Kolejny mały aniołek

Siedzę i ryję. Ale już tylko 2 dni. 
Prawie zapomniałem, że dzisiaj mam imieniny.
A piszę tylko dlatego, żeby prosić o modlitwę. Nie za siebie. Za koleżankę z pracy, która na dniach straciła nienarodzone dziecko, maleństwo na które z wielką nadzieją i miłością z mężem i córką czekali.

Oby Bóg sam był dla nich teraz pociechą – tą jedyną sensowną, nie tylko mniej lub bardziej pustym załamywaniem rąk czy poklepywaniem po plecach. A to ich maleństwo, którego nie było im dane zobaczyć, oby było już z Nim tam, dokąd wszyscy zmierzamy.

Tobie mówię

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie. (Łk 7,11-17)

Jeden z wielu cudów największego z cudotwórców, i przede wszystkim – żadnego iluzjonisty. Boga samego. Cudu z jednej strony wyjątkowo spektakularnego, bo przecież nie tylko uzdrowił, ale wręcz wskrzesił z martwych, łamiąc (a może – naginając?) prawa tego świata; ale cudu z innej strony tak zwyczajnego, bo dokonanego na pewno po prostu po drodze, przemieszczając się w toku nauczania. 
Warto także zwrócić uwagę na coś innego. Znowu wybitnie ludzkie i kochające oblicze Jezusa. To samo, jakie widzimy, gdy Kościół wspomina scenę wskrzeszenia osoby na pewno Mu bliższej, niż ten dzisiejszy młodzieniec, Łazarza. I tu, i tam  Jezus okazał po prostu wzruszenie, smutek i żal nad faktem odejścia z tego świata tej czy innej osoby. On, Pan życia i śmierci, lituje się nad człowiekiem, którego czas nadszedł, i przywraca go  światu.
Wystarczyło kilka słów, proste polecenie – i zmarły powstaje. Ktoś patrząc na sytuację z boku mógłby powiedzieć – no jak to, po prostu rozkaże, i trup ożyje? Nic, tylko popukać się w głowę. A tu – bez czarów, zaklęć, nimbu tajemniczości czy nadprzyrodzoności. Moc w słabości się doskonali, Bóg-Człowiek, który ma w ręku władzę nad życiem i śmiercią, po prostu każe temu młodzieńcowi. Wróć do tego świata, wracaj do swojej matki, opiekuj się nią. 
Do nas Jezus też bardzo często się tak zwraca. Pewnie nie pomylę się, gdy powiem, że żadne z nas, choćby nie wiem ilu czytało te słowa, nie doświadczyło wskrzeszenia z martwych w taki sposób, jak Łazarz czy dzisiejszy bohater, ów młodzieniec. Do nas Pan mówi inaczej. Wzywa nas do powrotu w sposób bardziej subtelny, do powrotu w ramach tej rzeczywistości, tej egzystencji, tego życia. Wzywa do powrotu do tego, co święte, piękne, dobre, bezinteresowne, z miłości, z miłością, do autentycznego życia wiarą. Wzywa do powrotu do bycia takim, jakim człowiek był na początku i jakim być powinien; jakim być musi, jeśli Boga i wszystek Jego nauczania traktuje serio. 
Mamy wybór. Możemy się na Boga, za przeproszeniem, wypiąć. Jezus wtedy, widząc rozpacz matki, ulitował się nad nią i zwrócił jej syna. Nas dzisiaj nie zmusi do powrotu do bycia autentycznym chrześcijaninem, bo szanuje naszą wolną wolę. Ale nie traci nadziei, i raz po raz na naszej drodze życia przystaje, zaczepia, drąży. Młodzieńcze, tobie mówię… Może warto posłuchać, a nie wykręcać się uniwersalnym pośpiechem i brakiem czasu? 
>>>
Od dzisiaj jestem na urlopie, i tak do końca przyszłego tygodnia. Może coś napiszę, może nie. Intensywnie staram się przygotować do bardzo ważnego egzaminu. O siły, skupienie i dobre wykorzystanie tego czasu, czy wreszcie o powodzenie 24 września sam proszę – i będę wdzięczny bardzo za modlitwę w tej intencji.

Przebaczenie z dwóch stron

Czasu nie było, a chciałem o tym napisać. W tygodniu zmarł pierwszy proboszcz parafii, w której od niedawna mieszkam. Człowiek w sumie wcale nie jakoś specjalnie stary – pod siedemdziesiątką. W parafii był od początku (wczesne lata 80.), zbudował kaplicę, plebanię i kościół. Proboszczował do 2001 r., jednak pozostał w parafii do końca, jako rezydent. 
Postać co najmniej niejednoznaczna. Dlaczego? Bo nie bez powodu przestał być proboszczem. Nikt nie negował jego zasług w parafii na polu wnoszenia czy to kościoła (osobna historia – nie było tajemnicą, że „ścigał się” z innym księdzem z okolicy w zakresie tej budowy, czego efekty widać do dzisiaj, niestety, bo kościół jest ze 2 razy za duży, przez koszty jego eksploatacji są ogromne, bez szans na ogrzanie, dach przecieka, dzwon działa 1 na 3, instalacje co chwile nie działają – generalnie do zmniejszenia [boczne nawy do zamknięcia i zamienienia w osobne kaplice] i remontu prawie generalnego), kaplicy, zaplecza (w plebanii co sezon coś jest do wymiany – a to całe instalacje, a to podłoga, a to dach…). Problem polegał na charakterze. Jedyna parafia w diecezji, gdzie co roku była wymiana wikariusza prawie. A czasami nie jednego. Żaden nie był dość dobry. Każdemu zarzucał najprzeróżniejsze, wyimaginowane przewinienia, włącznie z podtekstami odnośnie nieprawidłowych relacji z parafiankami. Snuł przeróżne intrygi, oczerniając współpracowników – wikariuszy, ale i świeckich – w oczach innych parafian. Ja rozumiem – mógł trafić raz na jakiegoś wikarego lenia, ale przez naście lat każdy? Coś musiało być nie tak. Stąd też kuria zaczęła się przyglądać i jemu, i parafii – bo nie brakowało skarg, zarówno ze strony księży, jak i parafian, na proboszcza. Były rozmowy, prośby. Nic to nie dało.

