Powstań! Świeć!

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2, 1-12)

Nie mogłem się powstrzymać z tym obrazkiem made by Dayenu. Jeśli ktoś nie zna – to tekst z Autobiografii Perfectu sprzed lat już całkiem wielu, kapitalnie pasujący dla zobrazowania paradoksu sytuacji, w której tych trzech się znalazło.

Czytaj dalej Powstań! Świeć!

Wystarczy się Nim podzielić

Jan Chrzciciel stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie? Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz? Odpowiedział im: Chodźcie, a zobaczycie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: Znaleźliśmy Mesjasza – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas – to znaczy: Piotr. (J 1,35-42)

Myślę, że każdy z nas w pewnym momencie życia uświadamia sobie, że chciałby spotkać Boga – jako Tego, który jest sednem, odpowiedzią na wszystkie moje pragnienia, tęsknoty i potrzeby.
Czasami dramat sytuacji polega na tym, że właśnie nie ma kto mi Boga pokazać. Że jestem tak bardzo zacietrzewiony, zawzięty, wściekły na Pana, na siebie, właściwie to na wszystkich i na wszystko, że… No właśnie. Zamykam się w takiej bezmyślnej spirali, nakręcając się coraz bardziej, obwiniając wszystko naokoło (oczywiście, poza sobą…) za moje niepowodzenia, porażki, niewłaściwe decyzje, a przede wszystkim ich konsekwencje.
Jakie szczęście miał Piotr. Bo miał przy sobie Andrzeja, i to właśnie jego brat pokazał Mu Jezusa. Z kolei Andrzejowi – jak pokazuje ten obrazek – na Baranka Bożego wskazał nie kto inny, tylko Jan Chrzciciel. Działamy jak połączone naczynia i prawdą jest, że nikt nie jest samotną wyspą (John Donne). Wpływamy na siebie, dochodzi pomiędzy nami do interakcji. Pięknie, gdy sobie pomagamy i prowadzimy we właściwym kierunku – jak Jan Andrzej, a potem Andrzej Piotra. Gorzej, kiedy jeden niepoukładany człowiek zwodzi drugiego; jak to powie w innym miejscu ewangelista: jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną (Mt 15, 14b), i w dużym uproszczeniu tak to właśnie się kończy.
Czasami to jest człowiek, czasami jakieś zdarzenie, bodziec, coś czego nie utożsamiamy może z nikim konkretnym. Dostajemy „na twarz” taki mocny i czytelny znak – właśnie tutaj i na ciebie działa Bóg. Przechodzi obok. Ogarnij się!
 
Kiedyś zastanawiałem się: o co chodzi z tym pytaniem Jezusa, gdzie mieszka? Człowiek wyraża zaciekawienie, zainteresowanie – bo Bóg przyciąga. Oczywiście, odpowiada i zachęca – chodź, sam zobacz. Ale sam – w sensie, wykonaj wysiłek, poświęć czas, zobacz sam. W tym obrazku po prostu poszli za Jezusem i spędzili z Nim dzień – ale nie zawsze musi być i będzie tak łatwo.Czasami ta droga, jaką człowiek musi odbyć, aby znaleźć Boga, będzie dłuższa, i będzie wymagała cierpliwości, uporu, konsekwencji. 
 
Ale warto. Dlaczego? Pewnie Andrzej nawet nie zauważył, ale od razu, może bezwiednie, sam zaczął przyciągać ludzi do Boga. Zaprowadził do niego Piotra – tego, który miał stać się Skałą.Pomyśl, kim ty sam możesz stać się dzięki Bogu i w Bogu. Wystarczy się Nim podzielić. 

Pierwsi apostołowie pastuszkowie

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)

Wiele osób – poza tym, jak konfrontują się z rzeczywistą „zawartością” szopki – w ogóle nie pamięta o nich, że tacy tam byli. Pasterze. W sumie, właściwie kto? Byle kto. Pospólstwo. Prości i pewnie nie bardzo majętni, nikt z kim trzeba by się było liczyć. Ot, napatoczyli się…
Dokładnie właśnie tak. Może i byli tam przypadkowo – po prostu, jak co wieczór i co noc, mieli pieczę nad własnymi albo powierzonymi im stadami owiec. Czyli zarywali noc, żeby jakiś wilk czy inny drapieżnik nie zeżarł im nic z inwentarza. Czy jednak? Dla nas przypadkiem jest najczęściej to, co nie pasuje do puzzli moich stereotypów, sposobu postrzegania świata i ludzi. U Boga nie ma przypadków. On ich tam przyprowadził, do betlejemskiej stajenki, bo tak właśnie chciał i bo wiedział, że oni w prostocie swoich serc zrozumieją, Kogo widzą w żłobie.
Nie będą kalkulować i się zastanawiać, jak Herod, czy Go zabić czy może coś innego się opłaca.Zrobią to, co człowieka czyni najbardziej wymownym wobec rzeczywistości Boga, nawet tak niesamowicie różnej od naszych wyobrażeń, bo w postaci noworodka: uklękną, oddadzą pokłon. Przyjmą to całe wydarzenie, którego byli – poza zwierzętami – pierwszymi świadkami z właściwą im prostotą, opowiedzą to dalej, mimo zdziwienia czy niedowierzania słuchaczy.Uwielbią Boga, tę Maleńką Miłość, tak naprawdę stając się pierwszymi, którzy tego małego Człowieka będą głosili innym – co my kontynuujemy dzisiaj 2000 z hakiem lat później. To wszystko, całe życie Jezusa, Jego misja, głoszenie, uzdrawianie, aż po krzyż i zmartwychwstanie – to wzięło początek właśnie stamtąd, kiedy grupka pasterzy zbiegła się przy szopce.
 
