Puste miejsca przy stole

Niesamowite. Moje małe odkrycie ostatnich kilku dni, kiedy wrzuciłem na mp3 i słucham sobie repertuaru związanego już z Bożym Narodzeniem. Piosenka tkwiła tam, lekko licząc, od jakiś 5 lat – i chyba ani razu jej nie przesłuchałem. 

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.

Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są – dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.

I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie 

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu. 

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

Nie wstydzę się tego – kiedy pierwszy raz ją słuchałem, a było to pewnie niewiele po 6:00, kiedy stałem na ciemnym peronie, czekając na transport, łza zakręciła się w oku. Dokładnie oddaje to, co czuję ja i co pewnie odczuwa każdy, kto stracił kogoś bliskiego w tych wyjątkowych dniach – kiedy, jak śpiewa Beata Rybotycka, stawić będzie trzeba czoła cieniom osób nieobecnych, po których tak wiele zostało: wspomnienie głosu, po którym ciągle jakby dosłownie drżało powietrze, puste miejsce przy stole (i wcale nie w tym sensie, że tradycyjnie przygotowane dla gościa, który może nadejść).
Są też optymistyczne akcenty – prawda o tym, że choć odeszli, to jednak tym razem żyją wiecznie, bo (jak mówi 1 prefacja o zmarłych w Mszale Rzymskim) „W Nim [Jezusie] zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”. Zmienia się po ludzku, ale się nie kończy. 
Ale my mimo wszystko wierzymy nadal – w to kolejne, choć przecież to samo, Boże Narodzenie. Wbrew czemuś, co faktycznie może być uznane za ironię losu – a co ja przez pewien okres po odejściu Mamy w czerwcu nazywałem niesprawiedliwością: jak to, pijaczki, wyrzutki, złodzieje żyją dobrze i dożywają starości, a Mama odeszła przed sześćdziesiątką… Teraz, z perspektywy tego pół roku odbieram to w pewnym sensie jako właśnie ironię losu – wierząc głęboko w sercu, że Bóg miał w tym jakiś plan, a ona żyje w Nim wiecznie już bez tego cierpienia, którego tutaj doznawała w ostatnim czasie w związku z chorobą. 
Bo Bóg daje wiarę, że to ma sens – my nadal tutaj, oni (ci, którzy już odeszli, w tym Mama) tam, u Niego, na wiecznej wigilii i świętowaniu. Bóg ich, zmarłych, przytula już do swojego serca – a do nas jako Syn Boży przychodzi i trwa, przynosząc radość betlejemskiej szopki, także widząc cierpienie z powodu tego, że kogoś bliskiego, kochanego, nie ma już przy wspólnym stole. Jezus przynosi wiarę i nadzieję, że ta nasza rozłąka – my tutaj, oni tam – ma sens i zmierzamy w tym samym celu, gdzie się spotkamy, a gdzie dzisiaj oni na nas czekają. Maleńka Miłość przychodzi, aby wyrównać rachunki strat – nie zastąpi Mamy ani nikogo innego, ale przychodzi z tą samą wiarą, uczyć nadziei i podzielić się miłością. 
Paradoksalnie – nie tylko zmarła Mama, ale i Tata obchodzą w Wigilię swoje imieniny. Odwiedzimy ją na cmentarzu, złożymy życzenia – a potem, wieczorem, pewnie gdzieś tam popłynie niejedna łza, że jej tak po ludzku już z nami nie ma. I będziemy prosić, aby nadzieja przychodzącego Jezusa ukoiła ból i pozwoliła cieszyć się tymi świętami, tym co Jezus przynosi dla każdego z nas. 

Genealogia

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była /dawna/ żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń. (Mt 1,1-17)

Tekst dość nietypowy, z wczoraj (17.12), ale także czytany podczas tzw. wieczornej Mszy Świętej wigilijnej – tej pierwszej już o Narodzeniu Pańskim, choć jeszcze nie Pasterki. 
Nigdy go nie rozumiałem – po co Kościół czyta jakąś tam wyjątkowo długą, pełną dziwnych, nic większości ludzi nie mówiących imion, listę, jakby Jezusowe drzewo genealogiczne? Na co to komu? Kto powtórzy choćby połowę. Dla nas może być to niezrozumiałe – inna była jednak perspektywa w czasach Jemu współczesnych, kiedy Mesjasz chodził po Palestynie. 
Przecież całe, szeroko w sumie zakrojone, działania faryzeuszy i uczonych w Piśmie sprowadzały się dyskredytowania Jezusa właśnie jako Mesjasza, Syna Bożego. Najpopularniejsze są fragmenty ewangeliczne, kiedy próbowali „zagiąć” Go jakimś wydarzeniem, sytuacją, stanem faktycznym – a to pytając o podatki, o karę dla jawnogrzesznicy, wydobycie uwięzionych wołów czy łuskanie kłosów w szabat, i wiele innych. To jedno. Ale równocześnie kwestionowano to, aby Jezus pochodził z Narodu Wybranego, że był Żydem. Tymczasem ten właśnie dziwaczny i przydługawy fragment, umiejscowiony na samym początku ewangelii Mateusza (nota bene – kierowanej wprost do nawróconych Żydów właśnie, nawiązującej do żydowskiego Prawa, Starego Testamentu) pokazuje jasno – możemy dokładnie prześledzić genealogię Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, począwszy od Abrahama! To nie jest fikcja ani spreparowana lista – tylko fakt. Jezus po ludzku wywodził się z domu i rodu Abrahama – więc tym bardziej mógł wypełnić proroctwa i pisma mówiące o tym, że Mesjasz przybędzie spośród Narodu Wybranego. 

