Pomódlcie się za aplikantów

Nie podejrzewam, aby tego bloga czytało zbyt wielu prawników.
Faktem jest, że ja sam – jak również sporo Koleżanek i Kolegów tak w Gdańsku, jak i wielu miejscach Polski, zarówno aplikantów radcowskich, jak i adwokackich – przygotowujemy się do egzaminu zawodowego (radcowskiego, adwokackiego), który będziemy zdawać w dniach 11-13 marca 2015 r.

Nie wchodząc w szczegóły – baaardzo duża ilość materiału, każdy prawie pracuje zawodowo, a czasu nie ma zbyt wiele. Stąd pomysł – pomóżcie modlitwą! 
Ja już jestem na urlopie od poniedziałku – staram się ogarną gigabajty skryptów, komentarzy i innych pomocnych rzeczy, powtórzyć przepisy i wprawić się w rozwiązywaniu kazusów. Z jednej strony – sporo czasu, z drugiej strony – wcale nie tak dużo. Staram się dzień zaczynać Mszą Świętą – póki co się udaje. Za to jakoś weny do nauki brak… 
Dlatego – i ja, i inni, prosimy o wsparcie. Żebyśmy ten czas na naukę dobrze wykorzystali, uczyli się tego z czego kazusy dadzą nam do rozwiązywania, żeby komisje egzaminacyjne były życzliwie i aby się po prostu udało zdać – co stanowi ukoronowanie nie tylko 5 lat studiów, ale i kolejnych 3 lat aplikacji (nauka, praktyki, występowanie w sądzie itp).
Nie wiem, ile osób deklaruje się jako wierzący (ale znam takich w swoim środowisku, jest ich całkiem sporo) – ale na pewno każda taka osoba, a nawet nie identyfikująca się specjalnie z Kościołem, wiarą i Bogiem będzie wdzięczna za życzliwe wsparcie i pamięć.
W imieniu wszystkich zdających – dzięki!

Żeby ta intencja była widoczna – wrzuciłem ją też w moduł w menu po prawej stronie.

Blogowe porządki

Wreszcie jest troszkę czasu, więc robię porządki w linkach blogowych. 
I dziwnie tak jakoś, zniknęło baardzo dużo blogów – w tym takie jak kapelan68.net czyli blog x Tomasza Sękowskiego (pewnie dlatego, że jako proboszcz nie ma już czasu pisać, a szkoda). x Artur Stopka kilka miesięcy temu zamknął swój stukam.pl. Jeden blog usunąłem, bo autor – poza sprawami wiary – pisuje obecnie na różne inne, w tym polityczne, a tego jakoś nie chcę czytać. 
I tak się trochę też wzruszam – bo widzę, że nadal „wiszą” w sieci blogi, na których ostatni wpis jest z 2006 r. (blisko 9 lat!), a które swego czasu czytywałem dość często… Jest blog dziewczyny, która skończyła pisanie w momencie podjęcia decyzji o wstąpieniu do zakonu. Takie blogi zostawiam w linkach – na pamiątkę. 
Obserwacja na marginesie – sporo ludzi, poza tymi których blogi po prostu zniknęły, przenosi się na platformę blogową Deon.pl 🙂 Co jeszcze ciekawsze – najfajniejsze znalezione jakiś czas temu blogi (o. Grzegorz Kramer, Hipster Katoliczka i inne) też są najczęściej na Deon.pl (uwaga – to nie jest lokowanie produktu). 
Każdy z nas wie, co ma w swojej głowie. Dla mnie czasami chwilą zachwytu jest moment, kiedy czytam myśli kogoś innego – i taka lampeczka się zapala, jak w kreskówce: wow, świetna myśl. Dlatego czytam – na ile mam czas i siłę – blogi, właśnie wiary dotyczące.

ps. Porządki nie dokończone – jako że coś się wysypało z mechanizmem Blogspota w pewnym momencie :/