Choć to może dziwnie zabrzmieć, w pewnym sensie Kościół ma swój początek właśnie między tamtymi pasterzami, którzy pierwsi głosili Mesjasza narodzonego z Maryi, na wiele lat przed Janem Chrzcicielem (miał pewnie wtedy jakieś… pół roku?).
To jest zarazem bardzo prosty, ale i bardzo dobry pomysł na ten nowy rok. Po prostu w Boga się zasłuchać, iść we wskazanym kierunku, przyjąć od Niego to, do czego On prowadzi, a potem opowiedzieć o tym dalej innym, uwielbiając Go za wszystko, co On daje. Pasterze pewnie niewiele rozumieli, dokąd zmierzali i gdzie byli nocą prowadzeni – ale gdy już znaleźli Świętą Rodzinę, to ten fakt napełnił ich wielką radością i wdzięcznością Bogu.
Pozwólmy i my się Mu, z taką samą pokorą i zaufaniem, po prostu poprowadzić przez ten nowy rok.

Słowo na nowy rok

Dzisiaj króciutko – bo z jednej strony koniec roku za pasem, z drugiej liturgia mówi o Słowie w tych samych słowach, o których pisałem w kontekście samego Narodzenia Pańskiego kilka dni temu (J 1,1-18).
Nie należę do tych, którzy mogą powiedzieć „uff! jak to dobrze, że się ten rok kończy!”. Skończyłem aplikację i zdałem korporacyjny egzamin zawodowy – przynajmniej w teorii ciekawa perspektywa. Synek zaaklimatyzował się ładnie w nowym przedszkolu i świetnie się rozwija. Żona, rzutem na taśmę i właściwie „z bomby”  znalazła lepszą pracę… w starej pracy (wynik 100% – pierwsze podejście, od razu sukces; żadna ustawka, konkurs). Żyjemy, jesteśmy zdrowi, na życie wystarcza (oczywiście, jakby było więcej, to można by mieć nieco większe mieszkanko i mniej strupieszały samochód – i nie chodzi mi o wymianę dwuletniego mercedesa na nowy model :P).
To był dobry rok – choć dla mnie pod znakiem pewnego rodzaju rozczarowania. Teoretycznie sobie to dość dobrze i długo tłumaczyłem, ale niedosyt pozostaje. W końcu bardzo się starałem, aby zmienić pracę i robić coś bardziej w zawodzie. Spinałem się, uczyłem, startowałem, wysyłałem… i nie wyszło z tego nic. Może za dużo chcenia i przysłowiowego „parcia na szkło”? Kolega – i to nie teoretyzując, ale na własnym przykładzie – uświadomił mnie, że miał tak samo, też się rozczarował; a potem, kompletnie z zaskoczenia, trafiła mu się praca, do której w życiu by nie spodziewał się, że ją dostanie, ot tak. Dlatego wierzę i tłumaczę sobie: przyjdzie mój czas, Bóg wie lepiej. Szkoda, że ten czas tak leci…
Czego życzę na ten nowy rok?
Ewangelista powie, że „na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał”. No więc życzę poznawania, zauważania i zachwycania się Bogiem przez ten cały rok. Nie planowania tego czy układania jakiś założeń: tu, teraz, dzisiaj. Nie wiesz, czy obudzisz się jutro. Żeby On był przyjacielem, powiernikiem, takim z potrzeby serca, nie z przymusu czy przyzwyczajenia. W rozmowie, nie w relacji „paciorkowej”. „Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi”. A zatem, żebyśmy się tego dziecięctwa Bożego w nas nie bali i nie uciekali przed nim. Nie zagradzali Panu drogi, nie szufladkowali swoich spraw: tu możesz i działaj, a od tego wara. Otworzyli się – nie na chwilę – ale tak już na zawsze przed Nim. 

Skoro Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami – nic już nie jest takie samo. To nie jest jak cyrk – pokazali swoje, zwinęli się i wraca szara rzeczywistość. Raz, że trwamy do jutra w oktawie Narodzenia Pana, wyśpiewując Gloria w codziennej Mszy (w Adwencie tylko na roratach, w niedzielę – wcale). Dwa, że Bóg w Jezusie przyszedł i stał się człowiekiem, a więc po prostu już tym człowiekiem pozostał, na zawsze, i jest nim także dzisiaj, kiedy Zmartwychwstał. To zmienia wszystko.

Życzę – Tobie, czytającej (czytającemu) te słowa, Waszym rodzinom, przyjaciołom, ale też po prostu tym, z którymi będziecie się stykać w nadchodzącym za 9 godzin nowym roku – radosnego trwania w prawdzie o Panu Jezusie, który jest tuż obok, przy każdym z nas i po prostu przytula nas do swego serca. To wszystko zmienia i wobec tego nie można przejść niezauważenie, bo to ma wpływ na wszystko i wszystkich, każdą naszą relację. Oczywiście, także zdrowia i – a co! szczerze! – tego, żeby i pieniążków trochę więcej było.

PS1: To „Słowo” w nagłówku – to nie, że moje słowo do czytelnika; chodzi o Jego Słowo do każdego z nas 😛
PS2: Właśnie uświadomiłem sobie, że w tym miesiącu napisałem 33 teksty. W życiu tyle mi się nie zdarzyło. To przytłacza.

