Nie ma Jezusowego widzimisię

Żydzi porwali kamienie, aby Jezusa ukamienować. Odpowiedział im Jezus: Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować? Odpowiedzieli Mu Żydzi: Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga. Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło. (J 10, 31-42)
No chociaż raz – powiedzieli wprost i bez owijania w bawełnę przysłowiowego, co im leżało na wątrobie, czego od Jezusa chcieli. Że nie chodziło o to, że im przeszkadzało łuskanie kłosów w szabat. Że nie mieli nic w sumie (poza zazdrością) przeciwko temu, że wielu ludzi różnego pochodzenia, znajdujących się w różnych sytuacjach życiowych, w różnych okolicznościach uzdrawiał, ba, nawet wskrzeszał. Że nie chodziło o to, że choćby dosłownie na głowie stanęli, nie potrafili w żaden sposób złapać Go za słówko, przyłapać Go na niefortunnej czy możliwej do opatrznego zrozumienia wypowiedzi. Był uzurpatorem, fałszywym mesjaszem. 
Problem polega na tym, że w tej prawdziwości swojego oskarżenia i zarzutu przeciwko Jezusowi… byli kompletnie w błędzie. Ani Jezus fałszywy, ani tym bardziej mesjasz przez małe m pisane. Trudno na świecie o kogoś bardziej od Niego prawdziwego; a na pewno nie znajdzie się na świecie – wtedy, dzisiaj, kiedyś w przyszłości – inny Mesjasz. Jeden, jedyny, prawdziwy, Syn Boga żywego, Bóg-Człowiek. Nawet w tej sytuacji Pan potrafi udowodnić faryzeuszom, że ich zarzut jest błędny – wskazuje bowiem na miejsce w Piśmie Świętym, w którym mowa jest o bóstwie Narodu Wybranego (a de facto – wszystkich ludzi, do których Jezus został posłany). Skoro tak mówi Pismo – to gdy każdy z nich był bogiem, jak zatem można bóstwa odmówić Jezusowi, posłanemu przez Boga Ojca? 
Nie kończy jednak na tym. Deklaracje, rodowody nie mają tu znaczenia – bo poza nimi są także czyny. Nie bez powodu Pan nauczał, że po owocach ich poznacie (Mt 7, 16), i nie zamierzał innej miary stosować do Siebie samego. Jeśli nie wierzycie w moje posłanie – uwierzcie, widząc, czego dokonuję. A dokonał bardzo wiele. Nie o wiarę w Jezusa już chodziło, ale zrozumienie, że to Bóg przez Niego działa, i wiarę w Niego – tego prawdziwego Boga miłości, miłosiernego i kochającego Ojca, a nie Boga-krwiopijcę, mściwego, okrutnego (bo tak często w Starym Testamencie mógł się jawić). To, czego dokonał Jezus, dokonał sam Bóg, który w Nim był. 
Kłania się tajemnica Trójcy Świętej – wspólnoty istot Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Żydzi wtedy tego nie rozumieli – nic dziwnego, dzisiaj, po 2000 latach istnienia Kościoła wielu ma z tym problem. Jezusa nie można czytać, obserwować i rozumieć w oderwaniu od istoty Boga Ojca. Oni są jednością. Nie ma Jezusowego widzimisię – tylko wypełnianie woli Ojca, aż do krzyża, aż do Ogrodu Oliwnego i dramatycznego Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42) Jezus był tak samo w pełni Bogiem, pozostając w pełni człowiekiem – stąd ludzki strach przed tym, co jako Bóg z pewnością widział i rozumiał. Wiedział, że Bóg tak chce, i nie będzie bardziej czytelnego świadectwa od tego, gdy Jego Syn, nawet jakby wbrew swej ludzkiej naturze, wypełni wszystko do końca. 
Na koniec – ciekawa, może jakby przemycona, wskazówka (zakończenia zdarza się traktować po macoszemu). Jak Go szukać? Jak śledzić losy Jezusa Chrystusa, od początku? Jak je dobrze, prawidłowo odczytywać? Od Jana Chrzciciela. Więzy pokrewieństwa pozostają tu bez znaczenia – liczy się to, że właśnie Jan Go wskazał palcem innym. Dzisiaj te słowa, jako retrospekcja swego rodzaju, powracają. Ludzie, którzy poszli za Nim – mniej lub bardziej świadomie – własnymi, choć anonimowymi, świadectwami potwierdzają. On jest Synem Bożym.

Za chwilę, w Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, zacznie się ostatnia prosta Wielkiego Postu. Ostatni, wcale nie najgorszy, moment, aby coś ze sobą zrobić. Ot, choćby uczciwie przyjrzeć się życiorysowi Jezusa. I równie uczciwie wyciągnąć wnioski. To bardzo dobry początek.

Oskarżać to każdy może i potrafi

Na wygnaniu w Babilonie zgromadzenie Izraela skazało na śmierć Zuzannę, fałszywie oskarżoną przez dwóch starców. Wtedy Zuzanna zawołała donośnym głosem: Wiekuisty Boże, który poznajesz to, co jest ukryte, i wiesz wszystko, zanim się stanie. Ty wiesz, że złożyli fałszywe oskarżenie przeciw mnie. Oto umieram, chociaż nie uczyniłam nic z tego, o co mię ci złośliwie obwiniają. A Pan wysłuchał jej głosu. Gdy ją prowadzono na stracenie, wzbudził Bóg świętego ducha w młodzieńcu imieniem Daniel. Zawołał on donośnym głosem: Jestem czysty od jej krwi! Cały zaś lud zwrócił się do niego, mówiąc: Co oznacza to słowo, które wypowiedziałeś? On zaś powstawszy wśród nich powiedział: Czy tak bardzo jesteście nierozumni, synowie Izraela, że skazujecie córkę izraelską bez dochodzenia i pewności? Wróćcie do sądu, bo ci ją fałszywie obwinili. Cały lud powrócił śpiesznie. Starsi zaś powiedzieli: Usiądź tu wśród nas i wyjaśnij nam, bo tobie dał Bóg przywilej starszeństwa. Daniel powiedział do nich: Oddzielcie ich, jednego daleko od drugiego, a osądzę ich. Gdy zaś zostali oddzieleni od siebie, zawołał jednego z nich i powiedział do niego. Zestarzałeś się w przewrotności, a teraz wychodzą na jaw twe grzechy, jakie poprzednio popełniałeś, wydając niesprawiedliwe wyroki. Potępiałeś niewinnych i uwalniałeś winnych, chociaż Pan powiedział: Nie przyczynisz się do śmierci niewinnego i sprawiedliwego. Teraz więc, jeśli ją rzeczywiście widziałeś, powiedz, pod jakim drzewem widziałeś ich obcujących ze sobą? On zaś powiedział: Pod lentyszkiem. Daniel odrzekł: Dobrze! Skłamałeś na swą własną zgubę. Już bowiem anioł Boży otrzymał od Boga wyrok na ciebie, by cię rozedrzeć na dwoje. Odesławszy go rozkazał przyprowadzić drugiego i powiedział do niego: Potomku kananejski a nie judzki, piękność sprowadziła cię na bezdroża, a żądza uczyniła twe serce przewrotnym. Tak postępowaliście z córkami izraelskimi, one zaś bojąc się obcowały z wami. Córka judzka jednak nie zgodziła się na waszą nieprawość. Powiedz mi więc teraz, pod jakim drzewem spotkałeś ich obcujących ze sobą? On zaś powiedział: Pod dębem. Wtedy Daniel powiedział do niego: Dobrze! Skłamałeś i ty na swoją własną zgubę. Czeka bowiem anioł Boży z mieczem w ręku, by rozciąć cię na dwoje, by was wytępić. Całe zgromadzenie zawołało głośno i wychwalało Boga, że ocala tych, co pokładają w Nim nadzieję. Zwrócili się następnie przeciw obu starcom, ponieważ Daniel wykazał na podstawie ich własnych słów nieprawdziwość oskarżenia. Postąpiono z nimi według miary zła, wyrządzonego przez nich bliźnim, zabijając ich według Prawa Mojżeszowego. W dniu tym ocalono krew niewinną. (Dn 13, 41-62)

Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz. (J 8, 1-11)

Aż dwa teksty, z poniedziałku. Dlaczego oba czytania? Bo bardzo do siebie pasują, choć nie przesadzałbym z tym, jak są do siebie podobne. W obu jest bowiem mowa o oskarżeniach – czymś, co jest ludzką domeną, w których rzucaniu (najczęściej bezpodstawnych) wielu się lubuje, nie bacząc na tego konsekwencje. Różnica zasadnicza polega na tym – o jakich oskarżeniach mowa, jakie widzimy w każdym z tych tekstów. 

Los Zuzanny wydawał się przypieczętowany. Szczególnie bowiem w tamtych czasach – kto uwierzy kobiecie, gdy swoje słowo stawia przeciwko słowu starszych, którzy najpewniej byli do tego sędziami, zatem sami ferowali wyroki, decydując o losie innych? Nikt. Bóg jednak czuwa i widzi, że wszystko to prowadziło by do wielkiej niesprawiedliwości – za chwilę zabito by niewinną kobietę. Pojawia się nagle młody prorok, Daniel, który sprzeciwia się takiemu stanowi rzeczy, zwracając na siebie uwagę zapewne wszystkich, którzy tłumnie szli za tym, dzisiaj można by powiedzieć eventem, widowiskiem, jakim niewątpliwie było publiczne stracenie nierządnicy. 
Samo zwrócenie uwagi nic nie znaczy. Duch Pański podpowiedział jednak Danielowi, jak wykazać fałszywość twierdzeń starców. Na marginesie – piękny przykład także z zakresu techniki prowadzenia śledztwa 🙂 Postanawia, obrazkowo, dokonać ich przesłuchania na osobności, nie jednocześnie, aby uniemożliwić jakiekolwiek ustalenie wspólnej wersji zdarzenia. Wychodzi wówczas na jaw – niby widzieli ten sam czyn nierządu, i rzekomo zgorszeni, donieśli na Zuzannę, jednakże w ich relacjach, wysłuchanych osobno, nie zgadza się rzecz podstawowa – miejsce, gdzie miało do nierządu dojść. 
Z ust Daniela pod adresem jednego i drugiego starca padają bardzo ostre słowa. Natchniony łaską Bożą, jakby wygarniał im wszelkie ich przewinienia, akcentując, jak na swoich stanowiskach, gdzie winni być obywatelami przykładnymi, wzorowymi i prawymi, kłamali, dopuszczali się niegodziwości, świadomie i z rozmysłem szafowali ludzkim życiem, wydając oczywiście niesłuszne wyroki, uwalniając winnych a skazując na ciężkie kary niewinnych. Co więcej – swoje stanowiska wykorzystywać mieli także dla wymuszania… właśnie nierządu, na który tutaj donieśli, czyli zmuszali po prostu młode kobiety do świadczenia usług seksualnych. Można zapytać – po co tak mocne słowa? Aby się opamiętali. Mogli się wówczas wycofać, mogli się ukorzyć, odwołać oskarżenie i prosić o litość. Bóg w tak ostrych słowa, wypowiedzianych przez Daniela, pokazał im, że wie dokładnie, jak naprawdę wyglądało ich życie, i ostrzegał, do jakiego końca ich doprowadzi, o ile nie zmienią postępowania. Oni jednak zdecydowali się na zatwardziałość, w której wytrwali. Do smutnego końca. 
Nieco inaczej wygląda sytuacja z drugiego, ewangelicznego, obrazka. Z opisu, kontekstu i całości wynika jasno – tu nie było mowy o fałszywych oskarżeniach. Tę kobietę faktycznie ktoś przyłapał na cudzołóstwie. Zresztą, jej postawa jakby to potwierdza – postawa smutnej świadomości swojego upadku, i tego, jaki czeka ją niebawem już tragiczny koniec, konsekwencja tego czynu. Jezus nie prosił się o rozstrzyganie tej sprawy – nauczał, a faryzeusze, niestrudzenie szukający na Niego haka, przyprowadzili do Pana właśnie tę nieszczęśnicę, czekając, jak w stosunku do niej postąpi. W prawie było jasno – kamienować; a skoro On taki miłosierny, to jak każe zostawić ją w spokoju, to będzie można Go oskarżyć o łamanie prawa. O to przecież chodzi, o pretekst – a nie o człowieka, o to że ta kobieta by zginęła czy nie. 
Znowu, nie pierwszy i nie ostatni raz, się zawiedli. Jezus kolejny raz mistrzowsko potrafi wybrnąć z sytuacji. Nie każde sprzeciwić się prawu, zakazując kamienowania, ale zmienia optykę całej sytuacji. Zwraca uwagę nie na samą oskarżoną – a na tych, którzy ją oskarżają. Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. Skoro chcesz oskarżać i interpretować prawo, czasami skazując na najwyższe kary drugiego człowieka, wymierzać tak zwaną sprawiedliwość, sam powinieneś być w porządku (na marginesie – wyzwanie i punkt odniesienia, o jakim winni pamiętać wszyscy prawnicy, a przede wszystkim sędziowie).
Pięknie ta scena została pokazana w Pasji Gibsona. Co Jezus takiego pisał? Tradycja i biblistyka mówi – grzechy tych, którzy oskarżali tę kobietę. Czy oni to wiedzieli? Czy może widzieli, patrząc na piszącego Jezusa, każdy swoje grzechy – czarno na białym, opisane od początku do końca na ziemi, pomiędzy Nim i kobietą, a nimi? Nie wiemy. Pod wpływem tych słów – kto jest bez grzechu – nie został tam nikt z oskarżycieli. Ewangelista, jakby ironicznie, dodał nawet, że kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych – najwięcej za uszami mieli właśnie ci starsi, którzy tu unosili się honorem i moralnością w obliczu cudzołóstwa. Schizofrenia moralna? Chyba tak.
Ta kobieta (mylnie utożsamiana z Marią z Magdali, Marią Magdaleną – nie, to nie ona) nie była bez grzechu. Można się spierać, na co zasługiwała – zgodnie z obowiązującym prawem (uwaga, Jezus w innym miejscu wyraźnie powiedział: nie przyszedłem tego prawa znieść, ale je wypełnić, mówiąc też, że ani jota, ani kreska w tym prawie nie zostanie zmieniona – Mt 5, 14-19) czekała ją kara śmierci. Jezus w tej sytuacji chciał pokazać i zwrócić uwagę – jak łatwo, samokrytyczni wobec siebie, bierzemy się za potępianie, sądzenie i skazywanie od razu innych. Im gorszy jego czyn – tym łatwiej. Szkoda, że jednocześnie, gdy sami zgrzeszymy, na tysiąc sposobów potrafimy się usprawiedliwić, a na pewno przytoczyć multum okoliczności łagodzących, bagatelizujących wszystko. 
Ta kobieta na pewno zasługiwała na miłosierdzie, a opisana sytuacja miała jej pokazać, że tego miłosierdzia Bóg nikomu nigdy nie poskąpił. Co więcej – z tego miłosierdzia wynika, że Bóg sam nigdy nikogo nie potępił ani nie potępi. Jeśli do tego dochodzi – to przez nas, każdy sam to na siebie sprowadza tym, co robi. To my sami siebie – albo siebie nawzajem – potępiamy, nie Bóg. Bóg jest tym, który stoi pomiędzy nami i pokazuje – wszystkich naokoło odsądziłeś od czci i wiary, a ty? Lepszy jesteś od nich? Skoro nie – to po co się bierzesz na potępianie i wyrokowanie? Zacznij od siebie. 
Jest tylko jeden warunek – zmień coś w sobie. Poza tym, że przestaniesz być pierwszym wyrywającym się do osądzania innych – nie grzesz już. Gdy zabraknie grzechu – wtedy też opinie, sądy będą bardziej przejrzyste, dobrze zakorzenione i po prostu sprawiedliwe. Żeby móc dobrze i obiektywnie ocenić, trzeba samemu być wolnym od tego, co złe, małe, słabe. Wtedy taki osąd, opinia mogą być coś warte. Podpowiedź – jeśli nasze osądy są słuszne, nie musimy sami ich wykrzykiwać i zwracać na siebie uwagę; ludzie sami przyjdą, poproszą o radę i pomoc. 
Dwie sytuacje. Dwie kobiety. Bezpodstawne oskarżenie i ewidentna co do winy sytuacja. Jedna prosi głośno Boga o pomoc, bo wie, że jest niewinna; druga milczy, świadoma swojej winy, ale pewnie w tak trudnej sytuacji jej myśli już tylko ku Niemu zmierzają. Bóg jest i w jednej sytuacji, i w drugiej – daje nadzieję. Co dalej? Idź i nie grzesz więcej.