Moje Biblie

Hm, może nie każdy, kto te słowa czyta, ale pewnie prawie każda z takich osób, posiada Pismo Święte. Swoje własne prywatne, może rodzinne (domowe), albo babci, dziadka, cioci, wujka. Takie, które gdzieś tam jest – w domu własnym, rodzinnym, a może u tej dalszej rodziny. 
Zakładam, że do tej Biblii – jaka by ona nie była – zaglądamy i nie tylko dzielnie kurzy się 363 dni w roku, żeby wyczyszczona ozdobiła stół przez pół godziny w dniu kolędy. Żeby ksiądz zobaczył – „oo, jacy porządni, Pismo Święte mają” – co jest bez sensu o tyle, że bardzo łatwo można zweryfikować, czy kiedykolwiek książka była otwierana i używana (widać, czasami gołym okiem – zdarzają się kartki posklejane jeszcze przez wydawcę), czy tylko robi za element dekoracji okolicznościowej, czyli jest de facto bezużyteczna. 
Wstyd się przyznać, ja swoje ulubione z okresu podstawówki Pismo Święte gdzieś zapodziałem, i to pewnie właśnie w okolicy końca tejże pierwszej części mojej edukacji (kontynuowanej – heh – do dzisiaj…). W efekcie z ciężko zarobionych ówcześnie pieniędzy kolędowych – a co, chodziło się, i to przez lat pewnie jakieś 15? – podreptałem do znanej w okolicy księgarni i nabyłem wygodne duże wydanie słynnej Tysiąclatki, czyli Biblii Tysiąclecia. Sprawdziłem, na tyle stare, że dzisiaj już w księgarni www Pallotinum niedostępne 🙂 Starałem się czytać, a jak – a to losowo, a to się kiedyś zaparłem i przeczytałem według jakiegoś znalezionego w necie planu czytania Pisma Świętego. Ale tak się jakoś nie mogłem przyzwyczaić do niej. Poza tym, z perspektywy czasu nie pomyślałem o praktycznym aspekcie – rozmiar. Ciężko nosić coś, co rozmiarem i gabarytem przypomina Schematyzm Archidiecezji Gdańskiej AD 2011 (he, he, he…), albo, jak kto woli, jeden średni tom jakiegokolwiek komentarza do pierwszego z brzegu kodeksu. Po polsku – cegła. 
Potem przyszło bierzmowanie – AD 2000 – i w ramach jednej z pamiątek (co wydaje się sensowne mocno, pomimo tradycyjnych krzyżyków, bo chyba przekazanie młodym Pisma Świętego bardziej się przyda?) otrzymałem wraz z pozostałymi osobami przystępującymi do sakramentu Pismo Święte Nowego Testamentu – małe, ładna twarda i dość niespotykana okładka, również z Pallotinum (i również dzisiaj nieosiągalne). Bardziej nowoczesne przepisy, ładne, tak się jakoś przywiązałem. Do tego – wow – posiadało indeks, co nie da się ukryć jest bonusem i czasami ułatwiało korzystanie.
Jakiś czas temu usłyszałem o nowym wydaniu, najnowszym przekładzie z inicjatywy paulistów. Że bogate komentarze, bardziej przystępny język przekładu. Uderzyła mnie – wyczytana gdzieś – odmienna interpretacja prologu Ewangelii św. Jana (J 1, 1-5). 
W Tysiąclatce – znam na pamięć, i pewnie niektórzy z nas ze słyszenia w kościele w okresie okołoświątecznym – brzmi to tak:
Na początku było Słowo, 
a Słowo było u Boga, 
i Bogiem było Słowo. 
Ono było na początku u Boga. 
Wszystko przez Nie się stało, 
a bez Niego nic się nie stało, 
co się stało. 
W Nim było życie, 
a życie było światłością ludzi, 
a światłość w ciemności świeci 
i ciemność jej nie ogarnęła. 

Za to u paulistów, poza niuansami tłumaczenia, mamy zupełnie inną budowę zdań:
Na początku było Słowo, 
a Słowo było u Boga, 
i Bogiem było Słowo. 
Ono było na początku u Boga. 
Wszystko zaistniało dzięki Niemu.
Bez Niego zaś nic nie zaistniało.
To, co zaistniało, 
w Nim było życiem.
A życie to było światłością dla ludzi.
Światłość świeci w ciemności,
lecz ciemność jej nie ogarnęła. 

Widzisz różnicę? 🙂 „Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie” a „Wszystko zaistniało dzięki Niemu. Bez Niego zaś nic nie zaistniało. To, co zaistniało, w Nim było życiem”. Dla mnie kapitalna sprawa, więc nabyłem drogą kupna i taki przekład – niewielki, poręczny, a przy tym ST i NT (bo sam NT mógłby być mniejszy).

Szukając w internetach poręcznego niewielkiego wydania Biblii natrafiłem na świetną inicjatywę z lubelskiego DA dominikanów – Nieśmiertelnik. Co było do przewidzenia, Nieśmiertelniki rozeszły się szybciutko. Bardzo bym chciał, żeby ktoś coś takiego powtórzył – bo po prostu jest przy wykonaniu takiego naprawdę sporo pracy technicznej (sprzęt). 

