I wszystko jasne

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. (Łk 24,35-48)

To brzmi dość dziwnie. Z jednej strony – wszyscy się cieszą, radują się ze spotkania ze Zmartwychwstałym. Przeżywają to, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Można powiedzieć – swego rodzaju euforia. Po tych kilku dniach, szeptanych przekazach o tym, jak On cierpiał na drodze krzyżowej, jak Go krzyżowali i jak dogorywał na drzewie krzyża – przejście w zupełnie odmienną skrajność. On żyje! 
Dochodzi do spotkania, które serca tak nastawionych ludzi tym bardziej powinno uradować. Ten, którego świętują, staje pomiędzy nimi – i co się dzieje? Zmieszanie, żeby nie powiedzieć że lekki strach. Jaka zmiana. Jezus nie przejmuje się tym – wskazuje na dowody, kim jest. I znowu się przedstawia – Ja jestem – znowu nawiązuje do tego, jak Bóg przedstawia się Narodowi Wybranemu od początku dziejów zbawienia. Nie mogli mieć wątpliwości – to samo ciało, te same rany. Zmartwychwstały człowiek, choć równocześnie ani przez chwilę nie przestaje być Bogiem.
Tak jak przez śmiercią, Jezus tłumaczy im – setny pewnie raz – to, co już powtarzał. Nie dokonał niczego, co nie zostało zapowiedziane i przepowiedziane przez Boga mówiącego ustami proroków. Teraz pozwolił im tę prawdę zrozumieć. I w tych ostatnich słowach – piękna zapowiedź, a zarazem potwierdzenie rozumowania, jakie przyjął najpierw Paweł z Tarsu, a później przejął i uczynił swoim Kościół. Że zbawienie jest dla każdego, że Jezus nie przyszedł tylko do Żydów, ale pragnie uszczęśliwienia każdego człowieka, bez względu na rasę, poglądy. 
Ostatnie zdanie – zadanie dla nas. Te słowa nie ograniczają się tylko do bezpośrednich odbiorców, tych którzy tam z Jezusem siedzieli. To słowa dla i do wszystkich, którzy Jemu zawierzyli. Autentyczna wiara w zmartwychwstanie to nic innego jak świadectwo, do którego dawania jesteśmy posłani.    

Rzuć okiem na krzyż

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię. Wtem rozległ się głos z nieba: Już wsławiłem i jeszcze wsławię. Tłum stojący to usłyszał i mówił: Zagrzmiało! Inni mówili: Anioł przemówił do Niego. Na to rzekł Jezus: Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć. (J 12,20-33)

