Stacja 4 – Matka bolesna

Pamiętam taki obrazek, fakt, sprzed wielu lat – jego znaczenie dotarło do mnie dużo później. Starszy pan, mocno już schorowany, stojący nad świeżym grobem swojej córki – osoby w momencie śmierci przeszło pięćdziesięcioletniej, więc w pewnym sensie mającej ładny kawał życia za sobą. I taka myśl – rodzic nie powinien chować swojego dziecka. To nie jest prawidłowa kolejność.
Czy Maryja wiedziała, była świadoma, dokąd Jezus zmierza, co Go czeka na szczycie, u kresu drogi? Myślę, że jako matka tak – i ta świadomość, mniej lub bardziej, towarzyszyła jej od ofiarowania Dzieciątka te 33 lata wcześniej w świątyni, kiedy św. Symeon mówił o tym, że jej serce miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Spotykają się, a właściwie natrafiają na siebie – ona pewnie Go szukała, jedynie na moment, świetnie pokazano to w „Pasji” Gibsona. Jedno spojrzenie, i morze miłości. Miłości, która wzniesie się na swoje wyżyny tam, kiedy będzie świadkiem najpierw krzyżowania, a potem dogorywania. 
Miłości, która nie zwątpi i wytrwa do końca, aby utulić już po wszystkim umęczone ciało. 

Stacja 3 – upadek pierwszy z wielu

Nie dziwię się, że upadł.
Wcale nie było tak, że ciążyło tylko drzewo krzyża – ten namacalny po ludzku ciężar. Jezus na swoich barkach nigdy nie niósł tylko tej suchej, kaleczącej skórę belki. W tym momencie, na tej stromej drodze na Kalwarię ważyły się losy całego świata, odgrywał się dramat jedyny w swoim rodzaju w całej historii ludzkości. Na ramionach Zbawiciela zawisły grzechy wszystkich ludzi – tych, którzy przed nim trafili do otchłani, tych, którzy dosłownie złorzeczyli Mu w tym czasie, plując i obrzucając go kamieniami, i wszystkich późniejszych ludzi, aż do teraz, i aż do końca świata. Ciężar duchowy o niewyobrażalnym rozmiarze, nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. 
Dlatego upadł. Był przecież tak samo człowiekiem, jak każda z tych osób, których grzechy zostały na niego włożone. W tym tak bardzo upodobnił się do nas – ile razy dzisiaj, w tym tygodniu upadłem? To nic złego, to część tej ludzkiej natury. W Bogu jesteśmy powołani do tego, aby powstawać – i tym mamy się wyróżniać od innych ludzi w sensie pozytywnym, być dobrym przykładem. Walczyć, ciągle od nowa, do skutku. Każdego dnia, w każdej godzinie. Świadomi swojej małości i bylejakości – ale wytężający siły i pragnący z całego serca dotrzeć do celu. Zmartwychwstania. 
Tak, jak On, który powstał i szedł dalej. Aby pozwolić się zabić – ale przede wszystkim, aby przez to zwyciężyć każdy grzech, zmartwychwstając. 

Stacja 2 – wyzwanie krzyża

W tej tajemnicy via dolorosa po raz kolejny splatają się ze sobą jakby dwie rzeczywistości. Wszechmocny Bóg w ludzkim ciele poddaje się osądowi, co tu dużo mówić, ogłupiałego i umiejętnie sterowanego przez żydowskich dygnitarzy tłumu, któremu przed chwilą nie chciał się przeciwstawić z powodu strachu Piłat. Wyrok został wydany – teraz czas go wykonać.
Ubiczowany Syn Człowieczy po raz pierwszy czuje ciężar belki na swoich ramionach. Po raz pierwszy namacalnie odczuwa ciężar grzechów – także moich; tych, które ludzie popełniali w Jego czasach, popełnili później, popełniają teraz i popełnią aż do dnia Jego powtórnego przyjścia. Całe to zło, brud, beznadzieja, słabość. 
Pomijając kontekst historyczny – czy Jezus niósł tylko jedną (i którą) belkę, czy cały krzyż – jedno jest niewątpliwe. Aby ją dźwignąć, musiał się do niej… przytulić. Mesjasz musiał objąć obolałymi z pewnością dłońmi to szorstkie i po ludzku na pewno za ciężkie drzewo krzyża. Dopiero wtedy mógł wyruszyć w swoją ostatnią drogę. To wskazówka dla każdego z nas – słowa: Kto chce pójść za Mną niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Mt 16, 24) nabierają w jej świetle całkiem nowego sensu. 
Wybór krzyża w tym sensie – zgoda na jego przyjęcie, tego mojego, własnego krzyża – to dopiero początek. Żeby dokądkolwiek z nim dojść, gdziekolwiek go dźwignąć – muszę się z nim nie tyle nawet pogodzić w geście rezygnacji, co go pokochać, przylgnąć do niego i podjąć z wiarą wyzwanie krzyża. Bo jest tylko mój i tylko ja sam mogę z nim, z Jego pomocą, zwyciężyć i przekroczyć siebie. 

