Stacja 6 – boskie oblicze

Pan Bóg pozostawia nam znaki w najdziwniejszych miejscach i momentach życia. Można raczej w ciemno założyć, że Weronika nie należała do wyznawców Jezusa, nie szła za nim od początku Drogi Krzyżowej. Pewnie po prostu z ciekawości wyszła na ulicę, chcąc zobaczyć sprawcę zamieszania i przyjrzeć się temu, co się tam działo.
Musiało ją przerazić to, co zobaczyła – kogo zobaczyła. Zdobyła się bowiem na gest niewątpliwie ryzykowny, przy tak wielu złorzeczących i ubliżających Mu, a do tego sporej z pewnością grupie żołnierzy rzymskich – przecisnęła się przez tłum i zapragnęła ulżyć skazańcowi. Niewiele miała możliwości, więc chociaż chciała otrzeć pot i krew z Jego twarzy. Nigdy się nie dowiemy, czy ich spojrzenia się spotkały, co Weronice powiedziały oczy Jezusa – czy po prostu dotknęła Jego twarzy. Chusta ta, jeśli wierzyć tradycji, do dzisiaj spoczywa we włoskim Manopello, jako uzupełnienie turyńskiego całunu – z widocznym i czytelnym portretem twarzy Zbawiciela, powstałym w niewyjaśniony dotąd sposób. 
Z nami jest podobnie, jak z tym całunem. Wielu próbuje udowadniać, że wiara to bzdura, opium dla mas i sfera dla ludzi niepoważnych, śmiesznych. Wielu stara się za wszelką cenę – u siebie i u innych – wymazać Boży pierwiastek i Jego przesłanie, skierowane do każdego z nas, za które On sam tak cierpiał na krzyżowej drodze. Na szczęście – bezskutecznie. Tak jak ta chusta trwa od przeszło 2000 lat, niezrozumiała a jednak do bólu autentyczna – tak Bóg nie daje się wyrzucić z naszych serc. I całe szczęście. 

Stacja 5 – Przypadkowy Cyrenejczyk

Tak zdaje się go przedstawiać tradycja, jako osobę, aktora krwawego teatru Męki Pańskiej, który sam nie zdawał sobie sprawę, że weźmie w tym wydarzeniu udział. Być może faktycznie tak było – po prostu tamtędy przechodził, wracał do domu z pracy – i na swoje nieszczęście został przez żołnierza rzymskiego przymuszony, aby pomógł Jezusowi. Z litości? Nie, żeby skazaniec nie umarł za wcześniej, bo widowisko by się skończyło. 
Ja nie mam wątpliwości – nie. Trudno więc powiedzieć o jakiejś jego świadomości tego, w czym wziął udział, do czego przyłożył rękę – a przecież dźwigał ciężar razem z Tym, który za 3 dni zbawi także jego samego. Pewnie w jakimś momencie pojawiło się współczucie dla Jezusa, który słaniał się pod ciężarem drzewa na nogach, może nawet zaparcie, aby za wszelką cenę donieść, pomóc Mu, i dotrzeć do końca tej drogi. Ewangelie nie mówią też, co było dalej – został pod krzyżem? odszedł? 
Ale był i Opatrzność dała Szymonowi wyjątkową szansę zrealizowania mini-epizodu w Bożym planie, w boskim zamyśle zbawienia. Odnalazł się w tym momencie i wypełnił swoją misję. A ile razy ja – niby świadomy, znający Ewangelię i prawdę o umiłowaniu przez Boga – w pełni z premedytacją pokazuję Bogu środkowy palec i pomimo kolejnego zaproszenia, idę swoją drogą?

