Pomóc czy zaszkodzić?

d8054611 (1)

W dzień szabatu Jezus wszedł do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Stań tu na środku! A do nich powiedział: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić? Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić. (Mk 3,1-6)

Kolejny obrazek, w którym dochodzi do cudu – ale jakże inaczej niż wtedy, kiedy Jezus uzdrowił trędowatego. Można też, jakby obok tego uzdrowienia, postawić pytanie: po co człowiek idzie za Jezusem? Odpowiedź nie jest taka oczywista.

Czytaj dalej →

Moja święta rodzina i o liście słów kilka

Wczoraj właściwie w kontekście Niedzieli Świętej Rodziny chciałem napisać w sumie tylko tyle, że każda – moja, twoja – rodzina jest święta taka, jaka jest. Jezus, kiedy przyszedł na świat, uświęcił i przeniknął świętością ludzkość jako taką – i odtąd każdy jest święty i wezwany do świętości. To nie ma znaczenia, że czasami puszczają nerwy, że się kłócimy, że są ciche dni, że dziecko czasami coś zbroi – to znaczy ma, bo tego być nie powinno; ale i tak rodzina jest święta właśnie dlatego, że jest rodziną. Dlatego, że jest dana nam przez Boga – mnie, tobie, żonie, mężowi, dzieciom – właśnie po to, abyśmy w niej wzrastali, wszyscy razem, ku świętości.Oczywiście, są też ludzie wybierający inny stan – bezżeństwo, kapłaństwo, życie zakonne – i to po prostu inne drabinki, inne ścieżki do tego samego celu (nie lepsze, nie gorsze; inne).
To dobrze, gdy i kiedy widzę, że jest wiele do przepracowania – we mnie, w moich relacjach, w moich reakcjach – bo to znaczy, że troszczę się o tę rodzinę .Tak być powinno. Nikt z nas nie jest doskonały i właśnie dlatego to jest ważne, aby nie osiadać na laurach (a to się zdarza: po ślubie, to już nie trzeba się starać…). Potem kiedyś pojawia się dziecko, jest więcej obowiązków, już nie można tylko myśleć o przyjemnościach i czasie spędzonym we dwoje. Proza życia – ale życia takiego właśnie, jakie sam przeżył Jezus. On je uświęcił właśnie dla nas. 
 
To dobry czas, by się pomodlić:
  • za współmałżonka, narzeczoną/narzeczonego
  • za dzieci
  • o dar rodzicielstwa.
>>>
I właściwie tu by się wpis skończył, ale… trafiłem wczoraj na FB na wpis Szymona Hołowni odnośnie listu Episkopatu na wczorajszą niedzielę. Po raz pierwszy chyba podjąłem z Szymonem – z którego poglądami się zgadzam i którego bardzo szanuję za to, i jak robi – polemikę, bo jego dość obszerna wypowiedź wydaje mi się dość krzywdząca.
Sam list w całości jest tutaj.
Żeby było jasne. Nie jestem fanem tej dziwnej formy komunikacji władz Kościoła w Polsce z wiernymi, jakimi są listy pasterskie. Uważam, że są generalnie rzecz biorąc zbędne, a już na pewno jako (ku uldze co bardziej leniwych duszpasterzy) przydługawy zwykle substytut homilii. Jeśli już są – ok, niech będzie informacja w ogłoszeniach, a w gablocie gdzieś tam całość albo podane, gdzie można znaleźć w necie. Wystarczyło by.
Poza tym, tak, niewątpliwie pisane bywają pewnym dość specyficznym sposobem wyrażania się, lekko archaicznym. Ale tu trzeba oddać sprawiedliwość – mam wrażenie, że ta kwestia ewoluuje, powoli oczywiście, ale w dobrym kierunku.
Innymi słowy, dla zwykłego szarego katolika, który pewnie niezbyt chętnie, a w ogóle to dość rzadko zaszczyca Pana Boga swoją obecnością i narzuca mu się bytnością w kościele, list pasterski i samo hasło, że takowy zostanie odczytany, stanowi w podświadomości najczęściej lampkę pt. „o, teraz można w pełni zasłużenie przespać całość/oddać się rozmyślaniu o rzeczach ciekawszych”. I tak też czynią, co widać po wyrazie twarzy zgromadzonych. W pewnym sensie, jak wskazałem, trudno się dziwić, jako że listy te bywały poświęcane sprawom zupełnie niezwiązanym z liturgią (nie miałbym nic przeciwko takim, które op prostu wyjaśniały by jakieś kwestie związane z tym, co mówi Słowo Boże), nie mówiąc już o tym, że swego czasu mantrowane było w każdym z nich – bez względu na okoliczność powstania – np. o gender, odmienianym przez wszystkie przypadki, co mogło prowadzić  do wniosku, iż jest to chyba jedyny problem Kościoła w Polsce (a nie jest).
Pomijam też kwestię, pomysł żeby na łącznie 3 dni świąt (w sensie 25-27 grudnia – w tym roku po I i II dniu doszła niedziela) fundować ludziom 2 listy, przedwczoraj KULowy a dzisiaj ten powyżej, to spora przesada. Ludzie idą (o ile już pójdą – jak napisałem, dla wielu to pewnie, poza Wielkanocą, jedyna okazja, żeby zajrzeć do kościoła) posłuchać w kościele o Bogu, a nie najmądrzejszych nawet listów. I kiedy przyjdą, a usłyszą taki właśnie list, przyjdą znowu? Nie zakładałbym się.
Ale moim zdaniem ten list jest sensowny i konkretny. W przeciwieństwie do bardzo wielu innych, jakie wysłuchiwałem czy też czasami przeczytałem (najczęściej „odpadając” po drodze z powodu poziomu absurdów w nich wskazanych lub oderwania od rzeczywistości). Dla mnie, idea jego powstania jest dość prosta – jest w pewnym sensie podsumowaniem jesiennego Synodu Biskupów poświęconego rodzinie w świecie współczesnym. Świetnie, że jest jeden, a nie wyprodukowano jeden na szybcika po synodzie, a drugi o czymś tam na Niedzielę Świętej Rodziny.
Zarzut Szymona Hołowni to głównie kwestia tego, że w jego ocenie mało tchnie nadzieją: „potrzebują pewnie najbardziej siły i nadziei, by wytrywać i by zobaczyć w kolorze coś, co może zdążyło już zszarzeć, dziś usłyszeli z ambony parę zdań o tym, że „trzeba nam radosnych i świętych małżeństw” oraz litanię przestróg przed genderem, aborcją i uporczywym trwaniem w grzesznych związkach (to do rozwodników)”. To znaczy, czego brakuje?
List jest zwięzły – i dobrze, dzięki temu da się go wysłuchać w kościele (a w końcu w celu takiego właśnie przekazania powstał). Wychodzi od pragnienia szczęścia w rodzinie i stawia diagnozę, że ludzie uciekają od odpowiedzialności, stąd wolne związki i ciągłe życie na próbę (upraszczam i skracam celowo – taki jest sens) – a więc trafnie, co wie każdy, i widzi raczej też w swoim otoczeniu (u mnie na szczęście nie u wszystkich). Znowu słuszna uwaga, że rodzina nie przetrwa, jeśli jej członkowie nie chcą mieć i znajdować czas dla bycia razem – problem bardzo ważny i ćwiczony chyba przez każdego w praktyce: jak się nie postarasz, to się rozwali, czy to związek, czy rodzina. Siłą rozpędu to nie działa. Biskupi wspominają o ciężarach życia w rodzinie – sam o nich napisałem wyżej – i znowu trafnie, podkreślając, że „małżeństwo nie jest rzeczywistością smutku i niesienia ciężarów ponad siły, nie jest problemem, ale jest szansą dla każdego z członków rodziny na pełny rozwój”. To jest ten brak nadziei? Ciekawy fragment o tym, żeby spróbować stworzyć wspólnoty właśnie dla osób żyjących w rodzinach, w których mogłyby się one rozwijać i wzrastać duchowo.
Bardzo piękne słowa o modlitwie: „Naszą modlitwą powinniśmy ogarnąć te kobiety, które z różnych względów zdecydowały się na zabicie swojego nienarodzonego dziecka. Prośmy także o miłosierdzie dla mężczyzn, którzy nie potrafili wziąć odpowiedzialności za nowe życie i zachęcali do aborcji dziecka lub ją finansowali. Jesteśmy zaproszeni przez papieża Franciszka, aby – nie wpadając w pokusę łatwego osądzania i potępiania – nieść wszystkim posługę miłosierdzia”. Nie osądzanie, ale modlitwa za tych ludzi w ich dramatach. Potem przypomnienie konkluzji sedna sporu synodalnego – a więc tego, że Komunia nie może być udzielana rozwodnikom i osobom żyjącym w nowych związkach, jeżeli nie otrzymały stwierdzenia nieważności małżeństwa i nie zawarły sakramentalnego związku małżeńskiego. Że tak powiem, nic nowego – i uderzanie w to było by dość dziwne; a równocześnie wskazanie tego jasno jest potrzebne – co istotne, ze wskazaniem, że wcale nie zawsze chodzi o to, aby taki nowy związek się rozpadł i Kościołowi zależy tylko na tym (bo wcale nie, wtedy, kiedy są dzieci), z przytoczeniem okoliczności, w których dopuszczenie do Komunii jest możliwe (wstrzemięźliwość seksualna). Z bardzo ważnym zaakcentowaniem: „Zachęcamy ich do uczestniczenia we Mszy Świętej, rozważania Słowa Bożego, wytrwania na modlitwie, włączania się w dzieła miłosierdzia i w pracę na rzecz wspólnot parafialnych. Nikogo nie potępiamy, a jako ludzie wierzący chcemy prowadzić do spotkania z przebaczającym Chrystusem”. Bez potępiania, ale pewne rzeczy nazwać trzeba po imieniu.
Co ciekawe, i co przewinęło się też w komentarzach pod tym wpisem, niektórzy rozwiedzeni sami wprost wskazali, że nie chodzi im o dopuszczenie bez żadnych warunków do Komunii Świętej, bo zdają sobie oni sprawę ze swojej sytuacji. To bardzo dojrzałe i wymowne.
Oczywiście, pojawiły się komentarze w stylu, że to wykluczające, poniżające itp. Ale w którym miejscu? Tam nie ma ani słowa o ocenie człowieka, a jedynie pewne przytoczone sytuacje i to, jak Kościół się do nich odnosi: co można, a czego nie. Pewnie osoby takie oczekiwały by listu o treści w skrócie: „a niech tam sobie każdy przystępuje do Komunii Świętej, kto chce” – cóż, pobożne (a raczej nie) życzenie. Tu nie chodzi o poklepywanie po ramieniu i głaskanie tylko po głowie. Zasygnalizowane zostały problemy – i to jest słuszne, bo trudno kazuistycznie opisywać każdy przypadek, i dlatego skupiono się na kwestiach najważniejszych; w mojej ocenie, całkiem spójnie (i słówko „gender” pojawia się tylko raz!).  Nie ma nic o wykluczaniu – a wręcz odwrotnie, wskazane jest, że takie osoby nie powinny czuć się wykluczone i jak najbardziej jest dla nich miejsce w Kościele.
To jest list w mojej ocenie do rodzin – i jako taki spełnia on swoją rolę; do mnie – jako męża, ojca – trafił. Ale jeśli patrzeć na niego jako zachętę dla tych, którzy by mieli zakładać rodzinę – hmm, w tym zakresie chyba nie stanowi zbyt dobrej reklamy, co w dużej mierze wynika ze wskazywanego sposobu wypowiadania się przez biskupów i formy listów, dość specyficznej i mało zrozumiałej dla laika w tych sprawach nomenklaturze. Czemu nie poproszono o jego napisanie jakiegoś doświadczonego duszpasterza małżeństw i rodzin? To pytanie do biskupów.
Przy okazji, pojawił się dość ciekawy komentarz o tym, że biskupi znowu kierują list nie do tych, co trzeba: czyta się go w kościele z założenia dla ludzi, którzy chociaż starają się żyć zgodnie z pewnymi normami i przykazaniami (skoro przychodzą do kościoła), a nie do tych, których w tym kościele nie ma, i dla których mógłby być on ciekawy. Choć, z drugiej strony, jak napisałem wyżej, na święta do kościołów trafia dużo więcej ludzi niż poza świętami – może to celowo miało tak być?  Tylko wtedy forma mogła by być bardziej zachęcająca. Takie moje gdybanie.
Natomiast co do wniosków Szymona – pełna zgoda. Mniej listów pasterskich, autorstwa bliżej nie wiadomo czyjego, pod którymi podpisują się biskupi, a więcej ich własnych (każdego z nich) słów kierowanych do ludzi. Tak po prostu, z ambony; nie o polityce, gender i innych zagrożeniach – ale o tym, że Bóg jest Ojcem Miłosierdzia. Choćby w tym roku jubileuszowym.

