Wilki dwa 02

Ciąg dalszy – myśli na przemian Roberta „Litzy” Friedricha i o. Adama Szustaka OP:

  • [Zły] nas nie zaatakuje w jakiś perwersyjny sposób, bo wie, że coś takiego byśmy odrzucili. Zawsze poszuka czegoś delikatnego. Jeżeli masz jakiekolwiek problemy z tym wilkiem – wilkiem pożądania i nieczystości – to poszukaj początków, zobacz, gdzie to się zaczyna, w jaki sposób ten wilk próbuje się co ciebie dostać.
  • Chrześcijanie mają 3 ołtarze. Jeden ołtarz to ten, na którym sprawuje się Eucharystię, gdzie Chrystus składa się w ofierze. Drugi – to stół. Tak często brakuje go w naszych domach – normalny stół, przy którym je się obiady, ale też leży Pismo Święte, które można czytać z dziećmi i rozmawiać na te tematy. I trzeci ołtarz, chyba najtrudniejszy w życiu małżeńskim, to ołtarz celebracji sakramentu małżeństwa.
  • To jest bardzo skomplikowana historia wchodzić w wolę Boga, bo narażam w ten sposób swoje życie. Jaka jest wola Boża? Być dobrym mężem. W tym roku mija 25 lat mojego małżeństwa i przez tyle lat narażam swoje życie.
  • Śmierć codziennie. Ale też zmartwychwstanie, bo na końcu okazuje się, że jestem bardziej szczęśliwy, kiedy żyję dla niej, niż kiedy żyję dla siebie. Z jednej strony tragedia, umarło to, co było moim planem, moje spojrzenie na świat, umiera moje „ja”.
  • On, jeśli Mu się zaufa, przyjmuje Jego pomysły, które czasami wydają się dziwaczne albo za trudne, albo coś nam zabierają, to już w tym życiu chce nam dać naprawdę niewiarygodne szczęście.
  • Zawsze wtedy, kiedy się zdecydowałem: pójdę za czymś, co On proponuje, mimo że mi się nie chce, wydaje mi się to bezsensowne i rozwala moje plany, to nagle się okazywało, że z tego zabranego rosło trzydzieści razy większe dobro, którego nie byłem w stanie przewidzieć.
  • Pan Bóg ocala. Pan Bóg jest zawsze po twojej stronie. Jeśli czujesz, że do czegoś cię wzywa, a tobie się nie chce, bo masz wrażenie, że coś ci zabierze, zaufaj, zrób to.
  • Pan Bóg chciał właśnie tak przyjść na świat. To wcale nie było tak, że On pragnął przyjść inaczej i został odrzucony. Nie. Właśnie tak Chrystus chciał się narodzić. Wybrał sobie taki czas, takie miejsce, takich ludzi, taką wioskę, dlatego że Jemu nie zależy na tym, aby być odrzuconym. On po prostu chciał przyjść na ten świat najciszej i najpokorniej jak się dało, więc wykorzystał wszystkie możliwe warunki, żeby się po prostu zjawić.
  • Pan Bóg wszystko, co robi, robi dlatego, że chce. Tak jak postanowił, tak zrobił. Wybrał taki, a nie inny sposób przyjścia i trzeba się temu sposobowi po prostu przyjrzeć.
  • On strasznie lubi siedzieć przy stole, rozmawiać z ludźmi, przychodzić w niepozornych sytuacjach.
  • Pan Bóg czasem wybiera takie momenty dla niektórych ludzi, bo może inaczej się nie da albo do czegoś tego potrzebuje, ale mam przekonanie, że zazwyczaj On przychodzi tak po prostu.
  • Nasz błąd polega na tym, że ciągle czekamy, aż wydarzy się coś nadzwyczajnego, będzie jakieś wielkie „łup”, Pan Bóg zrobi widowisko i nas spektakularnie zaskoczy. Czytasz to i możliwe, że nic z tych rozważań ci nie zostało, masz wrażenie, że nic się nie zmieniło. I może tak ma być. Może Pan Bóg chce tak po prostu przyjść, dzisiaj, bez żadnego wielkiego wydarzenia? Może właśnie teraz w twoim sercu do ciebie mówi, bo właśnie teraz po prostu i zwyczajnie chce cię do siebie przygarnąć.
  • On wszystko zmienia, bo jeśli jest, to wtedy wszystko się da.
  • Jan z Maryją stoją pod krzyżem. Wszyscy zawsze koncentrujemy się w tej scenie na Maryi, że właśnie tam została Matką wszystkich ludzi. Tylko że jest też druga strona tego wydarzenia. Jeżeli Chrystus mówi do Maryi: (…) oto syn Twój” (J 19,26), to mówi też do Jana: ty jesteś moim bratem. Pod krzyżem nie tylko dokonało się ustanowienie Maryi Opiekunką i Matką wszystkich ludzi, ale dokonało się też uczynienie z każdego człowieka brata Pana Jezusa, co jednocześnie oznacza, że razem z Nim jesteśmy synami i córkami Boga Ojca. Dosłownie.
  • Bóg nas stwarza w każdej chwili. To znaczy, że nie jest tak, iż zostaliśmy stworzeni tylko na początku, a potem poszliśmy w świat i żyjemy. Święty Tomasz uważa, że Bóg w każdej sekundzie potwierdza istnienie każdego człowieka.
  • Jedynie Bóg potrafi zadziałać skutecznie w 3 dni. Cała historia zbawienia wydarzyła się w weekend: ukrzyżowanie, śmierć i zmartwychwstanie.
  • To wszystko po prostu łaska – dar darmo dany… i absolutnie niezasłużony. Łaska to jest niczym niesprowokowane działanie Boże, które nie ma nic wspólnego z twoją gotowością bądź niegotowością. Łaska nie ma żadnego uzależnienia od nas. Całe sedno Bożej miłości polega na tym, że nic nie możesz zrobić, żeby ją dostać.
  • Łaska do skandal, kolejna niezrozumiała rzeczywistość. I jest nadużywana często, wtedy, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć.
  • Takie myślenie, że nic nie mogę dać i że dostanę coś gratis, to chyba jest dobra rzecz.
  • Jest w tym fragmencie o paralityku pytanie z tłumu, które wyraża ludzką wątpliwość: „kto może odpuszczać grzechy prócz samego Boga?”. I jest w tym fragmencie odpowiedź Jezusa: „wstań i chodź”. To pokazuje, że Jezus uzdrowił tego paralityka nie ze względu na ludzką wiarę, ale ze względu na ludzką wątpliwość.
  • Owocność, która się dzieje, jest obrazem tego, jak Pan Bóg potrafi łaskawie działać. Mogę by grzeszny czy sparaliżowany, dokładnie tak, jak ten bidok – w nim Jezus nie zobaczył wiary, ale dał mu łaskę, by inni zobaczyli możliwość odpoczynku od grzechów.
  • Dlatego Pan Bóg tak często się zgadza, żebyśmy wchodzili w miejsca, gdzie jesteśmy totalnie bezsilni. On bardzo lubi te sytuacje. Mam wrażenie, że może wręcz trochę prowokuje w pewnych chwilach, bo dopiero wtedy człowiek może uzmysłowić sobie: to naprawdę nie jest ze mnie.