Stacja 4 – Matka bolesna

Pamiętam taki obrazek, fakt, sprzed wielu lat – jego znaczenie dotarło do mnie dużo później. Starszy pan, mocno już schorowany, stojący nad świeżym grobem swojej córki – osoby w momencie śmierci przeszło pięćdziesięcioletniej, więc w pewnym sensie mającej ładny kawał życia za sobą. I taka myśl – rodzic nie powinien chować swojego dziecka. To nie jest prawidłowa kolejność.
Czy Maryja wiedziała, była świadoma, dokąd Jezus zmierza, co Go czeka na szczycie, u kresu drogi? Myślę, że jako matka tak – i ta świadomość, mniej lub bardziej, towarzyszyła jej od ofiarowania Dzieciątka te 33 lata wcześniej w świątyni, kiedy św. Symeon mówił o tym, że jej serce miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Spotykają się, a właściwie natrafiają na siebie – ona pewnie Go szukała, jedynie na moment, świetnie pokazano to w „Pasji” Gibsona. Jedno spojrzenie, i morze miłości. Miłości, która wzniesie się na swoje wyżyny tam, kiedy będzie świadkiem najpierw krzyżowania, a potem dogorywania. 
Miłości, która nie zwątpi i wytrwa do końca, aby utulić już po wszystkim umęczone ciało. 

Stacja 3 – upadek pierwszy z wielu

Nie dziwię się, że upadł.
Wcale nie było tak, że ciążyło tylko drzewo krzyża – ten namacalny po ludzku ciężar. Jezus na swoich barkach nigdy nie niósł tylko tej suchej, kaleczącej skórę belki. W tym momencie, na tej stromej drodze na Kalwarię ważyły się losy całego świata, odgrywał się dramat jedyny w swoim rodzaju w całej historii ludzkości. Na ramionach Zbawiciela zawisły grzechy wszystkich ludzi – tych, którzy przed nim trafili do otchłani, tych, którzy dosłownie złorzeczyli Mu w tym czasie, plując i obrzucając go kamieniami, i wszystkich późniejszych ludzi, aż do teraz, i aż do końca świata. Ciężar duchowy o niewyobrażalnym rozmiarze, nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. 
Dlatego upadł. Był przecież tak samo człowiekiem, jak każda z tych osób, których grzechy zostały na niego włożone. W tym tak bardzo upodobnił się do nas – ile razy dzisiaj, w tym tygodniu upadłem? To nic złego, to część tej ludzkiej natury. W Bogu jesteśmy powołani do tego, aby powstawać – i tym mamy się wyróżniać od innych ludzi w sensie pozytywnym, być dobrym przykładem. Walczyć, ciągle od nowa, do skutku. Każdego dnia, w każdej godzinie. Świadomi swojej małości i bylejakości – ale wytężający siły i pragnący z całego serca dotrzeć do celu. Zmartwychwstania. 
Tak, jak On, który powstał i szedł dalej. Aby pozwolić się zabić – ale przede wszystkim, aby przez to zwyciężyć każdy grzech, zmartwychwstając. 

Stacja 2 – wyzwanie krzyża

W tej tajemnicy via dolorosa po raz kolejny splatają się ze sobą jakby dwie rzeczywistości. Wszechmocny Bóg w ludzkim ciele poddaje się osądowi, co tu dużo mówić, ogłupiałego i umiejętnie sterowanego przez żydowskich dygnitarzy tłumu, któremu przed chwilą nie chciał się przeciwstawić z powodu strachu Piłat. Wyrok został wydany – teraz czas go wykonać.
Ubiczowany Syn Człowieczy po raz pierwszy czuje ciężar belki na swoich ramionach. Po raz pierwszy namacalnie odczuwa ciężar grzechów – także moich; tych, które ludzie popełniali w Jego czasach, popełnili później, popełniają teraz i popełnią aż do dnia Jego powtórnego przyjścia. Całe to zło, brud, beznadzieja, słabość. 
Pomijając kontekst historyczny – czy Jezus niósł tylko jedną (i którą) belkę, czy cały krzyż – jedno jest niewątpliwe. Aby ją dźwignąć, musiał się do niej… przytulić. Mesjasz musiał objąć obolałymi z pewnością dłońmi to szorstkie i po ludzku na pewno za ciężkie drzewo krzyża. Dopiero wtedy mógł wyruszyć w swoją ostatnią drogę. To wskazówka dla każdego z nas – słowa: Kto chce pójść za Mną niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Mt 16, 24) nabierają w jej świetle całkiem nowego sensu. 
Wybór krzyża w tym sensie – zgoda na jego przyjęcie, tego mojego, własnego krzyża – to dopiero początek. Żeby dokądkolwiek z nim dojść, gdziekolwiek go dźwignąć – muszę się z nim nie tyle nawet pogodzić w geście rezygnacji, co go pokochać, przylgnąć do niego i podjąć z wiarą wyzwanie krzyża. Bo jest tylko mój i tylko ja sam mogę z nim, z Jego pomocą, zwyciężyć i przekroczyć siebie. 

