Powaga milczenia

Chyba słuszna tradycja Kościoła przyjmuje, iż w Niedzielę Palmową nie głosi się homilii, nie ma kazania. Opis Męki Pańskiej sam w sobie jest na tyle wymowny, że nie wymaga komentarza. Niejako przygotowuje w tym dniu Kościół i wierzących do tego, co faktycznie (kalendarzowo) wspominać będziemy za 5 dni – w Wielki Piątek. Wskazuje kierunek zainteresowania i modlitwy oraz refleksji na te dni. 
Bóg w osobie swojego Syna do końca spala się z miłości do człowieka – nie tylko z ludźmi i między nimi żył, rósł, uczył się, pracował u boku Józefa, opiekował się Matką, a przez ostatnie 3 lata wędrował, nauczał, głosił Ewangelię, uzdrawiał, wskrzeszał, czynił cuda. Jego życie nie różniło się niczym od naszego – doświadczył go w każdym dosłownie calu i aspekcie. Ta Boża bezpośredniość doprowadziła Jezusa do krzyża – od bezprawnego osądzenia, ubiczowania, wyśmiania, przez 14 stacji drogi krzyżowej. Ale tutaj Jego misja i historia się nie skończyła, ale nabrała po ludzku niezrozumiałego kierunku i kształtu. Przekonali się o tym wszyscy – wierzący i niedowiarkowie – trzy dni później przy pustym grobie. I my tam się udamy, żeby na własne oczy ujrzeć i usłyszeć: dlaczego szukacie żywego pośród umarłych? nie ma Go, zmartwychwstał!
Ostatnia prosta. Trzy dni „zwykłe”, a potem piękne Triduum. Niesamowita prostota i wręcz ogołocenie kościołów, zakryte krzyże. Ujmująca zaduma wobec niesamowitości prawdy, przed którą stajemy, a która nastała, nastąpiła właśnie dla nas, wszystkich razem i każdego z osobna. Zadumane kolejki ludzi, którzy – czasami po wielu latach – stają u kratek konfesjonału, aby usłyszeć z ust kapłańskich słowa: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna, i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Pojednanie ma wiele twarzy, pewnie tyle samo, ilu nas jest na tym świecie. A jest możliwe tylko dzięki temu, co wydarzyło się na Golgocie w tamten Wielki Piątek. 

Dwie piosenki

Tym razem o dwóch muzycznych kawałkach, jakie odkryłem w ostatnich dniach.

