Guadalupe – „ta, która depcze głowę węża”

Półmetek grudnia – można by, upraszczając, stwierdzić: oo, półmetek Adwentu; ciekawe, jak to wyszło, czy w ogóle i ile udało mi się ze sobą zrobić. Ale to zostawiam każdemu w zacisze jego własnego serca i relacji z Bogiem.
Dzisiejszego wpisu nie planowałem, aż uświadomiłem sobie, jakiż to „obchód” mamy dzisiaj – mianowicie wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe. Takie meksykańskie Lourdes, Fatima, czy też (jak kto woli) Medjugorje.
Dlaczego to wspomnienie jest dla mnie ważne? Powodów znajdzie się co najmniej kilka.
Po pierwsze, bo to jedyny znany mi wizerunek, na którym Matka Boża jest w ciąży – widać to na obrazie, gdzie przepasana jest czarną wstęgą (to właśnie w tej kulturze oznaczało stan błogosławiony). W tamtym kontekście kulturowym miało to o tyle znaczenie, że Meksykanie nauczyli się szacunku do życia poczętego i powoli odstępowali od praktyki składania ofiar z ludzi, składanych dotąd pogańskim bożkom – raz złożona ofiara Jezusa Chrystusa uczyniła po prostu niepotrzebnymi rytualne, czy jakiekolwiek inne, zabijanie.
Po drugie, chodzi o objawienie, które miało miejsce w 1531 r. w Meksyku – a więc w miejscu i czasach, gdzie chrześcijaństwo – delikatnie mówiąc – było świeże, niezakorzenione i stanowiło zjawisko nowe i mało przyjęte. Wystarczy powiedzieć, że pierwsze nawrócenia Azteków datuje się na rok 1524, więc 7 lat wcześniej. Przekładając na polskie realia – jakby mówić o roku ok. 975 w przypadku państwa Piastów. Na porządku dziennym mieszkańcy tego kraju wierzyli w boga słońca oraz pierzastego węża (wybacz, nie mogę się powstrzymać przed skojarzeniem z latającym potworem spaghetti…) – o Chrystusie i Ewangelii mało kto słyszał, tym bardziej nie znali Matki Bożej. Maryja objawia się na końcu ówczesnego świata. Pogaństwo i związane z tym krwawe rytuały kwitły w najlepsze. 
W takim miejscu i takich czasach Maryja zwraca się do Juana Diego (beatyfikowany w 1990 r. i kanonizowany w 2002 r. przez św. Jana Pawła II) w jego własnym języku i mówi, aby nazwać „święta Maryja z Guadalupe” – tu wkrada się przejęzyczenie, bowiem najpewniej chodziło o sformułowanie „Coatlallope”, które w Náhuatl znaczy „ta, która depcze głowę węża”. Przypadek? Maryja odnosi się do biblijnego proroctwa z Pięcioksiągu (Rdz. 3, 15), a do tego w kontekście powszechnego oddawania czci bóstwu przedstawionemu właśnie w postaci pierzastego węża.
Po trzecie, Juan Diego – ten, który zobaczył Maryję – to prawdopodobnie jeden z ochrzczonych w pierwszej fali w 1524 r. spośród Azteków. Bóg go doświadczył: 5 lat później stracił żonę, nie miał dzieci. Mimo to, w każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo kilkanaście mil ze swojej wioski do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć we Mszy Świętej i katechizacji. Podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 90 grudnia 1531 r., na wzgórzu Tepeyac objawiła mu się Matka Boża. Pan Bóg przez swoją Matkę znowu nie wybrał osoby po ludzku znaczącej, ważnej – ale jednego z tych prostych, najbiedniejszych ludzi (był rolnikiem i wytwórcą mat).
W ogóle, historia Juana Diego jest tak niesamowita, że właściwie to bez znaczenia pozostaje, kiedy by się się wydarzyła – w XVI w. czy dzisiaj. „Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”. Delikatnie to określając, biskup oczywiście nie uwierzył w ani jedno słowo – więc Juan poprosił Maryję o znak dla dostojnika. Przy następnej wizji, właśnie 12 grudnia, Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza, opuszczony z przodu jak peleryna, a z tyłu podwiązany na kształt worka). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan Diego rozwiązał tilmę dopiero przed biskupem – który oniemiał, widząc w grudniu piękne kastylijskie róże. To nie było wszystko – bowiem na tkaninie biskup i zebrani zobaczyli… ten właśnie wizerunek, który widać na zdjęciu powyżej, czczony do dzisiaj jako obraz Matki Bożej z Guadalupe. Jedynie na marginesie można podać, że była to sobota – a więc dzień tradycyjnie poświęcony Maryi właśnie.
Sam w sobie obraz stanowi wielką tajemnicę. Nie ma na nim znanych barwników, żadnych pigmentów pochodzenia organicznego, mineralnego lub roślinnego, ani też śladów pędzla. Farba to związek chemiczny jej składników, który wiąże się z tkaniną – a w tym wypadku naukowcy takowych nie znaleźli. Badania z użyciem lasera potwierdziły, że użyte kolory są jakby na 3 cm unoszone w powietrzu. Na materiale nie widać objawów upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po (przypadkowym) oblaniu żrącym kwasem – mimo, że obraz jest utkany z włókien kaktusa (agawy), które są bardzo nietrwałe i powinny ulec zniszczeniu na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wytrzymały już blisko 500. Z czymś się kojarzy? Podpowiem – całun turyński, chusta z Manopello. To, co przesiąknięte Bogiem, nie poddaje się ludzkim prawom. Poza tym, w wizerunku z Meksyku oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię – w źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci. Dopatrzono się tam zjawiska refleksu, które występuje tylko u żywych ludzi i którego nie można odtworzyć przy pomocy najdoskonalszej nawet techniki malarskiej. Obraz zmienia swe kolory powoli równocześnie z kątem patrzenia (irydescencja). Pomijając już fakt, że przez pierwsze 100 lat obraz nie posiadał żadnej osłony, a więc wystawiony był na działanie dymu świec, kadzideł, a źródła historyczne mówią wprost o tym, jak w ciągu jednego tylko dnia tysiące ludzi rękami oraz przedmiotami dotykały tkaniny. Ona jednak pozostała nietknięt.a
Efekt? 8.000.000 nawróceń w Meksyku w czasie 6 lat. Robi wrażenie, prawda?
Ode mnie z parafii w przyszłym miesiącu wyrusza pielgrzymka do Guadalupe. Już im zazdroszczę 🙂