Nic dziwnego, że właśnie takie, a nie inne słowa Kościół odczytuje na 2 tygodnie przed Zmartwychwstaniem, do którego prowadzi przecież i zbliżająca się już Niedziela Palmowa Męki Pańskiej, jak i krwawe i dramatyczne wydarzenia samego Triduum Paschalnego. Jezus, z punktu widzenia Jemu współczesnych, w pewnym sensie nie mówi wprost, używa pewnego rodzaju przenośni. Jedno jest jednak pewne – jest  świadomy tego, co Go czeka, widzi jednoznacznie, że Jego droga i Jego misja mogą znaleźć zakończenie i odnieść sukces jedynie tam, na Golgocie.
Paradoksalny sukces. Sukces, który po ludzku – także przez tych, którzy za Nim chodzili, słuchali Go i których szykował na kontynuowanie Jego misji – uznany zostanie za porażkę, koniec jakby pięknego snu, w którym od 3 lat żyli. Wielu, tak jak tamci Grecy, szukało Pana – niestety, równie wielu On przeszkadzał i szukali tylko pretekstu, aby w taki czy inny sposób Mu zaszkodzić (na początku), co w miarę upływu czasu zamieniło się po prostu w żądzę uśmiercenia Tego, który nie dość, że ich ośmieszał, to jeszcze wyjaśniał Boże prawo w duchu i sposób o wiele bardziej dla ludzi zrozumiały. 
Nadchodzi godzina uwielbienia Boga Ojca w Jego Synu. Syn jest jak to ziarno – wielkie, pełne sił i mocy, mogące bardzo wiele uczynić – a zarazem świadome, że dopóki żyje, nie będzie z Niego takiego pożytku, jaki przynieść może Jego obumarcie. Plon przyjdzie wówczas, gdy ziarno ofiaruje się. Jezus wzywa do pójścia za Nim, choć – jak najbliższe dni pokażą – pod sam krzyż pójdzie za Nim niewielu (na szczęście, odnajdą się razem po fakcie w Wieczerniku, w dniach które my dzisiaj świętujemy jako oktawę Zmartwychwstania), właściwie tylko najmłodszy Jan, Maryja i kobiety; reszta poucieka, niektórzy się Go wyprą czy nawet zdradzą wprost. Ale już w tych słowach jest obietnica – ci, którzy nawet w decydującym momencie zwątpią, mają później szansę aby stać się tymi (użytecznymi?) sługami idącymi tam, gdzie ludzie pragną Boga. A tym samym – idący przez swoje życie tak, aby Bóg miał powód by ich uczcić, by docenić to, co robią. 
Jezus jako człowiek ma świadomość dramatyczności sytuacji, w jakiej się znajduje. Po ludzku po prostu się boi, a przecież człowiekiem jest nie mniej niż każdy z nas. Ta ludzka natura pragnie właśnie wołać: Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Jednocześnie, natura boska ma pełną świadomość, że wszystkie dotychczas dokonane cuda, godziny spędzone na tłumaczeniu, nauczaniu, wyleczeni chorzy, wypędzone złe duchy czy nawet powskrzeszani ludzie – to nic nie ma znaczenia bez tego, ku czemu nieuchronnie się zbliża, co jest sednem i celem Jego misji. Nie mówi nic w stylu: Spoko! Dam radę, w końcu jestem Bogiem! Padają tylko, dziwne może nieco, ale jakże proste słowa: Ojcze, wsław Twoje imię. Ogrom trudu nie ma znaczenia, wszystko ad maiorem Dei gloriam, dla większej chwały Boga. 
To są szczególne dni także dlatego, że odbywa się w nich decydująca walka dobra ze złem (odbywała się – my dzisiaj to wspominamy, choć Zły dalej swoje próbuje robić). Szatan kusił Jezusa na pustyni przez 40 dni, jednak główne pole do popisu ma teraz. Ostatnia okazja, aby odwieźć Syna Bożego od wypełnienia woli Boga Ojca. Namówić, żeby zszedł z drogi prowadzącej na krzyż, by zdezerterował, poddał się. Miał na to nadzieję. Stąd słowa Jezusa o sądzie, ostatecznej walce – rozgrywającej się tak naprawdę we wnętrzu Jezusa, w Jego duszy. To wyrzucenie Złego i wywyższenie to nie są dwie różne sytuacje – to jedno i to samo. To apogeum zbawczego planu Boga Ojca – kiedy drżenie ziemi i przerwanie się zasłony w Przybytku wskazuje ludziom, że Bóg-Człowiek oddał życie. Ostateczne zwycięstwo Boga, Złemu na osłodę pozostaje iluzoryczne poczucie, że choć stracił władzę, to zabił Jezusa (co i tak, po 3 dniach, okaże się nieprawdą, zaś Jezusowe zwycięstwo – tym bardziej pełne, że On żyje). 
Dzisiaj Jezus w sposób szczególny spogląda na nas z wysokości krzyża. Wielki Post to czas, kiedy jakby więcej było w nas zadumy nad tym, co boli, co trudne, co brudne, co wymaga uporządkowania, wysiłku, walki wewnętrznej, rzucenia wyzwania swoim słabościom. Warto w tych dniach (i nie tylko) rzucić choćby okien na (przesłonięty od tej niedzieli) krzyż – jako motywację. Bo nie jest to tylko dramatyczny symbol męki i upokorzenia Jezusa, ale przedsmak i preludium Jego ostatecznego zwycięstwa, do udziału w którym my wszyscy jesteśmy zaproszeni. 
>>>
Okradli nam kościół. Szczegółów nie znam, sprawa jest bardzo świeża. Przykre bardzo, nie doszło na szczęście do profanacji, chodziło o skarbonki i puszki na datki. A jednak, nie mogę pozbyć się odczucia, że jest w tym Boży palec, że to wydarzenie nie pozostaje bez znaczenia w odniesieniu do tła w postaci dość dziwnych i kontrowersyjnych pomysłów inwestycyjnych proboszcza, którymi od jakiegoś czasu zajmuje się w sytuacji, gdy rzeczy do zrobienia/naprawienia w źle i byle jak budowanym kościele jest naprawdę dużo, roboty na wiele lat. 

