Daj Bogu szansę

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia. (Łk 19,41-44)

Ten tekst jakby trochę sprawia mi trudność. Bo to ostatnie zdanie, cóż, brzmi trochę jak taki wyrzut z konsekwencjami pod adresem tego, kto rozminął się z Bogiem – no a co z miłosierdziem Boga i tym, że On ciągle przychodzi?
Jezus zapłakał nad złem w Jerozolimie – przy czym dość jasno trzeba powiedzieć, że nie chodzi tu o zło okupacji rzymskiej jako takiej, ale zło ludzi, Żydów, ją zamieszkujących. Jak to ładnie ujęto w jednym z komentarzy, „sprawcami tego zła są nie tyle rzymscy okupanci, co „okupanci” umysłów, ci którzy odwrócili lud izraelski od żywego Boga do samej tylko tradycji”. Jezus, oczywiście, miał rację – dwa powstania (lata 70 i 135 n.e.) zniszczyły Jerozolimę prawie całkowicie. 
Syn Boży przybył z misją pokoju i pojednania do Jerozolimy (Miasta Pokoju), a jednak niczego tam nie zdziałał. W tym obrazku przytoczono Jego wjazd do miasta – ale On dokładnie wiedział, kto i w jaki sposób przeciwko Niemu knuje i spiskuje, oraz do czego – dokąd – Go to doprowadzi. Na krzyż, który jednak nie stał się gorzkim znakiem porażki, ale wywyższył Jezusa i otworzył Mu drogę do zmartwychwstania. 
Co ciekawe, te słowa „czas swojego nawiedzenia” brzmią tak samo zarówno w Biblii Tysiąclecia, jak i najnowszym przekładzie Biblii Paulistów. Co oznaczają? To właśnie, jak bezmyślnie i bezrefleksyjnie ówcześni Żydzi przeszli nad Jezusem – uznając Go błędnie za jednego z samozwańczych mesjaszy i traktując, do kary włącznie, jako wichrzyciela i bluźniercę, z delikatną pomocą koniunkturalisty Piłata, który chciał mieć przysłowiowy święty spokój. Pomimo czynionych przez Niego znaków, cudów, nauczania. Zabrakło… no właśnie. Wiary? Chęci? Dobrej woli?Nawiedzenie przez Boga, który przyszedł nie tyle stanąć na czele powstania – na co, jak wiadomo, wielu liczyło – ale wyzwolić ludzi w mniej namacalny, ale o ile ważniejszy, bo duchowy, sposób. 
Można zaryzykować stwierdzenie, że Jerozolima musiała upaść, aby Boże Królestwo dosłownie rozlało, rozsypało się po całym ówczesnym świecie, i dalej, aż na całą ziemię. Co dokonało się na początku w dużej mierze rękami rozproszonych po świecie Żydów, spośród których przecież wielu było jednymi z pierwszych chrześcijan. Szli i głosili Tego, w którego uwierzyli. 
Tamci Żydzi po prostu rozminęli się z Bogiem, byli zbyt zajęci samymi sobą, swoim życiem, swoim prawem i skrupulanctwem w jego realizowaniu (w czym równocześnie nie było wiary ani ducha Bożego). Dość bezmyślnie stracili wielką szansę – mimo, że On był obok przez blisko 3 lata, chodził po tej krainie, nauczał, rozmawiał, mówił do serc, uzdrawiał choroby, a nawet wskrzeszał zmarłych. Mało powodów, żeby uwierzyć? To zależy, czy się chce. Bóg nas w tym nigdy nie wyręczy – bo szanuje naszą wolną wolę. Co więcej – to, jak wiele tamci obojętni stracili, nie rozpoznając czasu swojego nawiedzenia, najlepiej oddają karty Pisma Świętego w zakresie części Nowego Testamentu – a więc słowa tych właśnie ludzi, którzy czasami Jezusa znali osobiście, widzieli Go, mogli Go sami słuchać, a potem te słowa dla nas i dla wszystkich spisali. Gdy się czyta np. ewangelie, to aż bije z nich ten Boży Duch, Boży zapał i radość człowieka odnalezionego i ukochanego przez Boga – nie na zasadzie rozdzielnika, jak każdego, ale w indywidualny i wyjątkowy sposób. 
Jerozolima jako miasto upadła – przegapiła czas swojego nawiedzenia. Czy te słowa można odnieść do ludzi? Według mnie – nie. Każdy człowiek ma szansę dać Bogu szansę tak długo, dopóki żyje. Co samo w sobie jest już paradoksalne – kogo porównujemy? Małego człowieka z nieskończonym Bogiem i Stwórcą wszystkiego, w tym tego człowieczka. A jednak, zakochany w ludziach bez pamięci, to Bóg stara się i walczy o każdego człowieka. I przychodzi, puka, zagaduje, stara się zwrócić uwagę, przykuć spojrzenie, zainteresować. Nigdy nie zmusi, nigdy nie postawi pod ścianą – w „trudniejszych” przypadkach człowiek po prostu dochodzi sam do pewnych wniosków dopiero po niekiedy bardzo trudnych doświadczeniach. Ale sam musi wybrać. Jak to napisał Jerzy Liebert, „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. 
To jest właśnie nasza nadzieja. Bo mimo, że dzisiaj rano w pacierzu czy kilku słowach wyznałem w Niego wiarę – wcale nie znaczy, że w ciągu dnia pięć razy się Go nie wyprę. Upadamy, ale mamy możliwość powstawać – to z jednej strony nasza słabość, ale tu właśnie najmocniej też objawić się może ludzka wielkość, siła ducha. Nasz czas nawiedzenia trwa do końca naszego życia tutaj. Czasami jesteśmy bardziej świadomi, czujemy obecność Boga bardziej – czasami jest jak z bł. matką Teresą z Kalkuty (za rok kanonizacja!), kiedy doświadczamy tzw. ciemnej nocy duszy; wydaje się, że Boga nie ma, to wszystko bez sensu, bzdura, lipa (ona tak miała większość życia – a zobacz, ile zrobiła!). Ja jestem Bogu bardzo wdzięczny, że tym mnie nie doświadczył – czasami gdzieś tam są pewne bunty czy wątpliwości, ale wiem, że On jest. 
Nawet, jeśli Jezusa przegapimy w jakiejś sytuacji dzisiaj – On na bank jutro też przyjdzie. Oczywiście, prawdopodobieństwo, że stanie w białej szacie z aureolką i gadającym świecącym okiem oraz gołębiem nad głową (takie dziwne dość dla mnie wyobrażenie Trójcy Świętej?), a najlepiej jeszcze z podpisem na tabliczce „to ja, Jezus”, jest dość małe. Ale przychodzi i do każdego z nas chce się zbliżyć, nawiedzić. Nie dla samej wizyty, ale aby zaprosić do pięknej z Nim przygody przez życie. Nie obieca, że będzie łatwo – bo nie jest, i nikt nie mówi, że ma być. Nie unikniesz bólu, rozczarowania, smaku porażki – bo to jest normalne, jesteśmy tylko ludźmi. 
Ale uwierz, nie ma większej i piękniejszej przygody niż z Nim. Czy jesteś samotny, czy masz żonę/męża, stadko dzieci, albo jesteś dziadkiem/babcią. To nie ma znaczenia. On dla każdego ma fantastyczny plan – który możesz poznać tylko ty. Daj Bogu szansę. 