Horyzont Miłosierdzia

W miniony wtorek, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, Ojciec Święty Franciszek dokonał otwarcia Roku Jubileuszowego Miłosierdzia. W tym kontekście – jako że dopiero na dniach przeczytałem ten dokument – chciałem się podzielić na łamach bloga smaczkami, jakie wynalazłem w treści bulli Misericordiae vultus ustanawiającej nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia z dnia 11 kwietnia 2015 r. 
Tradycyjnie, w punktach, pogrubienia własne.
  • Jezus Chrystus jest obliczem miłosierdzia Ojca. [tak! już pierwsze jej zdanie jest kapitalne samo w sobie!]
  • W «pełni czasów» (por. Ga 4,4), gdy wszystko było gotowe według Jego planu zbawienia, zesłał On swojego Syna, narodzonego z Maryi Dziewicy, aby objawić nam w sposób ostateczny swoją miłość. Kto widzi Syna, widzi też i Ojca (por. J 14, 9). Jezus z Nazaretu swoimi słowami, gestami i całą swoją osobą objawia miłosierdzie Boga.
  • Miłosierdzie: to najwyższy i ostateczny akt, w którym Bóg wychodzi nam na spotkanie. Miłosierdzie: jest podstawowym prawem, które mieszka w sercu każdego człowieka, gdy patrzy on szczerymi oczami na swojego brata, którego spotyka na drodze życia. Miłosierdzie: to droga, która łączy Boga z człowiekiem, ponieważ otwiera serce na nadzieję bycia kochanym na zawsze, pomimo ograniczeń naszego grzechu.
  • Jeszcze mocniej jesteśmy wzywani, aby utkwić wzrok w miłosierdziu, byśmy sami stali się skutecznym znakiem działania Ojca.
  • Na ogrom grzechu Bóg odpowiada pełnią przebaczenia. Miłosierdzie będzie zawsze większe od każdego grzechu i nikt nie może ograniczyć miłości Boga, który przebacza.
  • Po rozbiciu murów, które przez zbyt długi czas trzymały Kościół w zamknięciu jak w uprzywilejowanej cytadeli, nadszedł czas na głoszenie Ewangelii w nowy sposób. Nowy etap ewangelizacji, która trwa od zawsze. Nowe zaangażowanie dla wszystkich chrześcijan, aby świadczyć z większym entuzjazmem i przekonaniem o swojej wierze. Kościół czuł odpowiedzialność za bycie w świecie żywym znakiem miłości Ojca.
  • Powierzymy Chrystusowi Panu życie Kościoła, całej ludzkości i ogromnego kosmosu, prosząc o wylanie Jego miłosierdzia jak rosy porannej, aby owocna stała się historia, którą mamy tworzyć w najbliższej przyszłości z zaangażowaniem wszystkich. 
  • Do wszystkich, tak wierzących jak i tych, którzy są daleko, niech dotrze balsam miłosierdzia jako znak Królestwa Bożego, które jest już obecne pośród nas.
  • «Bo Jego miłosierdzie na wieki» (Ps 136[135]). Jest to refren powtarzany po każdym wersecie Psalmu, który opowiada historię objawienia się Boga. W mocy miłosierdzia wszystkie dzieje starożytnego ludu pełne są głębokiego znaczenia zbawczego. Miłosierdzie sprawia, że historia Boga i Izraela staje się historią zbawienia.
  • Misją, którą Jezus otrzymał od Ojca, było objawienie tajemnicy Bożej miłości w jej pełni. «Bóg jest miłością» (1 J 4, 8.16), ogłasza — po raz pierwszy i jedyny na kartach Pisma świętego. — Jan Ewangelista. Ta miłość jest już wtedy możliwa, widoczna i namacalna w całym życiu Jezusa. Jego osoba jest niczym innym jak tylko miłością. To miłość, która się daje za darmo. Relacje Jezusa z osobami, które Go otaczają, ukazują coś jedynego i niepowtarzalnego. Znaki, które czyni przede wszystkim w stosunku do grzeszników, do biednych, wyłączonych, chorych i cierpiących, są naznaczone miłosierdziem. Wszystko w Nim mówi o miłosierdziu. Nie ma też w Nim czegoś, co byłoby pozbawione współczucia.