Kościół konsekrowano, nic się nie zmieniało, więc w końcu został usunięty ze stanowiska. Też wyglądało to dziwnie – na gwałt przebudowywał spory kawał plebanii, gdzie zamiast 2 salek urządził sobie mieszkanie (o wiele większe niż pozostałych księży). Co ciekawsze, ludziom wpierał, że buduje pomieszczenie dla gości. Po czym absolutnie odciął się od parafii. Mieszkał na jej terenie, podłączone od parafii miał media, i nie brał udziału w niczym. W tygodniu czasem odprawiał Msze, zawsze sam, czasem nie. W niedzielę na 5 Mszy odprawił jedną, spowiadał prawie wcale. Zaznaczam – przechodząc na emeryturę w wieku lat niewiele ponad 50, nie będąc wcale obłożnie nijak chorym. Mógł się zaangażować, wspierać nowego proboszcza (i kolejnego, obecnego), gdyby chciał. Ale nie chciał. Nienawidził, niestety, pierwszego proboszcza – tego „uzurpatora”, przez którego (…) usunięto go ze stanowiska. Powróciło obmawianie, oczernianie, wymyślane oszczerstwa (na proboszcza, księży, na współpracowników parafii którzy [zamiast na znak „solidarności” z nim odejść] „śmieli” działać dalej w parafii…) – włącznie z donosami do kurii, jako by nie miał z czego żyć, bo proboszcz mu nie płaci. Ciekawe – bo równocześnie miał nowy samochód dość wysokiej klasy, który – rzekomo przymierając głodem – wymieniał będąc już na emeryturze. Uroczystości – pasterka, Triduum Paschalne, bierzmowania, komunie, wizytacje – zawsze go nie było. Zawsze był gdzieś, wyjeżdżał, albo symulował chorobę. Powtórzę – jak na człowieka w tym wieku nie był może siłaczem, ale nie chorował na nic. Dochodziło do tego, że biskup na wizytacji czy bierzmowaniu musiał zwracać uwagę na temat jego nieobecność. Ostentacyjnie, na znak protestu, zawsze obok.

Dlatego bardzo mnie ciekawiło, jak będzie wyglądało niedzielne kazanie. Obecny proboszcz także miał przez niego wiele krwi napsute, zupełnie niesłusznie. Natomiast „po dzielnicy” już chodziły plotki tego typu, że zmarły zażyczył sobie pochowania w kościele, a w ogóle to on… ziemię kupił za własne pieniądze i za swoje większość kościoła postawił. Co, delikatnie mówiąc, całkowicie się mijało z prawdą (ziemia od miasta i w darowiźnie kawałek od prywatnego właściciela, budowa systemem gospodarczym ze środków zbieranych na bieżąco – co  jest powszechnie wiadome). Zostałem mile zaskoczony – bo kwestia śmierci byłego proboszcza była wątkiem pobocznym. Bez oceniania, z naciskiem na to, że teraz on już sam nic dla siebie nie zrobi, i wszystko jest w naszych rękach, teraz można się za niego tylko modlić. Co bardzo ładnie wpasowało się w temat wczorajszej niedzielnej ewangelii:

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18,21-35)

Bo przebaczać trzeba zawsze. Tu nie chodzi o liczby – to tylko przenośnia. 7 miało znaczyć niewiele, kilka razy – a 77 wiele razy. W tym sensie – tak, 77 razy. A tak naprawdę, to i 78, 79, ile wlezie. Uraz, jaki masz do drugiego człowieka, zatruwa cię od środka. To tak naprawdę zniewala, nie ta krzywda, jeśli została ci uczyniona. To ten brak przebaczenia jątrzy, boli, piecze i prowadzi do nienawiści. Nie bez powodu mówi się – zło dobrem zwyciężaj. Prawdziwa wolność, pozbycie się, wyrzucenie się tego, że było źle, że ktoś mi zaszkodził, skrzywdził – może nastąpić dopiero, gdy z mojej strony nie będzie urazy, gdy znajdę siłę na przebaczenie. Bo czy ja sam jestem bez winy? Może w tej sprawie tak, może tutaj zawalił ten drugi. A tak w ogóle, szerzej? Oj, jest pewnie sporo rzeczy, które ludzie naokoło musieli by mi przebaczyć.

Chyba nikt z nas by nie chciał, aby ktokolwiek postąpił z nim tak, jak zdenerwowany król z niewdzięcznym sługą, który nie umiał docenić darowania długu? Nam pewnie nie raz się zdarzyła taka postawa, jak tamtego niewdzięcznika. Bo jak ktoś wobec mnie uczyni gest bezinteresowny, niespodziewany i nieoczekiwany – jest fajnie, jest euforia, ale bardzo szybko przechodzi się nad tym do porządku dziennego. A potem prawie – „bo mi się przecież należy”, na pozycję roszczeniową. Przy czym samemu – a po co? Taka mentalność Kalego, z innej strony ugryziona. Mnie niech przebaczają – ale ja innym? No bez przesady. Przecież mi się należy! Ma dług? Ma. To niech płaci! A że mnie darowali? No chciał, to darował. Przecież ja nie muszę.

Umiejętność przebaczania to wielki dar. Dar zarówno dla tego, który umie przebaczyć, ale i dla tego, czyim udziałem to przebaczenie się staje, do kogo jest skierowane. Dla kogo jest to ważniejsze? Nie wiem. Komu więcej daje – przebaczającemu, czy temu, któremu zostaje przebaczone? Nie wiem. Ale każdemu życzę, aby miał okazję się przekonać. W obie strony.

