To, czego ja chcę – a to, co daje Bóg. Konfrontacja i punkt odniesienia

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)

Bardzo ciekawa sytuacja, nie sądzisz? Pokazuje, że Jan Chrzciciel jest człowiekiem, jak każdy inny, i ma wątpliwości. Widział i chciał bardzo dostrzec to, co Bóg mówił do ludzi – w tym do niego – przez tego niesamowitego człowieka, za którym coraz więcej ludzi szło, który uzdrawiał, czynił cuda, i tak pięknie, choć wymagająco, nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż inni, akcentując miłość i miłosierdzie jako przymioty Stwórcy, ale też to, co powinno cechować ludzi w relacjach między nimi samymi.  
Jan co do jednego był pewny – i słusznie. Jego misja nie służyła samej sobie. Sam o sobie mówił głos wołającego na pustyni. Nie on był istotny – ale to, jak wszystkich miał przygotować na przyjście Tego, który miał nadejść po nim samym. Teraz, gdy grunt umykał mu spod nóg, gdy trafił do więzienia i słusznie spodziewał się tego, co miało niebawem nastąpić (jego śmierć), wiedział, że jest odpowiedzialny za tych, którzy za nim poszli. Odkrył jakby karty – zapytał tego, którego dotyczyły jego wątpliwości: czy ty jesteś Tym, którego wyczekujemy? Być może obawiał się nieco, co zrobią idący za nim ludzie, gdyby jego zabrakło – w końcu był w pewnym momencie sam bardziej znany i rozpoznawalny niż Jezus, a do tego, gdy wszyscy dowiedzieli się, że jego – Jana – zamknięto w więzieniu, to zakładając, że Jezus jest Mesjaszem, jak wyjaśnić brak Jego reakcji na uwięzienie przecież Jego proroka (nie mówiąc, że krewnego)? Musiał się dowiedzieć, aby jednoznacznie wskazać drogę tym, którzy szli za nim. 
No właśnie. Czemu Jezus nic nie zrobił? W końcu, po ludzku rzecz biorąc, tak właśnie powinien postąpić – conajmniej upomnieć się o niesprawiedliwie uwięzionego, a w opinii osób bardziej radykalnych – doprowadzić może i do powstania? Bardzo by to pasowało do idei Mesjasza – wyzwoliciela dosłownie narodu żydowskiego, który rozpocząłby i doprowadził skutecznie do końca walkę o niepodległość Izraela. Nie, Jan w żadnym wypadku nie był Zbawicielowi obojętny – stąd słowa Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Ale już w następnych słowach wskazuje – największy z ludzi jest karzełkiem w porównaniu z najmniejszym zbawionym. Rolą Jana w Bożych planach było, niestety, dać się zabić – jako świadectwo tego, co może czekać na tych, którzy pójdą za Mesjaszem. Niewdzięczna rola – ale przyjął ją z godnością i wiarą, wiedząc, Komu zaufał. Władza ziemska mogła go tylko skrócić o głowę, odebrać ziemskie życie – on miał obiecane o wiele więcej. 
Bo Jezus dąży w pewnym sensie do konfrontacji – tego, co my sobie o Nim wyobrażamy, z tym jaki On jest naprawdę. Stajemy przed Bogiem, modlimy się, prosimy i dziękujemy – ale to wszystko w ramach jakiegoś swojego wyobrażenia osoby Boga. Co Jezus odpowiedział uczniom Jana? Piłatowi w Wielki Piątek na pytanie czy Ty jesteś Mesjaszem? odpowie tak, Ja nim jestem. Dzisiaj jednak nie mówi o sobie – tak, to ja. Wskazuje na swoje czyny, na przejawy łaski Bożej przez Niego działającej – pozostawiając posłańcom, samemu Janowi i każdemu innemu samodzielne wyciągnięcie wniosku. Czy zwykły człowiek tyle może uczynić? To pięknie pokazuje – droga wiary, czy to będąc na jej początku, czy krocząc nią wiele lat, zawsze może zaprowadzić do wątpliwości, kryzysu, depresji. Tak się zdarza, takie bywają okoliczności – Jan zresztą miał pretekst, jego przyszłość nie rysowała się zbyt kolorowo. Ale nie załamał się – zwrócił się do źródła, bezpośrednio, zapytał Boga nawet o Niego samego. W trudnej, dramatycznej wręcz okoliczności dalej szukał, pytał, zastanawiał się. I uzyskał odpowiedź, która nadała sens temu wszystkiemu, co go dotknęło, i co miało go niebawem spotkać. 
Mamy prawo do własnych wyobrażeń, wizji, odbioru spraw i sytuacji. One w pewnym sensie są częściami składowymi naszej indywidualności, tego kim jesteśmy, wyjątkowości tak bardzo w nas ukochanej przez Boga. Ten tekst dzisiaj znowu pokazuje – Bóg nie traktuje nas jak bezmyślnej masy, nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Pyta przez swojego Syna wprost – Coście wyszli oglądać na pustyni? Coście wyszli zobaczyć? Słowa o trzcinie nawiązują do proroctwa Izajasza, że obiecany Mesjasz, gdy nadejdzie, nie złamie trzciny nadłamanej (Iz 42, 3). Trzcina, jak sobie rosła przed Jego przyjściem, tak samo będzie rosła i kołysała się na wietrze, gdy On przyjdzie. Ludzie w miękkich szatach? Symbol dobrobytu, przepychu, nawet zbytku – ale Mesjasz nie musi być i nie będzie władcą w ludzkim rozumieniu, żyjącym w pałacu, opływającym w bogactwo i ubierającym się w takie miękkie szaty. Nie takie jest Jego królestwo i królowanie. 