  • To, co poruszało Jezusa we wszystkich okolicznościach, to nic innego jak miłosierdzie, dzięki któremu czytał w sercach swoich rozmówców, dając im odpowiedzi, które korespondowały z ich najprawdziwszymi potrzebami.
  • (…) powołanie (…) wpisuje się w horyzont miłosierdzia.
  • Miłosierdzie jest ukazane jako siła, która zwycięża wszystko, która wypełnia serce miłością i pociesza przebaczeniem.
  • Miłosierdzie to nie jest tylko działanie Ojca, lecz staje się kryterium potrzebnym do zrozumienia, kim są Jego prawdziwi synowie. Jesteśmy więc wezwani do życia miłosierdziem, ponieważ to nam zostało najpierw udzielone miłosierdzie. 
  • Jakże wydaje się nieraz trudne to przebaczenie! A jednak jest ono narzędziem złożonym w nasze ręce, abyśmy byli w stanie osiągnąć spokój serca. Porzucić żal, złość, przemoc i zemstę — to warunki konieczne do tego, by żyć szczęśliwie.
  • Miłość nie może być przecież abstrakcyjnym słowem. Z samej swej natury jest ona konkretnym życiem: to intencje, zachowania, postawy, które przyjmuje się w codzienności. Miłosierdzie Boga jest Jego odpowiedzialnością za nas.
  • Wszystko w działaniu duszpasterskim Kościoła powinno zostać otulone czułością, z jaką kieruje się do wiernych; nic też z jego głoszenia i z jego świadectwa ukazanego światu nie może być pozbawione miłosierdzia. Wiarygodność Kościoła weryfikuje się na drodze miłości miłosiernej i współczującej.
  • Jest to kluczowe dla Kościoła oraz dla wiarygodności jego głoszenia, aby żył on i świadczył w pierwszej osobie o miłosierdziu. Język Kościoła i jego gesty powinny przekazywać miłosierdzie tak, aby wejść w głębię serca ludzi i sprowokować ich do odnalezienia drogi powrotu do Ojca.
  • Pierwszą prawdą Kościoła jest miłość Chrystusa. Tejże miłości, która zmierza aż do przebaczenia i do dania siebie samego, Kościół czyni się sługą i pośrednikiem wobec ludzi. Stąd też tam, gdzie Kościół jest obecny, musi się też zaznaczyć miłosierdzie Ojca.
  • Aby być zdolnymi do miłosierdzia, powinniśmy najpierw nastawić się na słuchanie słowa Bożego. To oznacza odzyskanie na nowo wartości ciszy, aby móc medytować słowo, które jest do nas zwrócone. W ten sposób możliwa jest kontemplacja miłosierdzia Boga i przyjęcie go jako własnego stylu życia.
  • On przychodzi, aby wybawić nas od słabości, w których żyjemy. Jego pomoc sprawia, że potrafimy dostrzec Jego obecność i odczuć Jego bliskość. Dzień za dniem, dotknięci przez Jego współczucie, możemy również i my być współczujący dla wszystkich.
  • Ileż sytuacji niepewności i cierpienia jest obecnych w dzisiejszym świecie! Ileż ran na ciele wielu, którzy nie mają już więcej głosu, ponieważ ich krzyk osłabł i zgasł z powodu obojętności bogatych narodów. W tym Jubileuszu Kościół zostanie jeszcze bardziej wezwany do leczenia tych ran, do opatrywania ich oliwą pocieszenia, do przewiązywania miłosierdziem oraz do leczenia ich solidarnością i należną uwagą. Nie wpadajmy w obojętność, która upokarza, w przyzwyczajenie, które usypia ducha i nie pozwala odkryć nowości, w cynizm, który niszczy. Otwórzmy nasze oczy, aby dostrzec biedę świata, rany tak wielu braci i sióstr pozbawionych godności. Poczujmy się sprowokowani, słysząc ich wołanie o pomoc. Nasze ręce niech ścisną ich ręce, przyciągnijmy ich do siebie, aby poczuli ciepło naszej obecności, przyjaźni i braterstwa. Niech ich krzyk stanie się naszym, tak byśmy razem złamali barierę obojętności, która często króluje w sposób władczy, aby ukryć hipokryzje i egoizm.