  • Łaska przychodzi mimo drzwi zamkniętych.
  • Jeśli doświadczasz małej śmierci, masz małe cierpienia, to będziesz miał małe zmartwychwstanie. A kiedy masz konkretne doświadczenie, to masz mocniejsze przeżycie zmartwychwstania.
  • Życie pędzi i ty nie chcesz umierać. Ale kiedy już jesteś w sytuacji podbramkowej – z przodu masz Morze Czerwone, z tyłu jest faraon – to są dwie opcje do wyboru: albo Bóg jest, albo Go nie ma. Jeśli Go nie ma, to wszystko, co się dzieje, nie ma sensu. Jeżeli jest, to na pewno coś wymyśli.
  • Jest taka bardzo ładna interpretacja stworzenia świata u Ojców Kościoła: kiedy Bóg stwarzał, to musiał się ograniczyć trochę, bo nie było miejsca na świat. On jest wszystkim. I żeby nas stworzyć, musiał oddać część siebie, musiał umrzeć. Dokładnie tak, jak Jezus na krzyżu. Bóg oddał siebie. Choć zbawienie mogło się odbyć inaczej. Syn Boży mógł przyjść i powiedzieć: no, to teraz wszystko naprawiam!
  • Bóg to świetny chirurg, który momentami rozcina nas nawet bez znieczulenia, bo nie ma czasu. Musi szybko dostać się do naszego wnętrza.
  • Jak ktoś był gorliwym katolikiem, bo chodził do kościoła, a później odchodzi, to być może Pan Bóg ma dla niego właśnie taką drogę. Być może tylko ram czeka na niego dwóch aniołów. Może Pan Bóg zgadza si e na odejścia, bo skoro nie może znaleźć człowieka w Kościele, to szuka go w innych miejscach? Pan Bóg zawsze próbuje odnaleźć si w zaproponowanej przez nas sytuacji.
  • Bóg w swojej niewiarygodnej pokorze oraz miłości dostosowuje się do tego, co zrobiliśmy. Próbuje nas znaleźć tam, gdzie poszliśmy.
  • Mogę postawić siebie obok historii, którą Pan Bóg chce ze mną przeżyć. Prawdą jest, że jeśli nie zdążę na tramwaj, to Pan Bóg poczeka ze mną i pojedzie tym drugim. Albo można też pojechać w odwrotnym kierunku. Bóg to nie jest jakaś ideologia, za którą składamy ofiary ze swojego czasu i drobnych pieniędzy, by przekonać Go, że warto nam błogosławić i kochać nas. To jest Rzeczywistość Realna, w której można bardzo świadomie postawić się poza historią zbawienia i na własne życzenie nie zostać zbawionym. Możesz do końca z uporem trwać we własnej woli i szukać siebie w życiu.
  • Wierzę, że Bóg jest w stanie tak oczarować sobą, tak pokazać swoje piękno, że żaden człowiek nie zdoła Mu się oprzeć i nigdy nie wybierze zła. I nie chodzi mi o uwodzenie, zniewalanie. Człowiek, który jest całkowicie pociągnięty miłością do kogoś, nie uznaje się za zniewolonego.
  • Wierzymy, że każdy sakrament jest Bożą ingerencją w coś, czego nie jesteśmy w stanie po ludzku zmienić, do czego nie możemy się przygotować. I wszędzie tam, gdzie nie potrafimy przewalczyć swoich słabości, wchodzi Bóg.
  • Wiele razy mam takie odczucie, że jeżeli doświadczam miłości Pana Boga, to moje życie nabiera funkcji życia z wdzięcznością. Nieraz jestem zaskoczony faktem, że kopałem w jakimś miejscu, gdzie myślałem, że znajdę skarb, a tam go nie było. Bo był cały czas z tyłu, za mną, albo obok…
  • W życiu spotyka się taką miłość, na jaką się chce odpowiedzieć.
  • Dobro nie jest odpowiedzią na zło. Dobro jest odpowiedzią na miłość.
  • Boża miłość jest niesprawiedliwa i na tym polega jej cudowność.
  • Tam, gdzie nie ma Ducha Bożego, tam nie ma Kościoła. Tam gdzie nie ma Kościoła, tam nie ma zbawienia. To zdanie oznacza, że Kościół nie ogranicza się wyłącznie do instytucji. Kościół jest tam, gdzie jest Duch Święty, a On jest wszędzie tam, gdzie ktoś czyni jakiekolwiek dobro.
  • Jeżeli muzułmanin wierzy w Jednego Boga i żyje dobrze, to można powiedzieć, że jest w Kościele katolickim – powszechnym. Znowu odsyłam do greki: catholicos – uniwersalny, powszechny, dotyczący wszystkich. Oczywiście byłoby dobrze, żeby poznał Chrystusa i przyjął Go jako swojego Pana, uwierzył w Niego jako Zbawiciela i Syna Bożego. Ale jeśli tak się nie stanie, jeśli będzie żył dobrze jako muzułmanin, szukając dobra i wierząc w Boga, to właśnie to wystarczy Bogu, żeby zbawić tego człowieka i doprowadzić go do pełni prawdy, do której również nas będzie doprowadzał, bo to, że jesteśmy w Kościele katolickim nie oznacza, że wszystko już wiemy, rozumiemy i nic przed nami nie stoi do odkrycia.
  • Jeżeli jest jedno Źródło życia, którym jest Bóg i z którego wytryskuje obfitość darów, to im dalej od Niego jesteśmy, tym jest z nami gorzej.
  • Ja już teraz jestem w stanie przetrwać każdy dzień, a wieczorem mogę stanąć przed Bogiem i powiedzieć: zobacz, było nam dzisiaj nieźle razem… To dobranoc. Następny dzień jest inny.
  • To, co zepsujesz, Bóg naprawi.
  • Doświadczam wiele razy, że jak zaproszę do słabości Boga i poproszę, żeby pomagał, by to, co robimy, nie dawało tylko nam chwały, ale żeby pomagało komuś drugiemu, to jest najbardziej skuteczne.
  • Kiedy masz przed sobą jakieś zadanie, to odpowiedz sobie na pytanie: czego tam szukasz? Jeżeli będziesz szukał Bożej chwały, to nawet gdyby to było najbardziej liche i beznadziejne, wystarczy. Jeśli zrobisz to dla swojej chwały, to nawet gdybyś miał trzysta tysięcy żołnierzy, polegniesz.
  • Bóg jest przyziemny i prosty. Zresztą wszystkie przypowieści są takie: jak nie baba, to chłop siejący ziarno na polu. Albo na przykład przypowieść o łowieniu ryb. Jezus nie używa żadnych wzniosłych obrazów. Tylko sięga po rzeczy z tego świata.
  • Myślę, że najlepszą rzeczywistością, która oskrobuje z tej całej górnolotności, jest po prostu nieustanne zadawanie sobie pytania: gdzie mam kogoś kochać.
  • Najlepszą metodą jest kochanie drugiego człowieka. Ono ściąga nas z tego wymyślonego piedestału, na którym mamy być widoczni, do takiego minimum. A w tym minimum jest wszystko.
I to (aż…) by było na tyle.

