Staranie o wszystko – gotowość na wszystko

Jezus powiedział do swoich uczniów: Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie! (Mk 13,33-37)
Nie wiem, jak ty, ale ja bardzo lubię adwent. Jest w tym okresie coś, co bardzo przyjemnie przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy człowiek z radością, nawet bez budzika, zrywał się w środku nocy prawie, żeby na tę 6:00 być w kościele pełnym ludzi, w ciemności, wpatrywać się w procesję w bieli i potem radośnie śpiewać Chwała na wysokości Bogu, kiedy w kościele zabłysną światła. 

Zaczyna się nowy rok liturgiczny, AD 2012. Pozostawiamy za sobą tamtą rzeczywistość, tamten czas, to co było słabe i niedoskonałe. Z nadzieją, wpatrując się w mrok, kroczymy w kierunku Betlejem, gdzie już niebawem ma stać się cud. 
Oczywiście, w braku dobrej woli może być tak, że ktoś dojdzie do prostego (acz błędnego) wniosku – „znowu w tym Kościele straszą i rozstawiają po kątach”. Ani o strach, ani o dyscyplinowanie nie chodzi. Bóg nie uważa nas za bezmózgie tłumoki, które nie rozumieją, co się do nich mówi – kocha nas i szanuje, ale jednocześnie wie i pamięta, jak często i łatwo zapominamy o tym, co najważniejsze. Bóg zaprasza do czujności i uwagi. To nie jest tak, że powinniśmy po prostu siedzieć i patrzeć się w niebo, nic nie robią. Życie tutaj – rodzina, przyjaciele, praca, zainteresowania, pasje – są ważne. Chodzi o to, aby nie tracić z oczu tego, do czego zmierzamy i nie pogubić perspektywy. Jesteśmy tutaj, dzisiaj żyjemy po ludzku – ale zmierzamy do tego, co po ludzku niezrozumiałe i niewytłumaczalne, ale po stokroć lepsze i piękniejsze, bo wieczne. 
Ludzie są tak dziwnie skonstruowani, że czasami im się myli Adwent z Wielkim Postem. Obydwa to okresy wyciszenia, ale jak bardzo inne. Owszem, postanowienia i wyrzeczenia w obydwu są bardzo mile widziane i na pewno z pobożnych pobudek podjęte mogą wiele pomóc. Ale w Adwencie jest jedna rzeczywistość, o której łatwo zapomnieć – radość. Adwent to radosne oczekiwanie. Więc tej właśnie radości zabraknąć nie powinno, i ona powinna być jakby naturalnym tłem tego czasu. 
Mamy wielkie zadanie do wypełnienia na świecie. Każdy – swoje własne, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Bóg zostawił nam „staranie o wszystko”, a tym „wszystkim” jest zarówno świat jako całość, jak każdy z nas. Zajęcie, jakie nie tyle wyznaczył, co ofiarował każdemu z nas, to nasze powołanie oraz talenty złożone w nasze ręce. Nie jest tak, że Bóg wziął i zaprogramował nas jakoś odgórnie i jesteśmy tylko małymi biegającymi terminatorkami z aureolką. To „wszystko” odkrywamy właśnie w Bogu, dzięki Niemu i przez Niego. To staranie się to nic innego jak tylko to, jak żyjemy – w pełni wolni i swobodni, mogący podejmować nieskrępowanie decyzje. Szkoda, że tak często zapominający, że wiążą się z nimi konkretne konsekwencje. Może właśnie dlatego punktem wyjścia dla sensownego przeżycia tegorocznego Adwentu będzie zastanowienie się – czemu poświęcam swój czas? Czy mam jakieś pasje? Czy naprawdę mocno, dobrze i sensownie przeżywam swoje życie? Jeśli nie – to jest czas, który Pan daje ci do pracy nad tym. Wtedy także czuwanie stanie się bardziej radosne. 

W naszej diecezji nie ma zbyt wielu kontemplacyjnych, klauzurowych zgromadzeń zakonnych – tylko żeńskie, i chyba tylko 3. Adwent to dla nich czas jeszcze głębszego, o ile to możliwe, zamknięcia się i wyciszenia. Cały czas adorują Boga z Najświętszym Sakramencie – w Adwencie w ogóle nie rozmawiają, nie spotykają się z osobami z zewnątrz, nic. Swoją radość oddają Temu, któremu służą. Przygotowują się na Jego narodzenie, i chcą zrobić to jak najlepiej – właśnie trwając przed Nim samym. To kolejny sposób – jeśli nie masz pomysłu, co z sobą zrobić, jak ten czas wykorzystać, idź po prostu przed tabernakulum albo wystawiony Najświętszy Sakrament, i zasłuchaj się w Niego. Tam znajdziesz odpowiedź, gdzie dla ciebie jest pole do popisu – aby czuwać lepiej, owocniej i sensowniej. 
Głowa do góry (o tym było niedawno). Obudź się – bo prześpisz ten jedyny w swoim rodzaju czas i wyjątkowy dzień Narodzenia. Otwórz oczy – nie po to, aby się gapić po kolorowych wystawach, plastikowych aniołkach, kolędach i Last Christmas puszczanych chyba od 3 listopada (sic!) – aby żyć uważnie, lepiej, bardziej i mocniej. Nie wiemy, kiedy On przyjdzie powtórnie – dlatego musimy być gotowi. Wiemy, kiedy przyjdzie tutaj, do betlejemskiej stajni, od wieków wyczekiwany – i tu mamy kolejną w życiu okazję, aby sprawdzić to, czy i jak nam to czuwanie wychodzi. Jeśli nie wychodzi – próbuj dalej. Kolejny Adwent pewnie przeżyjesz za rok – ale Jego powtórne przyjście będzie tylko jedno, bez prób i powtórek. 