Stacja 1 – wyrok

Mój pomysł na wysiłek dla siebie w okresie Wielkiego Postu AD 2014 – spróbuję napisać własne rozważania Drogi Krzyżowej. Pewnie bardzo ułomne, proste – ale swoje, własne. Po kawałku, pojedynczo. 
>>>
Boży paradoks. Największy, równy Bogu Ojcu, poniżony, pobity, umęczony i ociekający krwią, w błazeńskiej koronie cierniowej – staje przed zakompleksionym karierowiczem, zdany na jego widzimisię. A tak naprawdę na pastwę rozwydrzonego tłumu. Co ciekawe – z tej dwójki boi się ktoś inny, wcale nie skazaniec. Piłat. 
Nie można mu odmówić – interesowała go postać Jezusa, i do pewnego momentu jakby chciał Jezusa uratować. Pod presją tłumu poddał się i nad sprawiedliwość (taką prawdziwą, którą sam w tej sytuacji dobrze wyważył) przedłożył własną karierę. Co to byłby za namiestnik, który pozwala w majestacie rzymskiego prawa łamać jego przepisy? Kariera skończyła by się Piłatowi szybko i z hukiem. Stchórzył więc. Tak było prościej. Historia dopisze jakby happy end – jego żona podobno się nawróciła, a i on miał poszukiwać Jezusa. W sumie – tym, co uczynił, nieświadomie dołożył rękę do realizacji planu Zbawienia. A czy Jezus nie przyszedł właśnie po tych, co się pogubili? Ludzie władzy, ze stołków, nie byli z tego grona wyłączeni. 
Ile razy dziennie ja jestem takim mini-Piłatem? Oceniam – czasami bezpośrednio Boga i to, że wszystko nie układa się hiper idealnie, a jeszcze częściej po prostu wszystkich naokoło. Ten za mały, tamta za gruba, ten głupi, tamten jeszcze inny… I mały ideał – ja – pośrodku tego wszystkiego. Piękne jest w tym jedno – Jezus i takiego, jak ja, chce przytulić do serca. Przyjmuje ten wyrok – wszystkie wyroki, jakie pośrednio ja na Niego wydaję. I kolejny raz wchodzi na drogę krzyżową. 

Miłość na śmierć nie umiera

Dzisiaj piątek przed Niedzielą Palmową, dzień który w moich stronach cechuje się specyficznymi nabożeństwami Drogi Krzyżowej – bowiem odprawianej w terenie, w czasie wędrówki po terenie parafii, czy to po miejskich ulicach między blokami, czy po wiejskich drogach. Zachęcam – kto może i ma czas – aby się w to włączyć.

Jako pomoc dla tych, którzy rozważać będą prywatnie mam dwie propozycje:

INNYMI DROGAMI W TYM SAMYM KIERUNKU

Kilka zamyśleń, tureckich jeszcze – bo poprzedni wpis o samym wyjeździe był dość długi. Króciutkich, wręcz jednozdaniowych. Form – nawiązanie do Ewangelii + analogia do czegoś w Turcji. Albo na odwrót.
Powstały…? Jakoś nad basenem rano albo wieczorem w cieniu balkonu, gdy wpatrywałem się w piękną turecką krainę 🙂 
Odnoszą się do Ewangelii z okresu 16-23.06.2010 (teksty tutaj i tutaj).
 twierdza Alanyi – Ic Kale – kościółek (XIII w.)
16.06.2010
Wystarczająco jest takich, którzy całym sobą są na pokaz. Co im to daje? Nieważne. Ty bądź autentyczny – albo w ogóle nie bądź. Tak jak Turkowie – którzy są spontaniczni i szczerzy w swojej gościnności, do bólu. 
17.06.2010
Niektórzy twierdzą – Bogu nie powinno się zawracać głowy pierdołami, sprawami drobnymi i błahymi. Czemu? On nas kocha, chce przenikać i uczynić lepszą każdą sferę życia, każdą sytuację. Tak jak tureckie słońce – wszechobecne, ogarniające i opiekające 🙂 każdego. 
18.06.2010
Czy warto stracić serce dla czegoś, co przemija? Nie. Czy ciemność jest naturą człowieka? Też nie, to skutek grzechu. Nie warto. Tyle jest piękna, dobra, tyle otwartych i gotowych, oczekujących na ciebie serc. Tylko daj się Bogu skusić – tak samo, jak czasami nie powinieneś dać się skusić naciągającemu cię tureckiemu handlarzowi.
19.06.2010
Życie to sztuka wyboru. Być czy mieć. Bóg sam się troszczy o to, co naprawdę jest dla nas konieczne. Najpiękniejsze jest nie to, w co więcej kasy włożone – ale to, co Bogu miłe, i przez Niego pobłogosławione. Tak samo jak w Turcji –  nie każdy souvenir jest potrzebny, konieczny, czy w ogóle wart swojej ceny. 
20.06.2010
Ktoś powie – życie to pasmo zaspokajania zachcianek. Ale to nie tak. To sztuka tracenia, zużywania życia w słusznej sprawie. Tak jak w Turcji – często handlarz musi najpierw ustąpić, spuścić z ceny, aby zadowolony klient kupił de facto więcej, albo po to więcej wrócił, czy komuś go polecił.
21.06.2010 
Jesteśmy mistrzami świata w osądzaniu – czy to w zakresie polityki, sportu, techniki, motoryzacji, we wszystkim. Czy mamy do tego wiedzę, potrzebne kompetencje, żeby się tak mądrzyć? Rzadko. Żeby się czasem nie zdarzyło, że zgubi mnie właśnie ta moja belka, którą z takim uporem hoduję. 
22.06.2010
My krzywo patrzymy, jak Murzyn czy Arab do kościoła wchodzi. A oni – o ile uszanuje się ich zwyczaje (strój + nie wchodzi się tam w czasie ich modlitw – jak u nas, nikt nie chce żeby wycieczki w czasie mszy chodziły po kościołach), to cieszą się, że chcemy zobaczyć, jak się modlą i pozwalają obejrzeć, zwiedzić i nacieszyć oczy ich świątyniami, meczetami. Po tym, co ludzie opowiadają i piszą, nigdy bym się nie spodziewał, że muzułmanie mogą uczyć otwartości wiary. A już tym bardziej nas – chrześcijan, katolików.l Bo przecież, choć innymi drogami, przez inne bramy, ale zmierzamy do tego samego Ojca. 
23.06.2010
Byliśmy na plantacji m.in fig, winogron, pomarańczy i bananów. Piękne. Tutejszy klimat jest dobrą ilustracją Ewangelii – tyle, że w Turcji raczej nie ma drugiej szansy. Jak drzewo nie owocuje – to won. Bo ziemię wyjaławia. A my? Ile razy Bóg nic z nas nie ma, poza wstydem czy kłopotem? A jednak – dalej pielęgnuje, troszczy się. Daje nadzieję – reszta zależy tylko ode mnie. 
>>>
Ja wiem – polska piłka to dramat. Ale jak na mistrzostwach dzieje się coś takiego, jak wczoraj w meczu Niemcy-Anglia, to już przesada. To siadło na psychikę zawodników. Kto wie, jaki byłby wynik, jakby zaliczono bramkę, która w oczywisty sposób została strzelona? Nie żebym lubił Niemców (choć miło, że chociaż w ich barwach Polacy bramki strzelają…) albo Anglików jakoś mocno – ale chodzi o sprawiedliwość.
Zresztą, w późniejszym meczu Argentyna-Meksyk – to samo, tylko odwrotnie. Bo tam z kolei uznano gola… który zdobyty został z oczywistego spalonego. 
Kłania się postulat kolejnego arbitra – który siedzi przy operatorach kamer i analizuje w kontrowersyjnych momentach zapisy kamer, zanim sędzia główny podejmuje decyzję. 
>>>
Oglądali debatę wczoraj? Ja kawałek, w przerwie reklamowej na AXN. Co wniosła? Nic. Poprztykali się w garniturach, i tyle. Komorowski chyba lepiej nauczył się na pamięć odpowiedzi na pytania, o których mi nikt nie powie, że kandydaci ich wcześniej nie znali (zresztą – nawet jak nie znali – to i tak nietrudno było domyśleć się, o co będą dziennikarze pytać), ładniej się wypowiadał. A Kaczyński z kolei ma mniejszą lekkość wypowiedzi. Ciekawe może było to, co mówili w podsumowaniu (ostatniej okazji na wypowiedź) – wydaje mi się, że każdy z kandydatów wskazał, na jaki elektorat liczy w II turze. Również, bez niespodzianek.
Czy któryś z nich jest lepszy? W tej notce (pod koniec) pisałem i podlinkowałem ciekawe miejsca z informacjami, jakie poglądy deklarują kandydaci. Co z nich wynikało – niewiele, że gryzą się nawzajem głównie dla medialności, bo poglądy zbliżone. 
Co tu może zaważyć? Pewnie frekwencja osób starszych, na których liczy Kaczyński. No i to, kogo oficjalnie poprze przed wyborami Napieralski i SLD – a poprze, zapewne, Komorowskiego. 
Jakby nie było – dla mnie, nieuznającego mniejszego zła – II tura to będzie właśnie takie wybieranie przysłowiowego mniejszego zła.

ps. Do poprzedniej notki dodałem kilka fotek 🙂