przyznał się do osobowej Prawdy, jaką jest Jezus, musi ponad życzenia szefa, ponad interes partii i ponad wszelkie dyscypliny klubowe stawiać nakaz sumienia. Nikt nie może nikomu nakazać grzechu, tak jak to zrobiła PO, wprowadzając dyscyplinę w głosowaniu przeciw ustawie o zakazie aborcji. Wtedy wyłamało się 15 posłów. I podobnych ludzi trzeba wybierać, niezależnie od tego, w jakiej są partii (odrzucamy, oczywiście, partie, które mają grzech w programie).

 Dlaczego należy pójść na wybory?

  1. Bo to jest nasz nie tylko obywatelski, ale moralny obowiązek. Katolik powinien wspierać to, co dobre, i przeciwstawiać się temu, co złe. Wybory to najlepsza okazja, aby swoje poglądy nie tylko deklarować, ale dać im faktycznie wyraz, realizując swoje prawo do wybierania tych, którzy będą nowe prawo tworzyli, a już istniejące poprawiali (więc będą mieli co robić). Tu nie ma miejsca na koleżeństwo i układy – albo wierzysz i Twoja wiara znajduje odzwierciedlenie w tym, kogo (a przez to – co, jakie postawy i poglądy) popierasz; albo masz rozdwojenie jaźni.
  2. Bo każdy z nas ma swój rozum, żyje na tym świecie trochę i widzi, co i jak się dzieje w kraju i okolicy. Można być niepoważnym i udawać, że jest pięknie i wspaniale – ale nie wyniknie z tego nic, ponieważ dalej będzie to tylko udawanie. Rzeczywistość jest zupełnie inna, do zrobienia jest bardzo wiele, wolność religijna na świecie jest pogwałcana nagminnie, wierzących w najlepszym wypadku uważa się za niegroźnych zacofańców i oszołomów, w najgorszym (póki co, na nieco innej szerokości geograficznej – ale pewnie i to się zmieni) zaś publicznie piętnuje, atakuje słownie ale też fizycznie, są prześladowani, zmuszani do opuszczania swych domów i rodzinnych stron z obawy o życie, które nierzadko za wiarę oddają. To się dzieje. I temu trzeba zapobiegać – wspierając ludzi, którzy przynajmniej deklarują pewne poglądy, najlepiej jeszcze z jakimkolwiek pokryciem w dotychczasowej działalności.
  3. Bo tylko wtedy człowiek tak naprawdę ma prawo później ponarzekać, w czym jesteśmy bardzo dobrzy. Co więcej – nie na tym kończąc, ale wyciągając wnioski przed kolejnymi wyborami. Genialnych polityków i politologów w tym kraju jest pewnie prawie tyle, ile osób dysponujących biernym prawem wyborczym. Sami specjaliści – kiedy przychodzi do perorowania i wymądrzania się. Ciekawe tylko, ile z tych osób: po pierwsze – w ogóle poszło głosować (ok, każdy powie, że był – wyniki frekwencji po każdych wyborach jednoznacznie temu przeczą, więc ludzie kłamią po prostu), po drugie – przemyślało swój wybór, i po trzecie – zagłosowało zgodnie z sumieniem, z nauką Kościoła (nie wytycznymi proboszcza, który się zagalopował, i albo jedną partię z nazwy umieścił w piekle, albo zaczął robić PR i spotkania wyborcze najbardziej nawet wybitnemu parafianinowi), którego są członkami.

Jest jeszcze sporo czasu. Warto poświęcić te pół godziny, poczytać jedną z w/w stron. Żeby te krzyżyki na listach wyborczych, które postawimy w niedzielę, miały sens, były przemyślane i oddawały to, co naprawdę myślę, czuję, w co wierzę.

