Niewierny czy poszukujący?

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali
uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus,
stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał
im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus
znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was
posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha
Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym
zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany
Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc
uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich:
Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w
miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po
ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z
nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł:
Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz
moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź
niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg
mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś;
błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków,
których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś
zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i
abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Na początku krótka dygresja do, ciekawej (i opisywanej zarówno przez Tygodnik Powszechny, jak i Gościa Niedzielnego) teorii Paula Badde, dziennikarza znanego z badań nad całunem turyńskim i chustą z Manopello. Czego bali się uczniowie? Czego się obawiali? Skoro wszystko miało być stracone – Jezus umęczony, zabity, ukrzyżowany – to po co siedzieli jak trusie w Jerozolimie? Był czas Paschy, mogli spokojnie w tłumie pielgrzymów zniknąć z miasta, wydostać się z niego i udać dokądkolwiek, raczej nie niepokojeni. Żydom chodziło o Jezusa, o pozbycie się „wichrzyciela”, „uzurpatora” i „bluźniercy” – nie o nich. A więc? Teoria bardzo ciekawa – posiadali już wtedy wielki skarb. Skąd? Opisuje to Jan w innym miejscu, ciut wcześniej (J 20, 3-10), kiedy Jan z Piotrem biegli do pustego grobu – co zauważyły kobiety. Musieli tam odnaleźć coś, co stanowiło dowód zmartwychwstania Pana, skoro Jan „ujrzał i uwierzył”. Wizerunki Pana umęczonego (całun), a także chustę Zwycięzcy zmartwychwstałego (chusta z Manopello). To je zabrali z grobu – choć przecież według prawa żydowskiego stali się przez to nieczyści – i to ich strzegli w opisywanej sytuacji, właśnie z ich powodu – wielkiego znaczenia, po prostu dowodu – obawiali się Żydów. Ale to temat na osobny tekst.
Jezus nie daje za wygraną. Pozostawia znaki, kolejny raz przychodzi, aby człowieka umocnić. Przynosi największy i najpiękniejszy dar, jaki tylko On może ofiarować – Boży pokój. Żaden święty spokój, żaden luz, brak stresu – Boży pokój, którym pragnie tchnąć na każdego z nas. Stąd ta radość zebranych – teraz, poza dowodami w postaci całunu i chusty, które kazały im pozostać w Jerozolimie i czekać, co będzie dalej (czy wtedy już wierzyli wszyscy, że On prawdziwie zmartwychwstał?), widzieli Jego samego. Tego samego, tak bardzo nieziemsko pięknego, a równocześnie ludzkiego – z poranionymi dłońmi, nogami i bokiem. Co więcej, Jezus dokładnie podtrzymuje to, co mówił za życia – otrzymują obiecanego Ducha Pocieszyciela, i ponownie zostają posłani na niekończący się połów ludzkich serc. 
I tu jakby zaczyna się drugi wątek opowieści – mój radosny imiennik, historycznie ochrzczony niewiernym. Nie było go, nie widział, opowiadali – i co? Żądał dowodu, chciał ujrzeć Pana na własne oczy, takiego jak oni mieli widzieć, poranionego a żyjącego. Czy należy jego postać potępiać? Moim zdaniem – nie. Czy ja nie postąpił bym tak samo? Wydaje mi się, że tak. Pokazali chustę i całun, opowiadają wiarygodnie, zbieżnie, wielce podekscytowani, czyli zachowują się zupełnie inaczej niż uczniowie kogoś, kto miałby pozostawać umarły, zabity, umęczony. Tomasz jednak nigdy nie zanegował, że do zmartwychwstania nie doszło. Pragnął z serca, pałał ku temu, aby samemu, na własne oczy ujrzeć Zbawiciela. Tęsknota? Poszukiwanie odpowiedzi? Poszukiwanie sensu i zrozumienia czasu, jaki spędził, wędrując z Jezusem przed męką? 
Ja go po prostu rozumiem, też bym tego chciał. Tym bardziej, że Jezus nie neguje, nie potępia, nie beszta Tomasza za to zachowanie – zachęca jednak do wiary bez dowodów, i tych, których na nią stać, nazywa błogosławionymi (przepełnionymi Bogiem). To wielka nadzieja i obietnica właśnie dla nas. Pozwala się obejrzeć, pokazuje, wręcz podsuwa pod nos Didymosowi swoje rany. Wzywa do wiary w Niego – czy można takie wezwanie zlekceważyć, gdy płynie z ust człowieka, który umarł, pochowany został w grobie, a teraz nadal żyje, choć naznaczony znakami tej męki? Zwycięzca śmierci, piekła i szatana. Czy można olać zaproszenie od Boga, Zbawiciela, dla którego nie ma granic? No właśnie można – mamy wolną wolę, ze wszystkimi jej konsekwencjami. Ale czy warto? 
Zawsze będzie Tomasz – który wątpi, ale nie odchodzi. Taki Tomasz siedzi sobie w każdym z nas, czasami daje o sobie znać słabiej, kiedy indziej mocniej. Mamy prawo do wątpliwości, pytania, czasami nawet kłócenia się z Panem. To jest o wiele bardziej twórcze, niż bezmyślne czasami mechaniczne czynności, zdrowaśki, różańce, przespane msze i nabożeństwa. Bóg kocha człowieka i pragnie z Nim dialogu, chce być odpowiedzią na pytania i wątpliwości. Takie natchnione wątpliwości, wypływające z dobrej woli, umożliwiają nawiązanie głębszej relacji z Bogiem – który sam jeden jest odpowiedzią na wszystko. Ważne jest co innego – wątpić, ale nie odchodzić. Szukać, drążyć – ale trwać przy Zmartwychwstałym. Dotrwać i dorosnąć do własnego, dojrzałego i świadomego wyznania: Pan mój i Bóg mój. 
Nie bez powodu dzisiaj Niedziela Miłosierdzia Bożego – wielki ukłon pod adresem bł. Jana Pawła II, który już jako metropolita krakowski odkurzył kult Miłosierdzia, przypomniał światu niepozorną i posądzaną o chorobę psychiczną Faustynę Kowalską z jej Dzienniczkiem, którą później beatyfikował i kanonizował. Może sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach do najpiękniejszych nie należy – ale jest niesamowite z tym ogromnym prezbiterium, wokół którego stoi – co? Konfesjonały. Miejsca z jednej strony dla tych, którzy widzą w sobie coś, co odsuwa ich od Boga, i chcą coś z tym zrobić. Dla tych z drugiej strony, którzy – posłani jak tamci z Ewangelii – mają odpuszczać grzechy Bożą mocą, jednać skruszonych z Nieopisanym. 
Sakramentu pokuty i pojednania często nie rozumiemy. Tego, czego pragnie dla nas Bóg – także. To dobry czas, aby zajrzeć do Dzienniczka s. Faustyny – choćby jakiś urywek przeczytać. Dla mających problemy ze spowiedzią – wydaje mi się, sensowne są książki o. Piotra Jordana Śliwińskiego OFMCap. (np. Spowiedź w kratkę). Jest czas radości zmartwychwstania – najlepszy możliwy, jeśli człowiek jeszcze nie pojednał się z Panem, aby do tej radości włączyć się w pełni, z czystym sercem. 