Ostatnia prosta

I tyle. Bo dzisiaj (21 grudnia) tekst dokładnie ten sam, co z 04. niedzieli Adwentu. Nic dodać, nic ująć. Może tylko właśnie zapytać – czy ja to w końcu ogarnę i uwierzę?
 
Zostały 2,5 dni tego pięknego czasu – choć aura nie nastraja, mało zimowa, i bardziej pasuje powiedzenie, że piękną mamy wiosnę/jesień (w zależności od tego, czy słońce świeci) tej zimy. Ostatnia prosta, bardziej niż dosłownie. Prezenty już raczej pewnie pokupowane, zakupy porobione, zaczyna się powoli pichcenie, pieczenie, duszenie, i inne takie kuchenne działania.
Ważne jest to, żeby nie stracić z oczu istoty tego, na co, a właściwie na Kogo się przygotowujemy. Bo bywa bardzo różnie, i w ferworze walki z czasem zdarza się, że się gubimy, zaczynamy wściekać, awanturować, padają jakieś niepotrzebne słowa, wyrzuty. Czy przygotowanie do świąt to czas dany nam, żeby sobie poskakać do gardeł i powyrzucać? Nie. Pewnie, zdarza się stres, spinanie, żeby zdążyć, przygotować, odpicować… Ja uświadomiłem sobie na przykład, że gdyby mi żona nie powiedziała, żyłbym w błogiej nieświadomości odnośnie konieczności zmiany i wyprania firan; człowiek uczy się całe życie.
Jeśli to przygotowanie do świąt ma się skończyć karczemną awanturą i obrażaniem – to nie ma sensu. Lubię mówić, że szopka wystarczy jedna – ta z Jezusem, do której pójdziemy w kościele, i jeśli w domu robimy szopkę z cyrkiem przygotowań, to mijamy się kompletnie z celem. Jak to kapitalnie ujął w jednych rekolekcjach internetowych ks. Jan Kaczkowski: „gwiazdka” nie może być tylko pustym sygnałem dla odpalenia naszej wigilijnej obrzędowości – w takim ludzkim wymiarze: prezenty, rytuał z obowiązkową pasterką, przez którą stoi się pod kościołem. Świetne. Udawanie nie ma żadnego sensu – chyba uczciwiej po prostu nie brać w tym świętowaniu na siłę, wbrew sobie, udziału.
To jest czas dany na to, żeby się wyciszyć i podsumować ten Adwent. Co wyszło, co nie wyszło. Nie potępiać się, nie zadręczać, nie biczować – ale podziękować za to, co było dobre, co się udało. Prosić Pana o natchnienie i siłę na walkę w przyszłym roku – zawsze znajdzie się pole do działania. Rozliczyć samego siebie, tak uczciwie. Nie chodzi o to, czy nie jadłem słodyczy – sorry, to jest dobre dla dzieci… Czy próbowałem w czymś choćby najzwyklejszym być bardziej sumienny, lepszy. Tu nie chodzi o przewrót kopernikański – ale to, aby coś w sobie zmienić. Bóg przez te niepełne 4 tygodnie dał naprawdę dużo słów inspiracji.
Jest jeszcze okazja na spowiedź. Wczoraj było bardzo ładne wezwanie w modlitwie powszechnej za tych właśnie, którzy ciągle zwlekają z posprzątaniem tej najważniejszej, choć niewidocznej sfery. Pewnie odstoisz trochę już w kolejce – ale warto.
On znowu się narodzi, pokój wam!

Jan od oczywistych oczywistości

Pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: Nauczycielu, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę. (Łk 3,10-18)

Nie bez powodu Jezus powie – cztery rozdziały tej samej ewangelii później – że „między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on” (Łk 7, 28), równocześnie, o czym wielu zapomina, dopowiadając, że tam, dokąd zmierzamy, każdy jeden najmniejszy będzie… większy od Jana. 
Na czym polegał fenomen Jana Chrzciciela? Wtedy tylko Jana – przydomek dostał później, a jeszcze później zaczęto określać go „świętym”. Fenomen był, bo ludzie za nim szli, miał całą grupę uczniów – ewangelista zaś mówi o tłumach wręcz. Jan wymagał od ludzi. Nie oferował cukierkowych, lukrowanych i kapiących serduszkami obrazków o tym, jak to jest świetnie, sielsko, idealnie i nic nie trzeba robić, „tak mnie, Boże stworzyłeś, to mnie masz”. My jesteśmy z natury bardzo leniwi (czego piszący te słowa jest przykładem wręcz fenomenalnym…), a mimo tego, cenimy, kiedy ktoś czegoś od nas wymaga. Zwracamy na taką osobę uwagę, słuchamy jej – kiedy na pytanie „co mamy czynić” dostajemy nawet trudną, ale konkretną odpowiedź. A to pytanie, prędzej czy później, stawia każdy. 
Z jednej strony się nie chce – ale z drugiej: hm, skoro on czegoś chce, formułuje jakieś twierdzenia i zalecenia, to mu na mnie zależy. Tak właśnie to działa Jezus, do którego Jan – czy sobie zdawał z tego sprawę, czy nie – prowadził ludzi. I może właśnie dlatego Jan jest taką klamrą, spinającą Stary Testament i otwierającą Nowy Testament, ostatnim prorokiem starotestamentalnym – tym, któremu dane zostanie, jak Symeonowi, wskazanie Syna Bożego (Łk 2, 25-32). Bóg nigdy nie obiecał, że będzie sielankowo, z górki, lajtowo – ale mówi wyraźnie: to rób, od tego wara. Może łatwo nie jest, ale nagroda murowana. Pretensje możemy mieć tylko do swoich własnych wyborów – a najczęściej, do ich konsekwencji. Róbta, co chceta – tylko się potem nie dziwta (jak to pewien ksiądz sparafrazował świetnie Jerzego Owsiaka). Bo mamy wolność wyboru – do konsekwencji tych wyborów włącznie; będą tylko nasze, ale i tam będzie przy mnie Bóg. 
O czym mówi Jan? Nic nowego w stosunku do tego, co powie Jezus. Nie kradnij. Nie wykorzystuj swojej pozycji do uciskania innych. Podziel się z tym, który ma mniej. Tu nie ma żadnej magicznej uniwersalnej recepty na wszystkie problemy życia – Jan nie mówi nic odkrywczego. A jednak, tłumy go słuchają. Nie dochodzi do żadnego cudu, powołania (jak w przypadku apostołów po spotkaniu Jezusa). Mówi – prozaicznie – do urzędników (celników i żołnierzy) o tym, aby przyzwoicie i uczciwie robili swoje. Nie każe porzucić wszystkiego i zamknąć się w jakiejś pieczarze na pustyni, aby się pościć i modlić. 
Brzmi dziwnie, jakoś tak… Smętnie? No właśnie nie. Nie bez powodu właśnie taki a nie inny tekst czytany jest w III niedzielę adwentu, czyli Gaudete. Nie żadna „niedziela radości” – ale wręcz tryb rozkazujący: radujcie się! Za 10 dni przyjdzie Pan. To nie jest tak, że Bóg nam opowiada jakieś truizmy i mamy sobie radzić. Bóg pokazuje, że radość od Niego płynącą można odnaleźć zawsze i do tego nas zaprasza. 

