Smrodek nawozu

pexels.com

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć. (Łk 13,1-9)

No tak – znowu w tym Kościele straszą. Co to nie będzie, jak się nie poprawimy, jak nie poukładamy swoich relacji z Bozią. To nas, nie przymierzając, jak nic szlag trafi. Bardziej niż pewne. Tak? No właśnie nie. Gdyby tak miało być – już dawno powinno nas tu nie być, biorąc pod uwagę, ile każdy ma za uszami (a każdy dobrze wie, że ma…). To nie jest straszenie – ale ostrzeżenie. 

Ewangelia w tym obrazku to jakby dwie części. Pierwsza to przypomnienie czy to ofiar koniunkturalistycznego namiestnika-marionetki Piłata, czy to ofiar zawalenia się wieży w Siloam. W mentalności wielu z nas dzielnie (i kompletnie bez sensu) siedzi sobie takie równanie: aha, komuś coś się złego stało, znaczy się że on jest „be” i go Pan Bóg pokarał. Nagrabił sobie – to ma. A to wcale tak nie jest – czego przykładem jest historia Hioba, którego Zły doświadczał nie dlatego, że Hiob był zły, tylko dlatego, że chciał coś Bogu udowodnić, a Bóg sam powiedział, że „nie ma na całej ziemi drugiego, kto by tak był prawy, sprawiedliwy, bogobojny i unikający grzechu jak on” (Hi 1, 6-12), albo historia odzyskania wzroku przez niewidomego od urodzenia, co oczywiście traktowano za karę za grzechy jego rodziców, a czemu Jezus wyraźnie zaprzeczył (J 9, 3). Śmierć i zło to owoc wyboru człowieka, który gdzieś tam się pogubił – i nie chodzi mi o to, że w tych konkretnych przytoczonych przez Jezusa w Ewangelii sytuacjach zawinili jakoś wszyscy ci, których zabił Piłat, albo tamci przywaleni wieżą; to było by tak absurdalne, jak uznanie za winnego każdego, kto zginął w wyniku jakiegoś wypadku, którego sam nie spowodował, choćby samochodowego. Śmierć przyszła na nich i nie byli na nią przygotowani, bo żyli jak żyli. I tu jest dramat – a raczej konsekwencja może być dramatem, czyli wieczność bez Boga.

Śmierć to jest rzeczywistość dla każdego z nas bardziej niż oczywista i pewna – bo doświadcza jej każdy, także doświadczył Jezus. Jezus nie przestrzega ani nie zachęca do próbowania oszukania śmierci, bo i takie interpretacje kiedyś słyszałem (?), ale do tego, aby w chwili śmierci być pojednanym z Bogiem i gotowym na spotkanie z Nim. Czyli zawsze. 

Dlaczego to jest takie ważne? Tu przechodzimy do drugiej części obrazka – czyli przypowieści o nieurodzajnym drzewie figowym. Ta przypowieść jest bardzo, hm, obrazkowa dla mnie, bo odnosi się do przykładu rośliny, czyli czegoś co owocuje w pewnym cyklu, regularnie (nie mówiąc już o tym, że figowiec jest wyjątkowo wydajny – owocuje dwa razy do roku). Bóg pokazuje w tym – masz szansę nie raz, ale kolejny raz, i kolejny – i nikt nie wie, ile ich jeszcze będzie, ale ja ci ich nie żałuję. 

Wydaje mi się, że dość często ludzie tracą z Bogiem relację, odwracają się do Niego plecami i żyją tak, jakby Go nie było, z powodu jakiejś trudnej sytuacji, dramatu życiowego, którego doświadczyli kiedyś – i którą to sytuację zinterpretowali tak, że to Bóg dał ciała, bo czegoś nie zrobił, w czymś nie pomógł. Sprawa zawodowa, przyjaźń, związek, choroba, śmierć. Ja wiem, że czasami jest często – ale w swoim, może nie Bóg wie jak długim, ale jednak przeszło już trzydziestoletnim życiu nie widzę teraz ani jednej sytuacji, aby Pan nie miał racji – tylko ja, żeby to zrozumieć, musiałem poczekać, ochłonąć, ocenić wszystko z dystansu. Kiedy coś się wali, na czym mi zależy, też zdarza mi się złorzeczyć – czemu ta kłótnia, po co ten spór, dlaczego on/ona jest chory, czemu zabrał moją Mamę, dlaczego nie mogę znaleźć lepszej pracy choć się bardzo staram (to nie przykłady teoretyczne – prawdziwe, moje, bardzo aktualne). Różnica między Bogiem a człowiekiem jest tu taka, że On ciągle daje nową szansę mnie, tobie, każdemu; a my bardzo chętnie stawiamy na Nim kreskę, na amen. 

To jest takie dość absurdalne. Wiele osób otacza się roślinami – ma ich dużo w domu, poświęca czas na pielęgnację, podlewa, przycina, nawozi, czyta, jak o nie dbać, żeby jak najładniej i najlepiej rosły – nawet jak po jakimś czasie niewiele widać efektów tej pracy, nie kwitnie tak, jak powinna. To jest zrozumiałe i oczywiste. A równocześnie w ogóle nie potrafimy zrozumieć i przyjąć, że tak samo Pan Bóg działa wobec ludzi. O tym jest ta historia.