Krzykacz żąda – Bóg się zgadza

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Mój imiennik w roli głównej. Cóż, nie ma się co dziwić – sam do niedowiarków pewnie należę w jakimś sensie. Niby wierzący, ale… Coś w człowieku jest, że próbuje wszystko sobie przełożyć „z Bożego na nasze”, wytłumaczyć po swojemu, zaszufladkować. Szkoda, że najczęściej sporo się przy tym miesza, a w efekcie zmienia się sens. 

Tym razem narrator natchniony nie mówi nic o obawach uczniów – poza tym, że bali się tych, którzy cały czas szukali po ulicach i zaułkach Jerozolimy ludzi, którzy „wykradli ciało Jezusa”, jak to zapobiegliwie arcykapłani raczyli porozpowiadać po mieście. Co więcej – uczniowie radują się, i to widząc rany Zbawiciela! To samo, co kilka dni wcześniej ich odstraszało, tak że tylko Jan doszedł pod krzyż, teraz motywuje i utwierdza, że to żaden duch, a po prostu ich Pan. Stąd ta radość, radość prawdziwa. Bo jak można czegokolwiek się bać, gdy stoi przed tobą Ten, którego nawet śmierć nie była w stanie powstrzymać? 
Jezus na pewno nie rzuca słów na wiatr, ani też nie powtarza się bez celu. To podwójne „Pokój wam” ma bardzo konkretny sens i brzmienie. Pokój wam – bo to wy tak drżeliście, was ogarniał strach, wy pouciekaliście, za wami musiałem iść nawet do Emaus i wyjaśniać wszystko jeszcze raz, to mnie szukaliście między tkaninami w pustym grobie. Pokój wam – bo tylko ten prawdziwy, od Boga pochodzący pokój, który wam przynoszę, może pomóc objąć sercem i umysłem ogrom wydarzeń, jakich byliście świadkami, jakie doprowadziły do tego, że jestem z wami. Tylko z tym pokojem chrześcijanin może w twórczy sposób wykorzystać Bożą łaskę – „niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie, mój Boże”. Pokój z jednej strony dany, ale i zadany jako podstawa, obok wiary, nadziei i miłości. Tylko taki pokój może przedrzeć się przez zamknięte drzwi ludzkich serc, nawet tych które kiedyś było stać na ryzyko zawierzenia, a później gdzieś, coś się poplątało, i dzisiaj trwają w świecie bez celu i sensu, a Ten, który może im je nadać, jest tuż obok. Tylko taki pokój może zamknięte ludzkie serca otworzyć… na inne zamknięte serca, uzdolnić je, aby ich głos otwierał serca innych ludzi.  
Dla mnie to te słowa są pierwszym posłaniem uczniów, takim dojrzałym, rozesłaniem ich samodzielnie, już bez Jego fizycznej obecności – wydarzeniem, które jakby się dopełniło w momencie Wniebowstąpienia. Wtedy rozesłał ich jakby ostatecznie – ale Jezus wysłał ich już tutaj, mówi to wprost. Nie sam swoją mocą, ale w imię Boga Ojca – jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam – aby szli i kontynuowali to dzieło, które On rozpoczął. 
Euforia – widzieliśmy Pana! I wtedy na scenę wchodzi czarny charakter – Tomuś. Jezus? Taak? A skąd ja mogę wiedzieć? Czemu zaufać? Przecież widziałem – zabili Go, a Józef pochował. Czemu mam uwierzyć? I za tym – szereg warunków pt. „uwierzę, o ile…”, co narrator dość dokładnie opisuje z anatomicznego punktu widzenia jako wkładanie ręki do boku czy dotykanie ran po gwoździach. I znowu, Bóg robi coś, czego kompletnie nie rozumiem, czego robić na pewno nie musiał. Dostosowuje się. Krzykacz żąda – Bóg się zgadza. Jezus przychodzi ponownie, wręcz sam zaprasza Niedowiarka, podtyka mu pod nos ręce i nogi, pokazuje bok. Jest w tym działaniu Boża logika – bo człowiek klęka i wyznaje wiarę w Boga dzięki temu, co zobaczył. Pan mój i Bóg mój. 
My mamy, w tym sensie, nieco trudniej. Jego fizycznie nie ma między nami (choć Joanna Bątkiewicz-Brożek z GN w pewnym sensie – i słusznie – kwestionuje, warto przeczytać, zdarza się że Jezus sam robi wyjątki i rzuca się, dosłownie, człowiekowi w oczy). Nie ma to jednak znaczenia. Objawienie jest kompletne. Pan Bóg nic nowego nam już nie powie, co najwyżej będzie się przypominał. Cały ten depozyt mamy złożony w swoje ręce. Po co? Żeby sięgnąć po błogosławieństwo dla tych, którzy – choć nie widzieli – to uwierzyli.

Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych,
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha,
Panie nasz i Boże uzdrów nasze życie.

Życiowe rozmodlenie i pokój serca

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
Biegamy, spieszymy się ciągle, nie nadążamy, gonimy, nadrabiamy… Ciągle za mało czasu, za dużo spraw na głowie. W tym wszystkim nietrudno o zagubienie odpowiedniej perspektywy, utratę ostrości widzenia, uśpienie ducha czuwania w kontekście podejmowanych decyzji. Efekt – łatwy do przewidzenia – to po prostu pomieszanie z poplątaniem, skupianie się na sprawach małych przy jednoczesnym pominięciu tych kluczowych. 
Sedno i przesłanie tych niedzielnych tekstów (w tym tygodniu poślizg większy niż zwykle…) powtarza się, jak taki piękny refren, w wielu miejscach ewangelii. Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Nic dziwnego, że Kościół odczytuje taki właśnie fragment nie tylko u progu nowego roku (01 stycznia), ale przede wszystkim w liturgiczną uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. W pewnym sensie – uroczystość rodzicielstwa Maryi, które świętujemy. Pewnie można założyć, że Maryja mogła, miała prawo zareagować zupełnie inaczej. Anioł zwiastował wam, pasterzom, o moim dziecku? Wspaniale! Genialnie! To wszystko potwierdza! Wielki optymizm, radość, być może nawet euforia. Żadnego zapisu o takim zachowaniu nie ma. Po prostu zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Po prostu modliła się, polecając, ofiarowując Bogu i dziękując za wydarzenia, które stawały się jej udziałem. Tylko tyle? Wystarczy. 
Maryja odkrywała głębię życia nie w powierzchownych spontanicznych reakcjach na poszczególne wydarzenia, ale w głębokiej modlitewnej refleksji nad tym, co ją otaczało. Obserwowała świat wokół, ludzi obok i siebie samą. Nie w jakiś celach naukowych czy statystycznych. Dla zrozumienia tego, co robi, jak robi i przede wszystkim – dlaczego. Dopiero wtedy, gdy sięgasz do środka, zastanawiasz się nad pobudkami i motywacjami, zaczynasz się kontrolować. Owszem, w spontaniczności nie ma nic złego, jest nawet wskazana – ale nie w każdej sprawie. Trzeba umieć połączyć autentyczność i lekkość wyboru ze świadomością tego, co się wybiera, i jak się wybiera. Życie Maryi nie było usłane różami – o czym mogła się później przekonać – a jednak, ona ciągle trwała, zachowywała wszystko i rozważała. Mierzyła się z tym, co ją spotykała, nie uciekała od rzeczy nawet najtrudniejszych. 
Maryja po prostu wybrała i konsekwentnie się swojej decyzji trzymała. To była jej decyzja, to wszystko było konsekwencją jej wolnej woli, której dała wyraz w rozmowie z archaniołem Gabrielem, kiedy wypowiedziała swoje „bądź wola Twoja”, swoje „fiat”. Warto to sobie uświadomić. Tu nie było przymusu. Nie bez powodu przysłowie mówi, że z niewolnika nie ma pracownika. Do tego nawiązał też Paweł w niedzielnym II czytaniu, gdzie mówi (całość, bo krótkie): 
Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (Ga 4,4-7)
Prawdziwa wiara i miłość ku Bogu może zrodzić się tylko w wolności. Przynosi ją do człowieka posłany do każdego Boży Duch. Jeśli tej wolności brakuje, to jakiekolwiek przejawy wiary – słowa, deklaracje, symbole, postawy – pozostają pustą formą, nieporozumieniem, marnowaniem czasu i wprowadzaniem siebie samego w błąd. Bóg nie chce wiary, do której nas przymusza. Bóg czeka na odpowiedź na Jego miłość, na Jego zaproszenie – a ono może być udzielone tylko w pełni wolności i swobody serca człowieka. Konsekwencja, taka jak Maryi, to postawa dzisiaj bardzo niepopularna, na każdym kroku lansuje się „poprawność”, nie tylko polityczną, w imię której należy się zawsze za wszelką cenę dostosować do okoliczności, broń Boże za dużo nie mówić i nie obstawiać na swoim, po prostu dostosować się do reszty, czy ta reszta jakąkolwiek rację ma, czy też nie. Jednak tylko w takiej postawie można szczerze się modlić, naprawdę rozważać i zachowywać w sercu sprawy najważniejsze. 
Ten pierwszy dzień roku, a jednocześnie uroczystość maryjna, to także Światowy Dzień Pokoju. Bo tylko w prawdziwej Bożej wolności może rozwijać się ten jedyny, trwały, zbudowany na dobrym fundamencie pokój. Żaden ludzki, „święty spokój”. Boży pokój, który – choć dany wszystkim – może zamieszkać i nadać nową jakość jedynie sercu człowieka uporządkowanego, konsekwentnego, który widzi, co się dzieje, potrafi wybierać to, co dobre, i zachowywać to w sercu. Boży pokój, który wypełniał serce Matki Bożej. Boży pokój, który przez wszystkie radości i smutki jej bardzo trudnego życia doprowadził ją do pięknego zakończenia tego życia. Życia trudnego, ale dobrego, owocnego. Takiego pokoju życzę każdemu, nie tylko w Nowy Rok, nie tylko w tym roku – już zawsze.

