Rekolekcje wielkopostne w sieci

Tradycyjnie, u progu Wielkiego Postu, chciałem przedstawić kilka ciekawych propozycji internetowych czy to rozmyślań, czy rekolekcji na ten rozpoczęty w środę czas. Żadne kompendium – ot, taki mój subiektywny wybór kilku sprawdzonych internetowych źródeł, na których można znaleźć myśli ludzi mądrych, którzy mają coś dobrego do powiedzenia.

Czytaj dalej Rekolekcje wielkopostne w sieci

Pójście na rekord czy post bez spiny?

Dzisiaj jest Popielec, Środa Popielcowa – jak kto woli – i może to dość banalnie zabrzmi, ale sporo ludzi, w tym i ja, zastanawia się nad tym: co by tu sensownego ze sobą zrobić przez ten czas, żeby było lepiej. Teoretycznie pytanie dość proste – jako że niedoskonali jesteśmy (a przynajmniej ja) dość mocno, więc właściwie to czego by nie spróbować, to raczej gorzej nie będzie… A jednak, bardzo łatwo jest zmienić się na gorsze. Ot, tak nieświadomie. Albo przedobrzyć.

Czytaj dalej Pójście na rekord czy post bez spiny?

500 zł na dziecko czy 20 mln na Rydzyka?

Naprawdę nie stanowi niczego przyjemnego – dla mnie przynajmniej – nawiązywanie do działalności o. Tadeusza Rydzyka CSsR, jaka by to działalność nie była. Głównie dlatego, że działalność ta budzi w mojej ocenie o wiele więcej kontrowersji (w negatywnym sensie) niż daje dobrego.

Czytaj dalej 500 zł na dziecko czy 20 mln na Rydzyka?

Pomóc czy zaszkodzić?

W dzień szabatu Jezus wszedł do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Stań tu na środku! A do nich powiedział: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić? Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić. (Mk 3,1-6)

Kolejny obrazek, w którym dochodzi do cudu – ale jakże inaczej niż wtedy, kiedy Jezus uzdrowił trędowatego. Można też, jakby obok tego uzdrowienia, postawić pytanie: po co człowiek idzie za Jezusem? Odpowiedź nie jest taka oczywista.

Czytaj dalej Pomóc czy zaszkodzić?

Moja święta rodzina i o liście słów kilka

Wczoraj właściwie w kontekście Niedzieli Świętej Rodziny chciałem napisać w sumie tylko tyle, że każda – moja, twoja – rodzina jest święta taka, jaka jest. Jezus, kiedy przyszedł na świat, uświęcił i przeniknął świętością ludzkość jako taką – i odtąd każdy jest święty i wezwany do świętości. To nie ma znaczenia, że czasami puszczają nerwy, że się kłócimy, że są ciche dni, że dziecko czasami coś zbroi – to znaczy ma, bo tego być nie powinno; ale i tak rodzina jest święta właśnie dlatego, że jest rodziną. Dlatego, że jest dana nam przez Boga – mnie, tobie, żonie, mężowi, dzieciom – właśnie po to, abyśmy w niej wzrastali, wszyscy razem, ku świętości.Oczywiście, są też ludzie wybierający inny stan – bezżeństwo, kapłaństwo, życie zakonne – i to po prostu inne drabinki, inne ścieżki do tego samego celu (nie lepsze, nie gorsze; inne).
To dobrze, gdy i kiedy widzę, że jest wiele do przepracowania – we mnie, w moich relacjach, w moich reakcjach – bo to znaczy, że troszczę się o tę rodzinę .Tak być powinno. Nikt z nas nie jest doskonały i właśnie dlatego to jest ważne, aby nie osiadać na laurach (a to się zdarza: po ślubie, to już nie trzeba się starać…). Potem kiedyś pojawia się dziecko, jest więcej obowiązków, już nie można tylko myśleć o przyjemnościach i czasie spędzonym we dwoje. Proza życia – ale życia takiego właśnie, jakie sam przeżył Jezus. On je uświęcił właśnie dla nas. 
 
