Wyszło szydło z worka

Dwa powiązane ze sobą teksty – z Wielkiego Wtorku i Wielkiej Środy – mówiące o zdradzie Judasza. Dwóch ewangelistów na swój sposób o tym samym:

Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi. Jeden z uczniów Jego – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: Kto to jest? O kim mówi? Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: Panie, kto to jest? Jezus odparł: To ten, dla którego umaczam kawałek /chleba/, i podam mu Umoczywszy więc kawałek /chleba/, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty A po spożyciu kawałka /chleba/ wszedł w niego szatan. Jezus zaś rzekł do niego: Co chcesz czynić, czyń prędzej. Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: Zakup, czego nam potrzeba na święto, albo żeby dał coś ubogim. A on po spożyciu kawałka /chleba/ zaraz wyszedł. A była noc. Po jego wyjściu rzekł Jezus: Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale – jak to Żydom powiedziałem, tak i teraz wam mówię – dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, dokąd idziesz? Odpowiedział mu Jezus: Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz. Powiedział Mu Piotr: Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? życie moje oddam za Ciebie. Odpowiedział Jezus: życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz. (J 13,21-33.36-38)

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia? On odrzekł: Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu . A gdy jedli, rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi. Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty. (Mt 26,14-25)

Zastanawiające jest, że nikt z uczniów nie rozumiał tego pierwszego obrazka – mimo oczywistych pytań i odpowiedzi Jezusa, skierowanych do Jana, i wymownego gestu, jaki uczynił w kierunku Judasza. Nic dziwnego, że się wszyscy zastanawiali – kto może być zdrajcą? Pewnie już ze 3 lata minęły, jak wędrowali z Jezusem. On uprzedzał, dokąd – ku czemu – zmierza, mówił o śmierci i zmartwychwstaniu, burzeniu i wznoszeniu świątyni swojego ciała, ale uczniowie nie rozumieli. Sytuacja Jezusa już była trudna – na każdym kroku czyhali Żydzi i faryzeusze. 
Tu Jezus też mówi nieco enigmatycznie – nic wprost. Zapowiedział poszukiwania, tłumaczy, że jeszcze w tym momencie oni nie mogą za Nim podążyć. To wszystko miało się stać już za 3 dni! Wszystko się zgadza – tą samą drogą męczeństwa poszedł za Jezusem każdy z Jedenastu, poza Janem. Wszystko się w odpowiednim czasie wypełniło. Wymowne preludium – Bóg Człowiek ponownie objawia prawdę o tym, co Go czeka. 
Ta sytuacja uczy umiejętności bardzo potrzebnej i życiu przydatnej – przezwyciężania kryzysów, wytrwania. Nikt nie usłyszał oskarżenia wprost – poza adresatem, który już wszystko rozumiał, Judaszem – ale wątpliwości targały każdym z nich. Czy ja? A może on, albo tamten? Wytrwali jednak, oparli się tej próbie. Na pozór normalnie, bez związku z sytuacją, ale decyzję podjął jeden z nich, wychodząc z wieczernika. Judasz już wiedział, co zrobi. W tym sensie jego rola w historii zbawienia jest doniosła – skoro wydarzenia potoczyły się tak, jak się potoczyły, to nie doszło by do poszczególnych wydarzeń dalej bez tej jego zdrady. Wątpliwa zasługa – o czym Jezus mówi wprost w drugim tekście – ale jednak. 
My dzisiaj też chcemy trwać – choćby na wielkoczwartkowej adoracji Jezusa Umęczonego w ciemni. Deklarujemy gotowość, chcemy być – tak samo jak Piotr. Te słowa Jezusa do niego skierowane nie były formą wyrzutu – po prostu stwierdzeniem faktu przez Tego, który zna serce każdego z nas. Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz. Nie mylił się – dokładnie to stało się w ciągu następnych kilku godzin. Ale to nie był koniec dla Piotra – on w przeciwieństwie do Judasza umiał wyciągnąć wnioski, zawierzyć Bogu i iść dalej – stając się Opoką pierwszego Kościoła. 
I tu jest wzór dla nas – my też wiele deklarujemy, obiecujemy, targujemy się z Bogiem. Nie chodzi o to, aby złote góry Mu obiecywać, prześcigać się w obietnicach. Powoli, pomału. Lepsze mniejsze i prostsze postanowienie, ale i konsekwentna realizacja niż spektakularna porażka. Nie wyprzeć się, nie zdezerterować – po prostu wytrwać. 