Te słowa, które Jezus wypowiedział, stanowią jakby kontynuację Jego odpowiedzi na pytanie, podane przez uczniów Jana (którzy już wówczas odeszli, jak podał ewangelista), przez samego Jana – czy On jest Mesjaszem? Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Proste jak drut. Jan (co sam Jan wiedział) miał wskazać ludziom Zbawiciela, i z pomocą i pod natchnieniem Ducha Świętego wskazał nad Jordanem Jezusa. Owszem, zwątpił chwilowo, w tych okolicznościach – ale swojego wskazania nigdy nie odwołał. A teraz – Ten, na którego wskazał, sam potwierdza trafność słów Jana. Spójność, konsekwencja. 
Możemy – porządni, spełniający uczynki miłosierdzia, modlący się, wspierający potrzebujących, uczciwi – znaleźć się także sami w momencie podobnym do tego, w jakim wtedy był Jan. I nie ma znaczenia, czy – jak dla Jana – będzie to koniec. Ważne jest to, czy nasza wiara wytrzyma taką noc duszy. Bóg nie ogranicza albo nie odbiera nam prawa do wątpliwości – ale pragnie, abyśmy przez takie próby przeszli zwycięsko. Aby błogosławieństwo obiecane tym, którzy nie zwątpili, mogło się stać także naszym udziałem. Trzeba w takich momentach zwrócić się do źródła, szukać odpowiedzi nie u szarlatanów i naciągaczy – ale Jednego, który zna odpowiedź na każde pytanie. Zawsze wracać do Boga, do modlitwy, do Kościoła. 
Teraz, w Adwencie, oczekujemy narodzenia Pana, przyjścia Zbawiciela. Warto czasami zadać samemu sobie pytanie i spróbować odpowiedzieć na to pytanie, które stawia sam Bóg. Czego szukasz? Czego potrzebujesz? Czego ci brakuje? I udzieliwszy odpowiedzi – zestawić to z tym, co proponuje Bóg, co On wskazuje jako to, co ważne, istotne, wartościowe, potrzebne. Aż wreszcie – nie wahać się odrzucić tego, co z Bożą hierarchią wartości stoi w sprzeczności. Dopiero wtedy można mówić o zwycięstwie, prawdziwej gaudete – radości – jaką przedstawia nam dzisiaj Kościół.
W tym kontekście warto zadać sobie samemu pytanie – czego szukasz w Kościele? Czym Kościół jest dla ciebie, czym powinien być? I co robisz, aby Kościół choć trochę zaczął przypominać ten twój, wymarzony? Jako mała pomoc – można poczytać, o jakim Kościele marzą pewne osoby publiczne. Te myśli napawają optymizmem. 
W tym kontekście – ciekawy motyw z dzisiejszego, rekolekcyjnego kazania. Przychodzi człowiek do osoby mocno uduchowionej, i zwierza się z problemu – trudności ze skupieniem podczas modlitwie; stara się modlić – a myśli uciekają do studiów, pracy, sympatii… Usłyszał odpowiedź od owego duchownego: Ja, jak stoję, to stoję; jak idę, to idę; jak biegnę – to biegnę. Ty – jak stoisz, to już idziesz; jak idziesz, to już biegniesz. Wniosek? Za bardzo się spieszymy – będąc tu, myślami wybiegamy już tam, do przodu – w efekcie to tu jest niedbałe, rozproszone. Czy chodzi o modlitwę, czy chodzi o cokolwiek innego – problem ze skupieniem zawsze jest problemem. A na wszystko trzeba umieć znaleźć i wygospodarować czas i przestrzeń. Owszem, podzielność uwagi to podobno zaleta – ale pewnych czynności efektywnie połączyć się nie da. 
>>>
Wczoraj zmarł najwybitniejszy polski specjalista z zakresu prawa kanonicznego – x infułat prof. Remigiusz Sobański. 80 lat to piękny wiek, a jego życie było z pewnością spełnione, pozostawił po sobie wielki dorobek myśli prawniczej. A jeszcze niedawno publikował co tydzień felietony w GN…
Jedynie o 5 lat przeżył go p. Edward – żaden profesor, infułat, prosty świecki człowiek, który od zawsze (do momentu pojawienia się nowego ordynariusza, dla którego był za stary…) był zakrystianinem w mojej rodzinnej parafii, który odszedł także w kończącym się tygodniu. Nigdy się nie skarżył, dla każdego miał dobre słowo, zawsze onieśmielony gdy mu się bezinteresownie pomogło. Od zawsze posługujący w parafii za darmo – a przez wiele lat był jedynym kościelnym. Naprawdę Boży człowiek. Chciałbym, żeby kiedyś ktoś o mnie pomyślał choć trochę tak dobrze, jak dobrze ja mogę pomyśleć dzisiaj o nim.