Pokora, wiara i ofiara

Na wstępie – zdałem, II rok mam za sobą, jeszcze tylko jeden. Oficjalnie grudzień jest miesiącem odpoczynku, bez zajęć, co w moim przypadku oznacza jedynie brak konieczności taszczenia ze sobą akt do domu raz w tygodniu. I czasem na nadrabianie listopadowych zaległości (co już mi się prawie udało). 
Mam pełną świadomość, że zaliczenie tego kolokwium (powszechnie uznawanego za najgorsze na aplikacji) nie tyle jest zasługą mojej wiedzy, co pomocy Opatrzności, która postawiła przed nami takie a nie inne zadania (pasujące dokładnie do tego, pod kątem czego się przygotowywałem), a fakt zdobycia jednego punktu więcej niż wymagano do zaliczenia – to zasługa wielu życzliwych ludzi, którzy się o to modlili. 
Zatem, w telegraficznym skrócie, kilka myśli.
>>>

Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Rzekł mu Jezus: Przyjdę i uzdrowię go. Lecz setnik odpowiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Chodź tu! – a przychodzi; a słudze: Zrób to! – a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim. (Mt 8,5-11)

Piękne słowa (z poniedziałku 02 grudnia), których dzisiaj brakuje tak bardzo większości ludzi posiadającym władzę. Setnik – ten, który odpowiadał za stu mu podległych. W przełożeniu na dzisiejszy język – nie tyle kierownik, bardziej dyrektor. Świadomy tego, co może, ale także wiedzący, że w pewnych sprawach od ludzi pochodząca iluzoryczna władza naprawdę nie ma nic do rzeczy i nie jest argumentem. Że przed Bogiem takie kwestie nic nie znaczą – liczy się tylko człowiek, w tym wypadku cierpiący. Bóg widzi troskę tego przełożonego – który w trudnej chwili potrafi sam być człowiekiem. Co więcej, widzi też wielką wiarę i pokorę, które każą mu zaprotestować, kiedy Jezus proponuje, że sam przyjdzie, aby dokonać cudu. Wie, że Bóg potrafi zadziałać i bez tego. 
A ile razy my – stojąc już dosłownie pod ścianą – nie potrafimy tego pojąć, i bezmyślnie walimy łbem w mur, za wszelką cenę starając się własnymi siłami coś zdziałać, nawet gdy jest to praktycznie nierealne. Zamiast po prostu uklęknąć i poprosić. Co więcej – ile razy bezmyślnie de facto powtarzamy słowa setnika, które Kościół wkłada nam w usta podczas każdej Eucharystii – „Panie, nie jestem godzien…”. 
>>>
I takie luźne przemyślenie, jakie usłyszałem w zeszłą niedzielę. Pro-konsumencka rzeczywistość praktycznie od 02 listopada, a czasami i wcześniej, kiedy niektórzy jeszcze w klimacie Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego odwiedzają groby, wali w nas ze wszystkich stron kolorowymi tlenionymi blondynkami w obcisłych czerwonych wdziankach albo podejrzanie wyglądającymi starszymi grubasami z brodą, stylizowanymi niby to na antycznego biskupa Miry o imieniu Mikołaj (którego dzisiaj 99% ludzi właśnie z takim pajacem w czerwieni kojarzy). 
Ale tak się nie da. Chrześcijanin tak nie może. Po to jest czas pomiędzy – ostatnia prosta roku liturgicznego, uroczystość Chrystusa Króla, a potem czterotygodniowe adwentowe radosne oczekiwanie. Ciemność kościoła, kiedy dopiero na Gloria rozświetla się światłami, wcześniej pełen pojedynczych migających lampek lampionów. To też jest przygotowanie – że człowiek zwleka się z wyra i idzie na te roraty, po ciemku, w śniegu, marznie czasami, a potem do szkoły czy pracy. To też może być postanowienie – nie tyle nie zjem słodyczy albo nie posiedzę mniej przy komputerze (choć to bardzo dobre), ale pójdę chociaż ze 2 razy w tygodniu. Bardzo żałuję, że nie mam jak brać w nich udziału – niestety, dojeżdżam do pracy tyle, że kiedy o 6:30 rozpoczynają się w parafii roraty, ja jestem już w drodze do pracy. Ja chciałbym tam być, a nie mogę – pytanie, ilu jest takich, którym nic nie stoi na przeszkodzie, poza lenistwem? Jest jeszcze czas, równe 10 dni. 

Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)

Dla mnie czas Adwentu to zawsze był moment o tyle bardziej zauważalnym, odczuwalny, że mocno wpisany w tą zupełnie inną porę roku. W naszym AD 2013 zmieniło się to prawie równo i wręcz odczuwalnie – od połowy zeszłego tygodnia przymrozki, posypało (zasypało?) przez 2 dni śniegiem, zima idzie, co bardzo mocno widać i po aurze, temperaturze, chmurach… To takie naturalne i logiczne – w tej właśnie scenerii, uczciwszy tydzień temu Jezusa jako prawdziwego Króla ze wszystkimi królewskimi prawdziwymi (nie ludzkimi) atrybutami, zamykamy rok kościelny i rozpoczynamy kolejny Adwent naszego życia. Który to już? U mnie będzie 28. 
Ten czas jest niesamowity choćby z jednego powodu – właśnie w Adwencie, dzięki tym słowom Marana Tha zwracamy się do Niego w taki sposób, w jaki powinno to mieć miejsce cały czas – z takim radosnym utęsknieniem, wyczekiwaniem. Przyjdź, Panie Jezu! Nie tak abstrakcyjnie, gdzieś tam na jakiejś gwieździe betlejemskiej czy komecie, jako prawie Mikołaj z workiem prezentów – ale tutaj, dzisiaj, do mnie, właśnie teraz, w tym momencie. Może dlatego właśnie kolejne słowa et Verbum caro factum Est czyli Słowo, które stało się Ciałem? Stanie się, i my tego pragniemy, do tego się przygotowujemy – właśnie przede wszystkim przez to, aby pozwolić Adwentowemu Słowu działać, zamieszkać dosłownie (nie tylko do 24 grudnia) i mocno we mnie. Stanie się Ciałem, o ile Mu na to pozwolimy – nie tylko mówiąc, idąc na roraty, robiąc postanowienia, czytając pobożne teksty – ale po prostu robiąc Mu miejsce i będąc gotowym. 
Pierwsza wskazówka jest już w I czytaniu – to o przekuwaniu mieczy na lemiesze i włóczni na sierpy (Iz 2, 1-5). W budowaniu inaczej pokoju – najpierw w sobie, potem wokół siebie, między ludźmi, szczególnie wyciągając rękę i umiejąc przebaczyć, schować urazy tym, od których szczególnie wiele nas dzieli. Zabrać swoją dumę, ego, pychę, pogardę, zazdrość i tę cała resztę brudu – i postarać się, aby w te święta Bóg nie tylko jakoś zmieścił się w moim sercu, ale by mógł być tam, gdzie dwóch lub trzech zbierze się w Jego imię – tych, którzy do tej pory szczególnie nie mogli na siebie patrzeć. 
Pobudka! O tym mówi Paweł (Rz 13, 11-14) do współczesnych mu Rzymian, czyli właściwie do całego znanego wtedy świata. U nas zima otula to wszystko, to ciche i mroczne nieco tym samym oczekiwanie – ale my wiemy, że w tej nocy swojego życia zbliżamy się do Światła, które w ciemności świeci i którego ciemność nie przezwycięży nigdy. Zbliża się czas przyjścia Pana, zbliża się ten dzień. Wystarczająco długo tkwimy w marazmie, beznadziei, egzystując (bo nie żyjąc) z dnia na dzień, byle jacy, z byka patrzący na siebie. Ten Adwent nie tylko ma nas obudzić, ale też pobudzić do tego, aby coś ze swoim życiem zrobić. 
Co? Tutaj każdy już sam musi sobie odpowiedzieć. Posłuchać. Nie siebie, jak zwykle, ale wsłuchać się w Niego. Roraty to bardzo dobry czas, kiedy światło nagle rozświetlające świątynię potrafi dosłownie oświecić serce i umysł, popchnąć do działania.  Bo to On działa. 

Jedna jest, a wszystko może

Jest bowiem w Mądrości duch rozumny, święty, jedyny, wieloraki, subtelny, rączy, przenikliwy, nieskalany, jasny, niecierpiętliwy, miłujący dobro, bystry, niepowstrzymany, dobroczynny, ludzki, trwały, niezawodny, beztroski, wszechmogący i wszystkowidzący, przenikający wszelkie duchy rozumne, czyste i najsubtelniejsze. Mądrość bowiem jest ruchliwsza od wszelkiego ruchu i przez wszystko przechodzi, i przenika dzięki swej czystości. Jest bowiem tchnieniem mocy Bożej i przeczystym wypływem chwały Wszechmocnego, dlatego nic skażonego do niej nie przylgnie. Jest odblaskiem wieczystej światłości, zwierciadłem bez skazy działania Boga, obrazem Jego dobroci. Jedna jest, a wszystko może, pozostając sobą, wszystko odnawia, a przez pokolenia zstępując w dusze święte, wzbudza przyjaciół Bożych i proroków. Bóg bowiem miłuje tylko tego, kto przebywa z Mądrością. Bo ona piękniejsza niż słońce i wszelki gwiazdozbiór. Porównana ze światłością – uzyska pierwszeństwo, po tamtej bowiem nastaje noc, a Mądrości zło nie przemoże. Sięga potężnie od krańca do krańca i włada wszystkim z dobrocią. (Mdr 7,22-8,1)