Nagroda za wytrwałość

Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta – Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2,22-35)

Ten obrazek (teksty z wczoraj i dzisiaj) pokazuje, że Święta Rodzina to żadni ludzie, którzy w związku ze swoim wybraniem, swoją rolą i oddaniem im pod opiekę Jezusa uważali by się za lepszych, wyjętych spod Prawa, mogących robić, co im się podoba. Wiele lat później Jezus powie, że nie przyszedł prawa znieść, ale je wypełnić (Mt 5, 17). Dlatego doszło do tej sytuacji, dlatego tamtego dnia poszli do świątyni: aby uczynić zadość temu, co ustanawiało prawo mojżeszowe.
Czym się wyróżniali Symeon i Anna? Pewnie niezbyt wieloma rzeczami. Na pewno byli już mocno posunięci w latach. A jednak, ewangelista mówi właśnie o nich. Dlaczego? Bo w ich życiu Bóg bardzo dobitnie pokazał, że spełnia obietnice. Że wypełnia dane słowo. Obydwoje byli ludźmi wiary, głębokiego zawierzenia (stąd działanie Ducha Świętego w nich, o czym mowa wprost); w stosunku do Anny pada wręcz pojęcie prorokini. Można by zapytać – na co, na Kogo czekali? Bo to nie takie oczywiste – dla wielu Izraelitów przyjście Mesjasza oznaczać miało po prostu rewolucję, zbrojny powstanie przeciw Rzymowi i zdobycie władzy, królowania w taki właśnie – namacalny, realny – sposób.
Symeon czekał na Mesjasza – po prostu, Tego, którzy przyjdzie od Boga. Pewnie był człowiekiem bardzo doświadczonym i życie po prostu nauczyło go, aby nie zakładać nic, nie czynić niepotrzebnych założeń, nie stawiać tez i nie gdybać. Bóg obiecał, że ujrzy Mesjasza – więc czekał. A Duch Święty sprowadził go do świątyni (podobnie jak Annę) w tamtej właśnie chwili, kiedy wchodziła tam Święta Rodzina. Podobnie i Anna, która dosłownie służyła Bogu i czekała na Mesjasza tam, w miejscu uważanym za Jego dom, aby być blisko.
Doczekali się obydwoje, choć wielu na ich miejscu mogło by być zdziwionych. Żart jakiś? Małe dziecko w pieluszkach, niemowlak nie umiejący pewnie jeszcze usiąść, jeść samodzielnie, a co dopiero cokolwiek powiedzieć, napisać czy zadziałać? To ma być ten Mesjasz? Tak, bo Bóg obiecał Mesjasza, i w taki właśnie, najbardziej normalny, sposób Mesjasz przyszedł między ludzi: urodził się człowiekiem, łącząc natury boską z ludzką w swojej osobie. Czy to jest aż tak dziwne i niezrozumiałe? Przy naszym rozumieniu władzy może i tak. Ale tak naprawdę – czy to nie był najbardziej oczywisty sposób? W każdym razie, wiara była potrzebna choćby do tego, aby pojąć taką a nie inną prawdę – wielki i nieograniczony Bóg w maleńkiej kruchej dziecinie. Prawda, którą ogarnąć można tylko wiarą. 
Ci dwaj staruszkowie to dla nas naprawdę niedościgniony wzór. Nie tylko uśmiechania się i rysowania rybek czy gołębi, jak jest fajnie i się wszystko układa – ale wytrwałości, oczekiwania i zawierzenia Bogu. I to nie na dzisiaj, jutro czy rok; oni czekali całe życie, kilkadziesiąt pewnie lat. Czekali może po ludzku bez sensu, wbrew logice i nadziei, którą wielu by dawno straciło – i dlatego w Ewangelii czytamy właśnie o nich, a nie o tylu innych młodych, narwanych, zmieniających zdanie, założenia czy punkt odniesienia co chwilę, w zależności od sytuacji. Warto było? Zobaczyli Jezusa, oczekiwanego Mesjasza. Tak, warto było. Bóg obiecał i słowa dotrzymał, nagrodził wytrwałość i cierpliwość. 
Dzisiaj kantyk Symeona Bóg jeden wie ile osób codziennie odmawia jako hymn w komplecie, ostatniej wieczornej godzinie kanonicznej w ramach modlitwy brewiarzowej. Piękna modlitwa dziękczynna – w liturgii godzin jako zwieńczenie dnia, w ustach Symeona jako wdzięczność ku Bogu za zrealizowanie obietnicy sprzed lat.
 
Pan Jezus przychodzi i pragnie być rozpoznany, tak jak Go rozpoznali Symeon i Anna. Ile już razy odwracałeś, mniej lub bardziej świadomie, wzrok od Niego? Nie uciekaj, nie odwracaj się od Niego. I nie chowaj Go gdzieś do kieszeni, głęboko. Idź z Nim do każdego na swojej drodze, bo tam właśnie On pragnie dotrzeć. 

Dramat Heroda i wiara Józefa

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma. (Mt 2,13-18)

Zasygnalizowałem już myśl tego tekstu w jednym z poprzednich – dramat Heroda polegał na tym, że poszukiwał Jezusa z niewłaściwych pobudek. Nie da się ukryć, szukał Mesjasza – ale nie po to, aby oddać Mu pokłon i uwielbić Go, ale aby położyć swoje łapy na Tym, którego uważał za konkurenta, i Go po prostu wyeliminować. Zabić. To pokazuje, że do stajenki betlejemskiej można iść także nieuporządkowanym, ze złem w sercu i w wielkim zagubieniu. 
No właśnie – można. I korci mnie, żeby napisać, że samo to, że taki ktoś po ludzku pogubiony idzie do Betlejem nie jest złe, bo zawsze może poddać się łasce Boga, kiedy już tam dotrze. Ma taką możliwość. Ma wybór. Punkt wyjścia to wyruszenie w drogę, po drodze może się wydarzyć wiele, ale i samo spojrzenie Zbawicielowi w oczy może dosłownie uzdrowić człowieka i oczyścić ze wszystkiego, co w nim jest słabe i złe. 
 