To, czego ja chcę – a to, co daje Bóg. Konfrontacja i punkt odniesienia

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)

Bardzo ciekawa sytuacja, nie sądzisz? Pokazuje, że Jan Chrzciciel jest człowiekiem, jak każdy inny, i ma wątpliwości. Widział i chciał bardzo dostrzec to, co Bóg mówił do ludzi – w tym do niego – przez tego niesamowitego człowieka, za którym coraz więcej ludzi szło, który uzdrawiał, czynił cuda, i tak pięknie, choć wymagająco, nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż inni, akcentując miłość i miłosierdzie jako przymioty Stwórcy, ale też to, co powinno cechować ludzi w relacjach między nimi samymi.  
Jan co do jednego był pewny – i słusznie. Jego misja nie służyła samej sobie. Sam o sobie mówił głos wołającego na pustyni. Nie on był istotny – ale to, jak wszystkich miał przygotować na przyjście Tego, który miał nadejść po nim samym. Teraz, gdy grunt umykał mu spod nóg, gdy trafił do więzienia i słusznie spodziewał się tego, co miało niebawem nastąpić (jego śmierć), wiedział, że jest odpowiedzialny za tych, którzy za nim poszli. Odkrył jakby karty – zapytał tego, którego dotyczyły jego wątpliwości: czy ty jesteś Tym, którego wyczekujemy? Być może obawiał się nieco, co zrobią idący za nim ludzie, gdyby jego zabrakło – w końcu był w pewnym momencie sam bardziej znany i rozpoznawalny niż Jezus, a do tego, gdy wszyscy dowiedzieli się, że jego – Jana – zamknięto w więzieniu, to zakładając, że Jezus jest Mesjaszem, jak wyjaśnić brak Jego reakcji na uwięzienie przecież Jego proroka (nie mówiąc, że krewnego)? Musiał się dowiedzieć, aby jednoznacznie wskazać drogę tym, którzy szli za nim. 
No właśnie. Czemu Jezus nic nie zrobił? W końcu, po ludzku rzecz biorąc, tak właśnie powinien postąpić – conajmniej upomnieć się o niesprawiedliwie uwięzionego, a w opinii osób bardziej radykalnych – doprowadzić może i do powstania? Bardzo by to pasowało do idei Mesjasza – wyzwoliciela dosłownie narodu żydowskiego, który rozpocząłby i doprowadził skutecznie do końca walkę o niepodległość Izraela. Nie, Jan w żadnym wypadku nie był Zbawicielowi obojętny – stąd słowa Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Ale już w następnych słowach wskazuje – największy z ludzi jest karzełkiem w porównaniu z najmniejszym zbawionym. Rolą Jana w Bożych planach było, niestety, dać się zabić – jako świadectwo tego, co może czekać na tych, którzy pójdą za Mesjaszem. Niewdzięczna rola – ale przyjął ją z godnością i wiarą, wiedząc, Komu zaufał. Władza ziemska mogła go tylko skrócić o głowę, odebrać ziemskie życie – on miał obiecane o wiele więcej. 
Bo Jezus dąży w pewnym sensie do konfrontacji – tego, co my sobie o Nim wyobrażamy, z tym jaki On jest naprawdę. Stajemy przed Bogiem, modlimy się, prosimy i dziękujemy – ale to wszystko w ramach jakiegoś swojego wyobrażenia osoby Boga. Co Jezus odpowiedział uczniom Jana? Piłatowi w Wielki Piątek na pytanie czy Ty jesteś Mesjaszem? odpowie tak, Ja nim jestem. Dzisiaj jednak nie mówi o sobie – tak, to ja. Wskazuje na swoje czyny, na przejawy łaski Bożej przez Niego działającej – pozostawiając posłańcom, samemu Janowi i każdemu innemu samodzielne wyciągnięcie wniosku. Czy zwykły człowiek tyle może uczynić? To pięknie pokazuje – droga wiary, czy to będąc na jej początku, czy krocząc nią wiele lat, zawsze może zaprowadzić do wątpliwości, kryzysu, depresji. Tak się zdarza, takie bywają okoliczności – Jan zresztą miał pretekst, jego przyszłość nie rysowała się zbyt kolorowo. Ale nie załamał się – zwrócił się do źródła, bezpośrednio, zapytał Boga nawet o Niego samego. W trudnej, dramatycznej wręcz okoliczności dalej szukał, pytał, zastanawiał się. I uzyskał odpowiedź, która nadała sens temu wszystkiemu, co go dotknęło, i co miało go niebawem spotkać. 
Mamy prawo do własnych wyobrażeń, wizji, odbioru spraw i sytuacji. One w pewnym sensie są częściami składowymi naszej indywidualności, tego kim jesteśmy, wyjątkowości tak bardzo w nas ukochanej przez Boga. Ten tekst dzisiaj znowu pokazuje – Bóg nie traktuje nas jak bezmyślnej masy, nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Pyta przez swojego Syna wprost – Coście wyszli oglądać na pustyni? Coście wyszli zobaczyć? Słowa o trzcinie nawiązują do proroctwa Izajasza, że obiecany Mesjasz, gdy nadejdzie, nie złamie trzciny nadłamanej (Iz 42, 3). Trzcina, jak sobie rosła przed Jego przyjściem, tak samo będzie rosła i kołysała się na wietrze, gdy On przyjdzie. Ludzie w miękkich szatach? Symbol dobrobytu, przepychu, nawet zbytku – ale Mesjasz nie musi być i nie będzie władcą w ludzkim rozumieniu, żyjącym w pałacu, opływającym w bogactwo i ubierającym się w takie miękkie szaty. Nie takie jest Jego królestwo i królowanie. 
Te słowa, które Jezus wypowiedział, stanowią jakby kontynuację Jego odpowiedzi na pytanie, podane przez uczniów Jana (którzy już wówczas odeszli, jak podał ewangelista), przez samego Jana – czy On jest Mesjaszem? Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Proste jak drut. Jan (co sam Jan wiedział) miał wskazać ludziom Zbawiciela, i z pomocą i pod natchnieniem Ducha Świętego wskazał nad Jordanem Jezusa. Owszem, zwątpił chwilowo, w tych okolicznościach – ale swojego wskazania nigdy nie odwołał. A teraz – Ten, na którego wskazał, sam potwierdza trafność słów Jana. Spójność, konsekwencja. 
Możemy – porządni, spełniający uczynki miłosierdzia, modlący się, wspierający potrzebujących, uczciwi – znaleźć się także sami w momencie podobnym do tego, w jakim wtedy był Jan. I nie ma znaczenia, czy – jak dla Jana – będzie to koniec. Ważne jest to, czy nasza wiara wytrzyma taką noc duszy. Bóg nie ogranicza albo nie odbiera nam prawa do wątpliwości – ale pragnie, abyśmy przez takie próby przeszli zwycięsko. Aby błogosławieństwo obiecane tym, którzy nie zwątpili, mogło się stać także naszym udziałem. Trzeba w takich momentach zwrócić się do źródła, szukać odpowiedzi nie u szarlatanów i naciągaczy – ale Jednego, który zna odpowiedź na każde pytanie. Zawsze wracać do Boga, do modlitwy, do Kościoła. 
Teraz, w Adwencie, oczekujemy narodzenia Pana, przyjścia Zbawiciela. Warto czasami zadać samemu sobie pytanie i spróbować odpowiedzieć na to pytanie, które stawia sam Bóg. Czego szukasz? Czego potrzebujesz? Czego ci brakuje? I udzieliwszy odpowiedzi – zestawić to z tym, co proponuje Bóg, co On wskazuje jako to, co ważne, istotne, wartościowe, potrzebne. Aż wreszcie – nie wahać się odrzucić tego, co z Bożą hierarchią wartości stoi w sprzeczności. Dopiero wtedy można mówić o zwycięstwie, prawdziwej gaudete – radości – jaką przedstawia nam dzisiaj Kościół.
W tym kontekście warto zadać sobie samemu pytanie – czego szukasz w Kościele? Czym Kościół jest dla ciebie, czym powinien być? I co robisz, aby Kościół choć trochę zaczął przypominać ten twój, wymarzony? Jako mała pomoc – można poczytać, o jakim Kościele marzą pewne osoby publiczne. Te myśli napawają optymizmem. 
W tym kontekście – ciekawy motyw z dzisiejszego, rekolekcyjnego kazania. Przychodzi człowiek do osoby mocno uduchowionej, i zwierza się z problemu – trudności ze skupieniem podczas modlitwie; stara się modlić – a myśli uciekają do studiów, pracy, sympatii… Usłyszał odpowiedź od owego duchownego: Ja, jak stoję, to stoję; jak idę, to idę; jak biegnę – to biegnę. Ty – jak stoisz, to już idziesz; jak idziesz, to już biegniesz. Wniosek? Za bardzo się spieszymy – będąc tu, myślami wybiegamy już tam, do przodu – w efekcie to tu jest niedbałe, rozproszone. Czy chodzi o modlitwę, czy chodzi o cokolwiek innego – problem ze skupieniem zawsze jest problemem. A na wszystko trzeba umieć znaleźć i wygospodarować czas i przestrzeń. Owszem, podzielność uwagi to podobno zaleta – ale pewnych czynności efektywnie połączyć się nie da. 
>>>
Wczoraj zmarł najwybitniejszy polski specjalista z zakresu prawa kanonicznego – x infułat prof. Remigiusz Sobański. 80 lat to piękny wiek, a jego życie było z pewnością spełnione, pozostawił po sobie wielki dorobek myśli prawniczej. A jeszcze niedawno publikował co tydzień felietony w GN…
Jedynie o 5 lat przeżył go p. Edward – żaden profesor, infułat, prosty świecki człowiek, który od zawsze (do momentu pojawienia się nowego ordynariusza, dla którego był za stary…) był zakrystianinem w mojej rodzinnej parafii, który odszedł także w kończącym się tygodniu. Nigdy się nie skarżył, dla każdego miał dobre słowo, zawsze onieśmielony gdy mu się bezinteresownie pomogło. Od zawsze posługujący w parafii za darmo – a przez wiele lat był jedynym kościelnym. Naprawdę Boży człowiek. Chciałbym, żeby kiedyś ktoś o mnie pomyślał choć trochę tak dobrze, jak dobrze ja mogę pomyśleć dzisiaj o nim.