Światłość prawdziwa

Na początku było Słowo, 
a Słowo było u Boga, 
i Bogiem było Słowo. 
Ono było na początku u Boga. 
Wszystko przez Nie się stało, 
a bez Niego nic się nie stało, 
co się stało. 
W Nim było życie, 
a życie było światłością ludzi, 
a światłość w ciemności świeci 
i ciemność jej nie ogarnęła. 
Pojawił się człowiek posłany przez Boga, 
Jan mu było na imię. 
Przyszedł on na świadectwo, 
aby zaświadczyć o Światłości, 
by wszyscy uwierzyli przez niego. 
Nie był on światłością, 
lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. 
Była Światłość prawdziwa, 
która oświeca każdego człowieka, 
gdy na świat przychodzi. 
Na świecie było Słowo, 
a świat stał się przez Nie, 
lecz świat Go nie poznał. 
Przyszło do swojej własności, 
a swoi Go nie przyjęli. 
Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, 
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, 
tym, którzy wierzą w imię Jego, 
którzy ani z krwi, 
ani z żądzy ciała, 
ani z woli męża, 
ale z Boga się narodzili. 
Słowo stało się ciałem 
i zamieszkało między nami. 
I oglądaliśmy Jego chwałę, 
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, 
pełen łaski i prawdy. 
Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: «Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył (J 1, 1-18).
Nic dziwnego, że ewangelia Janowa jest moją ulubioną, skoro tak pięknie się zaczyna. To tekst, który – poza jedną z liturgii uroczystości Narodzenia Pańskiego, Kościół odczytuje w Sylwestra, czyli na końcu roku kalendarzowego. I tak się zastanawiałem – czemu akurat w tym momencie? 
Prozaicznie – bo za chwilę rozpocznie się kolejny rok kalendarzowy, 2014, w którym ludzie sobie i Bogu będą próbowali udowodnić, że są samowystarczalni, że On nie jest potrzebny, że się narzuca, wymyśla, ogranicza, tłumi. Będą wyśmiewali współczesnych nam Janów Chrzcicieli, którzy wbrew wszystkim i wszystkiemu będą mówili właśnie o Światłości. Będą odstawiali w kąt, albo wręcz starali się tłumić tę Światłość jedyną, bo prawdziwą, która chce oświecić każdego człowieka, o ile tylko on na to pozwoli – mimo, że Jezus w innym miejscu wprost powiedział, że światło jest dla każdego (Łk 8, 16-17). 
My chcemy żyć inaczej. My chcemy być sługami tej Światłości, żyć nią, z niej czerpać i nią się inspirować – nie tylko do Trzech Króli albo do wyrzucenia choinki z domu, kiedy sprząta się bibelotki i ozdóbki, ale przez cały rok. Ten kolejny rok, który nam – wierzącym – wyznacza rytm roku liturgicznego: a więc nie tylko przez te chwile pełne radości, ale i smutne, bolesne, jak Wielki Post, który człowieka wiary stawia przed wielką tajemnicą męki i śmierci (a dopiero potem zmartwychwstania); w dni pełne sukcesów, ale i porażek, wydarzeń czasami zrozumiałych dopiero z bardzo dużej perspektywy czasu, kiedy wydawać się może, że Bóg jest daleko i o nas zapomniał. Tej Światłości musi wystarczyć na to wszystko – i z Bożą pomocą wystarczy, jeśli tylko będziemy o to prosić i uwierzymy, że ona wystarczy.

Ten rok zaczął się dramatycznie. Młody człowiek, właściwie recydywista, zabija samochodem (podejrzewa się, czy nie z premedytacją?) pod wpływem alkoholu i środków odurzających bodajże 6 osób; giną w tym rodzice, których dziecko zostaje w jednej chwili po ludzku same na świecie. W noc sylwestrową grupka pijanych ludzi zaczepia na ulicy innych, w tym jadących samochodami, wygraża im – jeden kierowca odjeżdża, bojąc się o swoje i pasażerów bezpieczeństwo, i za chwilę okazuje się, że w całej sytuacji ginie kompletnie pijana młoda kobieta w 9 miesiącu ciąży; w kilka dni potem umiera także, pierwotnie odratowane, dziecko ciężarnej. 
To może się wydawać bardzo makabryczne – ale czy nie zbliżamy się do czasów ostatecznych? Bóg nie grozi palcem, nie mówi ze smutkiem „a nie mówiłem?”. Cierpi tak samo jak ci, którzy ucierpieli w tych i tak wielu innych wydarzeniach – następstwach głupoty, nieodpowiedzialności, brawury, uzależnienia. A Słowo i tak znowu przyszło, znowu dla nas stało się Ciałem, i zamieszkało pomiędzy tymi, którzy Je w ogóle zauważyli i pokochali. Czasami warto – zanim dojdzie do takiej czy do innej tragedii, a ich w życiu mamy sporo – zastanowić się i odpowiedzieć na takie dość proste pytanie: czy warto się szarpać i próbować sobie coś udowodnić, czy ten czas życia – nie wiemy, jak długi – spożytkować sensowniej? 
Pozwólmy się oświecić tej jedynej, prawdziwej Światłości. Przyjmijmy Jej moc. 

Wielkie drzwi z kolumnami

Jezus nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie, otwórz nam! lecz On wam odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz On rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy opuszczający się niesprawiedliwości! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi. (Łk 13,22-30)

To zdecydowanie nie w naszym stylu. W ostatnich dniach miałem okazję zwiedzić kawałek Polski, mniejsza o szczegóły. W tym czasie przejechałem kawałek spory tzw. Polski B – czasami bida, aż przykro, ale jedno się powtarza: jak tylko jakiś porządniejszy dom stoi, to marmury (albo atrapy) i koniecznie kolumny z wielkimi drzwiami. Na bogato i z przytupem. A ten cały Jezus nam tu dzisiaj o czymś zupełnie innym mówi. 
Lubimy się rozpychać, przepychać, być pierwszymi, zauważonymi, znanymi i rozpoznawalnymi. I w tym wszystkim chyba dość rzadko ktokolwiek sobie zadaje pytanie: czy mi się to należy? czy nie ma kogoś bardziej zasługującego na pierwszeństwo? czy to nie jest niegrzeczne, nie wypada się tak wpychać? czy zdobywanie uwagi ludzi i mediów (a najczęściej ludzi przez, za pośrednictwem mediów) ma służyć tak naprawdę czemukolwiek poza zaspokojeniem swojej własnej pychy i rozdmuchanego do granic ego? Przykre bardzo jest to, że tak właśnie dzisiaj na świecie otwiera się wiele drzwi – im bardziej na pokaz, sztucznie i pod publiczkę, tym większa szansa, żeby się na coś fajnego załapać: kasę, sławę, kasę + sławę, albo choćby chwilową łaskawość i zainteresowanie kamer. Okazję do zaistnienia, choć tak naprawdę jako jeden z tłumu „znanych z tego, że są znani”, o których nic więcej powiedzieć nie można i którzy tak naprawdę nic nie mają do zaoferowania poza przesadzonym mniemaniem o sobie. 
Taki cel łatwo osiągnąć – co widać dzisiaj wszędzie, na każdym kroku: gazety, telewizja, radio, tytuły prasowe, internet. Rośnie grupa ludzi, którzy skupiają się na byle jakim zaistnieniu tu i teraz, porzucając i tracąc z oczu (o ile kiedykolwiek przed nimi je mieli) to, do czego dążyć i zabiegać o co należy przede wszystkim. Te najważniejsze, choć może nie najbardziej reprezentatywne drzwi. To najpiękniejsze i najbardziej bezinteresowne zaproszenie ze wszystkich, bo od Boga pochodzące. Nie wystarczy bowiem nosić nawet najbardziej złoty i na najgrubszym złotym łańcuchu krzyżyk, chodzić i odstać niedzielną czy świąteczną Mszę Świętą, nie zabić i nie kraść (albo przynajmniej nie w sposób rzucający się w oczy), żeby zmieścić się w te wąskie drzwi, o których mówi Jezus. To, że nie jestem w sposób oczywisty zły, nie czyni mnie od razu dobrym. Można odmieniać imię Boże przez przypadki x razy dziennie, a usłyszeć od Niego w dniu sądu: nie znam cię, nie wiem, skąd jesteś. 
W tym tekście mowa jest o wąskich drzwiach – obrazek dość prosty – a gdzie indziej ewangelista zapisuje podobne słowa z posłużeniem się obrazem ucha igielnego, czegoś nierealnego. Przesłanie jest jednak oczywiste – wysiłek, nie pójście na łatwiznę, nie to co fajne i najbardziej oczywiste czy wygodne, ale to, co wymaga pracy, wyrzeczenia, wysiłku i zaangażowania. Te właśnie prowadzą do wąskich, ale tych lepszych, bo oferujących o wiele więcej za sobą drzwi. Dobrze jest też zwrócić uwagę na to, jak sformułowano pytanie, w odpowiedzi na które te słowa wypowiedział Jezus: czy tylko nieliczni będą zbawieni? A On – wielu będzie chciało, ale nie będą mogli. Ja tu jednak widzę nadzieję – bo według mnie jest w tych słowach mowa o czyśćcu, nie o potępieniu. Nie będą mogli, zamknięte drzwi, obserwowanie zbawionych, pierwsi jako ostatni – to przecież słowa o tych, którzy Niebo będą mieli przed sobą, choć jeszcze nie w tym momencie, ale w dalszej perspektywie. Nie odrzuceni, ale muszący jeszcze swoje przejść, poddać się czyśćcowi. Zatem – jeśli chcieć szukać odpowiedzi wprost – zbawienie to perspektywa dla każdego, pytanie tylko w jakim czasie: czy wystarczy nam życia tutaj na ziemi, czy też potrzebny będzie jeszcze czas później. Ale Jego Miłosierdzie i tak jest większe od nas. 

