Bóg nie wodzi na pokuszenie

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów. A On rzekł do nich: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie. (Łk 11,1-4)
To jest ważna kwestia, która bywa źle rozumiana. To nie jest tak, że Jezus wskazuje jednoznacznie, że miła Bogu, a co za tym idzie – skuteczna – będzie tylko modlitwa słowami właśnie tzw. Modlitwy Pańskiej. To chyba jednak jedyny przypadek w ewangeliach, gdy Jezus wprost wskazuje słowa, zatem formę modlitwy do Boga Ojca. Owszem, znamy kilka innych – Pieśń Maryi czyli Magnificat (Łk 1, 46-55) czy Kantyk Zachariasza (Łk 1, 68-79) albo Pieśń Symeona (Łk 2, 29-32) – Kościół wplótł je, po kolei, w liturgię nieszporów, jutrzni i komplety. Ta jednak modlitwa jest wyjątkowa. 
Każdy z nas zna ją od dziecka. Choć ja mogę powiedzieć, że mnie rodzice chyba wcześniej uczyli Zdrowaś Maryjo. Co więcej, jest to modlitwa jakby ekumeniczna, bo wspólna chyba dla wszystkich wspólnot chrześcijańskich, dla kościołów reformowanych (w przeciwieństwie do braku zgodności co do kultu, a zatem także modlitw, do Maryi). Każdy z nas, mam nadzieję, świadomie, powtarza ją choćby podczas każdej Mszy Świętej. No właśnie, jak to jest z tą świadomością. Wiemy, o co prosimy w niej Boga?
Najpierw uznajemy bóstwo Boga Ojca. Dalej prosimy o nadejście celu naszego życia, Królestwa Bożego, tak w naszych sercach, jak i na świecie. Prosimy też o codzienny pokarm – chleb powszedni, potrzebny do życia. Kilka prostych słów, a ile treści – to, co najważniejsze. Czemu dalej akurat nadchodzi prośba o przebaczenie? Może dlatego, że Bóg dobrze wie, że to wyjątkowo dla nas trudne; nawet gdy człowiek uświadomi sobie pewne rzeczy, ochłonie i przemyśli to, co powiedział/zrobił – słowo prośby o wybaczenie pada bardzo rzadko. Przebaczenie musi być dwukierunkowe – mnie przebaczono, więc i ja przebaczam. I nie dlatego, że druga strona przebaczyła pierwsza. Dlatego, że tak uczy Bóg. 
No i ta pokusa. Tu ciekawe – bo w znanych nam słowach powszechnie najpewniej znajdziemy i nie wódź nas na pokuszenie. Mnie te słowa jakby nie pasują. Bóg – zwodzący ku pokusom? To tak, jakby zwalić na Boga winę za to, że Adam i Ewa w Edenie ulegli pokusie Złego w formie węża. Absurd. Bóg obdarzył ludzi wolną wolą, i to oni sami niewłaściwie z niej skorzystali. To przytoczone dzisiaj nie dopuść, byśmy ulegli pokusie pasuje zdecydowanie. Wspieraj, prowadź tą najlepszą, a nie najkrótszą i najłatwiejszą z dróg. 

I to by było na tyle. Wracając do tego, o czym wspomniałem na początku – to tylko propozycja. Modlitwa, o której można powiedzieć, że jest wskazówką, jakby pierwowzorem wszystkich innych modlitw. Co nie znaczy, że tylko taką należy się modlić, i zawsze nią. Sam nie raz mam z tym problem. W różnych sytuacjach życia różne mam odczucia i uczucia pod adresem Stwórcy, i różnie ta relacja się układa. Czasami Ojcze nasz to wszystko, na co mnie stać… a czasami muszę się wygadać swoimi słowami. Koniec końców – nie forma jest przecież najważniejsza, ale treść.

Winnica mojego życia

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze. Jezus im rzekł: Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce. (Mt 21,33-43)
Przypowieść o winnicy – to pewnie dyżurny najbardziej tytuł dla tego tekstu. Mnie się jednak wydaje, że mówi on o czymś zgoła innym – o dramacie ludzkiej wolności. Bo mi się należy. Tak mnie, Boże, stworzyłeś, to mnie masz – skoro pozwoliłeś, żebym sam decydował, dałeś tę całą wolną wolę, to o co Ci chodzi? Moja wola, moje życie – moja sprawa. Ok, bądź sobie, mogę Cię czasami szanować, westchnąć do Ciebie, gdy powinie się w tym czy czymś innym noga, zastanowić się chwilę jak ktoś bliski choruje czy umiera – ale bez przesady. Ja tu rządzę. 