>>>

Adwentowo – o tym, gdzie teraz się znajdujesz, gdzie tak naprawdę oczekujesz na Pana – w wieczerniku, czy może w knajpie? Rozważają x Artur Stopka i Afro

Adwent to całe nasze życie. Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)
To nie jest tak, że Kościół kręci się w miejscu, zapętla się i w kółko, raz do roku, mówi o tym samym. Że to monotonne, spłycone, a nawet – łatwe (?). Tak, te słowa i wezwania się powtarzają. Tak, nawet teksty liturgiczne też (niedzielne – co do zasady – co 3 lata). Ale czy my – ty i ja – jesteśmy takim samym tobą i mną, jak byliśmy nawet nie te 3 lata temu, a np. rok temu? Ja uważam, że nie. Bóg przychodzi ciągle na nowo do tych samych ludzi, którzy się jednak zmieniają i de facto takimi samymi nie są. Dojrzewamy, dorastamy, zmienia się nasza optyka, punkt widzenia na wiele spraw – Kościół, wiarę, politykę, społeczeństwo. Nie stoimy w miejscu, jesteśmy dynamiczni. Bóg się z tego cieszy – takie jest nasze życie – i On swoją łaską chce uświęcić ten nasz dynamizm, nadać mu właściwy kierunek. 