To dobry czas, by się pomodlić:
  • za współmałżonka, narzeczoną/narzeczonego
  • za dzieci
  • o dar rodzicielstwa.
>>>
I właściwie tu by się wpis skończył, ale… trafiłem wczoraj na FB na wpis Szymona Hołowni odnośnie listu Episkopatu na wczorajszą niedzielę. Po raz pierwszy chyba podjąłem z Szymonem – z którego poglądami się zgadzam i którego bardzo szanuję za to, i jak robi – polemikę, bo jego dość obszerna wypowiedź wydaje mi się dość krzywdząca.
Sam list w całości jest tutaj.
Żeby było jasne. Nie jestem fanem tej dziwnej formy komunikacji władz Kościoła w Polsce z wiernymi, jakimi są listy pasterskie. Uważam, że są generalnie rzecz biorąc zbędne, a już na pewno jako (ku uldze co bardziej leniwych duszpasterzy) przydługawy zwykle substytut homilii. Jeśli już są – ok, niech będzie informacja w ogłoszeniach, a w gablocie gdzieś tam całość albo podane, gdzie można znaleźć w necie. Wystarczyło by.
Poza tym, tak, niewątpliwie pisane bywają pewnym dość specyficznym sposobem wyrażania się, lekko archaicznym. Ale tu trzeba oddać sprawiedliwość – mam wrażenie, że ta kwestia ewoluuje, powoli oczywiście, ale w dobrym kierunku.
Innymi słowy, dla zwykłego szarego katolika, który pewnie niezbyt chętnie, a w ogóle to dość rzadko zaszczyca Pana Boga swoją obecnością i narzuca mu się bytnością w kościele, list pasterski i samo hasło, że takowy zostanie odczytany, stanowi w podświadomości najczęściej lampkę pt. „o, teraz można w pełni zasłużenie przespać całość/oddać się rozmyślaniu o rzeczach ciekawszych”. I tak też czynią, co widać po wyrazie twarzy zgromadzonych. W pewnym sensie, jak wskazałem, trudno się dziwić, jako że listy te bywały poświęcane sprawom zupełnie niezwiązanym z liturgią (nie miałbym nic przeciwko takim, które op prostu wyjaśniały by jakieś kwestie związane z tym, co mówi Słowo Boże), nie mówiąc już o tym, że swego czasu mantrowane było w każdym z nich – bez względu na okoliczność powstania – np. o gender, odmienianym przez wszystkie przypadki, co mogło prowadzić  do wniosku, iż jest to chyba jedyny problem Kościoła w Polsce (a nie jest).
Pomijam też kwestię, pomysł żeby na łącznie 3 dni świąt (w sensie 25-27 grudnia – w tym roku po I i II dniu doszła niedziela) fundować ludziom 2 listy, przedwczoraj KULowy a dzisiaj ten powyżej, to spora przesada. Ludzie idą (o ile już pójdą – jak napisałem, dla wielu to pewnie, poza Wielkanocą, jedyna okazja, żeby zajrzeć do kościoła) posłuchać w kościele o Bogu, a nie najmądrzejszych nawet listów. I kiedy przyjdą, a usłyszą taki właśnie list, przyjdą znowu? Nie zakładałbym się.
Ale moim zdaniem ten list jest sensowny i konkretny. W przeciwieństwie do bardzo wielu innych, jakie wysłuchiwałem czy też czasami przeczytałem (najczęściej „odpadając” po drodze z powodu poziomu absurdów w nich wskazanych lub oderwania od rzeczywistości). Dla mnie, idea jego powstania jest dość prosta – jest w pewnym sensie podsumowaniem jesiennego Synodu Biskupów poświęconego rodzinie w świecie współczesnym. Świetnie, że jest jeden, a nie wyprodukowano jeden na szybcika po synodzie, a drugi o czymś tam na Niedzielę Świętej Rodziny.
Zarzut Szymona Hołowni to głównie kwestia tego, że w jego ocenie mało tchnie nadzieją: „potrzebują pewnie najbardziej siły i nadziei, by wytrywać i by zobaczyć w kolorze coś, co może zdążyło już zszarzeć, dziś usłyszeli z ambony parę zdań o tym, że „trzeba nam radosnych i świętych małżeństw” oraz litanię przestróg przed genderem, aborcją i uporczywym trwaniem w grzesznych związkach (to do rozwodników)”. To znaczy, czego brakuje?
List jest zwięzły – i dobrze, dzięki temu da się go wysłuchać w kościele (a w końcu w celu takiego właśnie przekazania powstał). Wychodzi od pragnienia szczęścia w rodzinie i stawia diagnozę, że ludzie uciekają od odpowiedzialności, stąd wolne związki i ciągłe życie na próbę (upraszczam i skracam celowo – taki jest sens) – a więc trafnie, co wie każdy, i widzi raczej też w swoim otoczeniu (u mnie na szczęście nie u wszystkich). Znowu słuszna uwaga, że rodzina nie przetrwa, jeśli jej członkowie nie chcą mieć i znajdować czas dla bycia razem – problem bardzo ważny i ćwiczony chyba przez każdego w praktyce: jak się nie postarasz, to się rozwali, czy to związek, czy rodzina. Siłą rozpędu to nie działa. Biskupi wspominają o ciężarach życia w rodzinie – sam o nich napisałem wyżej – i znowu trafnie, podkreślając, że „małżeństwo nie jest rzeczywistością smutku i niesienia ciężarów ponad siły, nie jest problemem, ale jest szansą dla każdego z członków rodziny na pełny rozwój”. To jest ten brak nadziei? Ciekawy fragment o tym, żeby spróbować stworzyć wspólnoty właśnie dla osób żyjących w rodzinach, w których mogłyby się one rozwijać i wzrastać duchowo.
