Podwójna kanonizacja

Czekaliśmy, czekaliśmy – i wiadomo już. Kanonizacja bł. Jana Pawła II odbędzie się 27 kwietnia 2014 r., czyli w Niedzielę Miłosierdzia Bożego (przez niego ustanowioną), wraz z kanonizacją bł. Jana XXIII.
W niewielu miejscach wprost, jednakże można było się domyśleć – środowiska polskie niektóre niesmak brał na wieść o konieczności „dzielenia” takiej uroczystości z Angelo Giuseppe Roncallim, poczciwym Papieżem Uśmiechu. No jak to! Jan Paweł II – z kimś?! Ach, ta nasza „duma” narodowa… To mniej więcej tak samo, jak z uwielbieniem dla Jana Pawła II – cytat o kremówkach powtórzy u nas każdy, a jakby zapytać o to, co papież z Polski mówił na jakiś temat – łoo, panie… Piękna powierzchowność.
Papież Franciszek podjął bardzo mądrą decyzję – łącząc te dwie uroczystości w jedno, w pewnym sensie stawiając na swoim. Co prawda to jeszcze Pius XII mianował ks. Karola Wojtyłę sufraganem krakowskim, natomiast Kościół właśnie Janowi XXIII (Roncallemu, nie antypapieżowi korsarzowi, który kilkaset lat wcześniej nosił to imię) zawdzięcza wietrzenie w ramach Soboru Watykańskiego II, w którym bardzo aktywnie młody biskup pomocniczy, potem administrator i wreszcie metropolita krakowski Wojtyła brał udział (a po prawdzie, metropolitą bez niego by nie został pewnie). To wystąpienia soborowe biskupa z Krakowa przyciągały uwagę innych jego uczestników, z którymi się zaprzyjaźniał, pielęgnując potem relację, odwiedzając ich oraz zapraszając do swojej diecezji – wskutek czego pamiętne drugie konklawe z 1978 r. zgromadziło pewnie bardzo wielu kardynałów, którzy kard. Wojtyłę znali nie tylko z nazwiska, ale jako człowieka – jak czas pokazał, najodpowiedniejszego do schedy po Janie XXIII, Pawle VI i Janie Pawle I. Myślę, że nie jest przesadą, że bez Jana XXIII nie było by nigdy Jana Pawła II – może nie bezpośrednio, ale jednak. 
Co więcej, niewątpliwie Jan Paweł II nawiązywał do tej bezpośredniości Papieża Uśmiechu, który potrafił narobić tyle zmian w Kościele w ciągu 5 lat pontyfikatu, będąc jednocześnie człowiek prostym i ujmującym, zachowującym ogromny dystans do siebie (potrafił np. powiedzieć „każdy może zostać papieżem, najlepszy dowód, że ja nim zostałem”). Taki sam ludzki wymiar pontyfikatowi swemu nadał Jan Paweł II, przypominając do znudzenia, że to człowiek jest drogą Kościoła, wzywają do zawierzenia i otwarcia Mu drzwi przez ludzi – będąc tak bardzo bezpośrednim, bliskim, pielgrzymującym dokąd mu sił starczyło do ludzi na krańcach świata, nie bojąc się dokonywać także potrzebnych, choć trudnych zmian w Kościele. 
O papiestwie sporo czytałem i czytam, jego historia to taki jeden z moich koników. Bardzo dawno temu sięgnąłem po Dziennik duszy Jana XXIII – czyli jego prywatny dzienni, wydany po śmierci, a pisany przez bardzo wiele lat życia. Lektura ujmująca – o ile ktoś zainteresowany, ostatnio wydał kilka lat temu Znak, ale pewnie nakład już wyczerpany. I tak sobie myślę – to też znak czasu i palec Boży, że po Piusie XII z jego wszystkimi doświadczeniami i dramatami wojny Duch Święty dał Kościołowi człowieka takiego, jak Jan XXIII – który, jak mogło się wydawać, po uspokojeniu się sytuacji w Europie, miał spokojnie trafić do historii jako papież przejściowy, spokojny staruszek, a wywinął wszystkim taki numer jak Vaticanum II. Papież Franciszek także w stosunku do niego wykonał swego rodzaju ukłon – zatwierdził kanonizację bez udokumentowania (po beatyfikacji) cudu za jego wstawiennictwem dokonanego. 
Co ciekawe – może dojść do precedensu jaki w historii pewnie nie zaistniał jeszcze, gdyby np. mszę kanonizacyjną 2 papieży odprawiało również 2 papieży 🙂 

Porzucone sutanny

Ten genialny wywiad czytałem już dość dawno, ale dopiero mam czas o nim napisać. Chodzi o rozmowę dziennikarza TP z biskupem opolskim Andrzejem Czają na temat narastającego zjawiska odejść kapłanów
Biskup Czaja bardzo mądrze mówi o przyczynach zjawiska – rozluźnieniu życia duchowego, osłabienia więzi z Jezusem – co powoduje, że zaczyna w kapłanie przeważać to, co ludzkie, a z  którymi nie potrafi sobie poradzić. Pięknie powiedział, bowiem użył sformułowania, że chyli czoło przed tymi, którzy odeszli z kapłaństwa – bo nie żyją na dwa fronty, bo nie obwiniali za odejście Kościoła i potrafili się przyznać do błędu. Stwierdził również, iż biedni są nie tacy, a księża żyjący podwójnym życiem – tkwi w grzechu, nie podejmuje trudu nawrócenia, i w ten sposób pozostaje z daleka od Boga. Co ciekawe, mowa jest o 6 przypadkach – w dwóch ksiądz odchodził z powodu poczętego dziecka, w 4 pozostałych z powodu miłości do kobiety. Rozmowa jest tym bardziej osobista dla biskupa, że opowiada m.in. o człowieku który go ochrzcił, po czym porzucił kapłaństwo. 
Rozmówca bardzo mi zaimponował, przedstawiając swoje zdanie na temat tego, co sam radził przychodzącym do niego z problemem i wątpliwościami księżom. Gdy poczęto dziecko – powinieneś odejść; na ile mogę, to jako biskup pomogę, ale weź odpowiedzialność za dziecko. Dwa święte dary – kapłaństwo i życie, ale gdy pojawia się dziecko, człowiek winien być odpowiedzialny za nie i za jego matkę. Gdy nie ma dziecka… No właśnie. Nie zostało to powiedziane wprost – jednak z kontekstu wynika, iż poza kobietami (pierwsza opcja) oraz poczęciem dziecka (druga opcja) właściwie inne przyczyny odejść kapłanów się nie zdarzają. W każdym razie w wypadku, gdy danemu księdzu chodzić o kobietę, bp Andrzej radzi przemyśleć wszystko w odosobnieniu. 
Bardzo zdecydowanie też biskup wypowiedział się o przypadkach medialnych odejść – można przypomnieć ks. Tomasza Węcławskiego, o. Stanisława Obirka SI, o. Tadeusza Bartosia SI czy o. Jacka Krzysztofowicza OP (najnowszy przykład, zeszłoroczny, bliski mi w tym sercu, że pracował w okolicy i wiem, że był bardzo szanowany) – które nazwał niedojrzałymi zachowaniami, tylko szkodzącymi. Bardzo pięknie powiedział też o konieczności otwarcia się na tych kapłanów, którzy odeszli, którzy nie mogą stać na bocznym torze Kościoła. Podlegają w pewnych sytuacjach suspensie, owszem, ale po uzyskaniu dyspensy są przecież dopuszczani do małżeństwa – zatem zdaniem biskupa Andrzeja wszelki dystans jest nie na miejscu, skoro uporządkowali swoje sprawy z Kościołem. 
Poruszono także interesujący temat wykorzystania przez Kościół ex-księży. Chyba trafnie biskup stwierdził, że nie powinni nauczać – skoro naruszyli ład i dyscyplinę Kościoła. Mogli by za to być doradcami biskupów, prowadzić ośrodki terapeutyczne i wychowawcze. Trzeba umieć dostrzec – ludzie ze zmysłem Kościoła, a jednocześnie żyjący w rodzinie i znający jej problemy w praktyce. Zwrócił także na punkty opieki paliatywnej – hospicja – gdzie w sytuacji nadzwyczajnej, w braku księdza, osoba taka jest uprawniona do udzielenia rozgrzeszenia (o czym niewiele osób wie). Biskup Andrzej w bardzo mądry sposób uzasadnił potrzebę wykorzystania takich osób – mówiąc, że od momentu uzyskania dyspensy są to osoby niezmiernie wdzięczne Kościołowi, który na nowo ich zaakceptował i daje szansę, którzy w Kościele chcą działać. 
A dla mnie? Cóż, jako osoba blisko znająca wielu duchownych diecezji, znam sporo takich, którzy odeszli. Jednego np. widziałem jakiś czas temu w komunikacji miejskiej – z uśmiechniętą kobietą i dwójką fajnych dzieci. Innych kilku – nie znam – zwróciło moją uwagę, jakby nieco tajniacząc się w autobusie z brewiarzem (dzisiaj jest już w komórce). W sąsiedniej parafii na przestrzeni kilku lat odeszło już 2 księży – bynajmniej nie z powodu jakiejś patologii, proboszcza wariata – po prostu. Co ciekawe, najczęściej są to osoby, które miały pewne wątpliwości już w seminarium – brały urlopy dziekańskie na własną prośbę (jeden już po diakonacie). W tym – niedawno dowiedziałem się, że odszedł kolega, swego czasu trzymaliśmy się razem; miał być nieopodal w parafii – nie dotarł, widzę że nie widnieje już na liście księży diecezjalnych…
Zainteresowanym szerzej tematem polecam książkę ks. Piotra Dzezeja „Porzucone sutanny”, momentami drastyczną mocno. Ale prawdziwą. 
Módlmy się – za tych, którzy odeszli, aby potrafili przebaczyć sami sobie i odnaleźć szczęście poza kapłaństwem, a przy tym nie stracić z oczu Boga; ale i za tych, którzy ciągle pozostają dwulicowi, nie mając odwagi na konkretną decyzję, i miotając się pomiędzy kapłaństwem a korzystaniem z przywilejów małżeńskich, o odwagę do wybrania jednej albo drugiej drogi, o łaskę autentyczności a nie odgrywania roli. 