I polecam zmarłego księdza modlitwom tych, którzy te słowa czytają. Modlitwy nigdy za wiele, a ten człowiek na pewno jej potrzebuje.

Wskrzeszenie ku Bogu

Jak przejęliście naukę o Chrystusie Jezusie jako Panu, tak w Nim postępujcie: zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze, jak was nauczono, pełni wdzięczności. Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie. W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała, bo zostaliście napełnieni w Nim, który jest Głową wszelkiej Zwierzchności i Władzy. I w Nim też otrzymaliście obrzezanie, nie z ręki ludzkiej, lecz Chrystusowe obrzezanie, polegające na zupełnym wyzuciu się z ciała grzesznego, jako razem z Nim pogrzebani w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. I was, umarłych na skutek występków i nieobrzezania waszego grzesznego ciała, razem z Nim przywrócił do życia. Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża. Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz, jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie. (Kol 2,6-15)
Dziś, dla odmiany, czytanie – wczorajsze. Nota bene, co dowiedziałem się po fakcie dopiero, gdy wypadało liturgiczne wspomnienie współczesnej nam apostołki ubogich, bł. matki Teresy z Kalkuty. Ciekawa zbieżność, biorąc pod uwagę to, o czym mówi tekst.
O czym są te słowa? O drzewie, którym tak naprawdę jest każdy z nas. Drzewie, które przez sakrament chrztu zostaje wszczepione, zasadzone w Chrystusa i Jego Kościół. O drzewie, które – wbrew temu, co można usłyszeć czy wyczytać w mediach – rozwija się dobrze, harmonijnie i perspektywicznie dopiero wtedy, gdy wrośnie w Boga. Owszem, można żyć bez Niego, pozostając w przekonaniu własnej wielkości, uzdolnień, możliwości i że to wszystko zawdzięcza się samemu sobie – natomiast pozostaje to niczym innym jak tylko złudzeniem. Każdy sam wybiera, jak chce żyć.
Żywioły świata – kapitalne sformułowanie. To wszystko, co mamy wokół, i co samo w sobie złym nie jest, jednakże staje się złe, gdy przesłania całą resztę. Praca, sława, pieniądze, tytuły, światowość, blichtr. Nie ma nic złego w tym, gdy człowiek ma dobrą pracę, jest z powodu czegoś co zasługuje na uznanie sławny i rozpoznawalny, zarabia przez to godziwie dobre pieniądze. Zło zaczyna się wtedy, gdy przestajesz widzieć cokolwiek innego – rodzinę, przyjaciół, tych których kochasz. Wtedy zaczyna się niewola, równia pochyła. 
Cały przysłowiowy dowcip polega na uświadomieniu sobie, kim ja jestem, kim my jako ludzie jesteśmy – słabymi i kruchymi naczyniami, ale napełnionymi tym właśnie bóstwem Jezusa. Napełnionymi nie inaczej, jak właśnie przez chrzest, który jest preludium do życia sakramentalnego, które to preludium poszczególne późniejsze etapy podróży z Bogiem mają uzupełniać – sakrament pokuty i pojednania, Eucharystia, małżeństwo czy święcenia/śluby zakonne. Chrzest, paradoksalnie – co uświadamia nam autor natchniony – jest jednocześnie pogrzebaniem starego człowieka i wskrzeszeniem człowieka nowego, żyjącego już w sposób doskonalszy, bo ku Bogu. Nasz dług, ciągnący się przez grzech pierworodny, został unicestwiony na krzyżu – jak również i ten, który jest źródłem i siłą sprawczą złego, czyli sam Zły.
Nic, tylko korzystać, i zapuścić te korzenie.

Boże donosicielstwo

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. (Mt 18,15-20)
Trudne to słowa, ale bardzo dzisiaj potrzebne. Jak tak się rozejrzeć naokoło – po prostu wolna amerykanka przysłowiowa, i niestety wdziera się także w sprawy wiary, do Kościoła. Skąd to, z polityki? Pewnie też. Przecież wszędzie, w każdej sferze życia liczy się to, kto mówi/krzyczy głośniej, kto bardziej się rzuca w oczy, kto lepiej przyciągnie – choćby czymś chamskim, niesmacznym czy wulgarnym – uwagę. Tak wygląda świat – wystarczy zobaczyć jeden czy drugi program, przyjrzeć się ramówce wiadomości, poczytać gazety. Albo po prostu poobserwować. Nikt nie rozlicza treści, a nawet jeśli ktoś próbuje – jest zagłuszany pod pretekstem „uprzedzeń”, „braku tolerancji”, „zaściankowości”. 