Mówi o tym I czytanie (So 3,14-18a) – zaufaj Panu, mocarzowi, w Nim złóż nadzieję, a on po prostu rozwali to, co jest na twojej drodze i co faktycznie (a nie w twoim odczuciu) jest złe. Bóg sobie z wszystkim poradzi – nasza rola to Mu zaufać i uwierzyć w to, co trochę ciężko zrobić z miną przegranego, który nie wierzy w nic i nikogo (a tak to wygląda często – wiem po sobie). Mówi o tym też kapitalne II czytanie, które uwielbiam:

Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. (Flp 4,4-7)

Nie mamy, jak jakieś klauny, biegać i cieszyć się z byle czego. Bóg daje nam radość ostateczną, tą, która z Niego wypływa – bo On jest tuż, tuż, stoi prawie za płotem, nadchodzi. I znowu nawiązuje do tego, co mamy robić – złóż swoje troski i problemy przed Nim, przedstaw to wszystko Jemu, zostaw to Jemu. Podobnie jak u Sofoniasza, tam były słowa: „On zbawi, uniesie się weselem nad tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radości”. To wystarczy. Nigdy dość mówienia o tym, że my mamy jakoś wbite do głów, że na Jego miłość musimy „zapracować”, nie wiem, odmawiając konkretną ilość różańców czy litanii – nie! Po prostu uwierzyć, że On może i chce się zająć tym, co w moim życiu jest trudne, zagmatwane, poranione i tragiczne. Ale ja muszę Mu na to pozwolić. 


Ta radość jest dla każdego. Ale jest jeden warunek – musisz chcieć się nawrócić. I mieć świadomość, że może być niebezpiecznie – Jan, dosłownie, z powodu Jezusa stracił głowę. 

Wilki dwa 01 – skopane ogródki życia

Friedrich_Wilkidwa_popr_500pcx_popr
Jakiś czas temu przeczytałem świetną książkę, z założenia „adwentową”, bo będącą owocem wideorekolekcji adwentowych z 2013 roku, sprzed 2 lat, jakie poprowadzili w Stacji 7 Adam Szustak OP i Robert „Litza” Friedrich – Wilki dwa
Powiem szczerze – zanim przeszedłem przez „Wilki dwa”, byłem dość sceptycznie nastawiony do twórczości o. Adama. A, bo taki popularny, telekaznodzieja, wszędzie go pełno, itp. Po książce zmieniłem zdanie, bo jest to człowiek, który ma wielki Boży dar jeśli chodzi o przekazywanie i wyjaśnianie Słowa Bożego (a i sporą wiedzę w tym zakresie). 
Pewnie nie za jednym zamachem (nie w jednym wpisie), ale chciałbym się podzielić kilkoma fajnymi myślami z książki, tak naprawdę mówiącej o nieustannej i de facto już rozstrzygniętej, wygranej przez Boga walce o nasze dusze ze Złym. Już same w sobie tzw. zadania na końcu każdego rozdziału to kapitalna sprawa – krótkie myśli, taki kop w cztery litery; nie żeby zniechęcić, ale na rozpęd. 
Enjoy!
  • Walka dobra ze złem to nie jest masowa wojna dwóch sił. Tu tylko jeden przeciwnik jest potężny. Drugi jest silny wyłącznie z naszego punktu widzenia. Z punktu widzenia Boga to żaden rywal.
  • Wolność obok miłości jest najtrudniejszym zadaniem, jakiem mamy w życiu.
  • Zły zawsze okłamuje. I nie może nam zaproponować rzeczy, których Pan Bóg nie chciałby nam dać, bo on ich zwyczajnie nie ma. Jedyne, co może zrobić, to udawać, że coś ma. 
  • Jeżeli jesteś małżonkiem, to nie daj sobie wmówić, że nie potrafisz kochać albo nie jesteś w stanie nauczyć się kochać bardziej. Jeżeli jesteś kimkolwiek innym i myślisz o sobie źle, upadlasz się, poniżasz, osądzasz – nie wierz temu kłamstwu! Kłamstwo Złego idzie zawsze w dwóch kierunkach: albo nasz grzech neguje, albo go wyolbrzymia. Potrzebujemy prawdy. O tym, że jesteśmy grzesznikami, ale też prawdy, że te grzechy wcale Panu Bogu nie przeszkadzają, żeby zrobić z nas coś niezwykłego, pięknego i cudownego. 
  • Nie udawaj, że kochasz doskonale, ale też nie daj sobie wmówić, że nie potrafisz kochać. I że nie jesteś w stanie nauczyć się kochać bardziej. 
  • Bardzo możliwe, że masz tylko jeden przystanek, jakiś milimetr dobra w sobie. Dobry wilk będzie ci nieustannie powtarzał: wystarczy.
  • Człowiekiem wierzącym nie jest ten, kto potrafi bez zastrzeżeń przyjąć cały system dogmatów wiary Kościoła, nie ma żadnych wątpliwości czy kryzysów. Nie. Dla mnie człowiek wiary to człowiek, który wierzy w to, że niemożliwe może się stać. Ten, kto widzi, że się nie da, że po ludzku wszystko wskazuje, że to „niemożliwe”, a nagle to się dzieje. W sytuacjach, kiedy jest przekonany, że nic się nie da zrobić, zmienić, naprawić, wzbudza w sobie przekonanie: ja rzeczywiście nie potrafię, ale Ty potrafisz, bo jesteś Panem rzeczy niemożliwych. Dla mnie człowiek wierzący to jest człowiek wierzący w niemożliwe. Pokaż mi, że jesteś Panem rzeczy niemożliwych.
  • Każdy z nas ma prawdopodobnie obok siebie kogoś, kto zamieszkał w Sodomie, kto nas skrzywdził, stoczył się, nie jest wart jakiegokolwiek dobra. Może Pan Bóg ciągle czeka, aż ktoś wreszcie zacznie się z Nim kłócić, żeby kogoś ocalił. Nie chodzi o to, że Pan Bóg nie chce ocalić. Myślę, że Pan Bóg wręcz usycha z tęsknoty, gdy Abraham przyszedł i z Nim rozmawiał. Chciał, żeby znalazł się ktoś, kto okaże miłość.
  • Spójrz na siebie według Bożej optyki. Nie na to, jaki jesteś, ale na to, jaki możesz być. Dziś przegrałeś, ok, ale może jutro dobry wilk się obudzi i wygra. Więc zacznij zmieniać życie od zera. Od teraz. Od już. 
  • Przychodzi taki moment, że człowiek wie, że nikt w niego nie wierzy.
  • Niektórzy mówią, że piekło będzie polegało właśnie na takim poczuciu totalnego osamotnienia, pogrążenia w pustce, może nawet będzie widziało się wtedy wszystkich tych, którzy są szczęśliwi. 
  • Pan Bóg, patrząc na nic, widzi bardzo wiele. To jest historia Boga, który widzi inaczej niż ludzie. 
  • Pan Bóg desperacko próbuje nauczyć mnie kochać, oczyścić moje serce. A że jestem głupi jak osioł, to znalazł tylko jeden sposób. Na nowo. 
  • Proces cierpienia, który dokonał się w Hiobie, miał go na nauczyć zupełnie nowego patrzenia na to, co miał wcześniej. Tak jak Hiob, który był przecież człowiekiem sprawiedliwym, nie umiał wcześniej właściwie korzystać z tego, co miał, nie potrafił kochać swoich dzieci, skoro dostawał wszystko nowe. 
  • Hiobowe doświadczenie krzyża jest trudne, ale polecam. Dlaczego? Bo zawsze prowadzi do refleksji nad sensem życia. Więc nawet jeżeli czujesz się jak skopany ogródek, pamiętaj, że to dobry moment, żeby coś zasiać. 
Tyle dzisiaj, bo czasu za mało. 
Wszędzie dzisiaj reklamują – ba, w Empiku jest przecena – Plaster miodu o. Szustaka, czyli zapis z kolei zeszłorocznych rekolekcji (nieco innych, bo były to tylko nagrania audio). Ja jednak polecam sięgnięcie po wilków dwóch :)