Niewierny czy poszukujący?

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali
uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus,
stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał
im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus
znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was
posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha
Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym
zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany
Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc
uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich:
Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w
miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po
ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z
nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł:
Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz
moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź
niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg
mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś;
błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków,
których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś
zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i
abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Na początku krótka dygresja do, ciekawej (i opisywanej zarówno przez Tygodnik Powszechny, jak i Gościa Niedzielnego) teorii Paula Badde, dziennikarza znanego z badań nad całunem turyńskim i chustą z Manopello. Czego bali się uczniowie? Czego się obawiali? Skoro wszystko miało być stracone – Jezus umęczony, zabity, ukrzyżowany – to po co siedzieli jak trusie w Jerozolimie? Był czas Paschy, mogli spokojnie w tłumie pielgrzymów zniknąć z miasta, wydostać się z niego i udać dokądkolwiek, raczej nie niepokojeni. Żydom chodziło o Jezusa, o pozbycie się „wichrzyciela”, „uzurpatora” i „bluźniercy” – nie o nich. A więc? Teoria bardzo ciekawa – posiadali już wtedy wielki skarb. Skąd? Opisuje to Jan w innym miejscu, ciut wcześniej (J 20, 3-10), kiedy Jan z Piotrem biegli do pustego grobu – co zauważyły kobiety. Musieli tam odnaleźć coś, co stanowiło dowód zmartwychwstania Pana, skoro Jan „ujrzał i uwierzył”. Wizerunki Pana umęczonego (całun), a także chustę Zwycięzcy zmartwychwstałego (chusta z Manopello). To je zabrali z grobu – choć przecież według prawa żydowskiego stali się przez to nieczyści – i to ich strzegli w opisywanej sytuacji, właśnie z ich powodu – wielkiego znaczenia, po prostu dowodu – obawiali się Żydów. Ale to temat na osobny tekst.
Jezus nie daje za wygraną. Pozostawia znaki, kolejny raz przychodzi, aby człowieka umocnić. Przynosi największy i najpiękniejszy dar, jaki tylko On może ofiarować – Boży pokój. Żaden święty spokój, żaden luz, brak stresu – Boży pokój, którym pragnie tchnąć na każdego z nas. Stąd ta radość zebranych – teraz, poza dowodami w postaci całunu i chusty, które kazały im pozostać w Jerozolimie i czekać, co będzie dalej (czy wtedy już wierzyli wszyscy, że On prawdziwie zmartwychwstał?), widzieli Jego samego. Tego samego, tak bardzo nieziemsko pięknego, a równocześnie ludzkiego – z poranionymi dłońmi, nogami i bokiem. Co więcej, Jezus dokładnie podtrzymuje to, co mówił za życia – otrzymują obiecanego Ducha Pocieszyciela, i ponownie zostają posłani na niekończący się połów ludzkich serc. 
I tu jakby zaczyna się drugi wątek opowieści – mój radosny imiennik, historycznie ochrzczony niewiernym. Nie było go, nie widział, opowiadali – i co? Żądał dowodu, chciał ujrzeć Pana na własne oczy, takiego jak oni mieli widzieć, poranionego a żyjącego. Czy należy jego postać potępiać? Moim zdaniem – nie. Czy ja nie postąpił bym tak samo? Wydaje mi się, że tak. Pokazali chustę i całun, opowiadają wiarygodnie, zbieżnie, wielce podekscytowani, czyli zachowują się zupełnie inaczej niż uczniowie kogoś, kto miałby pozostawać umarły, zabity, umęczony. Tomasz jednak nigdy nie zanegował, że do zmartwychwstania nie doszło. Pragnął z serca, pałał ku temu, aby samemu, na własne oczy ujrzeć Zbawiciela. Tęsknota? Poszukiwanie odpowiedzi? Poszukiwanie sensu i zrozumienia czasu, jaki spędził, wędrując z Jezusem przed męką? 
Ja go po prostu rozumiem, też bym tego chciał. Tym bardziej, że Jezus nie neguje, nie potępia, nie beszta Tomasza za to zachowanie – zachęca jednak do wiary bez dowodów, i tych, których na nią stać, nazywa błogosławionymi (przepełnionymi Bogiem). To wielka nadzieja i obietnica właśnie dla nas. Pozwala się obejrzeć, pokazuje, wręcz podsuwa pod nos Didymosowi swoje rany. Wzywa do wiary w Niego – czy można takie wezwanie zlekceważyć, gdy płynie z ust człowieka, który umarł, pochowany został w grobie, a teraz nadal żyje, choć naznaczony znakami tej męki? Zwycięzca śmierci, piekła i szatana. Czy można olać zaproszenie od Boga, Zbawiciela, dla którego nie ma granic? No właśnie można – mamy wolną wolę, ze wszystkimi jej konsekwencjami. Ale czy warto? 
Zawsze będzie Tomasz – który wątpi, ale nie odchodzi. Taki Tomasz siedzi sobie w każdym z nas, czasami daje o sobie znać słabiej, kiedy indziej mocniej. Mamy prawo do wątpliwości, pytania, czasami nawet kłócenia się z Panem. To jest o wiele bardziej twórcze, niż bezmyślne czasami mechaniczne czynności, zdrowaśki, różańce, przespane msze i nabożeństwa. Bóg kocha człowieka i pragnie z Nim dialogu, chce być odpowiedzią na pytania i wątpliwości. Takie natchnione wątpliwości, wypływające z dobrej woli, umożliwiają nawiązanie głębszej relacji z Bogiem – który sam jeden jest odpowiedzią na wszystko. Ważne jest co innego – wątpić, ale nie odchodzić. Szukać, drążyć – ale trwać przy Zmartwychwstałym. Dotrwać i dorosnąć do własnego, dojrzałego i świadomego wyznania: Pan mój i Bóg mój. 
Nie bez powodu dzisiaj Niedziela Miłosierdzia Bożego – wielki ukłon pod adresem bł. Jana Pawła II, który już jako metropolita krakowski odkurzył kult Miłosierdzia, przypomniał światu niepozorną i posądzaną o chorobę psychiczną Faustynę Kowalską z jej Dzienniczkiem, którą później beatyfikował i kanonizował. Może sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach do najpiękniejszych nie należy – ale jest niesamowite z tym ogromnym prezbiterium, wokół którego stoi – co? Konfesjonały. Miejsca z jednej strony dla tych, którzy widzą w sobie coś, co odsuwa ich od Boga, i chcą coś z tym zrobić. Dla tych z drugiej strony, którzy – posłani jak tamci z Ewangelii – mają odpuszczać grzechy Bożą mocą, jednać skruszonych z Nieopisanym. 
Sakramentu pokuty i pojednania często nie rozumiemy. Tego, czego pragnie dla nas Bóg – także. To dobry czas, aby zajrzeć do Dzienniczka s. Faustyny – choćby jakiś urywek przeczytać. Dla mających problemy ze spowiedzią – wydaje mi się, sensowne są książki o. Piotra Jordana Śliwińskiego OFMCap. (np. Spowiedź w kratkę). Jest czas radości zmartwychwstania – najlepszy możliwy, jeśli człowiek jeszcze nie pojednał się z Panem, aby do tej radości włączyć się w pełni, z czystym sercem. 