Stacja 1 – wyrok

Mój pomysł na wysiłek dla siebie w okresie Wielkiego Postu AD 2014 – spróbuję napisać własne rozważania Drogi Krzyżowej. Pewnie bardzo ułomne, proste – ale swoje, własne. Po kawałku, pojedynczo. 
>>>
Boży paradoks. Największy, równy Bogu Ojcu, poniżony, pobity, umęczony i ociekający krwią, w błazeńskiej koronie cierniowej – staje przed zakompleksionym karierowiczem, zdany na jego widzimisię. A tak naprawdę na pastwę rozwydrzonego tłumu. Co ciekawe – z tej dwójki boi się ktoś inny, wcale nie skazaniec. Piłat. 
Nie można mu odmówić – interesowała go postać Jezusa, i do pewnego momentu jakby chciał Jezusa uratować. Pod presją tłumu poddał się i nad sprawiedliwość (taką prawdziwą, którą sam w tej sytuacji dobrze wyważył) przedłożył własną karierę. Co to byłby za namiestnik, który pozwala w majestacie rzymskiego prawa łamać jego przepisy? Kariera skończyła by się Piłatowi szybko i z hukiem. Stchórzył więc. Tak było prościej. Historia dopisze jakby happy end – jego żona podobno się nawróciła, a i on miał poszukiwać Jezusa. W sumie – tym, co uczynił, nieświadomie dołożył rękę do realizacji planu Zbawienia. A czy Jezus nie przyszedł właśnie po tych, co się pogubili? Ludzie władzy, ze stołków, nie byli z tego grona wyłączeni. 
Ile razy dziennie ja jestem takim mini-Piłatem? Oceniam – czasami bezpośrednio Boga i to, że wszystko nie układa się hiper idealnie, a jeszcze częściej po prostu wszystkich naokoło. Ten za mały, tamta za gruba, ten głupi, tamten jeszcze inny… I mały ideał – ja – pośrodku tego wszystkiego. Piękne jest w tym jedno – Jezus i takiego, jak ja, chce przytulić do serca. Przyjmuje ten wyrok – wszystkie wyroki, jakie pośrednio ja na Niego wydaję. I kolejny raz wchodzi na drogę krzyżową. 

A jednak

Mądrość Kościoła wskazuje jednoznacznie, że liturgia Niedzieli Męki Pańskiej, potocznie zwanej Palmową, nie potrzebuje komentarza. Jest to chyba jedyny dzień w roku liturgicznym, kiedy w liturgii nie ma miejsca na homilię – co jasno wskazuje, że całość wydarzenia nie wymaga komentarza, i wręcz zabrania przerostu słów nad tym, co tak dobitnie przytacza Ewangelia. 
Mnie w tym roku jakoś szczególnie w serce zapadły te słowa, z samego zakończenia prawie: 

A zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, z góry na dół. Setnik zaś, który stał naprzeciw, widząc, że w ten sposób oddał ducha, rzekł: I. Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym. (Mk 15, 39b)