Tyś moim wybranym ludzikiem

Ale teraz tak mówi Pan, Stworzyciel twój, Jakubie, i Twórca twój, o Izraelu: «Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim!(Iz 43, 1)
Króciutkie, znalezione dzisiaj w jutrzni uroczystości Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wielka obietnica dana nie tylko – z imienia, nazwy – Narodowi Wybranemu, ale przecież każdemu, kto w prawdziwego Boga uwierzył czy uwierzy – wtedy, dzisiaj i później. 
Nie bój się – bo nie masz czego ani kogo się bać. Jedyna forma bojaźni, jaką powinien znać człowiek wierzący, to bojaźń pańska. Nie tyle strach, co życie w świadomości, że Bóg jest, daje nam tak wiele za darmo, ustala pewne (wcale nie niemożliwe do spełnienia) reguły. Bardziej świadomość serca, że On jest, pewnego rodzaju respekt wobec Niego – jednak nie jako żądnego krwi tyrana, ale wszechmogącego Ojca. 
Nie myśl, że jesteś jednym z prawie 7 już miliardów ludzików biegających po tej ziemi (nie licząc tych, których bieg przez życie już się zakończył), anonimowym, pionkiem, figurką. Jesteś jedyny, wyjątkowy, niepowtarzalny. Ze wszystkim swoimi wadami, słabościami, grzechami, pokusami jakim się poddajesz, upadkami jakich doznajesz, kalectwem, uzależnieniami – w tej unikalnej mieszance cech jesteś dla Niego tak samo ważny, jak każdy inny; a zarazem wyjątkowy, ukochany. Nie jako numerek na niekończącej się liście ludzi – ale znany po imieniu, znany ze swoich pragnień, marzeń i możliwości. 
Czy można się czegokolwiek obawiać w życiu, gdy przy mnie jest Bóg, dla którego jestem tak cenny?

Wicie gniazda nie tam, gdzie trzeba

Jezus powiedział do swoich uczniów: Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. Wtedy ci, którzy będą w Judei, niech uciekają w góry; ci, którzy są w mieście, niech z niego uchodzą, a ci po wsiach, niech do niego nie wchodzą! Będzie to bowiem czas pomsty, aby się spełniło wszystko, co jest napisane. Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni! Będzie bowiem wielki ucisk na ziemi i gniew na ten naród: jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jerozolima będzie deptana przez pogan, aż czasy pogan przeminą. Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. (Łk 21,20-28)

Ciąg dalszy tego, o czym pisałem ostatnio.