Czepianie się słówek

Uczeni w Piśmie i starsi posłali do Jezusa kilku faryzeuszów i zwolenników Heroda, którzy mieli podchwycić Go w mowie. Ci przyszli i rzekli do Niego: „Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i na nikim Ci nie zależy. Bo nie oglądasz się na osobę ludzką, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić?”. Lecz On poznał ich obłudę i rzekł do nich: „Czemu Mnie wystawiacie na próbę? Przynieście Mi denara, chcę zobaczyć”. Przynieśli, a On ich zapytał: „Czyj jest ten obraz i napis?”. Odpowiedzieli Mu: „Cezara”. Wówczas Jezus rzekł do nich: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. I byli pełni podziwu dla Niego. (Mk 12,13-17)
Boga nie ma co wystawiać na próbę. Ewangelista zapisał wprost to, co z pewnością kierowało tymi, którzy przyszli do Jezusa i pytali Go. Nie chodziło o uzyskanie odpowiedzi na nurtujące ich pytanie, ale uczepienie się jakiegoś słowa, zwrotu czy sformułowania, aby móc zarzucić Jezusowi niezgodność postępowania w kontekście przepisów prawa żydowskiego. 
Jeśli wierzyć, że dosłownie takie słowa padły z ich ust – już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo są w błędzie. Czy Jezusowie na nikim nie zależy? Czy Jezus nie ogląda się na osobę ludzką? Przecież dokładnie na odwrót. Prawda – Jezus mówi wprost, że ani kreska, ani jota w prawie nie zostanie zmieniona, aż się wszystko wypełni (Mt 5, 18); że nie przyszedł On sam jako Mesjasz aby prawo znieść, lecz aby je wypełnić (Mt 5, 17). Jezus szanuje prawo i przestrzega go, ale rozumie, że prawo nie jest celem samym w sobie, ale środkiem, który służyć ma człowiekowi. Człowiek powinien je wypełniać, zachowywać, ale nie można – jak to prezentowali i narzucali innym faryzeusze – uznawać prawo de facto jako wartość najwyższą, samą w sobie. Dał temu przykład choćby wtedy, gdy On i Jego uczniowie łuskali kłosy w szabat (Mt 12, 1-8). 
Tam też padają znamienne słowa – chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Nie forma jest najważniejsza, a to, co formę wypełnia, czyli treść. Prawo ma prowadzić człowieka, proponować pewne ramy. Nie na zasadzie ograniczeń bo tak ale aby ułatwić, nakierować – tędy pójdziesz, a dojdziesz do celu. Więc w centrum jest człowiek i troska o jego zbawienie, a nie uczynienie zadość przepisom prawa. Naprawdę, trudno o coś głupszego, niż twierdzenie, że Bogu na nikim nie zależy. To najlepiej pokazuje, jak bardzo człowiek może zbłądzić – i to człowiek, który z założenia wydawał by się wykształcony w materii religijnej, a do tego praktykujący, modlący się, utrzymujący relację z Panem. Czy to tylko kwestia złego rozłożenia akcentów – środek a cel – czy też zła wola? 
Zastanawiające jest – kto był pełen podziwu dla Jezusowej odpowiedzi, i dlaczego? Czy ludzie, którzy pewnie obserwowali sytuację, czy sami faryzeusze? Ci ostatni – z pewnością byli pełni podziwu, ale jeszcze bardziej zirytowani tym, że Ten, którego chcieli przecież zdemaskować jako fałszywego mesjasza, po raz kolejny wymknął im się z rąk. Co więcej – praktycznie publicznie ośmieszył ich wiedzę – skierowany przeciwko niemu podstęp odwracając przeciwko im samym.
Na marginesie już – z tym oddawaniem to też wybiórczy jesteśmy. Jak przychodzi do oddawania cezarowi (fiskus, państwo, ubezpieczenie) czy na swoje zachcianki – to pomarudzimy i oddajemy; w końcu idzie to na konkretny cel, na coś, co wymiernie widzimy, odczuwamy, co ma widoczne efekty w postaci stanu posiadania, miejsca zamieszkania, świadczeniach czy wygodach. Lubimy to, chcemy żeby tak było nadal – więc ciułamy i oddajemy. A Bogu? On jakoś się tak bardzo nie narzuca. I jeszcze tylu mówi, że Go nie ma, że po śmierci to nic nie ma. Więc… Jaki to interes? Wydawało by się – niepewny. E, pomyślę o tym później. Nawet mimo tego, że po ludzku – w przeliczeniu na dobra, środki – utrzymywanie relacji z Bogiem, modlitwa, nic nie kosztuje (pewien skrót myślowy – przekonania religijne mogą prowadzić do tego, że osoba je wyznająca nie podejmie się czegoś opłacalnego, co stoi w sprzeczności z jej przekonaniami; to się nazywa konsekwencja). Skoro więc oddajemy – to oddawajmy uczciwie: każdemu to, co się należy. Bogu też.