Asyż po 25 latach

To wielki dzień. Na dzisiaj papież Benedykt XVI zwołał kolejne (po 1986 i 2002) międzynarodowe spotkanie wyznawców najróżniejszych religii do Asyżu, miasta św. Franciszka, i miejsca, gdzie do pierwszego tego rodzaju spotkania doszło w 1986 r. z inicjatywy, dzisiaj błogosławionego, Jana Pawła II. 
To zdjęcie zadziwiło wielu. Jan Paweł II stojący pomiędzy prawosławnymi, protestantami, ale także buddystami, animistami, sikhami i innymi – w sumie przedstawicielami 28 wspólnot chrześcijańskich oraz 32 wspólnot niechrześcijańskich. To nie miało być żadne forum przedstawicieli pewnie większości świata, mające rozwiązać światowe problemy czy konflikty – miało być okazją do wspólnoty. Formuła, jaką zaproponował papież, była czytelna –  „być razem, aby się modlić”, a nie „modlić się razem”. Co bardzo często było mylone, kiedy mówiono o „wspólnej modlitwie wyznawców różnych religii w Asyżu”. 

Kard. Josephowi Ratzingerowi, obecnemu papieżowi Benedyktowi XVI, niesłusznie zarzuca się wówczas (ale także kilka lat wstecz w stosunku do dzisiaj) negatywny stosunek do tej inicjatywy. I jest to kolejny błąd, a raczej nieporozumienie. Nigdy nie sprzeciwiał się temu pomysłowi jako takiemu, ale zwracał uwagę na możliwość błędnej interpretacji takiego zgromadzenia. W 2002 r. pytał: „Czy można tak postępować? Czy w ogromnym stopniu nie była to upozorowana wspólnota, której tak naprawdę nie ma? Czy w ten sposób nie propagujemy relatywizmu – opinii, że w gruncie rzeczy różnice między religiami są tylko drugorzędne? I czy w ten sposób nie osłabiamy powagi wiary i ostatecznie nie oddalamy się od Boga, a tym samym nie potęgujemy naszej samotności?”. Postawa bardzo słuszna. Podkreślał on też zawsze istotną rolę, jaką takie spotkania odgrywają – jako przeciwstawienia się duchowi przemocy, nadużywaniu religii jako pretekstu do przemocy i propagowania szacunku do wiary człowieka. 

Dzisiaj w Asyżu wieczorem spotkać ma się przeszło 300 delegatów z 31 Kościołów chrześcijańskich i 12 religii świata. Niestety, nie wszyscy odpowiedzieli na papieskie zaproszenie. Odmówił przybycia wielki imam uniwersytetu islamskiego Al-Azhar w Kairze (którego orzeczenia teologiczno-prawne (fatwa) są uznawane wśród sunnickich muzułmanów za obowiązujące)… zasłaniając się tym zamrożeniem dialogu islamu z Watykanem, zarzucając jednocześnie papieżowi „niesprawiedliwe twierdzenie, że Koptowie w Egipcie i chrześcijanie na Bliskim Wschodzie są prześladowani”. 
Spotkanie odbędzie się w takiej formie, aby uniknąć błędnych interpretacji tego wydarzenia. Nie przewidziano żadnej wspólnej modlitwy ani żadnych religijnych czy też parareligijnych gestów. Po obiedzie w klasztorze MB Anielskiej każdy uczestnik otrzyma własny pokój, na czas ciszy, osobistej refleksji i modlitwy. Procesja pokoju ulicami Asyżu odbędzie się w milczeniu. Hasłem tegorocznego spotkania będą słowa „Pielgrzymi prawdy, pielgrzymi pokoju”. 

W tym duchu, każdy w ciszy własnego serca, warto wesprzeć to spotkanie, tę cichą modlitwę przedstawicieli całego świata. Proponuję znane słowa modlitwy najprostszej Biedaczyny z Asyżu:
O Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju,
Abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
Wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda;
Jedność tam, gdzie panuje zwątpienie;
Nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz;
Światło tam, gdzie panuje mrok;
Radość tam, gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli,
Nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
Nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
Nie tyle szukać miłości, co kochać;

Albowiem dając, otrzymujemy;
Wybaczając, zyskujemy przebaczenie,
A umierając, rodzimy się do wiecznego życia.
Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Nadzieja jest w Nim

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie. Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie oglądał. Ale wy Mnie widzicie, ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was. Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie. (J 14,15-21)
Jezus nie owija nic w bawełnę. Konkret, wymóg, konieczność. Jeżeli Mnie miłujecie – bez tego ani rusz. Te słowa w zestawieniu z tym, które przykazania Jezus postawił na czele jako najważniejsze, pierwsze i największe, pokazują jasno prawdę, o której pisałem ostatnio. Miłość to podstawa, miłowanie to fundament. Przykazania tylko wtedy mają sens, gdy przestrzega się ich w duchu tej miłości – Boga do człowieka, człowieka do Boga i człowieka do drugiego człowieka. 

