Galeria 01

Od jakiegoś czasu za pomocą banalnie prostej androidowej aplikacji Phonto próbuję swoich sił i sklecam, nieporadnie mocno, jakieś takie grafiki z katolickim przesłaniem. Zdjęcia (tła) są co do zasady moje – oczywiście wyjątkiem będzie tu przesympatyczna fotka + o. Jana Góry OP 😀

Wrzucam je regularnie na Facebooka. Tutaj raz na jakiś czas postaram się robić taką galeryjkę.

Może komuś się spodobają? Można śmiało podać dalej – będę wdzięczny za podanie tego bloga jako źródła 🙂

Tu wyjdzie trochę misz-masz tematyczny, bo będą wszystkie włącznie do dzisiaj wydłubanego, także adwentowe.

Grzech a grzesznik – co potępić?

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz. (J 8,1-11)

My jesteśmy bardzo dobrzy w wytykaniu palcami, stygmatyzowaniu, oznaczaniu, ferowaniu wyroków. Ten obrazek pokazuje bardzo dobitnie – Bóg był w ogóle niepotrzebny: tamci zebrani już wydali wyrok i czekali tylko, co Mesjasz powie. Jasny przepis, znana kara – ot, prosta sprawa Liczyli pewnie bardzo, że przyzna im rację. A tu – znowu – rozczarowanie.

Czytaj dalej Grzech a grzesznik – co potępić?

Pomódl się za ks. Jana Kaczkowskiego

Stan ks. Jana Kaczkowskiego się pogorszył. Wczoraj poszła w świat na Facebooku taka informacja. Z jednej strony pomyślałem: ze 2 tygodnie temu też tak ktoś napisał, a okazało się, że nic się nie wydarzyło. Niestety, tym razem zarówno boska.tv, jak i deon.pl powołali się na najbliższych Jana – jego rodzinę. Czyli coś w tym jest.

Czytaj dalej Pomódl się za ks. Jana Kaczkowskiego

Wstanę i wrócę

W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedzał ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się. (Łk 15,1-3.11-32)

Historia znana chyba każdemu. Dla mnie niesamowicie i absolutnie wyjątkowa – bo stanowiąca kwintesencję Ewangelii i tego, co Bóg ma dla każdego z nas. Przebaczenie i miłość. Zawsze. Bez żadnych „ale”. Prawda, którą każdy człowiek uważający się za chrześcijanina powinien po prostu zrozumieć i przyjąć. Jeśli tego nie pojmiemy – no właśnie… Synów w tej historii było dwóch.

Czytaj dalej Wstanę i wrócę

Nic się nie zmieniło

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. (Mt 5,17-19)

Na pierwszy rzut oka mogło by się wydawać, że jakby na przykładzie tego tekstu pojawia się pewna sprzeczność w Ewangelii. Bo z jednej strony Jezus mówi tutaj, jakby podkreśla znaczenie Prawa Mojżeszowego. Z drugiej, co wiemy dobrze, nie raz i nie dwa razy piętnował postawę faryzeuszy – tych, którzy właśnie bardzo literalnie i rygorystycznie podchodzili do wymogów tego Prawa. Ale tylko na pierwszy rzut oka.

Czytaj dalej Nic się nie zmieniło

Życie wiszące na słowie Pana

Książkę przeczytałem – zresztą kupiłem też – właściwie pod wpływem informacji o śmierci znanego wszystkim dominikanina. Trochę o niej zapomniałem, ale dzisiaj chciałem podzielić się najciekawszymi myślami z „… znaczy ksiądz”, w której śp. Jan W. Góra OP odpowiadał na pytania Joanny Kubaszczyk. Pogrubienia moje własne.

Wy jesteście moim doświadczeniem Boga.

Życzę wam zażyłości z Jezusem. Intymnej więzi z Jezusem. To nasza moc i siła. To nasza perspektywa w kierunku nieśmiertelności.