Uskrzydlanie pragnień

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)

Czytanka, o ile pamiętam, nie tyle dzisiejsza (a jednak!), co z uroczystości Zwiastowania Pańskiego, a więc bodajże 25 marca. Niby zwykłe spotkanie z prostą młodą dziewczyną, a jednak przełomowe z punktu widzenia historii zbawienia. Taki „moment zero”.
Maryja na pewno zamierzała założyć rodzinę – miała męża (a właściwie to nie do końca, bo nie mieszkali jeszcze ze sobą, z czego wynikały później wszystkie Józefowe wątpliwości: jak to, nie mieszkamy razem, a ona w ciąży? i pomysł na, zgodne z żydowskim prawem, oddalenie ciężarnej Maryi), jako wierząca Żydówka z pewnością liczyła na Boże błogosławieństwo w postaci potomstwa. Hmm, no ale… tak? No właśnie tak. Bóg realizuje jej pragnienie w sposób całkowicie nieprzewidywalny – ale dla niej dobry, czyniąc ją matką Boga. To „bądź pozdrowiona” itd. w realiach XXI wieku lekko trąca skansenem czy muzeum – ale to słowa najwyższego uznania dla osoby wybranej przez Boga. 
To, z czym my mamy bardzo często problem, to to, że każdy z nas jest na swój sposób przez Boga wybrany, indywidualnie traktowany, wyjątkowy i (uwaga!) kochany. Każdy z nas ma swoje marzenia, pragnienia i pomysły na zagospodarowanie własnego życia – które najpiękniej i najlepiej zrealizować można właśnie w Bogu, z Jego pomocą. W zwykłej, codziennej rozmowie z Nim – czyli modlitwie (i nie chodzi tylko [co kto woli] o litanie czy różańce, każdy ma wybór). Czasami najpiękniejszą, bo najbardziej szczerą modlitwą będzie – dosłownie, albo w sercu – wykrzyczenie Bogu sprzeciwu: kurde, gubię się, nie rozumiem, po co to, czemu tak dostaję w tyłek? 
Kiedy skonfrontujemy nasze pragnienia z Bogiem, kiedy zaprosimy Boga do tych swoich pragnień i zwierzymy Mu się z nich – zaczyna się, oj, zaczyna! Może trochę inaczej, niż żeśmy to sobie zaplanowali czy ułożyli w głowie. Ale się dzieje. To tylko ode mnie zależy, czy chcę być takim Samsonem i Boga obwiniać tylko, jak coś się nie uda (bo przecież jak się udaje, to tylko i wyłącznie moja zasługa, więc za co Bogu dziękować, prawda?). Czy może pozwolę siebie i swoje porywy serca Jemu uskrzydlić. 


>>>


Tak zupełnie na marginesie – proszę o wsparcie w 2 intencjach. Po pierwsze, dzisiaj nasza 6 rocznica ślubu – żeby było coraz lepiej, żebyśmy w tym naszym „my” coraz bardziej byli dla siebie razem niż osobno. No i rysuje się perspektywa dobrej pracy – żeby to się może udało? Z góry dziękuję. 

Moje narzekanie zamienione w taniec

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. (Mt 11,25-30)

Uwielbiam te słowa 🙂 Rozdział Ewangelii Mateusza, w którym mowa jest o świadectwie Jana Chrzciciela (o którym było ostatnio), o mądrości którą usprawiedliwiają jej czyny, słynne „biada” pod adresem kilku miast wypowiedziane – i na zakończenie, tuż właśnie po owym „biada”: właśnie te słowa. 
Po raz kolejny Jezus wskazuje wprost na wartość prostoty jako takiej. No właśnie… To przekład znany z kościołów polskich, według Biblii Tysiąclecia. Jeśli ktoś dysponuje niewielką książeczką Ewangelia 2014 (Edycja św. Pawła), to ma tekst nieco inaczej przełożony – wersja z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem (również Edycja, 2011). Jak tam brzmi końcówka pierwszego zdania? „(…) a objawiłeś je tym, którzy są jak małe dzieci”. Zmian jest więcej: zamiast „a Ja was pokrzepię” jest „a Ja dam wam wytchnienie”; zamiast „bo jestem cichy i pokorny sercem” jest „bo jestem łagodny i pokorny sercem”; wreszcie zamiast „albowiem jarzmo moje jest słodkie” jest „bo moje jarzmo jest łatwe do niesienia”. 
Niuanse językowe dotyczące przekładów? Może. Ale jednocześnie – wiele z tego wynika. Prostota na wzór tego, u którego ta prostota jest zawsze świeża i autentyczna, bo inaczej nie potrafi działać – czyli właśnie dziecka. Bóg jako Ten, który pokrzepia – nie tyle daje tą krzepę, co daje chwilę wytchnienia, aby udźwignąć to, co mamy na swoich barkach. Bóg, który nie tyle jest cichy, co przede wszystkim Jego przymiotem jest łagodność, z jaką podchodzi do nas i naszych ciągłych wybryków, porażek, kłamstw, złorzeczenia itp. No i ten Bóg, którego ciężary nakładane na człowieka nie są jakąś poetycką przenośnią, którą można okrasić określeniem „słodkie”, ale konkretnym problemem, z którym człowiek się zmaga, ale który jest do uniesienia z Jego pomocą. W tych słowach, jak dla mnie, jawi się Bóg bardziej konkretny, mniej poetycki a bardziej konkretnie nastawiony do człowieka. 
Po co my do tego Boga przychodzimy? Utrudzenie, zmęczenie, brak sił – to już wiemy, czy z tekstu czy z własnej praktyki. Ale czego szukamy? Zaspokojenia – czasami tylko pytań i rozwiania wątpliwości, a czasami tak bardzo namacalnie właśnie pragnień, marzeń, potrzeb. Dokładnie tak, jak to ujął Piotr Żyłka z redakcji deon.pl, laureat Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. Biskupa Jana Chrapka, razem z ks. Janem Kaczkowskim. I co jest najważniejsze – zwrócenie się w takiej sytuacji do Boga to właściwie jedyne sensowne rozwiązanie – bo tylko On jest odpowiedzią w sensie wiedzy, ale i materii tego, czego każdy z nas w swojej indywidualności potrzebuje. 
Wczoraj miałem okazję wziąć udział w wydarzeniu niesamowitym w ramach Tygodnia dla Jezusa. Świetna ekumeniczna inicjatywa – chyba pierwszy raz podjęta u nas na Wybrzeżu, w którą włączył się cały wachlarz wspólnot chrześcijańskich. Wczoraj miał miejsce koncert moich ulubieńców – chóru TGD – pierwszy w Trójmieście od dobrych kilku lat. Nie dość, że pogoda beznadziejna (ale Bóg dał znak – nie padało w ogóle w trakcie grania, za to lunęło momentalnie kiedy zeszli ze sceny!), to dzień jakiś taki nie bardzo. 
Kiedy zaczęli grać, wszystko się zmieniło. Przeszło półtoragodzinny… no właśnie. Koncert? Też. Występ? Nie bardzo – bo była modlitwa, uwielbienie, świadectwo, umiejętnie wplecione w śpiew. Kawałki głównie z ostatniej płyty Uratowani (kto zna ich dorobek – wie, że dość innej od wcześniejszej twórczości) – ale znalazły się też Waterwalker oraz Zanim powiem słowo. Niesamowicie utalentowani ludzie – począwszy od kierownika zamieszania i dyrygenta Piotra Nazaruka, poprzez instrumentalistów (nowa twarz – perkusista – okazało się pierwszy raz występował z grupą), na wokalistach i solistach skończywszy – których połączone w uwielbieniu Boga talenty dawały efekt dosłownie piorunujący. 
Mogę pisać dużo, użyć mądrych słów – ale to nie ma sensu. Kto nie zna, a chciałby to poczuć – odsyłam do ich płyt, oraz na koncerty (najwięcej na południu Polski). To trzeba posłuchać, w tym trzeba wziąć udział, aby zrozumieć. I w tym wszystkim taki fajny nacisk położony nie na jakieś górnolotne modlitwy – ale na osobistą relację, moją, z Bogiem, która powinna znajdować odzwierciedlenie w codziennym życiu, w modlitwie, w postawie (uwielbienie a nie współzawodnictwo). Nie zabrakło także słów bardzo prawdziwych – jedno ze świadectw mówiło o tym, że najbliżsi opowiadającego modlili się nad osobą chorą na raka, a jednak ona zmarła. Osoby te wcześniej modliły się nad 3 innych ludzi z podobnym schorzeniem – i dochodziło do zaniku choroby. Tu było inaczej – i mówiący te słowa podkreślił, że choć zupełnie tego nie rozumie, czemu tak się stało, to jednak nadal wierzy, skoro Bóg uratował tam,tych troje i zesłał cud. 
Różni jesteśmy, różne mamy potrzeby. Jeśli nie widzisz dla siebie miejsca w kościele, nie potrafisz przyjść na Mszę – może warto zacząć od spraw drobniejszych, ot, posłuchania takiego TGD? To nie jest lekki powiew Ducha – to jest potężne Jego uderzenie. Warto Mu się poddać. 