Jezus mówi jasno – w Kościele jest inaczej. W sprawach wiary – które powinny być punktem odniesienia także jako kryterium oceny innych sfer – nie można pozwolić sobie na lekkomyślność czy po prostu samolubstwo. Nie ma znaczenia, czy chodzi o to, że ktoś zgrzeszył przeciwko mnie czy komuś innemu, zrobił coś nagannego publicznie czy też bardziej kameralnie. Wskazówka jest prosta – idź i upomnij. Nie rób afery, nie nakręcaj sensacji. Dyskretnie, ale zdecydowanie – w cztery oczy. Jeśli się uda – świetnie. Gdy się nie uda – powtórz to samo z tymi 2 choćby innymi osobami, aby napominany miał świadomość, że nie o czyjeś subiektywne odczucia chodzi, że to opinia większej grupy. Dopiero jeśli to nic nie da – kary kościelne. 
Ktoś może powiedzieć – strasznie to może trwać. No tak, ale tak działa Kościół – ostateczność to ostateczność, należy próbować rozmawiać, prosić, szukać porozumienia. Tak uczył Jezus. Być może jakby pośrednio przez to niektóre ruchy, które w ramach Kościoła powstały, a później same postawiły się poza Nim, mogły się rozwinąć sporo zanim Kościół jednoznacznie się od nich odciął, wskazując błędne postępowanie i przyczynę tego odcięcia. To cena, jaką zapłacił za dobrą wolę i próbę szukania kompromisu, ratowania jedności. Czy to przez setki lat, właściwie od początku historii chrześcijaństwa, przez apogeum reformacji, czy to na przykładzie lefebrystów, czy to – opisywanego szeroko (i dobrze, bo dokładnie wyjaśnione) – pewnego polskiego księdza z jednej z diecezji na południu, powołującego się na objawienia (m.in. o możliwości „telefonu do Jezusa”) i wypaczającego naukę Kościoła choćby w kwestii oficjalnej intronizacji Jezusa na Króla Polski, otwarcie wypowiadającego posłuszeństwo swojemu biskupowi, mimo próśb. Tak, o ks. Piotra Natanka chodzi – pewnie i tak każdy to wie. 
Duchowni są tu w trudniejszej sytuacji – dane mają w pewnym sensie więcej, ale i za więcej odpowiadają. Bo to do nich przychodzą ludzie, u nich szukają odpowiedzi, drogowskazów, wyjaśnienia wątpliwości, wskazania – jak dalej postępować. To wielka odpowiedzialność, z której trzeba rozważnie korzystać. A jednocześnie, niestety, duże pole do nadużyć – taki jeden ks. Natanek może – i, niestety, jak widać z powodzeniem mu się to udaje – pociągnąć za sobą wielu, Bogu ducha winnych, ludzi, których zwiódł i nadal zwodzi. Tutaj trzeba działać. Tutaj jest pole do popisu – nie dla swojej chwały, nie żadnego donosicielstwa. A jeśli już, to tylko Bożego.
Jedno trzeba powiedzieć jasno. Nie ma znaczenia, ilu jeszcze wystąpi Natanków, Lutrów, Kalwinów, Lefebrów czy innych ludzi, którzy głównie w imię swojej chwały i własnej sławy uznają się za jedynych słusznych interpretatorów woli Bożej, Ewangelii i będą twierdzili, że posiadają wyłączność na prawdę, wskazywanie dobra i zła, ocenianie ludzi. Kościół wytrzymał 2000 lat z takimi, raz było ich więcej, raz mniej. Dlaczego? Dzięki czemu? Dzięki temu, że tutaj ludzie ciągle modlą się do tego Jezusa Chrystusa, do tego jedynego prawdziwego Boga, skupiając się na tym, czego On sam nauczał, a nie np. na formalnym obwoływaniu Go Królem Polski (może by ustrój zmienić, Konstytucję). Bo ciągle proszą w Jego imię o jedność Kościoła, cały czas tak bardzo zagrożoną. Na szczęście, to nie ma znaczenia – Duch Święty jest między nimi i czuwa.
>>>
Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w sobotę odszedł człowiek wielkiego formatu, jeden z polskich książąt Kościoła – kard. Andrzej Maria Deskur. 
Rocznik 1924 (ciekawostka – 29 lutego, czyli obchodził urodziny co 4 lata), 4 lata młodszy od Karola Wojtyły. Prawnik, później seminarzysta. Doktorat z teologii moralnej we Francji (wysłany tam przez kard. Adama Sapiehę, analogicznie jak Karol Wojtyła – podczas którego święceń kapłańskich przyjął tonsurę), gdzie wyświęcony w 1950 przez kard. Pierre’a Gerliera (metropolitę Lyonu). Nie mogąc wrócić do Polski, pracował w Szwajcarii. Od 1952 do śmierci (59 lat!) w służbie Stolicy Apostolskiej. Najpierw w Papieskiej Komisji ds. Kinematografii, Radia i Telewizji – był jej wicesekretarzem (1955-59), podsekretarzem (1959-70), sekretarzem (1970-73) a od 1973 – przewodniczącym. Tworzył filipińskie radio Veritas – największą rozgłośnię katolicką w Azji. Od zwołania II Soboru Watykańskiego specjalista, pracownik kilku komisji, wniósł znaczny wkład w przygotowanie soborowych dokumentów: konstytucji o Kościele „Gaudium et Spes” i deklaracji o środkach społecznego przekazu „Inter mirifica”. W uznaniu jego zasług i wkładu w prace Vaticanum II Paweł VI zaprosił go – jeszcze nie biskupa – do koncelebry Mszy św. na zakończenie Soboru w grudniu 1965 w bazylice św. Piotra. W latach 1996-1974 był członkiem delegacji Stolicy Apostolskiej pod przewodnictwem abp. Agostino Casarolego, która odwiedzała Polskę w ramach pierwszych kontaktów między obu stronami. 
Rok od objęcia funkcji przewodniczącego Papieskiej Komisji ds. Środków Przekazu, w 1974, otrzymał z rąk Pawła VI sakrę biskupią, jako biskupią dewizę przyjmując słowa „Veritas vos liberabit” (Prawda was wyzwoli). Uczestnik kilku zgromadzeń Synodu Biskupów. 13 października 1978 doznał paraliżu lewej części ciała po wcześniejszym zawale serca, po którym poruszał się do śmierci na wózku inwalidzkim – cały świat patrzył, jak tuż  po swoim wyborze Jan Paweł II 17 października 1978 odwiedzał go w poliklinice Gemelli. Od 1980 arcybiskup, w dniu moich urodzin kreowany kardynałem (otrzymał tytuł kościoła rzymskiego, jaki wcześniej dzierżył kard. Karol Wojtyła – św. Cezarego na Palatynie). Papieską Radą ds. Środków Społecznego Przekazu kierował do 1984. Od 1987 do śmierci stał na czele Papieskiej Akademii Maryi Niepokalanej.
Prywatnie – zapalony brydżysta (od jednego z przyjaciół Jana Pawła II otrzymał, po wylewie, zestaw do gry dla osób poruszających się na wózku inwalidzkim), znany ze swojego humoru. Nie raz wypowiadał się, że pozostał w Rzymie jako spłata świętopietrza, którego Polska za czasów komunizmu płacić nie mogła. Nie bez powodu (zbieżność dat i nie tylko) wielu dopatruje się związku pomiędzy jego chorobą a wyborem Polaka na Stolicę Piotrową.  
Nie tylko Polska, ale i cały świat straciły wielkiego człowieka. Mam nadzieję, że teraz ktoś może podejmie się spisania jego biografii?