Radość bez końca

Jezus powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto
zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Rzekli do Niego Żydzi:
Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz:
Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty
jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy
pomarli. Kim Ty siebie czynisz? Odpowiedział Jezus: Jeżeli Ja sam
siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój,
który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: Jest naszym Bogiem, ale
wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam,
byłbym podobnie jak wy – kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję.
Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień –
ujrzał /go/ i ucieszył się. Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu
lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus:
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem.
Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i
wyszedł ze świątyni. (J 8,51-59)
To takie bardzo nasze, ludzkie. Kiedy ktoś mówi coś, czego na pierwszy rzut oka nie rozumiemy, co się nam w małych głowach nie mieści – czujemy się zagrożeni, odczuwamy potrzebę zaatakowania. Zaczęło się od słów o opętaniu, potem zdziwienie po słowach na temat Abrahama, wreszcie najlepszy argument – rękoczyny, kamienie. 
Mieli rację – Abraham jako człowiek umarł, i oczekiwał na zmartwychwstanie, które przyniósł światu ten właśnie wyśmiewany i wyszydzany Jezus. To była jego obietnica – życia bez końca, nie po ludzku, ale w Bogu. Ich rozumowanie było proste – Bóg jest Bogiem, po Bogu zaś pierwszy był Abraham, który jako człowiek umarł – więc jak jakiś cieśla z Nazaretu może mówić i oferować życie bez końca? 
Tylko że tych słów nie mówił prosty cieśla, byle kto że tak powiem – ale Syn Boży, współistotny Ojcu, obdarzony tą samą mocą i potęgą, przed którym stało zadanie odkupienia rodzaju ludzkiego. Mógł to obiecywać, ponieważ był władny obdarować życiem wiecznym każdego, kto tego zapragnął. To nie były słowa na wiatr rzucane, czcze i bez pokrycia obietnice szarlatana – ale pełne miłości zaproszenie Boga: pójdź za Mną. Chwała, którą miał zostać otoczony, nie pochodziła od niego – ale od Boga Ojca, którego tak naprawdę mógł poznać tylko ten, który otworzył się na Jezusa. Tego Jezusa, na którego widok rozradował się Abraham i wszyscy sprawiedliwi, którzy odeszli wcześniej i oczekiwali odkupienia. Cóż bardziej mogło ich rozradować? On nadchodził. 
Nie jest sztuką Boga ukamienować – wspominamy to wydarzenie co roku. W tradycji mojej diecezji wczoraj drogi krzyżowe przechodziły na pamiątkę tego wydarzenia ulicami miast i wsi. Za tydzień, w Piątek Wywyższenia będziemy wspominali rocznicę tamtego dnia, kiedy Miłość Boga do ludzi umarła na krzyżu. Po to, abyśmy mogli się rozradować, i aby tej naszej radości nie było końca.