Otwartość na Boże niespodzianki

W lipcu pisałem, że nie mam czasu, ale chciałbym kilka słów poświęcić o. Johnowi Basobora. A może raczej – emocjom, jakie jego postać wywołuje. Cytaty poniżej to fragmenty wypowiedzi o. Johna. 

Boże Ojcze, Ty stworzyłeś nas z miłości, a Twoja miłość jest wieczna. Ty nieustannie podnosisz nas do bycia Twoimi dziećmi. Ty dałeś nam Swojego Syna, aby nas zbawił. Niech każdy, kto odwiedzi tę stronę, otrzyma od Ciebie łaskę odnowy swojego człowieczeństwa. Ześlij Swego Ducha, aby przywrócił w każdym z nas Twój obraz w Imię Jezusa

Człowiek nie młody, bo 67-letni, kapłan archidiecezji Mbara w Ugandzie, gdzie jest diecezjalnym koordynatorem Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej oraz członkiem Narodowego Stowarzyszenia Modlitwy Wstawienniczej. Doktor teologii duchowości i magister psychologii. Założyciel Father Bash Foundation, otaczającej opieką ok. 6.000 afrykańskich dzieci – sierot i dzieci porzuconych. Słynny rekolekcjonista i prowadzący spotkania charyzmatyczne. Przyciągający tłumy – co z jednej strony czyni go popularnym w sensie pozytywnym, bowiem przyciąga (ludzi albo wierzących w Boga, albo też tak zrozpaczonych, że są gotowi uwierzyć we wszystko, aby tylko uzyskać uzdrowienia – najczęściej tylko w rozumieniu fizycznym), ale też negatywnym (w naszej polskiej rzeczywistości dzięki małej jeszcze popularności wspólnot charyzmatycznych, ale np. w Ameryce Południowej z uwagi na wręcz ogromny wysyp wszelkiej maści sekt, zapraszających na najróżniejsze uzdrowicielskie mityngi. 

Jezu, Ty jesteś Panem, daj nam swoją miłość, pokój, daj nam radość. Daj nam, Panie, radość w naszych rodzinach, w naszym kraju, w naszych sercach. Utwierdź nas, Jezu, w Twojej miłości, bo Ty jesteś Panem.

Powiem tak – mnie osobiście takie spędy, jak tegoroczny na Stadionie Narodowym w Warszawie 06 lipca w ogóle nie przekonują. I nie chodzi mi o treść, a o formę. Nie zakładam złej woli organizatorów i nie potępiam samego pomysłu – bo zakładam, że mogą być tacy, którym tego typu eventy pomogą; w czym? No właśnie. Chyba jako zachęta, coś co zwróci i przyciągnie uwagę, pomoże zrobić pierwszy krok, czym Bóg wreszcie dobije się do drzwi ich serc. 
Ks. Adam Boniecki w jednym z numerów TP ciekawie cytował i przytaczał wypowiedzi ks. Tomasza Halika na temat organizacji tego rodzaju masowych wydarzeń, jak z udziałem o. Bashobory. Mówił o nieznośnym rozradowaniu, chorobie kolektywnej pobożności, mentalności tłumu, mechanizm wielkiego religijnego upraszczania z megafonów, stadionowy duch. Bo wejście w wiarę to jakby zanurzenie, zgłębienie, w którym Jezus to nie tylko kumpel do pogadania, slogan lub motyw przewodni do pokrzyczenia pewnych haseł. Bo zachowania pewne – jak by nie patrzeć – faktycznie bardziej pasują nie do imprezy religijnej, a do koncertu rockowego czy meczu piłkarskiego. 

Jezu, Ty pozostawiłeś nam swojego Ducha, Ducha Świętego. Przyjdź Duchu Święty, daj nam więcej radości. Przyjdź Duchu Święty, chcemy kochać więcej, niż wczoraj. Przyjdź i daj nam mądrość, przynieś nam więcej łaski i pokoju. Duchu Święty, połącz nas z Jezusem, który jest Panem na wieki wieków. Amen.

Tak, to jest upraszczanie, może i pewne spłycanie. Ale czy to samo w sobie jest złe, czyni takie spotkania niewłaściwymi? Moim zdaniem nie – to jest kwestia pewnego poziomu świadomości człowieka (wierzę – nie wierzę – na jakim etapie dojrzewania w tej wierze jestem). Mnie mogą nie odpowiadać, mogę nie mieć ochoty brać w nich udziału – ale to ni czyni ich bezsensownymi. Nie mnie oceniać ich owoce. Spotkania takie jak z o. Bashoborą to w pewnym sensie znak czasu – tak samo jak, medialnie popularny, rapujący ks. Jakub Bartczak z Wrocławia – bowiem i jeden, i drugi wybrali może mało konwencjonalną formę, aby przybliżyć bardzo często pogubionym ludziom konkretne i bardzo ważne treści. Zwrócić ich uwagę w sposób, który ich zainteresuje, który tę uwagę przyciągnie – innymi słowy: sprawi, iż zauważą Boga, który przychodzi, i może dzięki temu właśnie oni się na Niego otworzą. 
O. John podobno często w ramach swoich spotkań z ludźmi wędruje między zgromadzonymi z monstrancją, z Jezusem Eucharystycznym – bardzo piękna forma przybliżania Boga ludziom, rzadko spotykana u nas, ja zetknąłem się tylko z nią w kilku raczej młodzieżowych duszpasterstwach. Ale przemawia. Nie wyimaginowany facet z brodą – ale żywy, konkretny, Bóg-Człowiek w tajemnicy Eucharystii, idzie po prostu do ciebie. I ten, kto na tym spotkaniu jest obecny, być może staje właśnie przed najlepszą (jedyną?) w życiu okazją, aby pozwolić się Bogu pokochać, zrozumieć że jest się kochanym. 
Ja mam do tych spraw dystans – choć powiem szczerze: nigdy w Mszy o uzdrowienie, modlitwie o uzdrowienie nie uczestniczyłem. Może dlatego, że uważam, że dosyć jest znaków Boga w codzienności, w Eucharystii? Ok – to ja – więc nie odbieram innym prawa do innego zdania, ale i piszę, jak ja to widzę. Otoczka „cudowności” do mnie nie przemawia (co ciekawe, podobne zdanie można wyczytać w rozmowie obecnego papieża Franciszka z rabinem Abrahamem Skórką).  
Jedno pytanie trzeba sobie zadać – po co ludzie idą na spotkanie z takim o. Bashoborą? Czego oczekują? Cudu? Zgoda. Tylko jakiego? Uzdrowienia? Świetnie – a czego? Ciała? Duszy? Najgorsze, co może być, to gdy człowiek występuje z postawą roszczeniową: ja do Ciebie, Boże przyjdę, a Ty mnie uzdrowisz. Albo zaczyna stawiać warunki. Nie tędy droga. Albo inaczej – to najprostsza droga, równia pochyła do rozczarowania, a pewnie i pretekst, aby od Boga się potem odwrócić i Mu złorzeczyć. Jeśli ktoś idzie na przedstawienie – to nie można powiedzieć o wierze i szczerości. Przedstawienia to są w teatrze i cyrku, gdzie widownia jest bierna. Szansę na uzdrowienie ma tylko ten, kto zwraca się do Boga szczerze – tylko wtedy ma szansę przyjąć cud, nie od o. Johna czy jakiegokolwiek innego człowieka. Od Boga. Człowiek jest tylko narzędziem, przekaźnikiem. Cud jako Boża interwencja, element Jego zbawczego planu; nigdy działanie dla samego działania, ale dla objawienia się chwały Bożej. Jeśli ktoś przychodzi jak na pokaz kaskaderski czy jakiś występ – po prostu traci czas, bo ani magii ani nic w tym sensie nadzwyczajnego nie znajdzie tam. Wystarczy jednak, aby człowieka pchał tam jakiś, choćby cichutki, wewnętrzny głos, albo – nawet niezrozumiała – ale autentyczna ciekawość. Bóg stuka do serca i cierpliwie czeka. 
Jednego jestem pewien – Bogu w ogóle nie zależy przy dokonywaniu cudu na rozgłosie i rozkładaniu na części pierwsze samego daru – a na Nim jako dawcy. Tak naprawdę, cud rozpoznać i zauważyć może tylko ten, kto wierzy – bo bardzo często cud dokonuje się nie na tej płaszczyźnie, na której proszący by sobie tego życzył, i pozostaje niezauważony. Tak, może pozostałeś sparaliżowany, twój nowotwór nie zniknął nagle, nadal niedowidzisz – ale co powiedział ci Bóg? Co zaszło w przestrzeni spotkania z Nim? Rzadko jest tak, że nie mówi nic – najczęściej człowiek jest zbyt rozkojarzony, albo nie podoba mu się to, co słyszy. To nie jest tak, jak z tą kobietą („idź, twoja wiara cię uzdrowiła”), żaden automat. I nie jest też tak, że skoro Bóg akurat ciebie nie uzdrowił, to Go nie ma albo ma cię w nosie. Bóg działa ciągle i zawsze, nie tylko uzdrawiając, nie jest (jak ja lubię to porównanie!) złotą rybką. Kluczowe będzie zawsze to, co dokonuje się w człowieku, w środku – dopiero obok tego są znaki i uzdrowienia fizyczne, widoczne, namacalne, zmierzalne poziomem ludzkiej wiedzy i nauki, które wobec Bożej łaski stają się bezradne. 
W pewnym sensie – wracamy do źródeł. Już Piotr w bramie świątyni, na samym początku Dziejów Apostolskich uzdrowił żebraka, mówiąc, że nie ma złota ani srebra, ale daje mu to, co ma i uzdrawia w imię Jezusa (Dz 3, 1-11 – uwielbiam ten tekst!). Historia zatacza koło – po setkach lat, a może i prawie 2 tysiącleciach, na nowo Kościół odkrywa charyzmat uzdrowienia. Nic nie dzieje się bez przyczyny – takie nadeszły czasy – i w taki sposób Duch Święty działa, m.in. przez o. Johna Bashoborę, bł. Jana Pawła II (ile jest przykładów i świadectw uzdrowień) czy Benedykta XVI (kilka dni temu media podały informację o uzdrowieniu przez dotyk młodego człowieka). Bóg działa w ludziach, otwartych na Boże niespodzianki. Dziwne, że w Polsce przyjeżdża uzdrawiać Ugandyjczyk? I co z tego! Niektórym do dzisiaj się w głowie nie mieści, że papieżem mógłby nie być Włoch – a był już 8 lat Niemiec, zaś teraz mamy Argentyńczyka. 
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię (J 14, 12-14). Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18 – co ciekawe, ostatnie słowa Jezusa przytoczone przez Marka przed Jego wniebowstąpieniem!). Mnie to wystarczy – pomimo wszystkich wątpliwości, które opisałem powyżej. Bogu niech będą za o. Johna dzięki, oby jak najwięcej ludzi doprowadził do Boga i, o ile taka jest Jego wola, uzdrowił. 

