Szlakiem

W zeszłym tygodniu – poza poniedziałkiem, oraz wtorkiem i czwartkiem (wykłady i praktyki – przychodziłem później, więc i siedziałem dłużej) – i tak w środę i piątek siedziałem do 18, albo i lepiej. Kolejny raz dostałem od szefa do roboty coś, po czym gdy zrobiłem to, o co prosił, okazywało się, że zrobiłem to nie na tej wersji (pracowałem na takiej, na jaką mi przysłał); że wysłałem nie wyczyściwszy komentarzy (tylko że nie powiedział, że mam to zrobić); że nie jestem specem z zakresu prawa podatkowego i nie znam się na opodatkowaniu pewnej kwestii (bo się nie znam – nie bez powodu jest w dziale dedykowany do tego pracownik, który rozstrzygnął kwestię; szef sam tego nie wiedział); że w regulaminie, który można było dwojako interpretować, zinterpretowałem w sposób bardziej dla nas ostrożny i korzystny (bo on zinterpretował inaczej). A do tego jak wyczaiłem w innym zakresie coś, co nie wynika z przepisów, i powiedziałem mu o tym – poszperałem w necie, z ciekawości (opracowanie miałem zrobić z przepisów), to usłyszałem, że on wyszedł na idiotę, bo podał już informacje bez tego.
Wprost usłyszałem, z miną człowieka nieszczęśliwego z faktu, że ze mną siedzi i rozmawia, że właściwie to on nie widzi możliwości dalszej współpracy. Że ten miesiąc zadecyduje, czy firma będzie chciała ze mną współpracować. Mnie z nerwów aż wszystko drgało przed oczyma, dosłownie. Liczyłem się z tym, że dostanę wypowiedzenie w tym momencie – nie dostałem. Ale – jako, że to kolejna taka sytuacja, niestety, w mojej ocenie po prostu (treść zarzutów i forma) czepialstwa – nie wątpię, że to przy pierwszej okazji nastąpi. Odnosiłem wrażenie, że liczył na to, że pod presją sytuacji sam zrezygnuję, jak tam siedziałem. Nie zrobiłem tego, ale mam świadomość, że to kwestia czasu. 
Zresztą, ja siebie – w takim miejscu, w takich warunkach – nie widzę. To nie na moje nerwy. Pomimo sensownych zarobków, bez których będzie trudno (takiej pensji nie dostanę), musimy dać radę. W tej chwili widuję się z żoną z rana, jak wstajemy i odprowadzamy synka do dziadków, i wieczorem; małego nie widzę w ogóle wieczorem, bo śpi. Biedna zasuwa sama, odbiera go od dziadków, myje, karmi, usypia. Może dla kogoś to szczyt kobiecej roli i obowiązek – dla mnie nie, bo sam też chciałbym się tym zajmować. Wczoraj – przyszedłem do pracy przed 8, wyszedłem ok. 20:30. Słowo podziękowania, że tak długo, że do oporu? Nie, za to groźba o wywaleniu z pracy. 
Dzisiaj po zajęciach, z nerwów, zrobiłem sobie spacer po Starym Mieście w Gdańsku. I tak mnie nogi zaniosły najpierw do dominikańskiej bazyliki św. Mikołaja – kościoła mojego chrztu. Przypomniały mi się słowa bł. Jana Pawła II odnośnie kościoła w Wadowicach: Tu wszystko się zaczęło… Dla mnie tam się wszystko zaczęło, wiara, przygoda z Kościołem. Kościółek biedny, bez pieniędzy, ale widać sporo prac konserwatorskich. Wpadła jakaś wycieczka z przewodnikiem – połowa chłopców nawet nie wpadła na pomysł, żeby czapeczki żółte (znak rozpoznawalny grupy) zdjąć, bo i po co; nikt z opiekunów nawet na to uwagi nie zwrócił. Potem wszedłem do karmelickiego kościoła św. Katarzyny – słynny na skutek pożaru z 2006 r. (pechowy, niespełna 30 lat wcześniej odbudowany po zniszczeniach wojennych), właściwie jeden wielki plac budowy, ściany właściwie gołe, wejście możliwe tylko do kruchty. I wreszcie – kapucyński kościół św. Jakuba, paradoksalnie do poprzednich – odnowiony, jakby nieco przytłaczający prostotą wnętrza, ale mnie się podoba. Pomodliłem się, w Mikołaju zmówiłem (komórka z internetem :D) brewiarz. 
I znowu – a właściwie dalej – czekam. Panie Boże, to naprawdę bardzo dobry moment, abyś zadziałał. Wiem, jest chora mama, są teściowie, jest ciężarna szwagierka… To wszystko też ogarniam modlitwą, ale w tej sytuacji naprawdę potrzebuję pomocy, wskazówki, życzliwej osoby która zaoferuje potrzebną tak bardzo pracę. 