Chrystus obecny we mnie, uświadomiony przeze mnie, rodzi relacje i więzi. Odwraca mnie od siebie a zwraca ku innym, braciom. Bo chrześcijaństwo to bliźni, bracia.

Każdego dnia odpowiadam jak Piotr Jezusowi: „Tak, na Twoje słowo zapuszczam sieci”. Dostrzegam, że ja żyję na Jego słowo. Nie tylko żyję, ale wiszę na tym słowie. I będę tak wisiał, dopóki On zechce.

Całe moje życie jest spowite całunem wiary. Wiara jest przestrzenią mojego początku i mojego końca. Tego, co przede mną, i tego, co za mną. Dzięki wierze wiem, skąd przychodzę i dokąd zdążam.

Tylko służba wartościom większym od nas samych ma sens i jest zwycięstwem człowieczeństwa w człowieku. Tylko w bezinteresownej służbie, kiedy człowiek daje samego siebie – przekracza samego siebie.

Kiedy objawia się Miłość, nie można pozostawać bez odpowiedzi. Spotkanie z Nim, rozmowa, zmusza do zmiany.

W opisie drogi do Emaus widzimy klęskę tłumaczenia (katechizmu) i zwycięstwo łamanego chleba (czynna miłość). Łamanie chleba stało się podstawową czynnością mojego życia.

Czekam na Ciebie. Wzajemnie czekamy na siebie. Wiem, że czekasz na mnie. Ja stale czekam na Ciebie. Tyle mamy sobie do powiedzenia. Ale Ty mnie rozumiesz bez mówienia. Uwielbiam siedzieć w Twojej obecności i milczeć. To umacnia i uspokaja. 

To cudowne – wchodzisz do kaplicy, a On na ciebie czeka. Wiesz, że komuś na tobie zależy. Wiesz, że jesteś kochany miłością bezwzględną.

Msza jest moim rytmem codziennym, oddechem, pokarmem, słowem życia. Spotkanie z Chrystusem zobowiązuje. Na spotkaną Miłość trzeba odpowiedzieć. Stąd ważne jest, na ile spotkanie z Nim jest zobowiązujące i zmienia moje życie.

Język naszej wiary? Wstydzimy się go.

My czekający na Nadchodzącego Chrystusa, w zasadzie na nikogo nie czekamy. Ani nie bardzo wiemy, kim jest ów Nadchodzący. Język wiary, chociaż logiczny i prawdziwy, nie niesie już ognia entuzjazmu, uroku, fascynacji.

Wydaje się, że trzeba mieć odwagę na nowo ponazywać doświadczenie wiary na użytek współczesnego globalnego człowieka. To musi do niego docierać.

[Droga dialogu z Bogiem] Jest to droga dla wszystkich, chociaż każdy realizuje ją po swojemu. Świętość nie jest kategorią głupkowatej dobroci, ale heroizmem pójścia za Bogiem w każdej sytuacji i w każdych okolicznościach. Święty jest zintegrowaną osobowością zwróconą ku Bogu.

Żyjemy we wspólnocie i jesteśmy wspólnotą. Wspólnotowością często wycieramy sobie buzie. 

Posłuszeństwo służy budowaniu wspólnoty, rezygnacji z egocentryzmu i egoizmu po to, żeby zbudować coś głębszego: wspólnotę. Jeżeli każdy upiera się przy swoim i odwraca plecami do drugiego, to w okrutny sposób pozostajemy sami. I co z tego, że każdy ma rację, kiedy jest z tą racją boleśnie sam. Ponad naszą wizją jest wizja Boża i śmiesznym jest stwierdzić, że zawsze do niej dorastam. Posłuszeństwo to wielki kanał energii Bożej służącej budowaniu wspólnoty.

Najbardziej jestem wdzięczny tym, którzy ode mnie wymagali. To właśnie ci pokazali mi szczyty. I pokazali, że wejście na nie jest możliwe. Realne. Konieczne.