Zmarł o. Jan Góra OP

W dobie internetu informacje rozchodzą się bardziej niż szybko – wiedziałem już wczoraj. Mniej więcej o tej porze podano publicznie informację o śmierci o. Jana Góry OP (1948-2015). Parafrazując ks. Adama Bonieckiego w kontekście jego książki „Abonent czasowo niedostępny” – do listy takich abonentów, którzy przeszli już na drugą stronę, doszedł kolejny – w mojej ocenie wielki – człowiek. Zmarł – i „umarła” na jakiś czas dominikańska www, serwer kaznodziejów nie wytrzymał ilości wejść…
Nazwisko pewnie gdzieś tam każdemu się kołacze w głowie, szczególnie jeśli zestawić je z jowialną i dobrotliwą twarzą, opatrzoną siwą czupryną – a całość w białym habicie. „Człowiek od Lednicy”.
Rocznik 1948, w Zakonie Kaznodziejskim już od 1966 r., śluby wieczyste złożył w 1972 r., święcony 2 lata później. Z 41 lat kapłaństwa jakieś 39 spędził w Poznaniu, właściwie jako duszpasterz akademicki przez całe życie (wcześniej lata 1974-1976 spędził w Tarnobrzegu). „Człowiek od młodych”.
Polska poznała go szerzej i zaistniał medialnie, gdy w 1997 r. zaangażował się w dzieło swojego życia: nad Jeziorem Lednickim wybudował stalową bramę w kształcie ryby – znaku pierwszych chrześcijan. Obrazek, jaki zna dzisiaj pewnie większość, niewierzących i wierzących. Wydarzenie, event, które od kilkunastu lat gromadzi całe rzesze młodych ludzi w I sobotę czerwca na wspólnej modlitwie i uwielbieniu Boga (od jakiegoś czasu także mające odpowiednik dla starszych – Lednicę Seniora). Całkowicie oddany w organizację Lednicy, twórca ośrodka duszpasterstwa młodzieży Dom św. Jacka w Jamnej. Stworzył tam również… pustelnię św. Marii Magdaleny, którą bardzo cenił (dla mnie – wow! – człowiek, który również interesował się św. Charbelem! – napiszę o nim, postaram się niedługo, zbieram się już od jakiegoś czasu, ale nie wychodzi).
Co jest ciekawe – a o czym nie wszyscy wiedzą i nawet teraz nie wszędzie się mówi – nie zawsze było o. Janowi po drodze z hierarchią kościelną w naszym kraju. Początkowo jego inicjatywa wcale nie budziła zachwytu, o czym napisał ks. Adam Boniecki MIC. Jak wspomina bp Edward Dajczak:

Ceniłem w tym człowieku coś bardzo ważnego. On miał odwagę  robić rzeczy, których wielu ludzi robić się bało. Tworzył niepowtarzalną historię Kościoła, dlatego w Kościele w Polsce nie zawsze było mu łatwo znaleźć się z tym wszystkim.

Duże znaczenie miała osoba ówczesnego ordynariusza – abp. Henryka Muszyńskiego – który najwyraźniej aprobował działania dominikanina. Pewną, hm, słabość, a na pewno estymą darzył o. Jana św. Jan Paweł II, który zaaprobował tę inicjatywę, błogosławił Lednicę z lotu ptaka. Efekt? Zaczęli się tam pojawiać hierarchowie kościelni, z młodymi jeździ tam tłum księży. Wydarzenie opisywały media katolickie z każdej możliwej „strony” – teksty w Tygodniku Powszechnym, reportaże i relacje w TV Trwam. Uniwersalność, która docierała wszędzie.
O jego skromności i dystansie do samego siebie świadczyły pięknie te słowa:

Zapytano Go kiedyś, jaki byłby Kościół, gdyby każdy duchowny był na miarę Jana Góry? „Byłby nie do zniesienia i nie do wytrzymania. Jeżeli mnie samemu ze sobą jest tak ciężko, to aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wszyscy byli tacy sami” – odparł.