Na co ja właściwie czekam?

Foto-41

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. (Łk 21,25-28.34-36)

W kontekście I niedzieli Adwentu trzeba generalnie powiedzieć o dwóch sprawach. 

Po pierwsze, ludzie generalnie zatracili taki zmysł wyczekiwania na przyjście ponowne Pana Boga z biegiem czasu od momentu Wniebowstąpienia (pisałem o tym szerzej ze 2 tygodnie temu w kontekście Królestwa Bożego). Z naszą cierpliwością jak to jest, to każdy widzi – najlepiej na sobie – więc w sumie nic dziwnego. Tym niemniej, to, co się dzieje, widzimy i powinniśmy… no właśnie, co? Wyciągać wnioski. Nie bawiąc się w analityków – ale odnosząc to, co widzimy, do Słowa Bożego. 
Nie da się ukryć, to, co widać, optymizmem specjalnym nie napawa. Państwo Islamskie dzielnie rozwala Wschód, zabijani są ludzie nie tylko z powodu wiary i jej mężnego wyznawania (bo nie sądzę, aby to sprawdzano tak drobiazgowo), co za sam fakt bycia ochrzczonym – co, jak wiemy, czasami wcale nie przeszkadza w, delikatnie mówiąc, obojętności religijnej w ramach zasady „a po co się Bogu narzucać”. Jesteś katolikiem i możesz tylko za to umrzeć. Ludzie są wyrzucani z pracy za to, że się przeżegnali w przerwie na posiłek albo za noszenie dyskretnego krzyżyka. Domaga się zrównania praw homoseksualistów z prawami rodziny, włącznie z prawem do „małżeństwa” i wychowywania dzieci (homoseksualizm kwitł już w antyku – jednakże jakoś był zawsze kwestią tabu). Przemysł aborcyjny kwitnie w ramach realizacji tzw. prawa kobiety do decydowania o samej sobie i swoim ciele – bo kto by się przejmował taką błahostką, jak prawo człowieka do życia (tego małego, nienarodzonego, po prawniczemu nasciturusa – nawet prawo rzymskie dawało mu szereg uprawnień!). Równocześnie, w starzejących się coraz bardziej społeczeństwach rzekomo chrześcijańskiej Europy szerzy się na potęgę przemysł eutanatyczny. I, tak bardziej prozaicznie, coraz bardziej różnej maści spece biją na alarm: te bogactwa naturalne zaraz się wyczerpią, zabraknie gazu, ropy, systemy zasilania nie wytrzymają kolejnych upałów. O, matko… Co to będzie?
Postawa wobec tych sytuacji – nie wiem, czy koniec świata będzie, dzisiaj, jutro, czy za 10 lat, ale można chyba przyjąć, że jest to bliżej niż dalej? – może być dwojaka. Albo „ostatni uciekający gasi światło”, co widać bardzo często i przebija się w rozmowach, pomiędzy różnymi próbami zabezpieczenia siebie (co samo w sobie brzmi kuriozalnie – czekam na „ubezpieczenia od końca świata” :)) Albo zamiast bezmyślnej paniki zaczniemy słuchać Boga: „A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie„. Warto uświadomić to sobie w kontekście, rozpoczętego wczoraj w Polsce, jubileuszu 1050-lecia chrztu naszego kraju. To spore dziedzictwo – nie mówię o tradycji – ludzi, którzy żyli w czasach o wiele trudniejszych od naszych, i wytrwali w wierze i ta wiara właśnie dawała im siły. Tu nie chodzi o bezmyślne papugowanie przez nas – ale o jakąś tam refleksję. 
Człowiek gotowy nie ma się czego bać w kontekście „końca świata”, a właściwie to ponownego przyjścia Pana Jezusa. Bo właśnie jest gotowy i pozostaje gotowy nie tylko dzisiaj, ale stara się być taki i jutro, i starał się być gotowy wczoraj. Tak, jest to jakiś tam wysiłek. Ale warto. I ten właśnie Pan Jezus bardzo ładnie wymienia, powyżej, co można wziąć tak na „pierwszy ogień” w mojej własnej walce o tę gotowość: obżarstwo, pijaństwo (nie mylić z – potrzebną każdemu i po prostu naturalną od czasu do czasu dobrą zabawą, w której nie ma nic złego), troski doczesne czyli szeroko pojęty materializm. Z jedzeniem sam czasami mam problem, z pijaństwem chyba akurat nie (ale wielu ma), a materializm i zbieractwo to chyba problem każdego z nas. Jest duże pole do popisu i jeszcze calutkie 24 dni rozpoczynającego się jutro grudnia, aby ten Adwent wykorzystać kreatywnie i walczyć: nie ze sobą, ale z tym, co mi przeszkadza w byciu gotowym na spotkanie z Bogiem. Kapitalnie to wczoraj określił o. Grzegorz Kramer SI: „Dopiero ktoś, kto nabierze ducha, pozwoli Jemu panować w różnych dziedzinach życia, może podnieść głowę, bo nie ma nic do ukrycia”. 
Po drugie zaś, to są słowa o oczekiwaniu i trzeba o nie właśnie zadać sobie pytanie. 
Oczywiście, to bardziej jakby naturalne wydaje się w kontekście tego, o czym tu piszę, dość łatwe do przewidzenia – czy ja w ogóle oczekuję tego Boga, wyczekuję Jego Narodzenia, czy betlejemska noc i szopka z narodzoną Maleńką Miłością to jest dla mnie jakikolwiek punkt odniesienia? Czy po prostu cały każdy dotychczasowy Adwent i każde święta to wyłącznie szopka taka. Jezus Chrystus przychodzi do tej szopki – ale nie dla szopki. Jeśli masz robić coś bez sensu, z przyzwyczajenia, dla świętego spokoju – to chyba lepiej daj sobie spokój. Będziesz dzięki temu uczciwy wobec siebie. Ten Bóg przychodzi właśnie do mnie i do ciebie, do każdego. Ale żeby Go spotkać, trzeba tam się najpierw wybrać, potem przejść drogami Adwentu i dotrzeć z zachwytem w sercu, nadzieją i miłością właśnie tam, do stajenki. Dać coś z siebie. Zawalczyć o siebie, pokazać, że chcesz czekać, że to oczekiwanie jest ważne i ma sens. 