Tak mniej więcej musieli myśleć tamci robotnicy, którym gospodarz zostawił winnicę. Formalnie nie byli właścicielami, natomiast mieli z pewnością wolną rękę w zarządzaniu winnicą, organizowaniu jej pracy itp. I pewnie by tak sobie żyli dostatnio, w dobrze prosperującej winnicy, gdyby nie złe rozumienie wolności właśnie, a przy tym na pewno chciwość. Skusiły ich te – mniejsze, większe – dobra, jakie powinni byli zapłacić w formie dzierżawy gospodarzowi. To, że byli mu tę wartość winni, nie budziło wątpliwości – w końcu winnica należała do niego, swoimi środkami i wysiłkiem ją wzniósł, oni ją tylko obrabiali. 
Mieli aż trzy szanse. Najpierw gospodarz przysłał jedną grupę sług – jeden pobity, inny zabity. Nie poddając się – wysyła kolejne, ale znowu to samo, rozlew krwi i bezsensowna przemoc, kolejne ofiary. Zwracając się ku ich poczuciu przyzwoitości, resztkom szacunku – posyła własnego syna. Dochodzi do kolejnej tragedii – z pazerności na potencjalne dobra, jakie mogły by stanowić dziedzictwo syna (i absurdalny pomysł – na jakiej zasadzie, przepraszam, to akurat oni mieli by posiąść jego dziedzictwo?), zabijają i syna. 

Skąd tyle tragedii? Bo człowiek nie potrafi korzystać z wolności. Im częściej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że ona w wielu wypadkach jest nam dana na wyrost, nie potrafimy z niej dobrze korzystać. Gospodarz i winnica to tylko przenośnie, przykłady. Gospodarzem wszystkiego, co mamy, i nas samych, jest Bóg Ojciec. Winnicą może być cokolwiek, co w danej sytuacji zostaje zupełnie źle przez człowieka użyte. Winnica to takie nasze pole do popisu – miejsce, w którym ściera się to, co w nas dobre, piękne, szlachetne, uporządkowane, zmierzające do świętości – z całym tym brudem, który to, co dobre, niweczy, upadla, umniejsza, każe upadać. Siebie możesz oszukiwać w tym, jakim człowiekiem jesteś – ale prędzej czy później, osobiście lub przez posłańców, Bóg Ojciec przyjdzie i upomni się o tę czy inną winnicę. 
Bóg przyjdzie i upomni się o ciebie całego. O twoje życie – rodzinę, pracę, przyjaźnie, relacje, zobowiązania, ciało, duszę. Przyjdzie, ale najpierw posyła tylu przed sobą, a na końcu nawet własnego Syna. Skąd tyle cierpliwości? Bo w Królestwie Bożym nie chodzi o to, aby bezmyślnie niszczyć, ale by wydawać dobre i piękne owoce. Do tego Bóg-Gospodarz mobilizuje, tego chce od ludzi. Nie wymaga rzeczy niemożliwych – tylko tego, co możemy sami osiągnąć swoim wysiłkiem, swoją pracą, bazując na tym, co od Niego otrzymujemy. Możemy – oczywiście, o ile się nam zachce. Samo się nie zrobi. 
Ale do tego trzeba samemu przyznać, że wolność ma swoje granice. Trzeba pozwolić, aby Bóg wszedł w moje życie, i pomógł wydać te dobre owoce. Co ważne, to nie będzie żadna rezygnacja z wolności, jej ograniczenie! To będzie dowód mądrości i zrozumienia, że człowiek owocuje naprawdę dobrze i trwale, gdy dobrowolnie dopuści do głosu Boga, i zaprosi Go do swego życia. On nie będzie patrzył na upadki, krętactwa, kombinowanie, wszystkie grzechy – bo tylko mały człowiek wymyślił by, że postąpi tak, jak to opisali faryzeusze. Ale nie On. Za to na pewno tylko z Nim winnica Twojego życia może wydać takie owoce, z którymi spokojny i szczęśliwy będziesz mógł zmierzać ku końcowi tego życia, a początkowi innego, lepszego.