Faryzejska mentalność Kalego – a jednak człowiek ważniejszy

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. A oto zjawił się przed Nim pewien człowiek chory na wodną puchlinę. Wtedy Jezus zapytał uczonych w Prawie i faryzeuszów: Czy wolno w szabat uzdrawiać, czy też nie? Lecz oni milczeli. On zaś dotknął go, uzdrowił i odprawił. A do nich rzekł: Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz, nawet w dzień szabatu? I nie mogli mu na to odpowiedzieć. (Łk 14,1-6)
Dalsze rozważania na kanwie tego, o czym było i w niedzielę, i we wtorek (dwa poprzednie teksty). Wybitnie faryzejski dylemat – wolno, czy nie wolno? Co ma pierwszeństwo – najbardziej słuszne nawet prawo, czy dobro drugiego człowieka, któremu w tej konkretnej chwili można pomóc, skoro właśnie teraz Ten, który może uzdrowić, był koło niego? 
Z punktu widzenia faryzeuszy – nie, nie wolno. Bo narusza to spoczynek szabatu – jak właściwie wszystko.  Litera mówi jasno: nie wolno, i tyle, pracować ani nic z tych rzeczy. Prawo przede wszystkim. Jezus wskazuje im brak konsekwencji. Gdy ktoś ich zapyta – jako uczonych, przedstawicieli stronnictwa – to, oczywiście, taką właśnie otrzyma odpowiedź: nie wolno, i już. Tyle, że sami pytani się do tego nie stosują – co im udowodnił. Świetny obrazek do tej sytuacji to tzw. mentalność Kalego – jak ktoś Kalemu ukraść krowa to zło, ale jak Kali komuś ukraść krowa to dobrze (dla Kalego). Innym nakazują poszanowanie dla tego przepisu prawa, podczas gdy sami nie zwracają nań uwagę, gdy chodzi o którąś z sytuacji, jaką Jezus wymienił. Ja rozumiem – ratowanie syna ze studni, to jeszcze. Ale bydło? Nie da się tego inaczej wytłumaczyć jak tylko stawianiem swoich korzyści (inaczej – potencjalnych strat) przed prawem Bożym. 
Ta sytuacja, wbrew pozorom, nieco różni się – nie wiem, czy zauważyliście – od innych, przytaczanych przez ewangelie, gdy faryzeusze coś przeciwko Jezusowi kombinowali. Czym? Zamianą ról. W większości (o ile nie wszystkich innych – głowy nie dam…) to faryzeusze atakują, podejmują działania i wystawiają Jezusa na próbę, jak to zwykle jest sformułowane. Tutaj – odwrotnie. Zaproszenie na obiad, i pojawia się okazja, aby udowodnić małość tych, którzy się za wielkich uważali wówczas – więc Jezus, powiedzmy, testuje ich zrozumienie prawa.
Rezultat – do przewidzenia. Nie, nie wściekłe wrzaski czy oburzenie. Nawet na to im pary nie starczyło – choć może i dobrze. Cisza. Oni milczeli. Języków w gębach, za przeproszeniem, zabrakło. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Może w tym właśnie jest dla nich nadzieja – że nie chodziło tu jedynie o to, że nie chcieli się skompromitować czy pogrążyć, lawirując pomiędzy brzmieniem tamtego przepisu prawa a tym, co sami robili, jak go omijali… ale że w głębi serc czuli, że nie postępują jak trzeba, wstyd i głupio im było, a jednocześnie uświadomili sobie, że ten Jezus z Nazaretu nie pokazuje im właśnie wtedy właśnie tego bez powodu, ale aby się nad tym zastanowili. Chcę wierzyć, że nie miało to być – ze strony Jezusa – tylko takim daniem faryzeuszom nauczki, ale podprogowym jakby wezwaniem do zmiany sposobu życia. 
Człowiek zawsze powinien być w centrum, a wszystko inne, co w społeczeństwie funkcjonuje, wszelkie regulacje sfer życia powinny podporządkowane być temu, aby człowiekowi służyć. Ale oczywiście – nie wszystkim zachciankom (w myśl oczywistej zasady: nie wszystko, co wolno, jest dobre czy w ogóle potrzebne), ale tym faktycznie podstawowym potrzebom, kwestiom mającym decydujące i kapitalne znaczenie dla tego, jak człowiek żyje, jakie jest jego życie. Chyba zgodzicie się, że uzdrowienie to właśnie coś takiego?
Jedno Jezus chciał faryzeuszom pokazać na pewno. Prawo nie ma pierwszeństwa przed człowiekiem. Prawo zawsze ma służyć człowiekowi, być mu pomocą i chronić go. Jak to jest? Cóż, każdy widzi – i nie trzeba mieć do tego studiów prawniczych (choć to pomaga). Coraz częściej i wyraźniej widać, że prawo w bardzo jaskrawy, nieudolnie maskowany sposób, służyć ma partykularnym grupom, celom, nawet interesom konkretnych osób. I to wcale nie tych, którzy tego wsparcia tak naprawdę potrzebują – tylko do napychania kieszeni tych, którzy i tak nie mają pomysłu, co ze swoimi dobrami zrobić, ale dla zasady chcą więcej. Co więcej – nie cofną się wcale przed wciskaniem ludziom kitu w stylu krętactw na temat zalet, jakie dana nowa ustawa tym zwykłym ludziom przyniesie. 
To jest pomysł też dla każdego z nas. Gdy ktoś – nie ważne, w dobrej czy złej woli – wytknie jakiś błąd, mniejsza o formę czy wagę problemu, to zamiast rozedrzeć się na niego czy unieść świętym oburzeniem… zamilknąć. Choćby po to, żeby nie wyrzucić z siebie w gniewie czy złości czegoś, czego człowiek później będzie żałował, a co jednak dotrze już do adresata i być może wiele bólu sprawi. Zamiast tego – policzyć w duszy do dziesięciu, choćby jakimś wezwaniem – np. Jezusie, Synu Dawida, miej litość nade mną, grzesznikiem (tak, to słowa celnika z niedzieli). Zamilknąć i się zastanowić – może on ma rację? I nie zatrzymać się tylko na tym, ale drążyć. I zmieniać to wszystko, co zmiany wymaga. Zawsze jest coś takiego – czasami tylko potrzebujemy ludzi, którzy pomogą nam to zauważyć. 
>>>
>>>
Zmęczony jestem. Do środy włącznie pisałem, po 3-4 h w ciągu tygodnia (w niedzielę też trochę wieczorem) odwołanie, w czwartek je dopracowałem, a dzisiaj zawiozłem i złożyłem. Fakt – termin do wtorku 02.11 miałem, ale przecież 03.11 mam egzamin na prawo jazdy, i trzeba się przygotować, a jeszcze testów się pouczyć, 02.11 wieczorem ostatnia jazda. Za dużo naraz – kwestię odwołania trzeba było zamknąć, żeby przejść do prawka, i do tamtego nie wracać. Zresztą, co miałem napisać, jakie argumenty podnieść – podniosłem, podparłem tezami orzecznictwa i komentarzami, opisałem, 36 stron mi wyszło (aż to zbindowałem wczoraj, żeby nie zgubili nic). Poszło. Jak wyślą, MS ma 30 dni na decyzję w przedmiocie odwołania. Zobaczymy, czy przyjdzie pisać skargę do WSA, czy nie będę musiał.
Ta sytuacja mi uświadomiła, że jest w ludziach coś dobrego. Na jednym z serwisów rozwinęła się bardzo fajna dyskusja (przeszło 700 wypowiedzi – teraz już zwalnia, większość napisała i złożyła odwołania), gdzie ludzie, którym niewiele zabrakło na tym samym egzaminie, z całej Polski, dzielili się pomysłami – co, jak, gdzie, z jakiej strony ugryźć, podważyć. Podsuwaliśmy sobie pomysły, skazywaliśmy na interesujące i pasujące odpowiedzi. Dochodziło nawet do polemik – co tym lepsze – gdy pojawiał się ktoś, kto wskazywał na jakąś lukę w rozumowaniu, albo zbijał jakoś argumenty. Na pewno się to przydało, i jestem tym osobom bardzo wdzięczny – dużo mi pomogli. 
No i wreszcie wszystko jasne – po USG w środę z żonką już wiemy, iż jesteśmy posiadaczami nienarodzonego, ale żyjącego i świetnie, dobrze i zdrowo rozwijającego się w jej brzuszku – synka! Mimo, że większość świata (z tej, która dzieliła się ze mną swoimi typami co do płci) stawiała, że będzie to dziewczynka 🙂 Radocha, duma i wszystko mnie rozpiera! Módlcie się, żeby wszystko dobrze się układało, bo żonka mi się podziębia troszkę… 