Przepraszam, ale…

Zupełnie przypadkiem pod koniec jedynkowych Wiadomości usłyszałem, że na TVP Info Krzysztof Ziemiec rozmawiać będzie z abp. Henrykiem Hoserem SAC czyli ordynariuszem warszawsko-praskim o całej sytuacji dotyczącej sprawy byłego już proboszcza z Tarchomina, skazanego nieprawomocnie za przestępstwo seksualne, który (mimo pół roku od tego faktu) do 26 września br., tj. wyemitowania na ten temat programu w TVN, nadal pełnił funkcję proboszcza tejże parafii. Niestety, nigdzie nie widzę pliku wideo z tej rozmowy – nie mogę więc podlinkować do poczytania. A rozmowa bardzo ciekawa choćby z uwagi na osobę prowadzącą – red. Ziemca – nie tylko deklarującego się, ale niewątpliwie będącego człowiekiem wierzącym, zatem gwarantem zachowania w niej pewnego poziomu. 
Powiem tak – mam mieszane uczucia. Tchnęło tu pewną nadzieją i refleksją, ale jakby nie do końca. 
Zaczęło się bardzo obiecująco – biskup zacytował ewangelię Marka: „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze” (Mk 9, 42). Dalej, niestety, już gorzej. Abp Hoser mówił m.in. „Nie zrobiłem nic, by opóźnić procedurę dochodzeniowo-karną w tej sprawie” – wybacz, ale to zasługa nie jest, bowiem samo utrudnianie postępowania karnego jest karalne, więc trudno cieszyć się tylko z tego, że biskup był tak miły nie przeszkadzać policji i śledczym; jeszcze by tego brakowało, aby utrudniał… W dużym skrócie – całokształt wypowiedzi – tym bardziej z ust biskupa, zatem ojca diecezji i największego w niej autorytetu (rozmowa akurat z nim z pewnością była posunięciem absolutnie celowym – pytanie, czy z własnej inicjatywy, czy też np. nuncjusz w sposób jednoznaczny kazał się pokajać?) – miała chyba wywołać u odbiorców przekonanie, iż diecezja właściwie to zrobiła wszystko, co mogła, zgodnie z procedurami – więc o co chodzi. Tymczasem jak już pisałem o wypowiedzi ks. Wojciecha Lipki (poprzedni tekst) – także tutaj trudno nie stwierdzić oczywistych rozbieżności pomiędzy słowami i czynami papieża Franciszka (jeszcze przed sprawą w sądzie, a co dopiero wyrokiem, przeniósł do stanu świeckiego peruwiańskiego biskupa oskarżonego o molestowanie, nie ucieka od tematu i wskazuje na konieczność zdecydowanych działań w przypadku oskarżeń wobec duchownych) oraz słowami bp. Wojciecha Polaka z ostatniej konferencji z jednej strony, a słowami i dość dziwnymi tłumaczeniami a to ks. Lipki poprzednio, a to abp. Hosera dzisiaj. Także pomimo tego, że biskup warszawsko-praski – jak powiedział – solidaryzuje się z wypowiedzią bp. Polaka, nie ks. Lipki, podczas piątkowej konferencji (co nie znajduje odzwierciedlenia w całości dzisiejszej jego rozmowy z Ziemcem). 
Red. Ziemiec trafnie zadał pytanie – czemu słowa przepraszam w ogóle nie umieszczono w dzisiejszym oświadczeniu kurii warszawsko-praskiej? Sądząc po tonie tego dokumentu – jest tam, w mojej ocenie, dorobiona ideologia do tego, co już zaszło, do niefortunnych (co najmniej) wypowiedzi i oczywistego braku decyzji, które winny były zapaść co do księdza z Tarchomina jeśli nie w marcu br., to już w 2011 r.; próba udowodnienia, że diecezja postępowała zgodnie z wytycznymi odpowiedniej w tym zakresie instrukcji, zatem wszelki medialny szum jest zbędny. Pominę fakt, że oświadczenie podpisała „kuria” – brak cywilnej odwagi podpisania się pod tym dokumentem przez kogokolwiek z imienia i nazwiska? Pojawia się tam sformułowanie o niemożności stosowania kar kanonicznych przed ustaleniem winy – świetnie, tylko nikt w tym zakresie nie podnosi zarzutu. Chodzi o to, że nie zrobiono z księdzem nic, pomimo wiedzy o podejrzeniach w stosunku do niego od kwietnia 2011 r. (dokładnie 2,5 roku!). 
Co więcej – istotne – sam abp. Hoser w dzisiejszej rozmowie, na pytanie dziennikarza, odpowiedział, iż w jego ocenie w tej konkretnej sprawie zarzuty są mocno udokumentowane (w przeciwieństwie, jak podał, do przypadku z diecezji, kiedy nie potwierdzono zarzutów w materii nadużyć seksualnych ze strony innego duchownego). Czemu więc zabrakło działania? 
Padły także następujące słowa biskupa: „Usuwanie z urzędu w tej fazie procesowej jest środkiem zapobiegawczym. Przełożony jest zobowiązany by ocenić, czy osoba jest zagrożeniem dla otoczenia. Sąd nie zakazał mu kontaktu z dziećmi i młodzieżą nie zastosował aresztowania. Nasza analiza wykazała, że nie mamy do czynienia przypadkiem recydywy”. Chyba miało być mądrze, wyszło że mówiący te słowa nie bardzo zna się na materii, jaką poruszył. Chodziło z pewnością o art. 41a kodeksu karnego – zakaz m.in. kontaktów z małoletnimi – który jest środkiem karnym, zatem dodatkową dolegliwością stosowaną obok kary, lub w pewnych okolicznościach zamiast niej. Skoro kara – to orzekana wyrokiem sądowym, zatem na zakończenie postępowania. Dalej, skoro wyrok nieprawomocny i postępowanie przed sądem karnym trwa – to może się kara zmienić (nie wiadomo – nie znamy treści wyroku sądu I instancji – w jakim zakresie wniesiono apelację). Z kolei instytucja tymczasowego aresztowania w tego rodzaju sytuacji raczej nie miała by sensu – nic więc dziwnego, że nie zastosowano go. Arcybiskup powiedział o środku zapobiegawczym – czyli w jego ocenie należało by delikwenta usunąć z parafii tylko, gdyby jednoznacznie (w jaki sposób i kto miał by to weryfikować, sprawdzić?) wyglądał na takiego – za przeproszeniem – który będzie dalej molestował i był w ten sposób zagrożeniem dla otoczenia? Brak recydywy to argument? Raczej zasłona. Czy biskup powinien sam z siebie – nie czekając na media (tym razem zajęło pół roku od wyroku sądu, zanim dokopały się do sprawy) – zareagować i odsunąć księdza z parafii, czy uznać: molestował raz, obiecał że się poprawi i nie będzie, więc niech dalej robi swoje, skoro nie jest recydywistą? Oczywiście – każda sytuacja jest inna – ale czy odpowiedź nie wydaje się oczywista? 