Uwielbiamy Cię

Z głębi naszych serc

Póki serca biją w nas

Niech rozbrzmiewa pieśń 

Ty pochylasz się nad nami

I przywracasz ślepym wzrok

Ty podnosisz załamanych

Oddajemy Tobie hołd

Ty więźniowi dajesz wolność

A głodnemu dajesz chleb

Podziwiamy Twoją dobroć

Panie uwielbiamy Cię

Jahwe

My ufamy Tobie

Ty jesteś wielkim Bogiem

Który stworzył świat 

Jahwe

My ufamy Tobie

Jesteś naszym Bogiem

Nie zawiedziesz nas 

Strach i pokój, który uskrzydla

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: «Pokój wam». Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: «Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam». Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: «Macie tu coś do jedzenia?» Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec wszystkich. Potem rzekł do nich: «To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach». Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma. I rzekł do nich: «Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego». (Łk 24, 35-48)

Sporo nie swoich świetnych myśli dotyczących wędrówki uczniów do Emaus, z książki dominikanina i benedytyna, umieściłem tutaj. Można tylko dodać – oni tak naprawdę uciekali, zdecydowali się powrócić do tego, co było kiedyś, skoro misja Jezusa (zdawało by się) zakończyła się spektakularnym fiaskiem. Poddali się. Dopiero czas, jaki Jezus poświęca na wędrówkę, Jego słowa i znaki, pozwalają Go rozpoznać tej dwójce. Jak często jest tak, że ja się poddaję i ustępuję pola, odpuszczam – właśnie w tym, co ważne, istotne, o ile nie najważniejsze. Czy zawsze potrafię zobaczyć w porę Boga i się opamiętać?
Niesamowite jest to, co Jezus mówi najpierw. Nie ma pretensji, że zasnęli w Ogrodzie Oliwnym, że pouciekali po interwencji żołnierzy, że towarzyszył Mu tylko Jan i kobiety, a w ogóle to nawet w dniu zmartwychwstania mało który uwierzył. Nic z tych rzeczy. Pokój wam! Bo On widzi i rozumie, że tamci po ludzku ciągle się boją i nie rozumieją, lękają się. Tak, na pewno wiele w tych dniach przeżyli i sporo mają za sobą „wrażeń”. Stąd takie a nie inne słowa pozdrowienia – żeby przekonać, że to On, że to wszystko prawda, a nie tylko plotka czy pobożne życzenie. To Ja jestem, Jahwe. Poraniony, naznaczony symbolami męki, a jednak ciągle, wręcza jak nigdy dotąd żywy. 
Nie ma co ukrywać – wątpliwości są, będą, pojawiają się i pojawią się jeszcze nie raz, bo tacy już my jesteśmy i takie jest to życie tutaj. One same w sobie złe nie są – złym jest, kiedy się im poddaję. Dlaczego tak się dzieje? Bo nie jestem supermanem? Bo nie na wszystko mam odpowiedź? Bo nie zawsze muszę się odnaleźć? A może właśnie brakuje tego najzwyklejszego, a jakże ważnego – pochodzącego od Boga daru pokoju serca? Stąd zdumienie, brak wiary, niedowierzanie, zatrwożenie, lęk. Niepotrzebnie. 
Uczniowie się bali i ten strach jakby zasłonił im oczy, zmienił perspektywę. Mając na świeżo coraz to nowe relacje o Zmartwychwstałym – zebrali się w swoim gronie i po prostu ukryli w tym pamiętnym Wieczerniku, i po prostu chowali przed innymi Żydami. Jezus nie bez powodu wskazuje na te widoczne i namacalne dowody, że Jego ciało nadal nosi ślady umęczenia – zaprasza jakby: możecie się sami przekonać. Stąd z dystansem podchodzę do potępiania działania mojego imiennika, o którym będzie w niedzielę, a który chciał koniecznie zobaczyć, aby się przekonać. Był konsekwentny i nie bał się, jakby w przeciwieństwie do tamtych, chciał skonfrontować się z Tym, o którym mówili inni. Co więcej, Jezus się o to ani nie oburzył, ani nie obraził – pokazał Tomaszowi ręce, nogi i bok, dając dobrą radę: nie bądź niedowiarkiem, ale wierzącym. 
Bo Bóg zawsze proponuje – skonfrontuj swoje pragnienia z tym, że Ja jestem. Doświadcz tej obecności na własnej skórze, sam. Żyję i zmartwychwstałem także dla ciebie. Bez tego cała reszta jest kompletnie bez sensu. Przygoda z Bogiem zaczyna się od spotkania i ryzyka człowieka. To ja mam być świadkiem – a nie tylko widzem, gapiem jakimś anonimowym. Kimkolwiek bym nie był, Boże powołanie jest przeznaczone także dla mnie. 