Tak w przyszłości chciałbym zdobyć jeszcze inne wydanie – tzw. Ekumeniczny Przekład Przyjaciół – przygotowany przez: ks. Michała Czajkowskiego (Kościół Rzymskokatolicki), abpa Jeremiasza Jana Anchimiuka (Kościół prawosławny), pastora Mieczysława Kwietnia (Kościół zielonoświątkowy), Jana Turnaua (Kościół Rzymskokatolicki). Prace nad przekładem trwały 30 lat. W pewnym sensie inicjatywa oddolna, ale jestem ciekaw jej efektów. 
A Ty – jakie masz Pismo Święte? I przede wszystkim – korzystasz z niego?

Objawienie – wielka historia pięknych boskich zwierzeń

Dzisiaj obchodzimy – od kilku lat dzień ustawowo wolny od pracy – uroczystość Objawienia Pańskiego, czy dzień, którego nazwa statystycznemu polskiemu katolikowi pewnie nie mówi nic, w przeciwieństwie do potocznej: Trzech Króli. Tyle, że oni to tak naprawdę nie wiadomo, czy byli królami, magami, czarownikami, a także nie jest pewne, czy właściwie było ich trzech (tym bardziej co do ich imion – żadne KMB, jak to wielu na drzwiach dzielnie wypisuje). Istotne jest to, że ich wiara i poszukiwanie prawdy kazały im przejść pewnie bardzo duży kawał ówcześnie znanego świata – po to, aby oddać pokłon narodzonej Maleńkiej Miłości. 
Niedawno sięgnąłem po bardzo fajną w całości, acz trudną na początku, książeczkę dość niewielką pt „Tischner czyta Katechizm” czyli rozmowy śp. x Józefa Tischnera z (o!) Jackiem Żakowskim na temat Katechizmu Kościoła Katolickiego, obecnego (a u schyłku lat 90. XX wieku, kiedy książka powstawała, nowo ogłoszonego przez św. Jana Pawła II). I w tejże książeczce wpadła mi w oko taka ciekawa myśl, odnośnie objawienia właśnie:
Do prawdy dochodzi się wspólnie. W dialogu – tylko w dialogu. Więc byśmy się nie pomylili, musimy słuchać tych, którzy mają inne zdanie, jednocześnie czytając objawienie. Nie ma dla człowieka żadnej innej drogi, niż patrzyć w przeszłość, znać przeszłość, czytać objawienie, mieć nadzieję jutra i prowadzić dialog z tym światem, który nas otacza, słuchając nie tylko zwolenników, ale przede wszystkim naszych przeciwników. 

– Na czym polega dziejowość? Jaki jest klucz do logiki historii?
– Umieć wybrać przyszłość ze względu na nadzieję przyszłości. Masz przeszłość – ogromne wspomnienie kilku tysięcy lat – i masz nadzieję. Jak powinieneś sobie z tym poradzić? Nie marnować tego, co było w przeszłości, nie przekreślać wcześniejszych osiągnięć, dla przyszłości. To jest cała tajemnica tradycji i obecności Kościoła w tym katechiźmie. 

Przychodzi taki moment, w którym musi paść słowo: „No, powiedz” – czyli objaw. Mnie się wydaje, że zamiast „objawienie” możemy użyć słowa „zwierzenie”. Bóg się zwierza. Te wszystkie księgi, oba Testamenty, to wielka historia pięknych boskich zwierzeń. Bóg nam się zwierza. (Tischner czyta Katechizm, wyd. Znak, s. 65-66 i 80)

Pierwszy cytat to piękne podkreślenie tego, o czym i dzisiaj mówi papież Franciszek – że Kościół się nie może zapatrzeć sam w siebie i istnieć dla samego istnienia, będąc w sprzeciwie z założenia wobec wszystkiego, co poza kościołem (kruchtą). Objawienie zobowiązuje do poszukiwania dialogu i porozumienia (zaznaczam: nie bezmyślnego przytakiwania i dostosowywania się za wszelką cenę) z ludźmi, którzy myślą inaczej. Drugi cytat – Kościół się zmienia, aby w dzisiejszych czasach także w sposób zrozumiały dla ludzika XXI wieku pokazać, że Bóg jest i kocha oraz pragnie szczęścia człowieka, stąd pewne rzeczy ulegają zmianie (co nie każdemu jest w smak), ale równocześnie Kościół pozostaje wierny Tradycji w tym, co najistotniejsze. 
I wreszcie trzeci cytat – piękna myśl, że Bóg w całym Piśmie Świętym… to się właściwie człowiekowi zwierza, w sumie jak Przyjaciel. Opowiada, kim On sam jest, mówi o sobie i o nas, po to abyśmy z Nim zmierzali drogą ku szczęściu, nie tylko jako odległemu zbawieniu, ale byciu spełnionym i szczęśliwym już tutaj i dzisiaj. Bóg zwierza się, żeby pokazać, z jak wielu pokręconych ludzkich dróg uczynił piękne obrazy. 
A do poczytania rzeczonej książeczki (dostępna nadal u wydawcy) zachęcam – niewielka, początek dla mnie nieco nużący, ale warto było go przetrwać w kontekście dalszych zapisów rozmów. 