Ubolewanie pogardzanego

Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc w worze pokutnym i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do otchłani zejdziesz! Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10,13-16)
Wiesz, jaki jest najczęstszy błąd popełniany w kontekście tego tekstu? Traktowanie tych słów, powtarzanych biada jako groźby. Błąd kardynalny. Bo to nic innego, jak słowa przestrogi, ubolewania nad tymi konkretnymi miastami. Zresztą jakakolwiek groźba nie miała by tu sensu ani racji bytu. Bóg nie miał z tym nic do czynienia – swojego Syna posłał także tam, i to ludzie sami, w przenośni autora utożsamiani z miastami jako takimi, dokonali wyboru. Niestety, błędnego. 
Fakt, w tamtych czasach można było mówić o znakach. W końcu sam Jezus wędrował wtedy drogami Ziemi Świętej, nauczając, uzdrawiając, karmiąc głodnych, przynosząc nadzieję poniżonym, wskazując że jest świat piękniejszy i lepszy od tego, do którego to życie nas prowadzi, bez względu na nasz status materialny, wykształcenie czy perspektywy rozumiane w sposób czysto ludzki. Wielu tę okazję wykorzystywało, dosłownie łapiąc Boga za nogi – z czego pewnie nie zawsze zdawali sobie sprawę. Mieszkańcy Korozain i Betsaidy pozostawali jednak głusi na nauczanie Rabbiego z Nazaretu. Jakby ślepi na czyny, których dokonał – bo przecież same tylko one mogły przekonać największego niedowiarka. 
Na czym polega dramat ludzi, którzy pogardzają tak czytelnymi znakami Bożej łaski? Na tym, że to po prostu grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Podobno niewybaczalny. Świadome działanie wbrew Bogu, przy jednoczesnej świadomości Jego istnienia. Przeciąganie struny, testowanie Jego Miłosierdzia. Skoro wiesz, że słuchasz Boga, że to Jego – a nie jakiegoś oszołoma, uzurpatora czy fałszywego proroka – słowa, to kto dał ci prawo do kwestionowania ich, zbywania czy lekceważenia, przechodzenia nad nimi do porządku dziennego, nic w sobie nie zmieniając? 
Bóg nie gardzi człowiekiem. Współczuje jednak i przestrzega – stąd to biada – tych wszystkich, którzy, najczęściej zupełnie nieświadomi, złażą bezwolnie do otchłani. On nikogo tam nie chce widzieć. Tylko my w swojej głupocie się tam pakujemy. Może czas najwyższy, żeby wziąć sobie to biada do serca?

Ciągle jest czas na opamiętanie się

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21,28-32)

Niedzielnie, jak zwykle jestem do tyłu.