Tylko że trzeba tego chcieć, wyrazić takie pragnienie. A Herod chciał – owszem – ale pozbyć się problemu, bo w jego kategoriach takim właśnie była Maleńka Miłość. Stąd szaleństwo zabijania dzieci – które Kościół wspominał wczoraj jako Młodzianków Męczenników – w określonym wieku (teoretycznie nie udokumentowane i nie wynikające ze źródeł na taką skalę, jak to opisuje ewangelista – a raczej tego typu wydarzenie trafiło by do kronik; może było nieco na mniejszą skalę? i tak pozostawało szaleństwem i przekroczeniem jednego z przykazań); co więcej, które miało dotknąć także rodzinę władcy, jako że zabił także kilkoro swoich dzieci i jedną z żon (przy czym – co trzeba wyjaśnić – historycy wprost wskazują, że cierpiał on na chorobę umysłową). Ci maleńcy nie zdążyli wyznać wiary w Jezusa, ale oddali swoje życie z Jego powodu.
 
Duch Święty przechytrzył tyrana. Mędrców wysłał do domu inną drogą (Mt 2, 12 – znowu, jak przy Józefie i jego wątpliwościach co do ciąży Maryi, Bóg przynosi odpowiedź we śnie), a Józefowi po prostu kazał uciekać do Egiptu. Przypadek? Bynajmniej. Wypełnienie proroctwa z księgi Ozeasza (Oz 11, 1). Pojęcie „Słowo stało się ciałem” nabiera całkiem nowego znaczenia, kiedy człowiek się wsłuchuje w nie – jest twórcze, napędza do dobrego działania, owocuje właściwym kierunkiem i konkretnymi decyzjami w życiu. Tak, jak u Józefa, który pewnie rozważał wiele wariantów tego, co począć. We mnie ono staje się ciałem wtedy, kiedy zaufam Bogu i pozwolę Mu się poprowadzić. Nawet, a może przede wszystkim wtedy, kiedy po ludzku wydaje się to absurdalne.
Ciekawostka – wyczytałem w bardzo fajnej książce Maryja. Biografia Matki Bożej Pawła Nowakowskiego (taka maryjna lektura adwentowa, choć nie najprostsza, to z wieloma ciekawostkami i bardzo precyzyjnie oparta na źródła, również apokryficznych) – właśnie z tej sytuacji niektórzy tłumaczą to, że Jezus był położony w żłobie. Nie ot tak, ale ze względu na poszukiwania siepaczy Heroda. Maryja miała Go po prostu… schować pomiędzy sianem w żłobie i dzięki temu uratować przed zabiciem.

Moja święta rodzina i o liście słów kilka

Wczoraj właściwie w kontekście Niedzieli Świętej Rodziny chciałem napisać w sumie tylko tyle, że każda – moja, twoja – rodzina jest święta taka, jaka jest. Jezus, kiedy przyszedł na świat, uświęcił i przeniknął świętością ludzkość jako taką – i odtąd każdy jest święty i wezwany do świętości. To nie ma znaczenia, że czasami puszczają nerwy, że się kłócimy, że są ciche dni, że dziecko czasami coś zbroi – to znaczy ma, bo tego być nie powinno; ale i tak rodzina jest święta właśnie dlatego, że jest rodziną. Dlatego, że jest dana nam przez Boga – mnie, tobie, żonie, mężowi, dzieciom – właśnie po to, abyśmy w niej wzrastali, wszyscy razem, ku świętości.Oczywiście, są też ludzie wybierający inny stan – bezżeństwo, kapłaństwo, życie zakonne – i to po prostu inne drabinki, inne ścieżki do tego samego celu (nie lepsze, nie gorsze; inne).
To dobrze, gdy i kiedy widzę, że jest wiele do przepracowania – we mnie, w moich relacjach, w moich reakcjach – bo to znaczy, że troszczę się o tę rodzinę .Tak być powinno. Nikt z nas nie jest doskonały i właśnie dlatego to jest ważne, aby nie osiadać na laurach (a to się zdarza: po ślubie, to już nie trzeba się starać…). Potem kiedyś pojawia się dziecko, jest więcej obowiązków, już nie można tylko myśleć o przyjemnościach i czasie spędzonym we dwoje. Proza życia – ale życia takiego właśnie, jakie sam przeżył Jezus. On je uświęcił właśnie dla nas. 
 