Jak by to tutaj podsumować…

Za kilka godzin zamkniemy za sobą Rok Pański 2014, zaczniemy ten… nowy? lepszy? – w każdym razie 2015. Pewnie jakieś 2 tygodnie się każdy będzie mylił, pisząc daty – jak to co roku. Dla mnie może o tyle szczególny – nie ma co ukrywać, rocznikowo trzeba się będzie przyznać do trzydziestki. Życie. 
Jaki był ten rok? Pewnie inny od poprzednich. Lepszy/gorszy? Pojęcia nie mam. Udało mi się skończyć aplikację. Udało mi się popsuć sporo rzeczy i część z nich naprawić. Udaje mi się być obok malutkiego i zadziwiać się tym, jaki jest, jak rośnie, mądrzeje, uczy się. Udało mi się poznać pewnie trochę ciekawych ludzi, czegoś tam się od nich nauczyć. 
Dlatego – jak już od wielu lat – poszedłem rano do kościoła przed pracą. Ludzi niewiele – kameralnie, jak zwykle w tym miejscu. Wszyscy – koncelebransi dwaj również – jakby nieco zamyśleni. Każdy wraca, taki mały filmowy flashback do tego, co było, jak było. Czasami nie ma się czym chwalić, wręcz szkoda gadać – ale tak było i nie ma się co wypierać. Czasami udało się zrobić coś dobrego i choćby iluzorycznie wyrównać ten bilans rzeczy dobrych i złych. Ale staramy się i wierzymy, że On to widzi i stara się choć trochę dobra przez nasze brudne i niezdarne łapy rozdawać innym, a przy tym i nam samym. 
Czego życzyć na nowy rok? O co prosić? Chyba przede wszystkim o roztropność. Nie pamiętam autora – ale jest takie przysłowie: Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego. I to jest bardzo mądre, bo nie na wszystko mamy wpływ. O pokorę, żeby znosić właśnie to, czego zmienić nie mamy jak. O wiarę, że może być lepiej, nawet jak człowiekowi wszystko podpowiada, że lepiej nie wstawać z łóżka, żeby kogoś nie zabić z nerwów. O wytrwałość w pracy nad sobą – bo każdy na tym polu ma na pewno bardzo dużo do zrobienia. O miłość – umiejętność jej okazywania, dawania, dzielenia się, ale i mądrego na nią odpowiadania. O umiejętność rozróżniania tego, co jest naprawdę dobre – od tego, co się dobre i fajne tylko wydaje, a stanowi pokusę. O zapał i wytrwałość, żeby starać się być poza tym, co byle jakie, ponad to, sensownie, bardziej. No i wreszcie – o taki (nie święty) spokój serca, żeby przy dawaniu z siebie wszystkiego i zdobywaniu szczytów zawsze pamiętać, że to wszystko, a więc i my sami, jesteśmy w Jego rękach – i to jest dokładnie najlepsze miejsce, w jakim możemy być. 
Sylwestrowo – Josh Groban śpiewający o uchwyceniu chwili i umiejętności doceniania tego, co nas spotyka, pięknych momentów, szeroko otwartymi oczami (a o czy mamy nie tylko na głowie, ale i w sercu).
If I could make these moments endless
If I could stop the winds of change
If we just keep our eyes wide open
Then everything would stay the same