Jesteśmy pozorantami. Można to nazwać różnie – pozorami, kłamstwem, deklaracjami bez pokrycia, pustymi obiecankami, demagogią, lizusostwem, nadużywaniem zaufania. Tak, chyba kłamstwo najbardziej jednak pasuje. Nie chodzi o siłę sformułowania – ale o dokładność, precyzyjność. To w końcu tylko słowo, a jednak – rodzi za sobą zobowiązanie do pewnego zachowania, zadośćuczynienia temu, co zostało zadeklarowane, obiecane. 
Pierwszy z tych synów zachował się właśnie tak. Zbył ojca tym, co proste i nie wymagało w sumie niczego – słowami. Po czym postąpił po swojemu, olewając po prostu wolę ojca, i słowo obietnicy poddania się tej woli. Można się domyślać, co było dalej – pewnie, gdy przyszło do spotkania w domu wieczorem, ojciec zapytał, czemu się w tej winnicy nie pojawił, pewnie były tłumaczenia i wykręty. To takie dzisiejsze – zawsze znajdzie się, najbardziej nawet pokrętny, sposób na zwalenie winy za zaistniałą sytuację, na wszystko/wszystkich – tylko nie na siebie. Nawet, a może przede wszystkim, gdy jedynym winnym jestem ja sam, moje lenistwo. 
Drugi pozornie też postąpił niewłaściwie. Tyle, że miał odwagę, aby tę niesubordynację, brak chęci spełnienia woli ojca wyrazić wprost – ojciec prosi, ten odmawia. Nie ma co wnikać w przyczyny, dla których akurat tak postąpił. Bo szybko przyszło mu opamiętanie. Zrobił to, co zrobić był powinien – czynami naprawiając błąd słów. To było takie uniwersalne i najbardziej wymowne przyznanie się do błędu. Wystarczające. Przecież przyznać się do winy przychodzi bardzo ciężko, szczególnie gdy trzeba je wyrazić słowami. Tu nie miało to znaczenia. On tym, co zrobił, jak faktycznie i gdzie – bo w winnicy – spędził ten dzień, wyraził wszystko. 
Co ciekawe, sytuacja tak prosta i jednoznaczna, że nawet zapytani o nią faryzeusze – z natury dość wybiórczy jeśli chodzi o zasady i wymogi – musieli wskazać, że wolę ojca spełnił dobrze ten drugi. Nie ten, który deklarował i na deklaracjach skończył, ale ten, który odmówił, ale w końcu wolę ojca spełnił czynami. Można powiedzieć, że to Jezusowe podsumowanie było zbędne. Myślę, że oni sami to czuli – ile przecież razy sami oceniali innych na podstawie tego, co pozorne, zewnętrzne, zamykając się i odmawiając prawdy ludziom prostym i autentycznym, którzy głosili prawdę. Jan Chrzciciel to przykład pierwszy z brzegu. 
Morał tej historii prosty jak drut. Ciągle jest czas na opamiętanie się. Ojciec czeka i codziennie o coś prosi. O nic nadzwyczajnego. Nigdy o coś, co mnie przerasta. Tak, czasami o coś, co jest trudne, wymagające. I na pewno sensowniejsze niż to, na co zamierzam ten dzień zmarnować. 

Weźcie sobie dobrze do serca

Gdy tak wszyscy pełni byli podziwu dla wszystkich Jego czynów, Jezus powiedział do swoich uczniów: Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się zapytać Go o nie. (Łk 9,43b-45)
To z soboty ostatniej. Tuż przed egzaminem poszedłem na mszę, raniutko. Słońce wstawało, ludzi garstka, msza bez organisty (choć w większości śpiewana). Piękna sprawa.

Niby krótkie, ale i treści. Bo my – czy to dzisiaj, żyjący tutaj, czy tamci, którzy szli za Jezusem – mamy tendencję do ekspresji i rozmachu w tym, co powierzchowne, zewnętrzne, zauważalne. Nie wiem – dla siebie, czy dla innych? Ale tak to jest. Żeby było jasne – nie widzę nic złego w tym, że ludzie zachwycali się nad tym co i jak czynił Jezus, bo czynił rzeczy wielkie i po ludzku niewytłumaczalne – uzdrawiał, leczył, wypędzał złe duchy, rozmnażał pokarm, a nawet wskrzeszał. 
Problem pojawiał się dalej – co dla poszczególnych ludzi z tego wynikało? Jakie konsekwencje to rodziło. Wtedy pewnie więcej osób przejrzało na oczy, zastanawiało się nad tym, jak odnieść się do słów głoszonych przez Tego Człowieka. Więcej było tam w ludziach refleksji i świadomości życia w obecności Boga. Dlatego tak wielu szło za Nim – czy to dosłownie, jak Dwunastu, potem Siedemdziesięciu Dwóch czy kobiety, porzucając wszystko, czym się zajmowali; czy to wyruszało w drogę życia Bożymi przykazaniami zinterpretowanymi przez Jezusa tak odmiennie niż przez faryzeuszy – w swoim własnym życiu, teraz jednak inaczej przeżywanym. 
To jest także nasz problem. Na czym polega? Na tym tytułowym braniu sobie do serca Bożych spraw. Pójdziemy do kościoła, zasłuchamy się, nawet czasem zachwyt nad krasomówstwem kaznodziei (a przecież nie o to chodzi!) – po czym wracamy do domu i dalej swoje. W bardzo dużym skrócie. Oczywiście, jeśli komuś udaje się z Mszy wynieść więcej i zastosować coś z tego, co usłyszał, do siebie i tego, co robi – to świetnie. Po sobie wiem – słomiany zapał, jak sama nazwa wskazuje, wystarczy na krótko i bardzo często za jakiś czas, jak się człowiek zastanowi, okazuje się, że sam jest gorszy niż wcześniej, a nauka, nad którą się tak zachwycał pod wpływem tego czy innego kazania – poszła, dosłownie w las. Jednym uchem weszło, drugim wyszło. Jak się masz? Świetnie. 
Do tamtych Jezus mówił w kontekście zapowiedzi tego, co miało się stać. W kontekście tej okrutnej męki, która nie była żadnym strasznym Bożym żartem czy widzimisię – ale przyjętą w duchu pokory i z otwartym sercem misją i sposobem przez Boga wybranym na odkupienie nas, ludzi. Jak wiemy, i co można dalej w – tej czy innej – ewangelii wyczytać, niewiele zrozumieli. Potrzeba było czasu, widoku męki na krzyżu, opłakiwania zwłok, i dopiero przed pustym grobem, w drodze do Emaus i tylu innych miejscach zaczęły się otwierać oczy ich serc. Wtedy zrozumieli. Wtedy zaczęli sobie te sprawy brać głęboko do serca. 
W tym właśnie tkwi nasza nadzieja. My także, tutaj w życiu, możemy (i mamy!) zmartwychwstawać z tego, małe, słabe i kruche. Mamy na to okazję, czas – i Boże ku temu zaproszenie. Weź to sobie w końcu do serca – ale nie kończ na tym. Zrób coś z tym. Za ciebie nikt tego nie zrobi.