To dobry czas, by się pomodlić:
  • za współmałżonka, narzeczoną/narzeczonego
  • za dzieci
  • o dar rodzicielstwa.
>>>
I właściwie tu by się wpis skończył, ale… trafiłem wczoraj na FB na wpis Szymona Hołowni odnośnie listu Episkopatu na wczorajszą niedzielę. Po raz pierwszy chyba podjąłem z Szymonem – z którego poglądami się zgadzam i którego bardzo szanuję za to, i jak robi – polemikę, bo jego dość obszerna wypowiedź wydaje mi się dość krzywdząca.
Sam list w całości jest tutaj.
Żeby było jasne. Nie jestem fanem tej dziwnej formy komunikacji władz Kościoła w Polsce z wiernymi, jakimi są listy pasterskie. Uważam, że są generalnie rzecz biorąc zbędne, a już na pewno jako (ku uldze co bardziej leniwych duszpasterzy) przydługawy zwykle substytut homilii. Jeśli już są – ok, niech będzie informacja w ogłoszeniach, a w gablocie gdzieś tam całość albo podane, gdzie można znaleźć w necie. Wystarczyło by.
Poza tym, tak, niewątpliwie pisane bywają pewnym dość specyficznym sposobem wyrażania się, lekko archaicznym. Ale tu trzeba oddać sprawiedliwość – mam wrażenie, że ta kwestia ewoluuje, powoli oczywiście, ale w dobrym kierunku.
Innymi słowy, dla zwykłego szarego katolika, który pewnie niezbyt chętnie, a w ogóle to dość rzadko zaszczyca Pana Boga swoją obecnością i narzuca mu się bytnością w kościele, list pasterski i samo hasło, że takowy zostanie odczytany, stanowi w podświadomości najczęściej lampkę pt. „o, teraz można w pełni zasłużenie przespać całość/oddać się rozmyślaniu o rzeczach ciekawszych”. I tak też czynią, co widać po wyrazie twarzy zgromadzonych. W pewnym sensie, jak wskazałem, trudno się dziwić, jako że listy te bywały poświęcane sprawom zupełnie niezwiązanym z liturgią (nie miałbym nic przeciwko takim, które op prostu wyjaśniały by jakieś kwestie związane z tym, co mówi Słowo Boże), nie mówiąc już o tym, że swego czasu mantrowane było w każdym z nich – bez względu na okoliczność powstania – np. o gender, odmienianym przez wszystkie przypadki, co mogło prowadzić  do wniosku, iż jest to chyba jedyny problem Kościoła w Polsce (a nie jest).
Pomijam też kwestię, pomysł żeby na łącznie 3 dni świąt (w sensie 25-27 grudnia – w tym roku po I i II dniu doszła niedziela) fundować ludziom 2 listy, przedwczoraj KULowy a dzisiaj ten powyżej, to spora przesada. Ludzie idą (o ile już pójdą – jak napisałem, dla wielu to pewnie, poza Wielkanocą, jedyna okazja, żeby zajrzeć do kościoła) posłuchać w kościele o Bogu, a nie najmądrzejszych nawet listów. I kiedy przyjdą, a usłyszą taki właśnie list, przyjdą znowu? Nie zakładałbym się.
Ale moim zdaniem ten list jest sensowny i konkretny. W przeciwieństwie do bardzo wielu innych, jakie wysłuchiwałem czy też czasami przeczytałem (najczęściej „odpadając” po drodze z powodu poziomu absurdów w nich wskazanych lub oderwania od rzeczywistości). Dla mnie, idea jego powstania jest dość prosta – jest w pewnym sensie podsumowaniem jesiennego Synodu Biskupów poświęconego rodzinie w świecie współczesnym. Świetnie, że jest jeden, a nie wyprodukowano jeden na szybcika po synodzie, a drugi o czymś tam na Niedzielę Świętej Rodziny.
Zarzut Szymona Hołowni to głównie kwestia tego, że w jego ocenie mało tchnie nadzieją: „potrzebują pewnie najbardziej siły i nadziei, by wytrywać i by zobaczyć w kolorze coś, co może zdążyło już zszarzeć, dziś usłyszeli z ambony parę zdań o tym, że „trzeba nam radosnych i świętych małżeństw” oraz litanię przestróg przed genderem, aborcją i uporczywym trwaniem w grzesznych związkach (to do rozwodników)”. To znaczy, czego brakuje?
List jest zwięzły – i dobrze, dzięki temu da się go wysłuchać w kościele (a w końcu w celu takiego właśnie przekazania powstał). Wychodzi od pragnienia szczęścia w rodzinie i stawia diagnozę, że ludzie uciekają od odpowiedzialności, stąd wolne związki i ciągłe życie na próbę (upraszczam i skracam celowo – taki jest sens) – a więc trafnie, co wie każdy, i widzi raczej też w swoim otoczeniu (u mnie na szczęście nie u wszystkich). Znowu słuszna uwaga, że rodzina nie przetrwa, jeśli jej członkowie nie chcą mieć i znajdować czas dla bycia razem – problem bardzo ważny i ćwiczony chyba przez każdego w praktyce: jak się nie postarasz, to się rozwali, czy to związek, czy rodzina. Siłą rozpędu to nie działa. Biskupi wspominają o ciężarach życia w rodzinie – sam o nich napisałem wyżej – i znowu trafnie, podkreślając, że „małżeństwo nie jest rzeczywistością smutku i niesienia ciężarów ponad siły, nie jest problemem, ale jest szansą dla każdego z członków rodziny na pełny rozwój”. To jest ten brak nadziei? Ciekawy fragment o tym, żeby spróbować stworzyć wspólnoty właśnie dla osób żyjących w rodzinach, w których mogłyby się one rozwijać i wzrastać duchowo.
