Ostatnia prosta

I tyle. Bo dzisiaj (21 grudnia) tekst dokładnie ten sam, co z 04. niedzieli Adwentu. Nic dodać, nic ująć. Może tylko właśnie zapytać – czy ja to w końcu ogarnę i uwierzę?
 
Zostały 2,5 dni tego pięknego czasu – choć aura nie nastraja, mało zimowa, i bardziej pasuje powiedzenie, że piękną mamy wiosnę/jesień (w zależności od tego, czy słońce świeci) tej zimy. Ostatnia prosta, bardziej niż dosłownie. Prezenty już raczej pewnie pokupowane, zakupy porobione, zaczyna się powoli pichcenie, pieczenie, duszenie, i inne takie kuchenne działania.
Ważne jest to, żeby nie stracić z oczu istoty tego, na co, a właściwie na Kogo się przygotowujemy. Bo bywa bardzo różnie, i w ferworze walki z czasem zdarza się, że się gubimy, zaczynamy wściekać, awanturować, padają jakieś niepotrzebne słowa, wyrzuty. Czy przygotowanie do świąt to czas dany nam, żeby sobie poskakać do gardeł i powyrzucać? Nie. Pewnie, zdarza się stres, spinanie, żeby zdążyć, przygotować, odpicować… Ja uświadomiłem sobie na przykład, że gdyby mi żona nie powiedziała, żyłbym w błogiej nieświadomości odnośnie konieczności zmiany i wyprania firan; człowiek uczy się całe życie.
Jeśli to przygotowanie do świąt ma się skończyć karczemną awanturą i obrażaniem – to nie ma sensu. Lubię mówić, że szopka wystarczy jedna – ta z Jezusem, do której pójdziemy w kościele, i jeśli w domu robimy szopkę z cyrkiem przygotowań, to mijamy się kompletnie z celem. Jak to kapitalnie ujął w jednych rekolekcjach internetowych ks. Jan Kaczkowski: „gwiazdka” nie może być tylko pustym sygnałem dla odpalenia naszej wigilijnej obrzędowości – w takim ludzkim wymiarze: prezenty, rytuał z obowiązkową pasterką, przez którą stoi się pod kościołem. Świetne. Udawanie nie ma żadnego sensu – chyba uczciwiej po prostu nie brać w tym świętowaniu na siłę, wbrew sobie, udziału.
To jest czas dany na to, żeby się wyciszyć i podsumować ten Adwent. Co wyszło, co nie wyszło. Nie potępiać się, nie zadręczać, nie biczować – ale podziękować za to, co było dobre, co się udało. Prosić Pana o natchnienie i siłę na walkę w przyszłym roku – zawsze znajdzie się pole do działania. Rozliczyć samego siebie, tak uczciwie. Nie chodzi o to, czy nie jadłem słodyczy – sorry, to jest dobre dla dzieci… Czy próbowałem w czymś choćby najzwyklejszym być bardziej sumienny, lepszy. Tu nie chodzi o przewrót kopernikański – ale to, aby coś w sobie zmienić. Bóg przez te niepełne 4 tygodnie dał naprawdę dużo słów inspiracji.
Jest jeszcze okazja na spowiedź. Wczoraj było bardzo ładne wezwanie w modlitwie powszechnej za tych właśnie, którzy ciągle zwlekają z posprzątaniem tej najważniejszej, choć niewidocznej sfery. Pewnie odstoisz trochę już w kolejce – ale warto.
On znowu się narodzi, pokój wam!

Bóg przychodzi w sprawach najzwyklejszych

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana. (Łk 1,39-45)

Nawiązując do tekstu o ewangelii dnia poprzedniego – soboty – gdzie mowa była o Zachariaszu, mężu Elżbiety, trzeba tu powiedzieć o takim samym dramacie: kobiety, która nie mogła urodzić dziecka. I jakby pomimo tego – pozostaje wierna. 
Ten fragment nazywamy potocznie „nawiedzeniem św. Elżbiety” – i nawiedzenie się dokonało, czego najlepszym dowodem jest to, że zareagował sam Jan Chrzciciel, czyli maleńki człowiek pod sercem Elżbiety. Żeby nie miała wątpliwości, kto zadziałał, czyją mocą jej starość została pobłogosławiona darem macierzyństwem – choć późnego, to jak bardzo wyczekiwanego.

Nam jest bardzo łatwo Pana Jezusa przegapić. Nawet nie tylko w świecie. Bo i w kościele rzeczywistość w pewnym sensie statyczna: Msza, inne sakramenty, czytania w cyklu 3-letnim. Tak trochę jak dzieci po prostu szukamy nowinek, czegoś, co przykuje uwagę – zamiast spróbować zgłębić te rzeczywistości wiary nam już znane. Spróbować Boga po prostu częściej zauważyć. Elżbieta to dobry przykład – rozpoznała Go w… pewnie kilkunastoletniej krewnej, która odwiedziła ją w jej domu. Czy ja albo ty w ogóle wzięlibyśmy taką ewentualność pod uwagę, nastawili się na spotkanie ze Zbawicielem w tak prozaicznej sytuacji? Których – święta za pasem – za chwilę każdy pewnie będzie miał sporo. Bóg bardzo często umyka w tym, co najbardziej „moje”, znane dosłownie na pamięć – bo w ogóle Go tam nie próbuję zauważyć. 

Sedno tego tekstu i to, co jest jego nauką, to ostatnie zdanie: „błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Tylko człowiek, który sam doświadczył działania i wielkiej mocy Boga może wypowiedzieć coś takiego. Który rozumie, że wiara i życie to jakby dwie równoległe rzeczywistości, które bardzo często się przenikają. My bardzo często jesteśmy tak przekonani o własnej doskonałości i samowystarczalności, że nam to umyka. Każdy ma swój talent i umiejętności – ale bez Boga i Jego błogosławieństwa to, dosłownie, psu na budę.