Ale warto zastanowić się tak bardziej prywatnie. Czego ja oczekuję – od życia, od ludzi szczególnie dla mnie bliskich (rodzina, przyjaciele, sympatia, małżonek), a także, i to może najpierw, od siebie samego? Jezus Chrystus nie rodzi się jako automatyczny mesjasz, który naciśnie magiczny guzik i, tadam!, nastąpi „z urzędu” zbawienie każdego człowieka, czy mu się to podoba, czy nie. Bóg w Jezusie chce przyjść w indywidualny i wyjątkowy sposób do każdego ludzkiego serca – mojego, twojego, i ile by tam miliardów ich jeszcze nie było. I żeby w ogóle odnaleźć się wobec Jego propozycji – trzeba najpierw wiedzieć, czego się samemu chce. Co jest moim marzeniem, co jest sensem mojego życia, do czego porywa się moje serce. Odpowiedź na to pytanie nie jest egoizmem – jest punktem wyjścia do budowania dalej relacji, zarówno z Bogiem, jak z innymi. Żeby wiedzieć, kim chcesz być w relacji z drugą osobą – także Bogiem – musisz najpierw wiedzieć, kim jesteś sam, i do czego zmierzasz. 
Początek Adwentu to jest taki świetny moment, bo przełom roku (liturgicznego – do kalendarzowego jeszcze miesiąc). Pewnie, wiele mogło nie wyjść w tym kończącym się nie udać, może przesadziłem z postanowieniami, z których nic nie wyszło, a może wręcz odwrotnie, przesiedziałem go wygodnie z pozycji biernego widza, dzielnie kibicując albo podśmiewając się – byle tylko samemu nic nie zrobić. No to od tej niedzieli jest okazja, aby to zmienić – i nikt nie zrobi tego za Ciebie. 
Na koniec takie krótkie modlitewne westchnienie ze Świętej Przestrzeni:

Panie Jezu, Ty powiedziałeś, że jesteś Światłem Świata i naszą Drogą, Prawdą i Życiem. Daj mi odkryć jak mam podróżować z Tobą podczas tego adwentu w kierunku nowego Światła – Ciebie.

Adwentowe propozycje rekolekcyjne

Startuje Adwent AD 2016.

Poczytałem, poszukałem, poszperałem. Oto kilka – oczywiście, bynajmniej nie jedynych osiągalnych albo wartych poświęcenia czasu – rekolekcji czy pomocy w tym, aby ten wyjątkowy (i uwielbiany przeze mnie!) czas przeżyć sensownie i coś z niego wynieść dla siebie, zbudować siebie jakoś. 
do posłuchania/oglądania
do poczytania
Głoszących powyższe rekolekcje przedstawiać chyba nie trzeba. Kaczkowski – „onkocelebryta”, człowiek który oswaja świat ze śmiercią, młody ksiądz, który sam od podstaw zbudował hospicjum… żeby dowiedzieć się, że umiera na glejaka; i się nie poddaje. Szustak – chyba najbardziej znany młodym polski dominikanin, kaznodzieja, autor świetnych książek, głosiciel rekolekcji, znany z inicjatywy Langusta na Palmie (to też nazwa kanału na YT, gdzie wrzucane są jego rekolekcje). Fortuna – amerykański ex-kapucyn, współzałożyciel w latach 80. XX wieku tzw. Franciszkanów Odnowy, w Polsce określanych czasem mianem Braci z Bronxu. 
Takie „wow”. Wszystkie – nie książkowe i nie tylko do czytania – powyższe rekolekcje są na YouTubie. Każdy zagląda i słucha/ogląda wtedy, kiedy chce. Świetne, prawda? A nawet, jak są napisane – to są, i po prostu można w dowolnej chwili zajrzeć, przeczytać, zadumać się, pomodlić, zasłuchać w Niego. Nie da się powiedzieć „nie mogę iść na roraty, bo…” bo nie ma argumentu :) 
Do wyboru, do koloru. Pewnie każdy sam znajdzie więcej. 
Niech dla każdego ten Adwent będzie owocny.