>>>

(dopisane 12:55) Właśnie się dowiedziałem, że udało mi się zdać egzamin! Niezmierne dzięki wszystkim, którzy szturmowali Niebo w tej intencji 🙂

Kolejny mały aniołek

Siedzę i ryję. Ale już tylko 2 dni. 
Prawie zapomniałem, że dzisiaj mam imieniny.
A piszę tylko dlatego, żeby prosić o modlitwę. Nie za siebie. Za koleżankę z pracy, która na dniach straciła nienarodzone dziecko, maleństwo na które z wielką nadzieją i miłością z mężem i córką czekali.

Oby Bóg sam był dla nich teraz pociechą – tą jedyną sensowną, nie tylko mniej lub bardziej pustym załamywaniem rąk czy poklepywaniem po plecach. A to ich maleństwo, którego nie było im dane zobaczyć, oby było już z Nim tam, dokąd wszyscy zmierzamy.

Tobie mówię

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie. (Łk 7,11-17)

Jeden z wielu cudów największego z cudotwórców, i przede wszystkim – żadnego iluzjonisty. Boga samego. Cudu z jednej strony wyjątkowo spektakularnego, bo przecież nie tylko uzdrowił, ale wręcz wskrzesił z martwych, łamiąc (a może – naginając?) prawa tego świata; ale cudu z innej strony tak zwyczajnego, bo dokonanego na pewno po prostu po drodze, przemieszczając się w toku nauczania. 
Warto także zwrócić uwagę na coś innego. Znowu wybitnie ludzkie i kochające oblicze Jezusa. To samo, jakie widzimy, gdy Kościół wspomina scenę wskrzeszenia osoby na pewno Mu bliższej, niż ten dzisiejszy młodzieniec, Łazarza. I tu, i tam  Jezus okazał po prostu wzruszenie, smutek i żal nad faktem odejścia z tego świata tej czy innej osoby. On, Pan życia i śmierci, lituje się nad człowiekiem, którego czas nadszedł, i przywraca go  światu.
Wystarczyło kilka słów, proste polecenie – i zmarły powstaje. Ktoś patrząc na sytuację z boku mógłby powiedzieć – no jak to, po prostu rozkaże, i trup ożyje? Nic, tylko popukać się w głowę. A tu – bez czarów, zaklęć, nimbu tajemniczości czy nadprzyrodzoności. Moc w słabości się doskonali, Bóg-Człowiek, który ma w ręku władzę nad życiem i śmiercią, po prostu każe temu młodzieńcowi. Wróć do tego świata, wracaj do swojej matki, opiekuj się nią. 
Do nas Jezus też bardzo często się tak zwraca. Pewnie nie pomylę się, gdy powiem, że żadne z nas, choćby nie wiem ilu czytało te słowa, nie doświadczyło wskrzeszenia z martwych w taki sposób, jak Łazarz czy dzisiejszy bohater, ów młodzieniec. Do nas Pan mówi inaczej. Wzywa nas do powrotu w sposób bardziej subtelny, do powrotu w ramach tej rzeczywistości, tej egzystencji, tego życia. Wzywa do powrotu do tego, co święte, piękne, dobre, bezinteresowne, z miłości, z miłością, do autentycznego życia wiarą. Wzywa do powrotu do bycia takim, jakim człowiek był na początku i jakim być powinien; jakim być musi, jeśli Boga i wszystek Jego nauczania traktuje serio. 
Mamy wybór. Możemy się na Boga, za przeproszeniem, wypiąć. Jezus wtedy, widząc rozpacz matki, ulitował się nad nią i zwrócił jej syna. Nas dzisiaj nie zmusi do powrotu do bycia autentycznym chrześcijaninem, bo szanuje naszą wolną wolę. Ale nie traci nadziei, i raz po raz na naszej drodze życia przystaje, zaczepia, drąży. Młodzieńcze, tobie mówię… Może warto posłuchać, a nie wykręcać się uniwersalnym pośpiechem i brakiem czasu? 
>>>
Od dzisiaj jestem na urlopie, i tak do końca przyszłego tygodnia. Może coś napiszę, może nie. Intensywnie staram się przygotować do bardzo ważnego egzaminu. O siły, skupienie i dobre wykorzystanie tego czasu, czy wreszcie o powodzenie 24 września sam proszę – i będę wdzięczny bardzo za modlitwę w tej intencji.