Niesamowicie bezpośredni, skuteczny po prostu w tym co robił, jak pisze Marcin Jakimowicz:

Był bezczelny. Pamiętam, jak wparzył kiedyś bez zapowiedzi do Wydawnictwa św. Jacka i od drzwi wypalił: „Ile książek dacie mi dla mojej młodzieży?”. Na tak postawione pytanie trudno było dać odmowną odpowiedź. Bez tej bezczelności nie byłoby jednak Hermanic, Jamnej i wielotysięcznych spotkań pod Rybą…

Zresztą cały powyższy tekst daje konkretny obraz zmarłego, bo autor sporo miejsca oddał na wypowiedzi samego o. Jana.
Paradoks – dzień przed śmiercią wygłosił homilię na Mszy Świętej z okazji 50-lecia święceń kapłańskich o. Karola Meissnera OSB, zarejestrowaną w całości. Czy wiedział, że zbliża się jego czas? Że przed nim ostatnia noc na tym świecie? Zakończył ją bardzo krótko, ale jak wymownym cytatem: Jestem Twój. Więc zbaw mnie. Amen! U Boga nie ma przypadków. Wierzę, że go wysłuchał.
O. Jan Góra zmarł 21 grudnia o godz. 19.33 w Poznaniu. Zasłabł w trakcie odprawiania Mszy Świętej  a podjęta reanimacja nie przyniosła efektu. Przyczyną śmierci było ustanie akcji serca i obrzęk płuc. Umarł „na służbie” – dosłownie, przy ołtarzu. Trudno o piękniejsze odejście dla kapłana. I to jeszcze u zwieńczenia czasu Adwentu.
Co będzie dalej? Życie się potoczy. Mam nadzieję, że dzieło związane z Lednicą i Jamną przetrwa wraz z duchem o. Góry i będzie pięknie kontynuowane. Oby.
Pewnie w internecie milion zdjęć o. Góry można znaleźć. To jakoś mi pasuje do jego odejścia, nie wiem, czemu.
Dzisiaj modlę się za o. Jana i każdego czytającego te słowa o to proszę. Ale jestem dziwnie spokojny, że to bardziej on z góry modli się ze mną, i za mnie.

Będzie kanonizacja matki Teresy z Kalkuty

franciscus
Wczoraj Jorge Maria Bergoglio – Franciszek – świętował 79. urodziny.
Ja prosiłem Boga, żeby zachował go jak najdłużej dla dobra Kościoła, w tej jego niesamowitej bezpośredniości, Bożej kreatywności, dając mu zdrowie i siły na już 80 rok życia :)
>>>
Ploteczki zaś w tym zakresie pojawiały się już od jakiegoś czasu. 
Jak doniósł włoski tytułu Avenire, 17 grudnia 2015 r. Ojciec Święty upoważnił Kongregację Spraw Kanonizacyjnych do opublikowania dekretu o cudzie za przyczyną Anjezë Gonxha Bojaxhiu. Brzmi tajemniczo? Pewnie tak samo jak dla Hindusów nazwisko Kowalski. Chodzi o bł. matkę Teresę z Kalkuty (1910-1997), założycielkę zgromadzeń Sióstr Misjonarek Miłości i Braci Misjonarzy Miłości, niestrudzoną posługiwaczkę najbardziej opuszczonych i biednych, wegetujących w slumsach, pokojową noblistkę z 1979 r. Co ciekawe – i co świat dowiedział się już po jej odejściu – przez większość życia trwającą w tzw. „nocy duszy” czyli poczucie braku Boga (albo brak poczucia Boga), a mimo to walcząca o każdego biedaka na ulicy. Niesamowita postać drobnej kobiety w biało-błękitnym sari – z pewnością jednej z wielkich, choć niepozornych, świętych XX wieku. Którą – na co wszystko wskazuje – kanonizuje papież również wyjątkowo oddany sprawom wspierania i otaczania miłością ubogich, pozbawionych nadziei. 
Równolegle, kilka dni wcześniej,  ogłoszono kanonizację bł. Elżbiety (Marii) Hesselblad (1870-1957), szwedzkiej konwertytki ze wspólnoty luterańskiej do katolickiej, która dokonała odnowy Zakonu Najświętszego Zbawiciela, czyli potocznie sióstr brygidek. Co ciekawe, będzie to – po św. Brygidzie – dopiero druga święta Szwedka. 
Kiedy kanonizacja matki Teresy? Piszą, że może 04 września 2016 r., w 19. rocznicę śmierci. Pożyjemy, zobaczymy. Póki co, do przemyślenia, jedna z jej kapitalnych myśli. 

Oczyszczenie

spowiedź
Od niedzieli do dzisiaj trwają w Gdańsku rekolekcje adwentowe, które głosi o. Grzegorz Kramer SI z Krakowa. O nich samych napiszę nieco później. 
Dzisiaj od samego rana gęba mi się uśmiecha… bo wyspowiadałem się wczoraj. Tak, u o. Grzegorza właśnie, i chyba jest on w zakresie spowiednictwa albo jakimś pozytywnym wyjątkiem, albo to ja miałem pecha w ciągu jakiś 20-kilku lat życia sakramentalnego trafiać na spowiedników… słabych? sfrustrowanych? zmęczonych? znudzonych?
Ta spowiedź była niesamowita, może najbardziej dlatego, że do ostatniej chwili się wahałem, czy do niej przystąpić. Tak to jest właśnie. W teorii człowiek jest mądry, coś tam o spowiedzi nawet poczytał – a jak przychodzi do praktyki, to jest dramat. Konkretniej to strach, obawy, a przede wszystkim wszechogarniający wszystko wstyd. Bo trzeba innej osobie te wszystkie brudy z siebie wylać – mimo, że z tyłu głowy jest taka świadomość, że przecież otwieram serce i daję przestrzeń do działania i przebaczenia samemu Bogu i właściwie to tylko Jemu, działającemu przez spowiednika. 
Nigdy też nie trafiła mi się takiego… hm, gatunku/kalibru pokuta. Wreszcie mogłem też zapytać o jedną rzecz, która od dłuższego czasu mnie gniotła.

To jest niesamowite. W teorii nic się absolutnie nie zmieniło – jest taki sam mróz jak wczoraj, wstać do pracy wcale nie chciało się bardziej, zapału do nowych rzeczy jakoś nie przybyło. Może tyle, że słoneczko piękne jakoś tak bardziej cieszy. Ale jestem leciutki i przeszczęśliwy. Taki restart – oby bez konieczności nagrabienia tego samego – i nowa szansa. „Ja odpuszczam tobie grzechy” i już. To nie boli, mimo że się tego tak panicznie boję (tak, mam problem ze spowiedzią). Tego się boję do momentu, kiedy już nie uklęknę i nie otworzę się – a przy tym nie zrozumiem, że Bóg chce to wymazać i dać mi kolejną szansę. 
Szczęście z grzeszności? Nie, bardziej z uświadomienia sobie, że ta grzeszność może zniknąć, że Bóg chce to ode mnie zabrać, jeśli tylko ja do Niego z tym przyjdę. Nie brzydzi się mną jak takim umazanym syfem brudasem – ale chce mnie z tego oczyścić i przytulić do swego serca. Dla Niego ma znaczenie to, że przyszedłem, że przyznaję się do grzechu, i chcę tego uniknąć, poprawić się. 
Wierzę w Boga, staram się modlić, na tym blogu pisać o tych sprawach ważnych – o wierze – a mimo wszystko co kawałek robię coś, co jest w gruncie rzeczy wybraniem nie Boga, czyli złego. Czasami w sytuacjach bardziej niż oczywistych, czyli skrajna głupota. Czasami działając w przypływie jakiegoś gniewu, mimo że wiem, że takim działaniem zranię kogoś ważnego, bliskiego. 
Nie mam prawa się mądrzyć – ale polecam to oczyszczenie każdemu. To jest uczucie nie do opisania. Boże Miłosierdzie, które po prostu przenika. I niech trwa. 

Lefebryści mogą godnie spowiadać w Roku Miłosierdzia – i co dalej?

Ta kwestia mi kompletnie uciekła, a jest dość ciekawa – dla mnie akurat o tyle, że lefebrystów mam na „swoim” własnym kościelnym podwórku. 
W dniu 01 września 2015 r. Ojciec Święty wystosował list do przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji abp. Rino Fisichelli w przedmiocie odpustów związanych z Rokiem Jubileuszowym Miłosierdzia, kościołów jubileuszowych, warunków do uzyskania odpustu zupełnego (akcentując odmienne warunki dla więźniów), a także kwestii spowiedzi. W dokumencie tym znajduje się, przedostatni, akapit:

Ostatnia uwaga dotyczy tych wiernych, którzy z różnych powodów uważają za stosowne chodzenie do kościołów, w których posługują kapłani z Bractwa św. Piusa X. Ten Jubileuszowy Rok Miłosierdzia nie wyklucza nikogo. Niektórzy współbracia biskupi z różnych stron opowiadali mi o ich dobrej wierze i praktykowaniu sakramentów, z czym łączy się jednak dyskomfort życia w trudnej z duszpasterskiego punktu widzenia sytuacji. Ufam, że w bliskiej przyszłości będzie można znaleźć rozwiązania pozwalające przywrócić pełną jedność z kapłanami i przełożonymi Bractwa. Tymczasem, powodowany potrzebą zabiegania o dobro tych wiernych, rozporządzam i postanawiam, że osoby, które w Roku Świętym Miłosierdzia przystąpią do Sakramentu Pojednania u kapłanów z Bractwa św. Piusa X, otrzymają ważne i zgodne z prawem rozgrzeszenie.

