Pójście na rekord czy post bez spiny?

Dzisiaj jest Popielec, Środa Popielcowa – jak kto woli – i może to dość banalnie zabrzmi, ale sporo ludzi, w tym i ja, zastanawia się nad tym: co by tu sensownego ze sobą zrobić przez ten czas, żeby było lepiej. Teoretycznie pytanie dość proste – jako że niedoskonali jesteśmy (a przynajmniej ja) dość mocno, więc właściwie to czego by nie spróbować, to raczej gorzej nie będzie… A jednak, bardzo łatwo jest zmienić się na gorsze. Ot, tak nieświadomie. Albo przedobrzyć.

Przede wszystkim jestem przeciwnikiem sprowadzania i swoistego degradowania czasu Wielkie Postu – jak to niektórzy podobnie robią z Adwentem – do czasu, kiedy… wystarczy nie jeść słodyczy. Nie wiem, może ktoś uzna to za czepialstwo, ale to chyba dość niepoważne? To znaczy, takie wyrzeczenie na poziomie podstawówki – dziecko z dobrego serduszka decyduje się nie jeść cukierków, lizaków, czekolady itp. Jak słyszę, że osoba dorosła – i to z miną bardziej niż poważną – w pewnym sensie chwali się tym, że właśnie oto zebrała się na takie wielkie wyrzeczenie poprzez odmowę słodyczy, to zaczynam wątpić w pewne sprawy. Podobnie jak w sytuacji – które ponoć mają miejsce – gdy dorośli zatrzymali się jakoś mocno dawno we wzrastaniu w wierze i dla nich (powiedzmy, czterdziestolatek, rodzina, małżonek, dzieci) spowiedź sprowadza się do przyjścia i opowiedzenia, że był niegrzeczny, skłamał i nie „zmówił paciorka”. No dramat i jakiś straszny infantylizm. Chyba że przejaw jakiejś wyjątkowej bezgrzeszności.

Słodyczy – albo i palenia, picia czy też innych używek – to można i na pewno warto sobie odmówić nie tylko na okoliczność Wielkiego Postu czy jakiegokolwiek okresu liturgicznego. Tak po prostu, zdroworozsądkowo – a mówi to facet z pełną świadomością, że powinien zrzucić sporo kilogramów. Czy Wielki Post to tylko taki coroczny fittness, dietka? Owszem, o ile ma to być ćwiczenie duchowe. 

Dawno nie czytałem tak ciekawego tekstu, jak opublikowanego u dominikanów pod refleksyjnym tytułem „Jak zmarnować i przegrać Wielki Post”. Polecam, żeby nie popełnić błędu! Jak choćby w kontekście pokusy „obskoczenia” wszystkich wielkopostnych nabożeństw – spokojnie, wybierz jedno i staraj się iść na nie co tydzień, ale pójść faktycznie i nie przespać go bezmyślnie w ławce. Tu nie o rekord idzie, a przynajmniej nie powinno. Wracając do tekstu, bardzo mądrze, z samokrytyką – autorka mówi o sobie samej – napisany klasyczny przykład tego, jak łatwo można przegiąć, pogubić się, spinać się strasznie, a nic nie wychodzi. No i z świetnym wnioskiem – szaleństwo autorki dało okazję do wyrzeczeń i umartwień tych, którzy byli jego (tego szaleństwa) świadkami 🙂 Jak można cel Wielkiego Postu zagubić pod natłokiem zbyt wielu planów, ambicji, chęci udowodnienia czegoś koniecznie sobie, nie patrząc na okoliczności i to, co się dzieje naokoło, jak to wpływa i czy nie rani, nie boli osób mi bliskich: bo ja właśnie staję się duchowym supermanem. W efekcie – zamiast powyprostowywania rzeczy, ułożenia, uporządkowania tylko pogorszenia wszystkiego, skomplikowania, zepsucia.

Rozwiązanie? Jak tego Wielkiego Postu nie zepsuć? Bardziej niż trafnie – a przy tym metaforycznie – napisała o tym niejaka Mońka Szeligowska z ekipy 12 Kamieni w tekście, dosłownie, stanowiącym refleksję nad znalezioną w plecaku po wakacjach spleśniałą kanapką. Zamiast zawodowego „gdybania” i rozdzierania szat nad tym, co i jak to mogłem zrobić, mogłem zmienić – najlepiej w Wielką Sobotę w południe – po prostu wyluzować. Pomyśleć teraz, na początku. Postarać się – nie dla siebie, nie dla starania, ale dla Boga. „Bierzesz za siebie odpowiedzialność. A potem po prostu zdejmujesz tornister z suszarki i zaczynasz nowy rok. Jeszcze nie wiesz, że czeka cię niejedna zielona kanapka, zanim się w końcu nauczysz. Życie”. Żeby iść do przodu, rozwijać się, wzrosnąć choćby o troszkę. 