Na pierwszy rzut oka tylko gra słów – ale jaka! Czytanie czwartkowe. Mądrość to dar Ducha Świętego, którego bardzo często nam brakuje, a jednocześnie z którego braku nie zdajemy sobie sprawy. Co innego – grzeszność – tego raczej nikt nie neguje, żyjemy sobie z nią i jesteśmy jej świadomi. Ale żebyśmy byli niemądrzy, albo – jak kto woli – głupi? Nie, skądże. Każdy jest najmądrzejszy, specjalista od polityki, sportu, ekonomii i spraw wiary, a jakże. Na wszystkim się znamy i o wszystkim mówimy – byle dużo, głośno, w sposób zauważalny. 
Ten tekst – starotestamentalny przecież – mocno mi z tą wyliczanką na początku przypomina pawłowy hymn o miłości z I listu do Koryntian. Duch Mądrości, tej prawdziwej, ewidentnej, od Boga pochodzącej. Subtelnej a zarazem przenikliwej, beztroskiej i wszechmogącej. No właśnie. Skoro ona wszystko przenika i przez wszystko przechodzi – czemu nie każdy jest mądry? Bo niektórzy są we własnym mniemaniu tak „mądrzy”, że nic im nie pomoże, na nic się nie otworzą, i wszystko po nich spływa – niestety. Co ważne – autor natchniony wiąże ją wprost z dobrocią Bożą, której Mądrość ma być obrazem. A więc nie tylko taka chodząca encyklopedia, ale też odniesienie do wartości zgoła innej – pojęcia dobra, którego przecież Bóg jest pierwszym i tak naprawdę jedynym źródłem. 
I te mądrościowe słowa bardzo ładnie pasują do dzisiejszej, niedzielnej Ewangelii:

Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie. (Łk 21,5-19)

Mądrość to przede wszystkim umiejętność rozróżnienia tego, co dobre, od tego co złe. To umiejętność odróżnienia Bożego proroka od szarlatana i oszusta. Mądrość to umiejętność zdrowego dystansu wobec tego, co ten ziemski świat porywa, fascynuje i przeraża – wojny, kataklizmy. Mądrość to też – a może nade wszystko – świadomość tego, że każdy, kto działa tylko w imię swoich partykularnych interesów, kto zwodzi i innych i prowadzi ich na manowce, tej prawdziwej Mądrości będzie złorzeczył, odsądzał od czci i wiary, bo ona obnaża jego słabości i ukazuje prawdę o zamiarach takiej osoby. I właśnie Boża Mądrość polega na tym, że człowiek nie układa sobie w głowie elaboratów, mów obronnych – Bóg sam przemówi. 
Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku – mądrość to umiejętność nie powiedzenia czegoś, zachowania w sercu pewnych słów, pohamowania języka, utrzymania nerwów i emocji na wodzy, cierpliwość… czyli to wszystko, czego tak bardzo mi brakuje. O co muszę się modlić i pokornie prosić.
Dawno był poprzedni tekst, następny raczej dopiero pod koniec miesiąca – ponieważ w imię zgłębiania mądrości branżowej przygotowuję się do najtrudniejszego kolokwium w tym roku na 26 listopada. O westchnięcie do Pana w tej intencji bardzo proszę. 

Zdeterminowany Zacheusz

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)