Modlitwa za związki niesakramentalne

Najpierw chciałem napisać – w kontekście Niedzieli Świętej Rodziny – coś na temat listu pasterskiego polskich biskupów, ponoć bardzo dobrego jak na teksty biskupów. Niestety, ani czas nie pozwolił samemu przeczytać, ani nie było dane mi posłuchać go w całości w kościele – ksiądz wplatał tylko w homilię pewne jego myśli (na pewno sensowniejsze niż odczytywanie w całości listów naprawdę miernych i nie na temat, czego chyba każdy polski katolik doświadczył na własnej skórze nie raz). Natomiast do przeczytania zachęcam i postaram się też to zrobić.
Jak już siedziałem w kościele – tak mi przyszło do głowy: jak niewiele w kontekście rodzin mówi się tutaj o związkach niesakramentalnych. Nie mam tutaj na myśli takich, co to im się po prostu nie chce ślubu w kościele – „bo drogo”, „bo nie ma kiedy”, „bo chcemy poczekać” i „bo…” milion innych rzeczy, czyli osób które nie mają żadnych przeszkód do zawarcia sakramentalnego związku. Bardziej mówię o tych, którzy taki związek sakramentalny zawarli, rozpadł się i obecnie żyją w związkach czy to w ogóle nieformalnych, czy to cywilnych – i nie mają na ten moment możliwości czerpania z sakramentów. 
No bo popatrzcie – przykład schematu choćby modlitwy powszechnej. Za rodziny w ogóle. Za rodziny rozbite i doświadczane (przemoc, alkohol, używki, uzależnienia, niewierność etc.). Za małżonków w ogóle. Za narzeczonych. A słyszał ktoś wezwanie za rodziny może nie formalne, ale przecież będące tak samo rodzinami – rodzice, bardzo często dzieci – niesakramentalne? Ja nie. Jeśli ktoś słyszał – cieszę się. To jest problem, bo tak być nie powinno – osoby te jak najbardziej, o ile chcą, są w Kościele i nie są gorsi. Są pozbawieni na skutek wyborów życiowych dostępu do sakramentów, ale nie są jakkolwiek odrzuceni – a bardzo często tak się czują. Za takich ludzi, za te wspólnoty trzeba się modlić, bo oni tej modlitwy bardzo potrzebują. 
Nie tak dawno, o dość dziwnej porze, w rodzinnej parafii był ślub. Dość nietypowy, bez pompy, tłumu gości. Ślubowali sobie przed Bogiem ludzie, którzy żyli razem już wiele lat, mają dzieci. To dobrze, że ludzie dojrzewają do takich decyzji – i przychodzą po to błogosławieństwo, które z betlejemskiej stajenki rozlewa się po świecie. 

Stajenka rozbłyska blaskiem

Moje bożonarodzeniowe dla Was:

A teraz coś pewnie mądrzejszego – ks. Jan Twardowski, „Wiersz staroświecki”. Prostota do bólu – ale chyba właśnie o to chodzi.
Pomódlmy się w Noc Betlejemską, 
W Noc Szczęśliwego Rozwiązania, 
By wszystko się nam rozplątało, 
Węzły, konflikty, powikłania. 
Oby się wszystkie trudne sprawy 
Porozkręcały jak supełki, 
Własne ambicje i urazy 
Zaczęły śmieszyć jak kukiełki. 
Oby w nas paskudne jędze 
Pozamieniały się w owieczki, 
A w oczach mądre łzy stanęły 
Jak na choince barwnej świeczki. 
Niech anioł podrze każdy dramat 
Aż do rozdziału ostatniego, 
I niech nastraszy każdy smutek, 
Tak jak goryla niemądrego. 
Aby wątpiący się rozpłakał 
Na cud czekając w swej kolejce, 
A Matka Boska – cichych, ufnych – 
Na zawsze wzięła w swoje ręce.

Dobrych świąt! Obyśmy nie zapomnieli nigdy – Kogo i co świętujemy. Żadne „happy holidays”. 

Rekolekcje Adwentowe 2014 online

Pierwszy wpis po dłuższej przerwie. Modlitwy wielu życzliwych ludzi bardzo dużo dały – dzięki czemu ostatni, mam nadzieję, naukowy etap w życiu mam za sobą i pozostaje tylko uczing pod kątem egzaminu marcowego.
>>>
Leci trzeci dzień Adwentu AD 2014 i dlatego wklejam kilka propozycji rekolekcji on-line, czyli dla (pewnie większości z nas) ludzi takich jak ja, którzy z jednej strony nie mają po prostu czasu iść na roraty czy rekolekcje (praca…), a z drugiej nie chcieli by trafić na byle co, czyli są nieco wybredni. Propozycji kilka jest.
Poza tym fajna rzecz do poczytania – 2160000 sekund Adwentu – przygotowane przez świeckie wspólnoty dominikańskie rozważania na każdy dzień.
Pewnie jest tego dużo więcej – to tylko kilka znalezionych przez mnie propozycji. Każdemu życzę – bez względu na to, gdzie, kiedy, w jakiej formie, sam znalazł czas i zasłuchał się w Niego. 