>>>

Adwentowo – o tym, gdzie teraz się znajdujesz, gdzie tak naprawdę oczekujesz na Pana – w wieczerniku, czy może w knajpie? Rozważają x Artur Stopka i Afro

Metanoia – tracenie głowy dla Boga

W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie . Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki. Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. (Mt 3,1-12)
Co słyszę, kiedy czytają w kościele te słowa? Co one we mnie powodują? Wariant najbardziej pożądany – spokojną radość człowieka, który wie o tym, co w bliżej nieokreślonej przyszłości ma nastąpić, i jest na to przygotowany, bo żyje tak, jak powinien. Wariant o wiele bardziej prawdopodobny – co najmniej lekkie zaniepokojenie, a może i paniczny strach? Oby to, co w nas wzbiera w tym momencie, było szczere. Bo to jest pewna miara nas samych: czy chociaż przed samym sobą potrafię być szczery? Czy nawet w ciszy swojego sumienia – już nawet nie przed innymi – staram się zagłuszyć to wszystko, na co Jan Chrzciciel stara się w tym i nie tylko tym tekście zwrócić uwagę.
To nie jest tak – Bóg każe się zmienić, bo tacy mamy być, i tyle. Nawrócenie nie jest robieniem czegoś tylko dlatego, że Bóg tak chce, Bóg tak każe. Prawda jest taka, że Bóg nie może nam nic kazać. Takich nas stworzył, wyposażył w wolną wolę – i proponuje, pokazuje, wyjaśnia. Do nas należy decyzja, co z tym zrobimy – i to, co robimy, taką właśnie naszą decyzją jest. Jaka by ta decyzja nie była. Bóg nam nie rozkazuje – ale przez kolejne osoby, czy to na kartach Pisma Świętego, czy w naszej nawet współczesności (Jan Paweł II, o. Pio, m. Teresa z Kalkuty, s. Małgorzata Chmielewska, Mali Bracia Jezusa i tylu innych), stara się nas naprostować, skierować we właściwą stronę. Choć, oczywiście, możemy się zaprzeć, olać to i pójść swoją drogą, nawet dokładnie w przeciwną stronę.
O. Grzegorz Kramer SI w swoim rozważaniu udowadnia, że nie mamy się zmieniać dla samego zmieniania – tylko dla Boga. Ma rację. Nie chodzi o jakieś estetyczne pobudki, chwilowy wyrzut sumienia, albo postępowanie w myśl zasady jak inni – to ja też. Adwent i praca z nim związana nie ma być jakimś magicznym rytuałem, albo rzeczą do odbębnienia, załatwienia, odfajkowania. To ma być kolejny krok w mojej drodze do lepszego poznania i odkrycia Boga w swoim życiu. A jak dopiero się do tego zabieram – to pierwszy, być może najważniejszy (bo bez niego nie będzie na pewno dalszych). Dla siebie? Też. Ale dla Boga – Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki. Nie z kaprysu, nie dla picu. Dla Boga.
Nawrócenie to po grecku metanoia – co w wolnym tłumaczenia dwóch składowych meta i noia oznacza przekraczanie ludzkiego pojmowania spraw. Bóg nie wzywa nas do tego, byśmy byli odrobinę lepsi w naszej ludzkiej słabości – ale abyśmy te słabości pokonywali i stawali się radykalnie nastawieni na bycie po prostu świętymi. Nie masz taplać się w swoim grajdołku ludzkich wad, niedoskonałości, ułomności i beznadziei – ale masz wreszcie wstać i się zabrać z tego grajdołka, i to nie na chwilę, ale permanentnie!
Taka zmiana może wiele od człowieka wymagać. Wystarczy spojrzeć na Jana Chrzciciela. Nawet jak na tamte czasy ludzie z pewnością patrzyli na niego dziwnie. Wielbłądzia skóra (właściwie tylko przepaska), byle jakie pożywienie. Co chciał przez to pokazać – tamtym, ale i nam? Że to są detale, sprawy nieistotne. Bóg sam zatroszczy się o człowieka, który tego Boga kocha, szanuje i Jego wolę wypełnia. Oczywiście – dzisiaj, mając rodzinę i dzieci, raczej trudno sobie wyobrazić, aby ktoś w ten sposób dał sobie radę – ale chodzi o sposób podejścia, nastawienia. Rodzinie trzeba zapewnić warunki do życia, na co potrzebne są środki – ale samo posiadanie nie jest i nie może stać się celem. 
