Stacja 14 – Grób, ale tylko na chwilę

Pora na pragmatyzm – co dalej? Trzeba coś zrobić z ciałem. Za chwilę szabat, zwłoki skazańca nie mogą pozostać niepochowane. Z pomocą przychodzi cichy sojusznik i wierny zmarłemu Mistrzowi Józef z Arymatei, członek Sanhedrynu. Ofiarowuje swój pusty, nowy, wykuty w skale grób. Tam w oczach ludzi zakończyć się miała ziemska droga Jezusa z Nazaretu, Mesjasza, Króla żydowskiego. Razem z Nikodemem – tym, który wcześniej z Jezusem rozmawiał, brał Go pod obronę przed Sanhendrynem – namaścili ciało, owinęli w płótno (wierzę, że dzisiaj znamy je jako Całun Turyński) i złożyli w cichej ceremonii do grobu. 
Ale Bóg Ojciec wymyślił to inaczej. Jego Syn wypełnił swoją misję i dokonał odkupienia w ten straszliwy sposób, stając się ofiarą krwawego spektaklu tłumu niewdzięcznych i bezmyślnych ludzi, którzy koniecznie chcieli widowiska i woleli uwolnić jakiegoś draba, zabójcę i łotra, a Księcia Pokoju skazali na umęczenie. To nie jest koniec. To dopiero początek. Jeszcze dwa dni… Potem nic już nie będzie takie, jak było. 
Piątkowy wieczór zakrywa się żałobą nad Jerozolimą, ale i nad całym światem, który opłakuje Syna Bożego, który złożył największą ofiarę – ofiarę własnego życia. Ale już niedługo. Ta historia w tym miejscu bynajmniej się nie kończy. Serce Maryi doznało ulgi na krótko – już w niedzielę rano najpierw kobiety, potem Piotr i drugi uczeń, a dalej inni, wzbudzą znowu trwogę w jej sercu. Pusty grób? Gdzie jest ciało jej Syna? Co się stało? Czy to możliwe…? Czy On… żyje? 
Przepraszam za chaotyczność tych wpisów… Rozważania powstawały na bieżąco, są tylko i wyłącznie moje własne. Oczywiście, zamysł był, aby pojawiały się systematycznie przez Wielki Post – wyszło jak wyszło, czyli po 2-3 dziennie. Mam nadzieję, że komuś się przydadzą. 

Stacja 13 – Ulga

Nie wiem, jak dla tych wiernych i towarzyszących Jemu aż na krzyż – kobiet i młodego Jana – ale dla Maryi musiał być to swego rodzaju moment ulgi. Już Go nie boli. Już nie pieką ciągle otwierające się rany, już nie uciska korona cierniowa, już lodowata stal gwoździ nie rozrywa ciała i kości. Nawet krew i woda z tej wielkiej rany z boku już tak nie płynie. Wykonało się. Odszedł. Umarł. 
Zmaltretowany, poobijany, posiniaczony, cały we krwi. Tak wygląda, niepozornie, wręcz dramatycznie Ktoś, stojąc z boku, mógłby pomyśleć: Ten, który chciał, aby Go uznać za Króla życia i Króla żydowskiego. Ha! Więc jednak był szarlatanem – i dostał to, na co zasłużył. Tak kończą oszuści – o, jak ci obok niego. Wszyscy po jednych pieniądzach. Dobrze, że już po nich. 
Ciała zdejmują z krzyża w pośpiechu – za chwilę rozpoczyna się szabat. Pewnie i z wydaniem ciała Chrystusa był problem – bo czy nie posłuży ono, nawet po Jego śmierci, do jakiś prowokacji, rozruchów? Ale byli pewni siebie – co On im może zaszkodzić, zza grobu? Niech sobie biorą. Byle Go szybko pochowali. Byle by to mieć już za sobą. 

Czwartek

Dzień Księdza, pamiątka Eucharystii. Jak zwał, tak zwał. Piękny dzień z dwiema liturgiami – diecezjalną Mszą Krzyżma Świętego, jednoczącą co do zasady całe prezbiterium diecezji z jej biskupami, oraz każda wspólnota z własną Mszą Wieczerzy Pańskiej. Wymowny moment zamilknięcia organów, stukot kołatek, towarzyszenie Jezusowi Eucharystycznemu do Ciemni (kaplicy adoracji). No i sporo ludzi, którzy – jakby nieco bezmyślnie – przechodząc przed pustym i otwartym tabernakulum, bez wiecznej lampki, dzielnie przed nim (przed czym?) klękając. 
A potem niesamowite – dla mnie bardzo wyczekiwane co roku (brakuje mi tego – nie mam dzisiaj czasu ani możliwości uczestniczyć…) wieczorne adoracje w ciemnym kościele. Spokojna i na swój sposób niesamowita rozmowa z Bogiem, który jest i żyje, jutro ma umrzeć, więc czeka jakby przyczajony gdzieś w bocznej kaplicy, nie jak zwykle w tabernakulum, a każdy z nas czeka już na niedzielę i pusty grób jako znak zwycięstwa. 
W ramach wielkopostnego wyrzeczenia postanowiłem dzisiaj (rano u mnie -3 stopnie) pojechać rowerem do pracy, całą trasę, i wysiłek w obie strony ofiarować w intencji dobrych, oddanych, ofiarnych i skorych do pracy kapłanów (więc i biskupów również). Mam nadzieję, że dobry Bóg ten wysiłek przyjął, bo zmachałem się okrutnie 🙂 

Stacja 12 – Zwycięstwo

Paradoks bez porównania. Po ludzku totalna porażka, śmierć może i męczeństwa – ale śmierć, więc koniec. A jednak w tym zdarzeniu zawiera się największe zwycięstwo w historii ludzkości, wydarzenie bez precedensu, które na zawsze zmieniło wszystko, przewróciło do góry nogami dotychczasowy porządek. Dopisało nowy rozdział – ofiarowany każdemu z nas dzisiaj, i wszystkim innym wcześniej i później także. 
„Życie wiernych Twoich, o Panie, zmienia się ale się nie kończy” jak mówi jedna z prefacji – świetnie oddając konsekwencje śmierci Jezusa. Pokonał śmierć, samemu umierając, czyli poddając się w jej władanie. Zwyciężył… przegrywając. On umarł i żyje po to, żeby każdy z nas mógł tak samo – nie umierać i rozpadać się w nicości czasu, ale trwać dalej inaczej, w inny sposób. Odtąd już dalej w bliskiej obecności, w namacalnej bliskości Boga. 
A jednak, wszyscy ci świadkowie potrzebują perspektywy czasu, żeby zrozumieć to, co się stało. Wtedy była rozpacz i pewność: wszystko przegrane. U nas też się tak zdarza. I z tej prawidłowej perspektywy widać jak na dłoni, że pozory potrafią mylić. Jezus umarł i w tej Jego śmierci, w mocy krzyża jest nasze zwycięstwo. 

Stacja 11 – Ukrzyżowany

Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak wielki musiał być ból, kiedy Go przybijali do drzewa. Bardzo wymownie – drastycznie, czyli realistycznie – pokazał to Mel Gibson w swojej „Pasji”. Nie dość, że ciało wycieńczone, obite, napuchnięte, całe we krwi – to jeszcze teraz męczone w tak okrutny sposób. 
Cierpienie Zbawiciela osiągnęło apogeum. Dalej była już tylko powolna śmierć, kiedy ludzkie ciało poddawało się konsekwencjom przeżytych męczarni, popychając Jezusa w ramiona Ojca. Jeszcze tylko kilka uderzeń młotka, palący ból w rękach i nogach, a za moment ciało prawie bezwładnie, jakby bez życia, zawisło nad Golgotą, pomiędzy dwoma innymi osobami. Coraz trudniej jest oddychać – o to chodziło oprawcom. Powolne przegrywanie walki o każdy oddech. 
Ile razy jest tak, że ja się boję i w ostatnim momencie uciekam spod krzyża. Ile razy mam świadomość, że powinienem coś powiedzieć, wstać, zabrać głos, zaoponować, wyrazić sprzeciw – a siedzę w kącie po cichu, bo brakuje siły? woli? odwagi? Dlatego dziękuję za przykład wytrwałości do końca, nawet kiedy wydaje się on być jedną wielką porażką. 

Stacja 10 – Ogołocony

Pomimo tych wszystkich poniżeń – przebrania, korony cierniowej raniącej głowę i zalewającej krwią oczy, brudnego od krwi i lepiącego się do ciała płaszcza, quasi berła – Jezus w ocenie tych, którzy Go męczyli nie wycierpiał jeszcze wystarczająco. Nie mieli dość zabawy, chcieli więcej. Można Go było upodlić jeszcze bardziej. Czym zawinił? Czym spowodował tak wielką nienawiść i furię? Miłością, miłosierdziem, widzeniem człowieka i jego potrzeb, współczuciem, otwartością – długo by wymieniać.
Dlatego tam, gdzie mieli Jezusa ukrzyżować, dochodzi do ogołocenia Go po ludzku. Więcej nie mogli Mu jako ludzie nic zrobić. Skoro już był i tak prawie martwy, słaniający się na nogach, umęczony – to mogli tylko pozbawić Zbawiciela tej resztki ludzkiej godności, obnażając Pana z Jego szat. Co to komu dało? Nic, tak samo jak jakiekolwiek drwiny, docinki i złośliwości. Krótka satysfakcja i czyiś ból. Dla Jezusa to nie miało znaczenia – dotarł do celu, tak niewiele już zostało. Zniósł tyle po drodze, wytrzyma i to. To, że zabrali mu te marne namiastki własności nie liczyło się.
Kielich był już tuż obok. 

Wyszło szydło z worka

Dwa powiązane ze sobą teksty – z Wielkiego Wtorku i Wielkiej Środy – mówiące o zdradzie Judasza. Dwóch ewangelistów na swój sposób o tym samym:

Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi. Jeden z uczniów Jego – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: Kto to jest? O kim mówi? Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: Panie, kto to jest? Jezus odparł: To ten, dla którego umaczam kawałek /chleba/, i podam mu Umoczywszy więc kawałek /chleba/, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty A po spożyciu kawałka /chleba/ wszedł w niego szatan. Jezus zaś rzekł do niego: Co chcesz czynić, czyń prędzej. Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: Zakup, czego nam potrzeba na święto, albo żeby dał coś ubogim. A on po spożyciu kawałka /chleba/ zaraz wyszedł. A była noc. Po jego wyjściu rzekł Jezus: Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale – jak to Żydom powiedziałem, tak i teraz wam mówię – dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, dokąd idziesz? Odpowiedział mu Jezus: Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz. Powiedział Mu Piotr: Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? życie moje oddam za Ciebie. Odpowiedział Jezus: życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz. (J 13,21-33.36-38)

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia? On odrzekł: Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu . A gdy jedli, rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi. Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty. (Mt 26,14-25)

Zastanawiające jest, że nikt z uczniów nie rozumiał tego pierwszego obrazka – mimo oczywistych pytań i odpowiedzi Jezusa, skierowanych do Jana, i wymownego gestu, jaki uczynił w kierunku Judasza. Nic dziwnego, że się wszyscy zastanawiali – kto może być zdrajcą? Pewnie już ze 3 lata minęły, jak wędrowali z Jezusem. On uprzedzał, dokąd – ku czemu – zmierza, mówił o śmierci i zmartwychwstaniu, burzeniu i wznoszeniu świątyni swojego ciała, ale uczniowie nie rozumieli. Sytuacja Jezusa już była trudna – na każdym kroku czyhali Żydzi i faryzeusze. 
Tu Jezus też mówi nieco enigmatycznie – nic wprost. Zapowiedział poszukiwania, tłumaczy, że jeszcze w tym momencie oni nie mogą za Nim podążyć. To wszystko miało się stać już za 3 dni! Wszystko się zgadza – tą samą drogą męczeństwa poszedł za Jezusem każdy z Jedenastu, poza Janem. Wszystko się w odpowiednim czasie wypełniło. Wymowne preludium – Bóg Człowiek ponownie objawia prawdę o tym, co Go czeka. 
Ta sytuacja uczy umiejętności bardzo potrzebnej i życiu przydatnej – przezwyciężania kryzysów, wytrwania. Nikt nie usłyszał oskarżenia wprost – poza adresatem, który już wszystko rozumiał, Judaszem – ale wątpliwości targały każdym z nich. Czy ja? A może on, albo tamten? Wytrwali jednak, oparli się tej próbie. Na pozór normalnie, bez związku z sytuacją, ale decyzję podjął jeden z nich, wychodząc z wieczernika. Judasz już wiedział, co zrobi. W tym sensie jego rola w historii zbawienia jest doniosła – skoro wydarzenia potoczyły się tak, jak się potoczyły, to nie doszło by do poszczególnych wydarzeń dalej bez tej jego zdrady. Wątpliwa zasługa – o czym Jezus mówi wprost w drugim tekście – ale jednak. 
My dzisiaj też chcemy trwać – choćby na wielkoczwartkowej adoracji Jezusa Umęczonego w ciemni. Deklarujemy gotowość, chcemy być – tak samo jak Piotr. Te słowa Jezusa do niego skierowane nie były formą wyrzutu – po prostu stwierdzeniem faktu przez Tego, który zna serce każdego z nas. Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz. Nie mylił się – dokładnie to stało się w ciągu następnych kilku godzin. Ale to nie był koniec dla Piotra – on w przeciwieństwie do Judasza umiał wyciągnąć wnioski, zawierzyć Bogu i iść dalej – stając się Opoką pierwszego Kościoła. 
I tu jest wzór dla nas – my też wiele deklarujemy, obiecujemy, targujemy się z Bogiem. Nie chodzi o to, aby złote góry Mu obiecywać, prześcigać się w obietnicach. Powoli, pomału. Lepsze mniejsze i prostsze postanowienie, ale i konsekwentna realizacja niż spektakularna porażka. Nie wyprzeć się, nie zdezerterować – po prostu wytrwać. 

Wielki Tydzień, wielka wtopa z Jasienicą w tle

Myślałem, miałem nadzieję i liczyłem na to, że o Jasienicy już w mediach nie usłyszymy, tak samo o diecezji warszawsko-praskiej w kontekście sporu na linii Hoser-Lemański. Niestety. 
Od połowy lipca 2013 r. w parafii w Jasienicy obowiązki proboszcza pełni administrator ks. Grzegorz Chojnicki. Ks. Lemański odwołał się od tej decyzji do Watykanu, ale zgodnie z porozumieniem jakie zawarł z abp Hoserem, mógł mieszkać na terenie parafii i sprawować tam funkcje kapłańskie. Był spokój. Cytując Lemańskiego: „Zastępowałem go [administratora parafii] czasem w kancelarii, mogłem spokojnie odprawiać mszę i spowiadać. Jednocześnie mieszkałem i nadal mieszkam u zaprzyjaźnionego ks. Jana w Tłuszczu”. Wydawało by się – problem zażegnany, ku uldze chyba wszystkich. 
Sprawa się rypła w sobotę przed Niedzielą Palmową, niecały tydzień temu. W trakcie rekolekcji ks. Lemański spowiadał w Jasienicy, po czym od administratora parafii otrzymał kopertę – z treścią której zapoznał się dopiero po powrocie do Tłuszcza. Dekret, z którego wynika, że ma on zakaz sprawowania funkcji kapłańskich w Jasienicy. W Niedzielę Palmową nie został dopuszczony do koncelebry w Jasienicy i usłyszał, że ma opuścić kościół – zamiast czego usiadł w pierwszej ławce z wiernymi. Grupa wiernych, widząc to, postanowiła wyjść z kościoła – w czym Lemański próbował im przeszkodzić, prosząc o spokój, choć nie obyło się bez pokrzykiwań wiernych. 
Jak twierdzi rzecznik diecezji warszawsko-praskiej Mateusz Dzieduszycki – wierni zablokowali także wyjście z kościoła. Twierdził on, iż dekret biskupa stanowić miał doprecyzowanie dekretu watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa z zeszłego roku. Pytanie jednak – z jakiego powodu biskup wykonuje taki manewr, kiedy konflikt ucichł i sprawa wreszcie wydaje się zamknięta, i to tyle czasu później? 
Rzecznik diecezji twierdzi: „chociażby to, co się stało wczoraj w parafii, świadczy o tym, że w obecności ks. Wojciecha sprawy w Jasienicy nie idą w dobrą stronę”. A jakie dokładnie sprawy i co innego niepokojącego wydarzyło się od pamiętnego sporu w Jasienicy? Według mojej wiedzy – nic, dopóki abp. Hoser nie wystosował wspomnianego wyżej dekretu, czyli spokój był od lipca 2013 r. do kwietnia 2014 r. A jednak: „Zabranie głosu, poprzez zastawienie ławkami wejścia do kościoła i nie wpuszczanie na mszę świętą innych wiernych, pan uznaje za zachowanie właściwe?”. No tak, ale czy to Lemański to zrobił? To reakcja ludzi – spontaniczna – na to, co go spotkało, w tej sytuacji ewidentnie niewłaściwie i błędnie, bo nie zrobił zupełnie nic od czasu medialnego sporu, co faktycznie czyniło by zasadnym podejmowanie jakichkolwiek kroków przez biskupa celem jego dyscyplinowania. Rzecznik uważa jednak inaczej: „W ciągu tych ostatnich miesięcy kuria przyglądała się sytuacji i stwierdziła, że nie zmierza ona w dobrą stronę i potrzebne jest kolejne pismo zobowiązujące ks. Lemańskiego do dostosowania się do tego grudniowego dekretu”. Ładnie brzmi – ale nic z tego nie wynika. Co „szło w złą stronę”? To jest frazes, pustosłowie i gołosłowie. Niestety, kolejny raz – bo poprzednim razem było podobnie. A z drugiej strony – jeśli przyjąć, że coś się w Jasienicy miało w tym okresie od lipca zeszłego roku dziać – dlaczego ten dekret nie został wydany wcześniej, skoro abp Hoser utrzymuje, że obecność ks. Wojciecha wprowadza konflikty? 

Żeby było jasne – nie uważam, aby prawidłową i godną pochwały była postawa, która posłuszeństwo kapłana biskupowi rozumie jako to, że posłucham, jak wyczerpię środki odwoławcze – bo tu nie o to chodzi. Ale naprawdę, im dłużej na całość sytuacji patrzę – a tym bardziej na niezrozumiały dekret przykręcającego śrubę biskupa, wydany blisko rok czasu, kiedy nic się nie działo (o co jestem spokojny – sprawa jest medialnie na tyle lotna, że z pewnością w sytuacji afery usłyszelibyśmy o tym w mediach).  
Stało się, jak się stało – ucierpieli na tym ludzie, doszło do jakiejś zupełnie niezrozumiałej dla mnie reakcji na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Tego dnia bowiem kuria warszawsko-praska poinformowała o zamknięciu kościoła parafialnego do odwołania „w trosce o bezpieczeństwo wiernych uczestniczących w liturgii oraz w celu uchronienia przed profanacją sakramentów świętych i świątyni”. Wyczytać tam można, iż „Nabożeństwa sprawowane w Niedzielę Palmową były wielokrotnie zakłócane przez nieliczną grupę osób. Wiernym uniemożliwiano uczestnictwo w liturgii” – tzn. że zakłócał je ktoś z poza parafii, ktoś inny niż parafianie. A wydaje mi się, że jest to przysłowiowe odwracanie kota ogonem, bo działali sami parafianie – ich część, która nie godzi się (nic dziwnego) na takie a nie inne traktowanie ich byłego proboszcza. Co ciekawe, wspomniany wyżej rzecznik diecezji wskazał wczoraj, iż zamknięcie kościoła nastąpiło na prośbę… parafian
Których? Jest tu ewidentny konflikt i widoczny podział w parafii. Biskup bierze więc ludzi na przeczekanie, siłą. Pytanie tylko, czy ma ku temu prawo? Oczywiście – do niepokojów doszło, i to w toku liturgii, pytanie jednak: z jakiego powodu? Sprawa dotyczy ks. Lemańskiego, ale czy w tej sytuacji nie ma on – i ci, którzy zaprotestowali – racji, że właściwie z niczego, bez jakiegokolwiek konkretnego zarzutu ani wskazania przewinienia, nagle zostaje on ponownie ukarany, co niezręcznie maskuje się twierdzeniem o „precyzowaniu” dekretu z Watykanu? 
Żeby było ciekawiej – także sam biskup Hoser przyznaje, że jest świadomy rozłamu wśród wiernych. Szkoda, że równocześnie nie raczy zauważyć, że w sposób jednoznaczny sam go obecnie wywołał – swoją bezzasadną decyzją, która (w pełni dla mnie zrozumiale) wywołuje łatwe do przewidzenia skutki, sam zaś prowodyr sytuacji bardzo niezręcznie próbuje zwalić winę na Lemańskiego. 
Trafnie ks. Kazimierz Sowa stwierdził na swoim blogu, że czas i forma, styl i metody tych działań (diecezji) mają się nijak do Ewangelii. Kolejne strzelanie sobie w stopę – podobnie jak było ze słynnym już i na szczęście byłym rzecznikiem diecezji prałatem Lipką. Wiernym zafundowano bieganie do kościołów okolicznych parafii, a w Polskę i świat idzie kolejny „budujący” obrazek: „zamknęli kościół bo ludzie powiedzieli co myślą, że kara spotyka księdza, który ma odwagę mówić o wielu trudnych i bolesnych a czasem skandalicznych zdarzeniach w życiu Kościoła a w tej samej diecezji toleruje się duchownych mających na sumieniu (a często w orzeczeniu prawomocnego wyroku) poważniejsze uchybienia i grzechy”. I ostatni cytat z ks. Sowy: „Sprawa konfliktu ks. Lemańskiego z jego biskupem i władzami diecezji warszawsko – praskiej od początku wygląda na kliniczny wręcz przykład, że zawsze może być gorzej i zawsze można zdobyć się na kolejne słowa i czyny, które nie mają nic wspólnego ani z poczuciem sprawiedliwości ani z troską o dobro wiernych. Błędy popełniają obie strony, ale kolejne komunikaty kurii są niezrozumiałą demonstracją urzędowej siły i władzy”. Niestety, bardzo trafnie. 
Ks. Lemański jest uparty – ale nie da się ukryć, że w jego sytuacji chyba postąpiłbym podobnie, bo nie rozumiem tych konkretnych działań biskupa, czemu robi to co robi, z jakiego faktycznie powodu, i akurat teraz. On pewnie też ich nie rozumie – skoro z dekretu nic konkretnego nie wynika, a także rzecznik diecezji nie potrafi (nie chce?) powiedzieć, o co dokładnie chodzi, na czym polegają rzekome dalsze (po lipcu 2013 r.) przewinienia Lemańskiego, które uzasadniałyby działanie Hosera. Przede wszystkim zaś nie rozumiem lekkomyślności i braku wyobraźni abp Hosera – dlaczego pasterz, który – jak sądzę – jest też (a przynajmniej powinien być) ojcem dla księży i wiernych swojej diecezji – nie potrafi przewidzieć tego, co mogą wywołać jego decyzje? On powinien być mądrzejszy z tych dwojga. A wykonał swój ruch w przededniu Niedzieli Palmowej – ostatni prosta Wielkiego Postu, otwieranie serc na przebaczenie, pojednanie (z Bogiem i między sobą), refleksję i pokutę. Albo ja źle widzę – albo tu jest działanie, które w sposób oczywisty musiało wywołać efekt dokładnie odwrotny. 
Konkluzja? Pięknie to ujął Błażej Strzelczyk: „W czasie, gdy papież obmywa nogi chłopakom w poprawczakach i mówi, że nie ma w Kościele miejsca dla przeciętnych księży, to my, tu nad Wisłą, nie możemy sobie wyobrazić, żeby biskup obmył stopy księdzu ze swojej diecezji, a później ten ksiądz obmył nogi swojemu biskupowi. Bo przecież o to chodzi w ten Wielki Czwartek. O gest braterstwa i uniżenia. Zamiast tego dostajemy: dekret, rekurs, kanon, komisje, radiowóz przed kościołem i zdezorientowanych parafian w Jasienicy i protest wiernych przed katedrą”. 
I jeszcze jedno piękne i krótkie podsumowanie z cyklu „I had a dream…” – Konrad Sawicki z Więzi.

Stacja 9 – trzeci upadek

Im dalej, tym trudniej. Właściwie to już było całkiem blisko. Zresztą, jakie to miało znaczenie? Jezus na pewno wiedział, w jakim kierunku, ku czemu zmierzał. Nie krzyż, nie śmierć, nie gwoździe, włócznie, dwóch razem z Nim krzyżowanych. Dalej. Więcej. Otwarte ramiona ojca. Ale i tak upadł, bo i grzechy ciążyły, i świadomość ludzkiej słabości i grzeszności przygniatała.
Jedno trzeba powiedzieć jasno: taki upadek zawsze będzie lepszy niż bezmyślne stanie i strach czy lenistwo przed pójściem naprzód. Lepiej iść i upadać, aby potem powstać – niż ze strachu stać w miejscu albo się cofać. Przed większością spraw nie uciekniemy, konkretne decyzje zawsze ostatecznie trzeba będzie podjąć, opowiedzieć się po jednej lub drugiej stronie. To nic, że boli – Jego też bolało i to o wiele bardziej. A wstał i poszedł dalej. Dla mnie, dla ciebie – dla każdego z nas. 
To jest też wielka sztuka – widzieć cel, a nie tylko skupiać się na drodze. Często nam tego brakuje. Tylko wtedy można znaleźć siłę, aby powstać – raz, drugi. Tyle, ile trzeba. Do skutku.

Stacja 8 – Pocieszenie

Ten obrazek bardzo mnie dziwił. Kto nad kim płakał? Czy nie doszło tu do niejakiego odwrócenia ról? Kobiety z dobroci serca pochylały się w swojej rozpaczy nad skrwawionym, umęczonym i przygniecionym ciężarem krzyża Jezusem. Mogły to być płaczki zawodowe – należące do bractwa rytualnych płaczek, lamentujących nad konającymi i skazańcami. To bez znaczenia. W patriarchalnym społeczeństwie Jezus także tutaj dokonywał wyłomu – otaczając się również w godzinie męki kobietami, które przecież towarzyszyły Mu przez całe życie. 
Co tutaj uderza? Jezus i w swojej sytuacji współczuje i znajduje ciepłe, aczkolwiek mocne słowa dla tych kobiet. „Nie płaczcie nade mną, płaczcie raczej nad sobą?”. On miał świadomość, że idzie ku kresowi ziemskiego życia, zbliża się do końca swojej drogi – i także w swojej, po ludzku rozpaczliwej, sytuacji nie wahał się upominać ludzi, aby zmienili swoje życie, aby się ratowali. Nad nim płakano – ale to On za chwilę zwyciężył. Nie chciał się mścić, nie chciał uciskać i wymuszać. Prosił cały czas ludzi – popracuj nad sobą, zmień się. 
Płacz nad Jezusem dźwigającym krzyż ma sens tylko wtedy, kiedy będzie początkiem refleksji nade mną samym – moim życiem, drogą którą idę i tym, co i jak robię, decyzjami jakie podejmuję. Wtedy te łzy mają szansę wydać owoc.