Jak to jest z tym płaceniem

Kawałek świetnej rozmowy Marcina Jakimowicza z o. Witem Chlondowskim OFM pt. „Ile to kosztuje” (GN z 07 września 2014 r.). A’propos naszej ludzkiej logiki – trzeba zapłacić. No właśnie nie trzeba, ale ciężko to zrozumieć. 
„- Trudno nam uwierzyć, że Bóg kocha za darmo, wylewa za darmo łaskę. Ale Nowy Testament ukazuje nam Ojca, który tak umiłował świat, czyli ciebie i mnie, że dał nam za darmo swojego Syna. Przez Niego przychodzi łaska osobowa, czyli Duch Święty. 
– A my zadajemy pytanie: „Ile to kosztuje?”. To nie tylko pytanie Marcina Jakimowicza. Już w Dziejach Apostolskich podchodzili do apostołów ludzie i widząc charyzmaty, sięgali do sakiewek. My ciągle jesteśmy cwani – wiemy, że nie chodzi o pieniądze. Zmieniamy walutę. Pytamy: „Ile mamy się modlić, by otrzymać dar?”. Nasza wspólnota przez 10 lat zadawała sobie pytanie: „Co robimy nie tak?”.
– A na co kładliście akcent? W co się wpatrywaliście?
– W samych siebie. Niby wiedzieliśmy, że charyzmat to „dar darmo dany dla drugiego”, ale przecież jakiś różaniec trzeba zmówić…
– I tu masz odpowiedź! Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać, ile to kosztuje, bo… On jest ceną, On jest zapłatą. Gdy patrzymy na siebie, będziemy zawsze zadawać pytanie: „Co robimy nie tak?”. Gdt wpatrujemy się w Jezusa, ten problem znika”. 