Bóg nie wodzi na pokuszenie

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów. A On rzekł do nich: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie. (Łk 11,1-4)
To jest ważna kwestia, która bywa źle rozumiana. To nie jest tak, że Jezus wskazuje jednoznacznie, że miła Bogu, a co za tym idzie – skuteczna – będzie tylko modlitwa słowami właśnie tzw. Modlitwy Pańskiej. To chyba jednak jedyny przypadek w ewangeliach, gdy Jezus wprost wskazuje słowa, zatem formę modlitwy do Boga Ojca. Owszem, znamy kilka innych – Pieśń Maryi czyli Magnificat (Łk 1, 46-55) czy Kantyk Zachariasza (Łk 1, 68-79) albo Pieśń Symeona (Łk 2, 29-32) – Kościół wplótł je, po kolei, w liturgię nieszporów, jutrzni i komplety. Ta jednak modlitwa jest wyjątkowa. 
Każdy z nas zna ją od dziecka. Choć ja mogę powiedzieć, że mnie rodzice chyba wcześniej uczyli Zdrowaś Maryjo. Co więcej, jest to modlitwa jakby ekumeniczna, bo wspólna chyba dla wszystkich wspólnot chrześcijańskich, dla kościołów reformowanych (w przeciwieństwie do braku zgodności co do kultu, a zatem także modlitw, do Maryi). Każdy z nas, mam nadzieję, świadomie, powtarza ją choćby podczas każdej Mszy Świętej. No właśnie, jak to jest z tą świadomością. Wiemy, o co prosimy w niej Boga?
Najpierw uznajemy bóstwo Boga Ojca. Dalej prosimy o nadejście celu naszego życia, Królestwa Bożego, tak w naszych sercach, jak i na świecie. Prosimy też o codzienny pokarm – chleb powszedni, potrzebny do życia. Kilka prostych słów, a ile treści – to, co najważniejsze. Czemu dalej akurat nadchodzi prośba o przebaczenie? Może dlatego, że Bóg dobrze wie, że to wyjątkowo dla nas trudne; nawet gdy człowiek uświadomi sobie pewne rzeczy, ochłonie i przemyśli to, co powiedział/zrobił – słowo prośby o wybaczenie pada bardzo rzadko. Przebaczenie musi być dwukierunkowe – mnie przebaczono, więc i ja przebaczam. I nie dlatego, że druga strona przebaczyła pierwsza. Dlatego, że tak uczy Bóg. 
No i ta pokusa. Tu ciekawe – bo w znanych nam słowach powszechnie najpewniej znajdziemy i nie wódź nas na pokuszenie. Mnie te słowa jakby nie pasują. Bóg – zwodzący ku pokusom? To tak, jakby zwalić na Boga winę za to, że Adam i Ewa w Edenie ulegli pokusie Złego w formie węża. Absurd. Bóg obdarzył ludzi wolną wolą, i to oni sami niewłaściwie z niej skorzystali. To przytoczone dzisiaj nie dopuść, byśmy ulegli pokusie pasuje zdecydowanie. Wspieraj, prowadź tą najlepszą, a nie najkrótszą i najłatwiejszą z dróg. 

I to by było na tyle. Wracając do tego, o czym wspomniałem na początku – to tylko propozycja. Modlitwa, o której można powiedzieć, że jest wskazówką, jakby pierwowzorem wszystkich innych modlitw. Co nie znaczy, że tylko taką należy się modlić, i zawsze nią. Sam nie raz mam z tym problem. W różnych sytuacjach życia różne mam odczucia i uczucia pod adresem Stwórcy, i różnie ta relacja się układa. Czasami Ojcze nasz to wszystko, na co mnie stać… a czasami muszę się wygadać swoimi słowami. Koniec końców – nie forma jest przecież najważniejsza, ale treść.

Winnica mojego życia

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze. Jezus im rzekł: Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce. (Mt 21,33-43)
Przypowieść o winnicy – to pewnie dyżurny najbardziej tytuł dla tego tekstu. Mnie się jednak wydaje, że mówi on o czymś zgoła innym – o dramacie ludzkiej wolności. Bo mi się należy. Tak mnie, Boże, stworzyłeś, to mnie masz – skoro pozwoliłeś, żebym sam decydował, dałeś tę całą wolną wolę, to o co Ci chodzi? Moja wola, moje życie – moja sprawa. Ok, bądź sobie, mogę Cię czasami szanować, westchnąć do Ciebie, gdy powinie się w tym czy czymś innym noga, zastanowić się chwilę jak ktoś bliski choruje czy umiera – ale bez przesady. Ja tu rządzę. 