Mam świadomość, że ich [świeckich] miejsce w Kościele nie ja wyznaczam. Nie ja wskazuję, gdzie mają stanąć czy usiąść. Oni to miejsce mają przez fakt chrztu świętego, więc nie mam się co wynosić, zarządzać, dyrygować. To, że zajmuję miejsce w prezbiterium, a nie w nawie, przypomina mi, że mam służyć Ludowi Bożemu, obsługując dwa stoły: stół Słowa Boże i stół Eucharystii.

Najbardziej mi przeszkadza w stereotypie duchownego jego nieczytelność, brak jednoznaczności, często styl bycia oraz język czy manieryczny sposób mówienia. Szczególnie razi mnie to u młodych kapłanów, którzy bezmyślnie wchodzą w poetykę, która wydaje się łatwym schronieniem, dającym bezkarność i bezpieczeństwo. Na swój język trzeba zapracować.

Nie znoszę napuszonego stylu, napuszonego języka. Języka nie swojego. To się czuje. To jest nieznośne. Nie znoszę tupetu i pewniactwa oraz chowania się poza utarte slogany, pozornie znoszące odpowiedzialność za wygłaszaną wypowiedź lub postępowanie. Złoty środek to autentyzm i normalność, czytelność i znaczenie. 

Choroba sieroca polega na tym, że w sytuacji, gdy wszyscy jesteśmy kolegami, trudno stawiać sobie wymagania. Koledze można co najwyżej poradzić. Tylko ojciec, mający autorytet, może stawiać wymagania. Tylko jako ojciec mogę w duszpasterstwie nakazywać, oczekiwać, wymagać. Jako kolega mogę najwyżej poklepać po ramieniu. Ale na autorytet trzeba zasłużyć, zapracować.

Być ojcem to znaczy, że zwycięża w tobie pragnienie bycia dla kogoś innego nad pragnieniem bycia dla siebie. To znaczy, że odkładasz swoje, aby zająć się kimś innym. Być ojcem to znaczy umieć dawać, nie upokarzając. To mieć cierpliwość i czekać, aż syn wróci do domu i przyniesie ci swoją opowieść. Być ojcem to dostrzec syna, gdy ten jest jeszcze daleko, wybiec mu naprzeciw i rzucić mu się na szyję, ucałować go. Być ojcem to mieć inicjatywę miłości. Bucie ojcem to szczyt i pełnia męskiej dojrzałości. To potrafić być bardziej dla drugiego niż dla siebie samego. Odkładam swoje, aby realizować to, co jest ich. Wreszcie być ojcem to spełnić się jako człowiek i mężczyzna.

Zawsze jestem w drodze, pomiędzy domem, miejscem pracy czy świątynią, aby ostatecznie dojść na cmentarz.

Kiedyś walczyłem o siebie. Teraz walczę o innych. Kiedyś chciałem dla siebie, teraz chcę dla innych. Kiedyś byłem dla siebie, teraz staram się być dla innych. Kiedyś szukałem tam, daleko, teraz inwestuję tutaj. To „tutaj” wyzwala odpowiedzialność. Jest sprawdzianem mojej głębi. Zbawicielem świata jest Chrystus Pan, a ja jestem odpowiedzialny za kawałeczek, który ode mnie zależy. 

Trzeba iść w głąb. Słowo Boże ma niezgłębione pokłady sensu. Nie można stale pozostawać na powierzchni. Trzeba sięgać coraz głębiej. Tam są sensy: metaforyczne, moralne, eschatologiczne, i wiele innych. Dopiero wtedy Biblia zaczyna smakować. Ale to wymaga cierpliwości. Tekst biblijny otwiera się po dłuższym z nim obcowaniu. Smakuje wtedy przewybornie. Bywa, że długo stoimy na jego progu. Czujemy się wtedy tak, jakbyśmy wchodzili w przestrzeń dotychczas nieznaną. Pismo Święte smakuje i pachnie. Karmi i umacnia.

Dzisiaj tu i teraz stało się największą wartością. Teraz, w tej chwili, i tutaj gdzie jestem stało się centrum mojego świata. Tutaj przeżywam siebie i swoje teraz, i swoje jutro. Nawet swoją wieczność. To, co najważniejsze, jest tutaj. 