Z tego, co pamiętam roraty dla dzieci, w jakich… z 15? lat temu brałem udział – zawsze była tam mowa o postanowieniach, jakie uczestnicy mieli podejmować na czas adwentu. Uwaga – nie mylić z wyrzeczeniami wielkopostnymi; tak, i tu i tam czas oczekiwania, ale na dwa zupełnie różne (choć oba bardzo ważne) wydarzenia, ale Wielki Post to zupełnie inny czas, cechujący się innym nastawieniem, innego rodzaju refleksją (Adwent to czas radosnego oczekiwania, czego z pewnością o Wielkim Poście powiedzieć nie można). I z tymi postanowieniami różnie to było – choć pomysł zdecydowanie dobry, bo maluchy to mobilizuje, gdy mogą w taki przede wszystkim dla siebie namacalny sposób zobaczyć, że sami coś zmieniają. Później, jak się zaczęło dorastać – oczywiście okazało się, że nie jest tak ładnie i prosto, i że najczęściej to się zakłada dużo zmian, a udaje się jedna rzecz, albo nawet nie. Dlatego ja zupełnie celowo nic nie postanawiam na ten Adwent. Powoli, małymi kroczkami chcę się stawać lepszy. Bo nie wiem nawet, na czym miałbym się skupić, za dużo tych mniejszych i większych wad. Chcę powoli starać się, aby każdy dzień był lepszy, mniej przez nie zdeterminowany.
Tylko że my bardzo często idziemy na łatwiznę. Z jednej strony w tego Boga wierzymy – Msza święta, paciorek, nie kradniemy i nie zabijamy – ale z drugiej strony najlepsza jest perspektywa, że On jest daleko, w ogólnie przyjętym Niebie i stamtąd sobie łypie na nas swoim Bożym okiem. Odpowiedni dystans, nie za blisko przypadkiem. Wtedy dowolnie można to interpretować, w zależności od sytuacji. Jest fajnie – thanks God, świetnie że jesteś [ale nie za blisko]! Jest mniej fajnie, albo wręcz beznadziejnie – Jaaa, Boże, to Twoja wina, gdzie Ty byłeś? [czemu tak daleko] Konsekwencja? Brak. I nic dziwnego – bynajmniej tak to nie wygląda, ale niektórzy tak właśnie chcą całość widzieć. 
To nie jest tak. Bóg z jednej strony cały czas jest przy nas, towarzyszy nam, wspiera nas i troszczy się o każdego jednocześnie. Ale z drugiej strony – On pragnie, aby inicjatywa wyszła także od nas. Pewnie, Jemu to do niczego nie jest potrzebne. Nie stanie się mniejszy/gorszy przez to, że jeden człowiek czy cały świat Go nagle, za przeproszeniem, oleje. Ale chciałby, abyśmy z Nim, z Jego łaską współpracowali. Odpowiedzieli na te dary, które nam ofiarowuje. Życie można przespać – ale nie o to chyba każdemu chodzi, i nawet Paweł w II czytaniu mówi to wprost (Rz 13,11-14): jeśli dotąd spałeś, stary, pobudka!
Niektórzy bardzo szybko się do Niego plecami odwracają – No jak to… Obiecywałeś, Boże, że mi pomożesz, a tu na studiach/w szkole zasuwać trzeba, pracować później, w domu czasami problemy, kasy nie starcza… Tak. Tylko że konia z rzędem temu, który mi pokaże, gdzie Bóg obiecał komukolwiek, że te problemy znikną? Nie obiecał, nie w tym rzecz. Bóg chce, żebyśmy z Jego pomocą poradzili sobie sami – bo da się. Tylko trzeba chcieć. To tak jak z obrazkiem wędki i ryby – człowiek najchętniej by dostał rybkę od razu, a Bóg chce nam dać wędkę, żebyśmy rybkę sami zdobyli. On będzie przy mnie i będzie mnie umacniał, wskazywał drogę, podpowiadał – ale ja mam tego dokonać sam. Nie dlatego, że Jemu się nie chce, czy On nie może – tylko żebym ja przezwyciężył swoje lenistwo. 
Niektórzy wolą jęczeć i przesypiać swoje życie. Mogą – Bóg nie zmusi, żeby z siebie coś wykrzesać, zrobić coś z tym życiem. Czasami postępują ewidentnie bez żadnego zamiaru zmiany czegokolwiek – czasami tylko, dzień po dniu, odwlekają jakiekolwiek konkretne decyzje, zmiany i posunięcia. Czyli – są na najlepszej drodze, żeby znaleźć się w grupie tych, którzy będą pozostawieni w dniu przyjścia Pana. Bóg nie wskazuje, nie wkłada w usta ewangelisty żadnego konkretnego kryterium – czym się będzie kierował w tym momencie. Trzeba to sobie dopowiedzieć – i przecież nietrudno. Czy ze spania, poza błogim stanem i faktem świadomości przelatywania czasu przez ręce, coś dobrego wynika? Raczej niewiele. 
My mamy być dynamiczni, czym byśmy się nie zajmowali. Tu nie chodzi o to, aby usiąść i mantrować cały Boży dzień: Marana Tha, przyjdź Panie Jezu. Długo byśmy pewnie – świeccy (nie mówię o zakonach klauzurowych np.) nie pożyli, bo i z czego? Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by porywami serca w ciągu dnia – w pracy, szkole, przy dzieciach, przy codziennych domowych obowiązkach – wyczekiwać z radością tego Jego przyjścia. Co więcej – Bóg nam w tym oczekiwaniu towarzyszy i będzie towarzyszył, dopingując i wskazując – to jest dobra droga. Trzeba jednak na nią wejść, żeby to zauważyć, odczuć. 
Adwent to całe nasze życie – tak, z pewnością. Rodzimy się i idziemy przez świat, oczekując dnia powtórnego spotkania ze Stwórcą. Ten wyliczalny, przewidywalny co toku czas w kalendarzu liturgicznym to tylko takie dyskretne przypomnienie dla każdego, kto czasami o obowiązku gotowości zapomina. Warto, szczególnie na początku, uświadomić sobie to i dobrze ten niespełna miesiąc wykorzystać. Żeby tej gotowości, której motyw będzie zdecydowanie na pierwszym planie, wystarczyło nie tylko do nocy Narodzenia Pana albo do nowego roku, ale na cały następny rok. A najlepiej – na zawsze.

I takie pytanie – żeby mieć się nad czym zastanawiać (także ja sam). Na co czekam teraz w życiu? Jeśli wiem – dobrze, pytanie czy jest to coś, na co czekać warto. Jeśli nie wiem – to teraz jest najlepszy czas, by poszukać odpowiedzi. Gdzie? W świetle Bożej miłości.

W Tobie jest światło
każdy mrok rozjaśnia
W Tobie jest życie
Ono śmierć zwycięża
Ufam Tobie, miłosierny
Jezu wybaw nas

Błogosławione oczekiwanie – do oporu

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść: Patrzcie na drzewo figowe i na inne drzewa. Gdy widzicie, że wypuszczają pączki, sami poznajecie, że już blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. (Łk 21,29-33)
Czy to, o czym mówi Jezus, wymaga jakiś specjalnych, wyjątkowych zdolności czy umiejętności? Według mnie – nie. Czy wymaga wybitnej bystrości i spostrzegawczości? Także nie. Czego wymaga? Wymaga uczciwości wobec siebie, wymaga uczciwości w odbiorze tego, co się wokół dzieje, czego jestem częścią, i umiejętności nazwania tego po imieniu, takim jakie jest. 