Przebaczenie z dwóch stron

Czasu nie było, a chciałem o tym napisać. W tygodniu zmarł pierwszy proboszcz parafii, w której od niedawna mieszkam. Człowiek w sumie wcale nie jakoś specjalnie stary – pod siedemdziesiątką. W parafii był od początku (wczesne lata 80.), zbudował kaplicę, plebanię i kościół. Proboszczował do 2001 r., jednak pozostał w parafii do końca, jako rezydent. 
Postać co najmniej niejednoznaczna. Dlaczego? Bo nie bez powodu przestał być proboszczem. Nikt nie negował jego zasług w parafii na polu wnoszenia czy to kościoła (osobna historia – nie było tajemnicą, że „ścigał się” z innym księdzem z okolicy w zakresie tej budowy, czego efekty widać do dzisiaj, niestety, bo kościół jest ze 2 razy za duży, przez koszty jego eksploatacji są ogromne, bez szans na ogrzanie, dach przecieka, dzwon działa 1 na 3, instalacje co chwile nie działają – generalnie do zmniejszenia [boczne nawy do zamknięcia i zamienienia w osobne kaplice] i remontu prawie generalnego), kaplicy, zaplecza (w plebanii co sezon coś jest do wymiany – a to całe instalacje, a to podłoga, a to dach…). Problem polegał na charakterze. Jedyna parafia w diecezji, gdzie co roku była wymiana wikariusza prawie. A czasami nie jednego. Żaden nie był dość dobry. Każdemu zarzucał najprzeróżniejsze, wyimaginowane przewinienia, włącznie z podtekstami odnośnie nieprawidłowych relacji z parafiankami. Snuł przeróżne intrygi, oczerniając współpracowników – wikariuszy, ale i świeckich – w oczach innych parafian. Ja rozumiem – mógł trafić raz na jakiegoś wikarego lenia, ale przez naście lat każdy? Coś musiało być nie tak. Stąd też kuria zaczęła się przyglądać i jemu, i parafii – bo nie brakowało skarg, zarówno ze strony księży, jak i parafian, na proboszcza. Były rozmowy, prośby. Nic to nie dało.