Źle

Miało być o niedzielnej uroczystości Trójcy Świętej (odpust w mojej rodzinnej parafii), o tym że Bóg to nie jest siwy staruszek, chłopak z brodą i gołąb – a niepojęta tajemnica, której człowiek może zaledwie uszczknąć swoją wiarą i nic więcej, i o tym że tę prawdę, rzeczywistość Trójcy można zgłębić jedynie naprawdę odnajdując się w Kościele, a nie fantazjując, krytykując i komentując wszystko z pozycji widza, a nie członka wspólnoty.
Miało, bo chciałem to napisać w okolicy weekendu. Nie mam na to czasu, bo w pracy szef z lubością wymyśla kolejne rzeczy do zrobienia dla mnie, a ja siedzę i robię. Wczoraj do przeszło 19 (fakt, że dopiero po zajęciach przyjechałem), dzisiaj też zapowiada się długo. Jak bym nie napisał – coś uzupełnić, zmienić; zwykle dlatego, że nieprecyzyjnie się wyraził odnośnie tego, co ma być zrobione. A wyraża się… mailami (siedząc koło mnie na wyciągnięcie ręki, biurko obok), praktycznie się nie odzywa (do mnie – bo do reszty osób z działu jak najbardziej). Taki, w moim odczuciu, ostracyzm. I chyba celowe działanie mające mnie zmobilizować do rezygnacji. Spokojnie, sam do tego doszedłem, i szukam po prostu nowej pracy – nie mogę sobie pozwolić po prostu na odejście i dopiero szukanie (rodzina, kredyt). 
Sytuacja jest nieznośna. Ja rozumiem – wymagania – ale w tym działaniu i w podejściu do mnie widzę pewną złośliwość, i na pewno niechęć. W efekcie – nie mogę znieść, jak tam idę i siedzę, denerwuję się że zaraz znowu coś wymyśli, a poza pracą życia jest niewiele. Przychodzę do domu późno, zmęczony i zdenerwowany (mimo że nieco powietrza ze mnie po drodze schodzi). Żona też źle to znosi – prawie codziennie musi małego odbierać od teściów sama, sama wracać, sama go myć i usypiać, a potem siedzieć sama czekając na mnie. To ma być życie? To bezsensowna wegetacja.
Nawet na Mszę nie mam czasu iść w tygodniu. Chyba ze 3 tygodnie nie byłem, poza niedzielami oczywiście. Brakuje mi tego. Ale nie mam jak. Dzisiaj z rana poszedłem, u nas. Cicha Msza, szybka. Posiedziałem trochę wcześniej, pozawracałem Bogu głowę moimi sprawami, pożaliłem się i poprosiłem o pomoc. Pewnie, dziesiątkę różańca staram się codziennie odmówić w drodze, ale to nie to samo, co zaduma na Mszy albo w ogóle w kościele. 
Zmówiłem przed Mszą jutrznię (brewiarz.pl to przydatny serwis – wystarczy mieć internet w komórce), i jak zwykle zobaczyłem, że w pewnych słowach moja sytuacja po prostu się odbija:

Przeniknij nasze umysły,
Nad całym pochyl się życiem
I zniwecz Twoją światłością
Próżnego serca złudzenia. (hymn jutrzni)

Jest naprawdę psychicznie ciężko. Dlatego proszę o modlitwę i znalezienie innej pracy.