To nie jest miejsce na wykład nt. tego, kim są lefebryści (nazwa potoczna Bractwa św. Piusa X), pisałem o nich tutaj w kontekście gestów papieża Benedykta XVI z 2012 roku. Jest to bractwo stowarzyszenie życia apostolskiego, założone przez abp. Marcela Lefebvre’a CSSp, emerytowanego biskupa Dakaru w Afryce, w 1970 r., które kontestowało i w sposób otwarty sprzeciwiało się wielu decyzjom Soboru Watykańskiego II i kolejnych, po Piusie XII, papieży (nie należy ich mylić jednakże z sedewakantystami – inna para kaloszy), głównie w materii zmian w liturgii Mszy Świętej. W 1976 r. doszło do udzielonych przez Lefebvre’a święceń kapłańskich bez zgody biskupa miejsca – co skutkowało suspendowaniem biskupa a divinis. Pomiędzy lefebrystami a Watykanem prowadzone były rozmowy, jednak do ostatecznego rozłamu doszło w 1988 r., kiedy Lefebvre bez zgody i wprost wbrew ostrzeżeniom Stolicy Apostolskiej udzielił sakry biskupiej czterem księżom Bractwa (w tym obecnemu jej przełożonemu bp. Bernardowi Fellayowi), co w myśl Kodeksu Prawa Kanonicznego spowodowało ekskomunikę latae sententiae. Lefebvre zmarł w 1991 r., zaś w styczniu 2009 r. w geście dobrej woli Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z  4 biskupów. Do pojednania – niestety, co przewidywałem – nie doszło, ponieważ lefebryści nadal oczekują, aby to Kościół katolicki uznał niewłaściwość postępowania w konkretnych kwestiach. 
Co zrobił Franciszek w kontekście powyższego dokumentu? Jest to ewidentnie kolejny gest dobrej woli kolejnego papieża w stosunku do grupy, która jest po prostu „na bakier” z Kościołem katolickim, uznając pierwszeństwo własnych teorii i przekonań na tym, co ustalił sobór i kolejni papieże. Każdy widzi, że Franciszek jest człowiekiem pojednania, który ma szczególny charyzmat ekumeniczny – co widać choćby po jego relacjach ze wspólnotami protestanckimi – i tutaj działa w uznaniu dla lefebrystów jako grupy w pewien sposób wiernej tradycji Kościoła (wg statystyk z 2010 r.L: 529 księży,750 kaplic w 63 krajach na wszystkich zamieszkanych kontynentach, w tym 6 seminariów duchownych) i dążąc, czyniąc znak gotowości do dalszych rozmów w celu osiągnięcia pełnej jedności. Nie jest także tajemnicą, iż jako metropolita Buenos Aires także dobrze żył z tamtejszymi lefebrystami. Jest to o tyle znamienne, że obecny prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Gerhard Ludwig Muller publicznie deklarował, iż dialog z lefebrystami nie będzie kontynuowany – co generalnie jest całkiem zrozumiałe, skoro wola dialogu wyraźnie jest tylko ze strony Watykanu i przez 30 lat rozmowy na różnych szczeblach nie przyniosły rezultatu. 
Jaki jest status lefebrystów w Kościele katolickim? Jest to suspendowane stowarzyszenie życia apostolskiego. Bractwo nie ma jedności ze Stolica Apostolską. Na temat statusu Bractwa Piusa X w 1988 r. wypowiedziała się dobitnie Konferencja Episkopatu Polski. Konferencja jednoznacznie stwierdziła, że to zgromadzenia kapłańskie jest schizmatyckie (podobne stanowisko 10 lat później w liście pasterskim zajął abp Tadeusz Gocłowski). W grudniu 2010 r. ówczesny przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Józef Michalik zabronił uczestnictwa w liturgii sprawowanej przez członków Bractwa, którzy działają bez mandatu biskupa.
Innymi słowy – co do zasady, katolik nie powinien brać udziału w liturgii i sakramentach sprawowanych przez suspendowanych księży lefebrystów – a więc także spowiadać się u nich i uczestniczyć we Mszy Świętej. Żeby było jasne – oni są jak najbardziej ważnie wyświęconymi księżmi (a nawet biskupami), zachowana niewątpliwie została sukcesja apostolska przy udzielaniu święceń (której z kolei brak jest problemem przy wielu wspólnotach protestanckich). Problem dotyczy godziwości sprawowania sakramentów – mówi się o tym, że brak jedności ze Stolicą Apostolską powoduje ich niegodne sprawowanie. 
Papież Franciszek wyciąga jednak rękę i w mojej ocenie, „uchyla drzwi” i ułatwia dojście do porozumienia, niejako uchylając suspensę na lefebrystach na wskazany okres, bo to wynika wprost z treści (podkreśliłem w tekście listu powyżej). Bo przecież – dokument mówi o Roku Jubileuszowym, więc od grudnia 2015 r. do grudnia 2016 r. Co dalej? Ani Franciszka, ani żadnego innego biskupa nie podejrzewam o to, aby po tym czasie wydał jakikolwiek oficjalny dokument, który uzna, że „teraz u lefebrystów już nie wolno się spowiadać” (taka wypowiedź mogła by być uznana za dziwny, a nawet „faryzejski” legalizm). Było by to po prostu dość śmieszne. Papieskie pozwolenie wiele zatem zmienia, chociażby jako takie, które przyznaje władzę spowiedzi odgórnie i ogólnie, bez konieczności uzyskania pozwolenia biskupa miejsca. Oznacza ono bowiem kanoniczność sprawowanej przez lefebrystów spowiedzi. 

A skoro spowiedzi, to przecież także Mszy Świętej – bo raczej nie można rozgraniczyć: ten sakrament może godnie sprawować, a tego drugiego już nie. Nie słyszałem bynajmniej o częściowym zawieszaniu/uchylaniu suspensy na duchownym. Pomijając już „dziwność” konstrukcji, z jaką chyba mamy do czynienia, mianowicie z… zawieszeniem czasowym suspensy na wskazany z góry, zamknięty okres. 
Chociaż, z drugiej strony, papież wyraźnie mówi o konkretnym, zamkniętym okresie Roku Jubileuszowego i uznaje ważność i prawomocność rozgrzeszenia tylko w tym konkretnym okresie. Jego list z 01 września 2015 r. można więc potraktować także jako pozwolenie niejako czasowe – wydane może z nadzieją na to, że „coś się ruszy”, że Bractwo św. Piusa X odpowie na ten gest, dojdzie do rozmów, uda się wypracować kompromis. A jeśli nie – w sumie nie zadeklarował jednoznacznie niczego w kontekście późniejszych sakramentów, ani nie wypowiedział się (nie zdjął) suspensy z kapłanów bractwa.
Jedno powiedzieć trzeba jasno. Abp. Lefebvre nie żyje od lat 25, także obecny przełożony bp Bernard Fellay (i pozostali 3 wyświęceni w 1988 r. biskupi) są już w, powiedzmy, słusznym wieku i siłą rzeczy oraz siłami natury, kiedyś umrą, jest to perspektywa pewnie ok. 20 lat. Skończy się wtedy problem z nimi jako duchownymi, których nielegalne święcenia biskupie legły u podstaw ostatecznego zerwania i ekskomuniki (choć już formalnie zniesionej). Pozostaną kwestie tylko poglądów i sporów w ocenie tego, co Tradycją jest, co papieże i sobór mogli, a czego nie mogli – i przełożenia tego na sytuację Bractwa w Kościele katolickim. Dużo będzie zależało także od ludzi – na czele Kościoła katolickiego (papieża) i przełożonego Bractwa, który przecież będzie mógł nawet, hipotetycznie, dokonać jakiegoś oficjalnego gestu pojednania z Kościołe, quasi-homagium złożonego papieżowi i uznaniu dorobku Kościoła od Soboru Watykańskiego II. 
Pojednanie jest możliwe – i jest bardzo możliwe, że wizjoner i prorok Franciszek po prostu, jak to on ma w zwyczaju, niespecjalnie przejmując się kwestiami formalnymi, uchyla drzwi i daje znak: spotkajmy się, porozmawiajmy, spróbujmy wypracować kompromis. Dla dobra Kościoła. Tak, jak tym listem powyżej zezwala na spowiedź i szafowanie Bożym Miłosierdziem w sakramencie pokuty i pojednania przez księży lefebrystów 