Ale nawet – pomijając to – co stało na przeszkodzie, poza pewnym wyczuciem, poczuciem odpowiedzialności i owszem, jakąś odwagą, aby z uwagi na same podejrzenia odsunąć księdza od pracy w parafii? O to chodzi, tu jest problem – co red. Ziemiec wyraźnie zaznaczał, formułując kilkakrotnie pytania – bo nie o ocenę pracy sądu czy policji chodzi w całej sprawie, ale o bierność diecezji i zachowanie, jakby się nic nie stało. Tu nie chodzi o to, co nakazuje najmądrzejsza nawet instrukcja (albo inaczej: wprost nie nakazuje wyrzucić z parafii, no to nie wyrzuciłem) – która z przyczyn oczywistych nie przewidzi każdej możliwej do zaistnienia sytuacji – ale o roztropność i działanie wtedy, kiedy jest to potrzebne. Paradoksalnie – to właśnie jest owo „nie odczytanie sytuacji”, o którym abp. Hoser powie (opiszę poniżej), a jednak nie potrafił go odnieść do całej sytuacji, a tylko do postawy jednej osoby. Powiedział też, że „traktowanie takich przypadków [przestępstw seksualnych] wymaga zdecydowanej postawy” – więc skoro to tak dobrze wie, czemu postąpił dokładnie odwrotnie, unikając podjęcia odpowiednich kroków?
Tej wypowiedzi w ogóle nie rozumiem: „parafianie z Tarchomina nic nie wiedzieli o tych sprawach. Czy przez pół roku stało się coś, co spowodowało szkodę?”. Oczywiście – sam czyn. No bo czy uniknięciem szkody miało by niby być to, aby sprawę zamieść pod dywan i uniknąć tego, co się stało (tj. zainteresowania mediów)? Teoretycznie zdarzenie upublicznione wywołało zgorszenie wśród ludzi – czy jednak oznacza to, że nie powinno być ujawnione, tzn. ksiądz powinien nadal jakby nigdy nic pracować w parafii? Myślę, że sytuacja była by o wiele prostsza, uniknięto by jakichkolwiek wątpliwości co do działań i intencji diecezji w prosty sposób: oświadczenie o zarzutach wobec księdza jako uzasadnienie odwołania z parafii, odczytane w parafii i opublikowane na www diecezji. Od razu, nie po rozdmuchaniu sprawy w mediach. Tak samo jak bp Piotr Jarecki mógł udawać, że to nie on pod wpływem alkoholu rozjechał latarnię w Warszawie – a przyznał się sam do wszystkiego, wyraził skruchę, przeprosił. Można postąpić uczciwie, transparentnie? Można. Trzeba chcieć.  
Tak, padło słowo „przepraszam”. A dokładnie – „Przepraszam, jeżeli sytuacja sprawiała wrażenie, że doszło do próby pomniejszenia, niedostrzeżenia powagi przestępstwa”. Arcybiskup jakby wyraził też coś na kształt skruchy, że takie słowa nie znalazły się w treści oświadczenia (czyżby redagowanego przez ks. Lipkę?) – i to dobrze rokuje. Dobrze również, że ordynariusz podkreślił, iż badanie tego typu spraw w sposób oczywisty powinno spoczywać na organach świeckich, państwowych, które posiadają ku temu procedury i możliwości, a jednocześnie są niezależne od jednostek kościelnych, zatem nie można zarzucić żadnych nacisków – tu zdecydowanie wypowiedział się trafnie. Tylko pojawia się pytanie – skoro tak, i już jeden sąd (tak, nieprawomocnie, wiem) wydał wyrok skazujący, nie z czapki tylko na podstawie konkretnego postępowania dowodowego, skąd bierność i brak konkretnych decyzji co do tego księdza po fakcie, czyli jakieś pół roku temu? Owszem, sąd II instancji może wyrok zmienić, oczywiście. Czy ktoś wierzy w to, że nagle uniewinni tego księdza? 
Dobrze też, że odbyło się spotkanie z dziekanami poszczególnych dekanatów, że biskup powołał – jak to nazwał – zespół szybkiego reagowania w podobnych sytuacjach. Oby do kolejnych takich nie doszło. Dobrze, że wykorzystując media zaapelował do wszystkich ludzi o czujność i zgłaszanie wszelkich podejrzeń w zakresie zachowań na tle seksualnym osób działających w imieniu Kościoła – wskazując nie tylko na księży, ale też na katechetów. 
I wreszcie, dobrze że jakby w końcu obiektywnie spojrzał na osobę dotychczasowego kanclerza kurii ks. Wojciecha Lipki – co doprowadziło do, spóźnionych acz trafnych wniosków w postaci odwołania go jutro ze stanowiska, co zostało zapowiedziane wprost („Ksiądz Wojciech Lipka przestaje być kanclerzem kurii warszawsko-praskiej”). Pomijając moje stanowisko co do sytuacji ks. Wojciecha Lemańskiego (i roli ks. Lipki w tym, że zakończyła się aferą a nie konsensusem przed jej wybuchem, w czym według moich informacji miał duży udział), jak już pisałem – powinien „polecieć” za samą konferencję prasową z ubiegłego piątku. Stwierdzenie abp. Hosera, iż „spowodował pewne wątpliwości co do decyzji, co do konieczności bardzo jednoznacznego wypowiadania się w sprawach [pedofilii w Kościele]. Nie potrafił odczytać sytuacji (…) Jego rolą była sygnalizacja problemu” to dyplomatyczna gra słowna, jednak przekaz jest jasny. Nie może być tak, że papież i Episkopat mówią jedno, a przy tym samym stole w imieniu jednej z diecezji należącej do tego Episkopatu i podlegającej w ramach Kościoła temu papieżowi ktoś kiwa głową, po czym mówi de facto coś zupełnie innego – przy tym w materii tak oczywistej jeśli chodzi o stanowisko czy to KEP, czy papieża, a jednocześnie wymagającej delikatności i wyczucia. A ks. Lipka tak się zapędził w tym sygnalizowaniu, że przekaz zabrzmiał mniej więcej: co wam do tego, zajmijcie się sobą, nasza sprawa. Dobrze, że post factum ktoś zauważył, że coś w takiej postawie nie gra. 
Komentarz na bieżąco do rozmowy, z jednego z portali społecznościowych: „Biedny Ziemiec – tak bardzo stara się nie dopuścić do kompromitowania się przez abp. H. I tak bardzo rozmówca nie daje mu szansy”. Niestety, dość trafny – oglądałem całość rozmowy, nie da się ukryć, że pan Krzysztof miał coraz większe oczy i nie bez powodu pewne pytania powtarzał, licząc na bardziej konkretne (sensowne?) odpowiedzi – niestety, bezskutecznie. 
I jeszcze taka ciekawostka. TVP zaprosiła abp. Hosera jako biskupa miejsca, dając szansę na wyjaśnienie sytuacji, jasne stanowisko – i nie do końca wyszło… nie z winy stacji, co tego, co mówił rozmówca Ziemca. Z kolei TVN praktycznie w tym samym czasie pokazał rozmowę Moniki Olejnik z bp. Grzegorzem Rysiem z Krakowa – fakt, na temat w dużej mierze inny, bo kwestii zarobków duchownych – który chyba przyjął lepszą strategię, mówiąc, że łatwo jest pokazać rzeczy patologiczne w Kościele, ale jak dzieje się coś dobrego, to nikt o tym nie mówi. Nie brnął w sytuację, nie oceniał sprawy warszawsko-praskiej (choć stwierdził, że w Krakowie w jakiejkolwiek sytuacji podejrzeń w tej materii w stosunku do księdza odsuwa się go od wszystkich obowiązków) – bo tutaj, nie ukrywając, w tej sprawie na podstawie tego, co zrobiono (a raczej czego nie zrobiono) można było tylko polec. 