Niektórzy pierwsi chrześcijanie mieli taką tendencję, że niektórzy z nich uważali, że przyjście powtórne Chrystusa jest kwestią dosłownie lat. Skąd taki pomysł? Z dosłownej interpretacji słów Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. A może inaczej – z niezrozumienia tego, o czym Jezus mówił. Bo, jak widać, przeminęło ich pokolenie i lekko licząc przeszło 200 następnych, i świat kręci się nadal wokół swojej osi, tak jak kręcił się za Jezusowych czasów, i Dzień Sądu póki co nie nastąpił.
Jezus odniósł się do przykładu prostego jak przysłowiowy drut – bo każdy, także w jego czasach, wiedział, jak wygląda rozkwitanie roślin. Proces powolny, ale i łatwy do zaobserwowania – czym tak wtedy, jak i dzisiaj zajmują się ludzie zawodowo trudniący się uprawą różnej maści roślin uprawnych, warzyw czy kwiatów. Istnieją pewne zasady – ale co jest kluczowe? Właściwe rozpoznanie momentu, obserwowanie samej roślinki i podejmowanie odpowiednich kroków, zabiegów pielęgnacyjnych, gdy owa roślinka odpowiednio się rozwija, zmienia. A roślinka zmienia się, gdy nadejdzie odpowiednia pora – pora roku, warunki atmosferyczne i temperatura dla tej pory roku właściwe.
Czy Jezus więc celowo wprowadził kogoś w błąd tymi słowami o tym, że nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie? Myślę, że nie. Za to ludzie zinterpretowali Jego słowa na skróty. Co jest kluczowe w tym tekście? Słowa Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. To jest najważniejsze. Bo te słowa po prostu nie odnoszą się do jakiegoś konkretnego momentu w historii, który w najczęstszym rozumowaniu miałby się odnosić do znaków zapowiadających koniec świata, powtórne przyjście Pana i Dzień Sądu. One mówią o konieczności uważnego obserwowania tego, co się dzieje wokół – tylko że permanentnie, zawsze, i przez każdego człowieka. Nie adresował tej porady do tamtych, ówczesnych tylko słuchaczy – ale jak zwykle były to słowa o wartości ponadczasowej. Mają tak samo, jak do tamtych Żydów, zastosowanie do nas dzisiaj, 2000 lat później.
Trzeba je czytać – to pogrubione zdanie – razem ze słowami niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. Poza tym, że o Królestwie Bożym jako naszym głównym i podstawowym, ostatecznym celu musimy pamiętać zawsze, nie możemy lekceważyć tego, co i jak się wokół nas, na świecie, dzieje. Bez względu na to, jak zmienia się ogólnie przyjęta w danej społeczności, narodzie, kraju czy regionie świata hierarchia wartości – Jego słowa, Dobra Nowina, przykazania, błogosławieństwa, nakazy i zakazy się nie zmieniają. Może być tak, że zmieni się forma interpretacji pewnych kwestii – tak. Ale nie zasadnicze stanowisko. Świat się kręci – Bóg stoi, jest i był dokładnie tam, gdzie był u początków istnienia, i nigdzie się stamtąd nie wybiera. Nie zmienia poglądów. Pomimo powszechnej, niestety, akceptacji rozwiązłości seksualnej, społecznego przyzwolenia dla aborcji czy eutanazji – Bóg nadal wzywa każdego, aby był wierny małżonkowi, nie cudzołożył, chronił życie od samego momentu poczęcia do naturalnej śmierci. To się nie zmienia i się nie zmieni. 
My jesteśmy wezwani do tego, aby wyglądać, wyczekiwać tego Królestwa Bożego – kiedykolwiek  by ono nie miało nadejść. Być może ani my, ani nawet nasze wnuki tego nie dożyjemy. Ale musimy i mamy być gotowi, mieć zapalone pochodnie serc, aby powitać z radością przychodzącego ponownie Zbawiciela. Niebo i ziemia nie przeminą przed Jego przyjściem – chociaż może dla nas przeminą w tym sensie, że nasze ziemskie życie skończy się wcześniej. Nie ma to znaczenia. Liczy się nasza gotowość – to, z czym przywitamy przychodzącego Pana, czy to w dniu Jego powtórnego przyjścia na ziemię za naszego życia, czy to u tego naszego życia kresu. Wciąż jest czas, żeby się przygotować. Szczęśliwi, których Pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie…
>>>
Po tym, co wyczytałem we fragmentach, z niecierpliwością czekam na polskie wydanie nowej książki papieża Benedykta XVI Światłość świata, kolejnego wywiadu-rzeki, jaki przeprowadził z nim Peter Seewald.  Zawsze dotąd – przyznaję się, najwyraźniej błędnie – traktowałem papieża jako bardziej wykładowcę, myśliciela i teologa, oderwanego niejako od rzeczywistości duszpasterskiej, bez jakiegokolwiek doświadczenia na tym polu pracy w diecezji… Podczas gdy coraz częściej – i te krótkie cytaty z zapisu rozmowy pomiędzy nim a Seewaldem to potwierdzają – jawi mi się on jako naprawdę zatroskany o Kościół i zbawienie ludzi, niesamowicie inteligentny i konkretny, a zarazem mający wiele pokory i nieśmiałości człowiek, któremu po naprawdę owocnym życiu Bóg w jesieni życia postawił wyjątkowo wymagające zadanie, stawiając go na czele Kościoła. Coraz bardziej doceniam to, co robi, jakim jest człowiekiem. I widzę że w jego wyborze w 2005 naprawdę był palec Boży – człowiek, który ze swoją wiedzą i doświadczeniem może skutecznie przypominać światu Boże przesłanie. 
Piękna jest szczególnie forma. Papież kolejny raz odchodzi od formy oficjalnego stanowiska, dokumentu Kościoła – encykliki, adhortacji, listu apostolskiego – na rzecz dialogu. Na pewno świadomy swojej nieśmiałości – której jestem pewny – nie waha się udzielać odpowiedzi na pytania dziennikarzy w trakcie podróży, decyduje się także na rozmowę w formie wywiadu. Ktoś może powiedzieć – papież ustępuje pola, boi się stanowczych wypowiedzi i wdaje w dyskusje. A ja uważam, że papież pokazuje, że papież jakby schodzi z tronu na rzecz tego, aby zwykłym ludziom, w języku dla nich zrozumiałym, wyjaśniać prawdy wiary, przybliżać Boga. To jest przecież pierwotna misja całego Kościoła, wszystkich kapłanów i biskupów – a więc także biskupa Rzymu. Utworzenie Rady ds. Nowej Ewangelizacji tylko potwierdza, że papież traktuje te obecne potrzeby świata bardzo na serio. Udzielenie tego wywiadu to przejaw odwagi ze strony papieża, który decyduje się w tej prostej formie ułatwić ludziom zrozumienie pewnych prawd.
Oczywiście, nie obyło się bez medialnego szumu, o tytułach prawie w stylu Papież/Kościół zezwolił na prezerwatywy! Jak zwykle – prawdy w tym jest niewiele. Zacytuję:
Być może istnieją uzasadnione pojedyncze przypadki, gdy np. mężczyzna uprawiający prostytucję używa prezerwatywy w sytuacji, gdy takie postępowanie może być pierwszym krokiem na drodze do umoralnienia, jakimś zalążkiem odpowiedzialności, aby na nowo rozwinąć świadomość tego, iż nie wszystko jest dozwolone i nie wolno robić wszystkiego, na co ma się ochotę. Ale nie jest to rzeczywisty sposób na poradzenie sobie ze złem, jakim jest infekcja HIV. Taki rzeczywisty sposób może polegać natomiast na uczłowieczeniu seksualności. (…) Kościół oczywiście nie postrzega ich [prezerwatyw] jako rzeczywistego i moralnego rozwiązania. W jednym czy drugim przypadku może to być jednak – zakładając intencję danego człowieka, jaką jest zmniejszenie ryzyka zakażenia – pierwszy krok na drodze do inaczej przeżywanej, bardziej ludzkiej seksualności.
Czyli żadna zmiana całości podejścia, a przyznanie tego, co jest dopuszczalne – stosowania prezerwatyw przez zarażonych wirusem HIV (jako sposób ochrony przed chorobą człowieka), przy jednoznacznym podkreśleniu wyjątkowości takich sytuacji w stosunku do reguły, która odrzuca stosowanie prezerwatyw. Jak zauważył sam rzecznik Watykanu – tego typu poglądy prezentowali już m.in. kardynałowie Carlo Martini SI, Godfried Daneels, Cormac Murphy-O’Connor, George Cottier czy Javier Lozano Barragan.  Wskazał on również wprost, że Papież bynajmniej nie usprawiedliwia moralnie nieuporządkowanego życia seksualnego. Nie ulega natomiast wątpliwości – jest to wypowiedź przełomowa, z ust papieża (nie tylko tego konkretnego) takie słowa dotąd nie padły.  
>>>
Jak by na to nie patrzeć – pomimo, że Korea Północna pozostaje w stanie wojny z Koreą Południową od  przeszło pół wieku, formalnie od 1953 funkcjonowało zawieszenie broni. Pomiędzy państwami układało się wówczas różnie, mniejsze lub większe zaczepki zdarzyły się nie raz. Od kilku dni świat z zapartym tchem śledzi sytuację pomiędzy tymi krajami – odkąd Korea Północna ostrzelała wyspę Yeonpyeong na Morzu Żółtym należącą do Korei Południowej. Zginęli ludzie. 
Od lat mówi się o tym, że Korea Północna sprawdza, na ile może sobie pozwolić na Półwyspie Koreańskim,  przeprowadza próby nuklearne, i jak na razie w imię pokoju ani sąsiedzi z Południa, ani też jakikolwiek inny kraj nie uznał za stosowne pokazania im granicy i utarcia nosa. Co w najbliższym czasie, jak tak dalej pójdzie, może się zmienić. Sytuacja jest trudna, w okolicy – pod pozorem manewrów – stacjonuje już lotniskowiec USA. Wszystko wskazuje na to, iż to, co się wydarzy, w dużej mierze zależy od posunięć największego sojusznika Korei Północnej – Chin. 