Pojawia się w Jezusowych słowach wielka obietnica, którą świętować będziemy bodajże za 2 tygodnie, po najbliższym Wniebowstąpieniu Pana. Duch Święty, Pocieszyciel, Duch Prawdy. Określeń jest wiele. Może najbardziej pasuje tutaj mało znane – Paraklet. Mnie podoba się szczególnie, bo ma podtekst prawniczy – można je interpretować jako obrońca, adwokat; a bardziej duchowo – wspomożyciel, orędownik; a dokładnie – ten, który odpowiada na wołanie. Warto to akcentować – nie mam nic przeciwko pobożności maryjnej ani kultowi świętych w rozsądnych rozmiarach – ale mam wrażenie, że niektórzy za bardzo skupiają się na tych osobach orędowników świętych (a jednak przecież ludzkich), jednocześnie pomijając właśnie Parakleta, jedną z osób Trójcy Świętej, a więc Boga samego. Boga – wskazanego przez Syna Bożego jako orędownika. 
Uczniowie pewnie Jezusa traktowali jako tego Parakleta. W końcu to On sam wypełnił wszystko, dokonał dzieła zbawienia ludzi, umarł i zmartwychwstał. Czy wgłębiali się szczegółowo w dogmatyczne zawiłości prawdy o Bogu w Trójcy Świętej jedynym? Nie sądzę. Owszem, Jezus jest tym pierwszym i najdoskonalszym Parakletem, szczególnie z ich perspektywy – ale także, jako Zbawiciel, z perspektywy każdego człowieka, żyjącego w każdym czasie. Dzisiaj Jezusa, fizycznie, nie ma między nami – a wie, jak bardzo człowiek Pocieszyciela potrzebuje. Nie chce ludzi osierocić – piękne zdanie, tak umiejętnie nawiązujące do relacji rodzicielskich. Dlatego obiecuje Tego Pocieszyciela, który człowieka nigdy nie opuści, którego nikt człowiekowi nie jest w stanie odebrać – a którego zadaniem jest odmienianie dzisiejszego świata, jak to pięknie akcentował przed 30 lat na Placu Zwycięstwa bł. Jan Paweł II. 
A jednak – prawdy o Trójcy Świętej się tutaj nie uniknie. Jezus odchodzi i przyjedzie, ten sam, a jednak inny. Bo ten sam Bóg, ale w innej Osobie, w postaci Parakleta. Przychodzi, przyjdzie, aby ci, którzy życie mają dzięki Niemu, żyli pełnią nadziei i ze świadomością towarzyszenia przez orędownika doskonałego. Tego, który sam będąc Bogiem, najlepszą ku Bogu, ku zbawieniu wskaże drogę. Jedno trzeba powiedzieć jasno – nie jest powiedziane, że Duch Święty przyniesie tylko pokój. A na pewno nie żaden święty spokój. Duch męstwa, odwagi, bojaźni Bożej ma inspirować, motywować, wzywać do stanięcia w prawdzie o sobie samym, więc o swoim brudzie, grzechu, małości i słabości. On przynosi finalnie pokój – ale żeby ten pokój zagościł, trzeba zrobić ze sobą porządek. On ma w tym pomóc. Dopiero przez takie porządki, przez ten jedyny Boży pokój, człowiek może dojść do prawdy, jaką niesie Bóg. 
Wreszcie, na końcu, ale może to i najważniejsze? Ten Duch jest najpierw Pocieszycielem – a więc odpowiedzią dla tych wszystkich, którzy gdzieś upadli, pogubili się, nie mają siły, nie mają pomysłu, którym się nie chce, i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. To może dziwnie zabrzmieć – ale właśnie i tylko On jest tym, czego oni szukają, nawet nie zdając sobie z tego sprawy! Pocieszenie ma wiele twarzy i dotyka wielu sfer, pocieszenie prawdziwe wypełnia człowieka i czyni go na nowo zdolnym do tworzenia, kochania, budowania, rozwoju. Jeśli coś – a może wszystko? – się posypało – proś o tego Parakleta. Nadzieja jest w Nim. Tylko poproś Boga, mów do Niego, nawet wykłócaj się. Ale nie siedź bezczynnie. Samo nie zrobi się nic. Bóg czeka na Twój krzyk – nawet jeśli to ostateczny krzyk rozpaczy. To bardzo dobry początek.
>>>
Przed chwilą w radiu było o tym, że na Malcie mają zalegalizować rozwody. Szkoda. Jedyny kraj – poza Watykanem – swoisty, acz pozytywny, ewenement w dziwacznym świecie.

Niedowiarstwo czy zapobiegliwość?