Dlaczego błogosławiona? Bo szczęśliwa, nie zawiedzie się bowiem ten, kto w Nim pokłada nadzieję. Tak, Maryja była wybrana w sposób szczególny jako Matka Syna Bożego. Ale błogosławieństwo, które wyczytała w Maryi Elżbieta, jest dane każdemu, kto zawierzy Bogu tak jak ona. Najpierw w tych rzeczach i sprawach najzwyklejszych, codziennych, prozaicznych. 

Test zwątpienia

Za czasów Heroda, króla Judei, żył pewien kapłan, imieniem Zachariasz, z oddziału Abiasza. Miał on żonę z rodu Aarona, a na imię było jej Elżbieta. Oboje byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich. Nie mieli jednak dziecka, ponieważ Elżbieta była niepłodna; oboje zaś byli już posunięci w latach. Kiedy w wyznaczonej dla swego oddziału kolei pełnił służbę kapłańską przed Bogiem, jemu zgodnie ze zwyczajem kapłańskim przypadł los, żeby wejść do przybytku Pańskiego i złożyć ofiarę kadzenia. A cały lud modlił się na zewnątrz w czasie kadzenia. Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. Lecz anioł rzekł do niego: Nie bój się Zachariasz! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan. Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych – do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały. Na to rzekł Zachariasz do anioła: Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku. Odpowiedział mu anioł: Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zostałem posłany, aby mówić z tobą i oznajmić ci tę wieść radosną. A oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie. Lud tymczasem czekał na Zachariasza i dziwił się, że tak długo zatrzymuje się w przybytku. Kiedy wyszedł, nie mógł do nich mówić, i zrozumieli, że miał widzenie w przybytku. On zaś dawał im znaki i pozostał niemy. A gdy upłynęły dni jego posługi kapłańskiej, powrócił do swego domu. Potem żona jego, Elżbieta, poczęła i pozostawała w ukryciu przez pięć miesięcy. Tak uczynił mi Pan – mówiła – wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi. (Łk 1,5-25)

Generalnie Zachariasz – bohater sobotniego obrazka – jest postacią pozytywną, jak podaje autor, byli ludźmi sprawiedliwymi i wypełniającymi przykazania dane od Boga. A jednak, wydaje się po ludzku, że był pechowcem, skoro Bóg – pomimo wybrania w rodzie kapłańskim do pełnienia służby w Świątyni Jerozolimskiej – był on bezdzietny. Tu nie chodzi o to, że był jakiś „lepszy”, błękitnokrwisty dzięki swojej kapłańskiej posłudze – po prostu był człowiekiem żyjącym w relacji z Bogiem, zwyczajnym, jak setki czy tysiące innych. Mógł więc być postrzegany jako osoba w pewien sposób stygmatyzowana; w tamtych czasach przecież fakt posiadania potomstwa był znakiem i świadczył przede wszystkim o tym, że Bóg danej osobie błogosławi (stąd na końcu słowa o hańbie, którą okryci są ludzie bezdzietni). A tak między nami, mężczyznami, wiadomo – każdy facet chciałby mieć dziecko, syna. Po prostu.  
Myślę, że Zachariasz w swojej wierze i relacji z Panem nie raz zadawał pytanie, albo wręcz czynił zarzut: Boże, dlaczego ja? Czemu nie mam dzieci? I nie ma w tym nic złego. Jestem bardziej niż pewien, że Bóg o wiele bardziej cieszy się ze szczerych żali i autentycznej złości, niż z maski zadumania i bezmyślnego odtwarzania rytuałów przy braku jakiejkolwiek z Nim relacji. Docenia autentyczność i szczere myśli człowieka – nawet, gdy są to zarzuty, bo z czymś się nie godzę. 
Jedna rzecz to kwestia, że cudowne zapowiedzenie narodzin Jana ma miejsce właściwie tuż przed Zwiastowaniem Pańskim – pół roku przed. Jest to całkiem po ludzku logiczne – skoro Jan miał poprzedzić Jezusa i ogłosić Go przed ludem jako Mesjasza. Dwa cuda Boga właściwie w jednej rodzinie i w tak krótkim odstępie czasu – Niepokalane Poczęcie czyli dziewica rodząca dziecko i zachowująca, jak to nazywa Kościół, chwałę dziewictwa; i staruszka Elżbieta, która w wieku już sędziwym rodzi syna. Dwie cudowne ciąże. Druga rzecz, że Bóg nawiązuje dialog z Zachariaszem nie gdzie indziej, a właśnie w trakcie pełnienia przez niego posługi w świątyni – kiedy wszyscy wierni stali poza Przybytkiem i czekali na kapłana Zachariasza. 
Można uznać, że Zachariasza spotyka niebywałe szczęście – anioł zapowiada, że oto dostanie z żoną dokładnie to, czego w ich małżeństwie brakowało: wyczekiwanego dziecka. Niesamowite jest nie to, że spotyka go ta obietnica narodzenia się Jana – ale to, że w jej świetle… wątpi. Niektórzy myślą, że Zachariasz zwątpił wcześniej – ja nie wiem. Według mnie zwątpienie przychodzi na niego dopiero wobec tej obietnicy anioła, kiedy mówi: „Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku”. Tak te słowa odbiera archanioł Gabriel – a mimo wszystko  Bóg nijak nie wycofuje się ze swojej obietnicy – stąd słowa:  „oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie„.
Bóg jest bogiem rzeczy niemożliwych – to bardzo mądre słowa. Niepłodność to dramat wielu par i małżeństw – dla Boga nie jest to jednak żadna trudność. Pytanie jest skierowane do każdego z nas – czy ty i ja dopuszczamy w ogóle sferę, dajemy Mu miejsce do działania w przestrzeni swojego życia? Czy mieści mi się w głowie to, że pewnego dnia przyjdzie to mnie tak, jak przyszedł przez anioła do Maryi czy Zachariasza? To nie działa tak, że z automatu Bóg – gdy w Niego uwierzysz – po prostu zastępuje, jak taka uniwersalna zmienna w matematycznym równaniu, wszystkie sytuacje problemowe, dylematy, trudności i rzeczy bolesne w życiu. On daje siłę do tego, aby walczyć z tym, co jest we mnie małe, złe, brudne, grzeszne, niedoskonałe – i w tym wszystkim z otwartym sercem czekać na „niesamowitość” tego, co może nastąpić, gdy On wejdzie z mocą w moje życie. Najpewniej zupełnie inaczej, niż ja bym się tego spodziewał czy kalkulował. 