Mało to budujące, ale – lepiej późno niż wcale. Tak było wtedy, tak jest dzisiaj. Potrafimy być mądrzy po szkodzie, zrozumieć swoje błędy i prawdziwe znaczenie słów czy wydarzeń dopiero z perspektywy, później, po nich. Tak jak ten setnik. Kilka godzin wcześniej, może i nie był czynnym uczestnikiem show pt. kopnij/opluj/żuć kamieniem w Jezusa – ale brał w nim udział, szedł w tym, co my dzisiaj czcimy jako drogę krzyżową Zbawiciela. 
Ludzie do końca zeń drwili, do końca liczyli na spektakl – może ten Eliasz albo ktokolwiek inny pojawi się, zdejmie skazańca z krzyża i będzie się coś działo? Jednak nie. On nic nie zrobił. Wisiał i po prostu umarł – nawet tak szybko, że nie musieli mu łamać kolan, aby udręczone ciało szybciej się poddało, aby się udusił, wystarczyło – dla pewności – przebić serce włócznią, bo widać było że skonał. 
Wielki Tydzień to szczególny czas, kiedy wielu z nas – po dłuższej czy krótszej przerwie – staje przy kratkach konfesjonału. Może to zabrzmi brutalnie – ale jeśli idziesz tam dla zasady, bo wypada, bo mama/babcia/ktoś inny każe, nie mając co do tego przekonania – to lepiej nie idź. Nie marnuj czasu spowiednika, który wielu ma penitentów, a pewnie i sam wyczuje wodolejstwo; a przede wszystkim – szanuj Boga i potraktuj Go na serio. On nie czeka na formułkę i recytowane z bezbłędną wprawą te same grzechy od x lat, wyćwiczone. Tu najważniejszy jest żal za te grzechy i mocne postanowienie poprawy. Bóg czeka na wszystkich, ale tych którzy przychodzą, bo tego chcą, bo tego potrzebują, bo mają motywację, a nie ot tak. Czy zniechęcam? Nie, wręcz przeciwnie – zachęcam do porządnego przygotowania i dobrego przeżycia tej spowiedzi. Żeby ona była po prostu ważna. 
W Wielki Piątek pójdziemy pod krzyż, pewnie w gronie całej wspólnoty parafialnej (zwykle jest tylko jedno nabożeństwo, dla wszystkich). Postarajmy się iść tak, jak iść powinniśmy – radośnie wspominając te brutalne i krwawe wydarzenia, które przecież doprowadzą na końcu do chwili, która dla każdego z nas – paradoksalnie – tchnie nieporównywalną z niczym nadzieją. Idźmy krzyżową drogą tak, aby słowa setnika były dla nas inspiracją przez cały jej czas – a nie tylko jako błyskotliwe i słuszne zakończenie, morał czy wniosek. A jednak. Przez krzyż do zwycięstwa. 

Miłość na śmierć nie umiera

Dzisiaj piątek przed Niedzielą Palmową, dzień który w moich stronach cechuje się specyficznymi nabożeństwami Drogi Krzyżowej – bowiem odprawianej w terenie, w czasie wędrówki po terenie parafii, czy to po miejskich ulicach między blokami, czy po wiejskich drogach. Zachęcam – kto może i ma czas – aby się w to włączyć.

Jako pomoc dla tych, którzy rozważać będą prywatnie mam dwie propozycje:

Rzuć okiem na krzyż

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię. Wtem rozległ się głos z nieba: Już wsławiłem i jeszcze wsławię. Tłum stojący to usłyszał i mówił: Zagrzmiało! Inni mówili: Anioł przemówił do Niego. Na to rzekł Jezus: Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć. (J 12,20-33)