Kierunek: Galilea!

Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem. Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie. One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą. (Mt 28,1-10) 
Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, /które mówi/, że On ma powstać z martwych. (J 20,1-9) 
Gdy anioł przemówił do niewiast, one pośpiesznie oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie. One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą. Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu. Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego. (Mt 28,8-15)
Tak zupełnie celowo – trzy teksty (dwa ze Zmartwychwstania, jeden z dzisiaj) w jednym miejscu. 
Prawda o zmartwychwstaniu nas uskrzydla – pytanie tylko, czy dojrzeliśmy już do tej świadomości. Można wierzyć w Boga, praktykować itp. – bez wiary w Jego zmartwychwstanie nie ma zmartwychwstania dla mnie. Dopiero ta prawda pozwala wzbić się w niebo. To z jednej strony nie do opisania zachwyt i radość, ale równocześnie uporządkowanie hierarchii wartości, umożliwiająca nabranie odpowiedniego dystansu do doczesności. Zmartwychwstanie to świadomość wyzwania: wyrywania się, wzbijania ponad doczesność. 
Pusty grób można postrzegać z różnych perspektyw, inaczej na niego patrzeć. Najbardziej dokładny człowiek, patrząc tylko oczami ciała, może zatrzymać się na jednym szczególe: brakuje Jego ciała. Nie zgadza się. Coś ktoś zakombinował i jest problem. Czy to wszystko? Dla niektórych, niestety, tak. Człowiek wierzący odkrywa Obecność Zmartwychwstałego i ślady Jego obecności tam, gdzie jeszcze przed chwilą było Jego ludzkie ciało. Otrzymaliśmy, choćby tylko, Całun Turyński i Mandylion – tak namacalnie, fizycznie, do dzisiaj niewytłumaczalne naukowo. 
Ile osób, tyle spojrzeń. W tych obrazkach ewangelicznych jest ich kilka. Maria Magdalena uradowała się zewnętrznym, namacalnym spotkaniem ze Zmartwychwstałym (ewangelia Wigilii Paschalnej). Piotr pobiegł, nie dowierzając, aby sam przekonać się przy grobie, co zaszło – zobaczył wiele, ale nie rozumiał. Za nim do grobu wszedł Jan – najlepiej realizując to, co pozostawił nam Jezus: ujrzał i uwierzył, dodał to, co widoczne dla oczu do tego, co widziało serce (ewangelia Mszy rezurekcyjnej). Inne poziomy percepcji? Może. Nie każdy widzi wszystko od razu – można do pewnych spraw dochodzić powoli, ważne, aby się nie zatrzymywać. To, co dla jednych może być źródłem radości i porywem serca, inspiracją – dla innych stać się może źródłem negacji, kłamstwa, zaprzeczenia; na szczęście, z mizerną skutecznością. 
Strach i ból przestały mieć jakikolwiek sens. One skończyły się w chwili śmierci Jezusa na krzyżu. Dalej, odtąd to już tylko straszaki na naszą słabą ludzką wolę. Triduum Paschalne jest bardzo dynamiczne – te trzy dni nie pozwalają, aby zbyt długo zatrzymać się przy krzyżu. Bo krzyż to tylko etap – kluczowy, ale nie najważniejszy. Jezusa tam już nie ma, w grobie również nie. Nie ma się już czego obawiać – kierunek: Galilea! To miejsce, które dla każdego będzie indywidualne, wyjątkowe. Ja mogę tylko życzyć, abyś odnalazł je już dzisiaj – a przede wszystkim Jego samego tam. Osobiste spotkanie ze Zmartwychwstałym Zwycięzcą Śmierci to wydarzenie tak niesamowite i indywidualne, że każdy musi przeżyć je sam. Nikt nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie – ale Bóg już to wszystko zniósł i przeszedł. Z Nim damy radę. 
Każdy z nas ma swoją Galileę, gdzie czeka na niego Zmartwychwstały. Oby nas tam nie zabrakło.

Spotkanie przy studni życia

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? – lub: – Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata. (J 4,5-42)