Słucham

Nie jest zbyt dobrze.
W ciągu ostatnich 2 tygodni posypało mi się w pracy, która wydawała się być szczytem i spełnieniem marzeń w zakresie tego, co człowiek w moim wieku może osiągnąć i jakie to może dawać perspektywy. Fajny czas w dziale powiedzmy pośrednim jeśli chodzi o zainteresowania, po czym idealnie pasujący w czasie transfer do działu docelowego, najsensowniejszego, a potem dostanie się jeszcze na aplikację. No, bajka, ciężka ale zapowiadająca sensowne wyniki po 3 latach godzenia pracy z aplikacją (1 dzień wykładów właściwie cały rok poza wakacjami, no i praktyki przez 3 m-ce po 1 dniu w tygodniu). Więc zasuwam, 2 dni w tygodniu przychodzę do pracy po zajęciach aplikacyjnych. 
Nie wiem, o co chodzi. Wprost z szefem (a co najgrosze – także patronem) starłem się raz, ale w styczniu, przy czym obydwoje mieliśmy świadomość, że to ja miałem rację. Nie podkładałem się, nie wychylałem – robiłem swoje. Pretekst przyszedł w tym tygodniu, kiedy „nie wykonałem zadania”, które nie dość że czasowo, to jeszcze dla mnie w ogóle nie było wykonalne. Nie znalazłem tych materiałów, bo nie potrafiłem, o czym – mając świadomość, że potrzebuje ich w konkretnym terminie – powiedziałem wprost. No i była rozmowa w cztery oczy, w której dowiedziałem się, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, że za mnie osoba X z działu musiała tego szukać, i jeśli jeszcze raz tak będzie, to on sobie „nie wyobraża możliwości dalszej współpracy”. Przekaz jasny. Wyraziłem zdziwienie dla faktu porównywania moich umiejętności do umiejętności osoby z dobrym kilkuletnim doświadczeniem w branży – na co dowiedziałem się, że „to nie jest szkoła, studia, tylko praca”.
Przy okazji usłyszałem, że jestem niepoważny, skoro (było to ze 3? miesiące wstecz) zadzwoniłem kiedyś i wziąłem urlop na żądanie, bo malutki się pochorował. Zdębiałem, jak to usłyszałem. I że jak ja śmiałem zadzwonić do innego starszego pracownika, kiedy tydzień temu w poniedziałek przyszedłem później do pracy, bo musiałem iść do dentysty w poniedziałek rano, po weekendzie z bolącym zębem. Nie zadzwoniłem do niego, bo był za granicą na urlopie, i – słusznie? – uznałem, że w tej sytuacji nie ma sensu dzwonić do niego, tylko do osoby będącej na miejscu w pracy. 
Ja mam dość. Facet jest rozgarniętym prawnikiem z dużo większym od mojego doświadczeniem, więc przy odrobinie wysiłku i tak się mnie stamtąd pozbędzie, jak się uprze. Poza tym absolutny pracoholik – więc nie zrozumie człowieka, jak ja, z inną hierarchią wartości, dla którego rodzina to nie tylko przykry obowiązek na weekend. A ja po sądach nie zamierzam się w takiej sprawie ciągać, szkoda czasu. Psychicznie natomiast mam dość – niedobrze mi się robi, kiedy myślę o pracy albo muszę do niej iść. Jedyny (…) problem – szansa na to, że gdziekolwiek zaoferują mi podobne zarobki, jest żadna. A kokosów nie zarabiam, wystarczy akurat – i teraz gdyby tego miało być kilkaset złotych mniej – mogło by być za mało. Nie mówię o żadnych ekstrawagancjach – normalne życie rodziny z małym dzieckiem, żadnych kulturalnych eskapad czy corocznych zagranicznych wakacji. I to zmusza do zastanowienia przed jakimkolwiek ruchem – odpowiadam za nas wszystkich, za żonę i za maleństwo nasze. We dwoje byśmy sobie dali radę, bez problemu, ale jest jeszcze nasz D. Nie wnikam, czy – jak niektórzy mówią – to chwilowe zachowanie, czy nie. Ja w takich warunkach nie chcę pracować. 
W piątek miałem dzień praktyk, zjechałem rano w okolice sądu, i tak się złożyło, że nogi zaprowadziły mnie do… kościoła od kilku lat będącego w praktyce kaplicą wieczystej adoracji, gdzie dobre 20 albo i więcej lat temu prowadzała mnie śp. babcia na msze dla dzieci. Po drodze – w głowie cały czas tekst i melodia „Oczekuję Ciebie, Panie” TGD, jakoś sama przyszła. Dziwne takie wspomnienia, przez mgłę. A w ogóle -był to dzień moich urodzin. Pomodliłem się chwilę – pozytywna obserwacja: mimo Palikotów i innych tej maści oszołomów, przez te kilka minut przez kościół, choćby na jedną zdrowaśkę, przewinęło się naprawdę dużo ludzi; i więcej młodych, wyraźnie w drodze do szkoły/pracy niż starszych. I tak się zastanawiałem nad tym, gdzie jestem, co się dzieje, przed jakim wyborem może przyjść mi stanąć. Nie mogę narzekać – mam wszystko, co jest mi potrzebne, i to wystarczy. Pojawia się jednak zagrożenie, że coś tym porządkiem może zachwiać… i wchodzi strach. Mimo, że na każdym kroku przekonuję się, że On czuwa i jest obok (np. kończą się pieniądze – tego samego dnia telefon ze sklepu, gdzie reklamowałem pewną rzecz, że jest zwrot pieniędzy; albo bardziej niż błyskawiczne załatwienie sprawy zwrotu podatku w skarbówce). Ale strach się pojawia. 
Nie napiszę nic o dzisiejszej Ewangelii – choć to Niedziela Zesłania Ducha Świętego – ale odsyłam do świetnego tekstu x Macieja Pohla z Mateusza (pierwszy do liturgii dnia, nie mszy wigilijnej). Ostatni akapit:

Musi być tylko spełniony jeden warunek: trzeba wierzyć w Chrystusa, oddać Mu siebie. Dopiero wtedy będziemy potrafili zbliżyć się do Niego i właśnie u Niego szukać pomocy, będziemy umieli powiedzieć Mu o swoich pragnieniach i potrzebach. I także wtedy będziemy potrafili przyjąć pomoc, jaką nam ześle – swojego Ducha.

Wołałeś, zapraszałeś, jestem. W Tobie jest światło, Twój Duch uskrzydla człowieka. Słucham.  