Wizytówka

Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się
dokonały pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku
byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać
dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny
Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci
udzielono. Potem powrócił Jezus w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim
rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach,
wysławiany przez wszystkich. Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się
wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i
powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy
księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa
na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą
nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym
uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana. Zwinąwszy
księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim
utkwione. Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma,
któreście słyszeli. (Łk 1,1-4.4,14-21)

Jezus odczytuje słowa Izajasza, proroka. Pewnie słuchacze czekali na słowa nadziei, obietnicę zapowiadanego Mesjasza, bliskości Jego przyjścia. A jednak – nic z tych rzeczy. W Jezusie bowiem spełniło się wszystko to, co Izajasz w swojej księdze zapowiadał. Te słowa to nic innego, jak rodzinna inauguracja działalności Jezusa, w Nazarecie. Nie pozostawił słuchaczom żadnej wątpliwości – to na Mnie czekaliście. 
Niekoniecznie wszyscy musieli od razu Mu uwierzyć – co nie dziwi, biorąc pod uwagę znaną z historii ilość samozwańczych mesjaszy, pojawiających się w tych czasach, nawoływania i masowego gromadzenia ludzi oraz ich równie spektakularnych później klęsk i upadków. Jezusa od nich różniło to, że koniec końców udowodnił, że miał rację – cudami, znakami, prorokowaniem, a przede wszystkim swoją męką, śmiercią i zmartwychwstaniem. Czy komuś innemu się to udało? 
Jednocześnie wprost powiedział, co zamierza: głosić Dobrą Nowinę, przede wszystkim ubogim. Uwięzionym głosić wyzwolenie i wolność jeńcom. Uwalniać ludzi. Obwoływanie i obdarowywanie łaską Boga. Nie było w tym przechwał, reklamy i marketingu, choćby i politycznego – tylko powołanie się na, niekwestionowane przez Żydów, słowa proroka, i odniesienie ich do siebie przez Jezusa. On nigdy nie był samozwańcem, ponieważ sam nie ogłosił się Mesjaszem – a jedynie wypełniał powierzoną Mu przez Boga Ojca misję. A to jest zasadnicza różnica. 
Niektórzy – z nas, słuchaczy, znających dalszy ciąg i koniec historii Jezusa – mogą, mimo pozytywnego epilogu w pewnym sensie być zasmuceni tym, co pomiędzy dzisiejszym radosnym obrazkiem z Nazaretu a zmartwychwstaniem miało miejsce, czyli faktem męki Pańskiej. I po ludzku jest to bardziej niż zrozumiałe. Tutaj z pomocą przychodzi pierwsze czytanie i kończące je słowa proroka Nehemiasza: A nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją! Pomimo bowiem tych cierpień, które nadeszły na Zbawiciela, nic nie powinno człowiekowi wierzącemu przesłonić radości ze zbawienia. Którego bez Jezusa i całej Jego drogi – w tym gorzkiej prawdy triduum – by nie było. 

Najlepszy budowniczy na gruzach

Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec. (Mk 13,24-32)

I niech mi ktoś powie, że nie żyjemy w czasach ostatecznych. Niektórym wydaje się, że człowiek osiągnął praktycznie szczyty możliwości i okiełznał wszystko, co się do okiełznania było – a co rusz widzimy, że jota w jotę spełnia się to, o czym 2000 lat temu powiedział Jezus, z którego nawet dzisiaj niektórzy chcą zrobić wiejskiego quasi-mesjasza, zamiast po prostu Mu uwierzyć. Miał rację także w sprawach takich, jak te w niedzielnym fragmencie. Zaćmienia księżyca, tsunami, coraz więcej huraganów, trąby powietrzne. O katastrofach kosmicznych, gdy jakieś ciało niebieskie miało by zniszczyć Ziemię, póki co obejrzeć można filmy science fiction – ale kto wie, nie jest to nierealne. Ktoś powie – pewnie, da się je wyjaśnić naukowo, zresztą były, są i będą. I pewnie tak. Przypadkiem jednak ilość tych kataklizmów wzrasta, a człowiek – pan wszystkiego rzekomo – jest w stosunku do nich tak samo, o ile nie bardziej (z całym postępem) bezradny?
Bóg nie bez powodu używa takich, a nie innych słów. Pokazuje nam kruchość tego, co jest wokół nas, co dla nas cenne, na czym budujemy, co tworzymy – nie tylko to, co namacalne, materialne, ale także to, co wewnętrzne. Czasami Bóg musi mną wstrząsnąć, żebym wreszcie się ocknął, zechciał Go zauważyć i posłuchać. Przygotowuje nas tym samym na ten ostateczny wstrząs – na dzień Sądu, który czeka każdego z nas, czy to za naszego życia na Ziemi, czy to w momencie naszego przejścia z tego życia do innego. 
Po tym wszystkim przyjdzie Bóg, ujrzymy Go tak jak Jezus właśnie wskazuje, jako odkupiciela i zbawiciela, w którego już nikt nie zwątpi. To jednocześnie wielka dla nas obietnica – nie każdą burzę i nawet taki mały, własny koniec świata, powoduje Bóg, ale po każdej z nich On właśnie czeka ze swoją obietnicą, propozycją, z wyciągniętą ręką. On, najlepszy budowniczy na gruzach – potrafiący jako jedyny nadać sens temu, co po ludzku bez perspektyw, złamane, zniszczone, stracone. 
Ten fragment o aniołach posłanych do zbierania wybranych – dla mnie, w nurcie myśli o. Wacława Hryniewicza OMI, to nic innego jak zapowiedź tego, że Bóg kocha dalej, niż my potrafimy nagrzeszyć, i ludzka słabość nie będzie dla Niego przeszkodą. Nie na siłę – ale wbrew naszej głupocie i małości – spotkamy się kiedyś, z Nim. 
Drzewo figowe to ciekawy przykład, po prostu pasujący do tamtych czasów. Po to dostaliśmy rozum i oczy, aby z nich korzystać, patrzeć, widzieć i rozumieć znaki. Jesteśmy mistrzami w wyłapywaniu nic nie znaczących informacji o promocjach, wyprzedażach, okazjach i innych pierdołach – a równocześnie nie potrafimy i nie chcemy usłyszeć cichego, ale stale będącego wśród nas głosu, delikatnego Bożego zaproszenia do bycia gotowym. Tu nie ma wielkiej filozofii – trzeba tylko chcieć widzieć i słyszeć sprawy proste, ot, tak jak zmienia się drzewo figowe. 
O tej nieprzemijalności to jedne z najczęściej kontestowanych słów Biblii. Skoro miało chodzić o jedno pokolenie sprzed 2000 lat – to coś się nie zgadza. Tak? Koniec świata przysłowiowy dla Żydów nastąpił zgodnie z tą zapowiedzią, kiedy  w 70 r. n.e. Rzymianie zburzyli Jerozolimę. Legło w gruzach to, co było ich życiowym centrum, punktem odniesienia – państwo żydowskie miało odrodzić się prawie 1900 lat później, a dzisiejsza sytuacja na Bliskim Wschodzie pokazuje, że na pokój się tam nie zanosi, i jego istnienie dla wielu stoi pod znakiem zapytania. A zaproszenie Pana jest skierowane do każdego z pokoleń, jakie były, są i będą po nas.
Ale najpiękniejsze słowa Bóg zostawił na sam koniec – wielka obietnica Tego, który stwarza samym tylko słowem, zamysłem. Może się wydawać, że On już się nie liczy, że ważne jest coś innego – może. Jaki jest tylko sens licytowania się z Panem, żeby i tak na końcu przyznać Mu rację?
>>> 
Za wsparcie przy najtrudniejszym ustnym kolokwium dziękuję – jeszcze „tylko” piątkowe, i koniec 🙂 Polecam się pamięci ok. 14:00. 