Niesamowite w tym dialogu jest to, że rozmówcy – przynajmniej z początku – poruszają się jakby na dwóch zupełnie różnych od siebie płaszczyznach. Jezus, jako Bóg, przychodzi do człowieka i prosi o wodę – chce się posilić, napoić. Zwyczajnie, zero podtekstu. Kobieta, pewnie grzecznie, acz stanowczo odpowiada – w myśl kontekstu (a raczej animozji) historycznego. Wtedy Jezus odwołuje się do Boga, do Jego daru poznania – o, gdybyś wiedziała…
Tu w sercu ludzkim rodzi się tęsknota – dokładnie u tej kobiety. Zdziwienie, może nieco (niepotrzebnie) lęk, zainteresowanie na pewno też. Kim On jest? Więc pyta – najprostsze rozwiązania są najlepsze. W odpowiedzi słyszy słowa może nie do końca zrozumiałe: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu”. Jezus nie mówi już o studni – ale odpowiedzi na tę jej (i nas wszystkich) wewnętrzną tęsknotę i pragnienie zbawienia, życia wiecznego. Woda ze studni pozwala żyć dalej w kruchej perspektywie ziemskiej egzystencji – Jezus to niewyczerpany zdrój wody życia, które dzięki Niemu nigdy się nie skończy; już nie tylko tutaj, ale dalej, także tam, po śmierci. 
Nie, Jezus nie jest tylko prorokiem – to zdecydowane uproszczenie, choć po ludzku rozumując, trudno było, aby Samarytanka założyła, że rozmawia z Mesjaszem. No więc prorok? I znowu odwołuje się do różnic pomiędzy Samarytanami a Żydami, tym razem w kwestii tego, gdzie i jak należy Bogu oddawać cześć. Tu dopiero Jezus mówi coś więcej – nie tędy droga, nie chodzi ani o tę górę, ani Jerozolimę, ani żadne inne konkretne miejsce. Bóg nie jest związany czymś tak prozaicznym i ludzkim jak miejsce, które przecież w jakiś sposób, jakie by nie było, z Niego bierze początek. Dlatego te dalsze słowa: „Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie”. W tym, co Jezus mówi, piękno my dzisiaj możemy odczuć namacalnie. Nikt nie każe dzisiaj wierzącemu chrześcijaninowi raz do roku pielgrzymować do Jerozolimy na Paschę, jak to mieli w zwyczaju Żydzi. W takiej Polsce dom Boży mamy na prawie każdym rogu – optymizmem napawa, na ile ja to widzę, że jakby coraz więcej osób to doceniało, biorąc udział nie tylko w Eucharystii i nabożeństwach, ale po prostu wpadając z krótką i niezapowiedzianą wizytą, aby Bogu podziękować, poprosić, czy nawet pozłorzeczyć czy ponarzekać – ale z potrzeby serca. 
Nie wierzę w przypadki i na pewno takiego nie było w tej historii. Ze słów Samarytanki i kierunku tej rozmowy wynika, że była to osoba niewątpliwie bardzo poszukująca szczęścia i spokoju serca, choć pewnie nie wiedziała, co stanowi odpowiedź na jej pragnienia i potrzeby. Odpowiedź przyszła w miejscu i czasie, których się nie spodziewała – przy zwykłej czynności nabierania wody ze studni, w spiekocie zwykłego dnia. Tak, na pewno w jakiś sposób determinowały ją życiowe wybory – to, w ilu związkach była, pewnie nieformalny związek w jakim tkwiła w chwili rozmowy. Dla Boga to nie miało znaczenia. On nas nie skreśla i nie dyskredytuje dlatego, że coś zepsuliśmy, że daliśmy ciała, zgrzeszyliśmy, Jest sakrament pokuty i pojednania. On ciągle jest obok, przychodzi, szturcha i proponuje – może spróbujesz na Mój sposób? 
Decyzja jest zawsze tylko nasza – Bóg się nigdy nie narzuci. Możemy zanegować nawet Jego samego, wmawiać sobie halucynacje, leczyć się albo po prostu kpić. Do czego to prowadzi? Nie wiem – i nikomu nie życzę, aby na własnej skórze u schyłku życia (który, pamiętajmy, nie wiemy, kiedy nastąpi) miał nieprzyjemność się o tym przekonać. Nie warto. Za to warto zaufać i dać Bogu szansę, aby samemu wykorzystać szansę przez Niego ofiarowaną. Spotkanie przy studni – w sklepie, parku, autobusie, na ulicy, gdziekolwiek – to dopiero początek, czasami aż za bardzo zwykły i powszedni. Ale On taki właśnie jest – w szaleństwie miłości do człowieka posunięty do tego, że wchodzi w moje sprawy i tu, obok, przychodzi i zaprasza, a nie tylko czeka gdzieś tam w kościele. 
Jeśli jesteś chrześcijaninem, ochrzczonym i przynajmniej z nazwy wierzącym – zastanów się. Co Ty powiesz Jezusowi, kiedy spotkasz go przy studni swojego życia, którejkolwiek na swojej drodze? Nikt nie jest supermanem i nie o to chodzi, ale czy jesteś uczciwy wobec siebie i wobec Niego? Czy oszukujesz może – siebie, Jego, albo obydwu? A jeśli z Jezusem nie miałeś dotąd nic wspólnego – nic straconego. Spotkanie przy studni może przewrócić wszystko do góry nogami i pomóc odnaleźć sens, którego tak bardzo pragniesz. Nie bój się. W Nim właśnie jest odpowiedź.

Jako obrazek do tej historii – piękny kawałek, w oryginale Michael W. Smith (Draw me close to you), w polskiej wersji zaadaptowany przez TGD, w oryginale właśnie w wykonaniu Beaty Bednarz – tutaj wersja koncertowa, Beata z chórem. „W cieniu Twoich rąk”. Piękne słowa o tym, że w Bożych rękach zmieści się każdy – nawet, kiedy jemu się to w głowie nie mieści. I piękne świadectwo na początku Beaty, płynące prosto z serca – nie mówiąc już o niesamowitym po prostu głosie solistki 🙂

Przemiana trwa

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9)

To tak się wszystko ładnie układa – od Abrama wędrującego w I czytaniu do Ziemi Obiecanej, aż do Jezusa z trójką uczniów wspinającego się na górę Tabor. Ile wędrował Abram? Lata całe. A oni? Podobno to około dwugodzinna wspinaczka. I jedni i drudzy podjęli wysiłek, ryzyko i poszli za Panem – z tym, że apostołowie za namacalnym człowiekiem (choć równocześnie Bogiem), Abram zaś zawierzył Duchowi Bożemu, który usłyszał. Co ciekawe, podjął się tego w słusznym już wieku, będąc pewnie człowiekiem w swoich czasach sukcesu. A jednak – wyruszył. 
Tak naprawdę nie ma większego znaczenia, w jakim momencie życia jesteś – na początku i nie bardzo jeszcze wiesz, co by tu dalej; masz jakieś plany i w jakimś kierunku zmierzasz, mając skonkretyzowany cel; albo cieszysz się owocami swojej pracy, zbliżając się do jesieni życia. Choćby ludzi – ot, w ten właśnie sposób – podzielić na grupy, sytuacja, historia i kontekst każdego jest jedyny w swoim rodzaju i nie ma drugiego takiego. Bóg przychodzi i proponuje. Motywuje do działania. Jednego do tego, aby faktycznie przeniósł się z miejsca na miejsce. Innego do uporządkowania i przeorganizowania swojej rzeczywistości. Jeszcze innego do tego, aby skupił się w sobie i zadał sobie pewne istotne pytania, a potem na nie odpowiedział. 
Jedno jest pewne – wyjście na taką przygodę z Bogiem to zawsze zostawienie czegoś za sobą – i to celowo, choć nie zawsze rozumiemy i mamy świadomość, o co chodzi; czasami zrozumienie tego przychodzi dopiero z dużej perspektywy czasu. Bóg tak każdego z nas ukochał, że w Jezusie zaprasza do wyjątkowej i jedynej przygody, jaką jest życie każdego z nas. Składa wszystko w moje słabe ręce – ale proponuje: choć ze mną, Ja ci wskażę drogę, wybór zawsze będzie jednak twój. W różne miejsca, do różnych wniosków prowadzi ta droga – jednak wspólne odkrycie na pewnym jej etapie: dobrze, że tu jestem; tak, jak powiedział Piotr (mimo, że nie do końca rozumiejąc, co się działo). 