  • Nie możemy uciec od słów Pana, gdyż to na ich podstawie będziemy osądzeni: czy daliśmy jeść temu, kto jest głodny, czy daliśmy pić temu, kto jest spragniony, czy przyjęliśmy przybysza i ubrali nagiego, czy mieliśmy czas, aby być z chorym i z więźniem (por. Mt 25, 31-45). Podobnie również zostaniemy zapytani, czy pomogliśmy wyjść z wątpliwości, które sprawiają, że człowiek zaczyna się bać, i które stają się źródłem samotności; czy byliśmy zdolni do przezwyciężenia ignorancji, w której żyją miliony osób, a przede wszystkim dzieci pozbawione koniecznej pomocy, aby wyjść z biedy; czy byliśmy blisko tego, kto jest samotny i uciśniony; czy przebaczyliśmy temu, kto nas obraził i odrzuciliśmy każdą formę urazów i nienawiści, które prowadzą do przemocy; czy byliśmy cierpliwi na wzór Boga, który jest tak bardzo cierpliwy wobec nas; i wreszcie czy powierzaliśmy Panu na modlitwie naszych braci i siostry. W każdym z tych „najmniejszych” jest obecny sam Chrystus. Jego ciało staje się znów widoczne jako umęczone, poranione, ubiczowane, niedożywione, w ucieczce…, abyśmy mogli je rozpoznać, dotknąć i pomóc z troską. 
  • Nie zmęczy mnie nigdy powtarzanie, żeby spowiednicy stali się prawdziwym znakiem miłosierdzia Ojca. Bycie spowiednikiem to nie improwizacja. Spowiednikami stajemy się przede wszystkim wtedy, gdy wpierw sami jako penitenci szukamy przebaczenia. Nigdy nie zapominajmy, że być spowiednikiem znaczy mieć udział w samej misji Jezusa i być konkretnym znakiem ciągłości Boskiej miłości, która przebacza i zbawia. 
  • Spowiednicy są wezwani, aby objąć skruszonego syna, który wraca do domu i by wyrazić radość z tego, że się odnalazł. Niech nie zmęczy spowiedników również to, że będą musieli wyjść do drugiego syna, który pozostał na zewnątrz i jest niezdolny do radości, aby wytłumaczyć mu, że jego ostry osąd jest niesprawiedliwy i nie ma sensu w obliczu miłosierdzia Ojca, które nie zna granic. Niech nie zadają aroganckich pytań, lecz jak ojciec z przypowieści niech przerwą wywód przygotowany przez syna marnotrawnego, ażeby potrafili uchwycić w sercu każdego penitenta wezwanie do pomocy i prośbę o przebaczenie. Spowiednicy są wezwani do tego, aby byli zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji i pomimo wszystko, znakiem prymatu miłosierdzia.
  • Słowo przebaczenia niech dotrze do wszystkich, a wezwanie do doświadczenia miłosierdzia niech nie pozostawi nikogo obojętnym. Moje zaproszenie do nawrócenia kieruję z jeszcze większą intensywnością do tych osób, które znajdują się daleko od łaski Boga ze względu na sposób, w jaki żyją.
  • Nie będzie bezużyteczne w tym kontekście opisanie relacji pomiędzy sprawiedliwością a miłosierdziem. Nie są to dwa aspekty sobie przeciwne, ale dwa wymiary tej samej rzeczywistości, która rozwija się stopniowo, aż do osiągnięcia swego szczytu w pełni miłości. 
  • W obliczu wizji sprawiedliwości, która jest niczym więcej, jak tylko zwykłym zachowywaniem Prawa, które dzieli osoby na sprawiedliwych i grzeszników, Jezus chce pokazać wielki dar miłosierdzia, które szuka grzeszników, aby zaoferować im przebaczenie i zbawienie. 