Jest mi wstyd i tego nie rozumiem

Nie jestem fanem Gazety Wyborczej. Niestety, z przykrością stwierdzam, iż udało się jej napisać nt. Kościoła dość spójny i przedstawiający przykrą rzeczywistość tekst. 
We wtorek 20.03.2012 w wersji papierowej pojawił się artykuł pt. Jak w praktyce wygląda zero tolerancji w Tylawie, w wersji on-line nazwany inaczej i znajdujący się tutaj. Dotyka on sprawy jednej z ofiar pedofila z Tylawy (archidiecezja przemyska), księdza, skazanego prawomocnym wyrokiem za swoje czyny. Pani ta wyczytała bowiem w gazecie stanowisko Przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika nt. postępowania wobec księży dopuszczających się przestępstw seksualnych. A wypowiedział się tak: „Stolica Apostolska mówi, że VI przykazanie obowiązuje od zawsze i każdego. Nie ma żadnych przywilejów”. Zresztą, wypowiedzi te medialnie były głośnie – choć raz słusznie – w ostatnich dniach, kiedy m.in. była mowa o możliwości karnego przeniesienia takich duchownych do stanu świeckiego.
Nie w tym jest problem. Problem jest w tym, jak się ma to, co abp. Michalik mówił – do tego, co ten sam abp. Michalik jako ordynariusz owego księdza z Tylawy robił w sytuacji stawianych mu zarzutów seksualnych, zresztą potwierdzonych prawomocnym wyrokiem przez sąd. 
A było tak – sprawa ujrzała światło dzienne w 2001 r. Pojawiło się sporo zarzutów, i to nie ze strony jednej, a kilku osób. Reakcja abp. Michalika? Napisał list, w którym wyraził współczucie duchownemu i nadzieję, „że konfratrzy i parafianie, którzy znają lepiej środowisko niż wrogie Kościołowi i depczące prawdę gazety lub osoby, nie stracą zaufania do swego proboszcza, ale okażą mu bliskość przez gorliwą modlitwę”. Powiedzmy, że jest to zrozumiałe, sytuacja miała swój początek, może nie chciał od razu dyskredytować i osądzać owego księdza. Miał prawo, ale… czy nie należało, przed wyrażeniem się tak zdecydowanie w jego obronie, zasięgnąć informacji innych księży z dekanatu, okolicy, i za ich pośrednictwem informacji od świeckich? Moim zdaniem – należało. Wątpliwości z pewnością by się nasunęły – o takich sprawach się mówi, i przy odrobinie woli można by było dojść do tego, że są wątpliwości co do zachowania tego człowieka. A jednak – nikt niego nie zrobił. Można się tłumaczyć „bo nikt tego wprost nie nakazywał wtedy”. Tylko czy jest to usprawiedliwienie?
Po 3 latach od ujawnienia sprawy, w czerwcu 2004 r. Sąd Rejonowy w Krośnie skazuje księdza na 2 lata więzienia z zawieszeniem na pięć za molestowanie sześciu dziewczynek. Nie opiszę, co robił, ale w kontekście dorosłego człowieka i księdza, takie zachowanie pod adresem dzieci to po prostu obrzydliwość. Do winy człowiek się nie przyznał, ale chociaż się nie odwoływał. Reakcja abp. Michalika? Żadna. To znaczy, na początku 2005 r. – sam? czy może raczej pod wpływem nacisków – przeniósł skazanego księdza. Po co było to pół roku zwłoki? Wyrok był prawomocny po niespełna miesiącu. Skazany prawomocnie za przestępstwa seksualne kapłan przez pół roku był nadal proboszczem. 
Parafianom wielu się to w głowie nie mieściło. Próbowali interwencji w kurii, czyli u abp. Michalika, jedna osoba napisała nawet do papieża Jana Pawła II. Z kurii – zero odpowiedzi. Z Watykanu – informacja, że sekretarz papieski abp. Stanisław Dziwisz przekazał pismo właściwej kurii… czyli do abp. Michalika właśnie. Po kilku wprost formułowanych prośbach o zmianę, w parafii pojawił się nowy ksiądz. Co wcale nie oznaczało, że skazany ksiądz z parafii zniknął – był tam dalej, dalej pełnił swoją posługę. 
Parafianie próbowali działać, pisząc do poszczególnych polskich biskupów w tej sprawie. Znowu – zero odzewu – co jest przykre, bo oznacza obojętność czy brak wyczucia nie tylko jednego, ale wielu biskupów. Co nie powinno mieć miejsca. Żaden z nich nie mógł zareagować? Mógł. To nie jego jurysdykcja, ale są odpowiednie dykasterie, jest nuncjusz, są sposoby do zareagowania na takie sygnały. O ile się chce. Efekt – dopiero po, zrozumiałym dla adresata, napisanym po włosku liście do kar. Josepha Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, dzisiaj papieża Benedykta XVI. Wystarczył tydzień – skazany ksiądz zniknął z parafii w Tylawie. 
Niestety, co jest dla mnie niezrozumiałe, pozostał… w tym samym dekanacie Dukla, 15 km dalej. Czemu to miało, poza zgorszeniem, służyć? Nie mnie decydować, dokąd powinien wysłać taką osobę ordynariusz – czy na rekolekcje zamknięte do klasztoru gdzieś w głuszy, czy do domu rekolekcyjnego – właściwa osoba powinna to wiedzieć i zadziałać. A tymczasem odprawiał Msze, głosił homilie, a nawet – czego już w ogóle nie rozumiem – spowiadał małe dzieci przygotowujące się do I Komunii świętej. 
Pojawiał się tam do końca 2011 r., czyli przez 5 lat od daty wyroku. A przy okazji – mniej więcej do momentu, kiedy sprawa przestępstw seksualnych duchownych stała się głośna także w Polsce. Wątpię w zbieg okoliczności. Co więcej, ludzie – którzy sprawę znali – także dziwili się, że ksiądz z tak poważnymi i udowodnionymi zarzutami karnymi pojawia się, jakby nigdy nic, w kościele, głosi kazania, odprawia Msze Święte. W odpowiedzi od proboszcza usłyszeli, że dzieje się tak na prośbę biskupa – czyli abp. Michalika właśnie. Na pytanie dziennikarki o potwierdzenie takiej wypowiedzi ów proboszcz odpowiedzieć nie chciał. Wymyślił to, żeby uzasadnić obecność, bądź co bądź pewnie kolegi? Jeśli bowiem takie miało być faktycznie stanowisko biskupa – nie miał powodu, aby go nie ujawnić. 
Jak to wszystko wytłumaczyć? Mnie to wygląda na schizofrenię – jedno się mówi pod publiczkę, a co innego stosuje na własnym diecezjalnym podwórku. Albo na to, że abp. Michalik nie spodziewał się te kilka lat wstecz takiego narośnięcia problemów nadużyć seksualnych duchowieństwa, zakładał że sprawa po wyroku zostanie wyciszona, albo będzie można zwalić problem medialnego zaistnienia sprawy na komunistów, agnostyków, wrogów Kościoła czy kogo tam jeszcze. I teraz, gdy sprawa wraca, reaguje stanowczo Watykan, są kraje gdzie do dymisji podaje się pół episkopatu – trzeba się dopasować z tym, co się mówi.
Dla mnie to jest żenujące. Poza tym, że Watykan zajął w ostatnich latach zdecydowane stanowisko w tych sprawach, nic się nie zmieniło. Przykazanie jest, jakie było. Skazanie prawomocnym wyrokiem oznacza winę – ksiądz też obywatel i podlega prawu państwa, zatem co do winy wątpliwości mieć nie można. Dlaczego zabrakło odpowiednich reakcji? Dlaczego wszystko, co w tej sprawie było robione przez abp. Michalika jako biskupa diecezjalnego i przełożonego proboszcza z Tylawy, było albo wymuszane (przez ludzi lub jego watykańskich zwierzchników), albo było nie było robione nic?
Uważam, że ta sytuacja absolutnie dyskredytuje abp. Michalika – czy to jako ordynariusza, czy tym bardziej osoby stojącej na czele Konferencji Episkopatu Polski. 