Bardzo piękne słowa o modlitwie: „Naszą modlitwą powinniśmy ogarnąć te kobiety, które z różnych względów zdecydowały się na zabicie swojego nienarodzonego dziecka. Prośmy także o miłosierdzie dla mężczyzn, którzy nie potrafili wziąć odpowiedzialności za nowe życie i zachęcali do aborcji dziecka lub ją finansowali. Jesteśmy zaproszeni przez papieża Franciszka, aby – nie wpadając w pokusę łatwego osądzania i potępiania – nieść wszystkim posługę miłosierdzia”. Nie osądzanie, ale modlitwa za tych ludzi w ich dramatach. Potem przypomnienie konkluzji sedna sporu synodalnego – a więc tego, że Komunia nie może być udzielana rozwodnikom i osobom żyjącym w nowych związkach, jeżeli nie otrzymały stwierdzenia nieważności małżeństwa i nie zawarły sakramentalnego związku małżeńskiego. Że tak powiem, nic nowego – i uderzanie w to było by dość dziwne; a równocześnie wskazanie tego jasno jest potrzebne – co istotne, ze wskazaniem, że wcale nie zawsze chodzi o to, aby taki nowy związek się rozpadł i Kościołowi zależy tylko na tym (bo wcale nie, wtedy, kiedy są dzieci), z przytoczeniem okoliczności, w których dopuszczenie do Komunii jest możliwe (wstrzemięźliwość seksualna). Z bardzo ważnym zaakcentowaniem: „Zachęcamy ich do uczestniczenia we Mszy Świętej, rozważania Słowa Bożego, wytrwania na modlitwie, włączania się w dzieła miłosierdzia i w pracę na rzecz wspólnot parafialnych. Nikogo nie potępiamy, a jako ludzie wierzący chcemy prowadzić do spotkania z przebaczającym Chrystusem”. Bez potępiania, ale pewne rzeczy nazwać trzeba po imieniu.
Co ciekawe, i co przewinęło się też w komentarzach pod tym wpisem, niektórzy rozwiedzeni sami wprost wskazali, że nie chodzi im o dopuszczenie bez żadnych warunków do Komunii Świętej, bo zdają sobie oni sprawę ze swojej sytuacji. To bardzo dojrzałe i wymowne.
Oczywiście, pojawiły się komentarze w stylu, że to wykluczające, poniżające itp. Ale w którym miejscu? Tam nie ma ani słowa o ocenie człowieka, a jedynie pewne przytoczone sytuacje i to, jak Kościół się do nich odnosi: co można, a czego nie. Pewnie osoby takie oczekiwały by listu o treści w skrócie: „a niech tam sobie każdy przystępuje do Komunii Świętej, kto chce” – cóż, pobożne (a raczej nie) życzenie. Tu nie chodzi o poklepywanie po ramieniu i głaskanie tylko po głowie. Zasygnalizowane zostały problemy – i to jest słuszne, bo trudno kazuistycznie opisywać każdy przypadek, i dlatego skupiono się na kwestiach najważniejszych; w mojej ocenie, całkiem spójnie (i słówko „gender” pojawia się tylko raz!).  Nie ma nic o wykluczaniu – a wręcz odwrotnie, wskazane jest, że takie osoby nie powinny czuć się wykluczone i jak najbardziej jest dla nich miejsce w Kościele.
To jest list w mojej ocenie do rodzin – i jako taki spełnia on swoją rolę; do mnie – jako męża, ojca – trafił. Ale jeśli patrzeć na niego jako zachętę dla tych, którzy by mieli zakładać rodzinę – hmm, w tym zakresie chyba nie stanowi zbyt dobrej reklamy, co w dużej mierze wynika ze wskazywanego sposobu wypowiadania się przez biskupów i formy listów, dość specyficznej i mało zrozumiałej dla laika w tych sprawach nomenklaturze. Czemu nie poproszono o jego napisanie jakiegoś doświadczonego duszpasterza małżeństw i rodzin? To pytanie do biskupów.
Przy okazji, pojawił się dość ciekawy komentarz o tym, że biskupi znowu kierują list nie do tych, co trzeba: czyta się go w kościele z założenia dla ludzi, którzy chociaż starają się żyć zgodnie z pewnymi normami i przykazaniami (skoro przychodzą do kościoła), a nie do tych, których w tym kościele nie ma, i dla których mógłby być on ciekawy. Choć, z drugiej strony, jak napisałem wyżej, na święta do kościołów trafia dużo więcej ludzi niż poza świętami – może to celowo miało tak być?  Tylko wtedy forma mogła by być bardziej zachęcająca. Takie moje gdybanie.
Natomiast co do wniosków Szymona – pełna zgoda. Mniej listów pasterskich, autorstwa bliżej nie wiadomo czyjego, pod którymi podpisują się biskupi, a więcej ich własnych (każdego z nich) słów kierowanych do ludzi. Tak po prostu, z ambony; nie o polityce, gender i innych zagrożeniach – ale o tym, że Bóg jest Ojcem Miłosierdzia. Choćby w tym roku jubileuszowym.