Bardzo piękne słowa o modlitwie: „Naszą modlitwą powinniśmy ogarnąć te kobiety, które z różnych względów zdecydowały się na zabicie swojego nienarodzonego dziecka. Prośmy także o miłosierdzie dla mężczyzn, którzy nie potrafili wziąć odpowiedzialności za nowe życie i zachęcali do aborcji dziecka lub ją finansowali. Jesteśmy zaproszeni przez papieża Franciszka, aby – nie wpadając w pokusę łatwego osądzania i potępiania – nieść wszystkim posługę miłosierdzia”. Nie osądzanie, ale modlitwa za tych ludzi w ich dramatach. Potem przypomnienie konkluzji sedna sporu synodalnego – a więc tego, że Komunia nie może być udzielana rozwodnikom i osobom żyjącym w nowych związkach, jeżeli nie otrzymały stwierdzenia nieważności małżeństwa i nie zawarły sakramentalnego związku małżeńskiego. Że tak powiem, nic nowego – i uderzanie w to było by dość dziwne; a równocześnie wskazanie tego jasno jest potrzebne – co istotne, ze wskazaniem, że wcale nie zawsze chodzi o to, aby taki nowy związek się rozpadł i Kościołowi zależy tylko na tym (bo wcale nie, wtedy, kiedy są dzieci), z przytoczeniem okoliczności, w których dopuszczenie do Komunii jest możliwe (wstrzemięźliwość seksualna). Z bardzo ważnym zaakcentowaniem: „Zachęcamy ich do uczestniczenia we Mszy Świętej, rozważania Słowa Bożego, wytrwania na modlitwie, włączania się w dzieła miłosierdzia i w pracę na rzecz wspólnot parafialnych. Nikogo nie potępiamy, a jako ludzie wierzący chcemy prowadzić do spotkania z przebaczającym Chrystusem”. Bez potępiania, ale pewne rzeczy nazwać trzeba po imieniu.
Co ciekawe, i co przewinęło się też w komentarzach pod tym wpisem, niektórzy rozwiedzeni sami wprost wskazali, że nie chodzi im o dopuszczenie bez żadnych warunków do Komunii Świętej, bo zdają sobie oni sprawę ze swojej sytuacji. To bardzo dojrzałe i wymowne.
Oczywiście, pojawiły się komentarze w stylu, że to wykluczające, poniżające itp. Ale w którym miejscu? Tam nie ma ani słowa o ocenie człowieka, a jedynie pewne przytoczone sytuacje i to, jak Kościół się do nich odnosi: co można, a czego nie. Pewnie osoby takie oczekiwały by listu o treści w skrócie: „a niech tam sobie każdy przystępuje do Komunii Świętej, kto chce” – cóż, pobożne (a raczej nie) życzenie. Tu nie chodzi o poklepywanie po ramieniu i głaskanie tylko po głowie. Zasygnalizowane zostały problemy – i to jest słuszne, bo trudno kazuistycznie opisywać każdy przypadek, i dlatego skupiono się na kwestiach najważniejszych; w mojej ocenie, całkiem spójnie (i słówko „gender” pojawia się tylko raz!).  Nie ma nic o wykluczaniu – a wręcz odwrotnie, wskazane jest, że takie osoby nie powinny czuć się wykluczone i jak najbardziej jest dla nich miejsce w Kościele.
To jest list w mojej ocenie do rodzin – i jako taki spełnia on swoją rolę; do mnie – jako męża, ojca – trafił. Ale jeśli patrzeć na niego jako zachętę dla tych, którzy by mieli zakładać rodzinę – hmm, w tym zakresie chyba nie stanowi zbyt dobrej reklamy, co w dużej mierze wynika ze wskazywanego sposobu wypowiadania się przez biskupów i formy listów, dość specyficznej i mało zrozumiałej dla laika w tych sprawach nomenklaturze. Czemu nie poproszono o jego napisanie jakiegoś doświadczonego duszpasterza małżeństw i rodzin? To pytanie do biskupów.
Przy okazji, pojawił się dość ciekawy komentarz o tym, że biskupi znowu kierują list nie do tych, co trzeba: czyta się go w kościele z założenia dla ludzi, którzy chociaż starają się żyć zgodnie z pewnymi normami i przykazaniami (skoro przychodzą do kościoła), a nie do tych, których w tym kościele nie ma, i dla których mógłby być on ciekawy. Choć, z drugiej strony, jak napisałem wyżej, na święta do kościołów trafia dużo więcej ludzi niż poza świętami – może to celowo miało tak być?  Tylko wtedy forma mogła by być bardziej zachęcająca. Takie moje gdybanie.
Natomiast co do wniosków Szymona – pełna zgoda. Mniej listów pasterskich, autorstwa bliżej nie wiadomo czyjego, pod którymi podpisują się biskupi, a więcej ich własnych (każdego z nich) słów kierowanych do ludzi. Tak po prostu, z ambony; nie o polityce, gender i innych zagrożeniach – ale o tym, że Bóg jest Ojcem Miłosierdzia. Choćby w tym roku jubileuszowym.