Guadalupe – „ta, która depcze głowę węża”

meksyk8-3
Półmetek grudnia – można by, upraszczając, stwierdzić: oo, półmetek Adwentu; ciekawe, jak to wyszło, czy w ogóle i ile udało mi się ze sobą zrobić. Ale to zostawiam każdemu w zacisze jego własnego serca i relacji z Bogiem.
Dzisiejszego wpisu nie planowałem, aż uświadomiłem sobie, jakiż to „obchód” mamy dzisiaj – mianowicie wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe. Takie meksykańskie Lourdes, Fatima, czy też (jak kto woli) Medjugorje.
Dlaczego to wspomnienie jest dla mnie ważne? Powodów znajdzie się co najmniej kilka.
Po pierwsze, bo to jedyny znany mi wizerunek, na którym Matka Boża jest w ciąży – widać to na obrazie, gdzie przepasana jest czarną wstęgą (to właśnie w tej kulturze oznaczało stan błogosławiony). W tamtym kontekście kulturowym miało to o tyle znaczenie, że Meksykanie nauczyli się szacunku do życia poczętego i powoli odstępowali od praktyki składania ofiar z ludzi, składanych dotąd pogańskim bożkom – raz złożona ofiara Jezusa Chrystusa uczyniła po prostu niepotrzebnymi rytualne, czy jakiekolwiek inne, zabijanie.
Po drugie, chodzi o objawienie, które miało miejsce w 1531 r. w Meksyku – a więc w miejscu i czasach, gdzie chrześcijaństwo – delikatnie mówiąc – było świeże, niezakorzenione i stanowiło zjawisko nowe i mało przyjęte. Wystarczy powiedzieć, że pierwsze nawrócenia Azteków datuje się na rok 1524, więc 7 lat wcześniej. Przekładając na polskie realia – jakby mówić o roku ok. 975 w przypadku państwa Piastów. Na porządku dziennym mieszkańcy tego kraju wierzyli w boga słońca oraz pierzastego węża (wybacz, nie mogę się powstrzymać przed skojarzeniem z latającym potworem spaghetti…) – o Chrystusie i Ewangelii mało kto słyszał, tym bardziej nie znali Matki Bożej. Maryja objawia się na końcu ówczesnego świata. Pogaństwo i związane z tym krwawe rytuały kwitły w najlepsze. 
W takim miejscu i takich czasach Maryja zwraca się do Juana Diego (beatyfikowany w 1990 r. i kanonizowany w 2002 r. przez św. Jana Pawła II) w jego własnym języku i mówi, aby nazwać „święta Maryja z Guadalupe” – tu wkrada się przejęzyczenie, bowiem najpewniej chodziło o sformułowanie „Coatlallope”, które w Náhuatl znaczy „ta, która depcze głowę węża”. Przypadek? Maryja odnosi się do biblijnego proroctwa z Pięcioksiągu (Rdz. 3, 15), a do tego w kontekście powszechnego oddawania czci bóstwu przedstawionemu właśnie w postaci pierzastego węża.
Po trzecie, Juan Diego – ten, który zobaczył Maryję – to prawdopodobnie jeden z ochrzczonych w pierwszej fali w 1524 r. spośród Azteków. Bóg go doświadczył: 5 lat później stracił żonę, nie miał dzieci. Mimo to, w każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo kilkanaście mil ze swojej wioski do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć we Mszy Świętej i katechizacji. Podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 90 grudnia 1531 r., na wzgórzu Tepeyac objawiła mu się Matka Boża. Pan Bóg przez swoją Matkę znowu nie wybrał osoby po ludzku znaczącej, ważnej – ale jednego z tych prostych, najbiedniejszych ludzi (był rolnikiem i wytwórcą mat).
W ogóle, historia Juana Diego jest tak niesamowita, że właściwie to bez znaczenia pozostaje, kiedy by się się wydarzyła – w XVI w. czy dzisiaj. „Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”. Delikatnie to określając, biskup oczywiście nie uwierzył w ani jedno słowo – więc Juan poprosił Maryję o znak dla dostojnika. Przy następnej wizji, właśnie 12 grudnia, Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza, opuszczony z przodu jak peleryna, a z tyłu podwiązany na kształt worka). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan Diego rozwiązał tilmę dopiero przed biskupem – który oniemiał, widząc w grudniu piękne kastylijskie róże. To nie było wszystko – bowiem na tkaninie biskup i zebrani zobaczyli… ten właśnie wizerunek, który widać na zdjęciu powyżej, czczony do dzisiaj jako obraz Matki Bożej z Guadalupe. Jedynie na marginesie można podać, że była to sobota – a więc dzień tradycyjnie poświęcony Maryi właśnie.
Sam w sobie obraz stanowi wielką tajemnicę. Nie ma na nim znanych barwników, żadnych pigmentów pochodzenia organicznego, mineralnego lub roślinnego, ani też śladów pędzla. Farba to związek chemiczny jej składników, który wiąże się z tkaniną – a w tym wypadku naukowcy takowych nie znaleźli. Badania z użyciem lasera potwierdziły, że użyte kolory są jakby na 3 cm unoszone w powietrzu. Na materiale nie widać objawów upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po (przypadkowym) oblaniu żrącym kwasem – mimo, że obraz jest utkany z włókien kaktusa (agawy), które są bardzo nietrwałe i powinny ulec zniszczeniu na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wytrzymały już blisko 500. Z czymś się kojarzy? Podpowiem – całun turyński, chusta z Manopello. To, co przesiąknięte Bogiem, nie poddaje się ludzkim prawom. Poza tym, w wizerunku z Meksyku oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię – w źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci. Dopatrzono się tam zjawiska refleksu, które występuje tylko u żywych ludzi i którego nie można odtworzyć przy pomocy najdoskonalszej nawet techniki malarskiej. Obraz zmienia swe kolory powoli równocześnie z kątem patrzenia (irydescencja). Pomijając już fakt, że przez pierwsze 100 lat obraz nie posiadał żadnej osłony, a więc wystawiony był na działanie dymu świec, kadzideł, a źródła historyczne mówią wprost o tym, jak w ciągu jednego tylko dnia tysiące ludzi rękami oraz przedmiotami dotykały tkaniny. Ona jednak pozostała nietknięt.a
Efekt? 8.000.000 nawróceń w Meksyku w czasie 6 lat. Robi wrażenie, prawda?
Ode mnie z parafii w przyszłym miesiącu wyrusza pielgrzymka do Guadalupe. Już im zazdroszczę :)