Słowo, które postawiło świat na głowie

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)

To może zabrzmieć dziwnie – ale dla mnie liturgia Narodzenia Pańskiego to nie opisy stajenki, samych okoliczności przyjścia Jezusa jako dziecka, czy też pokłonu pasterzy, ale właśnie ten tekst, wstęp do ewangelii Jana, który tak naprawdę w żaden sposób nie opisuje samego wydarzenia, ale mówi bardziej ogólnikowo, ale tajemniczo. Co ciekawe, tekst ten w ramach samej uroczystości Narodzenia odczytywany jest pewnie najczęściej, bo przypisany do tzw. mszy w dzień (czyli każdej poza pasterką czy mszą odprawianą o świcie).
Skąd ta fascynacja? Z tego, że oto odwieczne marzenia wszystkich ludzi – nie tylko Żydów – zbiegają się i realizują w osobie Jezusa Chrystusa. Bóg przychodzi, aby jednoczyć niebo z ziemią. Przychodzi jako Ten, który zna i rozumie (bo w końcu też stał się człowiekiem) wszystkie ludzkie tęsknoty i pragnienia. Kiedyś, gdzieś tam w Starym Testamencie, można było odnieść wrażenie, że Bóg jest daleko, z boku, jakby ukryty. W tajemnicy Wcielenia przychodzi tak blisko i tak po ludzku, że bardziej się nie da. Oczywiście, mógł tego dokonać na pewnie milion innych sposobów – ale wybrał właśnie ten i Jego ludzka natura to nie chwilowy kaprys, ale fakt, odtąd już na zawsze.
Paradoks tej całej sytuacji polega na tym, że Bóg w Jezusie w całości oddał się w ręce kruchych ludzi, powierzając Swojego Syna Maryi i Józefowi. Zwykłym grzesznikom (no, poza Maryją), żadnym celebrytom czy bogato ustosunkowanym personom. Cieśli i kilkunastoletniej dziewczynie, którzy „na dzień dobry” musieli uciekać przez kawał ówczesnego świata przed szalonym Herodem i jego strachem o własny stołek. Dali radę – i tak właściwie, jako młody ojciec, to moja rola przede wszystkim, podobnie do Józefa, sprowadza się do zapewnienia bezpieczeństwa mojej rodzinie. Nic się nie zmieniło.
Maleńka Miłość przychodzi do serc wszystkich ludzi. Wszystkich bez wyjątku. Nie jako spektakularny Król, który robi „wejście smoka”, z fanfarami, fajerwerkami i całą spektakularnością. Za to z rozbrajającą i chwytającą za serce bezpośredniością małego dziecka, w pieluszkach, w słomie w żłobie czy też grocie. Biednie nawet jak na ludzkie kryteria.
Ten cytat z Izajasza jest bardzo ważny. Bóg przychodzi w konkretnym celu – żeby nas zbawić.Nie przez anioła, nie przez posłańca. Sam we własnej Trójjedynej Osobie, która dzięki Maryi zyskała ciało i całą ludzką naturę. Żeby przeżyć wszystko od początku do końca, na własnej skórze. Bóg z miłości do człowieka przekracza samego siebie. I czyni to w sposób, przepraszam za sformułowanie, nawet po ludzku pokręcony: właściwie przedmałżeńska ciąża (teoretycznie zaślubieni, Maryja z Józefem nie mieszkali jeszcze ze sobą), dramat wątpliwości Józefa, jak tę sytuację ugryźć, a potem od razu tyle niebezpieczeństw czyhających na małego Jezusa, pomijając już trudną dla Maryi podróż w zaawansowanej ciąży do Betlejem, zwieńczoną zakwaterowaniem ze zwierzętami, bo „nie było miejsca dla Ciebie”, jak mówi tekst pastorałki.Więc czemu tyle osób twierdzi, że Bóg stoi gdzieś obok, daleko, i ma to wszystko w pewnym poważaniu? On od samego początku miał jako człowiek „pod górkę”.
Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Bóg nadal w tę betlejemską noc przychodzi i puka do ludzkich serc. Wszystkich i każdego bez wyjątku – nie dlatego, że musi, ma obowiązek, ale dlatego, że chce przytulić do swojego serca każde, nawet najbardziej pokręcone ludzkie życie. Zwróć uwagę, Herod też miał wtedy wybór: Mędrcy powiedzieli mu o Jezusie, mógł wyruszyć z nimi i oddać Zbawicielowi pokłon (i wcale nie musiało się to wiązać z jakimkolwiek oddawaniem faktycznej władzy, zresztą posiadanej z nadania rzymskiego okupanta). Wolał za to wymordować wszystkich małych chłopców, w tym dzieci we własnej rodzinie. Ze strachu. Maleńki Jezus przychodzi i tylko ja w ciszy swojego serca i własnego sumienia decyduję, co z tym zrobię.Mogę Mu oddać pokłon w stajence, mogę się po prostu ucieszyć, a mogę to kompletnie zlekceważyć. On się nie obrazi i nadal będzie czekał.
Słowo stało się ciałem, et verbum caro factum est. Nie słowo prawa, które już było od czasów Mojżesza, ale słowo łaski i prawdy. Bóg bez końca miłosierny. Ciekawe jest to, co pisze autor natchniony nieco dalej, co jest jakby po prostu stwierdzeniem: „i oglądaliśmy Jego chwałę”. Bo to jest pewnik, bo ona, ta chwała się objawiła. Można to uznać i uwielbić Boga, a można trochę bez sensu i właściwie na próżno negować, kwestionować. Tylko po co?
Kapitalnie fenomen tej sytuacji oddał śp. ks. Jan Twardowski w wierszu „Naucz się dziwić”: „I pomyśl— jakie to dziwne, / że Bóg miał lata dziecinne, / matkę, osiołka, Betlejem”. Bo ta sytuacja, szczególnie w kontekście Bóstwa Jezusa, jest dla nas dziwna, bo Król nie taki powinien być. A jednak On przyszedł tak właśnie i nie inaczej, i nic z tym nie możemy zrobić poza jednym: zadumaniem, dlaczego? co chciał nam pokazać? Może po prostu, że nie cała ta otoczka, splendor, się liczą, to co przeliczalne (wersja dla młodszych: wypasione prezenty), ale zupełnie inne kwestie. Miłość, bliskość, troska, relacje, wspólnota, rodzina. To wszystko, co my także w czasie świąt czasami bezmyślnie spychamy na bok na rzecz lekkomyślnego obżerania się przed telewizorem przy oglądanych milionowy raz przygodach chłopca o imieniu na k, który raz został sam w domu, a innym razem w Nowym Jorku…
Maleńki Jezus przyszedł i ta łaska tu jest, obok, na wyciągnięcie ręki. Dotyka ciebie w Jego pełnym miłości i miłosierdzia spojrzeniu. Przychodzi, aby uczyć dostrzegania tego, co banalne, spotkania w prawdzie, zwykłej wdzięczności za Jego przyjście i codzienne dary (ale też umiejętności ofiarowania i oddania Mu tego, co trudne i bo boli). Co z tym zrobisz? Przychodzący Jezus stworzył most pomiędzy niebem i ziemią. I on już zawsze będzie.