Już taki jest ten świat – jedynie Bóg zna odpowiedź

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i [uwolnił] od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. (Łk 7,18b-23)

Zwolennicy jednej teorii powiedzą, że Jan tak naprawdę nie zwątpił – no bo jak to, ten, który wskazał Jezusa, miałby być niepewny? Ja jednak skłaniam się do podzielenia stanowiska odmiennego. Jan miał jakieś wątpliwości i stąd właśnie ten ewangeliczny środowy obrazek.
Nie bez powodu Jan nazwany jest pierwszym prorokiem Nowego Testamentu – bo przecież to, czego on tutaj doświadczał, jest takie bardzo „nasze”; w na pewno moje. Kiedy człowiek rozpoczyna swoją relację z Bogiem, odkrywa Go, zachłystuje się prawie dosłownie doświadczeniem dobrego i wyrozumiałego Ojca, który zawsze jest i kocha – wtedy jest pięknie. Jan całe życie przygotowywał się na pustyni do swojej misji, która wypełniła się, kiedy zaczął w wodach Jordanu chrzcić Żydów, a potem pokazał palcem: Mesjasz! Pewnie po ludzku był w swoim żywiole – nie mam wątpliwości, że i wtedy, i dzisiaj mogli go uważać za nieco ekscentrycznego, szalonego.
A potem budzimy się któregoś dnia w zwykłej, szarej rzeczywistości – tylko że ona taka po prostu zawsze była, raczej specjalnie się nic nie zmieniło, tylko we mnie to wszystko jakoś… okrzepło? spowszedniało? Przyzwyczaiłem się. U Jana to miało miejsce, kiedy „zrobił swoje”, jego uczniowie podążyli za Jezusem – i co dalej? Pojawił się zły i zasiał wątpliwości. A może źle? Może to nie ten? Może Jan coś źle zrozumiał i wprowadził tylu ludzi w błąd?
Wtedy wariantów jest kilka. Można dramatyzować, zamykać się w sobie i rozpaczać – co jest kompletnie bez sensu i całkiem niekonstruktywne. Nic nie da. Można też zacząć to wszystko rozkminiać w sobie – rozkładać na czynniki pierwsze, składać, i tak w kółko, dzieląc przysłowiowy włos na czworo. Niby mądrzejsze, ale według mnie bez sensu. Albo można udać się do źródła, przyczyny wszystkiego i odpowiedzi na wszystko – czyli do Boga. To właśnie zrobił Jan, wysyłając uczniów. Nie unosząc się emocjami – ale działając do bólu racjonalnie, mimo że zwracając się w tym sensie do Boga.
Tak naprawdę, nie było by niczym specjalnie dziwnym, gdyby Jezus poczuł się trochę zawiedziony postawą Jana. Ale – zwróć uwagę – czy Jezus kiedykolwiek zrobił komukolwiek jakiś wyrzut z tego tylko powodu, że ktoś pyta, docieka? Nic takiego nie pada również tutaj. Co ciekawe, bynajmniej nie poklepuje go po ramieniu, nie opowiada banałów w stylu „spoko, jakoś to będzie, ułoży się” i nie rysuje idyllicznego obrazu tego, jak to będzie świetnie. Powołuje się nie na siebie jako Syna Bożego – ale na konkretne, zmierzalne niejako, dowody działania Boga: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. Mówi wprost – żeby ci posłańcy poszli i przekazali to Janowi. To nie jest komentarz, dygresja – ale wprost odpowiedź na pytanie.
„A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Wątpienie to jedno, i przychodzi do mnie bardzo często nie tylko codziennie, ale nawet po kilka razy. Upadamy i wstajemy. Mamy nie zwątpić – czyli permanentnie, nie poddać się, nie usiąść i załamać ręce po prostu. Zasada „kto pyta, nie błądzi” nie jest obwarowana wyjątkiem dotyczącym Boga. Co innego – my bardzo często chcemy dostać konkretną odpowiedź – i tu się robi problem. Jeśli pytasz – pytaj szczerze i przygotuj się, że na 99% zdziwisz się odpowiedzią. Taki już jest Bóg.

Radość pytania i szukania odpowiedzi

Gdy Jezus przyszedł do świątyni i nauczał, przystąpili do Niego arcykapłani i starsi ludu z pytaniem: Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę? Jezus im odpowiedział: Ja też zadam wam jedno pytanie; jeśli odpowiecie Mi na nie, i Ja powiem wam, jakim prawem to czynię. Skąd pochodził chrzest Janowy: z nieba czy od ludzi? Oni zastanawiali się między sobą: Jeśli powiemy: z nieba, to nam zarzuci: Dlaczego więc nie uwierzyliście mu? A jeśli powiemy: od ludzi – boimy się tłumu, bo wszyscy uważają Jana za proroka. Odpowiedzieli więc Jezusowi: Nie wiemy. On również im odpowiedział: Więc i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię. (Mt 21,23-27)

Trudny tekst i dość mało popularny. Trzeba się z nim zmierzyć.