Zmarł o. Jan Góra OP

W dobie internetu informacje rozchodzą się bardziej niż szybko – wiedziałem już wczoraj. Mniej więcej o tej porze podano publicznie informację o śmierci o. Jana Góry OP (1948-2015). Parafrazując ks. Adama Bonieckiego w kontekście jego książki „Abonent czasowo niedostępny” – do listy takich abonentów, którzy przeszli już na drugą stronę, doszedł kolejny – w mojej ocenie wielki – człowiek. Zmarł – i „umarła” na jakiś czas dominikańska www, serwer kaznodziejów nie wytrzymał ilości wejść…
Nazwisko pewnie gdzieś tam każdemu się kołacze w głowie, szczególnie jeśli zestawić je z jowialną i dobrotliwą twarzą, opatrzoną siwą czupryną – a całość w białym habicie. „Człowiek od Lednicy”.
Rocznik 1948, w Zakonie Kaznodziejskim już od 1966 r., śluby wieczyste złożył w 1972 r., święcony 2 lata później. Z 41 lat kapłaństwa jakieś 39 spędził w Poznaniu, właściwie jako duszpasterz akademicki przez całe życie (wcześniej lata 1974-1976 spędził w Tarnobrzegu). „Człowiek od młodych”.
Polska poznała go szerzej i zaistniał medialnie, gdy w 1997 r. zaangażował się w dzieło swojego życia: nad Jeziorem Lednickim wybudował stalową bramę w kształcie ryby – znaku pierwszych chrześcijan. Obrazek, jaki zna dzisiaj pewnie większość, niewierzących i wierzących. Wydarzenie, event, które od kilkunastu lat gromadzi całe rzesze młodych ludzi w I sobotę czerwca na wspólnej modlitwie i uwielbieniu Boga (od jakiegoś czasu także mające odpowiednik dla starszych – Lednicę Seniora). Całkowicie oddany w organizację Lednicy, twórca ośrodka duszpasterstwa młodzieży Dom św. Jacka w Jamnej. Stworzył tam również… pustelnię św. Marii Magdaleny, którą bardzo cenił (dla mnie – wow! – człowiek, który również interesował się św. Charbelem! – napiszę o nim, postaram się niedługo, zbieram się już od jakiegoś czasu, ale nie wychodzi).
Co jest ciekawe – a o czym nie wszyscy wiedzą i nawet teraz nie wszędzie się mówi – nie zawsze było o. Janowi po drodze z hierarchią kościelną w naszym kraju. Początkowo jego inicjatywa wcale nie budziła zachwytu, o czym napisał ks. Adam Boniecki MIC. Jak wspomina bp Edward Dajczak:

Ceniłem w tym człowieku coś bardzo ważnego. On miał odwagę  robić rzeczy, których wielu ludzi robić się bało. Tworzył niepowtarzalną historię Kościoła, dlatego w Kościele w Polsce nie zawsze było mu łatwo znaleźć się z tym wszystkim.

Duże znaczenie miała osoba ówczesnego ordynariusza – abp. Henryka Muszyńskiego – który najwyraźniej aprobował działania dominikanina. Pewną, hm, słabość, a na pewno estymą darzył o. Jana św. Jan Paweł II, który zaaprobował tę inicjatywę, błogosławił Lednicę z lotu ptaka. Efekt? Zaczęli się tam pojawiać hierarchowie kościelni, z młodymi jeździ tam tłum księży. Wydarzenie opisywały media katolickie z każdej możliwej „strony” – teksty w Tygodniku Powszechnym, reportaże i relacje w TV Trwam. Uniwersalność, która docierała wszędzie.
O jego skromności i dystansie do samego siebie świadczyły pięknie te słowa:

Zapytano Go kiedyś, jaki byłby Kościół, gdyby każdy duchowny był na miarę Jana Góry? „Byłby nie do zniesienia i nie do wytrzymania. Jeżeli mnie samemu ze sobą jest tak ciężko, to aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wszyscy byli tacy sami” – odparł.