Nic dziwnego, że właśnie takie, a nie inne słowa Kościół odczytuje na 2 tygodnie przed Zmartwychwstaniem, do którego prowadzi przecież i zbliżająca się już Niedziela Palmowa Męki Pańskiej, jak i krwawe i dramatyczne wydarzenia samego Triduum Paschalnego. Jezus, z punktu widzenia Jemu współczesnych, w pewnym sensie nie mówi wprost, używa pewnego rodzaju przenośni. Jedno jest jednak pewne – jest  świadomy tego, co Go czeka, widzi jednoznacznie, że Jego droga i Jego misja mogą znaleźć zakończenie i odnieść sukces jedynie tam, na Golgocie.
Paradoksalny sukces. Sukces, który po ludzku – także przez tych, którzy za Nim chodzili, słuchali Go i których szykował na kontynuowanie Jego misji – uznany zostanie za porażkę, koniec jakby pięknego snu, w którym od 3 lat żyli. Wielu, tak jak tamci Grecy, szukało Pana – niestety, równie wielu On przeszkadzał i szukali tylko pretekstu, aby w taki czy inny sposób Mu zaszkodzić (na początku), co w miarę upływu czasu zamieniło się po prostu w żądzę uśmiercenia Tego, który nie dość, że ich ośmieszał, to jeszcze wyjaśniał Boże prawo w duchu i sposób o wiele bardziej dla ludzi zrozumiały. 
Nadchodzi godzina uwielbienia Boga Ojca w Jego Synu. Syn jest jak to ziarno – wielkie, pełne sił i mocy, mogące bardzo wiele uczynić – a zarazem świadome, że dopóki żyje, nie będzie z Niego takiego pożytku, jaki przynieść może Jego obumarcie. Plon przyjdzie wówczas, gdy ziarno ofiaruje się. Jezus wzywa do pójścia za Nim, choć – jak najbliższe dni pokażą – pod sam krzyż pójdzie za Nim niewielu (na szczęście, odnajdą się razem po fakcie w Wieczerniku, w dniach które my dzisiaj świętujemy jako oktawę Zmartwychwstania), właściwie tylko najmłodszy Jan, Maryja i kobiety; reszta poucieka, niektórzy się Go wyprą czy nawet zdradzą wprost. Ale już w tych słowach jest obietnica – ci, którzy nawet w decydującym momencie zwątpią, mają później szansę aby stać się tymi (użytecznymi?) sługami idącymi tam, gdzie ludzie pragną Boga. A tym samym – idący przez swoje życie tak, aby Bóg miał powód by ich uczcić, by docenić to, co robią. 
Jezus jako człowiek ma świadomość dramatyczności sytuacji, w jakiej się znajduje. Po ludzku po prostu się boi, a przecież człowiekiem jest nie mniej niż każdy z nas. Ta ludzka natura pragnie właśnie wołać: Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Jednocześnie, natura boska ma pełną świadomość, że wszystkie dotychczas dokonane cuda, godziny spędzone na tłumaczeniu, nauczaniu, wyleczeni chorzy, wypędzone złe duchy czy nawet powskrzeszani ludzie – to nic nie ma znaczenia bez tego, ku czemu nieuchronnie się zbliża, co jest sednem i celem Jego misji. Nie mówi nic w stylu: Spoko! Dam radę, w końcu jestem Bogiem! Padają tylko, dziwne może nieco, ale jakże proste słowa: Ojcze, wsław Twoje imię. Ogrom trudu nie ma znaczenia, wszystko ad maiorem Dei gloriam, dla większej chwały Boga. 
To są szczególne dni także dlatego, że odbywa się w nich decydująca walka dobra ze złem (odbywała się – my dzisiaj to wspominamy, choć Zły dalej swoje próbuje robić). Szatan kusił Jezusa na pustyni przez 40 dni, jednak główne pole do popisu ma teraz. Ostatnia okazja, aby odwieźć Syna Bożego od wypełnienia woli Boga Ojca. Namówić, żeby zszedł z drogi prowadzącej na krzyż, by zdezerterował, poddał się. Miał na to nadzieję. Stąd słowa Jezusa o sądzie, ostatecznej walce – rozgrywającej się tak naprawdę we wnętrzu Jezusa, w Jego duszy. To wyrzucenie Złego i wywyższenie to nie są dwie różne sytuacje – to jedno i to samo. To apogeum zbawczego planu Boga Ojca – kiedy drżenie ziemi i przerwanie się zasłony w Przybytku wskazuje ludziom, że Bóg-Człowiek oddał życie. Ostateczne zwycięstwo Boga, Złemu na osłodę pozostaje iluzoryczne poczucie, że choć stracił władzę, to zabił Jezusa (co i tak, po 3 dniach, okaże się nieprawdą, zaś Jezusowe zwycięstwo – tym bardziej pełne, że On żyje). 
Dzisiaj Jezus w sposób szczególny spogląda na nas z wysokości krzyża. Wielki Post to czas, kiedy jakby więcej było w nas zadumy nad tym, co boli, co trudne, co brudne, co wymaga uporządkowania, wysiłku, walki wewnętrznej, rzucenia wyzwania swoim słabościom. Warto w tych dniach (i nie tylko) rzucić choćby okien na (przesłonięty od tej niedzieli) krzyż – jako motywację. Bo nie jest to tylko dramatyczny symbol męki i upokorzenia Jezusa, ale przedsmak i preludium Jego ostatecznego zwycięstwa, do udziału w którym my wszyscy jesteśmy zaproszeni. 
>>>
Okradli nam kościół. Szczegółów nie znam, sprawa jest bardzo świeża. Przykre bardzo, nie doszło na szczęście do profanacji, chodziło o skarbonki i puszki na datki. A jednak, nie mogę pozbyć się odczucia, że jest w tym Boży palec, że to wydarzenie nie pozostaje bez znaczenia w odniesieniu do tła w postaci dość dziwnych i kontrowersyjnych pomysłów inwestycyjnych proboszcza, którymi od jakiegoś czasu zajmuje się w sytuacji, gdy rzeczy do zrobienia/naprawienia w źle i byle jak budowanym kościele jest naprawdę dużo, roboty na wiele lat. 