Kolejna odsłona strachu człowieka przed tym, co ostateczne. Przyzwyczajamy się do tego, co mamy, czym się otaczamy, czym możemy się zasłaniać przed światem i ludźmi, za czym możemy się chować z naszymi problemami, słabościami i grzechami. Ciepło, miło, wygodnie. Problem polega na tym, że to się kiedyś kończy. Wijemy sobie gniazdko nie tam, gdzie trzeba i nie wtedy, kiedy trzeba. Tutaj nie ma przyszłości. 
Ta przyszłość rysuje się przed nami przez całe życie, nawet jeszcze zanim przez chrzest zostaliśmy włączeniu do Kościoła, i po prostu z biegiem czasu się przybliża. Nieuchronna (co nie znaczy – smutna) perspektywa śmierci, odejścia z tego świata. Pytanie – do czego, i do dalej – to kwestia otwarta, bo mamy wybór. Od nikogo innego, tylko ode mnie zależy, czy czeka mnie zbawienie, czy zatracenie. Nie sam się zbawiam – zbawiam Bóg – ale potępić się mogę tylko swoją głupotę, egoizmem, brakiem woli słuchania, rozumienia i wyciągania wniosków.
I tak sobie idziemy przez życie, raz bardziej radośni i zadowoleni z siebie, a kiedy indziej mdlejący ze strachu (cytując ewangelistę) przed tym, co nieznane, co przed nami, czemu trzeba będzie stawić czoła. Problem polega na tym – jeśli jesteś tym, za kogo się deklarujesz, czyli człowiekiem wierzącym, wyznawcą Jezusa, Boga w Trójcy Świętej jedynego, to nie masz się czego bać. Choćby na twojej drodze życia czekały nie wiem jakie cierpienia, poniżenie czy nawet męczeństwo (dzisiaj męczenników mamy coraz więcej – wystarczy popatrzeć na sytuację na Bliskim Wschodzie). To tylko koniec tego życia, wejście, drzwi do tego, co lepsze i co niezniszczalne, trwałe, wieczne. Nie takie jak wszystko, co mamy tutaj.
Role odwrócą się, gdy stanie się to, o czym mowa na końcu – przyjdzie Syn Człowieczy, jak w opisie z proroka Daniela (Dn 7, 13). Wtedy tym, którzy żyli na całego, nie przejmując się tym, co będzie później, po prostu zrzednie mina. Wtedy prawdziwa radość rozpali serca tych, którzy – a niech i używali życia, bo czy samo w sobie jest to czymś złym? – mieli świadomość swojej kruchości, przemijalności, i pomimo glinianych naczyń swoich ciał swoje życie złożyli w ręce Jedynego, który temu życiu mógł nadać prawdziwy sens i być dla niego perspektywą: Bogu. Wielka moc i chwała. 
Szkoda, że – skoro deklarujemy się jako wierzący – brak jest najczęściej i po prostu nie widać w nas tej radości, która wyznawców Chrystusa powinna cechować. Nie o pustą euforię czy głupawkę chodzi – ale o radość wewnętrzną, która człowieka uskrzydla i promieniuje z niego na tych, którym brak jest nadziei, perspektyw, punktu odniesienia. Nie trzeba czekać do dnia sądu. Nabierz ducha i podnieś głowę już teraz! Z każdą sekundą twoje zbawienie zbliża się do ciebie.

Wywracanie łódek na własne życzenie

Gdy wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy! A On im rzekł: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne? (Mt 8,23-27)

W tym tekście uderza kilka rzeczy.