Niesamowicie bezpośredni, skuteczny po prostu w tym co robił, jak pisze Marcin Jakimowicz:

Był bezczelny. Pamiętam, jak wparzył kiedyś bez zapowiedzi do Wydawnictwa św. Jacka i od drzwi wypalił: „Ile książek dacie mi dla mojej młodzieży?”. Na tak postawione pytanie trudno było dać odmowną odpowiedź. Bez tej bezczelności nie byłoby jednak Hermanic, Jamnej i wielotysięcznych spotkań pod Rybą…

Zresztą cały powyższy tekst daje konkretny obraz zmarłego, bo autor sporo miejsca oddał na wypowiedzi samego o. Jana.
Paradoks – dzień przed śmiercią wygłosił homilię na Mszy Świętej z okazji 50-lecia święceń kapłańskich o. Karola Meissnera OSB, zarejestrowaną w całości. Czy wiedział, że zbliża się jego czas? Że przed nim ostatnia noc na tym świecie? Zakończył ją bardzo krótko, ale jak wymownym cytatem: Jestem Twój. Więc zbaw mnie. Amen! U Boga nie ma przypadków. Wierzę, że go wysłuchał.
O. Jan Góra zmarł 21 grudnia o godz. 19.33 w Poznaniu. Zasłabł w trakcie odprawiania Mszy Świętej  a podjęta reanimacja nie przyniosła efektu. Przyczyną śmierci było ustanie akcji serca i obrzęk płuc. Umarł „na służbie” – dosłownie, przy ołtarzu. Trudno o piękniejsze odejście dla kapłana. I to jeszcze u zwieńczenia czasu Adwentu.
Co będzie dalej? Życie się potoczy. Mam nadzieję, że dzieło związane z Lednicą i Jamną przetrwa wraz z duchem o. Góry i będzie pięknie kontynuowane. Oby.
Pewnie w internecie milion zdjęć o. Góry można znaleźć. To jakoś mi pasuje do jego odejścia, nie wiem, czemu.
Dzisiaj modlę się za o. Jana i każdego czytającego te słowa o to proszę. Ale jestem dziwnie spokojny, że to bardziej on z góry modli się ze mną, i za mnie.

Będzie kanonizacja matki Teresy z Kalkuty

Wczoraj Jorge Maria Bergoglio – Franciszek – świętował 79. urodziny.
Ja prosiłem Boga, żeby zachował go jak najdłużej dla dobra Kościoła, w tej jego niesamowitej bezpośredniości, Bożej kreatywności, dając mu zdrowie i siły na już 80 rok życia 🙂
>>>
Ploteczki zaś w tym zakresie pojawiały się już od jakiegoś czasu. 
Jak doniósł włoski tytułu Avenire, 17 grudnia 2015 r. Ojciec Święty upoważnił Kongregację Spraw Kanonizacyjnych do opublikowania dekretu o cudzie za przyczyną Anjezë Gonxha Bojaxhiu. Brzmi tajemniczo? Pewnie tak samo jak dla Hindusów nazwisko Kowalski. Chodzi o bł. matkę Teresę z Kalkuty (1910-1997), założycielkę zgromadzeń Sióstr Misjonarek Miłości i Braci Misjonarzy Miłości, niestrudzoną posługiwaczkę najbardziej opuszczonych i biednych, wegetujących w slumsach, pokojową noblistkę z 1979 r. Co ciekawe – i co świat dowiedział się już po jej odejściu – przez większość życia trwającą w tzw. „nocy duszy” czyli poczucie braku Boga (albo brak poczucia Boga), a mimo to walcząca o każdego biedaka na ulicy. Niesamowita postać drobnej kobiety w biało-błękitnym sari – z pewnością jednej z wielkich, choć niepozornych, świętych XX wieku. Którą – na co wszystko wskazuje – kanonizuje papież również wyjątkowo oddany sprawom wspierania i otaczania miłością ubogich, pozbawionych nadziei. 
Równolegle, kilka dni wcześniej,  ogłoszono kanonizację bł. Elżbiety (Marii) Hesselblad (1870-1957), szwedzkiej konwertytki ze wspólnoty luterańskiej do katolickiej, która dokonała odnowy Zakonu Najświętszego Zbawiciela, czyli potocznie sióstr brygidek. Co ciekawe, będzie to – po św. Brygidzie – dopiero druga święta Szwedka. 
Kiedy kanonizacja matki Teresy? Piszą, że może 04 września 2016 r., w 19. rocznicę śmierci. Pożyjemy, zobaczymy. Póki co, do przemyślenia, jedna z jej kapitalnych myśli. 