  • Miłosierdzie raz jeszcze jest objawione jako podstawowy wymiar misji Jezusa. Jest ono prawdziwym wyzwaniem wobec Jego rozmówców, którzy zatrzymują się tylko na aspekcie formalnym Prawa. Jezus natomiast wykracza poza Prawo; Jego dzielenie się z tymi, których Prawo uważało za grzeszników, pozwala zrozumieć, dokąd dochodzi Jego miłosierdzie.
  • To nie zachowywanie prawa zbawia, ale wiara w Jezusa Chrystusa, który wraz ze swoja Męką i Zmartwychwstaniem niesie zbawienie razem z miłosierdziem, które usprawiedliwia.
  • Miłosierdzie nie jest przeciwne sprawiedliwości, lecz wyraża zachowanie Boga w stosunku do grzesznika, któremu to ofiaruje kolejną możliwość okazania żalu, nawrócenia i uwierzenia.
  • Jeśli Bóg zatrzymałby się na sprawiedliwości, przestałby być Bogiem i stałby się jak wszyscy ludzie, którzy przywołują szacunek dla prawa. Sprawiedliwość sama z siebie nie wystarczy, a doświadczenie uczy, że odwoływanie się tylko do niej niesie ze sobą ryzyko jej zniszczenia. Z tego też powodu Bóg przekracza sprawiedliwość miłosierdziem i przebaczeniem.
  • Bóg nie odrzuca sprawiedliwości. On ją włącza i przekracza w jeszcze większym wydarzeniu, w którym doświadcza się miłości, która jest fundamentem prawdziwej sprawiedliwości. 
  • Ta Boża sprawiedliwość jest miłosierdziem udzielonym wszystkim jako łaska na mocy śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Krzyż Chrystusa zatem jest sprawiedliwością Boga nad nami wszystkimi i nad światem, ponieważ ofiaruje nam pewność miłości i nowego życia.
  • Bóg jest zatem zawsze gotowy do przebaczenia i nie męczy się nigdy, ofiarując je w sposób zawsze nowy i nieoczekiwany.
  • Miłosierdzie posiada wartość, która przekracza granice Kościoła. Pozwala nam ono wejść w relacje z Judaizmem i z Islamem, które to religie uważają miłosierdzie jako jeden z najistotniejszych atrybutów Boga.
  • Oby ten Rok Jubileuszowy, przeżyty w miłosierdziu, umożliwił spotkanie z tymi religiami oraz z innymi szlachetnymi tradycjami religijnymi; niech sprawi, że staniemy się bardziej otwarci na dialog, aby poznać się lepiej i wzajemnie zrozumieć; niech wyeliminuje każdą formę zamknięcia i pogardy, i niech odrzuci każdy rodzaj przemocy i dyskryminacji.
  • Wszystko w Jej [Maryi] życiu zostało ukształtowane przez obecność miłosierdzia, które stało się ciałem.
  • Rok Święty Nadzwyczajny jest zatem po to, aby w codzienności żyć miłosierdziem, które od zawsze Ojciec rozciąga nad nami. W tym Jubileuszu dajmy się Bogu zaskoczyć. On nigdy nie przestaje otwierać drzwi swojego serca, by powtarzać, że nas kocha i że chce dzielić z nami swoje życie.
  • Kościół jako pierwszy jest wezwany do tego, aby stał się wiernym świadkiem miłosierdzia, wyznając je i żyjąc nim jako centrum objawienia Jezusa Chrystusa.Z serca Przenajświętszej Trójcy, z nieprzeniknionych głębokości tajemnicy Boga, wytryska i nieprzerwanie płynie wielka rzeka miłosierdzia. To źródło nigdy się nie może wyczerpać, bez względu na to, jak wielu do niego przyjdzie. Za każdym razem, gdy ktoś będzie go potrzebował, będzie mógł do niego przystąpić, ponieważ miłosierdzie Boga nie ma końca. Jak są nieprzeniknione głębokości tajemnicy, którą w sobie zawiera, tak też jest niewyczerpane bogactwo, które od niej pochodzi.
  • W tym Roku Jubileuszowym niech Kościół stanie się echem Słowa Boga, które brzmi mocno i przekonująco jako słowo i jako gest przebaczenia, wsparcia, pomocy, miłości. Niech się nie zmęczy nigdy ofiarowaniem miłosierdzia i niech będzie zawsze cierpliwy w umacnianiu i przebaczaniu.