Chyba nie można z gruntu zakładać, że ci, którzy „przystąpili” do Jezusa to ludzie źli. Pewnie, w tym gronie raczej mogli znaleźć się również tacy, którzy chcieli przyłapać Zbawiciela na jakimś potknięciu, niezgodności nauczania z tradycją czy Pismem Świętym, proroctwami; znaleźć przysłowiowego „haka” na Niego. Bo i to, co Jezus mówił, pomimo popularności – jak by nie patrzeć – stało w sprzeczności z tym, co głosili faryzeusze. Ich literze prawa nade wszystko Mesjasz przeciwstawiał działanie z Duchem Bożym. Raczej można zaryzykować tezę, że ludzie ci byli na swój sposób – a może i autentycznie – pobożni i zatroskani, pytając dlatego właśnie, że pojawił się jakiś facet, ot tak sobie, i zaczyna nauczać. Poza świątynią mógł – tutaj w środku musiał już udowodnić, skąd czerpie do tego prawo. Pomijając już kwestię zwykłej ludzkiej ciekawości jako przyczyny do zadania pytania.
Kto mieczem wojuje… Znamy to. Tak było w tym właśnie przypadku. Człowiek jest po prostu za malutki, aby przechytrzyć Boga. To się nie mogło udać. Wystarczyło jedno pytanie i to kwestię podstawową – skąd pochodzi, z nieba czy od ludzi, chrzest. Przyznanie pochodzenia niebieskiego stawiało by pytających wobec krępującej konieczności uzasadnienia, czemu w takim razie go nie przyjmują? A z kolei uznanie go jako pochodzącego od ludzi, narażali się tłumowi wręcz zwolenników i słuchaczy Jana Chrzciciela.
My tak mamy bardzo często i na własnej skórze „testujemy” Pana Boga. A jakby Go tu… Pan Bóg – tak jak na tym obrazku – nie wścieka się o to, bo to nie w Jego stylu, ale potrafi tak celnie i zmyślnie ripostować, że stawia nas wobec potrzeby konkretnego zadeklarowania, opowiedzenia po jednej konkretnej stronie. Tamci z Ewangelii się tego bali i unikali – bo tutaj kończy się mentalność tłumu, w kupie raźniej itp. Trzeba odpowiedzieć na pytanie samemu – konkretny jeden ja. A jeśli, nie daj Bóg, uznać, że właściwie ten Bóg ma rację? Olaboga…
Jezus Chrystus nigdy nie unika odpowiedzi na pytanie człowieka. On sam jest właściwie pełnią tej odpowiedzi, odpowiedzią samą w sobie. Tylko bardzo często jest tak, żeby usłyszeć Jego odpowiedź – trzeba najpierw odpowiedzieć na inne pytania, które gdzieś tam na dnie serca się rodzą, kiełkują, albo nagle uświadamiam sobie, że właściwie to one są tam od zawsze albo od dość dawna, tylko jakoś nie wychodziło mi/nie chciało mi się ich zauważyć, albo udawanie że ich nie ma było po prostu bardziej na rękę.
To nie będzie łatwe, a czasem może być bolesne. Ale prowadzi ku radości wyzwolonego serca, w którym jest bardzo dużo miejsca na autentyczną radość z tego, że On jest i znowu przychodzi. Nie uciekaj od Boga, który pyta o sprawy trudne – ale spróbuj właśnie w Nim i z Nim znaleźć odpowiedzi. Na te pytania, które już padły. I wszystkie inne, które się pojawią.

Jan od oczywistych oczywistości

Pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: Nauczycielu, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę. (Łk 3,10-18)

Nie bez powodu Jezus powie – cztery rozdziały tej samej ewangelii później – że „między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on” (Łk 7, 28), równocześnie, o czym wielu zapomina, dopowiadając, że tam, dokąd zmierzamy, każdy jeden najmniejszy będzie… większy od Jana. 
Na czym polegał fenomen Jana Chrzciciela? Wtedy tylko Jana – przydomek dostał później, a jeszcze później zaczęto określać go „świętym”. Fenomen był, bo ludzie za nim szli, miał całą grupę uczniów – ewangelista zaś mówi o tłumach wręcz. Jan wymagał od ludzi. Nie oferował cukierkowych, lukrowanych i kapiących serduszkami obrazków o tym, jak to jest świetnie, sielsko, idealnie i nic nie trzeba robić, „tak mnie, Boże stworzyłeś, to mnie masz”. My jesteśmy z natury bardzo leniwi (czego piszący te słowa jest przykładem wręcz fenomenalnym…), a mimo tego, cenimy, kiedy ktoś czegoś od nas wymaga. Zwracamy na taką osobę uwagę, słuchamy jej – kiedy na pytanie „co mamy czynić” dostajemy nawet trudną, ale konkretną odpowiedź. A to pytanie, prędzej czy później, stawia każdy. 
Z jednej strony się nie chce – ale z drugiej: hm, skoro on czegoś chce, formułuje jakieś twierdzenia i zalecenia, to mu na mnie zależy. Tak właśnie to działa Jezus, do którego Jan – czy sobie zdawał z tego sprawę, czy nie – prowadził ludzi. I może właśnie dlatego Jan jest taką klamrą, spinającą Stary Testament i otwierającą Nowy Testament, ostatnim prorokiem starotestamentalnym – tym, któremu dane zostanie, jak Symeonowi, wskazanie Syna Bożego (Łk 2, 25-32). Bóg nigdy nie obiecał, że będzie sielankowo, z górki, lajtowo – ale mówi wyraźnie: to rób, od tego wara. Może łatwo nie jest, ale nagroda murowana. Pretensje możemy mieć tylko do swoich własnych wyborów – a najczęściej, do ich konsekwencji. Róbta, co chceta – tylko się potem nie dziwta (jak to pewien ksiądz sparafrazował świetnie Jerzego Owsiaka). Bo mamy wolność wyboru – do konsekwencji tych wyborów włącznie; będą tylko nasze, ale i tam będzie przy mnie Bóg. 
O czym mówi Jan? Nic nowego w stosunku do tego, co powie Jezus. Nie kradnij. Nie wykorzystuj swojej pozycji do uciskania innych. Podziel się z tym, który ma mniej. Tu nie ma żadnej magicznej uniwersalnej recepty na wszystkie problemy życia – Jan nie mówi nic odkrywczego. A jednak, tłumy go słuchają. Nie dochodzi do żadnego cudu, powołania (jak w przypadku apostołów po spotkaniu Jezusa). Mówi – prozaicznie – do urzędników (celników i żołnierzy) o tym, aby przyzwoicie i uczciwie robili swoje. Nie każe porzucić wszystkiego i zamknąć się w jakiejś pieczarze na pustyni, aby się pościć i modlić. 
Brzmi dziwnie, jakoś tak… Smętnie? No właśnie nie. Nie bez powodu właśnie taki a nie inny tekst czytany jest w III niedzielę adwentu, czyli Gaudete. Nie żadna „niedziela radości” – ale wręcz tryb rozkazujący: radujcie się! Za 10 dni przyjdzie Pan. To nie jest tak, że Bóg nam opowiada jakieś truizmy i mamy sobie radzić. Bóg pokazuje, że radość od Niego płynącą można odnaleźć zawsze i do tego nas zaprasza. 