Po prostu lip(k)a

Wstyd? Zażenowanie? Złość na traktowanie ludzi w sposób niepoważny? 
Sam nie wiem, jak opisać emocje po wysłuchaniu tego, co bardzo żmudnie skonstruował a następnie z – niestety moim zdaniem głupawym – uśmiechem recytował, a media transmitowały, ks. Wojciech Lipka. Pal sześć, gdyby był on w nomenklaturze kościelnej „byle kim”. Bo tak się złożyło, że zapytano go i wypowiadał się jako kanclerz kurii diecezji warszawsko-praskiej. 
W skrócie – rozbiło się o to, że wiadomość o tym, że ksiądz Grzegorz K. (do niedawna proboszcz parafii Tarchomin w Warszawie) mógł dopuścić się molestowania seksualnego, dotarła do kurii 01 kwietnia 2011 r. W tym samym czasie sprawę do prokuratury zgłosił psycholog Marek Sułkowski, który prowadził terapię jednego z wykorzystywanych seksualnie ministrantów. I sedno – w stosunku do owego księdza władze diecezjalne po prostu palcem nie kiwnęły przez przeszło 2 lata, tj. do dnia 26 września 2013 r., kiedy odwołano go z parafii. Odwołano z powodu wyroku? Nie, ponieważ ten – tak, nadal nieprawomocny – zapadł… w marcu 2013 r. W  marcu br. ks. Grzegorz K. został skazany przez Sąd Rejonowy w Otwocku pod Warszawą na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata za molestowanie ministranta. Odwołano go z powodu materiału, wyemitowanego w dniu odwołania na TVN w programie „Czarno na białym”. 
Nie o to jednak się rozbija problem – sąd ustalił swoje, jest wyrok skazujący, choć nieprawomocny. Chodzi o skandaliczną po prostu wypowiedź kanclerza kurii, jaką uraczył wszystkich podczas konferencji prasowej (link powyżej), która pokazuje absolutne lekceważenie władz duchownych diecezji warszawsko-praskiej w stosunku do przyjętych zasad działania struktur Kościoła w tego typu przypadkach. Opowiadanie o wyjaśnianiu sprawy „własnymi kanałami” to po prostu wodolejstwo, pic na wodę – z jasnym przekazem: wara, nie wasz (świeckich) problem. 
Przede wszystkim – ów ksiądz Lipka sprawiał wrażenie, w mojej ocenie, rozbawionego sytuacją – co samo w sobie jest nie na miejscu. Dalej, pozwalał sobie na stwierdzenia (cytaty), że „czekaliśmy na rozwój wydarzeń” albo „zarzuty okazały się bez pokrycia i nie zostały udowodnione”. No to, przepraszam, czy tam nie umieją czytać? Procedury kościelne jasno mówią – oczywiście, pozostawiając „roztropność i rozeznanie” biskupowi diecezjalnemu (co na tej samej konferencji podkreślał, siedzący obok Lipki, sekretarz KEP bp Wojciech Polak – który równocześnie wskazywał, iż decyzje powinny zapadać jak najszybciej) – winno się księdza zawiesić w czynnościach (powtórzył to co najmniej 2 razy), a nade wszystko odsunąć od pracy z dziećmi. Kolejna wtopa – ów ksiądz nadal zajmował się ministrantami (zarzuty dotyczyły zachowania w stosunku do bezpośrednio osób z ich grona!). Co więcej – zarzuty dotyczyły także molestowania, a poza tym wybronił się z zarzutów rozpijania (załapał się na przedawnienie), z tytułu których miałby osobny proces. Tym bardziej, że z kościelnej instrukcji wprost wynika – zawieszenie nie stanowi rozstrzygnięcia o winie księdza. 
Jak można poza tym stwierdzić, że zarzuty okazały się być bez pokrycia – skoro sąd wydał wyrok skazujący? Przykro mi, ja takie słowa odbieram, jakby wypowiadający je (w imieniu biskupa) miał słuchaczy i pytających za idiotów. Prawomocność to jedno, ale sąd wydał rozstrzygnięcie, konkretne, skazujące. Po prostu ks. Lipka nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić, dlaczego diecezja zareagowała tak, jak zareagowała – czyli wcale – i z jakiego powodu lekceważono choćby informacje wprost zgłosił tam psycholog który prowadził terapię jednego z wykorzystywanych seksualnie ministrantów. 
I wreszcie – fantastyczne sformułowanie kanclerza, że to „czyny dawne”. Domyślam się, że definicji legalnej tego pojęcia się nie znajdzie w żadnym dokumencie – ale czy za takie należy uznać wydarzenia z 2001 r. w tego rodzaju sprawie? No chyba nie. Porażka na całej linii – wizerunkowo (przede wszystkim, co wali w cały Kościół), z ludzkiego punktu widzenia, a także logicznie i merytorycznie. 
Przykre to było, bowiem wypowiedzi bp. Polaka i ks. Lipki były ze sobą po prostu sprzeczne. Panowie siedzieli przy tym samym stole, wydawało by się że reprezentowali ten sam Kościół (tylko na innym poziomie jego struktury w RP), przy czym bp. Polak mówił, jak powinno się postępować (i bardzo mocno, co było widać, starał się uniknąć jednoznacznie negatywnej oceny działania kurii praskiej), a ks. Lipka wykrętnie odpowiadał na pytania, rysując obraz, jak to diecezja praska – mając wytyczne w poważaniu – „zrobiła po swojemu”, zupełnie odwrotnie: nie robiąc nic, dopóki media nie nagłośniły sprawy. 
Jak widać, sytuacja spowodowała wzburzenie w każdym chyba środowisku związanym z kościołem. 
Kuria warszawsko-praska jest w sytuacji, która wymaga głębokiej reformy. Jeśli kanclerz kurii mówi publicznie do dziennikarzy – to nie wasza sprawa, kiedy zadają pytania o pedofilię, to dla mnie jest to wystarczający powód do odwołania tego kanclerza, bo kompromituje Kościół (Marcin Przeciszewski – szef KAI). Ta konferencja nt pedofilii pokazala tylko tyle, ze w co najmniej jednej diecezji (i zeby na tym sie skonczylo) mamy ludzi, ktorzy dzialaja tak jak mafia: bronmy swoich za wszelka cene, nawet kosztem calej wspolnoty, ze nie powiem o ofiarach. Podtrzymuje co wczesniej napisalem: jesli ks. Lipka dalej bedzie kanclerzem to znaczy,ze chroni go biskup a to w konsekwencji znaczy, ze biskup tez nie kontorluje tego co sie dzieje w jego diecezji, wiec powinien dla jej dobra podac sie do dymisji (pisownia oryginalna – ks. Kazimierz Sowa, wypowiedź na profilu społecznościowym). Jestem ojcem i chcę mieć pewność, że jeśli do biskupa zgłosi się psycholog z informacją tego typu, to ksiądz zostanie zawieszony, a sprawa będzie wyjaśniona, a nie kurialista będzie mi opowiadał, że wyrok był nieprawomocny, a w ogóle to sprawa jest przestarzała. Jeśli tego się nie robi, to naraża się na szwank nie tylko wizerunek, ale przede wszystkim zaufanie (Tomasz Terlikowski, wypowiedź na profilu społecznościowym). 
Ostre słowa, ale i materia delikatna. Po sprawie ks. Wojciecha Lemańskiego (w której z niejednego źródła można było dowiedzieć się, że dużo przyłożył rękę do jej finału w postaci wywalenia ks. Lemańskiego z parafii właśnie kanclerz Lipka) i tej sytuacji trudno nie odnieść, graniczącego z pewnością, wrażenia, że w diecezji warszawsko-praskiej po prostu nikt nie panuje nad sytuacją. Z czego wniosek powinien być co najmniej jeden – trzeba zrobić porządki, zaczynając od kurii i kanclerza jako pierwszego (za ton tej wypowiedzi medialnej i fakt, że nic nie zrobił, wiedząc o sprawie minimum 2 lata). Pytanie, czy odnośne władze kościelne nie powinny zastanowić się nad czymś jeszcze: czy powierzanie diecezji – niewątpliwie zasłużonemu – biskupowi, który jako ksiądz zakonny 21 lat spędził w Rwandzie, po czym miał specjalnie skrojony pod siebie stołek w Watykanie, było posunięciem słusznym, czy też należało by ten stan zmienić. 
Dla porównania z tym całym cyrkiem – świeża (05 lipca 2013 r.) decyzja papieża Franciszka: peruwiański biskup Gabino Miranda Melgarejo z diecezji Ayacucho wydalony ze stanu duchownego. Nie po procesie świeckim, karnym – informację upublicznił przewodniczący peruwiańskiego episkopatu pod wpływem rozpoczęcia (!) postępowania karnego z zarzutami dotyczącymi nadużyć seksualnych, w tym pedofilskich. Franciszek nie czekał na wyrok, nie czekał na rozprawę – działał, a nie udawał. Za to dzięki pozorowanym działaniom kanclerza Lipki zaistniała nie tyle lipka – ale po prostu bardzo duża lipa, szkodząca (nie tylko wizerunkowo) Kościołowi w Polsce. 