Ani Jan Chrzciciel, ani tym bardziej Bóg nie oczekuje, żebyśmy jak Jan ubrali się w dziwne ciuchy i uciekli na pustynię. Ani też abyśmy potraktowali ten adwent jako jakiś bliżej nieokreślony magiczny czas, który – równie szybko, jak rozpoczęty – zakończy się w wigilijny wieczór, i dalej będziemy robić swoje, będąc jak dawniej, samolubni, egoistyczni, pewni siebie, pyszni, zapatrzeni w kasę i korzyści, bez serca, nieuczciwi, etc. Taki adwent to po prostu czas stracony. Nikogo, a na pewno już Boga, nie oszukasz zewnętrzną powierzchownością, nawracaniem na pokaz. Choćbyś nawet i na wszystkich roratach był i spowiadał się raz w tygodniu. To nie wystarczy. Chodzi o zmianę w sobie, w środku, tak naprawdę. Wtedy i bez lampionów czy obecności codziennie na roratach (choć wskazana) się obejdzie. 
Tu nie chodzi o to, byśmy się bali – chociaż niektórzy pewnie mają czego. Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Odstawienie szopki adwentowej, żeby wszystkich o swojej zmianie przekonać (może nawet siebie?) nic nie da. Wtedy byli faryzeusze – dzisiaj też są, tylko nikt ich tak wprost nie nazywa. Jest nim każdy, komu się wydaje, że udobrucha Boga, spinając się i będąc niby to lepszym przez te kilka tygodni. Tłumaczenie przecież jestem katolikiem, do kościoła (rzadko, bo rzadko) chodzę, do spowiedzi (jeszcze rzadziej – ale w przykazaniach jest: raz w roku, to i raz w roku pójdę) też, na tacę daję (czyli proboszcz z mojej kieszeni żyje), nie kradnę (a nawet jeśli – za rękę nikt mnie dotąd nie złapał), nie zabiłem nikogo – więc o co chodzi? Faktycznie, nic tylko w ramkę i jako przykład pokazywać, co? 
Bóg może, co najwyżej, i to z ojcowską dobrocią, pogrozić palcem. Przypomnieć – człowieku, zrób coś ze sobą. Czyli źle ze mną? Czyli możesz lepiej, stać się na więcej – o ile ci się zachce – o to chodzi. Jesteśmy mistrzami świata w wymaganiu od innych – równocześnie wymyślając setki powodów na usprawiedliwienie własnej bylejakości, lenistwa i chodzenia na skróty. I to mamy zmienić. Nikt nie każe wyjść z siebie i stanąć obok. Masz być najlepszy, jak potrafisz – i to nie tylko w adwencie, ale począwszy od adwentu dalej, cały czas. Trudne? I co z tego? A ktoś obiecywał, że łatwo będzie? To kłamał – i na pewno nie był to Bóg. 
Jan głosił Królestwo Boże – to, które ma przyjść kiedyś, ale i to, które już dzisiaj ma w nas istnieć. Jan przypomina, że bez nawrócenia – my po prostu sami się z niego, tego Królestwa, wykluczamy. Wyuczone formuły religijne, gesty, znaki krzyża, klękanie, różańce – bez odpowiedniej formy nie wystarczą. Faryzeuszom się wydawało inaczej – i co? W błędzie byli. Człowiek ma się rozwijać, rozkwitać, osiągać pełnię swoich możliwości – nie tylko w sensie kariery, ale także ducha. Nie mamy żyć, na pół gwizdka, ale pełną parą, pełną piersią! Także jako ludzie wierzący. Bo wiara – o ile jest prawdziwa – jest integralną częścią całego mnie. 
A więc ta nasza metanoia – to nic innego jak ciągłe przekraczanie samych siebie, dawanie z siebie wszystkiego i maksymalny wysiłek – dla Boga, który przychodzi czy to do stajenki betlejemskiej, czy do naszych przede wszystkim serc. Jak ten czas zmarnujemy – to i śpiewanie kolęd, klimat świąt sam w sobie nic nie da. On ma przede wszystkim przynieść radość i nadzieję do mojego serca – a przecież nie jest to możliwe, jeśli moje oczekiwanie nie jest szczere, było tylko pozą. 
Skoro Jan głosi, że to Królestwo jest blisko. Skoro założenie jest takie, że radość przy żłóbku ma być autentyczna. Skoro wiem i wierzę, że stać mnie na więcej – na co czekać? Trzeba walczyć – najpierw ze sobą, z tym co we mnie słabe, a potem z tym wszystkim, co wokół nas ze świętowania narodzenia Boga-Człowieka chce zrobić po prostu szopkę, pretekst do wyprzedaży sklepowych i czas tandetnych dekoracji, bez czegokolwiek głębszego. Tak – niektórych trzeba obudzić, stąd tak mocne porównanie do wycinki drzew. 