Oczyszczenie

Od niedzieli do dzisiaj trwają w Gdańsku rekolekcje adwentowe, które głosi o. Grzegorz Kramer SI z Krakowa. O nich samych napiszę nieco później. 
Dzisiaj od samego rana gęba mi się uśmiecha… bo wyspowiadałem się wczoraj. Tak, u o. Grzegorza właśnie, i chyba jest on w zakresie spowiednictwa albo jakimś pozytywnym wyjątkiem, albo to ja miałem pecha w ciągu jakiś 20-kilku lat życia sakramentalnego trafiać na spowiedników… słabych? sfrustrowanych? zmęczonych? znudzonych?
Ta spowiedź była niesamowita, może najbardziej dlatego, że do ostatniej chwili się wahałem, czy do niej przystąpić. Tak to jest właśnie. W teorii człowiek jest mądry, coś tam o spowiedzi nawet poczytał – a jak przychodzi do praktyki, to jest dramat. Konkretniej to strach, obawy, a przede wszystkim wszechogarniający wszystko wstyd. Bo trzeba innej osobie te wszystkie brudy z siebie wylać – mimo, że z tyłu głowy jest taka świadomość, że przecież otwieram serce i daję przestrzeń do działania i przebaczenia samemu Bogu i właściwie to tylko Jemu, działającemu przez spowiednika. 
Nigdy też nie trafiła mi się takiego… hm, gatunku/kalibru pokuta. Wreszcie mogłem też zapytać o jedną rzecz, która od dłuższego czasu mnie gniotła.

To jest niesamowite. W teorii nic się absolutnie nie zmieniło – jest taki sam mróz jak wczoraj, wstać do pracy wcale nie chciało się bardziej, zapału do nowych rzeczy jakoś nie przybyło. Może tyle, że słoneczko piękne jakoś tak bardziej cieszy. Ale jestem leciutki i przeszczęśliwy. Taki restart – oby bez konieczności nagrabienia tego samego – i nowa szansa. „Ja odpuszczam tobie grzechy” i już. To nie boli, mimo że się tego tak panicznie boję (tak, mam problem ze spowiedzią). Tego się boję do momentu, kiedy już nie uklęknę i nie otworzę się – a przy tym nie zrozumiem, że Bóg chce to wymazać i dać mi kolejną szansę. 
Szczęście z grzeszności? Nie, bardziej z uświadomienia sobie, że ta grzeszność może zniknąć, że Bóg chce to ode mnie zabrać, jeśli tylko ja do Niego z tym przyjdę. Nie brzydzi się mną jak takim umazanym syfem brudasem – ale chce mnie z tego oczyścić i przytulić do swego serca. Dla Niego ma znaczenie to, że przyszedłem, że przyznaję się do grzechu, i chcę tego uniknąć, poprawić się. 
Wierzę w Boga, staram się modlić, na tym blogu pisać o tych sprawach ważnych – o wierze – a mimo wszystko co kawałek robię coś, co jest w gruncie rzeczy wybraniem nie Boga, czyli złego. Czasami w sytuacjach bardziej niż oczywistych, czyli skrajna głupota. Czasami działając w przypływie jakiegoś gniewu, mimo że wiem, że takim działaniem zranię kogoś ważnego, bliskiego. 
Nie mam prawa się mądrzyć – ale polecam to oczyszczenie każdemu. To jest uczucie nie do opisania. Boże Miłosierdzie, które po prostu przenika. I niech trwa. 

Lefebryści mogą godnie spowiadać w Roku Miłosierdzia – i co dalej?

Ta kwestia mi kompletnie uciekła, a jest dość ciekawa – dla mnie akurat o tyle, że lefebrystów mam na „swoim” własnym kościelnym podwórku. 
W dniu 01 września 2015 r. Ojciec Święty wystosował list do przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji abp. Rino Fisichelli w przedmiocie odpustów związanych z Rokiem Jubileuszowym Miłosierdzia, kościołów jubileuszowych, warunków do uzyskania odpustu zupełnego (akcentując odmienne warunki dla więźniów), a także kwestii spowiedzi. W dokumencie tym znajduje się, przedostatni, akapit:

Ostatnia uwaga dotyczy tych wiernych, którzy z różnych powodów uważają za stosowne chodzenie do kościołów, w których posługują kapłani z Bractwa św. Piusa X. Ten Jubileuszowy Rok Miłosierdzia nie wyklucza nikogo. Niektórzy współbracia biskupi z różnych stron opowiadali mi o ich dobrej wierze i praktykowaniu sakramentów, z czym łączy się jednak dyskomfort życia w trudnej z duszpasterskiego punktu widzenia sytuacji. Ufam, że w bliskiej przyszłości będzie można znaleźć rozwiązania pozwalające przywrócić pełną jedność z kapłanami i przełożonymi Bractwa. Tymczasem, powodowany potrzebą zabiegania o dobro tych wiernych, rozporządzam i postanawiam, że osoby, które w Roku Świętym Miłosierdzia przystąpią do Sakramentu Pojednania u kapłanów z Bractwa św. Piusa X, otrzymają ważne i zgodne z prawem rozgrzeszenie.

To nie jest miejsce na wykład nt. tego, kim są lefebryści (nazwa potoczna Bractwa św. Piusa X), pisałem o nich tutaj w kontekście gestów papieża Benedykta XVI z 2012 roku. Jest to bractwo stowarzyszenie życia apostolskiego, założone przez abp. Marcela Lefebvre’a CSSp, emerytowanego biskupa Dakaru w Afryce, w 1970 r., które kontestowało i w sposób otwarty sprzeciwiało się wielu decyzjom Soboru Watykańskiego II i kolejnych, po Piusie XII, papieży (nie należy ich mylić jednakże z sedewakantystami – inna para kaloszy), głównie w materii zmian w liturgii Mszy Świętej. W 1976 r. doszło do udzielonych przez Lefebvre’a święceń kapłańskich bez zgody biskupa miejsca – co skutkowało suspendowaniem biskupa a divinis. Pomiędzy lefebrystami a Watykanem prowadzone były rozmowy, jednak do ostatecznego rozłamu doszło w 1988 r., kiedy Lefebvre bez zgody i wprost wbrew ostrzeżeniom Stolicy Apostolskiej udzielił sakry biskupiej czterem księżom Bractwa (w tym obecnemu jej przełożonemu bp. Bernardowi Fellayowi), co w myśl Kodeksu Prawa Kanonicznego spowodowało ekskomunikę latae sententiae. Lefebvre zmarł w 1991 r., zaś w styczniu 2009 r. w geście dobrej woli Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z  4 biskupów. Do pojednania – niestety, co przewidywałem – nie doszło, ponieważ lefebryści nadal oczekują, aby to Kościół katolicki uznał niewłaściwość postępowania w konkretnych kwestiach. 
Co zrobił Franciszek w kontekście powyższego dokumentu? Jest to ewidentnie kolejny gest dobrej woli kolejnego papieża w stosunku do grupy, która jest po prostu „na bakier” z Kościołem katolickim, uznając pierwszeństwo własnych teorii i przekonań na tym, co ustalił sobór i kolejni papieże. Każdy widzi, że Franciszek jest człowiekiem pojednania, który ma szczególny charyzmat ekumeniczny – co widać choćby po jego relacjach ze wspólnotami protestanckimi – i tutaj działa w uznaniu dla lefebrystów jako grupy w pewien sposób wiernej tradycji Kościoła (wg statystyk z 2010 r.L: 529 księży,750 kaplic w 63 krajach na wszystkich zamieszkanych kontynentach, w tym 6 seminariów duchownych) i dążąc, czyniąc znak gotowości do dalszych rozmów w celu osiągnięcia pełnej jedności. Nie jest także tajemnicą, iż jako metropolita Buenos Aires także dobrze żył z tamtejszymi lefebrystami. Jest to o tyle znamienne, że obecny prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Gerhard Ludwig Muller publicznie deklarował, iż dialog z lefebrystami nie będzie kontynuowany – co generalnie jest całkiem zrozumiałe, skoro wola dialogu wyraźnie jest tylko ze strony Watykanu i przez 30 lat rozmowy na różnych szczeblach nie przyniosły rezultatu. 
Jaki jest status lefebrystów w Kościele katolickim? Jest to suspendowane stowarzyszenie życia apostolskiego. Bractwo nie ma jedności ze Stolica Apostolską. Na temat statusu Bractwa Piusa X w 1988 r. wypowiedziała się dobitnie Konferencja Episkopatu Polski. Konferencja jednoznacznie stwierdziła, że to zgromadzenia kapłańskie jest schizmatyckie (podobne stanowisko 10 lat później w liście pasterskim zajął abp Tadeusz Gocłowski). W grudniu 2010 r. ówczesny przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Józef Michalik zabronił uczestnictwa w liturgii sprawowanej przez członków Bractwa, którzy działają bez mandatu biskupa.
Innymi słowy – co do zasady, katolik nie powinien brać udziału w liturgii i sakramentach sprawowanych przez suspendowanych księży lefebrystów – a więc także spowiadać się u nich i uczestniczyć we Mszy Świętej. Żeby było jasne – oni są jak najbardziej ważnie wyświęconymi księżmi (a nawet biskupami), zachowana niewątpliwie została sukcesja apostolska przy udzielaniu święceń (której z kolei brak jest problemem przy wielu wspólnotach protestanckich). Problem dotyczy godziwości sprawowania sakramentów – mówi się o tym, że brak jedności ze Stolicą Apostolską powoduje ich niegodne sprawowanie. 
Papież Franciszek wyciąga jednak rękę i w mojej ocenie, „uchyla drzwi” i ułatwia dojście do porozumienia, niejako uchylając suspensę na lefebrystach na wskazany okres, bo to wynika wprost z treści (podkreśliłem w tekście listu powyżej). Bo przecież – dokument mówi o Roku Jubileuszowym, więc od grudnia 2015 r. do grudnia 2016 r. Co dalej? Ani Franciszka, ani żadnego innego biskupa nie podejrzewam o to, aby po tym czasie wydał jakikolwiek oficjalny dokument, który uzna, że „teraz u lefebrystów już nie wolno się spowiadać” (taka wypowiedź mogła by być uznana za dziwny, a nawet „faryzejski” legalizm). Było by to po prostu dość śmieszne. Papieskie pozwolenie wiele zatem zmienia, chociażby jako takie, które przyznaje władzę spowiedzi odgórnie i ogólnie, bez konieczności uzyskania pozwolenia biskupa miejsca. Oznacza ono bowiem kanoniczność sprawowanej przez lefebrystów spowiedzi. 