Tak mniej więcej musieli myśleć tamci robotnicy, którym gospodarz zostawił winnicę. Formalnie nie byli właścicielami, natomiast mieli z pewnością wolną rękę w zarządzaniu winnicą, organizowaniu jej pracy itp. I pewnie by tak sobie żyli dostatnio, w dobrze prosperującej winnicy, gdyby nie złe rozumienie wolności właśnie, a przy tym na pewno chciwość. Skusiły ich te – mniejsze, większe – dobra, jakie powinni byli zapłacić w formie dzierżawy gospodarzowi. To, że byli mu tę wartość winni, nie budziło wątpliwości – w końcu winnica należała do niego, swoimi środkami i wysiłkiem ją wzniósł, oni ją tylko obrabiali. 
Mieli aż trzy szanse. Najpierw gospodarz przysłał jedną grupę sług – jeden pobity, inny zabity. Nie poddając się – wysyła kolejne, ale znowu to samo, rozlew krwi i bezsensowna przemoc, kolejne ofiary. Zwracając się ku ich poczuciu przyzwoitości, resztkom szacunku – posyła własnego syna. Dochodzi do kolejnej tragedii – z pazerności na potencjalne dobra, jakie mogły by stanowić dziedzictwo syna (i absurdalny pomysł – na jakiej zasadzie, przepraszam, to akurat oni mieli by posiąść jego dziedzictwo?), zabijają i syna. 

Skąd tyle tragedii? Bo człowiek nie potrafi korzystać z wolności. Im częściej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że ona w wielu wypadkach jest nam dana na wyrost, nie potrafimy z niej dobrze korzystać. Gospodarz i winnica to tylko przenośnie, przykłady. Gospodarzem wszystkiego, co mamy, i nas samych, jest Bóg Ojciec. Winnicą może być cokolwiek, co w danej sytuacji zostaje zupełnie źle przez człowieka użyte. Winnica to takie nasze pole do popisu – miejsce, w którym ściera się to, co w nas dobre, piękne, szlachetne, uporządkowane, zmierzające do świętości – z całym tym brudem, który to, co dobre, niweczy, upadla, umniejsza, każe upadać. Siebie możesz oszukiwać w tym, jakim człowiekiem jesteś – ale prędzej czy później, osobiście lub przez posłańców, Bóg Ojciec przyjdzie i upomni się o tę czy inną winnicę. 
Bóg przyjdzie i upomni się o ciebie całego. O twoje życie – rodzinę, pracę, przyjaźnie, relacje, zobowiązania, ciało, duszę. Przyjdzie, ale najpierw posyła tylu przed sobą, a na końcu nawet własnego Syna. Skąd tyle cierpliwości? Bo w Królestwie Bożym nie chodzi o to, aby bezmyślnie niszczyć, ale by wydawać dobre i piękne owoce. Do tego Bóg-Gospodarz mobilizuje, tego chce od ludzi. Nie wymaga rzeczy niemożliwych – tylko tego, co możemy sami osiągnąć swoim wysiłkiem, swoją pracą, bazując na tym, co od Niego otrzymujemy. Możemy – oczywiście, o ile się nam zachce. Samo się nie zrobi. 
Ale do tego trzeba samemu przyznać, że wolność ma swoje granice. Trzeba pozwolić, aby Bóg wszedł w moje życie, i pomógł wydać te dobre owoce. Co ważne, to nie będzie żadna rezygnacja z wolności, jej ograniczenie! To będzie dowód mądrości i zrozumienia, że człowiek owocuje naprawdę dobrze i trwale, gdy dobrowolnie dopuści do głosu Boga, i zaprosi Go do swego życia. On nie będzie patrzył na upadki, krętactwa, kombinowanie, wszystkie grzechy – bo tylko mały człowiek wymyślił by, że postąpi tak, jak to opisali faryzeusze. Ale nie On. Za to na pewno tylko z Nim winnica Twojego życia może wydać takie owoce, z którymi spokojny i szczęśliwy będziesz mógł zmierzać ku końcowi tego życia, a początkowi innego, lepszego.