Znajomy ksiądz w jednej z wiejskich parafii na okolicznych Kaszubach posługuje właśnie wspólnocie pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego – tego, co pokazuje ten niedzielny obrazek w Ewangelii. Świetnie ujął przesłanie z wezwaniem związane, umieszczając je w widocznym miejscu, jakby jako banner, na górze strony: przemiana trwa. To jest sedno. Przemiana jako proces, coś co się w pewnym momencie rozpoczyna i trwa nadal, u każdego inaczej, u każdego w jego własnym tempie. Byle tylko iść dalej tą drogą. Pozwolić się Bogu przemieniać każdego dnia. 
I taka fajna wielkopostna myśl z x Edwarda Stańka:

Wielki Post to okres, w którym Kościół organizuje wyprawę na trzy szczyty znane z Ewangelii. Rozpoczyna od Taboru, by ci, którzy decydują się na tę wędrówkę, mogli doświadczyć obecności Boga, by spojrzeli w świat Bożego życia i doznali przemieniającej mocy modlitwy. Drugim szczytem jest Góra Oliwna. Na niej można poznać prawdę o tajemnicy zła dręczącego ludzkość i siłę modlitwy jako szczepionki uodporniającej na wszelkie jego zakusy. W Wielki Piątek najbardziej odważnych Kościół prowadzi na Kalwarię, by objawić tajemnicę zwycięstwa Boga nad złem. Dramat tego szczytu trwa trzy dni. Początkowo wszystko wskazuje na przewagę zła, ale poranek wielkanocny ujawnia bezapelacyjne zwycięstwo Boga. 

Tylko jedno

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10,38-42)

Niby taki tekst znany wszystkim, a jednak. Tym razem wiele z niego nowego zrozumiałem.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Jezus był wśród przyjaciół – to nie byli przypadkowi ludzie, jak taki Zacheusz, do którego Jezus się wpraszał do domu. Znali się z Łazarzem, ich bratem, dobrze i Jezus wielokrotnie tam gościł. Czuł się swobodnie, a także bohaterki tego obrazka czuły się swobodnie przy Nim – wiedząc jednakże, iż nie mają do czynienia ze zwykłym człowiekiem. 
Dwie postawy, dwa ujęcia, dwa sposoby podejścia do priorytetów. 
Marta jako gospodyni, starając się za wszelką cenę zachować wszystkie reguły gościnności, zapewnić gościowi wszystko, czego potrzebuje. Można powiedzieć – trochę goniła, żeby wszystko było na swoim miejscu. No właśnie – czy my z tym nie przesadzamy? Są sprawy ważne, ale czy aby zawsze trzeba poświęcić konkretnej rzeczy tyle czasu, sił i uwagi. A co najważniejsze – czy przesadne przykładanie wagi do pewnych spraw nie jest patentem na odwrócenie przede wszystkim uwagi własnej i swojego sumienia od tego, w czym jestem nie w porządku? 
Maria jako ta, która kładzie akcent bardziej na docenienie gościa w ten sposób ważniejszy – przez zasłuchanie w Niego, poświęcenie Mu całej uwagi, aby dosłownie nie uronić ani słowa. Najwięcej w tym było pokory, bo miała świadomość, że najlepiej oddana Bogu-Człowiekowi posługa nie ma tutaj znaczenia, bo On jej nie potrzebuje. Chciała słuchać, zapamiętywać, rozważać. Nam tego bardzo często brakuje, bo wolimy mówić niż słuchać, wyrzucać z siebie setki słów zamiast posłuchać kilku mądrych i wziąć je sobie do serca. Postawa zasłuchania to wyraz także szacunku wobec mówiącego. Czy my w ogóle umiemy słuchać, czy skupiamy się na płynnym i bezmyślnym wpuszczeniu treści jednym, a wypuszczeniu ich drugim uchem?
Marta nie bardzo słuchała – może właśnie dlatego aż dwa razy po imieniu wezwał ją Jezus. By wzięła do serca to, co On następnie powiedział – zrozumiała wtedy, że jest tak samo ważna jak Maria, i specjalnie do niej są te słowa, które mają jej pomóc lepiej wykorzystać ten czas, dany jej z Nim. Zauważył jej wysiłek i troskę – jak u każdego z nas – ale równocześnie uspokaja, wycisza, wskazuje na to, co najważniejsze, na co należy poświęcać czas. 
Możemy spędzać dużo czasu przed świętymi obrazami, krzyżami, pobożnymi lekturami, litaniami – a w swoim zabieganiu być daleko od Niego. Stąd takie niecodzienne zaproszenie – po prostu przyjdź, usiądź, posłuchaj, otwórz serce, przynieś i wylej przed Nim swoje troski i potrzeby. Są wakacje, więcej czasu. Może dobry pomysł to adoracja Najświętszego Sakramentu? Bez słów, po prostu Jego obecność. 
I taka ciekawostka – kto w tym wszystkim zachował się najbardziej po środku, najsensowniej? Abraham z I czytania (Rdz 18,1-10a), który i słuchał, i usługiwał Panu 🙂 

Zaproszenie Boga

Jezus ukazał się znowu nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten
sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany
Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon
Piotr powiedział do nich: Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my
z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A
gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie
wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: Dzieci, czy nie macie
nic do jedzenia? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich: Zarzućcie
sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu
mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń,
którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to
jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi
– i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą
sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu
łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na
nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: Przynieście jeszcze
ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg
sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo
tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus:
Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu
pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł,
wziął chleb i podał im – podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus
ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał. A gdy spożyli
śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy
miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz,
że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi,
powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu:
Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje.
Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?
Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I
rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł
do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy
byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy
się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i
poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką
śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: Pójdź za
Mną! (J 21,1-19)