Mówi o tym I czytanie (So 3,14-18a) – zaufaj Panu, mocarzowi, w Nim złóż nadzieję, a on po prostu rozwali to, co jest na twojej drodze i co faktycznie (a nie w twoim odczuciu) jest złe. Bóg sobie z wszystkim poradzi – nasza rola to Mu zaufać i uwierzyć w to, co trochę ciężko zrobić z miną przegranego, który nie wierzy w nic i nikogo (a tak to wygląda często – wiem po sobie). Mówi o tym też kapitalne II czytanie, które uwielbiam:

Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. (Flp 4,4-7)

Nie mamy, jak jakieś klauny, biegać i cieszyć się z byle czego. Bóg daje nam radość ostateczną, tą, która z Niego wypływa – bo On jest tuż, tuż, stoi prawie za płotem, nadchodzi. I znowu nawiązuje do tego, co mamy robić – złóż swoje troski i problemy przed Nim, przedstaw to wszystko Jemu, zostaw to Jemu. Podobnie jak u Sofoniasza, tam były słowa: „On zbawi, uniesie się weselem nad tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radości”. To wystarczy. Nigdy dość mówienia o tym, że my mamy jakoś wbite do głów, że na Jego miłość musimy „zapracować”, nie wiem, odmawiając konkretną ilość różańców czy litanii – nie! Po prostu uwierzyć, że On może i chce się zająć tym, co w moim życiu jest trudne, zagmatwane, poranione i tragiczne. Ale ja muszę Mu na to pozwolić. 


Ta radość jest dla każdego. Ale jest jeden warunek – musisz chcieć się nawrócić. I mieć świadomość, że może być niebezpiecznie – Jan, dosłownie, z powodu Jezusa stracił głowę. 

Józef – wzór każdego faceta

36
Generalnie Adwent jest utożsamiany i bywa, całkiem słusznie, nazywany czasem Maryi, w którym w wyjątkowo Kościół wskazuje na jej rolę i jej postać. W tym właśnie duchu, ja dzisiaj chciałem trochę miejsca poświęcić… św. Józefowi. 
Po ludzku rzecz biorąc, człowiek miał naprawdę ciężko. Nie był arystokratą, bogaczem, handlarzem –  ale prostym cieślą. Pewnie sporo starszym od Maryi, kiedy będąc małżeństwem, ale zanim jeszcze zamieszkali razem (Mt 1, 18), Maryja stała się brzemienną. Co począć? 
Raczej nie będzie przesadą nazwanie Józefa jednym z największych świętych Kościoła, i to tego Kościoła, który kiełkował jeszcze zanim Jezus rozpoczął działalność; ochraniał bowiem Zbawiciela i Jego matkę od pierwszych dni, kiedy doszło do Zwiastowania Pańskiego i Maryja wyraziła zgodę na zaproszenie Boga do jej wyjątkowego. udziału w historii zbawienia.  
Wydaje mi się, że Józef może każdego z nas wiele nauczyć – swoją postawą. Zwróć uwagę, że człowiek te na kartach Ewangelii nie wypowiedział ani jednego słowa. Nie musiał. Świadectwem jest jego postawa zawierzenia Bogu, który mówił do Józefa przez sen, i wskazywał drogę wyjścia z trudnych sytuacji, jakie stanęły przed Świętą Rodziną jeszcze zanim Jezus się urodził, czy tuż po Jego narodzeniu. 
Autor natchniony nazywa Józefa człowiekiem sprawiedliwym (Mt 1, 19a) – i to chyba jest jedyne określenie, jakie w kontekście opiekuna Świętej Rodziny pada. W sensie, prawnik? Nie – bardziej osoba, która znała Biblię i równocześnie praktykowała wiarę. Wierzący i praktykujący – znający Boga, żyjący w relacji z Nim.Skoro znał Pismo Święte – znał też proroctwa o Mesjaszu, musiał być ich świadomy. I w tej sytuacji – takiego człowieka – zastaje wiadomość o ciąży jego żony Maryi, której nie był on sam sprawcą, bo przecież nie mieszkali jeszcze razem (tradycja żydowska wiązała zamieszkanie wspólne z upływem pewnego czasu od samego małżeństwa).

Dlatego niczym dziwnym nie jest, że – i to jest kolejne biblijne określenie postaci Józefa – w związku z tym bał się. Święci nie są tytanami – to zwykli ludzie; każdy facet, ja też, nie raz boi się i martwi o sytuację swojej rodziny, chcąc zapewnić żonie, dzieciom, bezpieczeństwo, stabilność, zaspokojenie potrzeb życiowych. Tego nie trzeba się wstydzić – bo to jest wyraz odpowiedzialności i dojrzałości. 

Tu dochodzi do pierwszego dylematu Józefa (później dojdą następne: jak uciec przed Herodem po urodzeniu się Jezusa – Mt 1, 13-15):

Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie (Mt 1, 19)