To nie będzie łatwe. To nie będzie zawsze przyjemne. A już na pewno nie będzie opłacalne – bo czasami trzeba jednoznacznie się opowiedzieć po jednej stronie, i stracić zysk możliwy do uzyskania za cenę pominięcia pewnych zasad i reguł. To na pewno będzie trudne, wyczerpujące – ale jak bardzo satysfakcjonujące! Mimo wrodzonego lenistwa – cieszymy się, gdy widzimy, że jesteśmy w czymś dobrzy, że coś zrobiliśmy prawidłowo (albo i lepiej), że postępujemy właściwie. Jan z tego powodu – dosłownie – stracił głowę. Miejmy nadzieję, że żadnego z nas dekapitacja z powodu wiary nie spotka – ale zdecydowanie, dla Boga warto stracić głowę.

Bóg przychodzi – po co? Żeby nas wyzwolić z pewnych szablonów, schematów… w których sami siebie upchaliśmy i którymi się zniewoliliśmy. Przychodzi, by pokazać nam drogę – przychodzi, by pokazać, że jesteśmy silniejsi i lepsi, o ile się trochę postaramy. Najtrudniejszy jest początek. Bóg niczego nam nie odbierze – On po prostu chce nauczyć nas, jak my sami możemy poradzić sobie z tym, co w nas zmiany wymaga. Jesteśmy takimi kagankami, które ledwo płoną, a które wygaszają nasze grzechy, słabości, bylejakość. Bóg przychodzi w ogniu, który ma zniszczyć to wszystko, oczyścić naczynia naszych serc. Da nam narzędzia, wskaże drogę – reszta to nasza, moja ciężka praca, którą zdecydowanie warto podjąć. Stawka gry zwanej życiem jest wielka.