To, co dobre – uczniowie idą za Jezusem, i nie zastanawiają się nad konsekwencjami. Wielu z nich było rybakami, na pewno umieli przewidzieć burzę, zauważyć na niebie i w powietrzu jej symptomy. To ta dobra część obrazka ewangelicznego, pozytywna. Człowiek nigdy nie zginie, jeśli zawierzy Bogu i podąża po Jego śladach. Gubimy się, giniemy na różne sposoby i niszczymy siebie wtedy, gdy Bogu pokazujemy… plecy i idziemy swoją drogą. Bo najczęściej niestety okazuje się, że nie jest to droga dobra, choć wąska, a droga łatwa, ładna, zachęcająca – choć prowadząca zupełnie gdzie indziej niż byśmy się chcieli znaleźć. 
Jest także to, co mniej właściwe, co dowodzi ludzkiej słabości. Ta bardziej nasza, ludzka natura. Zaczyna się burza, i ci sami rybacy po prostu truchleją, boją się, przewidując najgorsze – utonięcie. Nikt nie zwraca uwagi na postawę Jezusa – po prostu śpi. Nie widzi problemu, przechodzi nad nim do porządku dziennego. Tak? Chyba jednak nie. Po prostu wie, że dla Niego to nie jest problem. Ludzie nie mogą znieść tego stoickiego spokoju, więc Go budzą. Sytuacja wydaje się dość dziwna – oni, rzekomo wierzący w Niego jako Pana i Boga, w Jego obecności panicznie się boją i proszą o uchronienie przed śmiercią. Mimo, że wszyscy razem – On i oni – są w tej samej łódce, na środku tego samego jeziora, w tej samej burzy. 
Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? To pytanie także do mnie. Strach bez Boga, obawy człowieka który Boga odtrącił – ok, zrozumiałe. Ale strach człowieka, który to – jak tamci – dosłownie siedzi z Bogiem w jednej łodzi, czy – jak wierzący także dzisiaj – z Bogiem stara się iść przez życie, wsłuchując się w Jego głos, kierując się wartościami, jakich ten Bóg nauczał? Na taki strach nie ma miejsca. On po prostu nie ma sensu. Z Bogiem żadna burza ani żaden sztorm nie są straszne. 
To my sami jesteśmy mistrzami w wywracaniu łódek swojego życia. I najczęściej nie ma co próbować zrzucić winę – a to na pogodę, a to na niekorzystny zbieg okoliczności, itp. To tak, jak podczas kursu na patent żeglarski – ćwiczy się także wypłynięcie łódką, kontrolowany przewrot, a potem postawienie z powrotem łodzi. Dobry żeglarz musi to umieć. A każdy człowiek – dobry czy zły, wierzący czy nie – powinien wiedzieć, że Bóg jeszcze nigdy nie odmówił komukolwiek pomocy, gdy jego łódka – pierwszy, drugi, dziesiąty – raz z rzędu się wywaliła. Albo gdy człowiekowi taka wywrotka groziła. Trzeba tylko wyciągnąć rękę i uwierzyć, że On jest rozwiązaniem.

Najpierw do Boga. Nie bój się, wierz tylko!