W takich momentach należy szczególnie prosić Boga o dar pokoju.

Nie pytaj, kiedy – tylko wytrwaj i nie zdezerteruj

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie. (Łk 21,5-19)
Łatwo, oj jak łatwo przychodzi nam pusty zachwyt nad różnego rodzaju monumentami. Pałac Kultury i Nauki, dwie wieże World Trade Center, Złote Tarasy, pałace… Z Żydami było podobnie – tak samo w majestacie świątyni jerozolimskiej widzieli potwierdzenie: Bóg tak chce, Bóg nas wybrał, świątynia będzie wieczna, bo sam On w niej mieszka. Co życie pokazało? Że ani wieczna nie była, ani też Bóg w niej nie mieszkał (bo co – gdzie miałby się, biedak, podziać, kiedy runęła?), i niespełna 40 lat po scence, którą niedzielna ewangelia prezentuje nie było po niej śladu. Przepraszam – był i jest: ściana płaczu. Tak, ta świątynia była piękna i niesamowita – z pewnością. Ale Bóg powiedział jasno – i tak się stało. Nigdy nie została już odbudowana. Pozostała – no właśnie… jako niemy świadek i dowód na to, że Bóg nigdy się nie myli. WTC też, od 9 z górą lat, jest dowodem na kruchość tego, co ludzkimi rękoma wzniesione.
Tacy już jesteśmy – jak ktoś czymś zagrozi, to najchętniej od razu głowa w piasek. Nie da się? To trzeba zapobiegliwie dowiedzieć się jak najwięcej, żeby być gotowym. Skoro On tak mówi… Boją się, więc pytają Jezusa – kiedy? Chciało by się wiedzieć, kiedy, co? Można by to zobrazować na przykładzie – ludzie dowiadują się, że Sąd Ostateczny nastąpi za godzinę, przyjmijmy. Co robią? Jeden leci do spowiedzi, inny idzie się pogodzić z bratem czy rodzicem, jeszcze inny klęka i zaczyna się modlić, następny z kolej postanawia większość majątkiu przekazać na jakiś zbożny cel. 
Piękne, prawda? Tak. Tylko nie tędy droga. To znaczy – tędy, ale inaczej. Cały czas. Bo daty Dnia Sądu nie jest dane dowiedzieć się ani mnie, ani tobie, ani nikomu innego. Bóg to zaplanował – nie bój się, nastąpi we właściwym momencie. To wszystko mamy robić – ale cały czas. Tak, aby zawsze i w każej sytuacji być gotowym. Nie tylko wtedy, kiedy ktoś postraszy, uświadomi, przypomni – ale ciągle. 
Zresztą – co by mi ta wiedza, data Sądu czy też swojej śmierci – dała? Nic. A właściwie – dała by, a raczej zabrała – spokój. Czy człowiek umiałby żyć równie dobrze, pełną piersią i normalnie, znając moment swojego odejścia ze śiata z dużym wyprzedzeniem? Według mnie – nie. Bo ta wiedza by go zdeteminowała, przerażała, uniemożliwiała bycie normalnym, cieszenia się z tego co radosne. Tacz jesteśmy. Z jednej strony tyle się mówi, zabobonni wydają góry pieniędzy na wróżbitów, wróżki, czarodziejki czy jasnowidzów – byle tylko coś się o tym dowiedzieć. Czy warto, nawet gdyby się dało? Nie, nie da się. I nie – nie warto. 
Ten obrazek z dalszej części – brzmi znajomo? Nie wiem, czy żyjemy w czasach ostatecznych – jak to niektórzy już zawyrokowali, mniej lub bardziej trafnie. Ale faktem jest – czasy są niespokojne. To, co dzieje się naokoło ma prawo i wręcz powinno napawać niepokojem – nie dlatego, że może oznaczać zbliżanie się Dnia Pańskiego, ale dlatego że się dzieje i jak się dzieje. Wojny? Kilka permanentnych, w niektórych rejonach świata – co chwilę nowe. Trzęsienia ziemi? Proszę bardzo – Haiti i jej zmagania z epidemią cholery, wystarczy tv włączyć. Straszne zjawiska – tsunami, powodzie? Tak, także w naszym kraju. Głód, zaraza? Też, w ilu miejscach świata. 