Niebo dla średnio zaawansowanych – część 01

Trochę – naprawdę niewiele – świetnych myśli z kolejnej książki Szymona Hołowni, tym razem wywiadu-rzeki z ks. Grzegorzem Strzelczykiem pt. „Niebo dla średnio zaawansowanych„. 
Myślałem przed przeczytaniem tej pozycji, że co nieco wiem na ten temat. Oj, mocno byłem w błędzie. Ale to bez znaczenia. To dosłownie kopalnia niesamowitych myśli, których nigdy bym sam nie wymyślił, a któe wyjątkowo obrazkowo do mnie trafiły. 
Póki co, tylko część 🙂
To, jak przeżywam swoje życie, decyduje o tym, jak przeżywam swoją śmierć.
– Ludziom często wydaje się, że podstawową sprawą jest wiara w Boga, czyli w to, że On istnieje. A moim zdaniem, popraw mnie jeśli się mylę, najważniejszą rzeczą jest zaufanie. 
– Oczywiście. 
– Szatan też wie, że Bóg istnieje. 
– Jeżeli mówimy o wierze, to mówimy o zaufaniu. To znaczy oni tam są, żyją sobie, ufając Bogu. Przychodzi śmierć. Co robią? Nic nie zmieniają, ufają Bogu. Wchodzenie w śmierć z zaufaniem Bogu jest innym wchodzeniem w śmierć niż po prostu z zaskoczenia, w stanie buntu. 
– Zależy nam na tym, że by iść do sklepu, kupić bułki i nie myśleć wtedy, że są to bułki o znaczeniu ostatecznym.
– Ostatnie bułki. Ostatni jogurt.
– Gorzej. To, że ostatnie, to pół biedy. Że sposób, w jaki przygotuję te bułki swojej żonie, swojemu mężu, swojemu dziecku, to jest sposób ostateczny, czyli że jest to graniczny wyraz mojej miłości. My tak nie żyjemy (…) Nas czasem tylko, w chwilach duchowego olśnienia, dopada taka świadomość: że w ogóle jak wstaję rano, to to ma ostateczne znaczenie.
– Przecież można się zamęczyć takim myśleniem. 
– Albo przeżyć to jako dar. Tu wraca kwestia zaufania. Jeżeli uda mi się odkryć, że grzechy są mi przebaczone – na przykład to, że smarując te ostateczne bułki, pomyślę źle o 5 swoich sąsiadach – że mimo wszystko jestem umiłowany. I że Bóg poradzi sobie z tym moim paskudnym myśleniem. Wtedy sytuacja trochę się zmienia. 
Świat ma się kręcić na miłości, to jest szaleńczy pomysł ze strony Boga, tak, od początku szaleńczy. Ale tak założył. Jeśli świat ma się kręcić na miłości, to człowiek musi być wolny. W związku z tym także zdolny do potwornych rzeczy. Dopiero z perspektywy ostatecznej zobaczymy, na ile to ryzyko się opłaciło. 
– Ludzie czasami proszą, żeby śmierć była nagła i niespodziewana, ponieważ nie chcą leżeć w łóżku i konać. Ty wolisz leżeć w łóżku?
– Niekoniecznie w łóżku. Tak, żebym zdążył się spokojnie pojednać. Bo tu chodzi – moim zdaniem – w dużej mierze o to, żeby zdążyć przebaczyć przed śmiercią. Do mnie zawsze wraca przypowieść o nielitościwym dłużniku. Ja ciągle jeszcze łapię swoich dłużników i duszę, krzycząc: „Oddaj, coś winien!”. Chciałbym mieć taką śmierć, żebym zdążył te wszystkie długi darować. Bo potem trzeba stanąć z powrotem przed Tym, który przebaczył pierwszy. 
– Staje przed tobą Bóg, Jezus Chrystus, i wiesz, że to jest Bóg, bo wtedy jesteś w stanie Go już zidentyfikować, i wyobrażasz sobie, że mówisz Mu: „Eee, dziękuję bardzo”?
– Próbuję sobie siebie w takiej sytuacji wyobrazić i trochę się boję. Bo gdy pomyślę o wszystkich tych momentach, w których stawało przede mną maksymalne wyzwanie miłości, na jaką mnie stać, i zrejterowałem, to kiedy sobie wyobrażam, że ma stanąć przede mną wyzwanie ostateczne największej miłości, jaka jest w ogóle możliwa, to wcale nie mam bezpiecznej pewności, czy znowu nie wezmę nóg za pas. Myślę, że to, co nam najbardziej grozi, to przywiązanie do swojej wizji rzeczywistości. 
Kiedyś w jakiejś powieści wyczytałem taki opis, że ludzie w momencie sądu szczegółowego, sądu jednostkowego, mają przed sobą dwa pociągi: na jednym jest napis „niebo” i na drugim jest napis „niebo”. Tylko że jeden jest tak naprawdę do nieba i do relacji, a drugi jedzie do tego, co ty tak naprawdę sobie zbudowałeś, wymyśliłeś, co będzie twoim ogródkiem, jeziorkiem przeżywanym przez wieczność. Po tysiącu lat, jeżeli tam byłby czas, zaczniesz wymiotować, bo po prostu będziesz cały czas nad tym cholernym jeziorkiem z tym grillem i z tym wszystkim, co sobie wymyśliłeś. Sam. To jest dramatyczne. Kiedy pierwszy raz to sobie uświadomiłem, to było naprawdę mocne przeżycie: jaka prostoliniowa jest zależność między tarciem sobie oczu brudnymi łapami tutaj, w tym świecie, a stanięciem jak ślepiec przed Chrystusem. 
– Ten wyrok się dzieje. Żyjesz…
– Sąd Ostateczny jest teraz.
– Nawracasz się…
– Tak. Znaczy jesteś już in fieri. Już idziesz w tym kierunku. Nie ma siły. Wszystko, co zrobiłeś, jakoś ustawia twoje życie. Każde nawrócenie lub jego brak. Twoje życie w jakiś sposób uwarunkowuje to, co będzie. Oczywiście, w każdym momencie można się nawrócić. Także w momencie sądu szczegółowego, to znaczy w tej ostatniej decyzji, która jest wobec Boga. 