Nie ma podstaw, żeby zakładać Józefową złą wolę. Najczęściej w kontekście tego cytatu można w kościołach usłyszeć: przestraszył się, ale chciał uchronić Maryję przez hańbą cudzołóstwa, i stąd pomysł z jej oddaleniem (każdy to pewnie x razy już słyszał). To, po ludzku i biorąc pod uwagę prawo żydowskie, całkiem logiczne działanie. A jednak, nie można stracić z oczu wiary Józefa. W jej świetle, znając proroctwa, musiał zakładać, albo co najmniej liczyć się z – niezrozumiałą, dlaczego akurat ona? – ingerencją Boga w życie jego rodziny jako wytłumaczeniem stanu Maryi. Mógł po prostu nie czuć się godnym tego, aby żyć obok kobiety, która rozmawiała z aniołem, której misję wyznaczył Bóg i która miała stać się po prostu Matką Boga, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi. 
W tej sytuacji strachu Józefa przychodzi Bóg i przenika sferę strachu, uzdrawia ją. „Józefie, synu Dawida, nie bój się”. Nie jest powiedziane, że odpowiedź i rozwiązanie na pytania i wątpliwości będzie lekka, łatwa i przyjemna. Ale Bóg nigdy nie pozostawia człowieka samemu sobie wtedy, kiedy człowiek zwraca się do Niego. Umiejętność ofiarowania Bogu swoich lęków i obaw to także wyraz dojrzałości i odwagi. Umiem stanąć na drugim miejscu, przyznać, że moje mięśnie, rozum i wysiłek to niewiele wobec Tego, który jest Panem wszystkiego. 
Józef był na pewno mocno zapracowany, stąd Bóg zdecydował się mówić do niego we śnie – w taki sposób, najlepszy, aby dotrzeć do odbiorcy w sytuacji, kiedy nie rozpraszają go wyzwania dnia codziennego, obowiązki zawodowe. Nie wystawił krzykliwego transparentu, nie uczynił spektakularnego cudu. Przyszedł w chwili wytchnienia, kiedy zarówno ciało jak i umysł odpoczywały. Uszanował wysiłek pracy Józefa. Przyszedł w sposób nieprzewidywany – ale czy On cały taki nie jest? – ale też taki… normalny. A Józef z kolei uwierzył Bogu, skoro: „zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański” (Mt 1, 24). 
Czego uczy nas Józef? Zaufania Bogu – tak, jak Maryja. Pokory wobec woli Boga – tego, że wobec Jego zbawczych planów powinienem umieć nagiąć swoje i zrezygnować z nich. Złorzeczenie Bogu nie ma sensu, kiedy coś nie idzie po mojej myśli, sensowniej jest podziękować i poprosić o łaskę zrozumienia i pogodzenia się z sytuacją. Umiejętności złożenia Panu swoich lęków i wątpliwości, kiedy sytuacja przerasta mnie po ludzku, kiedy nie potrafię po ludzku poradzić sobie z tym, co staje przede mną i przed moją rodziną, tymi których kocham. Zasłuchania w Boga i w to, co On daje jako odpowiedź. Każdy z osobie i postaci Józefa znajdzie coś dla siebie. 
W mojej parafii od kilku lat, po renowacji, powstała osobna kaplica św. Józefa. Nie w kościele – czasami zamknięty – ale za nim, w otoczeniu zieleni. Można tam przyjść o każdej porze. I przychodzę – ja sam, ale i inni – modlić się za siebie, swoją rodzinę; może przede wszystkim ojcowie. A on stoi milczący, a jednocześnie jestem bardzo pewien, że rozumiejący, i wstawiający się w tych zanoszonych za jego pośrednictwem do Boga intencjach. 

Maryi się po prostu chciało

fatima06
 

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, . Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)

Przede wszystkim, panuje jakiś taki dziwny stereotyp – że życie Maryi z całą jej niesamowitością i wybraniem tak w sumie mieściło się między, opisaną wyżej, sceną Zwiastowania a narodzinami Jezusa. Czyli, biologicznie rzecz biorąc, jakieś 9 miesięcy jej ciąży. Od niepokalanego poczęcia do narodzenia Zbawiciela – i świetnie, zrobiła swoje, nie jest ważna. A tymczasem rola Maryi tak naprawdę dopiero się zaczęła – jako Matki Jezusa, tej, która Go wprowadzała w życie, wychowywała, uczyła. I, zgodnie z tą gorzką obietnicą Symeona, jej serce, duszę miał przeniknąć miecz w momencie, kiedy wypełnić się miała misja Mesjasza (Łk 2, 34). Żeby to się stało – jej droga była daleka, i nie skończyła się także pod krzyżem jej Syna. Także ona tworzyła pierwszą wspólnotę Kościoła, pozostawiona jako Matka dla wszystkich nas i każdego z osobna (J 19, 26-27). 
Znowu ten tekst – jak dwa wpisy wstecz – zaczyna się kontekstem historycznym. Bo to nie jest bajka, najładniejsza nawet, z morałem, ale konkretna historia konkretnych ludzi, osadzonych w czasie i przestrzeni, w których życiu zadziałał i wręcz z hukiem wstąpił Bóg. 
O czym jest ten tekst? O niesamowitym spotkaniu, które stanowi dowód na to, że warto rozmawiać z Bogiem. Wszystko zaczęło się dla Maryi od tego, że Boże Słowo przyszło do niej w postaci anioła. Nie Boga z duchowym supermanem (a właściwie superwoman), nie Boga z herosem czy tytanem wiary – a młodą dziewczyną, dla której ta rozmowa miała przewrócić do góry nogami wszelkie plany i życiowe jakieś tam założenia (w końcu de facto stała się ciężarną bez udziału mężczyzny, będąc obiecaną Józefowi, z którym jeszcze nie mieszkała – mało problemów?). Skąd jest dialog, jak się nawiązuje? Bo Maryja Bogu odpowiada – ta jej odpowiedź to właśnie wiara. I tak jest z każdym z nas. 

My mamy z tym bardzo duży problem, bo mamy w naturze być we wszystkim pierwsi, najlepsi, wyprzedzać innych i przodować. A pomijając to, że w drodze pomiędzy Bogiem a człowiekiem to zawsze Bóg wykonuje te 99 kroków na 100, to równocześnie zawsze On działa pierwszy, to On się odzywa na początku – my tego najczęściej nie ogarniamy, bo jesteśmy zbyt zajęci sobą, swoimi planami, realizacją zamiarów, ustawianiem się w życiu, żeby w ogóle zauważyć Jego delikatny Głos. On nigdy się nie narzuca, to nie w Jego stylu. My możemy co najwyżej – i aż – odpowiedzieć na Jego łaskę, tak jak Maryja. 