Adwentowy Boży palec

Świat tak często krzyczy – Boga nie ma! A jednak jest, i wydaje się, że w tym adwencie na naszym małym polskim podwórku wyraźnie pokazuje wszystkim Jego kontestatorom: jesteście w błędzie. Nie ze złością, nie z żalem, nie z wyrzutem – po prostu. Boga i wiarę można próbować negować, ale nie można zrobić tego skutecznie, gdy żyją i mają prawo głosu ludzie w tego Boga wierzący. 
 
Najpierw błazen i populista (bo trudno tutaj o inne określenia – taką postawę tak właśnie się nazywa) Palikot ze swoim ruchem próbował wmówić wszystkim, że krzyż powinien zniknąć z sali sejmowej. Krzyczał o naruszaniu wolności wyznania, bezprawnym umieszczeniu krzyża i wielu innych rzeczach. Wg niego stan obecny jest „sprzeczny z prawem”, w tym z Konstytucją, Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności oraz konkordatem. Głośno, kolorowo, był mały spektakl pod publiczkę. Co ciekawe, i pozytywne, jednogłośnie sprzeciwiły się takiemu podejściu zarówno PO, jak i PiS. W czwartek 15.12.2011 do Marszałka Sejmu wpłynęły 4 opinie prawne na ten temat, przygotowane przez niezależnych prawników i grupy prawnicze. Wszystkie stwierdzają, że nie ma prawnych podstaw do zdjęcia tego krzyża.
 