Zatrzaskiwanie drzwi przed Bogiem

Tak nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie, otwórz nam! lecz On wam odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz On rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi. (Łk 13,22-30)

Dzisiejsze ewangelia – piękna kontynuacja tego, o czym pisałem ostatnio. Pozowanie w modlitwie, które w niedzielę ukazał ewangelista jako przykład zupełnie dwóch różnych póz przez Bogiem – to dobry początek, aby znaleźć się na równi pochyłej, prowadzącej do tego, co opisane powyżej: do utraty szansy na zbawienie, zaprzepaszczenia okazji tej wielkiej łaski.

Jest to dość logiczne – Bóg ciągle i niezmiennie pragnie zbawienia człowieka, otwiera drzwi i zaprasza. Człowiek ma całe życie, aby na to zaproszenie odpowiedzieć. Musi jednak sam podjąć co do tego świadomą decyzję, i konsekwentnie ją realizować – z jednej strony otworzyć przed Bogiem drzwi swojego serca, a z drugiej samemu iść w tym kierunku, tą ścieżką, przez te (ciasne, owszem, czasami) drzwi. Oczywiście, człowiek jest mały, słaby i grzeszny, więc raz po raz psuje coś po drodze – stąd ma sakrament spowiedzi, aby wracać na tę ścieżkę, powracać i znowu stawać przed Dobrym Ojcem w drzwiach Jego Domu, do którego zaprasza. 

Kiedyś to nasze życie się kończy – i wtedy następuje sąd, który podsumowuje to wszystko, co i jak w życiu popełniliśmy; czy więcej było tego otwierania Bogu drzwi do swojego serca, prowadzenia Go do serc innych, zmierzania w kierunku Jego otwartych drzwi – czy raczej skupiliśmy się głównie na trzaskaniu Bogu drzwiami przed nosem i szliśmy wszędzie, tylko nie tam, gdzie On zapraszał.
Tak sobie myślę – przy założeniu, że nie wszystkich czeka zbawienie (tak, znowu teoria o. Hryniewicza OMI – bo mi spokoju nie daje ta idea powszechnego zbawienia) i niestety część ludzi sama skaże (lub skazała już – ci, co umarli) się na potępienie – że to mogą być często nie tylko tacy, którzy raz, konsekwentnie odwrócili się do Boga plecami i tak szli przez życie. Że mogą to być tacy faryzeusze – znowu do niedzieli nawiązując – którzy pod maską bogobojnych i sprawiedliwych, tak naprawdę byli zupełnie inni, skupiając się na detalach i formach, ale nie wkładając w to wszystko żadnej treści. Tacy, w których usta dzisiaj ewangelista wkłada słowa Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Nawet się zgadza – ewangelia dokumentuje, że faryzeusze faktycznie chodzili za Nim (choć bynajmniej nie po to, aby się do Jego nauki przekonać, ale by Go na czymś przyłapać, oskarżyć).
Jezus mówi wyraźnie: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości! Nie wystarczy faryzejska kazuistyka odnośnie Tory, pozorna mądrość, czy setki godzin modlitw – o ile to modlitwy takie, jak w obrazku niedzielnym: robienie laurki sobie samemu, tyle że rozpoczynając od słów Boże… Żadna to modlitwa. Jeśli z prawością u niektórych jest podobnie, jak u faryzeuszy z modlitwą – to nie dziwię się ostrym słowom Jezusa pod ich adresem. Przesłanie jest jasne – słowa i czyn muszą ze sobą współgrać, harmonizować. Nie można modlić się, chodzić na msze – a w pracy obmawiać, okradać pracodawcę, zdradzać małżonka. Trzeba być jednoznacznym: tak – tak, nie – nie. Wtedy postawa ma jakieś znaczenie. Jeśli pełna jest sprzeczności – czy coś w człowieku jest prawdziwe? Co? Która jego część? W zależności od sytuacji – mam wybrać? Nie. Wtedy wszystko jest udawane. 
Nie bójmy się być ostatnimi w tym, co po ludzku wydaje się najważniejsze – a tak naprawdę ani samo w sobie szczęścia nie daje, ani tym bardziej nie jest tak wcale ważne. Ludzie, którzy się tylko na tych sprawach skupiają, sami ułatwiają jakby zadanie innym – robią wszystko, by będąc pierwszymi, znaleźć się na samym końcu. Gdzie już nic nie pozostanie, jak tylko – zaprzepaściwszy wszystko, co Bóg w życiu oferował  raz po raz – liczyć na Jego miłosierdzie.
>>>
Nie wiem, czy zauważyliście – ale zmienił się nieco układ GN. Nie wiem, czy dopiero teraz – czy wcześniej (pisałem już, uciekły mi chyba 2 poprzednie numery). Dział poświęcony liturgii niedzielnej zmienił tytuł na Słowa najważniejsze – dobre. Teksty w węższych, ale dłuższych kolumnach – ponoć tak się lepiej czyta. Nie wiem, czy na stałe – ale podoba mi się to – drugie czytanie jest w formie (tytule) punkty – kilka krótkich myśli x Tomasza Jaklewicza. Zmieniło się także położenie felietonów Asy z rękawa – w bieżącym numerze znajduje się w środku numeru, tuż przed dodatkiem diecezjalnym. Nie rozumiem jednak, czemu genialne teksty Franka Kucharczaka z cyklu Tabliczka sumienia zostały przesunięte… na sam koniec, tuż za okładką (w miejsce, gdzie dotychczas były Asy…?).