Celowo wskazuję ten konkretny plik na YT – bo chyba pierwszy. Jeśli wierzyć autorowi i pochodzi z uroczystości zawarcia sakramentu małżeństwa, to znaczy, że przez 8 dni uzbierał przeszło 20 milionów odsłon. Czyli jakby co drugi Polak obejrzał to nagranie. 
Znam, hmmm, ze 4 co najmniej wersje tego utworu – Jeffa Buckley’a, Leonarda Cohena (pewnie najpopularniejsza), fajna instrumentalna Bon Jovi oraz Rufusa Wainwrighta. I jeśli to było wykonanie spontaniczne pewnie zbliżającego się do 60-tki irlandzkiego księdza – to ja jestem pod wrażeniem i w pewnym sensie tę wersję lubię najbardziej. A do tego z autorskim tekstem, dedykowanym parze młodej Leah i Chrisowi. 
W pewnym sensie – mimo z gruntu mało pozytywnego do Kościoła nastawienia – rozumiem wlepki takie jak ta („gdyby wszyscy księża tak śpiewali, to może czasem przeszedłbym się na mszę”). Bo ta sytuacja i komentarz dość dobrze obrazują sytuację w wielu kościołach – owszem, Msza czy nabożeństwo nie ma być koncertem, natomiast poziom oprawy muzycznej niestety dość często bywa żenująco i straszliwie mizerny, gdzie organista niekiedy „rozjeżdża się” z instrumentem, na którym sam gra, nie mówiąc już o repertuarze sprzed wojny i śpiewaniu w kółko tego samego. 
Z lekkim niesmakiem przeczytałem komentarz Franciszka Kucharczaka dla GN, którego pióro lubię i zdanie zwykle jednak podzielam. A jednak. Z kontekstu wynika, że x Ray zaśpiewał młodym w ramach tzw. dziękczynienia, czyli po Komunii Świętej. I tu zarzut – ksiądz przestał utożsamiać Chrystusa, co jest jego rolą w Eucharystii, i zaśpiewał „gwiazdorsko”, cokolwiek to znaczy. No tak, ale czy nie to samo robi większość księży na każdej, poza w całości recytowanymi, Mszy? Fakt, nie jest to Bogurodzica czy Kiedy ranne wstają zorze, albo też inny „hit” (ironia, sarkazm”) z naszego podwórka polskiego – ale czy ten utwór był gorszy? Refren – po prostu Alleluja, czyli wychwalajcie Pana. Pozostała część – nawiązanie do uroczystości zaślubin, miłości nowożeńców i wspólnego ze zgromadzonymi w świątyni świętowania i wspierania ich na nowej drodze. Czy to nie pasuje? Czy forma nie ta? Zaraz pewnie się ktoś odezwie – tak, muzyka powinna być na żywo, a nie puszczona… Ja nie widzę nic niestosownego w zaprezentowaniu przez księdza takiej kompozycji w takim momencie. Jakby zaczął się przy tym „gibać” czy tańczyć – to co innego. Tutaj po prostu zaśpiewał, i – nie ma co ukrywać – naprawdę dobrze, na poziomie, pięknie. Co nie zmienia faktu – pojęcia nie mam, jak pogodzić śpiewa wielkanocnego Alleluja w Wielkim Poście… I to na pewno nie pasuje z czysto liturgicznego punktu widzenia, o czym ksiądz na pewno wie. 
Drugi kawałek – tzw. „piosenka kanonizacyjna” (?) „Pod prąd” przygotowana w związku z wyniesieniem do grona świętych bł. Jana Pawła II:
Pomijając fakt, iż nie rozumiem tej nazwy (spotkałem się z nią na Frondzie), to dla mnie przesłuchanie tego utworu jest jednym wielkim rozczarowaniem. Jeśli ten właśnie utwór ma być przesłaniem Polski z okazji kanonizacji – to naprawdę słabo. Wojciech Waglewski, Adam Nowak, Jorgos Skolias, Sebastian Karpiel-Bułecka – nazwiska brzmią imponująco, niewątpliwie artyści dużego formatu (Nowak też jako autor bardzo fajnej książki, wywiadu-rzeki). Niestety, to nie wystarczyło. 
Tekst utworu nawiązuje do Tryptyku Rzymskiego polskiego papieża – co zauważa każdy, kto się z tym tekstem zetknął. Fanem twórczości Piotra Rubika nie jestem w całości, jednakże w mojej ocenie jego oratorium „Tu es Petrus” stanowi dużo bardziej udaną, przyjemniejszą dla ucha interpretację tych słów, do której przynajmniej ja wielokrotnie wracałem. Tu, niestety, ja nie widzę pozytywów, wykonawcy się być może starają, ale efekt, jak i w ogóle muzyka i w efekcie całość, są po prostu słabe. 
Swoją drogą – jedynie na marginesie – dość zastanawiające jest, że mało kto w ogóle zauważa, że kanonizowanych będzie 2 papieży, i że poza Janem Pawłem II jest tam jeszcze Papież uśmiechu, czyli Jan XXIII… 

Rekolekcje w necie

Wielki Post zbliża się dużymi krokami do końca, a ja jakoś nie miałem czasu na rekolekcje. Te parafialne – hmm, wczoraj się skończyły. Sądząc po niedzielnej homilii – całkiem w porządku, ale nie miałem jak być.
Dlatego poniżej moja autorska lista ciekawych rekolekcji do posłuchania/obejrzenia w necie. Takie naprawdę fajne – ludzi, którzy mają coś do powiedzenia:
Życzę każdemu – w tym sobie – żeby dobrze przeżyć te swoje rekolekcje, jakie by one nie były, nawet w tym codziennym bieganiu. 
Z kolei od wczoraj – wraz z nowym (format!) TP wpadła mi w ręce książeczka z medytacjami via dolorosa ks. Adama Bonieckiego. Heh, no piękne – proste, krótkie i mocne. Tak, jak lubię. 