Najpierw kontekst historyczny – celników nie znoszono, bo stanowili uosobienie znienawidzonej rzymskiej władzy okupacyjnej. Rzym nie zajął Jerozolimy hobbystycznie, odnosił z tego tytułu konkretne korzyści – nakładając na mieszkańców podbitych terenów podatki i obowiązki płacenia na jego rzecz danin. 
Pytanie podstawowe – czemu Jezus wybrał i wypatrzył właśnie Zacheusza? Jest takie przysłowie – w relacji Bóg-człowiek to Bóg zrobi 99 kroków do człowieka, ale pod warunkiem że człowiek uczyni ten jeden, symboliczny, pierwszy krok. Wykaże inicjatywę, pokaże że mu zależy. To właśnie zrobił Zacheusz. O ile samo to, że wlazł na drzewo nie musiało być tak dziwne, jeśli wierzyć tłumom jakie miały podążać za Jezusem – o tyle musiało wzbudzić zdziwienie to, kto na drzewo wszedł, urzędnik rzymski. Jezus zaś, poza tym co tak ludzkie i widoczne, widział serce i myśli, pragnienia Zacheusza. 
Bóg odpowiada na nasze potrzeby, o ile tylko są prawdziwe i dotyczą kwestii naprawdę (a nie tylko w moim własnym mniemaniu) ważnych. Oczywiście, jeśli także zadamy sobie trochę trudu i spróbujemy Go posłuchać. Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Na pewno Zacheusz był wniebowzięty tym wyróżnieniem – co nie przeszkodziło temu, że ludzie, jak to ludzie, szemrali (podobnie jak przy sytuacji z jawnogrzesznicą, uzdrowieniem w szabat). Tak, jak dzisiaj ludziom nie podoba się, że papież Franciszek nie jeździ limuzyną a fordem focusem, nie nosi czerwonych butów i złotych ozdóbek biskupich, mówi wprost o potrzebie wychodzenia do ludzi, troski o ubogich, aktywnego duszpasterstwa a nie byle jakiego odfajkowywania na zasadzie konfesjonał – msza – biuro parafialne i święty spokój. 
A Zacheusz potrafił docenić to, że Bóg go zauważył, że nie przejął się jego robotą i rolą w społeczeństwie. Był wdzięczny i wyciągnął wnioski. Podjął też bardzo radykalny krok – bo jak inaczej nazwać to, że zamiast po prostu wyrównać spowodowaną szkodę, decyduje się na poczwórne odszkodowanie? Do tego niezwykle miłosierne posunięcie – połowa majątku dla ubogich. Ilu z nas tak naprawdę – nie dla uspokojenia sumienia, ze zbytku – w ogóle wspiera cokolwiek związanego z pomocą ubogim, choćby okazjonalnie, nie mówiąc o systematycznym działaniu? Zacheusz bardzo wiele tego dnia otrzymał – rozumiał, że to zobowiązuje i potrafił, chciał dać także wiele od siebie. 
Bóg nie przychodzi do tych idealnych, wymuskanych, pełnych samozadowolenia i wysokiego mniemania o swojej doskonałości, pobożności. Tacy ludzie Go po prostu nie zauważają, zbyt zapatrzeni w siebie. Bóg zauważa i wypatruje w tłumie takich Zacheuszów – nieszczęśliwych, czasami o mocno pokręconych życiorysach, niewdzięcznych profesjach, mających wiele za uszami – którzy dojrzeli, dorośli do tego, aby zapragnąć zmian, i są gotowi do ich podjęcia. Nie dla pozoru, radykalnie. Zdeterminowanych. 

Moi błogosławieni

Dzisiaj zamiast tekstu – moja ulubiona interpretacja:

Ja te słowa przyrównuję sobie do 10 przykazań Bożych. Takie same, choć może nie zrównane „rangą”. Drogowskazy, wskazówki, dobre rady. Ubóstwo, umiejętny smutek, cichość, pragnienie i umiłowanie sprawiedliwości, miłosierdzie, czyste serce, wprowadzanie pokoju, cierpienie prześladowania – klucze do zdobycia Królestwa. I jak się tak tych słów słucha – aż dziw człowieka bierze. Przecież dzisiaj lansuje się i promuje postawy zupełnie inne, które skupiają się tylko na jednym, i czymś zupełnie innym: na mnie, na sobie. Boga wyrzucamy w kąt, zagłuszamy, wyłączamy. Takie tam, staroświeckie… 
A jednocześnie – uroczystość Wszystkich Świętych, nie da się ukryć, świętujemy i to mocno (nie mówię o Halloween). Korki na ulicach (a w nich ludzie bynajmniej nie życzący sobie błogosławieństwa…), tłumy płynące na cmentarze, wieńce, kwiaty, znicze. Nie odmawiam szczerości temu, że większość z tych ludzi autentycznie chce w ten sposób oddać hołd i wspomnieć, uhonorować swoich zmarłych, choć mam wrażenie że wiele osób robi to dla przysłowiowego uspokojenia wyrzutów sumienia, że jakoś przez cały pozostały rok, pomiędzy jednym listopadem a drugim, nie znajdują czasu żeby zatroszczyć się o odwiedzenie grobu (mam na myśli te w tym samym mieście, nie np. na drugim końcu Polski). Dla mnie od czasu odejścia Mamy to jest trudne, kiedy idę na cmentarz – staram się tam być co miesiąc. Stanąć nad grobem osoby, która była przy mnie od maleńkości… a dzisiaj mogę tylko (aż?) się za nią modlić i prosić o wstawiennictwo u Boga Ojca, mając nadzieję, że nie jest jej wstyd za bardzo za to, jaki jestem. 
Te błogosławieństwa mają się w nas zrealizować właśnie najpełniej wtedy, kiedy dojdziemy do kresu – tam, gdzie w dotarł kilka dni temu m.in. premier Tadeusz Mazowiecki. Mają nas inspirować i pobudzić do pragnienia nieba już dzisiaj, już tutaj. Żyć tak, aby na niebo być gotowym, a jednocześnie swój czas tutaj wykorzystywać jak najlepiej, najbardziej kreatywnie, robiąc użytek z Bożych darów. 
Kościół w liturgii rozróżnia uroczystość Wszystkich Świętych od wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych, także kolorem (biały a fioletowy). Niemniej jednak ja wierzę, że większość z tych, z którymi miałem do czynienia, a którzy o miłosierdziu Boga Ojca przekonali się już na własnej skórze w dniu śmierci, będąc wiernymi zmarłymi, należą także do grona wszystkich świętych, balujących w niebie (skoro ma to być kraina szczęśliwości, tak – inna, to chyba nie do końca będzie to tylko pobożne wznoszenie hymnów na cześć Boga, jak taki jeden wielki chór gospel). I liczę, że ku tej świętości zmierzają, często po cichu, nie zauważani, ludzie z pozoru zwykli: matka przez całe życie pielęgnująca niepełnosprawne dziecko, samotny człowiek z zamiłowaniem pracujący jako wolontariusz z chorymi dziećmi i starający się utrzymać z pracy ochroniarza (mimo 2 fakultetów i dużych perspektyw), małżonek który pomimo problemów nie idzie na łatwiznę i nie zostawia drugiego także czasami pomimo zdrady czy nieuczciwości, rodzic który czasami nieprzytomny ze zmęczenia nie spławia dziecka pieniędzmi na kino, ale rozmawia z nim, pomaga odrobić lekcje, bawi się, uczy, rozwiązuje problemy, jest z nim, misjonarz który siedzi gdzieś na końcu świata żeby być z ludźmi którzy tak naprawdę nigdy do końca nie zrozumieją Dobrej Nowiny ale chce im towarzyszyć, siostra klauzurowa która wyrzekła się świata tylko po to, aby cały świat ogarnąć swoją modlitwą. 
Można wymieniać długo. Świętość to postaci takie jak Jan Paweł II, Jerzy Popiełuszko, Pier Giorgio Frasati, zapaleńcy tacy jak Inigo de Loyola czy Franciszek z Asyżu, matka Teresa i jej siostry miłosierdzia, brat Roger – ale także s,. Małgorzata Chmielewska, Anna Dymna, brat Morris i  mali bracia, John Henry Newmann, G. K. Chesterton i tylu, tylu innych. Ostatnio wyniesionych na ołtarze 522 męczenników z praktycznie współczesnej nam wojny domowej w Hiszpanii. Recepta na świętość? Nie ma jednej jedynej. Są słowa Pisma Świętego i jest cała masa – nie tylko w hagiografiach – przykładów, jak ludzie odkrywali na przestrzeni tych 2000 lat swoje równanie, swój kod i sposób na osiąganie świętości. My z perspektywy czasu możemy powiedzieć – wiemy (co do tych wyniesionych na ołtarze) lub możemy zakładać i przyjąć (co do tak wielu innych), że im się udało. 
Nie wiemym, ile czasu nam zostało. Ile osóbh pożegnamy i będziemy wspominać w pierwszych dniach przyszłorocznego listopada. Starajmy się iść drogą błogosławieństw. Uczynić je swoją drogą. 

Pan Tadeusz

Dzisiaj odszedł – po niewątpliwie długim, pięknym i zasłużonym życiu po wieczną nagrodę – Tadeusz Mazowiecki. 
Ja oddaję głos Zbigniewowi Nosowskiemu:

Odszedł mądry i dobry człowiek, głęboko wierzący chrześcijanin, wielki Polak, przenikliwy intelektualista, wybitny polityk, mąż stanu. O Tadeuszu Mazowieckim myślę w takiej właśnie kolejności.

Jego życie osobiste naznaczone było wielkim dramatem. Dwukrotnie był żonaty i dwukrotnie przyszło mu przeżywać śmierć żony. Pierwsza żona Krystyna zmarła na gruźlicę już rok po ślubie. Druga żona Ewa zmarła, gdy najstarszy z ich trzech synów miał zaledwie 10 lat. Tadeusz sam później wychowywał Wojtka, Michała i Adama. Wychował ich na porządnych, dobrych ludzi. Relacje wzajemne panujące w rodzinie Mazowieckich można uznać za wzorowe. 

Zawsze myślał i żył według wartości. Miał ten „dyszel w głowie” – jak mawiali Jerzy Turowicz i Stefan Swieżawski – że decyzje w swoim życiu podejmował w imię niezmiennych wartości, a nie doraźnych interesów. Nawet gdy ktoś się z nim nie zgadzał (na co się nie oburzał), w argumentacji też trzeba było odwoływać się do wartości. To cecha mężów stanu. 

Był założycielem „Więzi” i wieloletnim redaktorem naczelnym naszego pisma. Gdy w 1981 roku przeszedł do innych zadań – najpierw redagując „Tygodnik Solidarność”, potem działając w podziemiu, później jako premier Niepodległej i wpływowy polityk – pozostawiał swoim następcom swobodę w redagowaniu pisma. Czasem coś mu się nie podobało, ale nie narzucał swojej wizji, powtarzał: „To wy decydujecie”. 