Prasówka:

Nie wiem, czy już o tym pisałem – dla mnie GN wystarczy. Innej prasy (no, czasami GP – ale to z przyczyn zawodowych) nie czytam. Warto sięgnąć, jedynie 4 zł (w prenumeracie chyba nawet ciut taniej). 

A skoro już o ochronie życia – zacytuję obszerny kawałek ostatniego felietonu Franka Kucharczaka pt. Mrożenie logiki:

Nadchodzą wybory, więc parlamentarzyści wyciągnęli z sejmowej zamrażarki projekty ustaw dotyczących in vitro. Zmajstrowane w próbówce dzieci w zamrażarce pozostają, tyle że prawdziwej. Ale nie ma się co martwić, bo, jak uspokaja nas w „Gazecie Wyborczej” Katarzyna Wiśniewska, „wbrew temu co uważają biskupi, zarodki nie ulegają masowej zagładzie, większość z nich mrożenie przeżywa”. Jaka radość. Co prawda wielu ludzi zginęło, ale za to ilu przeżyło! I wylegują się teraz w lodówkach, aż w końcu ktoś ich rozmrozi i wyleje. Tak lekceważąco o manipulowaniu ludźmi może wyrażać się tylko ktoś, kto ich za ludzi nie uważa. Bo też w tym cała rzecz, że nawet ci, którzy teoretycznie zgadzają się, że zarodek to człowiek, często w praktyce w to nie wierzą. Ach, taki zlepek komórek, to nic nie czuje, nic nie wie. Myśli tak nawet wielu chrześcijan, nie zauważywszy nawet, jak takie „zlepki” zareagowały na siebie, gdy Maryja po zwiastowaniu przyszła do ciężarnej Elżbiety. „Poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”. Hej, ludzie! Czy „to”, co w chwili poczęcia nosiła Maryja, to nie był Jezus? A Elżbieta – czy nosiła coś nieokreślonego, co dopiero miało stać się Janem Chrzcicielem?

 >>>

I co? Baruch i x. Sylwester zwrócili dyskretnie uwagę na to, że za długie teksty piszę… Pojawiło się mocne postanowienie poprawy żeby sprężać myśli i krócej pisać. Tylko że chyba nie wyszło.

    Nie bądź faryzeuszem, a z modlitwy nie rób laurki

    Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony. (Łk 18,9-14)
    Niektórzy mówią – nie ma znaczenia, jak się człowiek modli, byle się tylko modlił. Czyżby? Jezus wskazuje dzisiaj, a właściwie we wczorajszej liturgii słowa – że bynajmniej. Czyli – można modlić się źle. Czym ma być modlitwa? Ma być rozmową z żywym Bogiem, utrzymywaniem, pielęgnowaniem z Nim relacji przez człowieka. Wtedy jest dobra, miła Jemu i w ogóle ma sens. Ale równie dobrze może być pustą religijnością, formą której nie wypełnia treść, pustym rytuałem. Choć – zewnętrznie – pewnie poważanym i cenionym. 

    Tak właśnie było z tym (i nie tylko) faryzeuszem. Zwróć uwagę – Jezus wobec faryzeuszy zawsze był wyjątkowo ostry i krytyczny. Czy chodziło tylko o krytykę obłudy? Na pewno też. Wydaje mi się, że chodziło o pozorność właśnie ich postaw – piękną zewnętrzną formę, dbałość o detale przestrzegania Tory, wierności literze Prawa Mojżeszowego do przesady. Jakby takie odrzucenie roli łaski Bożej na rzecz zadufania w sobie, swojej doskonałości w wypełnianiu prawa. Jezus był im zdecydowanie nie w smak – nie dość, że krytykował ich fałsz, to jeszcze nijak nie mogli Go zagiąć, złapać na pomyłce czy sprzeczności; sam przecież mówił: Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. (Mt 5, 18-19) Ale co jest ważniejsze – prawo czy drugi człowiek? prawo czy miłość? prawo czy miłosierdzie? Dramat faryzeuszów polegał na tym, że ich zdaniem – prawo, podczas gdy w istocie, co podkreślał Jezus,  zawsze ważniejszy jest człowiek. Pycha – także w materii takiej, jak znajomość prawa, gubi człowieka. Jak każda pycha .
    Ta historia, ten przykład – zestawienie celnika i faryzeusza – pokazuje świetnie, że modlitwa nigdy nie ma istnieć sama dla siebie, jakby w próżni. Modlitwa to postawa, działanie wynikające z czegoś głębszego – żywej wiary, potrzeby serca człowieka wierzącego, który szuka kontaktu ze swoim Bogiem. Forma może być piękną ozdobą, ale nie musi (i może być myląca). Człowiek nie modli się, żeby się modlić – a jeśli tak, to robi to bez sensu, traci czas. Nie jest istotą modlitwy zastanawianie się nad tym, czy daną formułkę wymówiłem ze stosownym pietyzmem, czy nie przekręciłem jakiegoś słowa, zwrotu, czy postawiłem właściwe akcenty. Na tym skupiali się faryzeusz – i wcale na tym dobrze nie wyszli. To rozprasza, odwraca uwagi od istoty modlitwy jako czasu poświęcanego Bogu. 
    Czy w ogóle to, co robił faryzeusz, było modlitwą? Sam nie wiem. Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. 
    1. Dziękuje Bogu… za to, że jest lepszy od innych.
    2. Sam we własnych oczach – i przed Bogiem – wywyższa się ponad innych.
    3. Jest wobec siebie – i Boga – dumny z tego, jak to wspaniale zachowuje Torę.
    Czego zabrakło? Pokory. Czy była to tak naprawdę modlitwa? Może, ale nie wiem, do kogo skierowana. Bo mi to na laurkę – samemu sobie wystawianą – przy mistrzowskim zachowaniu zewnętrznych pozorów pobożności i bogobojności.
    Oczywiście, można wpaść w inną niż faryzejska skrajność – upojenia z uświadomienia sobie własnej niedoskonałości. Na marginesie, to jest jeden z moich zarzutów pod adresem neokatechumenatu, bazując na obserwacji kilu osób z takich wspólnot, jakie znam. Neokatechumenat wychodzi od uświadomienia sobie przez konkretną osobę swojej grzeszności, małości, słabości – bardzo dobrze, bo to podstawa, dopiero wtedy można przyjąć łaskę jako bezwarunkowy dar miłości Boga. Tylko że mnie to zalatywało niekiedy taką pewnością – no, wiem, że Bóg mnie kocha, ja jestem słaby, więc mogę robić swoje dalej, a jak pójdę na Eucharystię i się wyspowiadam, to będzie dobrze. A, wg mnie, to nie jest tak i takie podejście jest bardzo złe. Podczas spotkań wspólnoty – aniołki, dzielące się doświadczeniami wiary, a później – dalej robiący swoje… Dziwne, dla mnie. 
    Niedoskonałość jest dobra, gdy jestem jej świadomy, ale gdy na świadomości się nie kończy – tylko jest ona początkiem (a nie tylko porywem pojedynczym) systematycznej walki z grzechem. Łatwo osiągnąć jakikolwiek sukces i osiąść na laurach – ale zupełnie nie o to chodzi. Gdy przychodzi sukces – trzeba go umieć docenić, potraktować nie jako koniec i cel, ale motywację do dalszej pracy. Powoli, po kawałku, zmierzać do wyraźnego celu. Raz to wychodzi lepiej, raz gorzej. Ważna jest wytrwałość i determinacja. Jak z ćwiczeniami fizycznymi – przed egzaminem ćwiczyłem przez cały okres diety, codziennie praktycznie, czułem się świetnie. A że ćwiczenia to wieczorem blisko godzina, to przed egzaminem szkoda mi było czasu, no i przestałem ćwiczyć. Kilka kg potem wróciło, i trudno było się zabrać do ćwiczeń znowu – ale się zabrałem, ćwiczę znowu codziennie, i jest lepiej, waga schodzi do poprzedniej. Co było trudne? Przerwanie systematyczności – choć powodem nie było lenistwo. Ale potem ciężko wrócić i podjąć wyzwanie. 