Wyjdź z siebie… i przyjdź

Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u nóg Jego, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela. Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby kto nie zasłabł w drodze. Na to rzekli Mu uczniowie: Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba żeby nakarmić takie mnóstwo? Jezus zapytał ich: Ile macie chlebów? Odpowiedzieli: Siedem i parę rybek. Polecił ludowi usiąść na ziemi; wziął siedem chlebów i ryby, i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów. (Mt 15,29-37)
Człowiek szuka Boga – czy się do tego przyznaje, czy temu zaprzecza. Może nie bardzo widać to, kiedy jest wszystko ok – zdrowy, pracujący, mający dach nad głową, stabilna sytuacja w życiu – wtedy jestem samowystarczalny, Bóg najczęściej kojarzy się z przykrym obowiązkiem pójścia do kościoła, modlitwy od czasu do czasu, dawaniem na tacę czy księdzem z kolędą, którego wypada przyjąć, żeby później problemu przy chrzcie/komunii/bierzmowaniu/ślubie nie było. Ale widać to jak na dłoni, gdy tego wszystkiego brakuje – gdy zdrowie się sypie, tracisz pracę, problem z mieszkaniem, niepewność jutra. To momenty w życiu, kiedy człowiek wydaje się bezradny – bo po ludzku może i robił wszystko, co mógł, starał się, a jednak – nie wyszło. To nie wystarczyło. Co dalej? Wyjść z siebie i…? 
Wtedy zaczynasz szukać Jezusa. Wtedy kierujesz się ku Bogu. W powiedzeniu jak trwoga, to do Boga nie ma wcale przesady. Paradoksalnie, bo to przejaw strasznej z naszej strony niekonsekwencji. Jak jest fajno – przecież sam na to zapracowałem, tymi rękami, własnym wysiłkiem, a Ty, Panie Boże, nie mów mi tu o przykazaniach, o grzechach, bo ja tego nie potrzebuję. Jestem samowystarczalny – i właściwie to powinieneś się cieszyć, że w ogóle czasami sobie o Tobie przypomnę, pójdę na mszę, zmówię paciorek.  Supermen, nie ma co. Jak się wszystko sypie, jak domek z kart – wtedy w najlepszym wypadku zaczynamy szukać odpowiedzi na swoje pytania i wątpliwości u Boga właśnie, dopiero, a w najgorszym wypadku najpierw tego Boga obwiniamy za całe zło i niesprawiedliwość, jakie nas właśnie dotykają. Jest w tym jakaś logika, konsekwencja? Wg mnie – nie, bo to nic innego, jak przypisywanie sobie wszelkich sukcesów, a przy porażkach szukanie kozła ofiarnego. Bóg się do tej roli świetnie nadaje, prawda? Nie postawi się, nie przyjdzie z awanturą, bronić się… 
W Jezusowych czasach ludzie byli na pewno dużo bardziej prości, mniej wysublimowani, niewykształceni w większości. Ale nie przeszkadzało im to we właściwym zrozumieniu, z kim mają do czynienia. Widzieli, co On dokonywał, jak uzdrawiał, leczył, pocieszał. Nie kończyło się na słowach – nie tylko że potrafił wyleczyć, to zdarzyło Mu się nawet ożywić umarłego! Wniosek? Jest dobry. Pomaga. Wspiera. Więc idziemy do Niego z tymi wszystkimi, którzy tej pomocy, wsparcia i uleczenia potrzebują. I szli – tak jak w obrazku ewangelicznym. I doznawali uleczenia z tych fizycznych, namacalnych słabości. Czy tylko? Ja myślę, że Jezus uzdrawiał w nich o wiele więcej, czy sobie z tego sprawę zdawali, czy też nie. A na pewno – fakt uleczenia zwracał uwagę uleczonego na Tego, który okazał mu tak wielką łaskę. Skoro takie cuda czyni – może warto posłuchać, zastanowić się nie tylko nad tym, co robi i dziękować za uzdrowienie, ale zasłuchać się także w to, co On mówi, czego naucza? 
Bóg w Jezusie nie ograniczył się do zapewnienia ludziom strawy, pokarmu duchowego, czy do uleczenia ich fizycznych słabości. Więcej – martwił się nawet o potrzeby tak prozaiczne, jak pokarm dla tych, którzy za Nim szli! Nawet z punktu widzenia tych uzdrowionych – kwestia czegoś takiego, jak burczenie w brzuchu, zwyczajny głód (pewnie powszechny dla wielu) była problemem marginalnym, szczególnie wobec łaski, jaka ich dotknęła, gdy na słowo Jezusa stali się zdrowi. Jednak i to nie umyka uwadze Boga. Człowiek jest obiektem Jego zainteresowania w każdej płaszczyźnie, każdym aspekcie swojego istnienia. Bóg chce człowieka uleczyć – fizycznie i duchowo – i pokazać, że z Jego pomocą człowiekowi tego, co najważniejsze, nigdy nie zabraknie. Może być tego, co potrzebują, bardzo mało, prawie że nic – tak jak te kilka rybek i chlebów. Dla Boga to wystarczy – jest od czego zacząć, na czym budować. A człowiek przy okazji może się nauczyć, że prawdziwa radość jest nie tylko w napchaniu swojego żołądka – ale w zatroszczeniu się o to, żeby ktoś jeszcze zaspokoił swoje potrzeby.
Adwent to czas, kiedy jesteśmy jakby szczególnie wezwani do tego, aby uświadomić sobie te swoje prawdziwe potrzeby, pragnienia i tęsknoty. Bez tego nie da się rozwiązać dręczących mnie problemów. Najpierw – diagnoza, dopiero potem – leczenie. Jakie by one nie były, czego by one nie dotyczyły – Bóg jest w stanie zaradzić. Pewnie – nie będzie to raczej cudowne uleczenie z dnia na dzień (chociaż, kto wie?), nie trafię szóstki w Totka albo nie ześle mi z nieba nowej, pięknej, młodej żony. Ale znajdę w Nim i z Nim odpowiedź. Wskazówkę, drogowskaz – co robić, jak iść, żeby było lepiej, żeby na tej drodze się zrealizować, żeby moja egzystencja miała sens. Ona go ma cały czas – tylko czasami sam nie jestem w stanie tego zauważyć. Ważne jest, aby wtedy zwrócić się do Boga – On zawsze ten właściwy kierunek wskaże. Tylko trzeba do Niego przyjść. I nie trzeba z tym czekać, aż wszystko się posypie. 

>>>

Zaczął się adwent, to i w linkach dodałem dział tematyczny temu okresowi poświęcony.

Przede wszystkim polecam rozważania o. Pawła Kozackiego OP na każdy dzień tego okresu, zatytułowane Marana Tha – kontynuację bardzo fajnego projektu (z założenia – na okresy Adwentu i Wielkiego Postu) W stronę słowa.

>>>

Tak w kontekście myśli adwentowych – zerknąłem przedwczoraj wieczorkiem do takiej książeczki z krótkimi rozważaniami na każdy dzień autorstwa + x Jana Twardowskiego. Opisał świetnie różnicę pomiędzy zmarnowaniem adwentu a dobrym jego wykorzystaniem. Jaka to różnica? Taka sama, jak pomiędzy czuwaniem a czekaniem. Pozornie – sformułowania podobne. Ale jakże inne znaczenie! Czuwanie to postawa aktywna, skupiona, radośnie skoncentrowana na gotowości przed tym, co ma nastąpić. Postawa na adwent, taka właściwa. A czekanie? Najczęściej w zniecierpliwieniu, niechęci, poczuciu przykrego obowiązku wobec tego, co jednak musi nastąpić. Temu ma służyć adwent? Zdecydowanie nie.