Kolejny obrazek z „po” zmartwychwstaniu. Uczniowie pracują po prostu, jakby wracając do wyuczonego i wcześniejszego ich trybu życia – do rybackiego rzemiosła. Jezus nie daje jednak za wygraną. Przychodzi ponownie – Zwycięzca, wielki i niepokonany, ze znakami męki, a jednocześnie tak bardzo ludzki.
Nie poznali Go – nie pierwszy zresztą raz (wystarczy przypomnieć obrazek, kiedy uczniowie – Bogiem a prawdą to po prostu uciekali – do Emaus). Wie, że zawalili tej nocy – nic nie złowili, wracali do brzegu z pustymi rękami. Niesamowity widok – zniechęcona grupka, zmęczona powracająca do brzegu w pierwszych blaskach porannego słońca, i wyłaniający przed nimi Jezus na brzegu. Prosi o pokarm – wiedząc, jaką dostanie odpowiedź. Dlatego radzi – zarzućcie sieci po prawej stronie, a znajdziecie. Tym razem nie było dyskusji – po co, na co, przecież próbowaliśmy… – i po prostu to zrobili. Dopiero, kiedy złowili ogromną ilość ryb (na marginesie – archeologowie zbadali, że w tych czasach w tamtym regionie żyło właśnie 153 gatunków ryb!) – poznali Go. Wtedy w Emaus – na łamaniu chleba, tutaj – po udanym połowie. To jest Pan! Piotr, jak zwykle, reaguje emocjonalnie i w sposób, nie da się ukryć, dość oryginalny – najpierw się odziewa, potem rzuca w jezioro – chciał szybciej dotrzeć do Pana? 
Na brzegu czeka ich coś absolutnie normalnego – gotowe palenisko do przygotowania posiłku ze złowionych ryb, nawet jedna rybka się już na nim piekła. Przygotował to Jezus, który czeka na nich. Kolejny cudowny połów, tym razem dokonany już przez Zmartwychwstałego, kolejny błogosławiony posiłek w towarzystwie Zwycięzcy śmierci. Nikt nie pytał, nikt nie próbował „zagadnąć” – wszyscy wiedzieli, że to On właśnie. 
A potem ten niesamowity dialog Pana z Piotrem – dwa pytania „czy miłujesz” z odpowiedzią „tak, kocham”, aż wreszcie pytanie „czy kochasz” i „tak, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że kocham”. Jakby powtórny chrzest bojowy, przysięga wierności od Skały, która okazała się do tej pory nie tak stabilna, jak by się to wydawać mogło – bo dość łatwo Piotr zaparł się Jezusa właśnie trzy razy w dniach poprzedzających mękę Pańską. Wtedy bał się – widział Boga i Człowieka zarazem, który najwyraźniej przegrywał i za chwilę miał umrzeć na krzyżu. Teraz jednak wiedział też i wierzył zarazem, że On zmartwychwstał, i te wszystkie – w tym właśnie tamto – wydarzenia kolejno to potwierdzają. 
Przyszła pora na deklaracje. Kościół nie bez powodu budowany był i jest nadal przez wieki przez osoby wcale nie kryształowe i święte od urodzenia, ale mające całkiem sporo za uszami – Bóg ma poczucie humoru i potrafi odmienić i wyprostować najbardziej pokręcone drogi życia (św. Franciszek, św. Ignacy i wielu innych) i z ich właścicieli uczynić ludzi po prostu świętych. Może dlatego, że są oni później jeszcze bardziej wiarygodni? Piotra zaś rola była wyjątkowa – on miał być pierwszym, który stanie na czele Kościoła, można powiedzieć: od Piotra zależało, co się z tym Kościołem stanie (może nie do końca – w końcu jest też Duch Święty, ale instytucjonalnie całkiem sporo). Przyjął, otworzył się na swoje powołanie – bycia pasterzem owiec i baranków. Ostatecznie wybrał, poszedł za Jezusem. 
Jaki z tych słów płynie morał dla nas? Ano taki, że Jezus przychodzi do każdego, często po wielokroć – co akurat nie oznacza, że można Go lekceważyć, wychodząc z założenia „ee, następnym razem”. Przychodzi tak, że często Go nie rozpoznajemy i tylko konkretny gest, znak, fakt powoduje, że wtedy – albo i po fakcie, później – orientujemy się, że to On sam do nas przyszedł. W różnej formie – w drugim człowieku, w słowie, w czymś co mamy tendencję nazywać zbiegiem okoliczności, czasami w cierpieniu (wtedy jest najtrudniej). Mówi się – jak trwoga, to do Boga – ale ten obrazek ewangeliczny pokazuje, że On także sam wyczuwa i staje obok, kiedy coś nie wychodzi – tak, jak tamtym nie wyszedł połów nocny. Przychodzi po cichu i podpowiada, coś tam sugeruje, naprowadza – nie, nie rozwiązuje wszystkiego sam, nie rozplątuje mieczem węzłów gordyjskich, ale wskazuje, jak do rozwiązania dojść. Tylko najpierw trzeba się otworzyć, chcieć Go zauważyć, dalej posłuchać i wysilić się, aby zrozumieć. Bo bardzo często rozwiązanie jest o wiele prostsze, niż by się wydawało – tylko że za mocno nie pasuje do naszej wersji, planów i zamiarów, więc to odrzucamy zupełnie bez sensu. 
Poza tym, Jezus przychodzi w codzienności. Pewnie, dobrze jest czasami oddalić się, znaleźć czas na zadumę rekolekcyjną, oddech od tego, co zwykłe. Ale Pan przychodzi do człowieka w tym miejscu i sytuacji, gdzie on się znajduje – do każdego. Nie jak wróżka, wielki zły bóg, ale Bóg miłości, Bóg będący sam miłością – np. właśnie przysiadający się do posiłku, wsłuchujący się w ludzkie problemy, próbujący dyskretnie zwrócić uwagę: pogadaj ze Mną, powiedz co cię trapi, otwórz się – pomyślimy, nie zostawię cię samego, zaufaj Mi. Tak do bólu zwyczajnie. Bo – pozostając Bogiem, Stwórcą i Zwycięzcą, nie przestaje być człowiekiem i przyjacielem każdego człowieka. 
Trzeba być jednak uczciwym – wobec siebie i Niego. Jeśli się na coś decydujesz – to bądź konsekwentny i trwaj w tym. Zaproszenie Boga jest ciągle aktualne, ale odpowiadanie na nie ma sens tylko wtedy, gdy jest to decyzja podjęta w pełnej wolności, a jednocześnie nie dla „świętego” spokoju, a z zamiarem rzeczywistej przemiany, budowania na Nim (jak ten słaby Piotr) jak na skale. Bóg cię traktuje jak najbardziej poważnie – a ty Jego?

Wirtualna ewangelizacja

Dzisiaj dla odmiany coś zupełnie innego. Mianowicie najciekawsze wg mnie fragmenty orędzia Ojca Świętego Benedykta XVI na 47. Dzień Środków Społecznego Przekazu:

Przestrzenie te [otwarta przestrzeń publiczna, w której ludzie
dzielą się swoimi pomysłami, informacjami, opiniami i gdzie mogą również
powstawać nowe więzi i formy wspólnoty] kiedy są dowartościowane w sposób właściwy i zrównoważony,
przyczyniają się do wspierania form dialogu i debaty. Jeśli dokonują się one z
szacunkiem, dbałością o prywatność, odpowiedzialnością i poświęceniem prawdzie,
mogą umacniać więzy jedności między ludźmi i skutecznie wspierać zgodę w
rodzinie ludzkiej. Wymiana informacji może stać się prawdziwą komunikacją,
kontakty mogą dojrzewać do przyjaźni, połączenia mogą ułatwić tworzenie
wspólnoty. O ile powołaniem sieci jest realizacja tych wielkich możliwości, to
osoby w niej uczestniczące muszą starać się być autentyczne, ponieważ w
przestrzeniach tych nie tylko dzielimy się poglądami i informacjami, ale w
ostateczności przekazujemy samych siebie.