Plan

Przeżywamy ostatnie dosłownie dni starego roku liturgicznego AD 2015 i w niedzielę rozpoczniemy nowym adwentem AD 2016.
Za oknem średnio – nie wiem, jak u Was, ale w moim Trójmieście teoretycznie sucho, choć od kilku dni już całkiem mroźno, pierwszy śnieg posypał, rano trzeba pastwić się nad samochodem z nie tyle może odśnieżaniem, co odszranianiem. Bez czapki i rękawiczek ani rusz. Ale za to, jak się człowiek wyczołguje rano z domu, jakie piękne gwiaździste niebo, bez jednej chmurki! Ogólnie nieco przygnębiająco – w tym sensie, że rano ciemno (jak docieram do fabryki robi się ładnie), i jak się z tej fabryki wychodzi to w sumie już też ciemno. Szkoda, ale – to akurat prawda w tym kontekście – taki mamy klimat.
Nie jestem fanem przesady i duchowej kulturystyki w tym sensie, aby ścigać się dla samego ścigania czy robić coś dla udowodnienia tylko sobie samemu jakiejś kwestii. Ale mam takie wrażenie – i pewnie każdy z nas podobnie, jako że mniej więcej tego rodzaju zachęta płynie chyba z każdej ambony czy to w adwencie, czy w wielkim poście, i słyszymy ją od dziecka – że to jest faktycznie dobry moment, żeby coś sobie postanowić i po prostu spróbować być lepszym dla ludzi, bardziej zasłuchanym w Boga, nie tylko wierzącym w Niego, ale ufającym Mu, otwierającym przed Nim swoje serce i zapraszającym Go do swojego życia nie tylko wtedy, kiedy właściwie nie ma już  w tym życiu czego zbierać.
Postanowienia w stylu: nie będę jadł słodyczy – w sumie, hm, też są dobre, ale to chyba dość infantylne? Oczywiście, mam pełną świadomość, że i ja mam z tym problem, i właściwie dobrze by było, żebym ich tyle nie jadł – ale to jakby zupełnie obok sfery duchowej, i tak trochę na poziomie małego dziecka. Bardzo ambitnym – jak dla mnie – wydaje się założenie codziennego uczestnictwa w roratach (czyli wyrwany kawałek snu od poniedziałku do soboty przez cztery tygodnie); u mnie niewykonalne z powodu godzin pracy, u wielu osób pewnie też. Mniej TV czy jakiegoś innego zapychacza czasu? Pewnie, żeby mieć czas dla bliskich i w nich odnajdywać Boga, wsłuchać się w to, co Bóg przez nich do mnie mówi, być bardziej dla nich niż dla siebie. Jakieś postanowienie modlitewne? Dziesiątka różańca to naprawdę nie jest wyczyn – ja ostatnio, dla utrzymania rytmu dnia, odmawiam w tym samym końcowym etapie dojazdu do pracy. 
Ja wracam do czegoś, co pewnie z 15 lat temu mi się udało – mianowicie mam ambitny zamiar od niedzieli najbliższej, czyli od początku adwentu, zabrać się za systematyczne czytanie Pisma Świętego i przeczytać je w całości. Raz się udało, więc czemu nie? Szukałem i szperałem nieco w internetach, czego efektem jest wybór planu czytania Biblii autorstwa Jacka Święckiego. Dlaczego ten? Bo nie jest tak – może nie tyle bezmyślnie, co mało czytelnie – że czyta się wszystko, a przede wszystkim ST, po kolei, jako że wcale nie oznacza to zachowania chronologii. Autor umiejętnie przestawia też pewne poszczególne rozdziały ksiąg, co wynika z wielu kwestii (na przestrzeni wieków pewne rzeczy pomylono i przesunięto). Poza tym są osobne bloki, tzw. rekonstrukcje, najtrudniejszych fragmentów Biblii. Całość wedle założenia ma zająć 104 tygodnie, czyli 2 lata.  
Zaplanowanie sobie czegoś na 2 lata uważam za mocno ambitne, tym bardziej więc proszę skromnie o wsparcie w tej materii. Plan tygodniowy podzielony jest na 6 dni – jest więc (niedziela?) zapasu, żeby nadgonić, w razie czego.
Zachęcam do odważnego, ale na miarę swoich możliwości, podejmowania jakiś pomysłów czy postanowień adwentowych, a przede wszystkim systematyczności w ich realizacji. 
Ps. Dodatkowy pomysł – odkładać jakieś pieniądze na boku przez te kilka tygodni. I przekazać na jakiś cel, czy chociażby wrzucić do skarbonki w kościele – żeby bardziej, materialnie, zaangażować się, zainwestować i wesprzeć to, co mój kościół – moja parafia – buduje. 

Rekolekcje Adwentowe 2014 online

Pierwszy wpis po dłuższej przerwie. Modlitwy wielu życzliwych ludzi bardzo dużo dały – dzięki czemu ostatni, mam nadzieję, naukowy etap w życiu mam za sobą i pozostaje tylko uczing pod kątem egzaminu marcowego.
>>>
Leci trzeci dzień Adwentu AD 2014 i dlatego wklejam kilka propozycji rekolekcji on-line, czyli dla (pewnie większości z nas) ludzi takich jak ja, którzy z jednej strony nie mają po prostu czasu iść na roraty czy rekolekcje (praca…), a z drugiej nie chcieli by trafić na byle co, czyli są nieco wybredni. Propozycji kilka jest.
Poza tym fajna rzecz do poczytania – 2160000 sekund Adwentu – przygotowane przez świeckie wspólnoty dominikańskie rozważania na każdy dzień.
Pewnie jest tego dużo więcej – to tylko kilka znalezionych przez mnie propozycji. Każdemu życzę – bez względu na to, gdzie, kiedy, w jakiej formie, sam znalazł czas i zasłuchał się w Niego. 

Pokora, wiara i ofiara

Na wstępie – zdałem, II rok mam za sobą, jeszcze tylko jeden. Oficjalnie grudzień jest miesiącem odpoczynku, bez zajęć, co w moim przypadku oznacza jedynie brak konieczności taszczenia ze sobą akt do domu raz w tygodniu. I czasem na nadrabianie listopadowych zaległości (co już mi się prawie udało). 
Mam pełną świadomość, że zaliczenie tego kolokwium (powszechnie uznawanego za najgorsze na aplikacji) nie tyle jest zasługą mojej wiedzy, co pomocy Opatrzności, która postawiła przed nami takie a nie inne zadania (pasujące dokładnie do tego, pod kątem czego się przygotowywałem), a fakt zdobycia jednego punktu więcej niż wymagano do zaliczenia – to zasługa wielu życzliwych ludzi, którzy się o to modlili. 
Zatem, w telegraficznym skrócie, kilka myśli.
>>>

Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Rzekł mu Jezus: Przyjdę i uzdrowię go. Lecz setnik odpowiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Chodź tu! – a przychodzi; a słudze: Zrób to! – a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim. (Mt 8,5-11)