Na czym polegał fenomen Maryi? Że nie uciekła. My się bardzo często boimy i pod wpływem – często nieuzasadnionego – strachu podejmujemy dość dziwne i raczej niewłaściwe decyzje. Zresztą nie sądzę, aby ktokolwiek (ja też) zachował jakiś wybitny stoicki spokój w sytuacji podobnej do tej, w której znalazła się Maryja: siedzę sobie, a tu anioł i zaczyna mi przedstawiać plan zbawienia ludzi ze mną w roli głównej. Maryja chciała z Bogiem współpracować, pozwolić Mu działać jej życiem i w jej życiu. Czy zakładała, w ciemno, że to będzie lekkie, łatwe i przyjemne? Nie sądzę. Ale wiedziała, albo może bardziej: czuła, że to będzie dobre i jest potrzebne. Wierzyła Bogu, że wie, co robi i już w samym tym jest wzorem dla mnie i dla ciebie: uczniowie Jezusa mieli problem z wiarą bezpośrednio nawet po Zmartwychwstaniu! Ona nie, mimo że w tym momencie ten Jezusek dopiero począł się pod jej sercem, Jego serce zaczynało bić pod jej sercem. 
Tu właśnie bardzo często jest podstawowy, a może i jedyny dramat człowieka. Nie chce mi się. Ty, Panie Boże, to zrób to, tamto, poukładaj to, rozwiąż moje problemy – bo wiesz, mi to się nie chce… Jemu musi się chcieć, a mnie? No, bez przesady. To nie jest tak, że przed Maryją stanął anioł i w tym momencie stała się półbogiem, który telepatycznie kontaktował się z Trójcą Świętą. Ona wysłuchała słów Pana, przetrawiła, według mnie po prostu przemodliła w sobie i dała Bogu odpowiedzieć – tak, chcę, działaj przeze mnie. To wystarczy – jeśli pozwolimy Bogu działać swoimi rękami, oddamy się Mu jako narzędzia, którymi będzie mógł rozdzielać dobro. Nierzadko pojawia się retoryczne pytanie – a co by było, jakby Maryja odmówiła? Nic. Bóg znalazł by sposób, aby zrealizować zbawienie inaczej. To nie ma znaczenia. Liczy się to, jaką ty Mu dajesz odpowiedź. 
I jeszcze jedno. Wiara, taka jaką miała Maryja, jaka uzewnętrzniła się w tym jej fiat, to nie jest jakiś bonus dany na całe życie, ot, po prostu: raz się trafił i jest na wieki wieków. Nad wiarą trzeba pracować, trzeba o nią walczyć i trzeba ją pielęgnować – a równocześnie na różnych etapach (dziecko, nastolatek, dorosły, rodzic, dziadek) na swój wyjątkowy sposób ją odkrywać na nowo. Bo ona ma sens tylko wtedy, kiedy jest świeża. Tak samo, jak ta wiara dojrzewała w Maryi i z Maryją – tak samo ma dorastać ze mną i we mnie. Nie jestem w stanie nawet sobie wyobrazić, ile ona musiała mieć wątpliwości, kiedy Jezusa za życia prześladowano – a jednak, wytrwała, i pod krzyżem poza nią była garstka (z apostołów zaś tylko najmłodszy Jan). 
Pokaż Bogu, że ci się chce, i że chcesz z Nim współpracować. To znaczy naprawdę bardzo dużo. I wystarczy, 

Przychodzi i leczy

Pewnego dnia, gdy Jezus nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę rzekł: Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga? Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy powiedzieć: Wstań i chodź? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do sparaliżowanego: Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu! I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj. (Łk 5,17-26)

Ta sytuacja przede wszystkim pokazuje pewien bardzo ważny kontrast. Przychodzi Bóg, Mesjasz, Zbawiciel, i od razu jest wokół Niego pełno ludzi. Ale dlaczego, po co, czego szukają? Tu różnią się zupełnie od siebie, można ich podzielić co najmniej na 2 grupy. Są ci, którzy – jak tamci z paralitykiem – poszukują ratunku dla nieuleczalnie po ludzku chorego, szukają Boga Ojca Miłosierdzia, Boga bogatego Miłosierdziem. Ale są też inni – ci, którzy szukali na Jezusa przysłowiowego „haka”, chcieli znaleźć jakąś sprzeczność w Jego słowach, gestach, uczynkach; czegoś, co pozwoli im Go zdyskredytować przed ludźmi. Pozbyć się wichrzyciela. 
Co robi Jezus? Uzdrawia, a jak. No właśnie – ale jak? Po kolei – najpierw odpuszcza grzechy, czyli wnika w tę najdelikatniejszą sferę ludzką, sferę sumienia, rozeznania dobra i zła. Bardzo często my sami robimy z siebie, uzurpujemy sobie prawo do bycia specjalistami, sędziami innych – ten jest taki, a tamta owaka. Nikt nam nie dał do tego prawa – a On jeden ma do sądzenia pełne prawo… i nie robi tego, a odpuszcza grzechy. Ulecza duszę człowieka, aby człowiek mógł przyjąć uzdrowienie ciała, które następuje potem, w drugiej kolejności. 
Zawsze mnie zastanawia w takiej sytuacji – na ile było tak, że człowieka napełniał niemocą i słabością właśnie ten grzech, który Bóg mu odpuścił. Na ile uleczenie ciała jest pochodną i dokonało się dzięki temu, przez to, że Jezus Chrystus oczyścił duszę. Jezus – jak wskazuje ewangelista – siedział i nauczał, czekając na ludzi spragnionych Jego obecności, Jego miłości, Bożego przebaczenia. Czekał na tych, którzy do Niego przyjdą, aby słuchać – świadomie, albo nieświadomie znajdujący w Nim własnie odpowiedzi na swoje pragnienia i wątpliwości. Poszukując Jego obecności w tym, co się – czasami bardzo niepoukładanie – dzieje w ich życiu, piętrzy i przytłacza. 
Dlatego tak ważne i pokrzepiające są słowa z I czytania (liturgia w ogóle jest z poniedziałku, z wczoraj): Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto – pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by zbawić was (Iz 35, 4). Krótkie zdanie, a jak wiele treści! Bóg mówi wyraźnie – nie bój się. nie lękaj się! Ze Mną nie ma rzeczy niemożliwych – w Tym, który jest prawdziwym Bogiem. Bóg nie przychodzi dla picu, przypadkiem, właściwie nie wiadomo po co – ale konkretnie, do każdego człowieka w jego indywidualnych potrzebach, problemach, wzlotach i upadkach. Tamten cierpiał i duchowo, i fizycznie – więc Jezus uzdrowił obydwie te sfery. To nie znaczy, że stajemy się nagle duchowymi supermanami i tytanami wiary (czego, swoją drogą, każdemu życzę) – ale tłumaczy: ze Mną nie musisz się bać, Ja to wszystko ogarniam, Ja zwyciężyłem już ten świat. 