Duch Święty nie wrona

Duch Święty nie wrona – nie siada na byle jakim płocie.
Ciekawa myśl, prawda? Usłyszałem ją dzisiaj na porannej Mszy, tzw. inaugurującej nowy rok szkolny. No tak, 1 września w końcu. Ostatni raz zaczynałem tego dnia rok szkolny… jakieś 8 lat temu, więc zapominam. Poza intencją i tym, co celebrans powiedział, niewiele na taką okoliczność wskazywało. W ławkach – może 20 uczniów, kilku rodziców, na oko kilku nauczycieli. Młodzież zajęta, o ile widziałem, niestety bardziej dyskusjami i ploteczkami, niż tym, co na ołtarzu… Znak czasu?
Wracając do sedna – ksiądz mówił o tym w kontekście nauki i tego, że szkoła to nie wc (jak to się mówi) i chodzi się tam nie tylko dlatego, że się musi. Ciekawie opowiedział na swoim przykładzie – ile człowiek musi się narobić, aby być pozytywnie ocenionym. O tym, że trzeba się starać, nie dla świętego spokoju rodziców (czyli – własnego), ale po to, aby nie zamykać przed sobą kolejnych drzwi i kolejnych możliwości. Czy to w podstawówce, gimnazjum, liceum, czy na studiach. Po prostu warto się uczyć, warto zdobywać wiedzę. Dla własnej przyszłości, aby kiedyś móc wybierać, a nie być skazanym na byle co. Właśnie po to, aby nie liczyć później i nie zwierzać się księdzu – przez ważnym sprawdzianem, egzaminem czy dyplomem – że się liczy na Ducha Świętego. Z pustego i Salomon nie naleje. Trzeba dać coś z siebie – wtedy, gdy prosisz, Bóg wesprze i Duch Święty zrobi swoje.
Szkoda, że tak mało ludzi było. Choć dobrze, że nie zmuszają do chodzenia na takie Msze całych klas i szkół – to bez sensu, większość przymuszana tylko przeszkadzała tym, którzy szli, bo chcieli. Teraz widać, kto – chyba – sam chciał, bo ten przyszedł. Jakość, nie ilość. Ale nawet w tak kameralnym gronie miło było, siłą rzeczy, powspominać swoje 11 lat szkolnych. W tle – wspomnienie tych, którzy za niepodległość i suwerenność Polski walczyli i ginęli, nie tylko na frontach II wojny światowej, której 72. rocznica wybuchu dziś przypada; o wieczną nagrodę dla tych, co odeszli, i dar mądrości, byśmy z tej wolności – danej, ale i zadanej – umieli dobrze korzystać. I prośba za wszystkich, dla których 1 września to początek nowego roku – uczniów, rodziców, nauczycieli i wychowawców – o światło Ducha Świętego i opiekę Matki Bożej Stolicy Mądrości na kolejny czas wytężonej pracy i nauki. A także o niebo dla tych, którzy nas uczyli, a już odeszli.

Co to za Słowo?

Jezus udał się do Kafarnaum, miasta w Galilei, i tam nauczał w szabat. Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć wniebogłosy; Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego! Wtedy zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego nie wyrządzając mu żadnej szkody. Wprawiło to wszystkich w zdumienie i mówili między sobą: Cóż to za słowo? Z władzą i mocą rozkazuje nawet duchom nieczystym, i wychodzą. I wieść o Nim rozchodziła się wszędzie po okolicy. (Łk 4,31-37)
Zdumienie to dobre słowo, pasuje do tej sytuacji. Przychodzi prosty człowiek, wstaje w synagodze i zaczyna nauczać tak, że nie sposób Go nie słuchać. Owszem, pewnie jakaś tam sława już Go poprzedzała, może i nimb cudotwórcy czy proroka. Ale to co innego, gdy człowiek staje twarzą w twarz, a może raczej – ucho w ucho z taką osobą, gdy jakby mimochodem, zupełnie niespodziewanie odkrywa, że się zasłuchał w słowa tej osoby. 

Może to zabrzmi ostro – ale zachowanie tego złego ducha, z obrazka ewangelicznego, to wg mnie nic innego jak zachowanie każdego z nas, gdy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy wobec Boga nie w porządku, nie fair. Czyli – dość często, o ile człowiek jako tako pamięta o czymś choćby na kształt rachunku sumienia. Zastanawiałem się, czy nie akcentuję tego zbyt często – jednak powtórzę, bo i nie ma się czego wstydzić. Jesteśmy słabi, jesteśmy grzesznikami, upadamy raz po raz. Kto tego nie widzi, albo to neguje – oszukuje nie tylko innych, ale przede wszystkim siebie. I w końcu kiedyś sobie z tego zdajemy sprawę, zaczynamy najczęściej złorzeczyć Bogu. 
Nie, nie dlatego, że On coś zrobił nie tak. Nie możemy znieść, że On zawsze jest w porządku w stosunku do mnie, czego bym nie zrobił, jak bardzo bym czegoś nie zepsuł – podczas gdy ja raz po raz daję przysłowiowego ciała, raz w takiej, a raz w innej sferze. Przy czym, zupełnie niepotrzebnie i bez sensu, dużą ilość wysiłku wkładam w usprawiedliwianie samego siebie, dorabianie ideologii, żeby samego siebie we własnych oczach wybielić. Po co to? Nie wiem. Żeby uciszyć swoje sumienie? Pewnie tak. Bo zakładam, że Boga jako idiotę nikt nie chce traktować celowo – nie raz i nie dwa razy już pokazał, że On widzi i wie o wiele więcej, niż nam się wydaje, i tylko nieskończony bezmiar miłości i miłosierdzia ratuje nas przed unicestwieniem.