Kultura sieci społecznościowych oraz zmiany form i stylów komunikacji stanowią
poważne wyzwania dla tych, którzy chcą mówić o prawdzie i wartościach (…) Niekiedy dyskretny głos rozsądku może być przytłumiony
przez zgiełk zbędnych informacji i nie udaje mu się przyciągnąć uwagi,
zastrzeżonej natomiast dla tych, którzy wyrażają się bardziej przekonująco.
Media społecznościowe potrzebują zatem zaangażowania wszystkich, którzy są
świadomi wartości dialogu, rozsądnej debaty, logicznej argumentacji; osób
starających się dbać o te formy wypowiedzi i wyrażania się, które odwołują się
do najszlachetniejszych dążeń ludzi zaangażowanych w proces komunikacji. Dialog
i debata mogą rozkwitać i wzrastać także wtedy, gdy się rozmawia i traktuje na
serio tych, którzy mają poglądy odmienne od naszych.

Wyzwaniem, przed którym muszą stanąć sieci społecznościowe, jest to, aby były
one rzeczywiście powszechne: wspomagać je będzie wówczas pełny udział
wierzących, którzy pragną dzielić się orędziem Jezusa i wartościami godności
ludzkiej, które krzewi Jego nauczanie. Wierzący dostrzegają bowiem coraz
bardziej, że jeśli Dobrej Nowiny nie będzie można poznać także w świecie
cyfrowym, to może być ona nieobecna w doświadczeniu wielu osób, dla których ta
przestrzeń egzystencjalna jest ważna. Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym
ani czysto wirtualnym, lecz dla wielu ludzi, zwłaszcza najmłodszych, stanowi
część codziennej rzeczywistości. Sieci społecznościowe są owocem ludzkiej
interakcji, ale same z kolei nadają nowe kształty dynamice komunikacji,
tworzącej relacje: uważne zrozumienie tego środowiska jest zatem warunkiem
wstępnym znaczącej w nim obecności.

Autentyczność ludzi wierzących w sieciach społecznościowych staje się wyraźna
przez dzielenie się głębokim źródłem ich nadziei i radości: wiarą w Boga
bogatego w miłosierdzie i miłość objawioną w Chrystusie Jezusie. Takie dzielenie
się polega nie tylko na jednoznacznym wyrażaniu wiary, ale również na
świadectwie, to znaczy sposobie, w jaki przekazuje się „wybory, preferencje,
opinie, które są głęboko spójne z Ewangelią, nawet wtedy, kiedy nie mówi się o
niej w sposób wyraźny” (Orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu,
2011 )



Sieci społecznościowe mogą być nie tylko narzędziem ewangelizacji, ale również
czynnikiem ludzkiego rozwoju. Na przykład, w niektórych sytuacjach
geograficznych i kulturowych, gdzie chrześcijanie czują się izolowani, mogą one
umacniać poczucie ich rzeczywistej jedności z powszechną wspólnotą wierzących.
Sieci ułatwiają dzielenie się bogactwem duchowym i liturgicznym, sprawiając, że
ludzie mogą modlić się z żywym poczuciem bliskości tych, którzy wyznają tę samą
wiarę. Prawdziwe i interaktywne zaangażowanie w pytania i wątpliwości tych,
którzy są dalecy od wiary, powinno nam uzmysłowić potrzebę podtrzymywania przez
modlitwę i refleksję naszej wiary w obecność Boga, jak i naszej aktywnej
dobroczynności: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący” (1 Kor 13, 1).

Istnieją sieci społecznościowe, które w świecie cyfrowym stwarzają współczesnemu
człowiekowi okazje do modlitwy, medytacji lub dzielenia się Słowem Bożym. Mogą
one jednak otworzyć także podwoje na inne wymiary wiary. Wiele osób odkrywa
bowiem właśnie dzięki kontaktowi, który początkowo miał miejsce on line,
znaczenie kontaktu bezpośredniego, doświadczenia wspólnoty, a nawet pielgrzymki
– będących nieustannie ważnymi elementami na drodze wiary. Szukając sposobów
uobecnienia Ewangelii w środowisku cyfrowym, możemy zaprosić ludzi do
przeżywania spotkań modlitewnych lub celebracji liturgicznych w konkretnych
miejscach, takich jak kościoły czy kaplice. Nie powinno brakować nam
konsekwencji czy spójności w wyrażaniu naszej wiary i świadectwa o Ewangelii w
rzeczywistości, w której przychodzi nam żyć – fizycznej czy cyfrowej. Kiedy
jesteśmy w jakikolwiek sposób obecni dla innych, jesteśmy wezwani, by umożliwić
poznanie miłości Bożej aż po krańce ziemi.

Całość przeczytać można po polsku tutaj.

Cieszy mnie bardzo to, co i jak papież powiedział. Niestety, można się dzisiaj spotkać z poglądami i opiniami – na szczęście dość rzadkimi – jako by „zaistnienie” w przestrzeni cyfrowej osób wierzących było czymś niewłaściwym, co najmniej podejrzanym i dziwnym, do czego trzeba podchodzić z dużą nieufnością. W myśl dość idiotycznych uproszczeń i haseł w stylu „internet to szatan” (internet jako osoba?) Tymczasem na falach www działa bardzo dobrze i skutecznie w zakresie promowania prawd wiary, głoszenia Dobrej Nowiny bardzo wiele osób, nawet niekoniecznie duchownych. Wystarczy podać przykłady portalu Adonai, Stukam.pl ks. Artura Stopki, działalności o. Adama Szustaka OP w ramach projektu Langusta na palmie, blogów dominikańskich, czy tylu innych. Coraz więcej tych inicjatyw widocznych jest w medium, od którego czytania wielu rozpoczyna dzień – na Facebooku.Coraz częściej poszczególni autorzy sięgają – w mojej ocenie bardzo skutecznie – do różnych metod kontrastów, porównań, prowokując do zastanowienia się nad danym problemem czy myślą – ubierając całość w naprawdę atrakcyjne i profesjonalne szaty graficzne.

Myślę – i na tę myśl się cieszę – że to dobrze, że zaczynamy mieć do czynienia z pewnym nowym prądem działań związanych z propagowaniem wiary: wirtualną Dobrą Nowiną, duszpasterzami czekającymi na ludzi także w świecie cyfrowym (oczywiście nie jako stała forma duszpasterstwa, ale bardziej zachęty, rozbudzenia ciekawości i potem skierowania do właściwej grupy w realu – choć niestety jego jakość w parafiach budzi w ludziach często tęsknotę za czymś lepszym, bardziej dla nich), świeckimi jakby misjonarzami, którzy niosą Pana tym, którzy czasami świata poza komputerem nie widzą, albo przypadkiem mogą w tym cyfrowym świecie natknąć się na Słowo… Oby to Słowo ciałem się w nich stało.

A wirtualnie zaangażowanym w ewangelizację gratuluję i życzę dużo sił – nie ma co się przejmować, Szymona Hołownię do dzisiaj odżegnują niektórzy od czci i wiary, choć (większość?) mam nadzieję rozumie, że facet swoim sposobem pisania (mało popularnym) potrafi zainteresować, przyciągnąć, pomóc zrobić człowiekowi pierwszy krok. Z wirtualną ewangelizacją jest podobnie – dlatego właśnie choćby jest tak potrzebna.