Dezorganizacja i marnowanie okazji

Kolejny GN, kolejny świetny artykuł – tekst tym razem x Tomasza Jaklewicza pt. Centrum dowodzenia (link znalazłem tutaj, niestety nie działa jakby). Kolejny problem. A może ten Wielki Post to właśnie czas w którym należy się zastanowić nad mankamentami Kościoła? Nie dla samego zastanawiania się, nie dla satysfakcji czy dumy, ale dla pogłębienia refleksji o sprawach nie tak pięknych i napawających dumą, ale właśnie mniej optymistycznych, problematycznych. Nawet gdy są to kwestie, powiedzmy, techniczne. 
Za komuny to było łatwo. Było wiadomo – dobrzy tu, źli tam. Był Prymas Wyszyński, centralna postać Kościoła w Polsce, mający wpływ na relacje ze Stolicą Apostolską, nominacje biskupów, politykę wobec PRL (zatem quasi-nuncjusz). Jak to autor zacytował Georga Weigela – polski Kościół na pontyfikacie Jana Pawła II, początkowo związanym właśnie z kard. Wyszyńskim, jakby chował się za plecami wielkiego papieża. I tak już jest… w sumie 31 lat, od śmierci Prymasa Tysiąclecia w 1981 r. Zgadza się – dzisiaj są relacje na linii III RP-Watykan, jest nuncjusz, Prymas to tytuł stricte honorowy i historyczny, przynależny znowu biskupom gnieźnieńskim (nota bene – dochodzi do absurdu, gdy mamy… 3 prymasów: 2 „prymasów seniorów” [przy czym nie ma czegoś takiego! co nie przeszkadza tak tytułować, niestety, nawet na łamach GN] Glempa i Muszyńskiego, i obecnego – abp. Kowalczyka), stawia się akcent na kolegialność, przy jednoczesnym akcentowaniu pomocniczej roli episkopatów krajowych w stosunku do władzy biskupów w powierzonych im diecezjach. Czy jednak nie jest tak, że większość problemów, z którymi borykają się poszczególne diecezje, jest dla nich wspólna? A co za tym idzie – łatwiej by było się z nimi zmierzyć wspólnymi siłami, działając głosem jednej konkretnej osoby?
Polska i Kościół w naszym kraju nie potrzebuje kopii Prymasa Tysiąclecia, za to zdecydowanie potrzebny jest człowiek, który stanie się kimś a’la papieżem w skali kraju, stając na czele Kościoła, podejmie pewne sprawy które są i czekają na rozwiązanie. Owszem, jest Przewodniczący KEP, drugą już kadencję metropolita przemyski abp Józef Michalik. Niestety, ja tę osobę odbieram raczej nie tyle negatywnie, co nijako. Brak pomysłu na zaistnienie Kościoła w mediach, pozycja zdecydowanie defensywna, umiejący zabrać głos jedynie w wypadku np. profanacji krzyży, a nie w sytuacjach gdy ludzie po prostu czekają na konkretne i szybkie stanowisko Kościoła (vide poprzedni tekst), którego regularnie brakuje lub starają się je przedstawiać duchowni niższej rangi (księża, niekiedy specjaliści, profesorowie) lub świeccy. Co więcej, jest to ordynariusz diecezji, zwierzchnik metropolii, więc siłą rzeczy dzielący czas między diecezję a obowiązki w ramach KEP. Jedyny wyjątek – Sekretarz Generalny KEP bp Wojciech Polak (tytularnie bodajże sufragan gnieźnieński), jedyny stale pracujący przy KEP biskup. 
Gdzie jest problem? Brak fachowego doradztwa. Wiernych często traktuje się wprost jako tych, którzy powinni Kościoła bronić, ale nie za bardzo się wtrącać w decyzyjność, to jest zarezerwowane dla biskupów, którzy – doba ma w końcu tylko 24 h – funkcje przy KEP siłą rzeczy traktują jako sprawę dodatkową poza obowiązkami w diecezjach. Dlaczego jednak nie sięgnąć po specjalistów, fachowców, nawet niekoniecnzie duchownych? Owszem, są ograniczenia finansowe, jednak nie chodzi tu o ilość, ale o jakość. Biskupi spotykają się, nie ukrywajmy, dorywczo – Rada Stała KEP kilka razy do roku, zebrania plenarne 4 razy w roku, plus spora ilość różnych ciał doradczych, niestety działających bardzo delikatnie mówiąc doraźnie, w zależności od pomysłowości i woli osoby stojącej na tego ciała czele. To wszystko mogło by zostać wsparte zatrudnionymi odpowiednimi – duchownymi, świeckimi – specjalistami. Kwestie poruszanych na dniach problemów medialnych (specjaliści PR, znawcy mediów, dziennikarze – jak to wskazano w tekście, strona www KEP niestety jest bardzo przestarzała, co wie każdy, kto ją ogląda w miarę choćby regularnie – identyczna od lat) czy problem Funduszu Kościelnego (prawo nie tylko kanoniczne, ale i cywilne, jak również wyznaniowe czy umowy międzynarodowe na linii RP-Stolica Apostolska) – nad tym wszystkim na bieżąco, a nie od afery do afery (w stylu wypowiedzi o jednostronnych planach rządu, bez konsultacji z KEP, odnośnie spraw finansowych Kościoła w Polsce) mogli by pracować kompetentni specjaliści. Być na bieżąco z pracami legislacyjnymi, przygotowywać materiały dla biskupów (ale i pod kątem katechezy) na bieżące tematy z zakresu nauki Kościoła o rodzinie, seksualności, etyce, problemach nauki (bioetyka).
Można by długo pisać. Mam nadzieję, że sprawy te leżą na sercu samym biskupom, bo to do nich należy ruch i możliwość ew. zmian w zakresie tego, o czym napisałem. Tylko oni między sobą mogą uregulować pewne rzeczy, aby KEP działała sensowniej, lepiej, by więcej wynikało z jej prac niż tylko – niestety, dla mnie również – najczęściej patetyczne i dość oklepane listy pasterskie. Mniej pisania listów (i zmuszania księży do ich czytania zamiast homilii – powinny być w gablotach lub dostępne w kopiach przy wyjściu z kościoła), więcej konstruktywnego działania i zadbania nie o to, aby robić dla samego robienia, ale aby przyciągnąć ludzi, dotrzeć do nich, zainteresować i pokazać, że Kościół ma im naprawdę wiele do zaoferowania. 