– Popatrzmy na strukturę naszej modlitwy. Bo w niej ujawnia się trochę dynamika sądu. My się modlimy do Ojca przez Syna w Duchu Świętym, czyli mamy w zasadzie sytuację taką, że jest Ojciec, który stoi na przeciwko nas, do którego ciągle się odnosimy jako do tego najbardziej „zewnętrznego”. Potem jest Duch, który jest w nas. Jest po naszej stronie tak bardzo, że go ignorujemy. I jest Syn, który stoi obok nas jak brat, który przeszedł przez historię człowieka. Taka jest struktura sądu. Bóg jest w nas, Bóg jest obok nas, Bóg jest przed nami w sądzie. W związku z tym jest pewna siła, która mnie sądzi od wewnątrz.
– Sądzi od wewnątrz. Czyli jest tak, jak chyba Hans Urs von Balthasar napisał, że sędzia nie musi nic robić, wystarczy, by był. Staję wobec Boga i cała reszta dzieje się we mnie, ponieważ w tym momencie konfrontuję się z Bogiem. Nie ma odczytywani aktu oskarżenia, nie ma przewodu sądowego, po prostu wstaję, patrzę Mu w oczy i wszystko jest jasne. 
– Czyli Chrystus nam powie: „Słuchaj, a Józkowi zrobiłeś tamto”, tak?
– Nie wiem, czy to będzie musiał mówić, bo Duch mi to właśnie powiedział. Chrystus staje przy nas jako obecność tych wszystkich ludzi. Bardziej nawet intensywnie, niż gdyby oni sami tam byli. 
Sąd szczegółowy to jest sąd, na którym każdy staje indywidualnie przed Bogiem i mamy to trójwymiarowe wydarzenie wobec Ojca z Chrystusem w Duchu Świętym. Natomiast potem przychodzi Sąd Ostateczny, w którym następuję absolutne ujawnienie prawdy o każdym wobec każdego. Im bardziej ktoś był święty, użyjmy tej kategorii, tym bardziej jego przykład błyszczy w tym momencie. Bo to się wtedy właśnie ujawnia. Czyli wobec świadectwa świętego mnie jest bardziej wstyd. 
– No to jak to jest z tym sędzią, co za dobre wynagradza, a za złe karze?
– Gdyby tak było, tobyśmy mieli zupełnie przerąbane. 
– Czyli to jest nieprawda?
– Tak. 
– To dlaczego tak jest w katechiźmie, którego się uczymy?
– (…) Ten tekst jest słuszny, jeżeli go przyłożymy do rzeczywistości ewangelicznej i powiemy: ten sąd działa tak jak przypowieść o robotnikach z winnicy, to znaczy obojętnie, w którym momencie przyjdzie, to i tak sprawiedliwość będzie, bo wszyscy dostali to, na co się umówili, czyli denara za dzień. Nawet jeżeli pracowali godzinę. Jeśli powiemy, że tak jest sprawiedliwie, to ok. Natomiast jeżeli dokładnie „za dobre wynagradza, a za złe karze” na zasadzie prostej księgowości, to po co był Chrystus?
Jeżeli Bóg, za którym tęsknię, tam będzie na mnie czekać, to trzeba powiedzieć, że na szczęście będziemy osądzeni. Właśnie: na nasze szczęście. Jeżeli ja się całe życie zmagam z tym, że nie potrafię się przełamać do pewnych rzeczy, choć wiem, że są dobre, to na szczęście ktoś to kiedyś we mnie pokona. Myśmy, duszpastersko strasząc sądem, może coś ugrali na gruncie moralności. Ale zabiliśmy pragnienie Boga. 
Czasami sobie myślę, że nawet nie tyle Boże przebaczenie w tym momencie jest problemem, ile przebaczenie sobie. Czyli ja muszę sobie bezwarunkowo przebaczyć. Póki tego nie umiem, to jest czyściec. 
– Metafora oczyszczania złota w tyglu. Ona ma korzenie biblijne, wyrasta stamtąd i jest też bardzo fajna, w tym sensie, że tam są 2 rzeczy jednocześnie. Proces, w który ktoś musi tchnąć energię z zewnątrz, bo złoto samo się nie oczyści. Ktoś musi pod tyglem podpalić, skądś musi iść energia. 
– Pan Bóg podpala?
– Pan Bóg i inni. Ich dobro.
– Swoim spojrzeniem. 
– Modlimy się za tych, którzy są w czyśćcu, prawda? Czyli pompujemy w nich dobro, to znaczy podgrzewamy ich tam. 
Czyściec jest takim miejscem, w którym zbiegają się działania – zbawcze działanie Boga, które w ogóle umożliwia czyściec (człowiek nie ląduje daleko od Boga), zasługi Chrystusa związane z krzyżem i Zmartwychwstanie, czyli początek Kościoła, modlitwa i wstawiennictwo tych wszystkich, którzy już osiągnęli chwałę nieba i modlitwa tych wszystkich, którzy są jeszcze w drodze. 
– Po prostu, [niebo] to jest moment, w którym każdy będzie pełny, niezależnie od tego, jaką miarę sobą przedstawia. 
– Ja też pamiętam z bardzo starych czasów to porównanie, ono jest chyba jednym z najbardziej trafionych, to znaczy moja miara, taka, jaką Bóg przymierzył od początku, będzie wypełniona. 
– Będziesz szczęśliwy. 
– Trzecia koncepcja [odnośnie tego, co się dzieje ze świętymi pomiędzy sądem szczegółowym a Sądem Ostatecznym] jest taka, że człowiek bez ciała żyje w Bogu. Wklejony w Boga na razie.
– Taka wlepka. 
– Jest już szczęśliwy, bo jest w Bogu. Jest po sądzie szczegółowym, czyli to, co pomiędzy nim a Bogiem, zostało wyczyszczone. Natomiast czeka tylko na ciało.