Wszystko ma swój czas

Był pewien chory, Łazarz z Betanii, z miejscowości Marii i jej siostry Marty. Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat Łazarz chorował. Siostry zatem posłały do Niego wiadomość: Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz. Jezus usłyszawszy to rzekł: Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą. A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. Mimo jednak że słyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: Chodźmy znów do Judei. Rzekli do Niego uczniowie: Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz? Jezus im odpowiedział: Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeżeli ktoś chodzi za dnia, nie potknie się, ponieważ widzi światło tego świata. Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła. To powiedział, a następnie rzekł do nich: Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę, aby go obudzić. Uczniowie rzekli do Niego: Panie, jeżeli zasnął, to wyzdrowieje. Jezus jednak mówił o jego śmierci, a im się wydawało, że mówi o zwyczajnym śnie. Wtedy Jezus powiedział im otwarcie: Łazarz umarł, ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli. Lecz chodźmy do niego. Na to Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć. Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już do czterech dni spoczywającego w grobie. A Betania była oddalona od Jerozolimy około piętnastu stadiów i wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Rzekł do niej Jezus: Brat twój zmartwychwstanie. Rzekła Marta do Niego: Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Rzekł do niej Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? Odpowiedziała Mu: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat. Gdy to powiedziała, odeszła i przywołała po kryjomu swoją siostrę, mówiąc: Nauczyciel jest i woła cię. Skoro zaś tamta to usłyszała, wstała szybko i udała się do Niego. Jezus zaś nie przybył jeszcze do wsi, lecz był wciąż w tym miejscu, gdzie Marta wyszła Mu na spotkanie. Żydzi, którzy byli z nią w domu i pocieszali ją, widząc, że Maria szybko wstała i wyszła, udali się za nią, przekonani, że idzie do grobu, aby tam płakać. A gdy Maria przyszła do miejsca, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go upadła Mu do nóg i rzekła do Niego: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: Gdzieście go położyli? Odpowiedzieli Mu: Panie, chodź i zobacz. Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: Oto jak go miłował! Niektórzy z nich powiedzieli: Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł? A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: Usuńcie kamień. Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie. Jezus rzekł do niej: Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą? Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić. Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. (J 11,1-45)