Chleb, który nie pozwoli umrzeć

Żydzi szemrali przeciwko Niemu, dlatego że powiedział: Jam jest chleb, który z nieba zstąpił. I mówili: Czyż to nie jest Jezus, syn Józefa, którego ojca i matkę my znamy? Jakżeż może On teraz mówić: Z nieba zstąpiłem. Jezus rzekł im w odpowiedzi: Nie szemrajcie między sobą! Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Napisane jest u Proroków: Oni wszyscy będą uczniami Boga. Każdy, kto od Ojca usłyszał i nauczył się, przyjdzie do Mnie. Nie znaczy to, aby ktokolwiek widział Ojca; jedynie Ten, który jest od Boga, widział Ojca. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne. Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata. (J 6,41-51)

Żydzi szemrali. Nie pierwsi ani ostatni raz. W Jezusie jednak nie było jakiejś woli walki, chciał po prostu wykazać, że błądzą, starając się z Nim walczyć dla zasady, zamykając się z założenia na to, co On głosił. Znowu pojawił się w ich ustach argument – przecież to Syn tej i tamtego, znamy ich, jaki Mesjasz? A historia dobitnie pokazała, że świętość jest darem Bożym osiągalnym dla każdego – i pewnie statystycznie rzecz biorąc tych prostych, zwykłych, często niewykształconych świętych i błogosławionych Kościół ma więcej niż uczonych, szlachetnie urodzonych i po ludzku wybitnych.
Piękne jest to, że w Jezusowych słowach nie ma nic, co sugerowało by, że On się wywyższa. Uwagę słuchaczy – jakby oni nie byli nastawieni – kieruje od razu na Boga Ojca. Ojciec posłał Syna, i Syn wskazuje drogę ku Ojcu. To jedyna droga do życia bez końca, do zmartwychwstania – bo o takim właśnie wskrzeszeniu jest tu mowa. Bycie Bożym uczniem to nic innego, jak zasłuchanie się w Boga, odkrycie Go, zrozumienie, że Syn idzie właśnie w Jego, Ojca imię i w Jego imię działa, że nie ma tu miejsca na samozwańczego mesjasza o wątpliwym rodowodzie. 
Życie wieczne to dar, jakim obdarzyć może tylko sam Bóg w Trójcy Świętej jedyny, nikt inny – cała reszta to zwodzenie i ułuda. I tylko ten Bóg, który w swoim Synu oddał się na krzyżu, powraca codziennie na ołtarzach całego świata – właśnie jako chleb życia. Dzisiaj Jezus mówi dobitniej, doprecyzowuje to, czego nie wskazał wprost tydzień temu (J 6,24-35). Tylko spożywając ten chleb człowiek nie umrze na wieki – w przeciwieństwie do tych, którzy w Starym Testamencie spożywali mannę z nieba, także zesłaną przez Pana, a jednak po ludzku umarli i oczekiwali odkupienia, Jezusa. 
To żaden wymysł, żadne show ustanowione z ludzkiego widzimisię. Eucharystia to chleb niebieski, chleb który właśnie z nieba zstąpił. Dana nam, ludziom, właśnie po to, abyśmy czerpali, karmili się tym chlebem. Im częściej, tym lepiej – o ile tylko serce czyste na to pozwala. 
>>>
Dawno nie pisałem, bo i się wiele działo. 
Sprawa pracy się rozwiązała. Poszedłem na rozmowę z szefem i powiedziałem, że rezygnuję. Próbował przekonywać, bo było tym bardziej niestosowne i dziwne, że sam i jego zachowanie było powodem mojego odejścia, ale powiedziałem że zdania nie zmienię. Formalnie pracuję do końca sierpnia – w praktyce w tym miesiącu byłem w pracy 1 dzień, zamykałem wszystkie swoje sprawy, a reszta to urlop do wykorzystania. 
Niestety, na dniach „odbiło mi się” to, że wszystko się udało pozamykać dobrze – szef poszedł na rękę w zakresie patronatu, napisał to co potrzebowałem i podpisał wszystko – więc dla odmiany, jak zacząłem segregować pliki z komputera z pracy, okazało się… że szlag trafił wszystkie moje notatki z pół roku aplikacji. Nie wiem, jak to się stało. Po prostu nie ma tego folderu, kilka niewielkich plików w wordzie, ale np. w jednym 120 stron notatek które sam pisałem, nie opuszczając ani jednego wykładu… Kolega poratował, przysłał swoje notatki, trzeba będzie je przerobić na własne i tak się uczyć. Ale będzie sporo roboty. 