Nie lubił mówić o historii – dlatego nie pozostawił po sobie dzienników ani wspomnień. Pociągały go za to wciąż nowe wyzwania przyszłości. Tak też patrzył na swoją wiarę. Gdy go pytano, co jest najważniejsze w wierze, Tadeusz mówił albo o odpowiedzialności, albo o nadziei. Czyli zawsze o przyszłości. Gdy Jerzy Turowicz spytał go w 1990 roku o sposób pojmowania chrześcijaństwa, jako urzędujący premier odpowiedział: „Dla mnie jest ono ciągle czymś, co jest przede mną”. 

Dziś już za nim jest ziemskie życie. Za to rozciąga się przed nim wieczność – piękna, fascynująca przyszłość, która jest teraźniejszością.

Paradoks – odszedł w dniu swoich imienin. Szkoda, że nie dożył 25-lecia tych przemian, u których stanął początku.

Dla mnie – niech to nikogo nie urazi – taki żółwik z słynnego w latach 90. „Polskiego zoo”, w którym poszczególni politycy ze względu na ich cechy przedstawiani byli w postaciach zwierząt. Sam wtedy byłem za mały, aby go z kimkolwiek innym kojarzyć – ale z upływem lat, dzięki temu, co przekazali mi rodzice, dowiedziałem się wiele o jego roli w przełomowych okresie transformacji w naszym kraju. To on uczył tych, którzy wtedy byli opozycjonistami – zatem pokolenie moich rodziców – tego, co i jak robić, jak się „bawić w opozycję” (jak to mówiła moja śp. Mama), żeby to miało sens, żeby to było w duchu odpowiedzialności za życie publiczne w kraju, że strajk ma sens tylko wtedy, gdy walka następuje w imię konkretnych (nie byle jakich) wartości. Potrafił w ramach swojego rządu zjednoczyć ludzi bardzo różnych. Umiał nie tylko być twardym – ale przede wszystkim: mądrym, szukając porozumienia bo widząc wyższe dobro niż własne partykularne interesy.

Kolejna osoba, której możemy powiedzieć – a’Dieu – do zobaczenia w Bogu! Wszyscy się tak spotkamy. 

Boże wyposażenie

Jezus powiedział do swoich uczniów: To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,39-48)

Sprawiedliwość Pana Boga można rozpatrywać w wielu różnych aspektach – i jeden z nich został bardzo ładnie zobrazowany w tym fragmencie. Nie ma jednej, uniwersalnej  miarki, którą przyłożą do każdego z nas w godzinie Sądu Ostatecznego, ważąc dobro i zło, które było naszym udziałem. Jesteśmy różni od siebie, każdy jest zupełnie inny, pomimo wszelkich podobieństw nie ma dwóch takich samych osób na świecie. Różne mamy dary, talenty i możliwości – od których zależy to, w jakiej dziedzinie i co możemy zdziałać. O ile nam się zachce. No właśnie…
Jeśli ktoś dostał więcej – zrozumiałe jest, że więcej się od niego wymaga i oczekuje niż od tego, który ma mniejsze możliwości i mniej otrzymał. Pan Bóg wymaga od nas na tyle, na ile nas wyposażył – nigdy na wyrost. Niektórym się może wydawać, że On przesadza – ale wtedy jest kwestia tego, na ile mi się chce, na ile mam wolę zrobienia czegoś, a nie tylko bezmyślnego wylegiwania się i czekania na przysłowiowe boskie zmiłowanie. O ile bardzo często ja nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mogę, jak wiele jestem w stanie zrobić – o tyle kto jak kto, ale Stwórca wie to najlepiej; często lepiej niż ten, o kogo chodzi. 
Szkoda, że wielu jest takich, którym się wydaje, że są przebiegli, że mogą poużywać sobie i nie ponosić później konsekwencji złych wyborów. Tak się nie da po prostu – tylko najczęściej się o tym przekonujemy, kiedy właśnie dochodzi do podobnej, jak w powyższym obrazku sytuacji: zawaliłem i wyszło to w przykry sposób na jaw. Dziwi nieco pytanie Piotra – do nas mówisz? – bo to „wy” Jezusa w sposób oczywisty jest skierowane do wszystkich, którzy Go słuchają, a może przede wszystkim tych, którym się wydaje, że ich to nie dotyczy. 
Ten ewangeliczny obrazek to taki bardzo praktyczny przykład gotowości – tej, o której można się przekonać nie na podstawie CV, deklaracji czy rekomendacji danej osoby, ale na podstawie tego, jak człowiek żyje; jakich dokonuje wyborów i przede wszystkim: co robi z tymi darami, talentami i możliwościami, w które wyposażył go Pan. Nam się może wydawać, że mamy słabe wyposażenie – ot, taki samochód w wersji standard. Ale w każdym w wypadku Boże wyposażenie, niekoniecznie rzucające się w oczy, błyszczące i przyciągające uwagę, jest na miarę tego, który je otrzymuje – i przy odrobinie wysiłku ma mu pomóc osiągnąć to, co najważniejsze. 