Pewnie jeden z tych ewangelicznych obrazków, które najbardziej pokazują ludzką naturę Jezusa. Już w pierwszych słowach osoba trzecia wskazuje, że Łazarz był postacią przez niego ukochaną. Później słowa o zapłakaniu o rozrzewnieniu. A jednak – nade wszystko działa, kierując się większą chwałą Bożą. Pewnie mógł przybyć wcześniej, zanim Łazarz zmarł. Nawet na pewno. A jednak – nie przyspiesza podróży i dociera na miejsce żałoby. 
Nawet ten, którego Bóg kocha – a tak naprawdę to znaczy: każdy z nas, czy sobie z tego sprawę zdaje, czy nie – nie jest przez to, jakby z tego tytułu pozbawiony cierpienia, chorób i perspektywy śmierci, która nadejdzie i jest jednym z niewielu pewnikiem. Pięknie to opisał o. Grzegorz Kramer SI: „[Śmierć] Choć sama, w sobie jest bezsensowna, to mocą Boga, staje się znakiem pokazującym siłę Boga”.
Ludzie Jezusa nie rozumieli. Kiedy posłużył się pojęciem snu – myśleli, że Łazarz po prostu zasnął i On go obudzi. Jezus rozumiał, że Jego rolą w tej sytuacji nie było uratowanie Łazarza przed śmiercią – czego ostatecznie dokonał już z perspektywy krzyża i pustego grobu – ale ukazanie chwały Boga, który zwycięża śmierć i wskrzesza tego, który po prostu rozkładał się już w grobie po kilku dniach od śmierci. 
Piękna w tym wszystkim jest postawa Marty – tej „złej” z drugiej opowieści, kiedy Jezus do całej trójki rodzeństwa przybył w gościnę, a Marta skupiała się tylko na kwestiach materialnych. Teraz już wierzy i wie, że dla Zbawiciela nie ma rzeczy niemożliwych, Bóg Ojciec Mu nie odmówi. Co więcej, jest chyba jedną z niewielu osób, które rozumieją prawdę o zmartwychwstaniu umarłych, jakie nastąpi w dniu Powtórnego Przyjścia Syna Bożego na świat. Pan Jezus jest ponad to wszystko, On sam jest odpowiedzią – zmartwychwstaniem i życie, i wierzący w tę prawdę nawet po śmierci otrzyma życie. Druga z sióstr – Maria – z kolei, jak wtedy, poprzednim razem, upada do Jezusowych nóg i płacze. 
Paradoksalnie, świadkowie sytuacji nadal niczego nie rozumieli – swoje myśli skupiali na tym, „co by było, gdyby…” czyli jak potoczyły by się wydarzenia, gdyby Jezus był przy Łazarzu kilka dni wcześniej. Nikt nie wybiega myślami w drugą stronę – skoro On uzdrawia, to czy i w tej sytuacji nie uczyni cudu? Łazarz nie żyje – ale czy Syn Boży jest w stanie to odmienić? 
Można się domyślać, że cud dokonał się siłą wiary Marty i Marii, sióstr zmarłego. „Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?” I ta piękna Jezusowa modlitwa: „Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!”. Jezus nie prosi, nie mówi jako człowiek, który kieruje serce ku Bogu w trudnej sytuacji – ale jako Bóg, który rozkazuje władzy o wiele mniejszej i w porównaniu z Nim wręcz śmiesznej. Won, śmierci! Łazarzu, wracaj do nas! Już wtedy, wypowiadając to niejako polecenie do zmarłego, wiedział, że Bóg Ojciec Go wysłuchał. 
Dlaczego tak to wyglądało? Dlaczego Jezus nie przeniósł się nagle do Betanii i nie uleczył chorego zanim ten zmarł? Po to, aby w momencie cudu, opisanego wyżej, więcej osób na własnej skórze zobaczyło wielkość Boga i dzięki temu uwierzyło. I z nami jest tak samo. Jezus ciągle przychodzi, zaprasza, wyciąga rękę – ale nie zawsze wskazuje drogę na skróty, i bardzo często trzeba się namęczyć, poczekać, a na pewno dać coś z siebie, aby do Niego dotrzeć, zrozumieć, docenić. Czasami wydaje się, że On przychodzi w sytuacji bez wyjścia, beznadziejnej – kiedy dosłownie gnijemy już w grobie swoich grzechów, słabości, uzależnień, małości i bylejakości. To nic nie zmienia – każdy w swoim sercu usłyszy wezwanie, takie samo, jak wypowiedziane do Łazarza. Tylko że nie będzie to rozkaz – a zaproszenie, prośba, propozycja. Wyjdź z tego syfu, zbudujmy razem coś sensownego. Żeby docenić przemianę i nową jakość życia trzeba bowiem najpierw uświadomić sobie beznadzieję dotychczasowej egzystencji. 

Stacja 7 – drugi upadek

Ciężar staje się coraz bardziej morderczy i nie do zniesienia, rany bolą coraz bardziej nieznośnie. Nawet przy pomocy Szymona pokonywanie kolejnych wąskich alejek jerozolimskich coraz bardziej staje się niewykonalne. Wystarczy chwila nieuwagi – kolejny upadek. 
Ale w tym właśnie momencie Jezus staje się nam najbardziej bliski. On, który upadał nie przez własne grzechy i słabości, nam – sprawcom Jego męki, autorom i właścicielom tego wszystkiego, co w Nim zawisło na krzyżu – pokazuje wyraźnie, co należy zrobić w takim momencie. Wziąć się w garść. Nie dać się. Znaleźć w sobie pokłady siły i iść dalej. Nie poddać się. 
Nawet, jeśli rezultat danej walki jest prosty do przewidzenia. Nawet jeśli wydaje się, że to po ludzku nie ma żadnego zupełnie sensu. Czasami wytrwałość i przekonanie do tego, co się robi, jest najlepszym świadectwem – i po prostu jedynym, co człowiek wiary może dać od siebie. Nie uciec. Nie zdezerterować. Wytrwać. Powstać. 