A skoro spowiedzi, to przecież także Mszy Świętej – bo raczej nie można rozgraniczyć: ten sakrament może godnie sprawować, a tego drugiego już nie. Nie słyszałem bynajmniej o częściowym zawieszaniu/uchylaniu suspensy na duchownym. Pomijając już „dziwność” konstrukcji, z jaką chyba mamy do czynienia, mianowicie z… zawieszeniem czasowym suspensy na wskazany z góry, zamknięty okres. 
Chociaż, z drugiej strony, papież wyraźnie mówi o konkretnym, zamkniętym okresie Roku Jubileuszowego i uznaje ważność i prawomocność rozgrzeszenia tylko w tym konkretnym okresie. Jego list z 01 września 2015 r. można więc potraktować także jako pozwolenie niejako czasowe – wydane może z nadzieją na to, że „coś się ruszy”, że Bractwo św. Piusa X odpowie na ten gest, dojdzie do rozmów, uda się wypracować kompromis. A jeśli nie – w sumie nie zadeklarował jednoznacznie niczego w kontekście późniejszych sakramentów, ani nie wypowiedział się (nie zdjął) suspensy z kapłanów bractwa.
Jedno powiedzieć trzeba jasno. Abp. Lefebvre nie żyje od lat 25, także obecny przełożony bp Bernard Fellay (i pozostali 3 wyświęceni w 1988 r. biskupi) są już w, powiedzmy, słusznym wieku i siłą rzeczy oraz siłami natury, kiedyś umrą, jest to perspektywa pewnie ok. 20 lat. Skończy się wtedy problem z nimi jako duchownymi, których nielegalne święcenia biskupie legły u podstaw ostatecznego zerwania i ekskomuniki (choć już formalnie zniesionej). Pozostaną kwestie tylko poglądów i sporów w ocenie tego, co Tradycją jest, co papieże i sobór mogli, a czego nie mogli – i przełożenia tego na sytuację Bractwa w Kościele katolickim. Dużo będzie zależało także od ludzi – na czele Kościoła katolickiego (papieża) i przełożonego Bractwa, który przecież będzie mógł nawet, hipotetycznie, dokonać jakiegoś oficjalnego gestu pojednania z Kościołe, quasi-homagium złożonego papieżowi i uznaniu dorobku Kościoła od Soboru Watykańskiego II. 
Pojednanie jest możliwe – i jest bardzo możliwe, że wizjoner i prorok Franciszek po prostu, jak to on ma w zwyczaju, niespecjalnie przejmując się kwestiami formalnymi, uchyla drzwi i daje znak: spotkajmy się, porozmawiajmy, spróbujmy wypracować kompromis. Dla dobra Kościoła. Tak, jak tym listem powyżej zezwala na spowiedź i szafowanie Bożym Miłosierdziem w sakramencie pokuty i pojednania przez księży lefebrystów