Nie ustawaj

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,1-8)

Jasny i wprost podany jest kontekst wypowiedzenia tych słów. Modlić się i nie ustawać. Nie odwrotnie – dokładnie w takiej właśnie kolejności. W sumie trafnie powiedziane – uprzeć się i trwać można w wielu sprawach, jednakże tylko utrzymanie tej wyjątkowej więzi z Bogiem, jaką jest modlitwa, umożliwia utrzymanie w polu widzenia wartości i celu każdego człowieka wiary – zbawienia. Upór może być dobrze ukierunkowany dopiero wtedy, kiedy jego siła czerpie z Boga.
Obraze z ewangeliczną wdową – jeden z dwóch, tym razem nie taka, która zgubiła drachmę i jej poszukuje, ale inna, równie uparta (nie ustawała?) i starała się o pomoc w swojej sprawie przed sędzią. Nic dziwnego – szczególnie w tamtych czasach, gdy sędzia nie kojarzył się jak dzisiaj z mniej lub bardziej trafnie mianowaną osobą w czarnej todze, a był człowiekiem dostępnym dla każdego, powołanym do doraźnego (a nie w ramach ciągnących się latami procesach) rozstrzygania sporów. Z kolei wdowa – osoba w niewątpliwie pożałowania godnej sytuacji; kobieta tracąc męża traciła całe oparcie, była zdana na łaskę i niełaskę innych. Właściwa osoba, do której mogła się zwrócić właśnie taka wdowa, szukając pomocy – pewnie sprawa dotyczyła jakiejś waśni, może długi, lichwa, tego nie wiemy. 
Ten sędzia nie był dobrym człowiekiem. Był na pewno świadomy swojej władzy – skoro wprost mówi, że Boga się nie boi (gdzie tam Bóg, tutaj ja rozstrzygam!). Był raczej pyszałkiem – skoro otwarcie wskazał, że z ludźmi się nie liczył. Nic dziwnego, że nie chciał jej pomóc – bo i co po ludzku pewnie mógłby z tego mieć? Nic. Wzięła go „na przetrzymanie”, uporem, wytrwałością. Chciał mieć święty spokój, problem z głowy, nie musieć narażać się na jej kolejne wizyty i prośby. W działaniu sędziego nie było współczucia, chęci ulżenia drugiemu człowiekowi w trudnej sytuacji, miłosierdzia – a zwykła kalkulacja i wygodnictwo. Pan Bóg wcale takiego człowieka nie stawia jako wzór – poddaje tylko do przemyślenia: skoro on, człowiek leniwy i zły, dokonał czegoś dobrego, choć bynajmniej z zasługujących na uznanie pobudek – to o ileż bardziej dobry i kochający (a nie załatwiający swoje sprawy, chcący mieć spokój) Bóg będzie dla tych, którzy w Niego wierzą i proszą Go ufnie! Mały i słaby człowiek w swoim egoiźmie czyni coś dobrego – więc o ile więcej celowo, z rozmysłem i miłosierdziem dokona Ten, który jest źródłem wszelkiego dobra! 
I jeszcze jedno. Wielu uważa, że sędzia z tej historyjki to właśnie Bóg – taki i owaki. Nic bardziej mylnego. Człowiek może sobie Boga tak narysować, odmalować – będąc w absolutnym błędzie. Skrajamy sobie Boga na własną miarę, nieświadomie przenosząc na takiego boga (celowo z małej litery) wszystko, co w nas negatywne i czego nienawidzimy u ludzi władzy: pycha, arogacja, wygodnictwo, lenistwo, pogarda dla wszystkich naokoło. Albo ludzie twierdzą, że tak właśnie działa Bóg – a właściwie nie działa, kiedy nie reaguje jak złota rybka: mówisz, masz. Jest zły, bo nie spełnił mojej zachcianki! Jak On mógł! 
Bóg w tym niedzielnym tekście wzywa nas do przyjęcia postawy takiej właśnie wdowy. Tak, upartej, wytrwałej, nie ustającej – ale równocześnie pełnej ufnej wiary i nadziei, że Ten, do którego się zwraca – Bóg w Trójcy Świętej jedyny – wysłucha ui zaradzi jej troskom nie z wygodnictwa i żeby mieć ją z głowy, ale z miłości, która się nie kończy, ani wobec tego człowieka ani żadnego innego. Czy Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych? Weźmie – tylko ci wybrani, czyli każdy z nas, musi sobie to wybranie uświadomić, zaakceptować je i odpowiedzieć na nie. Bóg po prostu wzywa tutaj do wytrwałości – ale nie tylko w modlitwie, ale także w trwaniu przy wyborze Jego jako Tego, który prowadzi.