Ubolewanie pogardzanego

Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc w worze pokutnym i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do otchłani zejdziesz! Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10,13-16)
Wiesz, jaki jest najczęstszy błąd popełniany w kontekście tego tekstu? Traktowanie tych słów, powtarzanych biada jako groźby. Błąd kardynalny. Bo to nic innego, jak słowa przestrogi, ubolewania nad tymi konkretnymi miastami. Zresztą jakakolwiek groźba nie miała by tu sensu ani racji bytu. Bóg nie miał z tym nic do czynienia – swojego Syna posłał także tam, i to ludzie sami, w przenośni autora utożsamiani z miastami jako takimi, dokonali wyboru. Niestety, błędnego. 
Fakt, w tamtych czasach można było mówić o znakach. W końcu sam Jezus wędrował wtedy drogami Ziemi Świętej, nauczając, uzdrawiając, karmiąc głodnych, przynosząc nadzieję poniżonym, wskazując że jest świat piękniejszy i lepszy od tego, do którego to życie nas prowadzi, bez względu na nasz status materialny, wykształcenie czy perspektywy rozumiane w sposób czysto ludzki. Wielu tę okazję wykorzystywało, dosłownie łapiąc Boga za nogi – z czego pewnie nie zawsze zdawali sobie sprawę. Mieszkańcy Korozain i Betsaidy pozostawali jednak głusi na nauczanie Rabbiego z Nazaretu. Jakby ślepi na czyny, których dokonał – bo przecież same tylko one mogły przekonać największego niedowiarka. 
Na czym polega dramat ludzi, którzy pogardzają tak czytelnymi znakami Bożej łaski? Na tym, że to po prostu grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Podobno niewybaczalny. Świadome działanie wbrew Bogu, przy jednoczesnej świadomości Jego istnienia. Przeciąganie struny, testowanie Jego Miłosierdzia. Skoro wiesz, że słuchasz Boga, że to Jego – a nie jakiegoś oszołoma, uzurpatora czy fałszywego proroka – słowa, to kto dał ci prawo do kwestionowania ich, zbywania czy lekceważenia, przechodzenia nad nimi do porządku dziennego, nic w sobie nie zmieniając? 
Bóg nie gardzi człowiekiem. Współczuje jednak i przestrzega – stąd to biada – tych wszystkich, którzy, najczęściej zupełnie nieświadomi, złażą bezwolnie do otchłani. On nikogo tam nie chce widzieć. Tylko my w swojej głupocie się tam pakujemy. Może czas najwyższy, żeby wziąć sobie to biada do serca?

Ciągle jest czas na opamiętanie się

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21,28-32)

Niedzielnie, jak zwykle jestem do tyłu.

Jesteśmy pozorantami. Można to nazwać różnie – pozorami, kłamstwem, deklaracjami bez pokrycia, pustymi obiecankami, demagogią, lizusostwem, nadużywaniem zaufania. Tak, chyba kłamstwo najbardziej jednak pasuje. Nie chodzi o siłę sformułowania – ale o dokładność, precyzyjność. To w końcu tylko słowo, a jednak – rodzi za sobą zobowiązanie do pewnego zachowania, zadośćuczynienia temu, co zostało zadeklarowane, obiecane. 
Pierwszy z tych synów zachował się właśnie tak. Zbył ojca tym, co proste i nie wymagało w sumie niczego – słowami. Po czym postąpił po swojemu, olewając po prostu wolę ojca, i słowo obietnicy poddania się tej woli. Można się domyślać, co było dalej – pewnie, gdy przyszło do spotkania w domu wieczorem, ojciec zapytał, czemu się w tej winnicy nie pojawił, pewnie były tłumaczenia i wykręty. To takie dzisiejsze – zawsze znajdzie się, najbardziej nawet pokrętny, sposób na zwalenie winy za zaistniałą sytuację, na wszystko/wszystkich – tylko nie na siebie. Nawet, a może przede wszystkim, gdy jedynym winnym jestem ja sam, moje lenistwo. 
Drugi pozornie też postąpił niewłaściwie. Tyle, że miał odwagę, aby tę niesubordynację, brak chęci spełnienia woli ojca wyrazić wprost – ojciec prosi, ten odmawia. Nie ma co wnikać w przyczyny, dla których akurat tak postąpił. Bo szybko przyszło mu opamiętanie. Zrobił to, co zrobić był powinien – czynami naprawiając błąd słów. To było takie uniwersalne i najbardziej wymowne przyznanie się do błędu. Wystarczające. Przecież przyznać się do winy przychodzi bardzo ciężko, szczególnie gdy trzeba je wyrazić słowami. Tu nie miało to znaczenia. On tym, co zrobił, jak faktycznie i gdzie – bo w winnicy – spędził ten dzień, wyraził wszystko. 
Co ciekawe, sytuacja tak prosta i jednoznaczna, że nawet zapytani o nią faryzeusze – z natury dość wybiórczy jeśli chodzi o zasady i wymogi – musieli wskazać, że wolę ojca spełnił dobrze ten drugi. Nie ten, który deklarował i na deklaracjach skończył, ale ten, który odmówił, ale w końcu wolę ojca spełnił czynami. Można powiedzieć, że to Jezusowe podsumowanie było zbędne. Myślę, że oni sami to czuli – ile przecież razy sami oceniali innych na podstawie tego, co pozorne, zewnętrzne, zamykając się i odmawiając prawdy ludziom prostym i autentycznym, którzy głosili prawdę. Jan Chrzciciel to przykład pierwszy z brzegu. 
Morał tej historii prosty jak drut. Ciągle jest czas na opamiętanie się. Ojciec czeka i codziennie o coś prosi. O nic nadzwyczajnego. Nigdy o coś, co mnie przerasta. Tak, czasami o coś, co jest trudne, wymagające. I na pewno sensowniejsze niż to, na co zamierzam ten dzień zmarnować. 