Nie trzeba stać się duchowym gigantem już dzisiaj, rozwalić system i wygrać jakiś niepisany konkurs na wielkopostnika (?) roku. Bóg doceni i ucieszy się tym, że się starasz i idziesz dalej, do przodu. Jak w tej przypowieści o nieurodzajnym drzewie figowym (Łk 13, 6-9): Pan nie wycina od razu ze swojego Idealnego Ogródka tych, którym nie wychodzi, ale pielęgnuje, zainwestuje jeszcze w nawóz – da szansę, żeby może za rok zaowocowało. Ten Wielki Post nie ma być czasem zmarnowanym duchowo i ma motywować – a może rezultat, efekt zobaczysz dopiero za jakiś czas, na przykład za rok, albo i później. Progresja – nie ustawać. 

Dzisiaj uświadomiłem sobie, że taki punkt wyjścia na Środę Popielcową jako intro do Wielkiego Postu jest w przypowieści o synu marnotrawnym (Łk 15, 11-32). Tekst pewnie znany każdemu, dość długi, ale ja nie chcę w nim zwrócić uwagi na to, co zwykle – że starszy syn be, że ojciec miłosierny itp. Trudno pozazdrościć temu młodszemu sytuacji – przewalił całą kasę, (nie należny mu w sumie jeszcze!) spadek po ojcu, i znalazł się w sytuacji gorszej od trzody: świniom jeść dawali, bo je tuczyli, a jemu już nie. Osiągnął dno, ale wyciągnął wniosek. „Zabiorę się i pójdę do mego ojca (…) Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca”.

To jest punkt wyjścia, i bez niego ani rusz. Dopóki działam, przekonany o własnej co najmniej adekwatności (jeśli nie doskonałości), umiejętnościach, wybitnych uzdolnieniach – nic raczej nie wyjdzie, na pewno na dłuższą metę. Współpraca z łaską Bożą zaczyna się wtedy, kiedy ustępuję pola i przyznaję: Panie, wierzę w Ciebie, zbaw mnie, bo możesz, chcesz, kochasz; a ja sam to sobie mogę… Wstań i idź do Ojca – nawet jak Go nie widziałeś, nie rozmawiałeś z Nim od I Komunii Świętej, bierzmowania czy ślubu, bo Mu coś zarzucasz, masz  coś żal itp. Zrób ten mały krok właśnie po to, żeby ze zdumieniem stwierdzić, że On już na ciebie czeka. I to z otwartymi ramionami. Bez znaczenia, co i komu zrobiłeś. 

Żeby było jasne – nie, nie jestem minimalistą. Raczej staram się być realistą i mam jakieś tam swoje doświadczenia, zbieżne mocno z doświadczeniami autorki tekstu od dominikanów. Można wiele zepsuć, przesadzając – i nic dobrego nie zrobić. Tylko o to chodzi. Żeby spróbować mniej, sensowniej – ale konstruktywniej i ostatecznie z sukcesem. Powolutku, Pan Bóg się nigdzie nie wybiera. Zaplanuj tak, żeby się udało – mniej, a bardziej z głową. 

I jeszcze jedno – nigdy na zewnątrz, na pokaz. O tym ładnie mówi dzisiejsza Ewangelia (Mt 6,1-6.16-18), Pan Bóg widzi dalej i lepiej, nie potrzebuje zachwytów ludzi, żeby docenić wysiłek danej osoby. Chyba, że chcesz być – Jezus nazwał to wprost – obłudnikiem. Słaba perspektywa.

Czas Wielkiego Postu jest okresem wielkiego porządkowania sumień. W modlitewnym wyciszeniu zechciejmy odchodzić od tego, co naznaczone agresją i zgiełkiem. Jednocząc się w rozważaniu męki Chrystusa, zatroszczmy się o Jego program sformułowany w samotnych rozważaniach na pustyni. Wyrażają go słowa: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1, 15). Błogosławię wszystkim, którzy w atmosferze medytacji i skupienia skierują swą uwagę w stronę Ewangelii, aby w codziennym życiu okazywać konsekwentną postawę świadków Królestwa Bożego.

To słowa z listu wielkopostnego z 2006 r. + abp. Józefa Życińskiego (1948-2011). Dziś mija 5 lat od jego odejścia. Westchnij w jego intencji, proszę.

Dodaj komentarz