Piękne słowa (z poniedziałku 02 grudnia), których dzisiaj brakuje tak bardzo większości ludzi posiadającym władzę. Setnik – ten, który odpowiadał za stu mu podległych. W przełożeniu na dzisiejszy język – nie tyle kierownik, bardziej dyrektor. Świadomy tego, co może, ale także wiedzący, że w pewnych sprawach od ludzi pochodząca iluzoryczna władza naprawdę nie ma nic do rzeczy i nie jest argumentem. Że przed Bogiem takie kwestie nic nie znaczą – liczy się tylko człowiek, w tym wypadku cierpiący. Bóg widzi troskę tego przełożonego – który w trudnej chwili potrafi sam być człowiekiem. Co więcej, widzi też wielką wiarę i pokorę, które każą mu zaprotestować, kiedy Jezus proponuje, że sam przyjdzie, aby dokonać cudu. Wie, że Bóg potrafi zadziałać i bez tego. 
A ile razy my – stojąc już dosłownie pod ścianą – nie potrafimy tego pojąć, i bezmyślnie walimy łbem w mur, za wszelką cenę starając się własnymi siłami coś zdziałać, nawet gdy jest to praktycznie nierealne. Zamiast po prostu uklęknąć i poprosić. Co więcej – ile razy bezmyślnie de facto powtarzamy słowa setnika, które Kościół wkłada nam w usta podczas każdej Eucharystii – „Panie, nie jestem godzien…”. 
>>>
I takie luźne przemyślenie, jakie usłyszałem w zeszłą niedzielę. Pro-konsumencka rzeczywistość praktycznie od 02 listopada, a czasami i wcześniej, kiedy niektórzy jeszcze w klimacie Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego odwiedzają groby, wali w nas ze wszystkich stron kolorowymi tlenionymi blondynkami w obcisłych czerwonych wdziankach albo podejrzanie wyglądającymi starszymi grubasami z brodą, stylizowanymi niby to na antycznego biskupa Miry o imieniu Mikołaj (którego dzisiaj 99% ludzi właśnie z takim pajacem w czerwieni kojarzy). 
Ale tak się nie da. Chrześcijanin tak nie może. Po to jest czas pomiędzy – ostatnia prosta roku liturgicznego, uroczystość Chrystusa Króla, a potem czterotygodniowe adwentowe radosne oczekiwanie. Ciemność kościoła, kiedy dopiero na Gloria rozświetla się światłami, wcześniej pełen pojedynczych migających lampek lampionów. To też jest przygotowanie – że człowiek zwleka się z wyra i idzie na te roraty, po ciemku, w śniegu, marznie czasami, a potem do szkoły czy pracy. To też może być postanowienie – nie tyle nie zjem słodyczy albo nie posiedzę mniej przy komputerze (choć to bardzo dobre), ale pójdę chociaż ze 2 razy w tygodniu. Bardzo żałuję, że nie mam jak brać w nich udziału – niestety, dojeżdżam do pracy tyle, że kiedy o 6:30 rozpoczynają się w parafii roraty, ja jestem już w drodze do pracy. Ja chciałbym tam być, a nie mogę – pytanie, ilu jest takich, którym nic nie stoi na przeszkodzie, poza lenistwem? Jest jeszcze czas, równe 10 dni. 

Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)

Dla mnie czas Adwentu to zawsze był moment o tyle bardziej zauważalnym, odczuwalny, że mocno wpisany w tą zupełnie inną porę roku. W naszym AD 2013 zmieniło się to prawie równo i wręcz odczuwalnie – od połowy zeszłego tygodnia przymrozki, posypało (zasypało?) przez 2 dni śniegiem, zima idzie, co bardzo mocno widać i po aurze, temperaturze, chmurach… To takie naturalne i logiczne – w tej właśnie scenerii, uczciwszy tydzień temu Jezusa jako prawdziwego Króla ze wszystkimi królewskimi prawdziwymi (nie ludzkimi) atrybutami, zamykamy rok kościelny i rozpoczynamy kolejny Adwent naszego życia. Który to już? U mnie będzie 28. 
Ten czas jest niesamowity choćby z jednego powodu – właśnie w Adwencie, dzięki tym słowom Marana Tha zwracamy się do Niego w taki sposób, w jaki powinno to mieć miejsce cały czas – z takim radosnym utęsknieniem, wyczekiwaniem. Przyjdź, Panie Jezu! Nie tak abstrakcyjnie, gdzieś tam na jakiejś gwieździe betlejemskiej czy komecie, jako prawie Mikołaj z workiem prezentów – ale tutaj, dzisiaj, do mnie, właśnie teraz, w tym momencie. Może dlatego właśnie kolejne słowa et Verbum caro factum Est czyli Słowo, które stało się Ciałem? Stanie się, i my tego pragniemy, do tego się przygotowujemy – właśnie przede wszystkim przez to, aby pozwolić Adwentowemu Słowu działać, zamieszkać dosłownie (nie tylko do 24 grudnia) i mocno we mnie. Stanie się Ciałem, o ile Mu na to pozwolimy – nie tylko mówiąc, idąc na roraty, robiąc postanowienia, czytając pobożne teksty – ale po prostu robiąc Mu miejsce i będąc gotowym. 
Pierwsza wskazówka jest już w I czytaniu – to o przekuwaniu mieczy na lemiesze i włóczni na sierpy (Iz 2, 1-5). W budowaniu inaczej pokoju – najpierw w sobie, potem wokół siebie, między ludźmi, szczególnie wyciągając rękę i umiejąc przebaczyć, schować urazy tym, od których szczególnie wiele nas dzieli. Zabrać swoją dumę, ego, pychę, pogardę, zazdrość i tę cała resztę brudu – i postarać się, aby w te święta Bóg nie tylko jakoś zmieścił się w moim sercu, ale by mógł być tam, gdzie dwóch lub trzech zbierze się w Jego imię – tych, którzy do tej pory szczególnie nie mogli na siebie patrzeć. 
Pobudka! O tym mówi Paweł (Rz 13, 11-14) do współczesnych mu Rzymian, czyli właściwie do całego znanego wtedy świata. U nas zima otula to wszystko, to ciche i mroczne nieco tym samym oczekiwanie – ale my wiemy, że w tej nocy swojego życia zbliżamy się do Światła, które w ciemności świeci i którego ciemność nie przezwycięży nigdy. Zbliża się czas przyjścia Pana, zbliża się ten dzień. Wystarczająco długo tkwimy w marazmie, beznadziei, egzystując (bo nie żyjąc) z dnia na dzień, byle jacy, z byka patrzący na siebie. Ten Adwent nie tylko ma nas obudzić, ale też pobudzić do tego, aby coś ze swoim życiem zrobić. 
Co? Tutaj każdy już sam musi sobie odpowiedzieć. Posłuchać. Nie siebie, jak zwykle, ale wsłuchać się w Niego. Roraty to bardzo dobry czas, kiedy światło nagle rozświetlające świątynię potrafi dosłownie oświecić serce i umysł, popchnąć do działania.  Bo to On działa.