Horyzont Miłosierdzia

13
W miniony wtorek, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, Ojciec Święty Franciszek dokonał otwarcia Roku Jubileuszowego Miłosierdzia. W tym kontekście – jako że dopiero na dniach przeczytałem ten dokument – chciałem się podzielić na łamach bloga smaczkami, jakie wynalazłem w treści bulli Misericordiae vultus ustanawiającej nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia z dnia 11 kwietnia 2015 r. 
Tradycyjnie, w punktach, pogrubienia własne.
  • Jezus Chrystus jest obliczem miłosierdzia Ojca. [tak! już pierwsze jej zdanie jest kapitalne samo w sobie!]
  • W «pełni czasów» (por. Ga 4,4), gdy wszystko było gotowe według Jego planu zbawienia, zesłał On swojego Syna, narodzonego z Maryi Dziewicy, aby objawić nam w sposób ostateczny swoją miłość. Kto widzi Syna, widzi też i Ojca (por. J 14, 9). Jezus z Nazaretu swoimi słowami, gestami i całą swoją osobą objawia miłosierdzie Boga.
  • Miłosierdzie: to najwyższy i ostateczny akt, w którym Bóg wychodzi nam na spotkanie. Miłosierdzie: jest podstawowym prawem, które mieszka w sercu każdego człowieka, gdy patrzy on szczerymi oczami na swojego brata, którego spotyka na drodze życia. Miłosierdzie: to droga, która łączy Boga z człowiekiem, ponieważ otwiera serce na nadzieję bycia kochanym na zawsze, pomimo ograniczeń naszego grzechu.
  • Jeszcze mocniej jesteśmy wzywani, aby utkwić wzrok w miłosierdziu, byśmy sami stali się skutecznym znakiem działania Ojca.
  • Na ogrom grzechu Bóg odpowiada pełnią przebaczenia. Miłosierdzie będzie zawsze większe od każdego grzechu i nikt nie może ograniczyć miłości Boga, który przebacza.
  • Po rozbiciu murów, które przez zbyt długi czas trzymały Kościół w zamknięciu jak w uprzywilejowanej cytadeli, nadszedł czas na głoszenie Ewangelii w nowy sposób. Nowy etap ewangelizacji, która trwa od zawsze. Nowe zaangażowanie dla wszystkich chrześcijan, aby świadczyć z większym entuzjazmem i przekonaniem o swojej wierze. Kościół czuł odpowiedzialność za bycie w świecie żywym znakiem miłości Ojca.
  • Powierzymy Chrystusowi Panu życie Kościoła, całej ludzkości i ogromnego kosmosu, prosząc o wylanie Jego miłosierdzia jak rosy porannej, aby owocna stała się historia, którą mamy tworzyć w najbliższej przyszłości z zaangażowaniem wszystkich. 
  • Do wszystkich, tak wierzących jak i tych, którzy są daleko, niech dotrze balsam miłosierdzia jako znak Królestwa Bożego, które jest już obecne pośród nas.
  • «Bo Jego miłosierdzie na wieki» (Ps 136[135]). Jest to refren powtarzany po każdym wersecie Psalmu, który opowiada historię objawienia się Boga. W mocy miłosierdzia wszystkie dzieje starożytnego ludu pełne są głębokiego znaczenia zbawczego. Miłosierdzie sprawia, że historia Boga i Izraela staje się historią zbawienia.
  • Misją, którą Jezus otrzymał od Ojca, było objawienie tajemnicy Bożej miłości w jej pełni. «Bóg jest miłością» (1 J 4, 8.16), ogłasza — po raz pierwszy i jedyny na kartach Pisma świętego. — Jan Ewangelista. Ta miłość jest już wtedy możliwa, widoczna i namacalna w całym życiu Jezusa. Jego osoba jest niczym innym jak tylko miłością. To miłość, która się daje za darmo. Relacje Jezusa z osobami, które Go otaczają, ukazują coś jedynego i niepowtarzalnego. Znaki, które czyni przede wszystkim w stosunku do grzeszników, do biednych, wyłączonych, chorych i cierpiących, są naznaczone miłosierdziem. Wszystko w Nim mówi o miłosierdziu. Nie ma też w Nim czegoś, co byłoby pozbawione współczucia.
  • To, co poruszało Jezusa we wszystkich okolicznościach, to nic innego jak miłosierdzie, dzięki któremu czytał w sercach swoich rozmówców, dając im odpowiedzi, które korespondowały z ich najprawdziwszymi potrzebami.
  • (…) powołanie (…) wpisuje się w horyzont miłosierdzia.
  • Miłosierdzie jest ukazane jako siła, która zwycięża wszystko, która wypełnia serce miłością i pociesza przebaczeniem.
  • Miłosierdzie to nie jest tylko działanie Ojca, lecz staje się kryterium potrzebnym do zrozumienia, kim są Jego prawdziwi synowie. Jesteśmy więc wezwani do życia miłosierdziem, ponieważ to nam zostało najpierw udzielone miłosierdzie. 
  • Jakże wydaje się nieraz trudne to przebaczenie! A jednak jest ono narzędziem złożonym w nasze ręce, abyśmy byli w stanie osiągnąć spokój serca. Porzucić żal, złość, przemoc i zemstę — to warunki konieczne do tego, by żyć szczęśliwie.
  • Miłość nie może być przecież abstrakcyjnym słowem. Z samej swej natury jest ona konkretnym życiem: to intencje, zachowania, postawy, które przyjmuje się w codzienności. Miłosierdzie Boga jest Jego odpowiedzialnością za nas.
  • Wszystko w działaniu duszpasterskim Kościoła powinno zostać otulone czułością, z jaką kieruje się do wiernych; nic też z jego głoszenia i z jego świadectwa ukazanego światu nie może być pozbawione miłosierdzia. Wiarygodność Kościoła weryfikuje się na drodze miłości miłosiernej i współczującej.
  • Jest to kluczowe dla Kościoła oraz dla wiarygodności jego głoszenia, aby żył on i świadczył w pierwszej osobie o miłosierdziu. Język Kościoła i jego gesty powinny przekazywać miłosierdzie tak, aby wejść w głębię serca ludzi i sprowokować ich do odnalezienia drogi powrotu do Ojca.
  • Pierwszą prawdą Kościoła jest miłość Chrystusa. Tejże miłości, która zmierza aż do przebaczenia i do dania siebie samego, Kościół czyni się sługą i pośrednikiem wobec ludzi. Stąd też tam, gdzie Kościół jest obecny, musi się też zaznaczyć miłosierdzie Ojca.
  • Aby być zdolnymi do miłosierdzia, powinniśmy najpierw nastawić się na słuchanie słowa Bożego. To oznacza odzyskanie na nowo wartości ciszy, aby móc medytować słowo, które jest do nas zwrócone. W ten sposób możliwa jest kontemplacja miłosierdzia Boga i przyjęcie go jako własnego stylu życia.
  • On przychodzi, aby wybawić nas od słabości, w których żyjemy. Jego pomoc sprawia, że potrafimy dostrzec Jego obecność i odczuć Jego bliskość. Dzień za dniem, dotknięci przez Jego współczucie, możemy również i my być współczujący dla wszystkich.
  • Ileż sytuacji niepewności i cierpienia jest obecnych w dzisiejszym świecie! Ileż ran na ciele wielu, którzy nie mają już więcej głosu, ponieważ ich krzyk osłabł i zgasł z powodu obojętności bogatych narodów. W tym Jubileuszu Kościół zostanie jeszcze bardziej wezwany do leczenia tych ran, do opatrywania ich oliwą pocieszenia, do przewiązywania miłosierdziem oraz do leczenia ich solidarnością i należną uwagą. Nie wpadajmy w obojętność, która upokarza, w przyzwyczajenie, które usypia ducha i nie pozwala odkryć nowości, w cynizm, który niszczy. Otwórzmy nasze oczy, aby dostrzec biedę świata, rany tak wielu braci i sióstr pozbawionych godności. Poczujmy się sprowokowani, słysząc ich wołanie o pomoc. Nasze ręce niech ścisną ich ręce, przyciągnijmy ich do siebie, aby poczuli ciepło naszej obecności, przyjaźni i braterstwa. Niech ich krzyk stanie się naszym, tak byśmy razem złamali barierę obojętności, która często króluje w sposób władczy, aby ukryć hipokryzje i egoizm.
  • Nie możemy uciec od słów Pana, gdyż to na ich podstawie będziemy osądzeni: czy daliśmy jeść temu, kto jest głodny, czy daliśmy pić temu, kto jest spragniony, czy przyjęliśmy przybysza i ubrali nagiego, czy mieliśmy czas, aby być z chorym i z więźniem (por. Mt 25, 31-45). Podobnie również zostaniemy zapytani, czy pomogliśmy wyjść z wątpliwości, które sprawiają, że człowiek zaczyna się bać, i które stają się źródłem samotności; czy byliśmy zdolni do przezwyciężenia ignorancji, w której żyją miliony osób, a przede wszystkim dzieci pozbawione koniecznej pomocy, aby wyjść z biedy; czy byliśmy blisko tego, kto jest samotny i uciśniony; czy przebaczyliśmy temu, kto nas obraził i odrzuciliśmy każdą formę urazów i nienawiści, które prowadzą do przemocy; czy byliśmy cierpliwi na wzór Boga, który jest tak bardzo cierpliwy wobec nas; i wreszcie czy powierzaliśmy Panu na modlitwie naszych braci i siostry. W każdym z tych „najmniejszych” jest obecny sam Chrystus. Jego ciało staje się znów widoczne jako umęczone, poranione, ubiczowane, niedożywione, w ucieczce…, abyśmy mogli je rozpoznać, dotknąć i pomóc z troską. 
  • Nie zmęczy mnie nigdy powtarzanie, żeby spowiednicy stali się prawdziwym znakiem miłosierdzia Ojca. Bycie spowiednikiem to nie improwizacja. Spowiednikami stajemy się przede wszystkim wtedy, gdy wpierw sami jako penitenci szukamy przebaczenia. Nigdy nie zapominajmy, że być spowiednikiem znaczy mieć udział w samej misji Jezusa i być konkretnym znakiem ciągłości Boskiej miłości, która przebacza i zbawia. 
  • Spowiednicy są wezwani, aby objąć skruszonego syna, który wraca do domu i by wyrazić radość z tego, że się odnalazł. Niech nie zmęczy spowiedników również to, że będą musieli wyjść do drugiego syna, który pozostał na zewnątrz i jest niezdolny do radości, aby wytłumaczyć mu, że jego ostry osąd jest niesprawiedliwy i nie ma sensu w obliczu miłosierdzia Ojca, które nie zna granic. Niech nie zadają aroganckich pytań, lecz jak ojciec z przypowieści niech przerwą wywód przygotowany przez syna marnotrawnego, ażeby potrafili uchwycić w sercu każdego penitenta wezwanie do pomocy i prośbę o przebaczenie. Spowiednicy są wezwani do tego, aby byli zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji i pomimo wszystko, znakiem prymatu miłosierdzia.
  • Słowo przebaczenia niech dotrze do wszystkich, a wezwanie do doświadczenia miłosierdzia niech nie pozostawi nikogo obojętnym. Moje zaproszenie do nawrócenia kieruję z jeszcze większą intensywnością do tych osób, które znajdują się daleko od łaski Boga ze względu na sposób, w jaki żyją.
  • Nie będzie bezużyteczne w tym kontekście opisanie relacji pomiędzy sprawiedliwością a miłosierdziem. Nie są to dwa aspekty sobie przeciwne, ale dwa wymiary tej samej rzeczywistości, która rozwija się stopniowo, aż do osiągnięcia swego szczytu w pełni miłości. 
  • W obliczu wizji sprawiedliwości, która jest niczym więcej, jak tylko zwykłym zachowywaniem Prawa, które dzieli osoby na sprawiedliwych i grzeszników, Jezus chce pokazać wielki dar miłosierdzia, które szuka grzeszników, aby zaoferować im przebaczenie i zbawienie. 
  • Miłosierdzie raz jeszcze jest objawione jako podstawowy wymiar misji Jezusa. Jest ono prawdziwym wyzwaniem wobec Jego rozmówców, którzy zatrzymują się tylko na aspekcie formalnym Prawa. Jezus natomiast wykracza poza Prawo; Jego dzielenie się z tymi, których Prawo uważało za grzeszników, pozwala zrozumieć, dokąd dochodzi Jego miłosierdzie.
  • To nie zachowywanie prawa zbawia, ale wiara w Jezusa Chrystusa, który wraz ze swoja Męką i Zmartwychwstaniem niesie zbawienie razem z miłosierdziem, które usprawiedliwia.
  • Miłosierdzie nie jest przeciwne sprawiedliwości, lecz wyraża zachowanie Boga w stosunku do grzesznika, któremu to ofiaruje kolejną możliwość okazania żalu, nawrócenia i uwierzenia.
  • Jeśli Bóg zatrzymałby się na sprawiedliwości, przestałby być Bogiem i stałby się jak wszyscy ludzie, którzy przywołują szacunek dla prawa. Sprawiedliwość sama z siebie nie wystarczy, a doświadczenie uczy, że odwoływanie się tylko do niej niesie ze sobą ryzyko jej zniszczenia. Z tego też powodu Bóg przekracza sprawiedliwość miłosierdziem i przebaczeniem.
  • Bóg nie odrzuca sprawiedliwości. On ją włącza i przekracza w jeszcze większym wydarzeniu, w którym doświadcza się miłości, która jest fundamentem prawdziwej sprawiedliwości. 
  • Ta Boża sprawiedliwość jest miłosierdziem udzielonym wszystkim jako łaska na mocy śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Krzyż Chrystusa zatem jest sprawiedliwością Boga nad nami wszystkimi i nad światem, ponieważ ofiaruje nam pewność miłości i nowego życia.
  • Bóg jest zatem zawsze gotowy do przebaczenia i nie męczy się nigdy, ofiarując je w sposób zawsze nowy i nieoczekiwany.
  • Miłosierdzie posiada wartość, która przekracza granice Kościoła. Pozwala nam ono wejść w relacje z Judaizmem i z Islamem, które to religie uważają miłosierdzie jako jeden z najistotniejszych atrybutów Boga.
  • Oby ten Rok Jubileuszowy, przeżyty w miłosierdziu, umożliwił spotkanie z tymi religiami oraz z innymi szlachetnymi tradycjami religijnymi; niech sprawi, że staniemy się bardziej otwarci na dialog, aby poznać się lepiej i wzajemnie zrozumieć; niech wyeliminuje każdą formę zamknięcia i pogardy, i niech odrzuci każdy rodzaj przemocy i dyskryminacji.
  • Wszystko w Jej [Maryi] życiu zostało ukształtowane przez obecność miłosierdzia, które stało się ciałem.
  • Rok Święty Nadzwyczajny jest zatem po to, aby w codzienności żyć miłosierdziem, które od zawsze Ojciec rozciąga nad nami. W tym Jubileuszu dajmy się Bogu zaskoczyć. On nigdy nie przestaje otwierać drzwi swojego serca, by powtarzać, że nas kocha i że chce dzielić z nami swoje życie.
  • Kościół jako pierwszy jest wezwany do tego, aby stał się wiernym świadkiem miłosierdzia, wyznając je i żyjąc nim jako centrum objawienia Jezusa Chrystusa.Z serca Przenajświętszej Trójcy, z nieprzeniknionych głębokości tajemnicy Boga, wytryska i nieprzerwanie płynie wielka rzeka miłosierdzia. To źródło nigdy się nie może wyczerpać, bez względu na to, jak wielu do niego przyjdzie. Za każdym razem, gdy ktoś będzie go potrzebował, będzie mógł do niego przystąpić, ponieważ miłosierdzie Boga nie ma końca. Jak są nieprzeniknione głębokości tajemnicy, którą w sobie zawiera, tak też jest niewyczerpane bogactwo, które od niej pochodzi.
  • W tym Roku Jubileuszowym niech Kościół stanie się echem Słowa Boga, które brzmi mocno i przekonująco jako słowo i jako gest przebaczenia, wsparcia, pomocy, miłości. Niech się nie zmęczy nigdy ofiarowaniem miłosierdzia i niech będzie zawsze cierpliwy w umacnianiu i przebaczaniu.