Problem komunikacyjny i reakcyjny polskiego Kościoła

W ostatnim wydaniu GN z dużym zaciekawieniem przeczytałem artykuł Bogumiła Łozińskiego pt. Reguły gry.

Niestety, łącznie ze zmianą serwisu internetowego, GN postanowił (w czym nie ma nic złego) udostępniać swoje teksty w internecie w całości jedynie w formie płatnego e-wydania. Zmieniła się zatem dotychczasowa praktyka – pod koniec tygodnia, albo po wydaniu kolejnego numeru, zawartość chyba praktycznie cała numeru poprzedniego była bezpłatnie dostępna w internecie. Oznacza to, że dzisiaj mogę podlinkować tylko kawałek, i co najwyżej zachęcić do przeczytania odpłatnie całości. Warto. 

Redaktor Łoziński opisał, bardzo obiektywnie i sensownie, jak to nasz Kościół polski – konkretnie w osobach swoich hierarchów – nie radzi sobie z istnieniem w mediach i reagowaniem na poszczególne sytuacje, wydarzające się na bieżąco, a tegoż Kościoła dotyczące. Skupił się na kwestii, o której od dłuższego czasu jest mowa, mianowicie na deklarowanych wprost w mediach przez Premiera i rząd planach likwidacji Funduszu Kościelnego. A konkretnie, niezrozumiałych i niepoważnych deklaracjach ze strony rządzących, w stylu „zamierzamy zmienić”. Owszem, zamierzać można, jednak zapominają o regulacjach konkordatu jako umowy pomiędzy RP a Stolicą Apostolską, która to umowa międzynarodowa wprost wskazuje, że tego typu zmiany powinny być przygotowywane i ustalane nie samodzielnie przez którąkolwiek ze stron, ale przez obydwie strony w drodze negocjacji. 
Problem problemem, kwestia w tym tekście poboczna, albo bardziej tło. Problemem jest to, co wynika z obserwacji reakcji hierarchii. Czyli jej braku. Co jest zupełnie niezrozumiałe, jako że w mediach liczy się szybkość tejże reakcji, o czym wiedzą wszyscy. Tym bardziej, że wypowiedzieć w tej kwestii mogło się kilka osób – Przewodniczący KEP, Sekretarz Generalny KEP czy biskup stojący na czele odpowiedniej Komisji KEP (ok, zareagował dość lakoniczną odpowiedzią… 2 dni później). Trudno się jednak dziwić polityce KEP, gdy – jak czytamy w tekście redaktora Łozińskiego:

Gdy w wywiadzie przeprowadzonym trzy miesiące temu zapytałem przewodniczącego episkopatu abp. Józefa Michalika, czy episkopat wypracował jakąś metodę przeciwstawienia się złemu obrazowi Kościoła w mediach, odpowiedział, że to katolicy świeccy w nich pracujący powinni dbać o jego wizerunek. To prawda, ale jeszcze większa odpowiedzialność za obraz Kościoła w przestrzeni publicznej spoczywa na ludziach stojących na jego czele, którzy z racji pełnionej funkcji mają tytuł do wypowiadania się w jego imieniu.

Niestety, nie rozumiem (chyba nie jedyny) takiego podejścia. Decydować to mają biskupi, a dbać o dobry wizerunek Kościoła, w którym decydują biskupi, mają… sami świeccy? Jakieś totalne nieporozumienie. Kościół sam powinien w osobach swoich hierarchów zrozumieć, że dzisiaj, gdy ludzie czerpią – także o Kościele – informacje głównie z mediów, to sam Kościół w osobach właśnie hierarchów powinien umieć reagować na bieżąco. Nie chodzi o eskalowanie konfliktu (który wydaje się, prędzej czy później, przy takiej postawie rządu raczej nieunikniony), ale zdecydowane, choć wyważone stanowisko: w odniesieniu do prezentowanych pomysłów rządu, Episkopat wskazuje na taką a taką regulację konkordatu, dotychczasową praktykę i przypomina, iż ustalenia takiej materii powinny być negocjowane i ew. zmieniane w drodze kompromisu pomiędzy Kościołem a rządem, nie zaś jednostronnych deklaracji i podejmowanych przez rząd w oparciu o nie czynności.    
Zabrakło tego. Padło kilka wypowiedzi ze strony niektórych kościelnych specjalistów – m.in. ks. prof. Walencika, znawca prawa kanonicznego. Chwała im za to, chociaż oni zachowali się tak, jak powinni, wykorzystując swoje kompetencje i wiedzę. Tylko że powinien to być głos wtórujący przy zdecydowanych wypowiedziach przedstawicieli Episkopatu, a nie – fachowa, ale jednak prywatna i pojedyncza – opinia pewnego księdza. Brakuje mi tutaj – i nie chodzi o to, że pochodzę z diecezji gdańskiej – zdecydowanego głosu abp. Tadeusza Gocłowskiego, który w czasach, gdy był metropolitą gdańskim nie wahał się zdecydowanie reagować w podobnych sytuacjach. 
Dziwi też to szczególnie w kontekście tego, że Sekretarzem Generalnym KEP został przecież niedawno człowiek nie dość, że młody, to jeszcze z kilkuletnim już „stażem” jako biskup (swego czasu, w chwili nominacji, najmłodszy na świecie) – czyli osoba, dla której realia działania mediów są na pewno dobrze znane, i która w mediach takich jak internet z pewnością porusza się swobodnie, rozumiejąc tym samym konieczność szybkiej i konkretnej reakcji w sytuacjach jak bieżąca, dotycząca kwestii, w której stanowisko Kościół powinien zająć możliwie szybko. A, jak na razie, nie potrafi – mimo, iż jest ono oczywiste, nie wymaga żadnego wypracowywania. 

Odpowiedzialność za parafię a to, co dana parafia proponuje

Wracając wczoraj do domu, słuchałem sobie Radia Maryja. Była taka popołudniowa dyskusja o churchingu (skądinąd, pojęcie ciekawe), o tym jak to ludzie chodzą/nie chodzą do swoich kościołów parafialnych, i z czego to wynika. Opinie były różne, wypowiadające się (młode) osoby czasami brzmiały dość zabawnie, starając się posługiwać bardzo wyszukanymi terminami i pojęciami „kościelnymi”, co nie zawsze wychodziło (np. „ksiądz wychodzi na ołtarz”). Mówili ludzie różni – wywodzący się z miast, w których kościołów/parafii jest kilka i mają wybór, ale także osoby pochodzące z małych miejscowości z jednym kościołem, albo wręcz należących do parafii w której kościół np. był w innej miejscowości. 
Motywacją do napisania tego krótkiego przemyślenia stały się dla mnie słowa pewnych dziewczyn, chyba ze dwie mówiły dość podobnie, a które twierdziły, że dzisiaj jest problem, ponieważ ludzie nie utożsamiają się ze swoimi wspólnotami parafialnymi, że traktują kościoły „usługowo” wybierając „najfajniejsze” (kościół = fajny?), i wręcz mamy dzisiaj kryzys odpowiedzialności i utożsamiania się z parafią, z którą jednak ten dobry katolik zawsze powinien być związany, zaangażowany, aktywny. 