Weźcie sobie dobrze do serca

Gdy tak wszyscy pełni byli podziwu dla wszystkich Jego czynów, Jezus powiedział do swoich uczniów: Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się zapytać Go o nie. (Łk 9,43b-45)
To z soboty ostatniej. Tuż przed egzaminem poszedłem na mszę, raniutko. Słońce wstawało, ludzi garstka, msza bez organisty (choć w większości śpiewana). Piękna sprawa.

Niby krótkie, ale i treści. Bo my – czy to dzisiaj, żyjący tutaj, czy tamci, którzy szli za Jezusem – mamy tendencję do ekspresji i rozmachu w tym, co powierzchowne, zewnętrzne, zauważalne. Nie wiem – dla siebie, czy dla innych? Ale tak to jest. Żeby było jasne – nie widzę nic złego w tym, że ludzie zachwycali się nad tym co i jak czynił Jezus, bo czynił rzeczy wielkie i po ludzku niewytłumaczalne – uzdrawiał, leczył, wypędzał złe duchy, rozmnażał pokarm, a nawet wskrzeszał. 
Problem pojawiał się dalej – co dla poszczególnych ludzi z tego wynikało? Jakie konsekwencje to rodziło. Wtedy pewnie więcej osób przejrzało na oczy, zastanawiało się nad tym, jak odnieść się do słów głoszonych przez Tego Człowieka. Więcej było tam w ludziach refleksji i świadomości życia w obecności Boga. Dlatego tak wielu szło za Nim – czy to dosłownie, jak Dwunastu, potem Siedemdziesięciu Dwóch czy kobiety, porzucając wszystko, czym się zajmowali; czy to wyruszało w drogę życia Bożymi przykazaniami zinterpretowanymi przez Jezusa tak odmiennie niż przez faryzeuszy – w swoim własnym życiu, teraz jednak inaczej przeżywanym. 
To jest także nasz problem. Na czym polega? Na tym tytułowym braniu sobie do serca Bożych spraw. Pójdziemy do kościoła, zasłuchamy się, nawet czasem zachwyt nad krasomówstwem kaznodziei (a przecież nie o to chodzi!) – po czym wracamy do domu i dalej swoje. W bardzo dużym skrócie. Oczywiście, jeśli komuś udaje się z Mszy wynieść więcej i zastosować coś z tego, co usłyszał, do siebie i tego, co robi – to świetnie. Po sobie wiem – słomiany zapał, jak sama nazwa wskazuje, wystarczy na krótko i bardzo często za jakiś czas, jak się człowiek zastanowi, okazuje się, że sam jest gorszy niż wcześniej, a nauka, nad którą się tak zachwycał pod wpływem tego czy innego kazania – poszła, dosłownie w las. Jednym uchem weszło, drugim wyszło. Jak się masz? Świetnie. 
Do tamtych Jezus mówił w kontekście zapowiedzi tego, co miało się stać. W kontekście tej okrutnej męki, która nie była żadnym strasznym Bożym żartem czy widzimisię – ale przyjętą w duchu pokory i z otwartym sercem misją i sposobem przez Boga wybranym na odkupienie nas, ludzi. Jak wiemy, i co można dalej w – tej czy innej – ewangelii wyczytać, niewiele zrozumieli. Potrzeba było czasu, widoku męki na krzyżu, opłakiwania zwłok, i dopiero przed pustym grobem, w drodze do Emaus i tylu innych miejscach zaczęły się otwierać oczy ich serc. Wtedy zrozumieli. Wtedy zaczęli sobie te sprawy brać głęboko do serca. 
W tym właśnie tkwi nasza nadzieja. My także, tutaj w życiu, możemy (i mamy!) zmartwychwstawać z tego, małe, słabe i kruche. Mamy na to okazję, czas – i Boże ku temu zaproszenie. Weź to sobie w końcu do serca – ale nie kończ na tym. Zrób coś z tym. Za ciebie nikt tego nie zrobi.

>>>

(dopisane 12:55) Właśnie się dowiedziałem, że udało mi się zdać egzamin! Niezmierne dzięki wszystkim, którzy szturmowali Niebo w tej intencji 🙂