Co z nich wynika? Po pierwsze, że Marszałek Sejmu nie ma prawa krzyża usunąć na podstawie zarządzenia porządkowego. Po drugie, że „w sali posiedzeń Sejmu obecnej kadencji może znajdować się krzyż, jednak nie jako znak religijny, ale jako znak kultury, która jest >źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju< (…) ani kompromis konstytucyjny, ani standardy europejskie w sposób jednoznaczny nie wykluczają umieszczenia krzyża w sali posiedzeń Sejmu” (dr R. Piotrowski, UW). Obecność krzyża w sali posiedzeń Sejmu „nie oznacza przejawu dyskryminacji i nie jest niezgodne z żadnymi przepisami prawnymi wskazanymi przez wnioskodawców, zwłaszcza z zasadami i normami konstytucji, konkordatu, konwencji europejskich oraz ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania”. „Ugruntowany, długotrwały kompromis i konwenans prawny posłów kilku kadencji, polegający na akceptacji obecności krzyża w sali posiedzeń Sejmu od 1997 roku, stanowi postać urzeczywistnienia wartości i zasad konstytucji w polskiej praktyce parlamentarne” (dr Dariusz Dudka, ks. dr Piotr Stanisz z KUL). Pogląd ten ma bezsporne oparcie w uchwale Sejmu z grudnia 2009 r, gdzie posłowie podkreślili, że „znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka, wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw”. Po trzecie, bardzo ciekawy pogląd z nieco innego ujęcia przedstawił prof. Lech Morawski (UMK), który stwierdził, że „każdy ma prawo być niekatolikiem oraz dawać wyraz swoim przekonaniom i na tym właśnie polega tolerancja i przestrzeganie indywidualnych praw człowieka, ale nikt nie ma prawa żądać, by katolicka większość żyła wedle tych zasad, których ona nie uważa za słuszne, bo to oznaczałoby rażące naruszenie jej prawa do samostanowienia w swoim własnym państwie (…) to właśnie na tym prawie opiera się obecność krzyża w polskim Sejmie i wielu instytucjach publicznych w naszym kraju”.
 
Dalej – Komitet inicjatywy ustawodawczej „Tak dla Kobiet” (…) zbierał podpisy pod obywatelskim projektem ustawy liberalizującej przepisy antyaborcyjne. Zarejestrowany 15.09.2011, miał na ich zgromadzenie czas do 15.12.2011. Wymagano, zgodnie z prawem, minimum 100 000 podpisów. Udało im się zebrać… mniej niż 1/3 tego. W jednym z komentarzy można było przeczytać takie, krótkie ale jakże trafne, podsumowanie tej sytuacji: „Te 30 tys. (niesprawdzonych) podpisów świadczy o tym że z Polaków nie wyabortowano sumień”. 
Ktoś ma jeszcze wątpliwości, że Bóg działa? 
Weekend upłynął pod znakiem odejścia dwóch bardzo ważnych postaci współczesnego świata. Najpierw w sobotę dowiedzieliśmy o odejściu osoby bardzo pozytywnej – Vaclava Havla, ostatniego prezydenta Czechosłowacji i pierwszego prezydenta Republiki Czeskiej, poety, pisarza, reżysera i intelektualisty. Życiorys jakby podobny do naszego Wałęsy – znany i tępiony opozycjonista komunistyczny, który po upadku systemu staje na czele demokratycznego państwa. Miał 75 lat. Wczoraj zaś dotarła informacja, że Bogu – w którego pewnie programowo nie wierzył – ducha oddał dyktator komunistycznej Korei Północnej, Kim Dzong Il. Postać skrajnie odmienna, tajemnicza i na mocy prawa reżimu – czczona jakby w miejsce prawdziwego Boga. Właściwie nie wyróżnił się niczym, poza tym, że był synem swego ojca („Wielkiego Wodza”), od początku wychowywanym na jego następcę (co ponoć nie przyszło mu i tak łatwo, o czym świadczy jego biografia), który dla biednych Wietnamczyków stał się „Umiłowanym (sic!) Przywódcą”. Tak naprawdę – aparatczyk, człowiek który nie miał specjalnego wyboru i musiał grać rolę, przypisaną mu od momentu urodzenia. 
Dwie zupełnie różne, choć obie znane powszechnie na świecie, osoby o kompletnie różnych życiorysach, poglądach i zasługach. Nie wiem, dlaczego, ale nieodparcie kojarzy mi się to z ewangeliczną przypowieścią o bogaczu i Łazarzu. Kto z tych dwóch był kim? Dopowiedz sobie sam.