Pierwsze – zgoda, problem jest, bo ludzie się z parafiami nie utożsamiają. I generalnie, na tym wg mnie koniec. Bo co co reszty nijak się nie zgadzam. Teza o „usługowym” nastawieniu do parafii jest po prostu wielkim uproszczeniem i nieporozumieniem. Ok, być może tak podchodzi pewna grupa osób. Natomiast ja skupiam się na tych, którzy do tego kościoła przychodzą naprawdę z potrzeby: bo chcą, bo lubią, bo tego potrzebują, a nie bo im rodzic/babcia/ktokolwiek każe, albo bo wypada. Skoro do relacji z Bogiem podchodzą na poważnie i przychodzą do kościoła, ponieważ tego pragną, to takie podejście jest wobec nich krzywdzące. 

Ale prawdą jest, że kto może, ten wybiera. Wybieramy przyjmując różne kryteria. Młodzi rodzice – kościoły, gdzie jest osobna msza dla maluchów, gdzie ksiądz stara się te prawdy wiary tłumaczyć w sposób, który od małego zainteresuje dzieciaki i będzie dobrym fundamentem dla ich przyszłościowej bardziej dojrzałej i rozwijającej się przygody z wiarą, Bogiem i Kościołem. Młodzież szkolna (powiedzmy – liceum) i akademicka – kościoły, gdzie działają grupy duszpasterskie, w których mogą się odnaleźć, wzrastać w wierze w otoczeniu rówieśników, które skupiają się na rozwoju wiary na ich etapie, gdzie księża poruszają tematy istotne i ważne właśnie dla nich. Wreszcie – o czym się wg mnie zapomina, a taka grupa chyba jest coraz bardziej liczna, i zaliczam się do niej sam – ludzie młodzi, już po studiach, w małżeństwie (choć niekoniecznie), a nawet z dziećmi (ale np. za małymi jeszcze na msze dziecięce); osoby, które wyrosły już z duszpasterstw akademickich, ale poszukują liturgii porządnie przygotowanej, z odpowiednią oprawą muzyczną, z księdzem który przygotowuje się do homilii (nie kazania!), nie czyta niestety drętwych i mało zrozumiałych listów biskupich, i którego homilie po prostu trafiają do człowieka. 
W tym, że człowiek poszukuje w kościele (z małej litery) miejsca dla siebie nie ma nic dziwnego. Kościół (z dużej litery) jest dla nas wszystkich, ale każdy ma się w nim dobrze czuć. I to nie jest nieodpowiedzialność, brak odpowiedzialności za parafię, gdy człowiek musi szukać poza swoją macierzystą wspólnotą parafialną czy to wspólnoty, czy to niedzielnej Eucharystii. To oznacza, że w tej jego czegoś brakuje. Jest to łatwiej zrozumieć w kontekście małych parafii, gdzie jest jeden, często od wielu lat ten sam, ksiądz, nierzadko już starszy – trudno oczekiwać, aby rozwijał prężne duszpasterstwo dzieci, młodzieży czy akademickie (choć najlepszym przykładem, że się da, jest x prałat Tomasz Horak, felietonista GN, proboszcz przygranicznej parafii Nowy Świętów). Jednak gdy jest parafia, w której jest kilku księży – ja przepraszam, widzą ludzi, chodzą po kolędzie, słyszą o potrzebach. Co stoi na przeszkodzie, aby chociaż spróbować rozwinąć czy to msze dla maluchów, jakąś wspólnotę młodzieżową, albo DA? Głównie dobra wola, chcenie. 

W takiej sytuacji, gdy dany człowiek ma pewne potrzeby, których zaspokojenia nie znajduje w swojej parafii – jest zrozumiałe i wręcz oczywiste, że poszuka innego kościoła, gdzie daną wspólnotę albo mszę dla określonej grupy znajdzie. Bo nie chce stać w miejscu, bo chce się rozwijać. Żadna to nieodpowiedzialność. Pytanie jest proste – jaka jest relacja. Czy parafia jest dla człowieka, czy człowiek dla parafii? Parafia ma służyć samej sobie (jest żeby była), czy człowiekowi? Dla mnie jest oczywiste, że skoro człowiek jest drogą Kościoła, to relacja może być jedna: parafia dla człowieka. Skoro więc dana osoba nie znajduje pola do aktywności i działania w swojej parafii, po prostu szuka go gdzie indziej. Co jest jak najbardziej zrozumiałe.

Masakra

Niesympatyczny szef, wymyślający praktycznie (z uwagi na dostępne środki) awykonalne zadania, dodatkowo z oderwanymi od rzeczywistości terminami wykonania… Codzienne marudzenie i wypominanie „ale dostałeś to w poniedziałek”. I co z tego? Siedzę nad tym od poniedziałku rana, ostatnio po 12 h dziennie. Za nadgodziny pies z kulawą nogą mi nie zapłaci, słowa podziękowania też nie dostanę. Dodatkowo, piętrzenie idiotycznych pytań. 
To właśnie moja rzeczywistość tego tygodnia, i powód dla którego nie piszę nic, bo nie mam czasu, a jak wyląduję w domu, to nie mam siły. A od wczoraj realnie myślę o szukaniu normalniejszej pracy, w której oczekiwania będą przekładały się na wynagrodzenie.
 
Dlatego bardzo proszę o wsparcie.