    Czemu celnik był w tej modlitwie lepszy? Nie, to źle zadane pytanie – bo modlitwa to nie zawody. Czemu modlitwa celnika była bardziej Bogu miła? Bo nie było w niej pychy. Bo nie była pewnie tak piękna, składna, wyrażona we wzniosłych tekstach – jak faryzeusza. Ale była z pewnością bardziej od tej faryzejskiej prawdziwa, autentyczna, szczera, oddająca sytuację, uczucia, myśli i pragnienia celnika. A taka ma być modlitwa. Nie ma być oderwaną od rzeczywistości laurką, jaką – jak w konkursie na lekcji plastyki – niesiemy do Bozi, żeby dostać dobrą ocenę. Ma być szczerą kwintesencją tego, kim ja w danym momencie jestem – z trawiącymi mnie emocjami, radościami, smutkami i troskami. Ma być wyrażeniem mnie samego, moim krzykiem do Boga. 
    Ten celnik był pokorny w swojej postawie. Świadomy tego, że ideałem nie był – i nie chodzi tylko o stereotyp celnik = kolaborant (z okupantem rzymskim) i złodziej (bo pobiera na pewno więcej, niż musi okupantowi oddać) – świadomy swoich grzechów (każdy je ma – on też), świadomy niegodności stawania przed Bogiem. Był pokorny. Wiedział, jaki jest – i było mu autentycznie wstyd, że nie potrafił pewnie się zmienić. Ale była w nim wola tej zmiany i świadomość, że jest to cel, jaki Bóg przed nim stawia. Stąd taka a nie inna postawa, i takie a nie inne słowa – Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.
    Więc – jak postępować, jak żyć? Bogobojnie, ale tak naprawdę. Jak najlepiej, na miarę swoich możliwości tych prawdziwych (a nie na poziomie zwykłego lenistwa i łatwizny). Nikt sam się nie zbawi – bo zbawić może tylko Bóg, ale tym, jak żyjemy, pokazujemy Bogu, czy nam w ogóle na tym zbawieniu zależy, czy my wierzymy w Niego samego, w Dobrą Nowinę, czy Kościół jest dla nas wspólnotą – czy mamy tylko metryczkę chrztu, więc czasem do kościoła zajrzymy, przed ślubem się wyspowiadamy, czasem mięska w piątek nie zjemy czy rzucimy jakieś resztki na tacę w kościele. Chrześcijaństwo to religia i wyzwanie dla ludzi radykalnych, którzy nie boją się ciągłej pracy nad sobą. Zbawienie jest darem, ale trzeba się wysilić, aby pokazać Bogu, że chcę ten dar przyjąć. Zbytnia pewność własnej sprawiedliwości, pogarda dla innych czy łatwość osądzania – tak, to też są argumenty. Jak myślisz, co wskazują – chęć bycia zbawionym, czy coś zupełnie innego? Bóg usprawiedliwi każdego, kto – poza tym, co sam w życiu robi – osądzanie innych, ich pobudek i motywacji pozostawi Jemu samemu. Tak, jak usprawiedliwił tamtego celnika.
    Ewangelista przytacza wprost – co się rzadko zdarza – do kogo adresował Jezus te słowa: do tych, którzy ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili. Postawa wszechobecnego znawstwa i przypisywania sobie wiedzy i legitymacji do oceniania i sądzenia innych uderza na każdym kroku. Tylko że jakoś zawsze brakuje ochoty i woli, żeby samego siebie podsumować, tymi samymi kryteriami, jakimi przed chwilą podsumowałem tego czy tamtego. Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że sam bym wyszedł jeszcze gorzej, gdyby do tej oceny podejść solidnie?

    TO NIE INTERES

    I nauczając dalej mówił: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (Mk 12,38-44)