Stacja 6 – boskie oblicze

Pan Bóg pozostawia nam znaki w najdziwniejszych miejscach i momentach życia. Można raczej w ciemno założyć, że Weronika nie należała do wyznawców Jezusa, nie szła za nim od początku Drogi Krzyżowej. Pewnie po prostu z ciekawości wyszła na ulicę, chcąc zobaczyć sprawcę zamieszania i przyjrzeć się temu, co się tam działo.
Musiało ją przerazić to, co zobaczyła – kogo zobaczyła. Zdobyła się bowiem na gest niewątpliwie ryzykowny, przy tak wielu złorzeczących i ubliżających Mu, a do tego sporej z pewnością grupie żołnierzy rzymskich – przecisnęła się przez tłum i zapragnęła ulżyć skazańcowi. Niewiele miała możliwości, więc chociaż chciała otrzeć pot i krew z Jego twarzy. Nigdy się nie dowiemy, czy ich spojrzenia się spotkały, co Weronice powiedziały oczy Jezusa – czy po prostu dotknęła Jego twarzy. Chusta ta, jeśli wierzyć tradycji, do dzisiaj spoczywa we włoskim Manopello, jako uzupełnienie turyńskiego całunu – z widocznym i czytelnym portretem twarzy Zbawiciela, powstałym w niewyjaśniony dotąd sposób. 
Z nami jest podobnie, jak z tym całunem. Wielu próbuje udowadniać, że wiara to bzdura, opium dla mas i sfera dla ludzi niepoważnych, śmiesznych. Wielu stara się za wszelką cenę – u siebie i u innych – wymazać Boży pierwiastek i Jego przesłanie, skierowane do każdego z nas, za które On sam tak cierpiał na krzyżowej drodze. Na szczęście – bezskutecznie. Tak jak ta chusta trwa od przeszło 2000 lat, niezrozumiała a jednak do bólu autentyczna – tak Bóg nie daje się wyrzucić z naszych serc. I całe szczęście. 

Stacja 5 – Przypadkowy Cyrenejczyk

Tak zdaje się go przedstawiać tradycja, jako osobę, aktora krwawego teatru Męki Pańskiej, który sam nie zdawał sobie sprawę, że weźmie w tym wydarzeniu udział. Być może faktycznie tak było – po prostu tamtędy przechodził, wracał do domu z pracy – i na swoje nieszczęście został przez żołnierza rzymskiego przymuszony, aby pomógł Jezusowi. Z litości? Nie, żeby skazaniec nie umarł za wcześniej, bo widowisko by się skończyło. 
Ja nie mam wątpliwości – nie. Trudno więc powiedzieć o jakiejś jego świadomości tego, w czym wziął udział, do czego przyłożył rękę – a przecież dźwigał ciężar razem z Tym, który za 3 dni zbawi także jego samego. Pewnie w jakimś momencie pojawiło się współczucie dla Jezusa, który słaniał się pod ciężarem drzewa na nogach, może nawet zaparcie, aby za wszelką cenę donieść, pomóc Mu, i dotrzeć do końca tej drogi. Ewangelie nie mówią też, co było dalej – został pod krzyżem? odszedł? 
Ale był i Opatrzność dała Szymonowi wyjątkową szansę zrealizowania mini-epizodu w Bożym planie, w boskim zamyśle zbawienia. Odnalazł się w tym momencie i wypełnił swoją misję. A ile razy ja – niby świadomy, znający Ewangelię i prawdę o umiłowaniu przez Boga – w pełni z premedytacją pokazuję Bogu środkowy palec i pomimo kolejnego zaproszenia, idę swoją drogą?

Zwykły cud

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Jedni twierdzili: Tak, to jest ten, a inni przeczyli: Nie, jest tylko do tamtego podobny. On zaś mówił: To ja jestem. Mówili więc do niego: Jakżeż oczy ci się otwarły? On odpowiedział: Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloam i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem. Rzekli do niego: Gdzież On jest? On odrzekł: Nie wiem. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu. Inni powiedzieli: Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki? I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy? Odpowiedział: To prorok. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi? Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: Ma swoje lata, jego samego zapytajcie! Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. Rzekli więc do niego: Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy? Odpowiedział im: Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami? Wówczas go zelżyli i rzekli: Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi. Na to odpowiedział im ów człowiek: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. Na to dali mu taką odpowiedź: Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać? I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: „Widzimy”, grzech wasz trwa nadal. (J 9,1-41)

Nie da się ukryć – tekst niewątpliwie długi, ale i bardzo ciekawy – odzwierciedlający bardzo błędną mentalność i rozumowanie, które bardzo dobrze niestety zakorzeniły się i trwają nadal, mimo 2000 lat jakie upłynęły od czasu napisania tego tekstu. Mentalność Boga-złego sędziego: skoro komuś coś nie idzie, to na pewno przez Boga, z Jego woli. 
To nie jest tak, że ludzie rodzą się chorzy, niepełnosprawni, upośledzeni „bo Bóg tak chciał” i to Bóg chce kogoś w ten sposób ukarać – i naszą rolą jest się domyśleć: matkę? ojca? dalszą rodzinę? kogo? To wszystko ma służyć objawieniu się Boga. Po ludzku te wszystkie krzyże to tylko pole dla Bożej aktywności, jakby miejsca, w których może objawić się Bóg. Z jednej strony uzdrawiając ciało, ale przede wszystkim przychodząc do konkretnego człowieka i pragnąc uzdrowić jego serce, dać mu sens i cel. 
Jezus rozwala ten stereotyp czynem bardziej niż niepozornym – nakłada mu ślinę na oczy. Można by pomyśleć – wariat, jak nic. Uczynił dzieło – tylko jakie? Kazał niewidomemu iść do sadzawki i się obmyć – ale on odchodził już ze znakiem Jezusa, który wszedł w jego życie i postanowił zadziałać, uzdrowić tego nieszczęśnika.  
Ten człowiek, tuż po uzdrowieniu, pewnie nie rozumiał, co się stało. Widział cud. Nie można powiedzieć, aby ktokolwiek w jakikolwiek sposób przygotował go do powiedzenia w tym ogniu pytań i oskarżeń, aby świadectwo jakie dał o Jezusie było wyuczone i przygotowane. Mówił od serca. Trudno go również podejrzewać o teologiczne wykształcenie i zrozumienie pewnych niuansów. Rozumiał, że dotknęło go i jego udziałem stało się coś, co wymykało się ludzkim prawom i rozsądkowi. Stąd mówi – to prorok – wskazując na to, że nie ludzką i zmierzalną siłą dokonało się jego uzdrowienie. Równocześnie, z jaką płynnością i lekkością ów człowiek się wypowiada – bardzo łatwo zbijając argumenty adwersarzy. Nie bał się, aby dać świadectwo prawdzie, która go uzdrowiła. To jest jego indywidualny i świadomy wybór – w rodzicach w tej sytuacji nie znalazł oparcia, wykręcali się i, powołując się na jego wiek, kazali samego uzdrowionego pytać (nikt nie chciał być wyłączony z synagogi). Nikt nie mówił, że będzie lekko – a uzdrowiony, może częściowo nieświadomie, godzi się na to i podejmuje ryzyko. Wybór Jezusa to zdecydowany zysk – ale który nie raz i nie dwa razy przychodzi okupić, delikatnie mówiąc, niepopularnością, o ile nie cierpieniem. 
Bóg każdego z nas, inną, własną, indywidualną drogą, prowadzi do miejsca, które ukazuje zakończenie tego ewangelicznego obrazka – do momentu, kiedy – wiedząc, z Kim mamy do czynienia, stajemy przez Bogiem. A On nie zapyta o stan konta, wizytówki, kontakty, wiedzę, zdolności – tylko o to, czy wierzysz w Niego. Bóg przychodzi, aby otwierać oczy – ale tych, którzy najpierw zdają sobie sprawę z własnego błądzenia po omacku. 

Człowiek w bieli na kolanach

Papież Franciszek wzbudził powszechne zdziwienie… swoją spowiedzią. W pewnym sensie zastanawiam się – tym, że przyznaje się, że co 2 tygodnie się spowiada? czy tym, jak ta spowiedź w jego wydaniu miała miejsce. 
O ile pierwsze zdziwienie i zaciekawienie wydaje mi się kompletnie bez sensu – skoro ktoś jest praktykującym katolikiem (a trudno oczekiwać, aby zwierzchnik Kościoła nim nie był), to zrozumiałym jest, że się spowiada; i raczej naturalnym jednocześnie, że częściej niż w tym zakresie nakład wymóg polski zapis drugiego z 5 przykazań kościelnych. 
Zdziwienie wzbudziła forma – papież wyspowiadał się publicznie, i to w sensie europejskim w sposób mało znany. Natomiast według mnie – po prostu piękny. Nie dość, że Franciszek dał świadectwo – papież nie jest żadnym supermanem, człowiekiem bez grzechu, wyjętym za pomocą czarodziejskiej różdżki spod pokus i zakusów Złego. Jest normalnym człowiekiem, powołanym do wyjątkowej godności, a jednocześnie tak samo słabym, jak każdy z nas – który ma czym „pozawracać Bogu” głowę w konfesjonale (mimo, że bardzo często nam się wydaje, że my nie mamy czego tam szukać, bo właściwie to nie grzeszymy). Jan Paweł II, tak samo jak Benedykt XVI i ich poprzednicy, spowiadali się regularnie – ale prywatnie, u swojego spowiednika. Papież zadziwił – założenie przecież było takie, że przybywa na liturgię pokutną, aby wyspowiadać kilka osób – a tu nagle sam, już w komży i z fioletową stułą na szyji, postanowił dać wspaniały przykład. Sam mam rozgrzeszyć – więc moje serce powinno być najpierw czyste. Nie zazdroszczę zdziwienia księdzu, na którego trafiło, ale z pewnością nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Niemniej sam wymiar tego małego wydarzenia jest niewątpliwie piękny – dla każdego z nas, czy to świeckich jako penitentów, jak również kapłanów, stających w roli tak penitentów, jak i spowiedników. 
Mnie urzekła forma tego gestu – papież nie wszedł do konfesjonału, nie zamknął się w nim razem ze spowiednikiem. Zrobił to „po argentyńsku” – po prostu ukląkł na przeciwko spowiednika i wyznał grzechy, po czym uzyskał rozgrzeszenie. Dla mnie takie ciekawe nawiązanie do formy neokatechumenalnej – co mi się w tych wspólnotach bardzo podoba – tam penitent klęka przed stojącym spowiednikiem, który po wysłuchaniu spowiedzi, nauce i rozgrzeszeniu podnosi go z kolan i ściska. Piękna symbolika – tak samo jak w tej sytuacji, kiedy widzialna głowa Kościoła po prostu pada na kolana przed zwykłym księdzem, aby uzyskać z jego rąk Boże przebaczenie. Powiem szczerze, dużo bardziej taka forma do mnie trafia, niż drewniane, szczelne konfesjonały i ta kratka… 
I kilka pięknych papieskich myśli, z tym tematem powiązanych, w ramach kursu dla spowiedników, zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską, których przyjął 28 marca 2014 r. na audiencji w Auli Błogosławieństw Pałacu Apostolskiego w Watykanie (za info.wiara.pl):

Ojciec Święty przyznał, że istnieje dziś wiele trudności z sakramentem spowiedzi. Wynika to z różnych przyczyn natury zarówno historycznej, jak i duchowej. „My jednak wiemy, że Pan Bóg chciał dać Kościołowi ten ogromny dar, by wierni mieli pewność, że Ojciec im przebaczył” – powiedział Franciszek. Przypomniał, że najważniejszy w posłudze pojednania jest Duch Święty, gdyż to przez Niego zmartwychwstały Pan przekazuje nam nowe życie w wyniku sakramentalnego przebaczenia. „Dlatego macie być zawsze ludźmi Ducha Świętego, radosnymi i pełnymi mocy świadkami i głosicielami zmartwychwstania Pana” – zaapelował papież. Zwrócił uwagę, że „świadectwo to odczytuje się z kapłańskiego oblicza, słychać je w głosie księdza, który z wiarą i namaszczeniem sprawuje sakrament pojednania”. Ojciec Święty zaznaczył, że kapłan ma przyjmować wiernych „nie jak sędzia ani tym bardziej jako zwykły przyjaciel, lecz z dobrocią Boga, z miłością ojca, który widzi, jak wraca jego syn i wychodzi mu naprzeciw, z miłością pasterza, który odnalazł zagubioną owcę”. „Serce kapłana potrafi się wzruszyć, nie ze względów sentymentalnych czy emocjonalnych, lecz z głębi Bożego miłosierdzia! Choć tradycja rzeczywiście wskazuje na podwójną rolę spowiednika jako lekarza i sędziego, to jednak nie zapominajmy, że jako lekarz ma on uzdrawiać, a jako sędzia uniewinniać” – podkreślił Franciszek. Zwrócił ponadto uwagę na potrzebę odpowiedniego podejścia do penitentów, pamiętając, że z natury trudno jest wyznawać własne grzechy drugiemu człowiekowi. „Dlatego powinniśmy pracować nad sobą, nad naszym ludzkim podejściem, aby nigdy nie być przeszkodą, lecz zawsze ułatwiać przystępowanie do tego sakramentu” – powiedział Ojciec Święty. „Lecz jakże często się zdarza, że ktoś mówi: nie spowiadam się od tak wielu lat, zrezygnowałem ze spowiedzi po spotkaniu z kapłanem, który mi powiedział to i to. Od takich osób dowiadujemy się o nieostrożności, braku miłości duszpasterskiej. Oddalają się oni z powodu złych doświadczeń ze spowiedzią. Nigdy się coś takiego nie stanie, jeśli jest postawa ojcowska, która wypływa z dobroci Boga. I należy się wystrzegać dwóch skrajności: rygoryzmu i rozluźnienia. Żadna nie jest korzystna, bo przy żadnej z nich nie traktuje się poważnie osoby penitenta. Natomiast miłosierdzie słucha rzeczywiście sercem Bożym i chce towarzyszyć duszy na drodze pojednania. Spowiedź nie jest sądem potępienia, lecz ma być doświadczeniem przebaczenia i miłosierdzia” – podkreślił papież.

Stacja 4 – Matka bolesna

Pamiętam taki obrazek, fakt, sprzed wielu lat – jego znaczenie dotarło do mnie dużo później. Starszy pan, mocno już schorowany, stojący nad świeżym grobem swojej córki – osoby w momencie śmierci przeszło pięćdziesięcioletniej, więc w pewnym sensie mającej ładny kawał życia za sobą. I taka myśl – rodzic nie powinien chować swojego dziecka. To nie jest prawidłowa kolejność.
Czy Maryja wiedziała, była świadoma, dokąd Jezus zmierza, co Go czeka na szczycie, u kresu drogi? Myślę, że jako matka tak – i ta świadomość, mniej lub bardziej, towarzyszyła jej od ofiarowania Dzieciątka te 33 lata wcześniej w świątyni, kiedy św. Symeon mówił o tym, że jej serce miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Spotykają się, a właściwie natrafiają na siebie – ona pewnie Go szukała, jedynie na moment, świetnie pokazano to w „Pasji” Gibsona. Jedno spojrzenie, i morze miłości. Miłości, która wzniesie się na swoje wyżyny tam, kiedy będzie świadkiem najpierw krzyżowania, a potem dogorywania. 
Miłości, która nie zwątpi i wytrwa do końca, aby utulić już po wszystkim umęczone ciało.