Zachęcam do przeczytania całości – link jest u góry. Tekst dość krótki, wyszło mi kilkanaście stron maszynopisu. 

Niech nas Miłosierdzie Boże inspiruje.

>>>

To wpis nr 600 na tym blogu 🙂

Franciszek otworzył bramę

(fot. Grzegorz Gałązka / galazka.deon.pl)
Tak właśnie bym to określił, co dokonuje w kontekście prawdy o Bożym Miłosierdziu Franciszek, który wczoraj w Bazylice św. Piotra (już nie w afrykańskim buszu) otworzył Drzwi Święte Jubileuszowego Roku Miłosierdzia. 
Dla mnie to wydarzenie jest o tyle fenomenalne, że – jak to trochę czytałem, z punktu widzenia historii – jeszcze około 60 lat temu Kongregacja Świętego Oficjum wypowiadała się negatywnie w ogóle o kulcie Miłosierdzia Bożego jako takim
Podobno powstał dekret, w którym papież miał wypowiedzieć się wprost w tym zakresie i nie doszło do tego tylko dlatego, że Pius XII zmarł (1958). Z kolei 06 marca 1959 r. Oficjum zakazywało „propagowania obrazów i pism przedstawiających kult Miłosierdzia Bożego w formach przedstawionych przez s. Faustynę”, jednocześnie „powierzając roztropności biskupów usunięcie ww. obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. Niecałe 20 lat po śmierci Faustyny Kowalskiej (1938). I dopiero w 1978 r. ta sama kongregacja, już pod posoborową nazwą jako Kongregacja Nauki Wiary, zniosła zakaz z 1959 r., przyznając, iż wówczas oparto zalecenie na badaniu niepełnej dokumentacji. Zasłużył się tu kard. Franciszek Macharski, który w 1983 r. po raz pierwszy w diecezji krakowskiej wprowadził święto Miłosierdzia Bożego. W 1993 r. „sekretarka Miłosierdzia Bożego” została beatyfikowana przez Jana Pawła II, który następnie w 2000 r. ją kanonizował w Krakowie (byłem tam wtedy), ustanawiając oficjalnie w kalendarzu liturgicznym II niedzielę po Zmartwychwstaniu Pańskim Niedzielą Miłosierdzia Bożego. Dzisiaj już błogosławiony spowiednik s. Faustyny – ks. Michał Sopoćko – miał powiedzieć ks. Henrykowi Gulbinowiczowi, że Miłosierdzie Boże zwycięży; i miał rację. 
Historia zatoczyła koło – nieco ponad pół wieku, i zamiast zakazów mamy dzisiaj niespotykaną eksplozję kultu i nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. I bynajmniej nie mówię tu tylko o Polsce – także za granicą, w Azji czy Ameryce. 
Bardzo wymowne jest to zdjęcie poniżej – właściwie przed uroczystością, kiedy procesja z Franciszkiem dotarła do przedsionka bazyliki, gdzie Ojciec Święty przywitał się z papieżem seniorem. Szczególnie w kontekście tego, co niektórzy autorzy w kraju (Tomasz Terlikowski) i za granicą (Antonio Socci) opowiadają o zagrożeniu Kościoła, nieważności wyboru Franciszka, konflikcie pomiędzy Bergoglio a Ratzingerem. Przez moment, jakiś czas temu pod koniec listopada, chciałem na tym blogu odnieść się do tego tekstu Terlikowskiego, ale uznałem, że szkoda czasu i nerwów. Stek absurdów o tonącej łodzi, pijanym statku, antypapiestwie. Jeszcze lefebrysta, czy już sedek? Nie wiem. Ale jeśli ktoś tyle pisze o urojeniach Socciego – chyba coś go w tym pociąga i nawet nie próbuje ukrywać, że tak nie jest, i uznaje książkę Socciego za… przejaw troski o Kościół. 
A tu, jak na złość, zarówno Franciszek, jak i Benedykt na każdym kroku – co i tak ma miejsce bardzo rzadko – podkreślają wzajemny szacunek, przywiązanie. Właśnie takimi gestami. 
(fot. PAP/EPA/MAURIZIO BRAMBATTI)