Tyle opisów zjawisk zewnętrznych – ale bolesna jest bardziej część mówiąca o tym, co się ludzkiego wnętrza tyczy. Tego, co Jezus prorokuje odnośnie sytuacji w Niego wierzących. To sprawdza się, i to z pewnością. Wojny na tle religijnym. Zabijanie się nawzajem, ludzi jednego narodu tylko dlatego, że ktoś wierzy inaczej. W myśl w chory sposób pojmowanego prymatu jednego wyznania (najczęściej, niestety, dotyczy to ekstremistów muzułmańskich – zaznaczam, ekstremistów) marginalizowanie chrześcijan, zastraszanie, okaleczanie czy po prostu zuchwałe mordowanie! To się dzieje. To jest fakt. Słowa Jezusa w tym zakresie już się spełniły i spełniają się nadal – co widać na Bliskich Wschodzie, w Iraku, Ziemi Świętej i tylu innych miejscach.
Jaki z tego wszystkiego morał? Ano, dwojaki. Po pierwsze – gotowość, warunek podstawowy, zawsze i wszędzie. Tak, jesteśmy tylko ludźmi, grzeszymy, upadamy, obiecujemy Bogu po czym słowa nie dotrzymujemy – zgadza się. Ale stawaj na głowie i bądź tak gotowy, jak tylko jesteś w stanie, i nie usprawiedliwiaj się. To podstawa. Po drugie – wytrwałość, która ocala życie. Ostatnie zdanie. Wytrwałość, którą Jezus nagradza. Wytrwałość, która będzie miarą tego, na ile jesteśmy gotowi.  Tu i w innym miejscu Jezus uspokaja wręcz mówiąc Nie bójcie się, u was nawet wszystkie włosy na głowie są policzone
Tak, nie mamy się czego bać. Bać można się i warto tylko tego, co mogło by pozbawić na zawsze obecności Boga, oddzielić od Niego. Śmierć to tylko moment, który czeka nas tak czy siak, i może być po ludzki momentem wielkiego cierpienia. Życie jest ceną najwyższą? Tak, ale to życie – wieczne, mimo, że świat bardzo często wmawia nam inaczej, że liczy się to życie tu i teraz, na ziemi. Bóg chce i Bóg daje siłę, aby w tym momencie śmierci wytrwać z Nim w sercu. Nie zdezerterować.
Tak, prześladowcy mogą zrobić mi wszystko. Wyśmiać, opluć, znieważyć, podeptać, okaleczyć, a nawet zabić. Sztuka – aby nie dać się w tym złamać. To jest przesłanie Jezusa. Nie liczy się forma zewnętrzna – tak, za wiarę można zginąć, i nie jest sztuką za wszelką cenę męczeństwa uniknąć. Liczy się duch – który ma tryumfować, nawet gdy ciało leży połamane i sponiewierane. Jezus też – po ludzku umarł. I to niekoniecznie na 3 dni – chodzi o to, że tego 3 dnia był już żywy, zmartwychwstały. I, po mimo ludzkiej śmierci, zwyciężył. To jest wyzwanie i zaproszenie dla nas – zwyciężyć za wszelką cenę, ale nie po ludzku, tylko sercem i wiarą. 
Prędzej czy później, nadejdzie dzień, o którym Malachiasz mówi (Ml 3,19-20a) – kiedy tych, którzy innych krzywdzili, spotka kara. Mimo ich pewności siebie, pewności swojej siły i władzy. Pewny był Herod – i upadł. Pewni byli Żydzi, stojąc w majestacie cienia świątyni jerozolimskiej – została zburzona. Na każdego pysznego i zadufanego w sobie, który krzywdzi innych, Bóg zawsze ześle takich czy innych Rzymian (a’propos burzenia świątyni), którzy dosadnie pokażą, jaki ten ktoś jest kruchy i słaby tak naprawdę. Słoma pali się bardzo szybko.
Skąd w tekście Pałac Kultury i Nauki? A, bo właśnie z okna w hotelu, w którym to piszę w poniedziałkowy wieczór, widzę piękną panoramę na tenże 🙂

Druga szansa

Nie planowałem dzisiaj pisać, ale co tam…
>>>
Zmarł ks. Henryk Jankowski. 
Pewnie wielu to cieszy, ale dla wielu skończyła się też jakaś epoka w ich życiu, w Polsce, w kościele. To był, jakby nie patrzeć, człowiek-instytucja. Napisali o nim wszędzie na okoliczność śmierci – ale najczęściej ten sam tekst, właściwie coś więcej, trochę wspomnień i cytatów – jedynie na Onecie. Zacytuję fragment z tego tekstu:
„To jakby dwie osoby w jednej”

Tak o zmarłym ks. Jankowskim mówi były działacz „Solidarności” Bogdan Lis. – To tak jakby dwie osoby w jednej, dlatego że ksiądz Jankowski jeszcze w czasie strajku sierpniowego, później 16 miesięcy legalnego działania Solidarności i okresu stanu wojennego, to jeden człowiek, a drugi – to z okresu funkcjonowania i kształtowania się polskiej wolności i demokracji już po 1980 roku – wspominał Lis, obecnie poseł Demokratycznego Koła Poselskiego Stronnictwa Demokratycznego.

– Myślę, że tak, jak ta pierwsza część tej jego historii jest chlubna, to to, co potem robił do chlubnych nie należy – dodał Lis.

Jak zaznaczył, chodzi m.in. o antysemickie wypowiedzi i przedsięwzięcia ks. Jankowskiego. – To burzyło jego wizerunek jako księdza, kapelana. Podkreślało też jeden element, który się pojawiał dość często, a mianowicie oskarżenia polskiego Kościoła, duchowieństwa o antysemityzm. On dawał pożywkę dla tego typu oskarżeń – zaznaczył Lis.

Lis, działacz opozycji z Gdańska, wspomina też ks. Jankowskiego jako osobę otwartą, ale również oryginalną, ekstrawagancką. – Lubił wyróżniać się wśród innych osób, jak szedł na jakieś przyjęcie ubierał się w sposób ekstrawagancki. Bardzo lubił też podkreślać zamożność – jeździł mercedesem dobrze wyposażonym, miał kontakty w Niemczech. Na pewno jest to postać oryginalna i ciekawa – zaznaczył Lis. 

I tak go trzeba postrzegać. Bo niewątpliwie zrobił wiele – zresztą, nie mianuje się proboszczem człowieka 6 lat po święceniach, jeśli nie jest utalentowany. Wiele dobrego zrobił – ale, obawiam się, po prostu później mu odbiło. Nie wnikam – czy to było jakieś skrzywienie na tle psychicznym, czy po prostu taki charakter człowieka, który lubił być na świeczniku, nawet na zasadzie promowania wina czy wody ze swoją podobizną… Wybryki słowne, otaczanie się dziwnymi, najczęściej młodymi ludźmi, którzy – takie jest moje zdanie – wykorzystywali jego wizerunek dla zaistnienia i wypromowania siebie samych. No i tej ego stroje – rozumiem godności papieskie miał, ale połowę kolorowych sutann czy dodatków nie miał prawa nosić (ani białej sutanny, ani mantoletu – kto wie, co to jest, ten też wie, dlaczego). 
Jego rola za komuny była nie do przecenienia – nie żyjemy w końcu wieki później, można się o tym dowiedzieć od pokolenia moich rodziców czy starszych kolegów. Każdy w kontekście tamtego okresu bardzo dobrze go wspomina, jako człowieka który wiele robił, organizował konkretną pomoc materialną, nie ograniczając się do jedynie wsparcia duchowego. 
Co się stało później? Po co te wybryki słowne w kazaniach, te prowokacyjne instalacje grobów pańskich? Nie wiem. Jedno jest pewne – abp Gocłowski nie zakazywał nikomu innemu głoszenia kazań; nie zrobił użytku z takiego prawa, przysługującego ordynariuszowi, bo lubił – tylko dlatego, że Jankowski go swoim postępowaniem do tego zmusił. Pewnych słów, szczególnie z ambony, tolerować nie można.
Myślę, że było mu ciężko ostatnio, nie wnikając w to że w dużej mierze z własnej winy. Miłosierdzie Boga sięga dalej, niż nam się wydaje. Teraz jest już tylko w Jego rękach. I dobrze. Pokój jego duszy. 
>>>
Sam się sobie dziwię… Jakiś czas temu opisałem, wymowną i głęboką, scenę z jednego z odcinków serialu Ojciec Mateusz, a dzisiaj też nawiążę do telewizji. 
Niewiele ją oglądam – jak już, to wiadomości, dobry film czasami (najczęściej na płycie), a jak nie – to kanał AXN. Jak ktoś lubi seriale sensacyjne – wystarczy, bo to większość ramówki. I między tym wszystkim puszczają serial Druga szansa
 
O czym to? Nastoletnia Lux przez niemal całe swoje życie trafia od jednej rodziny zastępczej do kolejnej. Cate Cassidy urodziła ją gdy sama była jeszcze nastolatką, a do adopcji oddała ją w nadziei na to, że jej córka znajdzie lepszy dom. Najprawdopodobniej ze względu na problemy z sercem, Lux nigdy nie została adoptowana. W wieku 16 lat postanawia się usamodzielnić, lecz zanim to się stanie, musi otrzymać na to pisemną zgodę od swoich biologicznych rodziców, których nie miała okazji poznać, a którzy jednak nigdy nie zrzekli się formalnie praw rodzicielskich. 
 
Najpierw spotyka swojego ojca, Nathaniela „Baze” Bazila,  wiecznie wesołego, delikatnie mówiąc niezbyt odpowiedzialnego i dojrzałego, prowadzącego hulaszczy tryb życia właściciela ledwo zipiącego baru. Już po podpisaniu podsuniętych przez córkę dokumentów Nathaniel czuje więź łączącą go z córką i dostrzega w niej podobieństwo do samego siebie. Za pomocą ojca Lux poznaje swoją matkę Cate, prezenterkę radiową, która 16 lat temu zaliczyła wpadkę z Nathanielem, a obecnie stara się ułożyć życie z kolegą z pracy, z którym prowadzi popularny program radiowy (jak się okaże – program był chwytliwy, gdy się kłócili, odgrywając dwoje samotników – jednak zmieni się to, gdy przyznają się na antenie do swoich uczuć, wyjdzie na jaw prawda o tym, że Cate ma nieślubne dziecko).
 
Świetne obrazy o ludziach, którzy niby to nic nie łączy – a właściwie połączyła chwila przyjemności w wieku 16 lat. I jakieś 16 lat później pojawia się owoc tej przyjemności – o którym jakoś nigdy nie myśleli, nie pamiętali. Na początku niechętnie, ale zaczynają w niej odkrywać siebie – podobieństwa. Uświadamiają sobie, ile Lux krzywdy doznała dlatego, że oni kiedyś nie byli dość dojrzali, aby się nią zająć – i postanawiają jej pomóc, nie będąc parą starając się jednak wspólnymi siłami zaopiekować się nią, być dla niej rodzicami. 
 
Wiele życiowych sytuacji pewnie ludziom znanych, błędów i pomyłek tak ze strony Lux, jak i jej nowych rodziców. Ale to wszystko w konwencji stale, z różnych stron i osób, pojawiającego się przesłania, że nie można się poddawać, że trzeba walczyć, starać się być lepszym. A lekko w tle – Baze i Cate, uparcie wszystkich przekonujący, że ich nic nie łączy poza tym, że są rodzicami Lux… Tylko czy naprawdę? 🙂 
 
Zachęcam do obejrzenia choćby jednego odcinka. Na stronie AXN chyba są wszystkie dotychczasowe, można nadrobić zaległości. Leci to jakoś w sobotę o 20:00, a powtórka wcześniejszego odcinka jest chyba tego samego dnia, tylko w okolicach południa. 
 
Warto przy okazji samemu sobie zadać pytanie – czy mnie samemu właśnie nie przelatuje przed nosem druga szansa, okazja – może jedyna? – na naprawienie czegoś, co do tej pory, mniej lub bardziej świadomie, robiłem źle, w czym dałem ciała
 
>>>
 
Tak właśnie. Czekamy.

Jest dużo nadziei, bo wszystko jak na razie – jednoznacznie.

Okaże się za kilka godzin.

🙂