Kościół konsekrowano, nic się nie zmieniało, więc w końcu został usunięty ze stanowiska. Też wyglądało to dziwnie – na gwałt przebudowywał spory kawał plebanii, gdzie zamiast 2 salek urządził sobie mieszkanie (o wiele większe niż pozostałych księży). Co ciekawsze, ludziom wpierał, że buduje pomieszczenie dla gości. Po czym absolutnie odciął się od parafii. Mieszkał na jej terenie, podłączone od parafii miał media, i nie brał udziału w niczym. W tygodniu czasem odprawiał Msze, zawsze sam, czasem nie. W niedzielę na 5 Mszy odprawił jedną, spowiadał prawie wcale. Zaznaczam – przechodząc na emeryturę w wieku lat niewiele ponad 50, nie będąc wcale obłożnie nijak chorym. Mógł się zaangażować, wspierać nowego proboszcza (i kolejnego, obecnego), gdyby chciał. Ale nie chciał. Nienawidził, niestety, pierwszego proboszcza – tego „uzurpatora”, przez którego (…) usunięto go ze stanowiska. Powróciło obmawianie, oczernianie, wymyślane oszczerstwa (na proboszcza, księży, na współpracowników parafii którzy [zamiast na znak „solidarności” z nim odejść] „śmieli” działać dalej w parafii…) – włącznie z donosami do kurii, jako by nie miał z czego żyć, bo proboszcz mu nie płaci. Ciekawe – bo równocześnie miał nowy samochód dość wysokiej klasy, który – rzekomo przymierając głodem – wymieniał będąc już na emeryturze. Uroczystości – pasterka, Triduum Paschalne, bierzmowania, komunie, wizytacje – zawsze go nie było. Zawsze był gdzieś, wyjeżdżał, albo symulował chorobę. Powtórzę – jak na człowieka w tym wieku nie był może siłaczem, ale nie chorował na nic. Dochodziło do tego, że biskup na wizytacji czy bierzmowaniu musiał zwracać uwagę na temat jego nieobecność. Ostentacyjnie, na znak protestu, zawsze obok.

Dlatego bardzo mnie ciekawiło, jak będzie wyglądało niedzielne kazanie. Obecny proboszcz także miał przez niego wiele krwi napsute, zupełnie niesłusznie. Natomiast „po dzielnicy” już chodziły plotki tego typu, że zmarły zażyczył sobie pochowania w kościele, a w ogóle to on… ziemię kupił za własne pieniądze i za swoje większość kościoła postawił. Co, delikatnie mówiąc, całkowicie się mijało z prawdą (ziemia od miasta i w darowiźnie kawałek od prywatnego właściciela, budowa systemem gospodarczym ze środków zbieranych na bieżąco – co  jest powszechnie wiadome). Zostałem mile zaskoczony – bo kwestia śmierci byłego proboszcza była wątkiem pobocznym. Bez oceniania, z naciskiem na to, że teraz on już sam nic dla siebie nie zrobi, i wszystko jest w naszych rękach, teraz można się za niego tylko modlić. Co bardzo ładnie wpasowało się w temat wczorajszej niedzielnej ewangelii:

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18,21-35)

Bo przebaczać trzeba zawsze. Tu nie chodzi o liczby – to tylko przenośnia. 7 miało znaczyć niewiele, kilka razy – a 77 wiele razy. W tym sensie – tak, 77 razy. A tak naprawdę, to i 78, 79, ile wlezie. Uraz, jaki masz do drugiego człowieka, zatruwa cię od środka. To tak naprawdę zniewala, nie ta krzywda, jeśli została ci uczyniona. To ten brak przebaczenia jątrzy, boli, piecze i prowadzi do nienawiści. Nie bez powodu mówi się – zło dobrem zwyciężaj. Prawdziwa wolność, pozbycie się, wyrzucenie się tego, że było źle, że ktoś mi zaszkodził, skrzywdził – może nastąpić dopiero, gdy z mojej strony nie będzie urazy, gdy znajdę siłę na przebaczenie. Bo czy ja sam jestem bez winy? Może w tej sprawie tak, może tutaj zawalił ten drugi. A tak w ogóle, szerzej? Oj, jest pewnie sporo rzeczy, które ludzie naokoło musieli by mi przebaczyć.

Chyba nikt z nas by nie chciał, aby ktokolwiek postąpił z nim tak, jak zdenerwowany król z niewdzięcznym sługą, który nie umiał docenić darowania długu? Nam pewnie nie raz się zdarzyła taka postawa, jak tamtego niewdzięcznika. Bo jak ktoś wobec mnie uczyni gest bezinteresowny, niespodziewany i nieoczekiwany – jest fajnie, jest euforia, ale bardzo szybko przechodzi się nad tym do porządku dziennego. A potem prawie – „bo mi się przecież należy”, na pozycję roszczeniową. Przy czym samemu – a po co? Taka mentalność Kalego, z innej strony ugryziona. Mnie niech przebaczają – ale ja innym? No bez przesady. Przecież mi się należy! Ma dług? Ma. To niech płaci! A że mnie darowali? No chciał, to darował. Przecież ja nie muszę.