Oczywiście, nie rzuciłem pracy w ciemno. Udało się wcześniej zorganizować nową. Trochę się z tym źle czuję – dostałem ją z polecenia, normalnie nie miał bym szans (mimo że to nic nadzwyczajnego, żadne kosmiczne zarobki – wręcz kilkaset złotych do tyłu w stosunku do poprzedniej pracy), w pewnym sensie urząd. Martwię się, że niewiele pieniędzy – nie jestem sam, jest żonka i malutki, ale musimy dać radę. A mało jest dlatego, że na 4/5 etatu – w końcu muszę mieć wolne na zajęcia. Ale jest praca – mam nadzieję, spokojniejsza, normalniejsza, z konkretnymi obowiązkami i wymaganiami. Lokalowo wydaje się naprawdę zapowiadać dobrze. Denerwuję się – jutro pierwszy dzień! Mam nadzieję, że w tym wszystkim – pomimo konieczności jeszcze uczenia się w domu – będzie czas na bardziej regularne pisanie, które musiałem na jakiś czas zarzucić. 

Jak tak czytam dzisiejsze I czytanie o Eliaszu (1 Krl 19,4-8) to tak jakoś znajomo brzmi. Sytuacja była – w moim odczuciu – beznadziejna, mogłem czekać na wypowiedzenie. To zmotywowało, aby prosić o drogę, o rozwiązanie. I to rozwiązanie przyszło – nie kombinowałem, nie wahałem się, pojawiło się tak niespodziewanie i w takim momencie, że nie mógł to być zbieg okoliczności. Może nie było to dosłownie „Wstań i jedz” – ale wystarczająco, jak dla mnie, wyraźnie. 
Tydzień czasu byłem więc na urlopie. Zrobiłem w domu sporo rzeczy, na które normalnie nie było czasu. Pobyłem z żonką i synkiem, bez pośpiechu. Żonka prawo jazdy zaczęła, w międzyczasie kurs skończyła i jutro ma pierwszy raz jazdy 🙂

Wywyższenie, światło, umiłowanie

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,14-21)

Nie wiem, czemu, ale bardzo lubię ten tekst. Może z powodu ogromu nadziei, jaka z niego bije? 

To druga część rozmowy człowieka poszukującego szczerze, jakim niewątpliwie był dostojnik żydowski Nikodem, z Jezusem, który Nikodema niewątpliwie intrygował. Już jej wstęp był bardzo obiecujący – Nikodem wprost przyznał, że wierzy w Boże pochodzenie Jezusa i Jego misji. Pojawił się problem rozumienia ponownego narodzenia jako warunku dotarcia do Królestwa Niebieskiego. Problem nie byle jaki – bo nie o biologiczne narodzenie się na nowo chodziło, a o narodzenie sakramentalne, wejście w otwarte ramiona Boga zapraszającego katechumena do Kościoła. 
I tu jest problem. Problem, jaki mamy także bardzo często my sami. Bo za dużo rozumujemy po ludzku. Bo po ludzku nie da się zrozumieć spraw Bożych, o ile w ogóle człowiek jest w stanie je zgłębić (pewnie może je zrozumieć, gdy Boga zgłębić nie sposób). Do wszystkiego, co Boże, chcemy podejść i rozłożyć na części pierwsze, zaszufladkować wg naszych małych przyziemnych kryteriów. Tylko że tak się nie da.
Natomiast początek jest bardzo dosłowny. Obrazek z miedzianym wężem z historii Narodu Wybranego znamy, Jahwe pokarał buntowników plagą jadowitych węży, które kąsały ludzi; jednak każdy kto ujrzał węża z miedzi ustawionego w obozie przez Mojżesza, doznawał uzdrowienia (Lb 21, 4-9). To samo miało czekać w przyszłości Jezusa – już niebawem zostanie wywyższony na krzyżu. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg zostanie wywyższony w mękach, aby swoimi cierpieniami ukochać człowieka jeszcze bardziej i ofiarować mu największy i najwspanialszy dar. Człowiek nie musi już robić nic więcej, dosłownie… Tylko i jedynie uwierzyć. Tylko – a może aż? Bóg Ojciec posyła jedynego Syna nie dla swojego widzimisię, ale dla ludzi. 
Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. Ciekawe zdanie. Koronny dowód na to, że decydujemy i dokonujemy wyborów my sami, nikt inny. Bóg kocha nas i szanuje na tyle, że pozostawia wolną rękę. Ale jednocześnie, uprzedza o konsekwencjach. Zrobisz, jak uważasz – ale pamiętaj, czym to się może skończyć. Łatwo i przyjemnie tu i teraz, czy wysiłek, niekiedy cierpienie, wyrzeczenia, ale na pewnej drodze do Boga? 
Światło przychodzi na świat – słowa, porównania takie, jak to Jan opisał wcześniej, w prologu do swojej ewangelii. I znowu – nawiązanie do naszego wyboru, wprost nazwanego sądem – Światło do nas przychodzi, ale zbyt dobrze jest nam babrać się w naszej ciemności, żebyśmy chcieli wyjść z cienia i zwrócić się ku Światłości. Mamy też wprost diagnozę – złe uczynki, tu jest problem. Możemy się uważać za religijnych, porządnych, chodzących może i do kościoła, przyjmujących sakramenty – po czym, odkreślając religijny niedzielno-świąteczny kącik życia religijnego Bogu, postępujemy po swojemu w naszym codziennym życiu. Czyli prawie wszędzie.   
Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. Musimy pozbyć się, odrzucić to wszystko, co neguje lub odciąga od Światłości. Odejść od tego, co ciemne i złe, i już tym samym – niczym innym – wykonać pierwszy krok ku Światłości. Żeby, zbliżając się do tego Światła, z radością zrozumieć, że im dalej na tej drodze, tym bardziej jest ona spójna, logiczna, piękna i po prostu właściwa, jedyna. Pozwólmy Bogu uczynić dobro, rozbłysnąć Światłem w nas.  