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)
Wczoraj, pierwszy raz od dłuższego czasu, poszedłem rano na mszę. Po części mało czasu, a po części – po ostatnich, właściwie niezakończonych do dziś perypetiach zdrowotnych, jakoś wolałem nie chodzić do zimnego wnętrza, żeby się znowu nie załatwić. No i w trakcie homilii – zamyśliłem się. Pojęcia nie mam, o czym ten ksiądz mówił. Może właśnie tak łatwo się wyłączyłem, ze względu na jego osobę i sposób mówienia… Nie wiem.
Ten tekst jest ciekawy chociażby z powodu tego, że pokazuje pewną dwutorowość. Z jednej strony – Jezus czeka na człowieka i gdy człowiek do Niego przychodzi, aby prosić, a wierzy w Niego, Pan idzie z nim, aby uczynić zadość jego prośbie. Tak jak z tym przełożonym synagogi. Z drugiej strony – Jezus pozostaje otwarty i czeka na tych, którzy są na tyle odważni, aby sami przyjść i szukać w Nim ratunku dla siebie. Tak jak z tą kobietą cierpiącą na krwotok. Co ich łączyło? Dramaty – u jednego w rodzinie, u drugiego bezpośrednio jego (jej) dotyczący krzyż choroby. I wielka wiara w Jezusa. 
No właśnie… Czy to była wiara w Jezusa? A może po prostu wiara w to, że On jest cudotwórcą? Z tekstu nie wynika to jednoznacznie – przełożony synagogi przychodzi, by prosić o włożenie rąk Pana na swoją córkę; kobieta idzie za Jezusem z głębokim pragnieniem i gotowością, aby za wszelką cenę dotknąć nawet nie samego Jezusowego ciała, a tylko choćby kawałka szaty, jaką miał na sobie. Być może ich wiara miała dopiero dojrzeć, być jakby następstwem i wynikiem tego, co dokonało się tak z gruntu bardziej namacalnie w ich życiu – uzdrowienia najbliższej osoby lub siebie samego. Na pewno wierzyli w to, że Jezus może zaradzić ich dramatom, dokonać czegoś niemożliwego z ludzkiego punktu widzenia, dać nadzieję której bez Niego byli pozbawienie – uzdrowić czy to córkę proszącego, czy samą proszącą. 
Bóg mógłby powiedzieć – nie wierzą we Mnie, w mojego Syna – więc czemu im pomóc i wysłuchać ich próśb? Tak, wiary prawdziwej w Boga jako takiego chyba tam nie było jeszcze. Ale była podatna na tę wiarę gleba i sytuacja dogodna, aby okazać boską moc, i serca proszących – a przy tym wszystkich, którzy te wydarzenia widzieli – pobudzić do wiary i dać do niej powody, a wręcz dowody. Poza tym – Bóg człowieka kocha, i szczerej prośbie nigdy nie odmówi, gdy to o co człowiek prosi, jest mu (temu, kogo prośba dotyczy) naprawdę potrzebne. Jeśli wola Boża jest inna – nigdy nie należy Bogu wtedy złorzeczyć, ale spróbować tę wolę przemodlić, schować w sercu i spróbować, choćby z perspektywy czasu, zrozumieć. Może nie tyle czas leczy rany – ale zmienia perspektywę, optykę, pomaga wiele spraw ocenić w sposób bardziej trzeźwy i przemyślany. 
Morały tej historii? Dwa na pewno. Przede wszystkim – człowiek bardzo często szuka pomocy i uleczenia nie tam, gdzie trzeba. Oczywiście, nie kwestionuję tutaj medycyny jako takiej – lekarze są op to, aby leczyć – ale nie należy zapominać, że jest zawsze Ten, który jest lekarzem nie tylko ciał, ale i dusz, i On może o wiele więcej. Cuda nie zdarzają się na każdym kroku – nie dlatego, że Bóg sobie wybiera czy losuje, ale dlatego, że w nas jest za mało wiary w to, że cud może się dokonać, i pragnienia tego cudu. 
Druga sprawa – właśnie wiara. Wiara, którą Jezus jakby wprost przeciwstawia strachowi – Nie bój się, wierz tylko! Bo strach osłabia, powoduje powątpiewanie. Można być najbardziej wierzącym, zakorzenionym w Bogu – a pod wpływem impulsu, zasłyszenia jakieś opinii czy po prostu sytuacji nieprzewidzianej, w której się gubimy i nie potrafimy odnaleźć, zareagować… po prostu przestraszyć się. Wtedy zapominamy o Bogu – do momentu tzw. jak trwoga – to do Boga, czyli ostateczności, kiedy zwracamy się do Boga, kiedy nic innego nie jest w stanie pomóc. A rozwiązanie może być proste – zła kolejność. Najpierw do Boga – do tego, który jest źródłem wszystkich odpowiedzi, rozwiązaniem wszelkich problemów.
>>>
Po co to całe zalatanie, te nerwy, te walki, ta cała gmatwanina spraw, problemów, te okoliczności, wypadki, sytuacje, te codzienne krzątaniny wokół małych i dużych spraw – po co to wszystko? A może tylko po to, by się „wygotowało” nasze człowieczeństwo. By się oczyszczało, hartowało, rosło. (o. Andrzej Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)

 >>>

Dwa ciekawe znalezione wczoraj teksty: