Problem komunikacyjny i reakcyjny polskiego Kościoła

W ostatnim wydaniu GN z dużym zaciekawieniem przeczytałem artykuł Bogumiła Łozińskiego pt. Reguły gry.

Niestety, łącznie ze zmianą serwisu internetowego, GN postanowił (w czym nie ma nic złego) udostępniać swoje teksty w internecie w całości jedynie w formie płatnego e-wydania. Zmieniła się zatem dotychczasowa praktyka – pod koniec tygodnia, albo po wydaniu kolejnego numeru, zawartość chyba praktycznie cała numeru poprzedniego była bezpłatnie dostępna w internecie. Oznacza to, że dzisiaj mogę podlinkować tylko kawałek, i co najwyżej zachęcić do przeczytania odpłatnie całości. Warto. 

Redaktor Łoziński opisał, bardzo obiektywnie i sensownie, jak to nasz Kościół polski – konkretnie w osobach swoich hierarchów – nie radzi sobie z istnieniem w mediach i reagowaniem na poszczególne sytuacje, wydarzające się na bieżąco, a tegoż Kościoła dotyczące. Skupił się na kwestii, o której od dłuższego czasu jest mowa, mianowicie na deklarowanych wprost w mediach przez Premiera i rząd planach likwidacji Funduszu Kościelnego. A konkretnie, niezrozumiałych i niepoważnych deklaracjach ze strony rządzących, w stylu „zamierzamy zmienić”. Owszem, zamierzać można, jednak zapominają o regulacjach konkordatu jako umowy pomiędzy RP a Stolicą Apostolską, która to umowa międzynarodowa wprost wskazuje, że tego typu zmiany powinny być przygotowywane i ustalane nie samodzielnie przez którąkolwiek ze stron, ale przez obydwie strony w drodze negocjacji. 
Problem problemem, kwestia w tym tekście poboczna, albo bardziej tło. Problemem jest to, co wynika z obserwacji reakcji hierarchii. Czyli jej braku. Co jest zupełnie niezrozumiałe, jako że w mediach liczy się szybkość tejże reakcji, o czym wiedzą wszyscy. Tym bardziej, że wypowiedzieć w tej kwestii mogło się kilka osób – Przewodniczący KEP, Sekretarz Generalny KEP czy biskup stojący na czele odpowiedniej Komisji KEP (ok, zareagował dość lakoniczną odpowiedzią… 2 dni później). Trudno się jednak dziwić polityce KEP, gdy – jak czytamy w tekście redaktora Łozińskiego:

Gdy w wywiadzie przeprowadzonym trzy miesiące temu zapytałem przewodniczącego episkopatu abp. Józefa Michalika, czy episkopat wypracował jakąś metodę przeciwstawienia się złemu obrazowi Kościoła w mediach, odpowiedział, że to katolicy świeccy w nich pracujący powinni dbać o jego wizerunek. To prawda, ale jeszcze większa odpowiedzialność za obraz Kościoła w przestrzeni publicznej spoczywa na ludziach stojących na jego czele, którzy z racji pełnionej funkcji mają tytuł do wypowiadania się w jego imieniu.

Niestety, nie rozumiem (chyba nie jedyny) takiego podejścia. Decydować to mają biskupi, a dbać o dobry wizerunek Kościoła, w którym decydują biskupi, mają… sami świeccy? Jakieś totalne nieporozumienie. Kościół sam powinien w osobach swoich hierarchów zrozumieć, że dzisiaj, gdy ludzie czerpią – także o Kościele – informacje głównie z mediów, to sam Kościół w osobach właśnie hierarchów powinien umieć reagować na bieżąco. Nie chodzi o eskalowanie konfliktu (który wydaje się, prędzej czy później, przy takiej postawie rządu raczej nieunikniony), ale zdecydowane, choć wyważone stanowisko: w odniesieniu do prezentowanych pomysłów rządu, Episkopat wskazuje na taką a taką regulację konkordatu, dotychczasową praktykę i przypomina, iż ustalenia takiej materii powinny być negocjowane i ew. zmieniane w drodze kompromisu pomiędzy Kościołem a rządem, nie zaś jednostronnych deklaracji i podejmowanych przez rząd w oparciu o nie czynności.    
Zabrakło tego. Padło kilka wypowiedzi ze strony niektórych kościelnych specjalistów – m.in. ks. prof. Walencika, znawca prawa kanonicznego. Chwała im za to, chociaż oni zachowali się tak, jak powinni, wykorzystując swoje kompetencje i wiedzę. Tylko że powinien to być głos wtórujący przy zdecydowanych wypowiedziach przedstawicieli Episkopatu, a nie – fachowa, ale jednak prywatna i pojedyncza – opinia pewnego księdza. Brakuje mi tutaj – i nie chodzi o to, że pochodzę z diecezji gdańskiej – zdecydowanego głosu abp. Tadeusza Gocłowskiego, który w czasach, gdy był metropolitą gdańskim nie wahał się zdecydowanie reagować w podobnych sytuacjach. 
Dziwi też to szczególnie w kontekście tego, że Sekretarzem Generalnym KEP został przecież niedawno człowiek nie dość, że młody, to jeszcze z kilkuletnim już „stażem” jako biskup (swego czasu, w chwili nominacji, najmłodszy na świecie) – czyli osoba, dla której realia działania mediów są na pewno dobrze znane, i która w mediach takich jak internet z pewnością porusza się swobodnie, rozumiejąc tym samym konieczność szybkiej i konkretnej reakcji w sytuacjach jak bieżąca, dotycząca kwestii, w której stanowisko Kościół powinien zająć możliwie szybko. A, jak na razie, nie potrafi – mimo, iż jest ono oczywiste, nie wymaga żadnego wypracowywania. 

Przemienienie ogłupia, a Bóg tylko prosi

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych. (Mk 9,2-10)

Niedzielnie, jak zwykle z poślizgiem.

Bardzo często jest tak, że ludzie domagają się, wręcz roszczą od Pana Boga znaków i cudów: na potwierdzenie Jego istnienia, na udowodnienie czegoś, wbrew sobie albo komuś. W postawie: należy mi się, powinno tak być. Jak wiadomo, nie tędy droga, i takie osoby najczęściej po prostu pogrążają się we własnej słabości i małości, bo jak wiadomo – Bóg nie złota rybka i nie robi tego, co Mu się każe, ani wtedy kiedy Mu się każe. Można u Niego wiele zdziałać – ale nie w ten sposób, nie tak. W niedzielę ewangelista Marek pokazuje obrazek, w którym pewnie wziąć udział by chciało wielu. 
Pan Jezus, żyjący, człowiek, przed wielkimi rzeczami jakich dokonał w Triduum, uchyla rąbka swojej boskości przed kilkoma (wybranymi? przypadkowymi?) uczniami. (Może i wybranymi: Piotr jako najbardziej uparty, ale w końcu Skała; Jakub jako ten, który pierwszy zginie; Jan jako jedyny który wytrwa pod krzyżem i nie zginie jako męczennik) I co się dzieje? Apostołowie, świadkowie całego zdarzenia… głupieją. Wiedzą, kogo widzą – Jezusa z Eliaszem i Mojżeszem – i zaczynają proponować stawianie namiotów dla tych, których widzą. A przecież to ludzie wiele wieków wcześniej zmarli! Doświadczają cudu, i nie potrafią się w tej sytuacji odnaleźć. 
Pytanie – co z tej sytuacji zapamiętali? Głos Boga Ojca z obłoku – polecenie, zadanie i zarazem wskazówkę, kogo należy słuchać? Obawiam się, że bardziej przejęli się – co zanotował ewangelista – rozważaniem nad tym, czym miało by być owo „powstanie z martwych”, które Jezus wskazał jako moment, kiedy mogli ujawnić to, co widzieli; nie wcześniej. Refleksja nad tym, czego byli świadkami, pewnie przyszła później, bardzo możliwe że już po zmartwychwstaniu. Ale przyszła. Kolejny kamyczek na wielkiej piramidzie dowodów na to, że Bóg działał przez Jezusa od początku do końca. 
I z tym wszystkim w I czytaniu Kościół zestawił nam (Rdz 22,1-2.9-13.15-18) obrazek Abrahama, którego Bóg wzywa do złożenia ofiary z jedynego, umiłowanego i przecież tak bardzo wyczekiwanego syna – Izaaka. Czas próby. Myślę, że wielu z nas – może i ja sam, od niedawna ojciec? – by się w podobnej sytuacji popukało w czoło i odwróciło plecami od Boga, który żąda czegoś tego rodzaju. Zabić własne, jedyne dziecko? Abraham widzi w tym wolę Bożą, idzie zgodnie ze wskazaniem. Ufa Bogu tak daleko, że wykonuje Jego polecenie. Nie waha się – w ostatniej chwili przed zabiciem dziecka powstrzymuje go anioł pański. Izaak był dla niego największym otrzymanym od Boga darem – a mimo tego nie zastanawiał się. Pan dał, Pan zabrał – niech imię Pańskie będzie błogosławione – jakby zacytować Hioba. 
Niewielu z nas Bóg prosi o porównywalne poświęcenie. Patrząc na wydarzenia ostatnich dni – można powiedzieć, że w sercu Bóg prosi o taką ofiarę rodziny ludzi, którzy przez ludzki błąd zginęły w katastrofie kolejowej w sobotę. Bożą wolą droga tych zmarłych się już zakończyła, są już razem z Nim. A my? Idziemy przez życie, niekiedy mocno bezmyślnie, nie zastanawiając się nad sobą, i bardzo często nie stać nas na nawet na rozmowę z Nim, krótką modlitwę, westchnienie czy poryw serca ku Niemu. On przychodzi i prosi – w Wielkim Poście np. o modlitwę, post i jałmużnę. Tak wiele? No nie. A i tak – jak niewiele osób potrafi na tę prośbę odpowiedzieć. Czasami przychodzi krzyż cierpienia i choroby – jak go znosimy? Najczęściej złorzecząc, i obwiniając Jego właśnie. 
Nie umiemy dostrzegać tego, że Bóg widzi dalej i lepiej od nas, i nigdy nie proponuje niczego bez sensu. Nawet jeśli sytuacja wygląda nie wiem jak beznadziejnie – On potrafi wyprowadzić z niej dobro. Oczywiście, o ile postąpimy tak, jak On prosi. Abrahamowi, po ludzku mówiąc, po prostu się to opłaciło – obietnica Pana, jaką usłyszał, spełniła się. Bo uwierzył, i bo potrafił zawierzyć. A my? Szukamy naokoło takich przemienień pańskich, cudów i tego, co spektakularne, nawet nie zastanawiając się, żeby dać cokolwiek z siebie, żeby spróbować posłuchać tego, co Bóg mówi. Nic dziwnego, że tak wielu szuka bez sensu i bez skutku. Żeby Go odnaleźć, potrzebny jest dialog – nie monolog. Posłuchaj, o co prosi Pan. Może to brzmieć dziwnie, a nawet strasznie. Nie bój się. 

Nieskończone zwielokrotnienie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)

Piękna kontynuacja tekstu dzisiejszego czytania (Est [Wlg] 14,1.3-5,12-14), w którym królowa Estera podjęła bardzo mądrą decyzję: zwrócenia się do Boga w bardzo pięknych słowach m.in. „Wspomnij, Panie, pokaż się w chwili udręczenia naszego i dodaj mi odwagi. Królu bogów i Władco nad wszystkimi władcami’. 
Pan Bóg już taki jest, że nie znosi lenistwa. Taka prawda. Nie mówi dzisiaj – siedź i rozmyślaj o niebieskich migdałach, a spadnie ci ode mnie manna z nieba. Spadała, ale gdy tego naprawdę wymagała sytuacja, w wypadku Narodu Wybranego. Bóg jest Bogiem czynu, ludzi aktywnych, ludzi gotowych do działania i walki. Szukać, kołatać, prosić. Działać. Zawierzyć swoje działanie Bogu – ale nie pozostawiać Go na polu działania jako Tego, co ma odwalić całą czarną robotę, a człowiek przychodzi potem na gotowe – i działać z Jego imieniem na ustach i w sercu. 
Nie wiem, czy każdy człowiek jest zły – natomiast  każdy z pewnością ma nagrabione wiele, nagrzeszone. Stworzeni na Boży obraz i podobieństwo, z natury rzeczy jesteśmy dobrzy i co najwyżej się psujemy w życiu, przez co stajemy się gorsi. Jeśli to zło, o którym pisze ewagngelista, a mówi Jezus, rozumieć jako grzeszność – niestety, smutna prawda. A jednak, w tej grzeszności potrafimy być między sobą dobrzy, pomocni, bezinteresowni, troskliwi. Potrafimy usłyszeć potrzeby innych – dzieci, wnuków, małżonka, osób najbliższych, przyjaciół. Nie sposób więc wątpić, aby Bóg był nieskończonym zwielokrotnieniem tych naszych pozytywnych cech, którymi kieruje się, działając wobec małego człowieczka. 
Lubimy, jak wszyscy naokoło są mili, uprzejmi, uczynni, pomocni – wobec mnie. Lubimy być obiektami tego, co dobre, przyjmować to wszystko. W drugą stronę – na zewnątrz – już gorzej, bo tu włącza się mentalność Kalego tak zwana. Jak ja świnię podrzucę komuś – to ok; ale jak ktoś mnie – to wara! Mało to konsekwentne, ale cóż. Bóg wskazuje na to, że powinniśmy jednak wykazać się tym minimum konsekwencji i  tak działać wobec innych, jakiego działania my od nich oczekujemy. Zwykła uczciwość. 
Mamy tendencję do proszenia, zasypywania Boga swoimi intencjami. Niektórzy mówią – bez przesady, pewne rzeczy można samemu… Można. Ale warto i w tych sprawach szukać Bożego wsparcia, zawierzać te sprawy Jemu wprost. Jezus jednak w wielu miejscach wskazuje prosto – proście! Proszenie zresztą przychodzi nam dość łatwo. A dziękowanie? Tu już gorzej. Najczęściej o tym zapominamy – jak się już uda, jak po wszystkim, to temat zamknięty; a podziękować? No bez przesady. Warto o tym pamiętać – i poza proszeniem pomyśleć o dziękczynieniu, rozmowie z Bogiem zupełnie innej, ale równie dobrej i skutecznej, a przede wszystkim: świadczącej o tym, że pamiętamy o Nim nie tylko w tych podbramkowych chwilach, ale także wtedy, gdy jest dobrze. 
Piękna sprawa. Prosić, kołatać, ale i dziękować – i w tych różnych relacjach, różnych płaszczyznach rozmowy, odnajdywać Jego wolę. 
Dziękuję za słowa modlitwy za moją mamę, na pewno ona sama jest za nie równie wdzięczna. Jest podobno lepiej, ale pozostaje wiele niewiadomych. Więc nadal proszę.

Dwie perspektywy

Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu. Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. (Mk 1,12-15)
Pokusie podlegał każdy – nawet Bóg przez to, że stał się człowiekiem. Czy Mu było łatwiej im się oprzeć? Czy był jakoś uprzywilejowany? O ile, to w tym gorszym sensie – więcej można było od Niego wymagać. W innym fragmencie ewangelista przytoczy konkretne pokusy, jakie przez Nim stanęły. Sprostał im. Bo był Bogiem? Był jednocześnie człowiekiem, więc po ludzku mógł upaść… Chciał jednak dać przykład i pokazać, że człowiek sam może stawić czoło Złemu, że nie trzeba zawsze brać tego, co ładne, proste, pożądane, dobre, miłe, przyjemne i fajne. Że wyrzeczenie, dobrze ukierunkowane, umotywowane, uduchowione i przepełnione Bogiem ma sens i jest jak najbardziej wykonalne. 
To wyzwanie dla nas. To wyzwanie dla mnie – widzę po sobie, ledwo minęła pierwsza postna niedziela, a już generalnie porażki na całej linii gdy chodzi o postanowienia postne. No, może nie wszystkie, ale większość. Można się usprawiedliwiać, można argumentować – po co, skoro się i tak nie udało, można pójść na łatwiznę i człowieczeństwem wyjaśnić, usprawiedliwić własną bylejakość. Można. Bóg zaprasza do czegoś więcej. Do tego, co wymagać będzie zaparcia się swoich pokus, pragnień i zachcianek, co może być trudne i nawet bolesne, ale lepsze. Takie moje odkrycie ostatnich dni – zwyciężanie pokusy jest tym piękniejsze i bardziej cieszy, gdy nie uciekasz przed okazją do stawienia jej czoła, ale kiedy stawiasz jej wyzwanie: ot, np. przechodząc codziennie obok knajpki/baru do którego zbyt często zaglądasz (dieta, uzależnienie). Nie raz to już pisałem, i powtórzę: w samej pokusie nic złego nie ma; złe będzie ulegnięcie jej, słabość w jej zakresie. 
Bóg zaprasza do wypełnienia czasu czymś sensownym. Jan woła, że czas się wypełnił – mi się wydaje, że on się cały czas wypełnia. Tu i teraz, w nas – wypełnia się nasz czas. Teraz konkretnie czas dany jako okazja do zastanowienia nad sobą, do wyrzeczeń, do walki z pokusami. Kroczymy przez życie i nieuchronnie zbliżamy się do własnego dnia sądu. Tak, w tym sensie Królestwo Boże jest z każdą chwilą, każdym nawet napisanym tutaj (przeze mnie) czy przeczytanym (przez ciebie) słowem, bliższe. To jedna perspektywa. Druga, na którą zwraca Bóg naszą uwagę, to inna bliskość, zadana nam i na którą mamy większy wpływ, a przynajmniej możliwość wywierania wpływu. To, czy do tego Królestwa się chcemy zbliżyć, czy coś w tym kierunku robimy?
>>>
W niedzielę nawet na mszy nie byłem, nie było jak. Cały dzień w drodze albo u mamy w szpitalu. Niby zabieg się udał – ale to dopiero pierwszy. Nie ma już jednego płata płuca, ale to było to lżejsze schorzenie (przy czym nie wiadomo, co wyjdzie z badań histopatologicznych – może się okazać, że to pochodna nowotworu na drugim płucu, którego jeszcze nie ruszyli). Słabiuteńka, mizerna. Sporo sił mnie kosztowało zachowanie twarzy i uśmiech. Nie miała siły wstać – starszy sporo pan, ten sam zabieg tego samego dnia, już chodził spokojnie po oddziale. I rozmowa z lekarzem – że słabe rentgeny, że znowu bronchoskopia, i najgorsze: że ten nowotwór na dzień dzisiejszy nie nadaje się do operacji. Chemia? Nie wierzę, jest za słaba. Czekanie? Na co?
I to wszystko ze świadomością, że po kilku m-cach badań, 2 pobytach w szpitalach wypuścili ją na blisko 2 m-ce do domu, bez leków, bez diagnozy („wychodziło im” zapalenie płuc… wykluczone już dawno wcześniej) w środku zimy, i bidulka siedziała z gorączką, bo nie chcieli leczyć antybiotykiem, żeby nie pogorszyć jej stanu i nie zrobić dobrze ew. niezdiagnozowanemu schorzeniu. Gdyby się ruszyli i badali porządnie – diagnoza była by pewnie ta sama. Tylko że wtedy mama była w o wiele lepszej formie. 
Ciężko, naprawdę… Tyle osób naokoło umiera na raka, zupełnie niespodziewanie…

Wielki Post – czas autentycznego dawania z siebie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)

Środa Popielcowa to niezwykły dzień. Nie dlatego, że w kościele zjawiają się czasami wtedy ludzie, którzy przychodzą tam w Boże Narodzenie, Wielkanoc i Popielec właśnie. Jest to wyjątkowy dzień, ponieważ każdy człowiek biorący udział w liturgii staje się odbiorcą jedynej w swoim rodzaju homilii, którą ja porównuję tylko z Niedzielą Palmową, gdzie Kościół nic nie dodaje i homilią jest ewangeliczny opis męki Pańskiej. Dzisiaj tą homilią, zastępującą równocześnie akt pokuty, jest symboliczne posypanie głów popiołem. 
Przypomnienie – po ludzku jesteś tylko czymś tak kruchym i małym, popiołem, ale swój cel i dom masz tam, gdzie ma szansę dotrzeć to, co niezniszczalne i niematerialne, twoja dusza. Żyjesz wśród ludzi, tak bardzo ludzki i normalny, z całym tym bagażem doświadczeń, słabości, bólu i cierpienia, ale masz jako człowiek wierzący właściwie ustawiony kompas, który wskazuje drogę do tego, co tak bardzo inne, ale upragnione. Do zbawienia. Masz w tym wszystkim być autentyczny, ale i skromny – a najlepiej autentycznie skromny. To, co mamy, mamy wykorzystywać – ale nie dla napełniania swych kieszeni, ale dla prawdziwego dobra, i to niekoniecznie własnego. Wielu jest potrzebujących naokoło. 
Jałmużna bardzo łatwo może stać się prostym uspokojeniem sumienia, albo wręcz reklamą samego siebie, okazją do lansowania i pompowania własnego ego – podczas gdy ma sens i Kościół ją zaleca tylko wtedy, gdy ma być dobrowolnym i świadomym wyrzeczeniem, rezygnacją z czegoś dla siebie. Pole do popisu jest duże – w zależności od tego, kto jakimi środkami dysponuje. Jałmużnę złożyć można zawsze, czego pięknie uczy nas przypowieść o ubogiej wdowie. Nic nie miała, tylko pieniążek, ale darowała go do skarbony. Im mniej masz, tym łatwiej jest ci się podzielić. 
Modlitwa ma być prywatną, wręcz intymną relacją z Bogiem. Nie faryzejskim przedstawieniem na potrzeby tych, których ma budować moja „pobożność”, dla których ma być przykładem i wręcz inspiracją. Przykładem to może i będzie – pytanie, na co? Bo co to za przykład, co jest tylko atrapą i z sednem zachowania, z powodu którego inni zwracają nań uwagę, nie ma nic wspólnego? Faryzeusze na rogach ulic, celnik ze swoją w sumie laurką głównie na własną cześć, a nie modlitwą, przykładów wiele. Modlitwa to bardziej wsłuchanie się w głos Boga, który jest tym lepiej słyszalny, im bardziej człowiek się skupi, wyciszy. Izdebka to bardziej metafora umiejętności oderwania się od zgiełku i pośpiechu otaczającego świata. Żeby np. zamknąć się w niej w drodze do szkoły/uczelni/pracy, odmawiając różaniec czy inną modlitwę. Mało kto pewnie może sobie pozwolić na własną de facto kapliczkę w wymiarze fizycznym – dzisiaj sztuką będzie zasłuchać się w Pana pośród tego, co naokoło, i odciąga od Niego wzrok. 
Post, symbol tego czasu, który dzisiaj znowu rozpoczynamy. I znowu – nie ten widoczny na zewnątrz, który może nic nie mieć wspólnego z prawdziwym postem. Post jako wyzwanie dla samego siebie, ale nie w sensie udowodnienia czegokolwiek samemu sobie dla samego udowodnienia. Ważny jest cel, intencja, powód dla którego poszczę. Post w sensie duchowym, jako praktyka człowieka wierzącego, będzie miły Bogu, gdy będzie – jak jałmużna – celowym i ukierunkowanym wyrzeczeniem. Dla Boga, żeby Jemu coś ofiarować, a przy tym zrezygnować z jakieś przyjemności, której zwykle sobie nie odmawiam. 
Kolejny Wielki Post, kolejne 40 dni. Do wykorzystania albo zmarnowania. Może właśnie największym wyzwaniem będzie to, aby ten post był prawdziwym Postem, który przyniesie owoce – nie poklasku, zachwytu i słów uznania osób postronnych dla mojej postawy, ale te prawdziwe wewnętrzne owoce szczerego podejmowania konkretnych praktyk wielkopostnych w postaci jałmużny, modlitwy i postu. Postem, który zaowocuje… właśnie dawaniem z siebie. 

Kompleksowo – o ile Bogu pozwolisz

Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga? Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego. (Mk 2,1-12)

Cały czas nie wiem, co z mamą – tzn. wiem, że nic nie wiem, ponieważ poza wstępną diagnozą nie ma żadnych nowych informacji, konsultacje trwają. Opatrzność jakby czuwała nade mną, podsuwając za pośrednictwem Kościoła kolejne teksty na ten sam temat – Jezus czyni cuda i uzdrawia. Jak ten niedzielny. 
Można przewidzieć, że dom, w którym doszło do opisywanej sytuacji, nie należał pewnie do jakiś pałaców. Mało kogo by na taki było stać. Co więcej, w tamtych czasach i klimacie bardzo często domostwa – nie tyle z powodu ubóstwa, co dla większej ilości powietrza i lepsze wentylacji, ważnych w wysokich temperaturach – posiadały dachy z lekkich materiałów, niekiedy i układanych warstwami liści palmowych. Tych czterech wykazało się nie lada sztuką – przynieśli swojego chorego i bardzo byli uparci w swoim dążeniu do zetknięcia się z Jezusem. Nie tylko że go przytaszczyli do domu, ale nie poddali się gdy okazało się, że nijak z noszami nie wejdą do domu. Dokonali nie lada ekwilibrystyki… wdrapując się z tym chorym na noszach prosto na dach! Jak wielka była wiara, która musiała ich determinować, aby dotrzeć do Pana. 
Jezus to widział. Wiedział, jak wiele wysiłku włożyli w to, aby zwrócić Jego uwagę na swego przyjaciela. Mniejsza o to, czy widzieli w Nim jedynie uzdrowiciela, czy przeszło im przez myśl, że mają do czynienia z żyjącymi i jak najbardziej ludzkim Bogiem samym. Czasami wiara przychodzi pod wpływem impulsu, takiego jak cudowne i niezrozumiałe po ludzki wydarzenia (np. uzdrowienie) – Jezusowi współcześni mieli tę łaskę, że wielu z nich nawróciło się pod wpływem impulsu, jakim było bezpośrednie spotkanie, kontakt z Bogiem żyjącym po prostu między nimi. 
Zastanawiające może być to, co powiedział. Nie padły słowa o uzdrowieniu – Zbawiciel nie rozkazał posłusznemu Mu ciału, aby ozdrowiało. Widział głębiej, dalej, to co najważniejsze. Widział grzechy które niszczyły serce, brud kalający człowieka od środka, czyniący go chorym i kalekim wewnętrznie, choć może nikt z tego poza Nim i owym biedakiem nie zdawał sobie sprawy. Umiał dobrać środki do potrzeb. Widząc wiarę tych, którzy przynieśli chorego, ulitował się nad każdą jego słabością – jednocześnie wskazując na kolejność. Najpierw dusza, potem ciało. Jego słowa, oczywiście, nie uszły uwadze „życzliwych”, którzy uznali je oczywiście za bluźnierstwo. Pan nie wdawał się w dyskusje – potrafił całą sytuację, ku radości zebranych a tym bardziej do tej chwili chorego, przekuć w kolejny cichy, ale zarazem wielki dowód Jego mocy. Bóg kocha człowieka całego i całego go uzdrawia – nie tylko leczy ducha, ale naprawia ciało. Można sobie wyobrazić, jakie ludzie musieli mieć miny, kiedy paralityk po prostu wstał, po czym wziął jeszcze pod pachę łóżko i jakby nigdy nic – wyszedł pomiędzy nimi. 
Tamci wielbili Boga, bo nigdy nic takiego nie widzieli. My dzisiaj też mamy ku temu okazję – bo cuda nadal się zdarzają, nadal dochodzi do uzdrowień, łaska Boża objawia się w różnych miejscach, sytuacjach. Trzeba jednak o czymś pamiętać – nie każdemu musi być dane doświadczenie cudu. To nie komunizm – każdemu się należy. O ile w ogóle można użyć tu sformułowania „należy się” – a raczej nie pasuje ono – to większą szansę na cud będzie miał ten, który go pragnie i przede wszystkim który wierzy w możliwość jego nastąpienia. To bardzo proste – jak w tym dowcipie z człowiekiem, który wiele razy prosił Boga o wygraną w totolotka, po czym usłyszał: no dobrze, ale zagraj w końcu… 
>>>
W poniedziałek rano była Msza Święta za mamę. Czekamy. Na pewno w niedzielę do niej pojadę, w tygodniu nie mam jak. Za modlitwy bardzo dziękuję i nadal pokornie o nie proszę. 

Prośba

Właśnie dostałem bardzo przygnębiającą informację.

Bardzo proszę o wsparcie modlitewne w intencji mojej mamy. Oby z konsultacji z lekarzem specjalistą nie wynikło potwierdzenie wstępnej diagnozy… albo aby była możliwa operacja.

dopisane 21.02.2012
Nie zauważyłem nawet, w dniu kiedy pisałem ten tekst, w piątek, była 8. rocznica mojego spotkania z Janem Pawłem II. Zbieg okoliczności? Nie wierzę. Trudno w takiej sytuacji szukać innego wstawiennictwa u Boga. 

Kierunek – zbawienie

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (Mk 8,27-33)

Chodził, nauczał, działał. Nie siedział w miejscu. Ciekawe mogą być okoliczności, w jakich ta rozmowa, którą opisuje ewangelista, miała miejsce. Szli gdzieś? A może podczas postoju.
Pytanie padło dość proste. Nie tyle – kim jestem, ale – za kogo inni mnie uważają? Jak mnie widzą? Co o mnie sądzą? Różne słowa, ale sedno to samo. Odpowiedzi padło kilka, pewnie ze strony kilku osób. Co ciekawe, nie odnieśli tego pytania do siebie. Przekazali Mistrzowi, za kogo uważają Go inni, nie oni sami.  Dlatego Jezus precyzuje – a wy, co sądzicie? Można się domyślać, że energiczność i spontaniczność Piotra (którą, nota bene, sam Jezus potępił w Ogrójcu, gdy Piotr rzucił się z mieczem na jednego z żołnierzy) spowodowała, że to właśnie od odpowiedział. Ty jesteś Mesjasz. Kawałek dalej, w innym miejscu, dodano jeszcze: Syn Boga żywego. 
Na czym polega piękno tych słów? Na ich prostocie i tym, że podyktowane były porywem serca Piotra. Bez uszczypliwości, trudno posądzać go – prostego rybaka – aby w tym momencie (nie mówię o tym, co działo się po zmartwychwstaniu) zdawał sobie w pełni sprawę z tego, kim był Jezus. Widział cuda, czuł że jest kimś wielkim, słyszał proroctwa i piękne, bo prawdziwe i z sercem głoszone nauczanie. Szedł za Jezusem – czy jednak wiedział, dokąd ta droga zaprowadzi, nie tylko jego, ale i Jezusa? Wówczas chyba jeszcze nie. 
Co innego – Jezus. Rozumiał, dokąd zmierza. Widział cierpienie, widział drogę krzyżową, biczowanie, krzyżowanie. Ale jego wzrok padał dużo dalej – poza krzyż, nawet poza grób. Wiedział, że Jego droga prowadzi dalej, że ta brutalna i straszna śmierć będzie zaczynem, początkiem czegoś co jest jedynym ratunkiem dla pogubionej kompletnie ludzkości. Wiedział, że swoją śmiercią uczyni wszystko nowe – to przecież Jego własne słowa. On sam będzie istniał dalej, jako zmartwychwstały Bóg-człowiek, jednak tym zmartwychwstaniem otworzy drzwi do życia bez końca dla innych, dla ludzi. 
Na koniec… Piotr dostał po uszach. Czemu nic nie mówić głośno? Czemu siedzieć cicho? Bo myślał po ludzku. Bo Jezus miał jeszcze wiele do zrobienia – a jakiekolwiek, dzisiaj byśmy nazwali, PR-owe działania po porostu by Mu zaszkodziły i przyspieszyły to, co miało się stać w odpowiednim momencie. Chociaż pewnie oznaczały by dla tych, którzy z Nim szli – w tym i Piotra – popularność, sławę i uznanie. Przyjemna perspektywa. Dla nas to też nauczka. Jezus nazwał go szatanem – dlaczego? Bo w piotrowym sposobie myślenia górę brały względy ludzkie, a nie boskie. A my przecież, choć żyjemy w świecie, musimy poruszać się w nim z dobrze ustawionym kompasem. Kierunek – niebo, zbawienie. 

Świadectwo dla każdego

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)

Kolejny, z niedzieli, opis uzdrowienia. Cuda za cudami, cud cudem pogania. Ale zawsze trzeba pamiętać, że nie na pokaz czynił to Jezus, ale – co tutaj mówi wprost – na świadectwo dla nich. Kogo miał na myśli? Na pewno faryzeuszy, uczonych w piśmie, ich przede wszystkim. Tych, którym pycha i pewność (siebie) zasłaniała oczy, czyniła ślepymi na działanie Boga, który chodził między nimi. Ale przecież także Jezus mówił o każdym z nas – wczoraj, dzisiaj, jutro – który czyta te słowa, albo był wręcz wtedy, przed wiekami, ich świadkiem. To świadectwo dla każdego. 
Jezus nie uciekł przed tym biedakiem. Co było w pełni zrozumiałe – tak wtedy, jak i dzisiaj, kiedy skutki tej strasznie wyglądającej choroby można zmniejszać. Widział, że ów człowiek go potrzebował. Nie mógł swojej miłości do ludzi ograniczyć, tej miłości starczyło także dla tamtego. Być może ujęła go także taka a nie inna prośba. Jeśli chcesz. Trędowaty wiedział, wierzył że On może to uczynić. Nie miał wątpliwości. Odwołał się tylko do woli Jezusa – jeśli chcesz. Jezus chciał, tak samo jak chce oczyszczać serce każdego człowieka, pomóc mu uporać się z tym brudem, z którego czasami sam zainteresowany w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Pragnie czystości każdego człowieka, bez względu na to, jak ten ubrudził się, zbrukał i poniżył grzechami. 
A potem Jezus wycofał się na pustynię. Nie dlatego, że nie chciał czynić cudów czy uzdrawiać; wiedział, jak wielu na to czekało. Nie chciał żadnej władzy czy królowania ludzkiego, materialnego – chciał zakrólować w sercach ludzi ze względu na to, co im przynosił i ofiarował – zbawienie – a nie tylko uzdrowienie fizyczne, namacalne. Chciał uzdrawiać najpierw to, co zakryte, ale ważniejsze. Serce, ducha.  I jedno się przez te wieki nie zmieniło – ludzie nadal schodzą się do Niego: do kościołów, do kapłanów – szafarzy Jego sakramentów. Szukają i lgną do jedynego prawdziwego Uzdrowiciela, źródła życia tutaj i dalej. On czeka także na ciebie.