Nieustannie zsyłaj na nas swego Ducha Świętego, abyśmy niestrudzenie z ufnością kierowali spojrzenie na Tego, którego przebiliśmy, Twego Syna, który stał się człowiekiem, jaśniejące oblicze Twego nieskończonego miłosierdzia, pewne schronienie dla nas wszystkich, grzeszników, potrzebujących przebaczenia i pokoju, prawdy, która wyzwala i zbawia. On jest Bramą, przez którą przychodzimy do Ciebie, niewyczerpalne źródło pocieszenia dla wszystkich, piękno, które nie zna zachodu, radość doskonałą w życiu bez końca. Niech się za nami wstawia Niepokalana Dziewica, pierwszy i wspaniały owoc paschalnego zwycięstwa, jaśniejąca jutrzenka nowych niebios i ziemi nowej, szczęśliwy cel naszej ziemskiej pielgrzymki. Tobie Ojcze Święty, Twemu Synowi, naszemu Odkupicielowi, Duchowi Świętemu, Pocieszycielowi wszelka cześć i chwała na wieki wieków.

Te słowa Franciszka poprzedziły otwarcie Drzwi Świętych. Wcześniej w trakcie Mszy Świętej mówił:

Dokonujemy tego gestu, jakiego już dokonałem w Bangi, zarówno prostego jak i bardzo symbolicznego w świetle usłyszanego słowa Bożego, które stawia na pierwszy plan prymat łaski. To, co wiele razy powraca w tych czytaniach odsyła w istocie do tego wyrażenia, które anioł Gabriel skierował do młodej dziewczyny, zaskoczonej i niedowierzającej, wskazując na tajemnicę, która ją osłoni: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski” (Łk 1, 28).

Dzisiaj przeczytałem tekst bulli ogłaszającej Rok Jubileuszowy – postaram się nieco o niej napisać, może jutro.

Akcent humorystyczny – papież „dobijający się” i nie do końca radzący sobie sam z Drzwiami Świętymi (pomogli mu jego kamerdynerzy, z drugiej strony, od wewnątrz) z ciekawym motywem Adele i jej „Hello” wplecionym w całość przekraczania progu. 

Trochę nie rozumiem dociekania, jak to internauci zaczęli od razu porównywać całość samego momentu otwarcia do najpewniej Jana Pawła II z 1983 czy 2000 roku – a że brak pastorału, a że nie uklęknął papież na progu, albo czemu sam, etc. Ale czy to ma naprawdę takie znaczenie i stanowi coś, nad czym warto i jest w ogóle jakiś sens dywagować? Trochę nie. 
(fot. PAP / EPA / CLAUDIO PERI)
Taki polski, a zarazem ekumeniczny akcent. Podczas pobytu na Ukrainie kaznodzieja Domu Papieskiego, o. Raniero Cantalamessa OFMCap., głoszący rekolekcje dla biskupów greckokatolickich i rzymskokatolickich, otrzymał kopię ikony „Brama Miłosierdzia”, o której opowiedział papieżowi. Franciszek zaś… poprosił, aby ikona ta była obecna na inauguracji Roku Jubileuszowego. Życzenie Ojca Świętego zostało spełnione, dzięki współpracy zarówno władz państwowych, jak i kościelnych (katolików rzymskich i greckich). Sama zaś ikona na co dzień znajduje się w greckokatolickiej cerkwi Przemienienia Pańskiego w Jarosławiu.

Polscy franciszkańscy męczennicy z Peru beatyfikowani

I stało się – dzisiaj po południu w peruwiańskim Chimbote, na tamtejszym stadionie, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Angelo Amato SDB dokonał w imieniu papieża Franciszka beatyfikacji trzech ofiar maoistowskich bojowników Świetlistego Szlaku, którzy ponieśli śmierci w krótkim odstępie czasu w sierpniu i wrześniu 1991 r. na terenie tej diecezji – o. Zbigniewa Strzałkowskiego OFMConv. i o. Michała Tomaszka OFMConv., jak również Włocha ks. Alessandro Dordiego (pisałem o tym w lutym). 

Przyjmując pragnienie naszego brata, biskupa Ángela Francisco Simóna Piorno, ordynariusza Chimbote, a także wielu innych współbraci w biskupstwie i wiernych, po zasięgnięciu opinii Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, naszą władzą apostolską zezwalamy, by czcigodni Słudzy Boży o. Michał Tomaszek, o. Zbigniew Strzałkowski ze Zakon Braci Mniejszych Konwentualnych i ks. Aleksander Dordi, kapłan z diecezji Bergamo, od tej pory nazywani byli błogosławionymi, a jego święto niech będzie obchodzone zgodnie z zasadami prawa 9 sierpnia i 25 sierpnia

W uroczystości w Andach wzięło udział ok. 20.000 osób, w tym grupa ok. 200 Polaków, w tym przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki, jak również ordynariusze diecezji, z których pochodzili oo. Zbigniew i Michał: bp Andrzej Jeż z Tarnowa oraz bp Roman Pindel z Żywca. 