Innymi słowy – zamiast się wziąć za siebie, stracić trochę czasu i siły na pracy nad sobą, marnotrawimy ten czas i energię na tworzenie iluzji, wykonanie sobie pięknej maski człowieka prawie idealnego, który jeśli już cokolwiek źle zrobił (jak się nie da wykręcić zupełnie), to na pewno z winy każdego i wszystkich, tylko nie swojej własnej. To też jest grzech. Zgrzeszyć można, i Bóg czeka z otwartymi ramionami, jak ten ojciec syna marnotrawnego, o ile tylko uznajesz swoją grzeszność i przychodzisz z żalem, wolą i zamiarem poprawy, chęcią bycia lepszym. Jaki to ma sens? Nie ma. Grzech się zdarza – tylko wtedy do spowiedzi, a nie do dobudowywania naciąganego usprawiedliwienia. Skoro sam wiem, że jest ono nic nie warte, to co – Bóg miałby się na nie nabrać? 
Jezus, idąc w imię Boże, nikogo z ludzi nie przyszedł zgubić. Przyszedł za to na pewno uświadomić nam, że sami siebie zgubić potrafimy, i możemy – a zatem, przestrzec nas przed takim końcem, wskazać alternatywę, zmobilizować i zaprosić do wykorzystania życia w celu bardziej kreatywnym. To jest to Słowo. Słowo, które Ciałem się stało i zamieszkało między nami. To jest Słowo, które dzisiaj wypędziło ducha z opętanego człowieka. To jest jedyne Słowo, którego stanięcie się Ciałem w nas może przemienić, skutecznie. Zdumienie i zaciekawienie to dobry początek.

Zaparcie? A może po prostu wzięcie na serio? Odpowiedzialność? Konsekwencja?

Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. (Mt 16,21-27)
Zdarzyło mi się usłyszeć kiedyś taki opis tego fragmentu – a, tam, gdzie Jezus opiep… strofuje Piotra. Trudno się z nim w sumie nie zgodzić. Może o tyle, że to nie samo strofowanie, a po prostu – naprowadzanie, kierowanie we właściwą stronę. 
Tak naprawdę, to reakcji Piotra trudno się dziwić. Po ludzku. Od 3 lat chodzi za Jezusem, jest jednym z pierwszych, którzy za Nim poszli, widzi wzrost zainteresowania Ewangelią, osobą Mistrza, rysuje się pewnie przed nim mniej lub bardziej obiecująca przyszłość. Nie wiem, czy w kontekście rewolucji, niepodległości Izraela, wyzwolenia spod panowania Rzymu. On na pewno w Jezusa wierzył i widział, jak wiele dobrego czyni, a jednocześnie – jak szybko rozrasta się liczba tych, którzy decydują się zasłuchać w to, czego Pan naucza. A tu – nagle (bo człowiek z założenia wypiera, nie zauważa tego, co niewygodne i nie pasuje do jego postrzegania sytuacji) dowiaduje się, że właściwie to ten Mesjasz idzie w znanym sobie kierunku, do Jerozolimy, aby… umrzeć? Już nawet nie dochodzi do tego magicznego na końcu „zmartwychwstanie”. Pewnie nie rozumiał. Wystarczy, że Jezus powiedział, że idzie, aby umrzeć. Zareagował bardzo po ludzku, z właściwym dla siebie wzburzeniem, ale kierując się przede wszystkim troską. Nigdy! To nigdy nie nastąpi! 
Jezus zdawał sobie sprawę z tego, że czeka Go rzeczywistość bardziej, niż trudna – wielki ból, męka i cierpienie. Rzeczywistość, jakiej nawet ci najwytrwalsi w tej chwili sobie nie wyobrażali – i, jak się miało okazać, nie umieli we właściwym momencie sprostać, bo pouciekali. To było jednak konieczne. Jezus musiał dojść pod krzyż i na nim oddać życie, aby dopiero móc zmartwychwstać. Żyjący, nie mógł by tego zrobić. Nie jest powiedziane, że musiało by dokładnie tak, że Bóg nie dał by sobie rady ze zbawieniem człowieka w inny sposób, w innej formie. Miało się to jednak wykonać właśnie tak. Dlatego tak gwałtowna Jego reakcja i tak ostre słowa. A właściwie – nic innego, jak nazwanie po imieniu stanu faktycznego – tego, że Piotr jeszcze nie potrafił patrzeć i rozumieć w perspektywie szerszej, niż tylko tutaj, dzisiaj, teraz, życie. Zapominał o tym, że sens całego nauczania Jezusa, ostateczna nagroda i cel – jest gdzie indziej, dalej, po śmierci. 
Łatwo było iść za Jezusem, gdy było pięknie, kolorowo, cudownie. Uzdrawiał, nauczał, przywracał nadzieję, wskrzeszał zmarłych, rozmnażał pokarm, odwiedzał tych najmniejszych i najsłabszych. Piotrowi łatwo przyszło wyznanie wiary w Jezusa – niestety, później równie łatwo się jej tyle samo razy zaparł. Łatwo iść do kościoła w niedzielę – ot, żeby tego wyjątkowego dnia tygodnia nie przeleżeć przed telewizorem czy komputerem. Łatwo pośpiewać Serce moje weź czy inny wzniosły tekst. Trudniej, gdy trzeba faktycznie coś z siebie dać. Schody zaczynają się, gdy człowiek zdaje sobie sprawę z rzeczywistości krzyża. Tak, zmartwychwstanie później jest ważniejsze i większe – ale do niego prowadzi droga własnego krzyża, tego samego, który niósł na Golgocie Jezus. Tego mojego. 
Jeśli jestem zbyt ślepy, zbyt zaprawiony w usprawiedliwianiu samego siebie – nic prostszego, w konfesjonale, o ile szczerze opowiem, co i jak, dowiem się, gdzie jest szczególne pole do popisu dla tego mojego zapierania się samego siebie. Przestań kraść. Porzuć tę kobietę/mężczyznę – to konkubinat – albo przysięgnijcie przed Bogiem, ślubujcie. Walcz z nałogiem – nie pal, nie ćpaj, nie onanizuj się. Co wtedy? Wtedy okazuje się, czym ma być moje pójście za Jezusem. A ma być walką, bo Jezus nie szuka bylejakości, usprawiedliwiania samego siebie, beznadziejności i braku motywacji. On sam zainspiruje cię – o ile ty zdecydujesz się na konkretne kroki. I tu nie ma innej drogi. Jeśli ktoś chce iść za Mną – to nie jest jedna z dróg, jakimi człowiek może zmierzać do Królestwa. To ta jedyna – choć dla każdego inna. 
To, że jest trudno, jest zrozumiałe. W końcu – nie będąc z tego świata, posłani z innego i do innego zmierzający – żyjemy tutaj, właśnie w nim, w żadnym innym. To jest klucz – ta optyka: nie to, co ludzkie, ale to, co Boże. Bo, czy chcemy, czy nie, stajemy się bardziej światowi. Nie musi to oznaczać od razu jakiejś tragedii – ale ten świat ze swoimi trendami, przyzwyczajeniami i sposobem bycia po prostu pociąga. Przestajemy myśleć, jak tego uczy Bóg; zaczynamy skupiać się na realizowaniu typowo ludzkich, namacalnych i materialnych pragnień; szczytem marzeń okazuje się ta czy inna zachcianka, tamten czy inny ciuch, a perspektywa kończy się nagle tutaj, w doczesności. Nie, nie chodzi o to, żeby świat zanegować, stanąć do niego bokiem, albo starać się być poza nim. Tak się nie da. Chodzi jednak o to, aby pamiętać – jesteśmy tu po drodze, przejazdem jakby, i nic stąd nie zabierzemy, poza tymi niewidocznymi owocami naszego wędrowania. 
Co ze sobą począć? Świetną radę daje Jeremiasz, z pierwszego czytania: 

Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. (Jr 20,7-9)

Pozwól się Bogu uwieźć. Daj się Bogu ujarzmić. On niczego ci nie zabierze, w żaden sposób nie uczyni cię gorszym – On tylko ubogaca. A gdy Mu pozwolisz, pokaże ci świat pełen prawdziwych możliwości. Tak, ten nasz ludzki, czasami tak obrzydliwy i brudny świat, w którym w piękny sposób można się realizować. Nie jest to, co prawda, życie w formie jednych wielkich wakacji i imprezy – ale życie w ciągłej świadomości krzyża. A jednak – na pewno będzie sensowniejsze. Zresztą – na chłopski rozum – po wakacjach zawsze czeka powrót do brutalnej rzeczywistości. Gdy jednak ta rzeczywistość będzie oswojona, bo i przemodlona, gdy będzie takim, gdy tego potrzeba, traceniem życia dla/z Jezusem, może się okazać – wzięta tak na poważnie, odpowiedzialnie – wcale nie taka straszna. A dobrze przeżyta – na pewno bardziej owocna.

Jasnogórska mistrzyni drugiego planu

O tym, że dzisiaj jest uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, dowiedziałem się dzisiaj rano… z Metra, z tekstu Jana Turnaua. Kto by pomyślał. Jeszcze kilka lat temu sam byłem jakby chodzącym kalendarzem liturgicznym. Dzisiaj celowo kupuję co roku książkowy z Edycji, żeby być na bieżąco. 
Częstochowa. Miejsca dla mnie bardzo ważne, z którym wiąże się wiele wspomnieć, myśli i odczuć. Nie mam pojęcia, kiedy pierwszy raz tam trafiłem – pewnie ok. 20 lat wstecz. Pomiędzy 10 a 20 rokiem życia bywałem tam pewnie raz w roku, a nawet i częściej (jak choćby na dwóch różnych pielgrzymkach maturalnych). Wracałem tam z chęcią, żeby nabrać powietrza, odpocząć. Spacer czy modlitwa (różaniec, droga krzyżowa) na wałach. Cisza majestatycznej bazyliki, gdzie można w spokoju usiąść, pomodlić się czy pomyśleć, wpatrując się w łańcuszek penitentów do wielu konfesjonałów. Zaduma w wieczerniku. Ulubiona, odkryta nie tak szybko, kaplica wieczystej adoracji, po schodach koło zakrystii do góry, jakby zawieszona nad kaplicą Cudownego Obrazu – cisza, wielka prostota wystroju, i On – obecny w Chlebie Życia. Tak, kaplicę wymieniam na końcu… Bo jakoś nigdy tłumy walące tam mnie nie pociągały. Nowa (nawet nie świecka) tradycja pt. za wszelką cenę być na odsłonięciu Obrazu – niecałe 2 minuty, i potem Msza po Mszy przez cały Boży dzień. Apel Jasnogórski – rozumiem, ale to mnie nie przekonało.