Kroki na piasku za Chlebem Życia

Jezus powiedział do Żydów: Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata. Sprzeczali się więc między sobą Żydzi mówiąc: Jak On może nam dać /swoje/ ciało do spożycia? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. (J 6,51-58)
W takim dniu, jak ten – w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej – warto zwrócić uwagę na pierwsze z czytań, ze ST. To słowa napomnienia, jakie Mojżesz kieruje do Narodu Wybranego, aby nie zapomniał on o wędrówce i drodze, jaką Bóg przeprowadził ich z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Tak po prawdzie, gdy spojrzeć na mapę – generalnie nawet przy marszu pieszo, mogli ją przebyć w pewnie 3-4 miesiące, wzdłuż morza, mając pod dostatkiem wody i pokarmu. Wędrowali jednak bite 40 lat. Dlaczego? Taki był Boży zamysł. 
Nie żadne widzimisię. Taką drogę musiało przejść serce każdego z Izraelitów – wyjść na pustynię, pozbyć się wszystkiego, co sztuczne i udawane, zmierzyć się z trudnościami, walczyć o przetrwanie, stawi czoło niebezpieczeństwom. Do obiecanego kraju prowadzi droga pełna wybojów, utrudnień i zagrożeń. Aby rozpoznać wielkie i naprawdę ważne wartości, trzeba przebyć trudną drogę, która człowieka ogołaca z wszelkich masek, strojów i póz, aż w końcu stajemy się prawdziwi i autentyczni. Dopiero wtedy możemy rozmawiać z Bogiem. Przed Nim nie ma sensu udawanie – On widzi wszystko i wszystkich takimi, jacy są. Wszystkie problemy tych, którzy przed Bogiem grają polegają na braku szczerości i autentyczności właśnie – bo jak miałby wyglądać dialog, jakikolwiek, gdy jedna ze stron jest szczera, a druga udaje?
My dzisiaj też wędrujemy, i to czasem nawet dłużej niż tamci Izraelici. Niektórzy potrzebują całego życia, aby odnaleźć się w relacji z Bogiem, zrozumieć co jest ważne i warte poświęcenia czasu i sił. A nawet, gdy nie próbujemy grać, wodzić Boga za nos i kombinować, to coś w tym naszym codziennym wędrowaniu z pustyni jest. Jedno na pewno – nie jesteśmy w tej wędrówce pozostawieni samym sobie. Pan jest tuż obok; kiedy się dobrze przyjrzeć – widać na piasku Jego kroki (jak mówi pewna opowieść – gdy człowiek widzi za sobą tylko jedne ślady stóp, to nie znaczy, że idzie sam, ale że opadł już tak z sił, że to Bóg go niesie na ramionach, i to Jego ślady widać). Czym jest ta pustynia? Czasami to uzależnienie, nieczułość, egoizm, brak szczerości, zdrada małżeńska, przestępstwo. Ilu ludzi – tyle pustyń. Dowcip i sztuka polegają na tym, że z pustyni można wyjść cało tylko ryzykując i zawierzając Bogu. Z Nim wyjście jest bliżej niż dalej.
Ile już lat tak wędrujesz po pustyni swojego życia za tym Chlebem żywym, który zstąpił z nieba? A może tak naprawdę to tylko wolę tej wędrówki deklarujesz, a idziesz będąc sam sobie panem i tylko sobie znanymi ścieżkami? Ale to w ogóle nie ma sensu. Niewiele jest fragmentów, gdzie Jezus tak dobitnie i jednoznacznie się wypowiada – tylko tak, a nie inaczej. Kto spożywa TEN chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który JA dam, jest moje ciało za życie świata. Bierzcie i jedzcie, TO jest Ciało moje Żaden inny pokarm, żaden innych chleb, choćby najpiękniej wyglądał i kusząco pachniał. Ten chleb, który staje się Ciałem na ołtarzu. 
Tu nie ma miejsca i czasu na zastanawianie się – a jak to możliwe? Tak, po ludzku to niemożliwe. Ale od 2000 lat dokonuje się w tylu tysiącach czy milionach świątyń, codziennie, o każdej porze dnia. Ludzie przychodzą i karmią się, aby mieć życie w sobie – nie tylko tutaj, namacalnie, po ludzku, ale mieć w sobie życie, które wraz z ludzkim życiem się nie skończy; życie, które raz rozpoczęte, zaistniałe w czasie, nie ma końca. To jest ta obietnica. Obietnica Jezusowego Ciała i Jego Krwi. Bóg, który trwa na ołtarzach świata, aby mógł umacniać serca ludzkie do ciągłej walki z pustynią. 
Niektórzy mówią, że kolęda – wizyta duszpasterska – to jedyna w ciągu roku okazja, aby większość rodzin zgromadziła się na wspólnej modlitwie. Przykre, ale chyba coraz częściej prawdziwe. A dzisiaj, Boże Ciało, to pewnie jedyny dzień i jedyna okazja w roku, aby swoją wiarę w Jezusa Eucharystycznego, tę największą tajemnicę naszej wiary, wyznać naprawdę otwarcie. Oczywiście, mam nadzieję, że ją wyznajemy co tydzień podczas niedzielnej Eucharystii (niektórzy pewnie częściej), gromadząc się w kościołach. Dzisiaj Jezus we własnej Osobie, pod postacią Chleba, wychodzi na ulice miast i wsi do ludzi, którzy sami nie chcą przyjść do Niego. Trudno o piękniejsze świadectwo i wyznanie wiary, niż po prostu pójście właśnie za Nim. 
Z Nim i tylko z Nim pustynia naszego życia pięknieje, staje się mniej uciążliwa. A może takie spotkanie – przychodzący Pan i ja – to wreszcie początek drogi w dobrym kierunku, kroczenia tam, dokąd chciałbym bardzo dojść, ale nigdy nie wiedziałem, jak się za to zabrać? Chleb Życia wychodzi na ulice właśnie dla ciebie.