Piękne pożegnanie

Pogrzeb Janka był piękną uroczystością, o ile pogrzeb może być piękny.
Piękny nowy i nie kiczowaty (co jest rzadkością) kościół, a tym piękniejszy, bo pełen ludzi, dla których Janek był ważny i chcieli go odprowadzić w ostatnią drogę. 
Bardzo zróżnicowana oprawa muzyczna – organista, solista wokalny, a i 2 pieśni na gitarze (w tym przepiękna i nieznana mi jedna, na uwielbienie). 
Tak, jak się spodziewałem, przyjechał ks. Darek – nasz katecheta ze szkoły. Chyba znał podłoże problemu, bo niewiele mówił. 
Ale powiedział piękną krótką homilię, w której nawiązał do tekstów czytań (Mdr 4, 7-15 i któraś wersja przypowieści o gospodarzu, który wraca niespodziewanie, ale zastawszy sługę gotowego, „przepasze się i będzie mu usługiwał” – Łk 12, 35-40?). Mówił, że w takiej sytuacji wydaje się, że najlepiej jest zamilknąć i rozważać w sercu, że słowa to za mało albo za dużo – ale z drugiej strony trzeba wyraźnie i mocno podkreślić, jaką należy wyciągnąć z odejścia – w tym wypadku Janka – naukę, szczególnie kierując te słowa do młodych. Nie ma śmierci zbyt wczesnej, nie ma śmierci zbyt późnej – każda jest dokładnie w sam raz, o czasie, o ile tylko człowiek jest na nią gotowy (to myśl ze zmarłego ks. Kazimierza Kloskowskiego, który też bardzo młodo odszedł, a miał wypowiedzieć ją nad grobem swojego brata). I w tym wszystkim taka nasza bezmyślna lekkomyślność, brak umiejętności wyciągania wniosków – stąd te gorzkie słowa „a ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność” – i te słowa trzeba umieć odnieść do nas, którym tak bardzo często się wydaje – także w sytuacji konfrontacji z czyimś odejściem – że ja mam czas, ja zdążę, przecież mam życie przed sobą… No właśnie – mam albo nie mam. Tylko że tego nie wiem i nie dowiem się nijak (stąd Jezus mówi o „chwili, której się nie domyślacie”). Mam tylko jedną szansę, aby być gotowym. Jezus ciągle przychodzi, stuka i kołacze – a nadejdzie moment, kiedy będzie to zaproszenie nie do odrzucenia, na takie podsumowanie życia, które w tym momencie dobiegnie końca. 
I ja bardzo wierzę – bez względu na to, co doprowadziło Janka do śmierci – że nawet w swojej rozpaczy wierzył i wiedział, że Jezus był koło niego… choćby po to, aby go przeprowadzić dalej, na drugą stronę. Może niekoniecznie jako wzór człowieka wiary, „dobrego katolika” – Janek poprzedził nas w drodze tam, dokąd wszyscy zmierzamy i mniej lub bardziej świadomie pragniemy dotrzeć. On już nie ma wątpliwości – Bóg przytulił go do swego serca.
Adieu, Jasiu – do zobaczenia z Bogiem i w Bogu. Pilnuj nas z góry. 
Palec Boży? Tak, tym razem również. W poprzednim tekście wkleiłem linka do „Zdumienia” z oratorium Rubika. Które później usłyszeli wszyscy na zakończenie liturgii pogrzebowej, w bardzo pięknej aranżacji. To wszystko miało sens. Ma sens…

Boży uciekinier

W dość ciężkim okresie nauki do poprzedniego kolokwium sięgnąłem po książkę, którą kupiłem już kilka lat temu, a jednak jakoś jej nie czytałem – „Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie” Jana Grzegorczyka. Książka jakby składająca się z 2 części: najpierw „Każda dusza to inny świat” czyli świetnie napisana opowieść o św. Faustynie Kowalskiej i bł. Michale Sopoćce. I wreszcie „Dziurawy kajak” czyli kontynuacja zgłębiania tematu do części pierwszej książki przez autora, jego poszukiwania „miłosierdziowe” i rozmowy z ludźmi w pewien sposób z dziełem Miłosierdzia Bożego powiązanych, ale też historie o tym, jak Jezus Miłosierny działa i zaskakuje – dzisiaj, ale także przez szereg lat, po kolei realizując to, co obiecał w latach 30. XX wieku Faustynie. Bardzo ciekawie jest też opisany sam kult Miłosierdzia – trudny, torpedowany na początkowo przez hierarchów Kościoła, wręcz przez szereg lat zakazany, a także historia obrazu, a raczej obrazów (bo są 2) Jezusa Miłosiernego i związanych z nimi nieporozumień.
Kto już cokolwiek Grzegorczyka czytał – tego zachęcać nie trzeba. Kto nie czytał – warto tę książkę przeczytać, choćby dlatego, że może przekonać do zgłębienia Dzienniczka s. Faustyny Kowalskiej, lektury na pewno trudniejszej. Wreszcie, bo jest to książka napisana nie w jakiś górnolotny sposób, epatująca pustymi frazesami – ale konkretnymi doświadczeniami, tak autora jak i innych osób, działania Jezusa miłosiernego.
Kilka co lepszych cytatów (choć świetnych myśli jest tam o wiele więcej), z drugiej części książki:
Pan Jezus w Kazaniu na Górze beatyfikował całe rzesze ludzkie. Beatyfikował człowieka dla jednej cechy, którą nosi. Błogosławiony miłosierny, cierpiący dla sprawiedliwości, prześladowany, cichy. Pan Jezus nie powiedział: błogosławiony nieskazitelny. Dzięki Jego słowom widzimy świętość człowieka niezależnie od żmudnych procesów beatyfikacyjnych. 

Potrzebujemy świadectw o ludziach, którzy żyją pośród nas i dają wiarę w świętość życia. Jakże wielu :ubogich ewangelicznych” nie doczeka się promotorów beatyfikacji. Nie zostaną błogosławionymi, bo ich życie nie jest „nieskazitelne”. Ale poprzez te „szczeliny dobra” w nich prześwituje niebo – spogląda Pan Bóg. Błogosławione witraże. 

Mesjaszowi własna rana nie przeszkadza opatrywać ran bliźnich. Zajmuje się nią tak, aby nie przegapić chwili. Wznieść się ponad swoje rany i opatrzyć rany bliźniego, choćby był katem i oprawcą. Czy na tym polega wszechmoc? Miłosierdzie Boga?

Uwierzyć w miłosierną naturę człowieka jest tak samo trudno jak w to, że człowiek jest stworzony na obraz Boga. W jaki sposób morderca, oszust, bezlitosny wyzyskiwacz ma być obrazem Boga? Na początku pontyfikatu Jan Paweł II powiedział: „Nie może człowiek zrozumieć siebie bez Chrystusa”. Nie może dostrzec i zrozumieć swej miłosiernej natury, nie wpatrzywszy się w Jezusa – Zranionego Uzdrowiciela. Ilu ludzi przechodzi przez życie, nie ujrzawszy w sobie tego miejsca, w którym czeka na nich miłosierny Bóg? Świat dzieli się na tych, którzy pragną do tego miejsca w sobie dotrzeć, i takich, którzy od niego uciekają. Jezus powiada, że ściga swoim miłosierdziem wszystkich ludzi. Bóg szuka wszystkich i nikogo nie skreśla. Bogu zależy na „uciekinierach”. Chrystus chce mieszkać w każdym człowieku, także w tym, który zdaje się od Niego odwracać. W Bożym uciekinierze. 

Bóg jest zazdrosny o każdego, którego stworzył. To jest taniec Bożej miłości. 