W związku z beatyfikacją – niedzielnie, z lekkim poślizgiem.
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20, 19-31)
Bardzo lubię ten fragment – i to nie tylko dlatego, że jakby postacią pierwszoplanową jest tutaj mój imiennik. To tekst tak bardzo mój, nasz, ludzki. To słowa, które opisują sytuację jak bardzo często nam – a na pewno mnie samemu – bliską. Brak wiary, nieufność. No właśnie. Niedowiarstwo czy zapobiegliwość, dokładność? 
Bo tak, po prawdzie – kto z uczniów był takim wiarkiem, jeśli chcieć ich dzielić na wiarków i niedowiarków? Chyba tylko młody Jan – ten, który jako jedyny nie uciekł, doszedł do krzyża, wytrwał, ujrzał i uwierzył widząc tylko (nie potrzebował nic więcej) pusty grób (J 20, 9). Nie mówiąc o tym, że – gdyby chcieć być precyzyjnym – grecki tekst ewangelii posługuje się sformułowaniem apistos – co bardziej pasowało by przetłumaczyć jako niewierzący (sucho, obiektywnie, opisowo) a nie niedowiarek (emocjonalnie, subiektywnie). 
Najpierw tło. Grupka ludzi, pewnie 11 plus kobiety, którzy jeszcze tydzień wcześniej deklarowali i pewnie wewnętrznie byli gotowi do walki z Jezusem, za Jezusa, za Jego naukę i słowa. Tych deklaracji na wiele nie starczyło – jak już napisałem, pomijając jaskrawy przykład zdrady Judasza i spektakularne potrójne zaparcie się Piotra, pozostali po prostu pouciekali, i tylko najmłodszy, Jan, był z Jezusem (wyjąwszy uwięzienie) przez całą drogę krzyżową, aż do męki i śmierci na Golgocie. Nie potrafili się w ogóle pozbierać po Wielkim Piątku. Bali się, stąd pozamykali się w wieczerniku, ostatnim miejscu, gdzie byli razem z Nim. Co dalej? Tego nikt nie wiedział. Jak często tak samo ja postępuję – zwinąć się w kłębek, schować przed światem, byle dalej, ukryć wszystkie słabości, strach, ból, żal, zawiedzione nadzieje. 
Bóg jest odpowiedzią na to wszystko. Nie wyważa, rozwala drzwi, nie wparowuje na czele zastępów anielskich gotowych rozwalić i rozgonić na cztery strony świata przeciwników i zabójców Jezusa. Po prostu – stanął pomiędzy nimi, pojawił się cicho, niepostrzeżenie, nie ingerując jakoś w – napiętą, posępną i gęstą dość – atmosferę, jaka panowała w wieczerniku. Z czym przychodzi? Z odpowiedziami? W pewnym sensie – tak, w końcu taką odpowiedzią jest sam. Przynosi pokój – to, czego tamtym najbardziej chyba w owej chwili brakowało. Żeby się pozbierać, zebrać myśli, zastanowić się na chłodno, porzucić lęk i zwątpienie – i patrzeć oczami serca, widzieć to, czego On dokonał, że to naprawdę On, żyjący, zwycięski. Pokój – największy, poza zbawieniem, owoc krzyża i zmartwychwstania. Dopiero na nim można budować.
Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. To przede wszystkim do tych, którzy negują czy to istotę spowiedzi jako takiej, czy też jej pochodzenie i uprawnienie następców apostołów do bycia jej szafarzami. To nie człowiek odpuszcza grzechy, to nie człowiek uwalnia od tego brudu i syfu – człowiek jest tylko prostym i bardzo często dalece bardziej od penitenta niedoskonałym narzędziem, jakim Bóg się posługuje, aby odnowić tego, który klęka i żałuje za grzechy. Tak, ksiądz może moralizować, może nie wiedzieć, co powiedzieć w konfesjonale – a czasami może powiedzieć jedno zdanie, które starczy więcej niż wiele innych. To przestrzeń, w której liczą się dwie sprawy – otwarte serce, skrucha i chęć zmiany penitenta, i wiara w działanie Boga bogatego w miłosierdzie. Spowiednik – raz lepszy, raz gorszy, ale jest tylko szafarzem. Warto o tym pamiętać, aby nie uprzedzać się do spowiedzi jako takiej bo ksiądz mi powiedział…
Bóg daje Ducha. Od człowieka zależy, co z tym fantem zrobi. Tamci z wieczernika otworzyli się na tego Ducha z radością. Nie dość, że okazało się, że Jezus żyje – to nie pozostawia ich samym sobie, ale zsyła Pocieszyciela, czego dopełni w dniu Pięćdziesiątnicy. Duch Boży jest w nas, w środku. Szukamy Go często naokoło, w innych, wokół siebie – a jest tuż, tuż, pod nosem. Bez względu na to, co myślę o sobie, jak bardzo wszystko wydaje mi się pesymistyczne – jestem dzieckiem Bożym. Stworzonym na obraz Boga Ojca, odkupionym przez Syna Bożego, a teraz jeszcze napełnionym Duchem Świętym. 
No i ten Tomasz. Czy to, czego żądał, było oznaką braku wiary? A może on widział, co widział, chciał uwierzyć pozostałym – ale musiał być pewny? W końcu te rany do jedyny namacalny dowód, że Jezus jest Jezusem, że to Jego przybili kilka dni wcześniej do krzyża, że to Jemu włożyli na głowę koronę cierniową, że to Jego bok został przebity na krzyżu. Może po prostu był dokładny, skrupulatny? To wszystko mogło się – jemu, ale też innym – nie mieścić jakby w głowie. Najpierw taka wielka męka, aby później jednak wielkie zwycięstwo? Krzyż prowadzi do pustego grobu, męka do zmartwychwstania. Co więcej – pusty grób tłumaczy mękę, wyjaśnia, dlaczego zaistniała, miała miejsce – Bóg-Człowiek, umęczony, zabity, poddaje się w swoim człowieczeństwie działaniu śmierci, aby raz na zawsze ją unieszkodliwić. Raz umiera, aby wszyscy inni – choć umrzeć muszą – żyli w Bogu. 
My jesteśmy w nieco gorszej sytuacji niż Tomasz. Do nas Bóg pewnie nie przyjdzie w ludzkiej postaci, nie stanie obok, nie pozdrowi, i nie podsunie pod nos swoich ran, abyśmy się przekonali. Dlatego to do nas skierowane są te słowa – błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Jemu współcześni mieli łatwiej, nie dość że znali Jezusa zmysłami, to jeszcze objawiał się im po śmierci i zmartwychwstaniu. Nam pozostawił błogosławieństwo, obietnicę dla tych, którzy uwierzą i nie zwątpią. Jesteśmy tak bardzo materialni – ale nie czeka nas koniec, naszej duszy, choć ciało ulegnie zniszczeniu. Powstaniemy jednak z martwych – nie siłą ciała, ale mocą ducha. 
Jak pięknie to Jezusowe Pokój wam! wpisuje się w słowa, jakie – już błogosławiony – Jan Paweł II uczynił kluczem do swojego pontyfikatu, na których zbudował swoją homilię inauguracyjną, a de facto cały pontyfikat. Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! 