Zachęcam do przeczytania całości – link jest u góry. Tekst dość krótki, wyszło mi kilkanaście stron maszynopisu. 

Niech nas Miłosierdzie Boże inspiruje.

>>>

To wpis nr 600 na tym blogu :)

Franciszek otworzył bramę

(fot. Grzegorz Gałązka / galazka.deon.pl)
Tak właśnie bym to określił, co dokonuje w kontekście prawdy o Bożym Miłosierdziu Franciszek, który wczoraj w Bazylice św. Piotra (już nie w afrykańskim buszu) otworzył Drzwi Święte Jubileuszowego Roku Miłosierdzia. 
Dla mnie to wydarzenie jest o tyle fenomenalne, że – jak to trochę czytałem, z punktu widzenia historii – jeszcze około 60 lat temu Kongregacja Świętego Oficjum wypowiadała się negatywnie w ogóle o kulcie Miłosierdzia Bożego jako takim
Podobno powstał dekret, w którym papież miał wypowiedzieć się wprost w tym zakresie i nie doszło do tego tylko dlatego, że Pius XII zmarł (1958). Z kolei 06 marca 1959 r. Oficjum zakazywało „propagowania obrazów i pism przedstawiających kult Miłosierdzia Bożego w formach przedstawionych przez s. Faustynę”, jednocześnie „powierzając roztropności biskupów usunięcie ww. obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. Niecałe 20 lat po śmierci Faustyny Kowalskiej (1938). I dopiero w 1978 r. ta sama kongregacja, już pod posoborową nazwą jako Kongregacja Nauki Wiary, zniosła zakaz z 1959 r., przyznając, iż wówczas oparto zalecenie na badaniu niepełnej dokumentacji. Zasłużył się tu kard. Franciszek Macharski, który w 1983 r. po raz pierwszy w diecezji krakowskiej wprowadził święto Miłosierdzia Bożego. W 1993 r. „sekretarka Miłosierdzia Bożego” została beatyfikowana przez Jana Pawła II, który następnie w 2000 r. ją kanonizował w Krakowie (byłem tam wtedy), ustanawiając oficjalnie w kalendarzu liturgicznym II niedzielę po Zmartwychwstaniu Pańskim Niedzielą Miłosierdzia Bożego. Dzisiaj już błogosławiony spowiednik s. Faustyny – ks. Michał Sopoćko – miał powiedzieć ks. Henrykowi Gulbinowiczowi, że Miłosierdzie Boże zwycięży; i miał rację. 
Historia zatoczyła koło – nieco ponad pół wieku, i zamiast zakazów mamy dzisiaj niespotykaną eksplozję kultu i nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. I bynajmniej nie mówię tu tylko o Polsce – także za granicą, w Azji czy Ameryce. 
Bardzo wymowne jest to zdjęcie poniżej – właściwie przed uroczystością, kiedy procesja z Franciszkiem dotarła do przedsionka bazyliki, gdzie Ojciec Święty przywitał się z papieżem seniorem. Szczególnie w kontekście tego, co niektórzy autorzy w kraju (Tomasz Terlikowski) i za granicą (Antonio Socci) opowiadają o zagrożeniu Kościoła, nieważności wyboru Franciszka, konflikcie pomiędzy Bergoglio a Ratzingerem. Przez moment, jakiś czas temu pod koniec listopada, chciałem na tym blogu odnieść się do tego tekstu Terlikowskiego, ale uznałem, że szkoda czasu i nerwów. Stek absurdów o tonącej łodzi, pijanym statku, antypapiestwie. Jeszcze lefebrysta, czy już sedek? Nie wiem. Ale jeśli ktoś tyle pisze o urojeniach Socciego – chyba coś go w tym pociąga i nawet nie próbuje ukrywać, że tak nie jest, i uznaje książkę Socciego za… przejaw troski o Kościół. 
A tu, jak na złość, zarówno Franciszek, jak i Benedykt na każdym kroku – co i tak ma miejsce bardzo rzadko – podkreślają wzajemny szacunek, przywiązanie. Właśnie takimi gestami. 
(fot. PAP/EPA/MAURIZIO BRAMBATTI)

Nieustannie zsyłaj na nas swego Ducha Świętego, abyśmy niestrudzenie z ufnością kierowali spojrzenie na Tego, którego przebiliśmy, Twego Syna, który stał się człowiekiem, jaśniejące oblicze Twego nieskończonego miłosierdzia, pewne schronienie dla nas wszystkich, grzeszników, potrzebujących przebaczenia i pokoju, prawdy, która wyzwala i zbawia. On jest Bramą, przez którą przychodzimy do Ciebie, niewyczerpalne źródło pocieszenia dla wszystkich, piękno, które nie zna zachodu, radość doskonałą w życiu bez końca. Niech się za nami wstawia Niepokalana Dziewica, pierwszy i wspaniały owoc paschalnego zwycięstwa, jaśniejąca jutrzenka nowych niebios i ziemi nowej, szczęśliwy cel naszej ziemskiej pielgrzymki. Tobie Ojcze Święty, Twemu Synowi, naszemu Odkupicielowi, Duchowi Świętemu, Pocieszycielowi wszelka cześć i chwała na wieki wieków.