Nie potrafię [się buntować]. Mam taką wrodzoną cechę, że raczej się dziwię niż buntuję. Zdziwienie – to jest moja droga do wiary. Jeśli ktoś umiera, to ja nie przestaję od razu wierzyć w Boga, tylko najwyżej mogę tego nie zrozumieć. Zdumienie, zdziwienie. Świat naprawdę jest bardzo dziwny, ale we wszystkim jest sens, który nie zawsze widzimy. Człowieka spotka coś okropnego, a po latach widzi, że to było mądre. Dziewczyna mówiła mi, że się otruje, bo ją rzucił chłopak, a za rok powiada: „Dzięki Bogu, że odszedł…”. Zaufanie… Wiara to jest zaufanie. Wiara nie polega na tym, że ja powiem, że Bóg jest. Dla człowieka wierzącego nie ma nieszczęść, są tylko cierpienia, doświadczenia. Cierpienie jest dziwne, ale Pan Bóg jest tak mądry, że kiedyś to wyjaśni. Bóg nie powiedział wszystkiego. Bóg, jak wielki artysta, nie dopowiada wszystkiego do końca. Ciekawe, że Pan Jezus niczego do końca nie tłumaczył. (śp. ks. Jan Twardowski)
>>>
I jeszcze ten tydzień temu – kiedy skończyłem czytać tę książkę – zastanawiałem się, czemu akurat wtedy, w tym czasie po nią sięgnąłem. Dzisiaj już wiem. 
W czwartek dowiedziałem się, że w środę samobójstwo popełnił kolega z klasy z liceum. 
Nigdy nie byliśmy blisko, nie widziałem człowieka od końca szkoły, czyli ok. 10 lat. Był mocno specyficzny. Widać było, że z majętnej rodziny (ubrania, gadżety), zresztą i niegłupi był, kiedy (rzadko) się do czegoś przyłożył i np. sensownie odpowiadał na jakiejś lekcji. Niestety, najczęściej robił z siebie przygłupa, takiego błazna klasowego – na dodatek nie bardzo widząc pewne granice czy umiar, co nie raz mu wyszło przysłowiowym bokiem. Nie zapomnę, jak kiedyś łaził po szkole z różańcem na szyi. No głupota, bo co innego? Paradoksalnie – nosił imię i nazwisko identyczne z tymi danymi osobowymi bardzo znanego świętego, zresztą patrona młodzieży. Psychologiem nie jestem, ale mam wrażenie, że brało się to z przemożnej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi pozostałych – od rodziców chyba poczynając, żeby zyskać i przyciągnąć te uwagę, aby nie być samym, żeby poczuć się potrzebnym. A z drugiej strony, kiedy kilka razy rozmawialiśmy, chyba mocno szukał – może bardzo po omacku? – bo można było gdzieś tam pod warstwą tego wszystkiego, tych wygłupów, odczuć, że nie umie tego nazwać, ale brakuje mu czegoś, że robi dobrą minę do złej gry. 
Nie mam pojęcia, co się stało. Zszokowani są też ludzie, którzy byli z nim blisko – czemu w tych dniach dają wyraz na pewnym popularnym portalu społecznościowym. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wielka rozpacz i pustka musiała popchnąć człowieka do targnięcia się na swoje życie. Podobno jakiś czas temu odnalazł w życiu Boga… Dlaczego więc tak się stało?  Nie wiem. Strasznie współczuję jego rodzicom – bez względu na to, jakie były ich relacje, czy dobrze wywiązali się ze swojej roli czy nie – większego dramatu niż konieczności chowania własnego dziecka nie potrafię sobie wyobrazić. 
To wszystko pozostanie tajemnicą i gdybanie nie ma sensu, strata czasu. Jest w tym sens, dla nas zakryty. Pozostaje niezmierzone Boże Miłosierdzie i prawda o tym, że to właśnie Janek przekonał się już na własnej skórze, jak wielkie ono jest – bo on jest już tam, po drugiej stronie, z tym Jezusem, który nie dopowiadał swoich myśli, ale każdego pragnął przytulić do swojego serca (co światu przypomniał duet Kowalska & Sopoćko). Nie mam żadnych wątpliwości, że on znalazł ukojenie w tym, który jest odpowiedzią na wszystko. Na pewno nie był nieskazitelny, ale wierzę że w choćby w ostatniej chwili życia, także w tak wielkiej rozpaczy, potrafił zaufać Temu, którego właśnie w tym momencie odnalazł naprawdę – i który na pewno po drugiej stronie się od Janka nie odwrócił. 
Jezus na pewno doścignął i tego Bożego uciekiniera. 
Dlatego bardzo proszę wszystkich, którzy to czytają, o modlitwę za Janka – o spokój jego duszy i za wszystkich, którzy przez jego odejście są pogrążeni w żałobie. 
Tak mi się to z powyższym zdumieniem ks. Jana Twardowskiego skojarzyło… 

Co też powiedzieć chcesz strumieniu
Kiedy spragnieni wodę piją
Kiedy z nazwiska i imienia
Mijają tak jak świat przemija 

Jak łza spod rzęs
Wypłakana skrycie
Tak śmierć ma sens
I ma sens życie 

Równia pochyła do dziury

Jezus opowiedział uczniom przypowieść: Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj? Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Jak możesz mówić swemu bratu: Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku, gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata. (Łk 6,39-42)

Z tym mamy problem bardzo często. Im dłużej obserwuję wszystko dookoła – owszem, niespełna 30 lat, ale jednak już trochę czasu powiedzmy świadomie – tym bardziej jestem przekonany, że większość krzykliwych, wrzaskliwych, rozpoznawalnych i robiących wszystko aby być zauważeniu quasi-autorytetów idealnie wpasowuje się w obrazek z tej przypowieści piątkowej. Żeby zauważyli, opisali, zadali dużo pytań, które to wypowiedzi zacytują media (co z tego, że na temat, którego pytający nie zna…), żeby być znanym.  
Pierwszy to jest problem z kryzysem nauczycieli i autorytetów – co widzi chyba każdy gołym okiem. Tzn. jest ich niby na pęczki – ale co reprezentują? na co się powołują? co sobą prezentują? co oferują tak naprawdę, poza pewnymi kuszącymi bajerami w postaci zazwyczaj spraw zupełnie doczesnych, przeliczalnych na pieniądze, bez odniesienia do wartości wyższych, nieprzemijających, a czasami wprost wskazując, że te ostatnie nie mają w ogóle sensu, bo liczy się tylko „tu i teraz”. Co drugi mądry uważa się za nauczyciela, za osobę, która swoim doświadczeniem, mądrością i radą może służyć naprawdę w dobrym celu innej osobie – a tak naprawdę po prostu robi podatnym na to wodę z mózgu, przekonując najpierw, że sam pozjadał wszystkie rozumy, a potem ucząc podobnego podejścia do życia te łatwowierne osoby. 
Druga kwestia to właśnie nasze chore oczy. Obawiam się, że im głośniej ktoś wykrzykuje, piętnuje, wymachuje rękami i złorzeczy, tym mniej tak naprawdę widzi, tym bardziej zawalone drzewem, tymi przysłowiowymi belkami, ma oczy. Sam chodzi po omacku, a jednak uważa się za eksperta i autorytet do wytykania błędów i typowania do kamienowania innych, „tych gorszych”. A jak bardzo często okazuje się, że ten „najgorszy” ma – oczywiście, jak każdy z nas – jakiś problem, grzech, słabość, ale w oczach Boga jednak o wiele mniejszą od tego „jedynego sprawiedliwego”. Czyli facet z belką w oczach moralizuje nad kimś, kto ma problem z niewielką drzazgą. Czy w takim działaniu jest cokolwiek z zasadności, czy takie gadanie w ogóle jest czegokolwiek warte? 
Odnoszę wrażenie, że najwięcej prawa do oceny i sądzenia mają ludzie naprawdę pokorni, mądrzy, doświadczenia i mający w sobie miłosierdzia. Ale takich zazwyczaj albo nikt o zdanie nie pyta, albo pyta i nie słucha odpowiedzi; a najczęściej mają w sobie tyle pokory, że mało komu dają się wciągać w tego rodzaju dywagacje i osądy. 
Nic dziwnego, dokąd najczęściej dochodzą – może nie dzisiaj, jutro, ale za rok, dekadę – ci, którzy słuchają takich właśnie quasi-autorytetów i mądrych, a także takie właśnie autorytety. Kończy się dokładnie tak, jak to opisał na początku Jezus: i jeden, i drugi niewidomy pakują się nawzajem do dołu, upadają. 
>>>
Trochę czasu nie pisałem, bo w środę miałem najtrudniejsze chyba w tym roku kolokwium. Trochę odpuściłem naukę – niespełna tydzień – ale przysiadłem, poszedłem, pełen obaw oddałem pracę i… w czwartek dowiedziałem się, że dostałem 4 🙂 
Poniedziałek i wtorek siedziałem w domu, uczyłem się i w przerwach modliłem. Po raz pierwszy od nie wiem jak długiego czasu pomodliłem się Koronką do Miłosierdzia Bożego (równocześnie w niewielu wolnych chwilach czytam „Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie” Jana Grzegorczyka – o trudnej i krótkiej historii ss. faustynek). Poza tym mocno czułem, że Mama wspierała z góry.

Nowa życia zwrotka

Wczoraj i dzisiaj takie dziwne dni.