Muszę to, co najważniejsze, znajdować w sobie, a nie tam, daleko, poza mną. Nikt nie może uczynić mnie szczęśliwym albo dać mi coś nadzwyczajnego. Jeśli w sobie samym nie odnajduję szczęścia, nic mi nie pomoże. Jeśli w sobie samym nie jestem zdolny do radości, nie osiągnę jej nigdy. Oczywiście, że  to wszystko możliwe jest dzięki Chrystusowi.

Trzeba żyć każdą chwilą i czynić to coraz lepiej. Najważniejsza jest jednak Święta Chwila, która leży za wszystkimi górami i rzekami. Chwila Spotkania. Między momentem, w którym rozmawiamy, a tym, w którym słowa dotrą do innych, wydarzy się coś najważniejszego. Coś, dla czego się urodziłem, żyję i ścieram się. Pan zmartwychwstanie i wszystkich nas odkupi. Gdybym żył tylko chwilą obecną, przeoczyłbym, nie uchwyciłbym tej najważniejszej – Świętej Chwili, tego Jedynego Momentu. Nie, nie mogę żyć tylko chwilą obecną. Chwili obecnej jest potrzebna wiara w tę Boską i Świętą Chwilę, która jest wiecznością, która nadaje sens wszystkim małym chwilkom mojej codzienności.

Smrodek nawozu

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć. (Łk 13,1-9)

No tak – znowu w tym Kościele straszą. Co to nie będzie, jak się nie poprawimy, jak nie poukładamy swoich relacji z Bozią. To nas, nie przymierzając, jak nic szlag trafi. Bardziej niż pewne. Tak? No właśnie nie. Gdyby tak miało być – już dawno powinno nas tu nie być, biorąc pod uwagę, ile każdy ma za uszami (a każdy dobrze wie, że ma…). To nie jest straszenie – ale ostrzeżenie. 

Czytaj dalej Smrodek nawozu

Za Wałęsę trzeba się modlić

Z założenia nie zamierzam poruszać tutaj żadnych kwestii politycznych – bo nie temu ma służyć ten blog. Natomiast o tej konkretnie sprawie chciałbym napisać, natomiast w kontekście wiary właśnie. Trochę myślałem, czy to napisać, czy nie. Kilka zdań dosłownie. Ale pewne rzeczy trzeba, moim zdaniem, powiedzieć jasno.

Czytaj dalej Za Wałęsę trzeba się modlić

W czym tkwi problem ks. Jacka Międlara CM

Z przykrością stwierdzam, że osoba ks. Jacka Międlara CM – niestety – ponownie pojawia się w mediach, i to podejrzanie często. Co pokazuje, że wszyscy, którzy w duchu liczyli na to, że zapomną o tym nazwisku i więcej o człowieku nie usłyszą – a w tym niżej podpisany – niestety, byli w błędzie. A szkoda. Wszystko bowiem wskazuje na to, że ów ks. Jacek ma się dobrze i dopiero się, o zgrozo, rozkręca.

Czytaj dalej W czym tkwi problem ks. Jacka Międlara CM

Idź! O codziennej wspinaczce

Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli. (Łk 9,28b-36)

Spóźniony lekko, z przyczyn ode mnie niezależnych, wpis niedzielny. Po zeszłotygodniowej wędrówce na pustynię – w tę, drugą już, niedzielę Wielkiego Postu Jezus zachęca nas do kolejnego wysiłku: wyjścia na górę. Kto miał okazję – a jeśli nie miał: niech żałuje i nadrabia! – wędrować po górach, ten wie, ile jest w tym piękna, czasu na zastanowienie się nad sobą, przemyślenia, tak po prostu na poukładanie sobie różnych spraw. To jest takie małe wyzwanie, bo siłą rzeczy muszę się skonfrontować z samym sobą. Co z tego wychodzi?

Czytaj dalej Idź! O codziennej wspinaczce