Więc niech będzie to czas czuwania, a nie bezmyślnego czekania.

>>>

Po prawej stronie, poniżej zdjątka ruin kościółka w Ic Kale w Alanyi, wkleiłem wczoraj taki bardzo piękny tekst. Znalazłem go w artykule x Adama Bonieckiego MIC, poświęconego osobie autora tych słów, kard. Carla Marii Martiniego SI (notabene, tytuł tekstu – do znalezienia w archiwum Onetu – ciekawy: Karol, człowiek który nie został papieżem). Pochodzi z, niestety nie wydanej dotąd po polsku, książki-wywiadu Nocne rozmowy w Jerozolimie. O ryzyku wiary.

Kiedyś miałem marzenia o Kościele. Marzył mi się Kościół, który postępuje swoją drogą w ubóstwie i pokorze, Kościół, który nie zależy od potęg tego świata. Marzyłem, że zniknie nieufność. Marzyłem o Kościele, który daje przestrzeń osobom zdolnym do myślenia w sposób otwarty. O Kościele, który daje odwagę tym przede wszystkim, którzy czują się mali albo grzeszni. Marzyłem o Kościele młodym. Dziś już nie mam tych marzeń. Kiedy osiągnąłem 75 lat, postanowiłem się za Kościół modlić.

Bądźcie odważni. Ryzykujcie coś, ryzykujcie życie, bo kto chce zachować swoje życie, straci je… Kocham małe słowo: Amen, które w czterech znakach zamyka całą naszą wiarę i modlitwę. Pochodzi z hebrajskiego i znaczy mniej więcej: ufam, wierzę, mam pewność.

Adwent to całe nasze życie. Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)
To nie jest tak, że Kościół kręci się w miejscu, zapętla się i w kółko, raz do roku, mówi o tym samym. Że to monotonne, spłycone, a nawet – łatwe (?). Tak, te słowa i wezwania się powtarzają. Tak, nawet teksty liturgiczne też (niedzielne – co do zasady – co 3 lata). Ale czy my – ty i ja – jesteśmy takim samym tobą i mną, jak byliśmy nawet nie te 3 lata temu, a np. rok temu? Ja uważam, że nie. Bóg przychodzi ciągle na nowo do tych samych ludzi, którzy się jednak zmieniają i de facto takimi samymi nie są. Dojrzewamy, dorastamy, zmienia się nasza optyka, punkt widzenia na wiele spraw – Kościół, wiarę, politykę, społeczeństwo. Nie stoimy w miejscu, jesteśmy dynamiczni. Bóg się z tego cieszy – takie jest nasze życie – i On swoją łaską chce uświęcić ten nasz dynamizm, nadać mu właściwy kierunek. 