Umiejętność przebaczania to wielki dar. Dar zarówno dla tego, który umie przebaczyć, ale i dla tego, czyim udziałem to przebaczenie się staje, do kogo jest skierowane. Dla kogo jest to ważniejsze? Nie wiem. Komu więcej daje – przebaczającemu, czy temu, któremu zostaje przebaczone? Nie wiem. Ale każdemu życzę, aby miał okazję się przekonać. W obie strony.

I polecam zmarłego księdza modlitwom tych, którzy te słowa czytają. Modlitwy nigdy za wiele, a ten człowiek na pewno jej potrzebuje.

Wskrzeszenie ku Bogu

Jak przejęliście naukę o Chrystusie Jezusie jako Panu, tak w Nim postępujcie: zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze, jak was nauczono, pełni wdzięczności. Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie. W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała, bo zostaliście napełnieni w Nim, który jest Głową wszelkiej Zwierzchności i Władzy. I w Nim też otrzymaliście obrzezanie, nie z ręki ludzkiej, lecz Chrystusowe obrzezanie, polegające na zupełnym wyzuciu się z ciała grzesznego, jako razem z Nim pogrzebani w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. I was, umarłych na skutek występków i nieobrzezania waszego grzesznego ciała, razem z Nim przywrócił do życia. Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża. Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz, jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie. (Kol 2,6-15)
Dziś, dla odmiany, czytanie – wczorajsze. Nota bene, co dowiedziałem się po fakcie dopiero, gdy wypadało liturgiczne wspomnienie współczesnej nam apostołki ubogich, bł. matki Teresy z Kalkuty. Ciekawa zbieżność, biorąc pod uwagę to, o czym mówi tekst.
O czym są te słowa? O drzewie, którym tak naprawdę jest każdy z nas. Drzewie, które przez sakrament chrztu zostaje wszczepione, zasadzone w Chrystusa i Jego Kościół. O drzewie, które – wbrew temu, co można usłyszeć czy wyczytać w mediach – rozwija się dobrze, harmonijnie i perspektywicznie dopiero wtedy, gdy wrośnie w Boga. Owszem, można żyć bez Niego, pozostając w przekonaniu własnej wielkości, uzdolnień, możliwości i że to wszystko zawdzięcza się samemu sobie – natomiast pozostaje to niczym innym jak tylko złudzeniem. Każdy sam wybiera, jak chce żyć.
Żywioły świata – kapitalne sformułowanie. To wszystko, co mamy wokół, i co samo w sobie złym nie jest, jednakże staje się złe, gdy przesłania całą resztę. Praca, sława, pieniądze, tytuły, światowość, blichtr. Nie ma nic złego w tym, gdy człowiek ma dobrą pracę, jest z powodu czegoś co zasługuje na uznanie sławny i rozpoznawalny, zarabia przez to godziwie dobre pieniądze. Zło zaczyna się wtedy, gdy przestajesz widzieć cokolwiek innego – rodzinę, przyjaciół, tych których kochasz. Wtedy zaczyna się niewola, równia pochyła. 
Cały przysłowiowy dowcip polega na uświadomieniu sobie, kim ja jestem, kim my jako ludzie jesteśmy – słabymi i kruchymi naczyniami, ale napełnionymi tym właśnie bóstwem Jezusa. Napełnionymi nie inaczej, jak właśnie przez chrzest, który jest preludium do życia sakramentalnego, które to preludium poszczególne późniejsze etapy podróży z Bogiem mają uzupełniać – sakrament pokuty i pojednania, Eucharystia, małżeństwo czy święcenia/śluby zakonne. Chrzest, paradoksalnie – co uświadamia nam autor natchniony – jest jednocześnie pogrzebaniem starego człowieka i wskrzeszeniem człowieka nowego, żyjącego już w sposób doskonalszy, bo ku Bogu. Nasz dług, ciągnący się przez grzech pierworodny, został unicestwiony na krzyżu – jak również i ten, który jest źródłem i siłą sprawczą złego, czyli sam Zły.
Nic, tylko korzystać, i zapuścić te korzenie.