To nie jest łaska i siła dana na chwilę euforii, przebłysk światła – a potem powrót do brutalnej rzeczywistości. Stąd we wspomnianym czytaniu też słowa „pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe!”. To nie jest pokaz Boga, największego showmana świata. To są pełne miłości słowa Boga Stworzyciela i Zbawiciela. Wystarczy ci Mojej łaski – bądź odważny. On przyszedł i ciągle przychodzi, aby zbawić każdego. Bez wyjątku. Czego więcej trzeba? 

Plac budowy

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże. (Łk 3,1-6)

W sumie może dziwić ten przydługawy wstęp – po co ta „metryczka”? Ano nie bez powodu. Bóg pokazuje, że zawsze Jego plan i działanie nie jest abstrakcyjne, gdzieś tam, ale konkretnie osadzone w czasie i miejscu, w precyzyjnych okolicznościach. Jego moc i Jego zbawienie dotykają człowieka w konkretnych okolicznościach – zawsze innych, ale i zawsze wyjątkowych i zaplanowanych. Tu Bóg zadziałał przez Jana Chrzciciela. 
Co jest niesamowitego w Janie? Dla mnie osobiście to, że… głosił w ciemno. Nie znał po ludzku Tego, o którym mówił, Tego, którego zapowiadał. Wiedział, że głosi Mesjasza, i zawierzył Bogu tak dalece, że nie wnikał w to, kim Zbawiciel obiecywany będzie. Wiedział, że Bóg Go objawi – i zamierzał to uczynić jego – Jana – rękami. 
To „prostowanie”, o którym traktuje Jan Chrzciciel, to po naszemu właściwie porządkowanie, ogarnianie – tak bardziej zrozumiale. Drepczemy – jedni dłużej, inni krócej – drogami naszego własnego życia, które w różnych dziwnych momentach i konfiguracjach przecinają się z drogami życia innych ludzi, mniej lub bardziej dla nas ważnych, kochanych, lubianych, czy w ogóle zrozumiałych. Zawsze jednak ku celu – temu mojemu, założonemu, gdzieś tu w tym świecie, ale mniej lub bardziej świadomie przede wszystkim ku Bogu, zmierzając do Tego, od którego pochodzimy, i który sam w sobie jest celem i odpowiedzią, choć nie zawsze taką, jak bym chciał. 
Ale uwaga – bardzo ważne – nie dla siebie, dla udowodnienia tylko czegoś samemu sobie, dla sprawdzenia tylko, czy dam radę. Konkretnie, dla Boga, dla Niego – dla Tego, który za chwilę przyjdzie w ciszy i skupieniu betlejemskiej szopki, przez którym uklękną bydło i pasterze, a przez pół ówczesnego świata przyjdą trzej mędrcy z darami symbolizującymi to, co wielkie w świecie: po to, aby je złożyć przez nowonarodzonym i bezbronnym Panem. Zdążamy z jednej strony z Nim, ale i ku Niemu, a z drugiej strony z tymi, których On stawia na naszej drodze (a nas na ich drodze życia). Taka niekończąca się plątanina ludzkich losów, myśli, pragnień, zwycięstw i radości, porażek i łez. 
To, do czego w tej niedzielnej liturgii zaprasza Bóg, to prostowanie tego, co można wyprostować i co ma sens – bo to jest o tyle istotne, że – jak to na drodze – zdarzają się ślepe zaułki, drogi jednokierunkowe. Nie ma pewnie dróg bez wyjścia – są jednak takie, które prowadzą właściwie donikąd, w których tylko traci się czas. Czasami najlepszym bowiem, co można zrobić, to przyznać się do porażki i spróbować skorygować kurs swojego życia. Takie prostowanie dróg na pewno nie jest lekkie, łatwe i przyjemne – ja to mało techniczny jestem, ale widać po tempie i mozole prac na drogach, że najpierw trzeba ileś tam warstw zdzierać, spiłować, potem wyrównać na nowo, coś tam powylewać, rozjechać walcem, odczekać. Kupa pracy. Ale każdy z nas wie, że dopóki się buduje i wznosi cokolwiek, co stoi na lewym, niepewnym, nierównym fundamencie – ryzykujemy, że się to wszystko po wybudowaniu po prostu złoży i rozwali. 

Bóg proponuje nam dzisiaj generalne porządki – w życiu, w sercu, w przywiązaniach, w celach, założeniach, punktach odniesienia. Jak się to w życiu pomiesza, wychodzą straszne serpentyny, ostre zakręty, wyboiste trasy i drogi donikąd. Będzie na pewno dużo roboty, potrzeba zaparcia, wysiłku, kto wie czy nie pojawią się przysłowiowe „krew, pot i łzy” – ale Jego zaproszenie to trasa nie dla idących na łatwiznę, ale dla ambitnych. Uwielbiam cytat z Mateusza: 

od czasów Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je (Mt 11,12)

który wprost odnosi się właśnie do Jana Chrzciciela jako początku. Jezus poszukuje Bożych gwałtowników, ludzi konkretnych, radykalnych! Jeśli myślisz, że pójdziesz raz do spowiedzi, zmówisz „paciorek”, jakąś litanijkę i będzie „cacy” – zapomnij, bo Bóg uwielbia zaskakiwać. 
Po co? No właśnie – dla zbawienia. Nagrody, celu tego wszystkiego. Jezus mówi to wprost – dla każdego, dla wszystkich. Dla ciebie. Te doliny do wypełnienia, góry do zrównania, drogi do wyprostowania – to ty i ja. Twoje i moje życie. Plac budowy, a właściwie przebudowy twojego życia.