Błogosławione oczekiwanie – do oporu

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść: Patrzcie na drzewo figowe i na inne drzewa. Gdy widzicie, że wypuszczają pączki, sami poznajecie, że już blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. (Łk 21,29-33)
Czy to, o czym mówi Jezus, wymaga jakiś specjalnych, wyjątkowych zdolności czy umiejętności? Według mnie – nie. Czy wymaga wybitnej bystrości i spostrzegawczości? Także nie. Czego wymaga? Wymaga uczciwości wobec siebie, wymaga uczciwości w odbiorze tego, co się wokół dzieje, czego jestem częścią, i umiejętności nazwania tego po imieniu, takim jakie jest. 

Niektórzy pierwsi chrześcijanie mieli taką tendencję, że niektórzy z nich uważali, że przyjście powtórne Chrystusa jest kwestią dosłownie lat. Skąd taki pomysł? Z dosłownej interpretacji słów Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. A może inaczej – z niezrozumienia tego, o czym Jezus mówił. Bo, jak widać, przeminęło ich pokolenie i lekko licząc przeszło 200 następnych, i świat kręci się nadal wokół swojej osi, tak jak kręcił się za Jezusowych czasów, i Dzień Sądu póki co nie nastąpił.
Jezus odniósł się do przykładu prostego jak przysłowiowy drut – bo każdy, także w jego czasach, wiedział, jak wygląda rozkwitanie roślin. Proces powolny, ale i łatwy do zaobserwowania – czym tak wtedy, jak i dzisiaj zajmują się ludzie zawodowo trudniący się uprawą różnej maści roślin uprawnych, warzyw czy kwiatów. Istnieją pewne zasady – ale co jest kluczowe? Właściwe rozpoznanie momentu, obserwowanie samej roślinki i podejmowanie odpowiednich kroków, zabiegów pielęgnacyjnych, gdy owa roślinka odpowiednio się rozwija, zmienia. A roślinka zmienia się, gdy nadejdzie odpowiednia pora – pora roku, warunki atmosferyczne i temperatura dla tej pory roku właściwe.
Czy Jezus więc celowo wprowadził kogoś w błąd tymi słowami o tym, że nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie? Myślę, że nie. Za to ludzie zinterpretowali Jego słowa na skróty. Co jest kluczowe w tym tekście? Słowa Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. To jest najważniejsze. Bo te słowa po prostu nie odnoszą się do jakiegoś konkretnego momentu w historii, który w najczęstszym rozumowaniu miałby się odnosić do znaków zapowiadających koniec świata, powtórne przyjście Pana i Dzień Sądu. One mówią o konieczności uważnego obserwowania tego, co się dzieje wokół – tylko że permanentnie, zawsze, i przez każdego człowieka. Nie adresował tej porady do tamtych, ówczesnych tylko słuchaczy – ale jak zwykle były to słowa o wartości ponadczasowej. Mają tak samo, jak do tamtych Żydów, zastosowanie do nas dzisiaj, 2000 lat później.
Trzeba je czytać – to pogrubione zdanie – razem ze słowami niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. Poza tym, że o Królestwie Bożym jako naszym głównym i podstawowym, ostatecznym celu musimy pamiętać zawsze, nie możemy lekceważyć tego, co i jak się wokół nas, na świecie, dzieje. Bez względu na to, jak zmienia się ogólnie przyjęta w danej społeczności, narodzie, kraju czy regionie świata hierarchia wartości – Jego słowa, Dobra Nowina, przykazania, błogosławieństwa, nakazy i zakazy się nie zmieniają. Może być tak, że zmieni się forma interpretacji pewnych kwestii – tak. Ale nie zasadnicze stanowisko. Świat się kręci – Bóg stoi, jest i był dokładnie tam, gdzie był u początków istnienia, i nigdzie się stamtąd nie wybiera. Nie zmienia poglądów. Pomimo powszechnej, niestety, akceptacji rozwiązłości seksualnej, społecznego przyzwolenia dla aborcji czy eutanazji – Bóg nadal wzywa każdego, aby był wierny małżonkowi, nie cudzołożył, chronił życie od samego momentu poczęcia do naturalnej śmierci. To się nie zmienia i się nie zmieni. 
My jesteśmy wezwani do tego, aby wyglądać, wyczekiwać tego Królestwa Bożego – kiedykolwiek  by ono nie miało nadejść. Być może ani my, ani nawet nasze wnuki tego nie dożyjemy. Ale musimy i mamy być gotowi, mieć zapalone pochodnie serc, aby powitać z radością przychodzącego ponownie Zbawiciela. Niebo i ziemia nie przeminą przed Jego przyjściem – chociaż może dla nas przeminą w tym sensie, że nasze ziemskie życie skończy się wcześniej. Nie ma to znaczenia. Liczy się nasza gotowość – to, z czym przywitamy przychodzącego Pana, czy to w dniu Jego powtórnego przyjścia na ziemię za naszego życia, czy to u tego naszego życia kresu. Wciąż jest czas, żeby się przygotować. Szczęśliwi, których Pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie…
>>>