Pan Bóg każdego dnia przychodzi do swojego drzewa figowego – każdego – i patrzy, co to z niego wyrosło, czy owocuje. Jedno drzewko nazywa się Tomek, inne Kasia, czy jakkolwiek. Tylko że On w tej historii nie jest właścicielem drzewka – ale ogrodnikiem. Gdyby chciał wyciąć, usunąć kogokolwiek z nas – nie ukrywajmy, milion razy każdy dał Mu do tego powód; jak się dobrze zastanowię, pewnie i dzisiaj ja sam. Bo jesteśmy uparci jak te osły, za wszelką cenę chcąc żyć po swojemu, kierować się tym, co jest w danej chwili wygodne – a do Pana przybiegamy z płaczem tylko wtedy, jak się pali i wali. Wyjaławiam ziemię jego świata, i to jest pewne – nie mam żadnych wątpliwości. 

Dobrym pomysłem, że skonfrontować się ze swoim życiem jest tu rachunek sumienia – czyli takie uczciwe stanięcie przed Nim i przyznanie: kurczę, zawaliłem, dzisiaj nie przyniosłem żadnego dobrego owocu. Co jest piękne? On mnie nie przekreśla – nie mówi: won, bo zawadza. Zamiast tego, Pan Bóg jak ten dobry ogrodnik znowu, często na wyrost, zakłada: dam mu szansę, może wyda owoc. Inwestuje w ten nawóz, ryzykuje dalsze wyjałowienie gleby na której żyję jak ta roślinka – ale daje szansę. Jedną, drugą, n-tą… Problem jest wtedy, kiedy z założenia to odrzucam, ignoruję – i w końcu pewnego dnia staję przed Nim po śmierci, kiedy już niewiele można, i okazuje się, że czas na owocowanie się skończył, i ze mnie tych owoców po prostu nie ma. 

To może dziwnie zabrzmieć, ale czasami takim nawozem w życiu będą… trudności. Taki dziwny prezent od Boga. Bo jeśli człowiek nie słucha, nie chce pewnych rzeczy zobaczyć, zrozumieć, przyjąć – czasami nie da się inaczej, jak nim po prostu wstrząsnąć, poruszyć do głębi. Nawet, jeśli to zaboli. Po to, żeby zobaczył, że coś może nie do końca robi dobrze – albo i wręcz kompletnie źle. Żeby zrozumiał, że to nie jest wina Boga, że coś mu w życiu nie wychodzi – ale wypadkowa jego własnych decyzji i posunięć. Może to czasami jest tak, że w moim życiu muszę poczuć smrodek nawozu, którym mnie Jezus obkłada, żeby zrozumieć i przyjąć, że potrzebuję Jego pomocy i zmiany. W kościele w kontekście – trwającego – czasu Wielkiego Postu pojawia się czasami pojęcie „błogosławionej winy”; co powiesz na pojęcie na błogosławiony smród nawozu? Nie jest najpiękniejszy, brudzi, śmierdzi czasami okropnie – ale jest dobry, pomaga.

W kontekście tego tekstu można przyjąć dwie postawy. Albo uznać „moje na wierzchu” i zamknąć się na Pana Boga jeszcze bardziej. On to przeżyje, choć zasmuci się takim uporem. Albo przyjąć to ostrzeżenie i wziąć do serca, aby się z Nim tak w życiu postarać mniej rozmijać i częściej chcieć dostrzec Jego, Jego znaki i to, że On na mnie liczy, bo mnie po prostu bezinteresownie kocha – stąd to ciągłe nawożenie i pokładanie nadziei, że będzie ze mnie dobro. 

Nikt z nas nie wie, ile ma danego tutaj czasu – może dzień, może rok, może pół wieku. Jezus Chrystus proponuje bardzo konkretne zasady gry i daje bardzo piękną obietnicę wieczności, a okrasza to wszystko swoim Miłosierdziem jako furtką, którą dostajemy, żeby zresetować niejako syf w swoim życiu, kiedy nagrabimy i trzeba posprzątać. Ale aby je przyjąć – trzeba w nie uwierzyć i w Tego, który je daje, który jest miłosierny; przyznać, że narozrabiałem, że nie wyszło, i chcę spróbować od nowa, lepiej. Najpiękniejsze jest w tym wszystkim to, że Bóg tak naprawdę wszystko złożył w moje własne ręce. Ja wybieram i decyduję.

W tym kontekście – jeszcze jedno bardzo ważne zdanie z II czytania: Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł (1 Kor 10, 12). Mówię o nim dlatego, że po sobie wiem, jak to różnie się układa, kiedy podejmuję jakieś ważne decyzje. Jest hurraoptymizm, bardzo szybko nabieramy jakiejś dziwnej pewności siebie, zahaczającej o pychę i wywyższanie nad tymi innymi… A nawrócenie nie może się dokonać bez pokory i dystansu wobec samego siebie. Uważaj – jak się zleci na dół, to boli.

foto: pexels.com

Dodaj komentarz