Nie bój się – oddaj to Panu

Wtedy Maryja rzekła:Wielbi dusza moja Pana,i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia.Ujął się za sługą swoim, Izraelem,pomny na miłosierdzie swojejak przyobiecał naszym ojcom na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki. Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1,46-56)
Co to jest? Pieśń osoby zachwyconej tym że została obdarowana – konkretnie (i to ma duże znaczenie) przez Boga właśnie. A tak historycznie – odpowiedź Maryi na słowa krewnej Elżbiety, wypowiedziane wtedy, kiedy odwiedziła Elżbietę i doszło do spotkania dwóch ciężarnych kobiet (Łk 1, 39-45). Ktoś mógłby powiedzieć: w sumie, wychwala samą siebie. Nie. Wyśpiewuje chwałę Boga, która się akurat w niej objawiła – a mogła tak naprawdę objawić w całkiem inny, równie dobry sposób. To jest „pieśń Maryi”, jak się potocznie mówi w kontekście brewiarza, w tym sensie, że to Maryi słowa, ale ku czci i uwielbieniu Boga, nie samej Matki Boskiej. 
Dlaczego to jest ważne? Bo my bardzo często nie potrafimy darów od Niego docenić – i zamiast się nimi cieszyć, sensownie z nich korzystać, obdarowywać nimi ludzi naokoło, po prostu zamykamy się w sobie, bojąc się… no właśnie, że ktoś nam je zabierze?  Bez znaczenia, czy chodzi o coś materialnego, czy też niewidzialnego (jakąś relację, więź). Powiedzenie „jak trwoga, to do Boga” jest bardzo trafione – bo my umiemy do Niego się zwracać, jak się wali, pali, a najczęściej wtedy, kiedy już nie ma czego zbierać. Ale żeby podziękować, po fakcie, jak już wyciągnął nas za uszy z kolejnego syfu czy bagna? Eee, po co…
I Maryja w tekście powyżej, i Anna z czytania (1 Sm 1,24-28) uczą nas, co należy zrobić. To w pewnym sensie jest jakiś elementarz savoir vivre’u czysto ludzkiego: proszę, dziękuję.Wyrażam wdzięczność. Każda z tych dwóch kobiet została obdarowana, każda darem macierzyństwa więc czymś nieprzeliczalnym. I oddają to Bogu – Anna wręcz namacalnie ofiarowuje Helego Panu w świątyni. Ja mogę wyjść z siebie i stanąć obok – ale bez Jego łaski to kompletnie nic nie da i nic na dłuższą metę z moich starań nie wyjdzie. A On, kiedy Go prosisz, zabiera strach i daje pokój serca. Kiedy umiemy do Pana zwracać się jako pierwszego – wtedy wszystko inne wydaje się jakby na sobie właściwym miejscu.

Ostatnia prosta

I tyle. Bo dzisiaj (21 grudnia) tekst dokładnie ten sam, co z 04. niedzieli Adwentu. Nic dodać, nic ująć. Może tylko właśnie zapytać – czy ja to w końcu ogarnę i uwierzę?
 
Zostały 2,5 dni tego pięknego czasu – choć aura nie nastraja, mało zimowa, i bardziej pasuje powiedzenie, że piękną mamy wiosnę/jesień (w zależności od tego, czy słońce świeci) tej zimy. Ostatnia prosta, bardziej niż dosłownie. Prezenty już raczej pewnie pokupowane, zakupy porobione, zaczyna się powoli pichcenie, pieczenie, duszenie, i inne takie kuchenne działania.
Ważne jest to, żeby nie stracić z oczu istoty tego, na co, a właściwie na Kogo się przygotowujemy. Bo bywa bardzo różnie, i w ferworze walki z czasem zdarza się, że się gubimy, zaczynamy wściekać, awanturować, padają jakieś niepotrzebne słowa, wyrzuty. Czy przygotowanie do świąt to czas dany nam, żeby sobie poskakać do gardeł i powyrzucać? Nie. Pewnie, zdarza się stres, spinanie, żeby zdążyć, przygotować, odpicować… Ja uświadomiłem sobie na przykład, że gdyby mi żona nie powiedziała, żyłbym w błogiej nieświadomości odnośnie konieczności zmiany i wyprania firan; człowiek uczy się całe życie.
Jeśli to przygotowanie do świąt ma się skończyć karczemną awanturą i obrażaniem – to nie ma sensu. Lubię mówić, że szopka wystarczy jedna – ta z Jezusem, do której pójdziemy w kościele, i jeśli w domu robimy szopkę z cyrkiem przygotowań, to mijamy się kompletnie z celem. Jak to kapitalnie ujął w jednych rekolekcjach internetowych ks. Jan Kaczkowski: „gwiazdka” nie może być tylko pustym sygnałem dla odpalenia naszej wigilijnej obrzędowości – w takim ludzkim wymiarze: prezenty, rytuał z obowiązkową pasterką, przez którą stoi się pod kościołem. Świetne. Udawanie nie ma żadnego sensu – chyba uczciwiej po prostu nie brać w tym świętowaniu na siłę, wbrew sobie, udziału.
To jest czas dany na to, żeby się wyciszyć i podsumować ten Adwent. Co wyszło, co nie wyszło. Nie potępiać się, nie zadręczać, nie biczować – ale podziękować za to, co było dobre, co się udało. Prosić Pana o natchnienie i siłę na walkę w przyszłym roku – zawsze znajdzie się pole do działania. Rozliczyć samego siebie, tak uczciwie. Nie chodzi o to, czy nie jadłem słodyczy – sorry, to jest dobre dla dzieci… Czy próbowałem w czymś choćby najzwyklejszym być bardziej sumienny, lepszy. Tu nie chodzi o przewrót kopernikański – ale to, aby coś w sobie zmienić. Bóg przez te niepełne 4 tygodnie dał naprawdę dużo słów inspiracji.
Jest jeszcze okazja na spowiedź. Wczoraj było bardzo ładne wezwanie w modlitwie powszechnej za tych właśnie, którzy ciągle zwlekają z posprzątaniem tej najważniejszej, choć niewidocznej sfery. Pewnie odstoisz trochę już w kolejce – ale warto.
On znowu się narodzi, pokój wam!