    Jeśli ktoś powie – Kościół innych napomina, a sam ma dużo za uszami, księża czytają na mszach tylko to, co dla nich wygodne – to powyższy tekst jest zaprzeczeniem. Tak, pada nazwa faryzeuszy – a czy tak trudno zastosować analogię do współczesnych kapłanów? Bo to dla nich przestroga. 
    Powołanie samo w sobie nie jest jakimś ubóstwieniem. Człowiek przez to, że Duch Boży spoczywa na nim w momencie włożenia rąk przez biskupa, przez co staje się szafarzem sakramentów, nie staje się przysłowiową świętą krową, której wszyscy winni się kłaniać, zachwycać nad wszystkim co powie (bez względu na jaki temat) i najlepiej spełniać wszelkie, przede wszystkim materialne, zachcianki zanim jeszcze o nich pomyśli. A niestety, obserwując co poniektórych duchownych – mam tu na myśli o. Tadeusza Rydzyka CSsR (któremu cześć za upór, z jakim stworzył Radio Maryja w tego radia założeniach – które są jak najbardziej pozytywne i godne pochwały, bo problemy z tym radiem związane dotyczą kwestii dalszych, drugorzędnych) czy x Henryka Jankowskiego (którego zasług z okresu komunizmu w kwestii wspierania członków Solidarności nie zamierzam kwestionować) – można odnieść wrażenie, że oni na swoim kapłaństwie zrobili dobry interes. 
    Ktoś może poczuć się zgorszony tym porównaniem? Cóż, taki jestem, że piszę wprost. Katolickie ogólnopolskie radio to duży sukces Kościoła i dzieło potrzebne – ale czy potrzebne i w ogóle dopuszczalne były sytuacje, gdy na jego falach dochodziło do wypowiedzi wprost antysemickich, nawołujących do jakiś rewolucji, gdy żonę prezydenta kraju (bez względu na upodobania polityczne) nazywano czarownicą, albo gdy autorytetem Kościoła podpierano kampanię wyborczą na rzecz konkretnej opcji politycznej? I może to duże uproszczenie – ale śmiem twierdzić, że problemy z RM zakończyłyby się, gdyby na jego czele stanął ktoś inny. A prałat Jankowski – cóż, w trudnych czasach wiele robił dla stoczniowców, Solidarności, pomagał, dużo organizował – i chwała za to. Ale paradowanie w strojach kościelnych, do których nie ma żadnego prawa (mantolet – po SW II prałaci papiescy nie mają do nich prawa; biała sutanna – dopuszczalna tylko w konkretnych sytuacjach, związanych z klimatem miejsca – a nie widzimisię księdza), obwieszanie się medalami, zakładanie dziwnych fundacji, które tak dokładnie nie wiadomo co robią (poza produkcją wina imieniem założyciela fundacji), i kilka pomniejszych skandali? 
    I na tym cierpi Kościół. Ludzie to widzą – a często sami nie mogą sobie pozwolić na wiele, żyją w długach, na kredytach ledwo co spłacanych, albo po prostu z ciężkiej pracy cieszą się jako takim poziomem życia.  I z serca, z prawdziwej wiary łożą na Kościół – czy to po prostu na tacę, czy to na kolędę księdzu w kopertę dadzą czasem i sporą sumę (gdy pomnożyć to razy ilość odwiedzin danego dnia), czy wreszcie wspierają różne okolicznościowe zbiórki datków pod patronatem Kościoła. Zgadza się – sam jestem zwolennikiem tego, aby każdy kapłan miał środki na własne cztery kółka – bo mobilny może szybciej dotrzeć do chorego albo umierającego, chociażby. Ale po co komu maybachy czy najnowsze modele mercedesów? Obstawa? Trudno w takiej sytuacji oprzeć się wrażeniu – skąd on to ma? Czy nie jest tak, że o jednym się trąbi, aby wspierać to czy inne zbożne dzieło, po czym pieniądze te nie do końca idą na to, o czym była mowa? 
    Na szczęście – są jeszcze między nami takie wdowy, jak ta z ewangelicznego obrazka. Ludzie, którym wystarczy wiary, aby być ponad to. Może i widzą – a, ten ksiądz coś często (i zwykle akurat po kolejnej większej zbiórce na jakiś cel) zmienia samochody, telefony to conajmniej 2 wypasione ma, gadżeciarz… Ale potrafią widzieć ponad nim – takim duchownym – Kościół z jego potrzebami, który chcą wesprzeć. I te wdowy nie zawsze muszą być ubogie. Oczywiście – ich postawa jest tym bardziej heroiczna, gdy sytuacja materialna szczególne trudno, a mimo to w swoim niedostatku chcą się dzielić i ofiarować coś więcej niż modlitewne wsparcie Kościołowi. Ale bardzo często są to ludzie zwykli, po prostu odpowiedzialni. Wierzę, uważam się za katolika, Kościół jest moją matką i mam obowiązek wspierać Go także finansowo. I robię to. 
    Jestem antyklerykałem? W pewnym, zdrowym bardzo, sensie – tak, na pewno. I uważam, że każdy powinien być. Bo wystarczająco mamy przykładów duchownych żyjących jak pączki w maśle – za pieniądze ludzi, którzy niekiedy naprawdę sobie i swoim bliskim czegoś odmawiają, żeby wesprzeć dzieło Boże… które okazuje się, de facto, być kolejną fanaberią księdza, pod pretekstem jakieś zbiórki. Sami księża powinni być na tyle antyklerykałami, aby potrafić nazwać wprost sytuacje złe i patologie przede wszystkim w ich własnych środowiskach – czego, jak widać, często brakuje. 
    I tu nie chodzi o pieniądze, nie tylko. Tu chodzi o ludzką wiarę, które w przypadku ludzi tacy księża swoją postawą narażają na zachwianie i upadek. Tu chodzi o zaufanie ludzi do Kościoła, w którym cały czas – mimo ciągle, niestety, rosnącej ilości skandali z udziałem duchownych na różnym tle – ci ludzie widzą, Bogu dzięki, Jego wspólnotę, wspólnotę ludzi Jemu wiernych, którzy z Nim chcą iść przez życie. To wszystko zostaniem im podsumowane. Ciekawe, jaką wtedy będą mieli minę, i czy nagle nie przypomną sobie z przerażeniem słów, które całe życie mówili z ambony, a co do których czegoś im zabrakło, aby wcielić we własne życie. 
    Dziękuję Bogu dzisiaj za tych, którzy tak potrafią postąpić – budować materialnie i wspierać Kościół pomimo tego, co niejednokrotnie widzą, ale chcą patrzeć dalej, i widzieć szerszy kontekst. Nie zatrzymać się na słabym człowieku – nawet w koloratce, czy różowej sutannie – i dojrzeć Kościół żyjący, z jego potrzebami, ciągle nowymi i rozwijającymi się dziełami, ludźmi czekającymi na Dobrą Nowinę. Za ludzi, którzy w imię wiary potrafią sobie czegoś odmówić – aby Bóg mógł dzięki tym środkom działać przez Kościół na rzecz kogoś, kto tych – czasami nawet niewielkich kwot, tego wdowiego grosza – bardziej potrzebuje. A takich ludzi jest wiele. Pamiętaj o tym, zanim obruszysz się, że Kościół znowu chce pieniędzy.   
    >>>
    Śliczny tekst – czy dla nowożeńców, czy dla małżonków na rocznicę – x Rafał Sorkowicz TChr.
    >>>
    Prześwietny tekst o. Grzegorza Kramera SI jeszcze o Bożym Ciele (u mnie – poprzedni wpis). 
    O czym? O tym, że chrześcijanin z natury musi być skandalistą, szaleńcem jakby, skoro wierzy w to, że wszechmocny Bóg staje się człowiekiem, umiera za niewdzięcznych ludzi, i zostaje między nimi pod postaciami chleba i wina, które stają się w liturgii Jego Ciałem i Krwią. Mocno polecam. 
    >>>
    Cztery dni wolnego… Człowiek się odzwyczaja. Wczoraj poszaleliśmy po lumpeksach, zrobiliśmy kilka fajnych zakupów za śmieszne pieniądze, zakupy normalne sobotnie do domu, potem na basenie się wyżyłem się nad sobą, a po południu pojechaliśmy do rodziców, żeby wieczorem zlądować u znajomych na ognisku. 
    A dzisiaj – odpoczywamy obecnie po kilkugodzinnym byczeniu się na słonecznej plaży, po której starczyło mi jeszcze sił na umycie podłogi w mieszkaniu i napastowanie jej. Przyjemny czas 🙂