Po tym, co wyczytałem we fragmentach, z niecierpliwością czekam na polskie wydanie nowej książki papieża Benedykta XVI Światłość świata, kolejnego wywiadu-rzeki, jaki przeprowadził z nim Peter Seewald.  Zawsze dotąd – przyznaję się, najwyraźniej błędnie – traktowałem papieża jako bardziej wykładowcę, myśliciela i teologa, oderwanego niejako od rzeczywistości duszpasterskiej, bez jakiegokolwiek doświadczenia na tym polu pracy w diecezji… Podczas gdy coraz częściej – i te krótkie cytaty z zapisu rozmowy pomiędzy nim a Seewaldem to potwierdzają – jawi mi się on jako naprawdę zatroskany o Kościół i zbawienie ludzi, niesamowicie inteligentny i konkretny, a zarazem mający wiele pokory i nieśmiałości człowiek, któremu po naprawdę owocnym życiu Bóg w jesieni życia postawił wyjątkowo wymagające zadanie, stawiając go na czele Kościoła. Coraz bardziej doceniam to, co robi, jakim jest człowiekiem. I widzę że w jego wyborze w 2005 naprawdę był palec Boży – człowiek, który ze swoją wiedzą i doświadczeniem może skutecznie przypominać światu Boże przesłanie. 
Piękna jest szczególnie forma. Papież kolejny raz odchodzi od formy oficjalnego stanowiska, dokumentu Kościoła – encykliki, adhortacji, listu apostolskiego – na rzecz dialogu. Na pewno świadomy swojej nieśmiałości – której jestem pewny – nie waha się udzielać odpowiedzi na pytania dziennikarzy w trakcie podróży, decyduje się także na rozmowę w formie wywiadu. Ktoś może powiedzieć – papież ustępuje pola, boi się stanowczych wypowiedzi i wdaje w dyskusje. A ja uważam, że papież pokazuje, że papież jakby schodzi z tronu na rzecz tego, aby zwykłym ludziom, w języku dla nich zrozumiałym, wyjaśniać prawdy wiary, przybliżać Boga. To jest przecież pierwotna misja całego Kościoła, wszystkich kapłanów i biskupów – a więc także biskupa Rzymu. Utworzenie Rady ds. Nowej Ewangelizacji tylko potwierdza, że papież traktuje te obecne potrzeby świata bardzo na serio. Udzielenie tego wywiadu to przejaw odwagi ze strony papieża, który decyduje się w tej prostej formie ułatwić ludziom zrozumienie pewnych prawd.
Oczywiście, nie obyło się bez medialnego szumu, o tytułach prawie w stylu Papież/Kościół zezwolił na prezerwatywy! Jak zwykle – prawdy w tym jest niewiele. Zacytuję:
Być może istnieją uzasadnione pojedyncze przypadki, gdy np. mężczyzna uprawiający prostytucję używa prezerwatywy w sytuacji, gdy takie postępowanie może być pierwszym krokiem na drodze do umoralnienia, jakimś zalążkiem odpowiedzialności, aby na nowo rozwinąć świadomość tego, iż nie wszystko jest dozwolone i nie wolno robić wszystkiego, na co ma się ochotę. Ale nie jest to rzeczywisty sposób na poradzenie sobie ze złem, jakim jest infekcja HIV. Taki rzeczywisty sposób może polegać natomiast na uczłowieczeniu seksualności. (…) Kościół oczywiście nie postrzega ich [prezerwatyw] jako rzeczywistego i moralnego rozwiązania. W jednym czy drugim przypadku może to być jednak – zakładając intencję danego człowieka, jaką jest zmniejszenie ryzyka zakażenia – pierwszy krok na drodze do inaczej przeżywanej, bardziej ludzkiej seksualności.
Czyli żadna zmiana całości podejścia, a przyznanie tego, co jest dopuszczalne – stosowania prezerwatyw przez zarażonych wirusem HIV (jako sposób ochrony przed chorobą człowieka), przy jednoznacznym podkreśleniu wyjątkowości takich sytuacji w stosunku do reguły, która odrzuca stosowanie prezerwatyw. Jak zauważył sam rzecznik Watykanu – tego typu poglądy prezentowali już m.in. kardynałowie Carlo Martini SI, Godfried Daneels, Cormac Murphy-O’Connor, George Cottier czy Javier Lozano Barragan.  Wskazał on również wprost, że Papież bynajmniej nie usprawiedliwia moralnie nieuporządkowanego życia seksualnego. Nie ulega natomiast wątpliwości – jest to wypowiedź przełomowa, z ust papieża (nie tylko tego konkretnego) takie słowa dotąd nie padły.  
>>>
Jak by na to nie patrzeć – pomimo, że Korea Północna pozostaje w stanie wojny z Koreą Południową od  przeszło pół wieku, formalnie od 1953 funkcjonowało zawieszenie broni. Pomiędzy państwami układało się wówczas różnie, mniejsze lub większe zaczepki zdarzyły się nie raz. Od kilku dni świat z zapartym tchem śledzi sytuację pomiędzy tymi krajami – odkąd Korea Północna ostrzelała wyspę Yeonpyeong na Morzu Żółtym należącą do Korei Południowej. Zginęli ludzie. 
Od lat mówi się o tym, że Korea Północna sprawdza, na ile może sobie pozwolić na Półwyspie Koreańskim,  przeprowadza próby nuklearne, i jak na razie w imię pokoju ani sąsiedzi z Południa, ani też jakikolwiek inny kraj nie uznał za stosowne pokazania im granicy i utarcia nosa. Co w najbliższym czasie, jak tak dalej pójdzie, może się zmienić. Sytuacja jest trudna, w okolicy – pod pozorem manewrów – stacjonuje już lotniskowiec USA. Wszystko wskazuje na to, iż to, co się wydarzy, w dużej mierze zależy od posunięć największego sojusznika Korei Północnej – Chin. 

W takich momentach należy szczególnie prosić Boga o dar pokoju.