Częstochowa, Jasna Góra, jako miejsce, gdzie w pewnym momencie, dokładnie już nie pamiętam, kiedy, uświadomiłem sobie bardzo dobitnie, że moja droga to kapłaństwo. Jak życie pokazało – a ja nie narzekam – poczucie to, którego realizacji poświęciłem kilka lat, było błędne. Jasna Góra, a konkretnie kapłańska kaplica w Domu Pielgrzyma, gdzie późną pewnie wiosną AD 2004 odbyłem wieczorem bardzo ważną rozmowę na temat powołania, planów z ówczesnym katechetą, księdzem nie dość, że młodym, to bardzo mądrym i rozważnym. 
Tyle emocji, wspomnień, myśli i odczuć. Skąd to? Pewnie dzięki Maryi. Tej, która dzisiaj – w tym pierwszym momencie, kiedy Jezus dokonał (zresztą na jej prośbę) cudu – dyskretnie, ale troszczy się, w ewangelicznym obrazku konkretnie za nowożeńców z Kany Galilejskiej. Z odpowiedzi Jezusa, lekko strofującej wręcz, można wywnioskować, iż trochę zganił matkę za to, że oczekiwała od Niego działania w tej sprawie. Nie zmieniło to faktu, że pomógł, stał się cud, woda stała się winem. Chyba trudno by w dniu poświęconym właśnie jej – Jasnogórskiej Królowej Polski, Czarnej Madonnie – o bardziej pasujący obrazek ewangeliczny. 

Matka Boża jako ta, która zawsze jest obok, czuwa i ma rękę na przysłowiowym pulsie. I wie, że Syn zawsze wysłucha, gdy przez jej ręce ten czy tamten nieszczęśnik powierzać będzie swoje sprawy, prosić, błagać, czy dziękować.Taka modlitwa i wiara w pośrednictwo Maryi nie jest czymś niewłaściwym, sprzecznym z nauką Kościoła. Odkupiciel jest jeden, a Maryja tylko kieruje – nasze oczy ku Niemu, i nasze modlitwy do Jego serca. Może to i „tylko” – ale jak wielu doprowadza do Niego? Przecież Maryja, ani na kartach ewangelii (obecna, ale jakby na drugim planie), ani w tradycji Kościoła, nigdy nie stawia sama siebie w centrum. To także drogowskaz – doskonałość można osiągać nie tylko na pierwszym planie.

Dopadnięty pod drzewem figowym

Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu. Rzekł do niego Natanael: Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! Odparł mu Jezus: Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to. Potem powiedział do niego: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego. (J 1,45-51)
Ten obrazek nie zaczyna się jakoś hurra-optymistycznie. Jego bohater, a zarazem patron dzisiejszego dnia, Natanael vel Bartłomiej, w odpowiedzi na radosną i pewnie pełną ekspresji nowinę ze strony Filipia… reaguje niesłusznym i mocno zużytym stereotypem odnośnie nazarejczyków jako ostatnich z najgorszych. Tu jednak zaczyna działać coś, czego nam – rzekomo wierzącym – dzisiaj tak bardzo brakuje w sprawach wiary. Wytrwałość, upór i zapał w sprawach najważniejszych. Filip się nie poddaje, można sobie wyobrazić, że pewnie prawie ciągnął przyjaciela do Jezusa – chodź, zobacz sam.
No i poszli. Filip z sercem rozradowanyn odnalezieniem wyczekiwanego od pokoleń Mesjasza, Bartłomiej pewnie zdziwiony czy nawet podenerwowany podejściem przyjaciela, jego niezrozumiałymi jeszcze emocjami. Może dlatego z ust Jezusa padają pod jego adresem takie, a nie inne słowa? Jezus jest tak bardzo ludzki i jak nikt, będąc człowiekiem, rozumiał ludzkie obawy, nieufność i ostrożność. W końcu – mało to osób w jego czasach podawało się za zbawicieli, proroków, przed którymi On sam nie raz przestrzegał? Ale widział jednocześnie, że pod ostrożnością Bartłomieja kryje się człowiek dobry, prawy i uczciwy. Stąd komplement pod jego adresem. 
I to jest piękne. Bóg nie potrzebuje wiele, aby dotrzeć i wejść do serce człowieka, który szczerze Go szuka i pragnie. Wystarczyło jedno krótkie zdanie, dowód na to, że Jezus wiedział coś, co stało się chwilę wcześniej, i czego po ludzku wiedzieć nie mógł. Po raz kolejny w Ewangelii pojawia się w drugoplanowej roli drzewo figowe. Symbolicznie, choć marginalnie – to dla Bartłomieja miejsce wyjątkowe i przełomowe, bo tam „dopadł” Go Bóg w swoim Synu. Tam, podświadomie, odnalazł Dobrą Nowinę, która chwilę później, gdy stanął face to face z Jezusem, napełniła go. Słowa Filipa to nic innego jak zaproszenie – na które on, choć na chłodno i ostrożnie, ale odpowiedział. 
Znamienne jest także to, co mówi Jezus na końcu. Nie chodzi o łatwy i płytki zachwyt nad czymś takim, jak to, że Syn Boży wiedział o rozmowie, która działa się gdzie indziej, czego człowiek wiedzieć nie mógł. To tylko naprawdę malutki przejaw Bożej mocy. To naprawdę nic. A wiara człowieka, który nie tylko wiarę deklaruje, ale chce, aby była prawdziwa i żywa, nie może powstać, ani tym bardziej utrzymać się na zachwytem nad czymś tak małym. Owszem, dla Bartłomieja ten dialog w cieniu drzewa figowego stał się momentem zwrotnym w życiu – ale Bóg wiele więcej chce pokazać człowiekowi, który postanawia Mu zaufać. 
Właśnie. Jest tylko jeden mały problem. Trzeba na początku zaufać. Umieć wykorzystać swoją szansę, dać się poprowadzić do Boga temu, kogo on posyła do mnie – tak jak Bartłomiejowi posłał Filipa. Druga okazja może się nie nadarzyć.  
>>>
Od kilku dni, jak na razie z powodzeniem codziennie, służę do Mszy w innym kościele. Poza pięknymi witrażami i drewnianym balkonem, co w sumie daje piękny klimat, zauważyłem bardzo ciekawą rzecz. Otóż symbol wyryty na konfesjonałach. Nie, nie krzyż. Klucze – symbol władzy odpuszczania grzechów, wiązania i rozwiązywania mocą Bożą. Ciekawe.