Dlaczego Polacy zginęli, jak również niewiele później ich współbrat z Włoch? Kompletnie bez sensu, z powodu głupich uprzedzeń, w imię wydumanego imperializmu i sprzeciwiania się „rewolucji” (na przesiąkniętej krwią tabliczce z „wyrokiem śmierci”, umieszczonej na plecach o. Zbigniewa, senderyści namalowali znak sierpa i młota oraz hasło: „Śmierć imperialistom, niech żyje rewolucja”). Co więcej, poza nimi terroryści zabili też wójta i jego zastępcę. Za co tak naprawdę zginęli Polacy? Za to, że Kościół uważany był za zagrożenie dla zbrodniczej organizacji. Za Ewangelizację Peruwiańczyków, leczenie, dożywianie miejscowych ludzi, starali się podnieść poziom życia mieszkańców tych okolic. O. Zbigniew miał w szczególności zajmować się sprawami organizacyjnymi, oddany posłudze chorym, o. Michał zaś był uzdolniony jeśli chodzi o śpiew i muzykę.

Pięknie mówił o tym w homilii kardynał prefekt:

Nasi męczennicy mówili językiem miłości. Pochodzili z dalekich krajów i mówili innymi językami. Przybywając do Peru, nauczyli się nowego języka, ale przede wszystkim mówili językiem miłości. Ich apostolstwo i akceptacja męczeństwa były lekcjami miłości. Miłość zwycięża nienawiść i znosi zemstę. Miłość jest prawdziwym świetlistym szlakiem, który przynosi życie, a nie śmierć, rodzi pokój, a nie wojnę, tworzy braterstwo, a nie podziały.

Po śmierci ich ciała pochowano w kościele parafialnym w Pariacoto, gdzie posługiwali za życia.

ikona polskich męczenników autorstwa Bogusława Onsowicza, która została wręczona w czasie beatyfikacji kard. Angelo Amato jako dar od franciszkanów

Polecam obejrzenie krótkiego półgodzinnego filmu „Czas zawieszony”, wyprodukowanego przez TVP i telewizję peruwiańską (wypowiada się tam s. Berta Hernandez Guerra, która jechała z Polakami, i została wypchnięta z samochodu; w jego produkcji wziął udział również o. Jarosław Wysoczański OFMConv., który pracował z męczennikami w Pariacoto jako ich przełożony, i przeżył prawdopodobnie tylko dlatego, że w czasie uprowadzenia nowobeatyfikowanych przebywał na urlopie).  Także na TVP 1 jutro, w niedzielę 06.12.2015 o 9:00 zostanie wyemitowany film poświęcony osobom nowych polskich męczenników pt. „Życia nie można zmarnować”. Kto ma czas – polecam. 

Ich świadectwo jest bardzo istotne w dzisiejszych czasach – choć to tylko ćwierć wieku później. Także dzisiaj, a nawet jeszcze bardziej, chrześcijanie są prześladowani tylko dlatego, że są tym, kim są, i wierzą w Tego, w którego wierzą. Nie tylko w Ameryce Południowej, ale także na Bliskim Wschodzie, i w wielu innych miejscach. Ojcowie Michał i Zbigniew pokazują, że warto być wiernym swoim przekonaniom, oddanym swojej pracy wśród ludzi do końca – jaka by ona nie była. Nie tylko zresztą jako kapłan czy brat zakonny. 

Można by pewnie powiedzieć: po co ta ofiara? Bez sensu. Mogli uciec, bronić się jakoś, przeciwstawić agresorom. Nie było by w tym nic złego ani dziwnego. A oni po prostu ofiarowali siebie z miłości do Boga i ludzi, którym tam posługiwali. Boży szaleńcy? Może i tak. Ale to właśnie ich Kościół przedstawia nam jako wzory i uznaje za błogosławionych, przepełnionych Bogiem.

Tu nie chodzi o to, aby każdy został męczennikiem – ale o gotowość do oddania życia, do złożenia go Bogu w ofierze, o ile o to poprosi. I że otrzymane od Niego dary, talenty i powołanie można zrealizować nie tylko w dobrze płatnej, prestiżowej pracy zawodowej – ale także, a może nawet lepiej i sensowniej, na przysłowiowym końcu świata, wśród ludzi ubogich materialnie i duchowo, pozostawionych niejako samym sobie.

Błogosławieni Michale i Zbigniewie – módlcie się za nami.