Te słowa Franciszka poprzedziły otwarcie Drzwi Świętych. Wcześniej w trakcie Mszy Świętej mówił:

Dokonujemy tego gestu, jakiego już dokonałem w Bangi, zarówno prostego jak i bardzo symbolicznego w świetle usłyszanego słowa Bożego, które stawia na pierwszy plan prymat łaski. To, co wiele razy powraca w tych czytaniach odsyła w istocie do tego wyrażenia, które anioł Gabriel skierował do młodej dziewczyny, zaskoczonej i niedowierzającej, wskazując na tajemnicę, która ją osłoni: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski” (Łk 1, 28).

Dzisiaj przeczytałem tekst bulli ogłaszającej Rok Jubileuszowy – postaram się nieco o niej napisać, może jutro.

Akcent humorystyczny – papież „dobijający się” i nie do końca radzący sobie sam z Drzwiami Świętymi (pomogli mu jego kamerdynerzy, z drugiej strony, od wewnątrz) z ciekawym motywem Adele i jej „Hello” wplecionym w całość przekraczania progu. 

Trochę nie rozumiem dociekania, jak to internauci zaczęli od razu porównywać całość samego momentu otwarcia do najpewniej Jana Pawła II z 1983 czy 2000 roku – a że brak pastorału, a że nie uklęknął papież na progu, albo czemu sam, etc. Ale czy to ma naprawdę takie znaczenie i stanowi coś, nad czym warto i jest w ogóle jakiś sens dywagować? Trochę nie. 
(fot. PAP / EPA / CLAUDIO PERI)
Taki polski, a zarazem ekumeniczny akcent. Podczas pobytu na Ukrainie kaznodzieja Domu Papieskiego, o. Raniero Cantalamessa OFMCap., głoszący rekolekcje dla biskupów greckokatolickich i rzymskokatolickich, otrzymał kopię ikony „Brama Miłosierdzia”, o której opowiedział papieżowi. Franciszek zaś… poprosił, aby ikona ta była obecna na inauguracji Roku Jubileuszowego. Życzenie Ojca Świętego zostało spełnione, dzięki współpracy zarówno władz państwowych, jak i kościelnych (katolików rzymskich i greckich). Sama zaś ikona na co dzień znajduje się w greckokatolickiej cerkwi Przemienienia Pańskiego w Jarosławiu.

Polscy franciszkańscy męczennicy z Peru beatyfikowani

IMG_4563
I stało się – dzisiaj po południu w peruwiańskim Chimbote, na tamtejszym stadionie, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Angelo Amato SDB dokonał w imieniu papieża Franciszka beatyfikacji trzech ofiar maoistowskich bojowników Świetlistego Szlaku, którzy ponieśli śmierci w krótkim odstępie czasu w sierpniu i wrześniu 1991 r. na terenie tej diecezji – o. Zbigniewa Strzałkowskiego OFMConv. i o. Michała Tomaszka OFMConv., jak również Włocha ks. Alessandro Dordiego (pisałem o tym w lutym). 

Przyjmując pragnienie naszego brata, biskupa Ángela Francisco Simóna Piorno, ordynariusza Chimbote, a także wielu innych współbraci w biskupstwie i wiernych, po zasięgnięciu opinii Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, naszą władzą apostolską zezwalamy, by czcigodni Słudzy Boży o. Michał Tomaszek, o. Zbigniew Strzałkowski ze Zakon Braci Mniejszych Konwentualnych i ks. Aleksander Dordi, kapłan z diecezji Bergamo, od tej pory nazywani byli błogosławionymi, a jego święto niech będzie obchodzone zgodnie z zasadami prawa 9 sierpnia i 25 sierpnia

W uroczystości w Andach wzięło udział ok. 20.000 osób, w tym grupa ok. 200 Polaków, w tym przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki, jak również ordynariusze diecezji, z których pochodzili oo. Zbigniew i Michał: bp Andrzej Jeż z Tarnowa oraz bp Roman Pindel z Żywca. 

Dlaczego Polacy zginęli, jak również niewiele później ich współbrat z Włoch? Kompletnie bez sensu, z powodu głupich uprzedzeń, w imię wydumanego imperializmu i sprzeciwiania się „rewolucji” (na przesiąkniętej krwią tabliczce z „wyrokiem śmierci”, umieszczonej na plecach o. Zbigniewa, senderyści namalowali znak sierpa i młota oraz hasło: „Śmierć imperialistom, niech żyje rewolucja”). Co więcej, poza nimi terroryści zabili też wójta i jego zastępcę. Za co tak naprawdę zginęli Polacy? Za to, że Kościół uważany był za zagrożenie dla zbrodniczej organizacji. Za Ewangelizację Peruwiańczyków, leczenie, dożywianie miejscowych ludzi, starali się podnieść poziom życia mieszkańców tych okolic. O. Zbigniew miał w szczególności zajmować się sprawami organizacyjnymi, oddany posłudze chorym, o. Michał zaś był uzdolniony jeśli chodzi o śpiew i muzykę.

Pięknie mówił o tym w homilii kardynał prefekt:

Nasi męczennicy mówili językiem miłości. Pochodzili z dalekich krajów i mówili innymi językami. Przybywając do Peru, nauczyli się nowego języka, ale przede wszystkim mówili językiem miłości. Ich apostolstwo i akceptacja męczeństwa były lekcjami miłości. Miłość zwycięża nienawiść i znosi zemstę. Miłość jest prawdziwym świetlistym szlakiem, który przynosi życie, a nie śmierć, rodzi pokój, a nie wojnę, tworzy braterstwo, a nie podziały.

Po śmierci ich ciała pochowano w kościele parafialnym w Pariacoto, gdzie posługiwali za życia.

ikona polskich męczenników autorstwa Bogusława Onsowicza, która została wręczona w czasie beatyfikacji kard. Angelo Amato jako dar od franciszkanów

Polecam obejrzenie krótkiego półgodzinnego filmu „Czas zawieszony”, wyprodukowanego przez TVP i telewizję peruwiańską (wypowiada się tam s. Berta Hernandez Guerra, która jechała z Polakami, i została wypchnięta z samochodu; w jego produkcji wziął udział również o. Jarosław Wysoczański OFMConv., który pracował z męczennikami w Pariacoto jako ich przełożony, i przeżył prawdopodobnie tylko dlatego, że w czasie uprowadzenia nowobeatyfikowanych przebywał na urlopie).  Także na TVP 1 jutro, w niedzielę 06.12.2015 o 9:00 zostanie wyemitowany film poświęcony osobom nowych polskich męczenników pt. „Życia nie można zmarnować”. Kto ma czas – polecam. 

Ich świadectwo jest bardzo istotne w dzisiejszych czasach – choć to tylko ćwierć wieku później. Także dzisiaj, a nawet jeszcze bardziej, chrześcijanie są prześladowani tylko dlatego, że są tym, kim są, i wierzą w Tego, w którego wierzą. Nie tylko w Ameryce Południowej, ale także na Bliskim Wschodzie, i w wielu innych miejscach. Ojcowie Michał i Zbigniew pokazują, że warto być wiernym swoim przekonaniom, oddanym swojej pracy wśród ludzi do końca – jaka by ona nie była. Nie tylko zresztą jako kapłan czy brat zakonny. 

Można by pewnie powiedzieć: po co ta ofiara? Bez sensu. Mogli uciec, bronić się jakoś, przeciwstawić agresorom. Nie było by w tym nic złego ani dziwnego. A oni po prostu ofiarowali siebie z miłości do Boga i ludzi, którym tam posługiwali. Boży szaleńcy? Może i tak. Ale to właśnie ich Kościół przedstawia nam jako wzory i uznaje za błogosławionych, przepełnionych Bogiem.

Tu nie chodzi o to, aby każdy został męczennikiem – ale o gotowość do oddania życia, do złożenia go Bogu w ofierze, o ile o to poprosi. I że otrzymane od Niego dary, talenty i powołanie można zrealizować nie tylko w dobrze płatnej, prestiżowej pracy zawodowej – ale także, a może nawet lepiej i sensowniej, na przysłowiowym końcu świata, wśród ludzi ubogich materialnie i duchowo, pozostawionych niejako samym sobie.

Błogosławieni Michale i Zbigniewie – módlcie się za nami.