Z tego, co pamiętam roraty dla dzieci, w jakich… z 15? lat temu brałem udział – zawsze była tam mowa o postanowieniach, jakie uczestnicy mieli podejmować na czas adwentu. Uwaga – nie mylić z wyrzeczeniami wielkopostnymi; tak, i tu i tam czas oczekiwania, ale na dwa zupełnie różne (choć oba bardzo ważne) wydarzenia, ale Wielki Post to zupełnie inny czas, cechujący się innym nastawieniem, innego rodzaju refleksją (Adwent to czas radosnego oczekiwania, czego z pewnością o Wielkim Poście powiedzieć nie można). I z tymi postanowieniami różnie to było – choć pomysł zdecydowanie dobry, bo maluchy to mobilizuje, gdy mogą w taki przede wszystkim dla siebie namacalny sposób zobaczyć, że sami coś zmieniają. Później, jak się zaczęło dorastać – oczywiście okazało się, że nie jest tak ładnie i prosto, i że najczęściej to się zakłada dużo zmian, a udaje się jedna rzecz, albo nawet nie. Dlatego ja zupełnie celowo nic nie postanawiam na ten Adwent. Powoli, małymi kroczkami chcę się stawać lepszy. Bo nie wiem nawet, na czym miałbym się skupić, za dużo tych mniejszych i większych wad. Chcę powoli starać się, aby każdy dzień był lepszy, mniej przez nie zdeterminowany.
Tylko że my bardzo często idziemy na łatwiznę. Z jednej strony w tego Boga wierzymy – Msza święta, paciorek, nie kradniemy i nie zabijamy – ale z drugiej strony najlepsza jest perspektywa, że On jest daleko, w ogólnie przyjętym Niebie i stamtąd sobie łypie na nas swoim Bożym okiem. Odpowiedni dystans, nie za blisko przypadkiem. Wtedy dowolnie można to interpretować, w zależności od sytuacji. Jest fajnie – thanks God, świetnie że jesteś [ale nie za blisko]! Jest mniej fajnie, albo wręcz beznadziejnie – Jaaa, Boże, to Twoja wina, gdzie Ty byłeś? [czemu tak daleko] Konsekwencja? Brak. I nic dziwnego – bynajmniej tak to nie wygląda, ale niektórzy tak właśnie chcą całość widzieć. 
To nie jest tak. Bóg z jednej strony cały czas jest przy nas, towarzyszy nam, wspiera nas i troszczy się o każdego jednocześnie. Ale z drugiej strony – On pragnie, aby inicjatywa wyszła także od nas. Pewnie, Jemu to do niczego nie jest potrzebne. Nie stanie się mniejszy/gorszy przez to, że jeden człowiek czy cały świat Go nagle, za przeproszeniem, oleje. Ale chciałby, abyśmy z Nim, z Jego łaską współpracowali. Odpowiedzieli na te dary, które nam ofiarowuje. Życie można przespać – ale nie o to chyba każdemu chodzi, i nawet Paweł w II czytaniu mówi to wprost (Rz 13,11-14): jeśli dotąd spałeś, stary, pobudka!
Niektórzy bardzo szybko się do Niego plecami odwracają – No jak to… Obiecywałeś, Boże, że mi pomożesz, a tu na studiach/w szkole zasuwać trzeba, pracować później, w domu czasami problemy, kasy nie starcza… Tak. Tylko że konia z rzędem temu, który mi pokaże, gdzie Bóg obiecał komukolwiek, że te problemy znikną? Nie obiecał, nie w tym rzecz. Bóg chce, żebyśmy z Jego pomocą poradzili sobie sami – bo da się. Tylko trzeba chcieć. To tak jak z obrazkiem wędki i ryby – człowiek najchętniej by dostał rybkę od razu, a Bóg chce nam dać wędkę, żebyśmy rybkę sami zdobyli. On będzie przy mnie i będzie mnie umacniał, wskazywał drogę, podpowiadał – ale ja mam tego dokonać sam. Nie dlatego, że Jemu się nie chce, czy On nie może – tylko żebym ja przezwyciężył swoje lenistwo. 
Niektórzy wolą jęczeć i przesypiać swoje życie. Mogą – Bóg nie zmusi, żeby z siebie coś wykrzesać, zrobić coś z tym życiem. Czasami postępują ewidentnie bez żadnego zamiaru zmiany czegokolwiek – czasami tylko, dzień po dniu, odwlekają jakiekolwiek konkretne decyzje, zmiany i posunięcia. Czyli – są na najlepszej drodze, żeby znaleźć się w grupie tych, którzy będą pozostawieni w dniu przyjścia Pana. Bóg nie wskazuje, nie wkłada w usta ewangelisty żadnego konkretnego kryterium – czym się będzie kierował w tym momencie. Trzeba to sobie dopowiedzieć – i przecież nietrudno. Czy ze spania, poza błogim stanem i faktem świadomości przelatywania czasu przez ręce, coś dobrego wynika? Raczej niewiele. 
My mamy być dynamiczni, czym byśmy się nie zajmowali. Tu nie chodzi o to, aby usiąść i mantrować cały Boży dzień: Marana Tha, przyjdź Panie Jezu. Długo byśmy pewnie – świeccy (nie mówię o zakonach klauzurowych np.) nie pożyli, bo i z czego? Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by porywami serca w ciągu dnia – w pracy, szkole, przy dzieciach, przy codziennych domowych obowiązkach – wyczekiwać z radością tego Jego przyjścia. Co więcej – Bóg nam w tym oczekiwaniu towarzyszy i będzie towarzyszył, dopingując i wskazując – to jest dobra droga. Trzeba jednak na nią wejść, żeby to zauważyć, odczuć. 
Adwent to całe nasze życie – tak, z pewnością. Rodzimy się i idziemy przez świat, oczekując dnia powtórnego spotkania ze Stwórcą. Ten wyliczalny, przewidywalny co toku czas w kalendarzu liturgicznym to tylko takie dyskretne przypomnienie dla każdego, kto czasami o obowiązku gotowości zapomina. Warto, szczególnie na początku, uświadomić sobie to i dobrze ten niespełna miesiąc wykorzystać. Żeby tej gotowości, której motyw będzie zdecydowanie na pierwszym planie, wystarczyło nie tylko do nocy Narodzenia Pana albo do nowego roku, ale na cały następny rok. A najlepiej – na zawsze.

I takie pytanie – żeby mieć się nad czym zastanawiać (także ja sam). Na co czekam teraz w życiu? Jeśli wiem – dobrze, pytanie czy jest to coś, na co czekać warto. Jeśli nie wiem – to teraz jest najlepszy czas, by poszukać odpowiedzi. Gdzie? W świetle Bożej miłości.

W Tobie jest światło
każdy mrok rozjaśnia
W Tobie jest życie
Ono śmierć zwycięża
Ufam Tobie, miłosierny
Jezu wybaw nas