Wczoraj – bliscy znajomi, chrzestni małego, napisali, że on (dobry kolega od podstawówki) dostał jednak pracę w Wielkiej Brytanii, w związku z czym wyjeżdża w ciągu kilku tygodni, a ona i ich roczna córeczka dolecą do niego tam za jakiś miesiąc-dwa. W Polsce, owszem, źle nie zarabiał, ale umowy śmieciowe, od zlecenia do zlecenia. Ona bez pracy, po fajnych studiach… poszła do technikum, żeby mieć papier technika aptekarza i znaleźć pracę, w międzyczasie mała się urodziła. Dopóki byli sami – było fajnie, wystarczyło, dość luźno. Teraz? Też fajnie, ale z maleństwem na świecie trzeba myśleć dalej, szerzej, próbować pewne sprawy dla dobra i podstawowych potrzeb rodziny zapewnić i zabezpieczyć. Szukał tutaj – nic. Poszukał tam i go wzięli. Oczywiście, cieszymy się, bo to dla niego okazja, poza tym nie rozsypią się bo pojadą tam razem, no i zamierzają wracać. Przekornie można zapytać – mają do czego? Pewnie – rodzice obydwojga, rodzeństwo, rodzinne strony. Oby się tak stało, oby za jakiś czas, może z 5 lat, wrócili. Dla nas trudno, bo to bliscy ludzie… 
Dzisiaj – koleżanka żony stwierdziła, że zostawia pracę. Ma luksus i może to zrobić z dnia na dzień praktycznie, umowa na zastępstwo. Jedna z 2 myślących i sensownych osób w tej jednostce organizacyjnej – piszę obiektywnie, znam realia nie tylko z opowieści żony, ale też z autopsji – i co? Nikt palcem nie kiwnął: może by się pani zastanowiła, może porozmawiamy, jaka podwyżka by panią satysfakcjonowała? Żeby chociaż spróbować i choćby w takiej sytuacji pokazać człowiekowi, że zależy pracodawcy na nim, że w tak podbramkowej sytuacji umie go (ok, na siłę nieco) docenić. Gdzie tam, nic. Olali to, wszyscy. Jedno dobre – dziewczyna podjęła sensowną decyzję, będzie robiła coś innego, co lubi robić i za większe (ok, nadal małe) pieniądze, i ma namacalny dowód, że nie ma się na co oglądać. A żona ma nadzieję – ja też, strasznie fajna osoba – że kontakt i znajomość się uda utrzymać.
Dziwnie to tak. Dla mnie zawsze zmiana pracy była czymś, czego się podświadomie bałem – choć życie pokazało, że w danym momencie to właśnie konkretne posunięcie było dobre i trafne (co nie znaczy, że w każdej było do końca świetnie i kolorowo – na przykładzie poprzedniej – gdyby tak było, nadal bym tam był). Za każdym razem dużo się zastanawiałem, starałem się ważyć plusy dodatnie i plusy ujemne, rozmawiałem z (obecnie już) żoną, martwiłem się o rodzinę, o kredyt i tego typu przyziemne sprawy. Ale też zawsze starałem się to powierzyć Bogu – zawierzyć Jemu i poprosić, żeby w tej decyzji prowadził w dobrą stronę, co nie znaczy: najłatwiejszą drogą. Nigdy nie było perspektyw kokosów i majątku, i też nigdy mi specjalnie na takim nie zależało (przyznaję, miło by było mieć wygodne duże mieszkanie i samochód, nic więcej) – chodziło o to, aby się nie zabrakło na te podstawowe potrzeby. Ale zawsze, mniej lub bardziej z tyłu głowy, towarzyszyło mi takie mocne przeświadczenie, może by to nazwać wiarą: bez Ciebie, Boże, to nic z tego nie będzie.
I dzisiaj za nich proszę – żeby, dokądkolwiek ich nogi zaprowadzę i życie powiedzie, żeby zawsze mieli świadomość, że Ty tam zawsze przy nich byłeś, jesteś i będziesz. 
Ten wierszyk wklejam do znudzenia, ale i tutaj pasuje jak ulał:

Człowiek się z człowiekiem spotkał,
Bóg sam drogę wskazał. 

Oto nowa życia zwrotka,
Człowiek się z człowiekiem spotkał. 

Można śmiało dalej kroczyć
Serce niosąc światu w darze – 

Człowiek się z człowiekiem spotka –
Bóg sam drogę wskaże. 

(o. Leon Knabit OSB)

Wyważona pokora

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. I opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie pierwsze miejsca wybierali. Tak mówił do nich: Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: Ustąp temu miejsca; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: Przyjacielu, przesiądź się wyżej; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych. (Łk 14,1.7-14)

To jest problem nas wszystkich – mniej lub bardziej bogatych, wykształconych, ludzi sukcesu czy też nie. Każdy z nas obraca się w jakimś tam towarzystwie, gronie innych osób, przebywa z nimi, spotyka się przy takich czy innych okazjach. Ja tu widzę problemy dwa – pycha, czyli brak pokory, i fałszywa pokora. No i może jeszcze autouniżanie się. 
Tak naprawdę Jezus posługuje się obrazkiem po prostu żydowskiej imprezki – zatem niekoniecznie tu w ogóle o jakieś relacje zawodowe, profesjonalne chodzi. Zresztą, to bez znaczenia. Chodzi o każdą płaszczyznę, każde zachowanie, każdą sytuację. Lubimy być zauważani, w to nam graj – ktoś coś miłego powie, zachwyci się, wyrazi uszanowanie, złoży gratulacje, da do zrozumienia jakąś formę podziwu, bez względu na to, czy chodzi o kwestię naprawdę istotną, czy błahą. Łaskocze to nasze ego. Tak mi mówią, tak kadzą – więc rosnę sam we własnych oczach, choćby o byle co chodziło, staję się sam przed sobą co najmniej supermanem. A raczej superpyszałkiem. Tracę dystans do siebie, rzeczywistość zawirowuje i po prostu nie ogarniam, co jest, a czego nie ma. Odlatuję w zachwycie nad samym sobą. 
Jaki jest sens tych słów? Nie wydaje mi się, żeby Panu chodziło faktycznie o to, żeby zawsze siadać na ostatnim miejscu – w ich czasach był to synonim pozycji, każdy znał swoje miejsce w szeregu (dzisiaj jest z tym spory problem). Literalnie, wszyscy porządni bili by się wtedy o ten sam, ostatni właśnie, stołek – a nie w tym rzecz, ale chodzi o realistyczne podejście do siebie i umiejętność oceny, gdzie jest moje miejsce. Raz bliżej końca, raz w lepszym miejscu – ale tak na chłodno, w prawdzie przed sobą. Czy to na imprezie, czy przy rozmowie (kiedy każdy z nas jest specjalistą pewnie od wszystkiego: od piłki nożnej, finansów do, a jakże, polityki). Taka zdrowa pokora i dystans do samego siebie. Autentyczność, którą dobry Bóg bardzo ceni i nagradza – idź, przesiądź się wyżej. Nie dla samego zaszczytu wobec współbiesiadników, jak zapisał to ewangelista – bo to materia znowu dla pyszałków, ale dla ukazania, co jest właściwe. Pokora, która pozwala na bezinteresowność, pomoc konkretną i otwarte serce dla tych, którzy potrzebują: nie żeby mieć haka, przysługę do oddania czy zobowiązanie – ale po prostu dlatego, że dana osoba po ludzku w żaden sposób się nie odwdzięczy, nie zrewanżuje. 
Odzywa się we mnie dusza antyklerykała – cóż zrobić – więc pozwolę sobie na wtręt: ciągle jest dużo księży wśród nas, którzy najwyraźniej akurat nie zwrócili uwagi (co jest dość trudne, bo wielokrotnie już powtarzane) na słowa papieża Franciszka o potrzebie pokory i ducha służby szczególnie właśnie u duchownych. Takich, którzy – pomijając już fiolety, w których wyglądają dość kuriozalnie – uwielbiają wszelkiej maści rauty, msze, nabożeństwa, byle więcej ludzi było, byle zaistnieć, usłyszeć ochy i achy po mniej lub bardziej patetycznym kazaniu (tak, bo rzadko to homilia), prześcigających się w nowych samochodach, których sposób bycia i strój nie pozostawia wątpliwości, że daleko im do odkrycia prawdy o szczęściu z bycia prawdziwie ubogim. Szkoda. Bo jak tu człowiek świecki ma wierzyć w coś, co mówi duchowny, który sam się do tego w sposób oczywisty nie stosuje? 
Trzeba to jednak odróżnić od pokory fałszywej. Tu dla nas jest problem – jednak ci, którzy takiego fałszu się dopuszczają, zapominają o jednym: Ten, który każdego z nas osądzi, będzie widział wszystko na dłoni. Tak sobie myślę – czy czasami bycie po prostu pyszałkiem, który jakoś tam jest świadomy tej słabości, nie jest lepsze od takiego, który maskuje swoją pyszałkowatość pod płaszczykiem fałszywej skromności i pokory? Może i słaby, ale chociaż szczery. Trzeba też pamiętać, że nie o jakieś autouniżanie się chodzi – użalanie nad sobą, pokazowe załamywanie rąk, działanie również (tylko nie z pychą) pod publiczkę. W innym miejscu Jezus wprost taką postawę faryzeuszy – teatrzyki – napiętnuje. 
Im częściej o tym myślę, tym częściej takim autentycznie pokornym tej ich pokory po prostu zazdroszczę.